|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: Nasza Księgarnia
sobota, 06 listopada 2010
Dwa lata wakacji - Juliusz Verne (1956)
Każdy ma swoje dziwactwa. Mam koleżankę, która czyta książki tylko z dużymi literami. Inna z kolei czyta wyłącznie horrory i kryminały. Jeszcze inna wydane w danym roku, by być na bieżąco. Jeszcze inna – nowe, nie czytane przez nikogo. Nie muszę chyba dodawać, że nikomu ich nie pożycza. Naszła mnie taka oto refleksja – w związku z moimi dość częstymi zakupami na aukcjach. Wydajemy dużo na makulaturę, ale jednocześnie jesteśmy stałymi bywalcami dwóch bibliotek - jednej w moim mieście, drugiej – o dziwo lepiej zaopatrzonej w nowości – w pewnej wsi. A że bywamy i tu i tam często i gęsto – zawsze z dwójką naszych milusińskich w orszaku, panie przymykają oko na nasze torby pełne książek, mimo że w regulaminie mowa jest o pięciu (Ostatnio dzięki dzieciom uniknęłam zapłacenia kary za przetrzymanie książek – pani właśnie odwijała cukierka, gdy do biblioteki wkroczyłam z dziećmi. Tak się zapatrzyły na tego cukierka, ślinka zaczęła im cieknąć, słychać tylko było łakome gut – gut - gutanie. W każdym razie pani załatwiła nas w błyskawicznym tempie, a mnie się upiekło). Kolejna wyprawa do biblioteki to niezła zabawa, bo stos książek trzeba posegregować na kilka kupek, bo do tej całej gmatwaniny dochodzą jeszcze działy – dziecięcy i dla dorosłych. W każdym razie nie mam żadnych uprzedzeń do książek czytanych i używanych przez kogoś. Tylko raz obrzydzenie mnie ogarnęło, gdy zabrałam się do czytania Rebeki. Książka zalana była jakimś brunatnym płynem, pewnie kawą po turecku, bo tu i ówdzie kulały się wysuszone paprochy fusiaste, a z kilku stron puszczało do mnie oko przyklejone jajko. Innych traumatycznych przeżyć związanych z książką biblioteczną, w ogóle używaną, nie mogę sobie przypomnieć. W każdym razie bez obaw korzystamy z biblioteki, buszujemy po aukcjach internetowych. Pokażę, co kupiłam ostatnio –Dwa lata wakacji. Za całe cztery złote + przesyłka. Z 1956 roku. Moja mama miała wówczas 6 lat:) Kiedy paczuszka z książką nadeszła, zrobiłam sobie kawę (rozpuszczalną) i (naprawdę bardzo uważałam, ale mam przy tym wprawę, bo książka i kawa to taki mój zły nawyk) nie mogłam się naoglądać. Pokażę kilka rycin Leona Benetta, które zdobiły pierwsze wydanie (1888), a które są również w mojej nowej - starej książce. Jeśli nie macie nic przeciwko używanym książkom, buszujcie po aukcjach a znajdziecie:)
Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1956
wtorek, 27 kwietnia 2010
Zuźka D. Zołzik i przyjaciele - Barbara Park
To wydanie to niezła gratka dla miłośników Zuźki D. Zołzik (koniecznie z D. (Danuta)., na co Mała od czasu do czasu sama zwraca uwagę), a wiem, że takich nie brakuje. Córka koleżanki jest w niej zakochana – czasem tylko mała Marta kręci głową – Ach ta Zuźka, mówi podczas wieczornego czytania, bo ta Zuźka to dopiero ma pomysły – w każdym razie o nudzie podczas lektury nie ma mowy, o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas ostatnich wieczorów. Seria o Zuźce jest obecna na naszym rynku już od dłuższego czasu. Tylko, że do tej pory ukazywały się pojedyncze cienkie książeczki, które w kilku odcinkach opowiadały jakieś ważne wydarzenie z życia Zuźki. Zuźka D. Zołzik i przyjaciele zawiera aż dziewięć pierwszych książeczek. Specjalnie dla tego wydania została napisana część Zuźka D. Zołzik i śmierdzący autobus, w którym mowa o pierwszych dniach dziewczynki w szkole, w zerówce, i jej perypetiach z charakterystycznym żółtym autobusem dowożącym w Ameryce dzieci do szkoły. Każda z dziewięciu części podzielona jest na 8-9 krótkich rozdziałów, takich w sam raz do posłuchania do maluchów, albo samodzielnego czytania, które na pewno ułatwi duża czcionka druku. Dużym atutem tej książki jest to, że sprawy, które dotyczą Zuźki tak naprawdę mogą dotyczyć również naszych dzieci – nie ma tu niczego nadzwyczajnego – dziewczynka musi zmierzyć się z potworem o nazwie – szkoła, w jej życiu pojawia się mały braciszek, czasem mówi za dużo i musi ponieść konsekwencje swego zachowania, chce poderwać najpiękniejszego chłopca na świecie, ma swoje tajemnice. Brawo dla tłumaczki za wywrócenie świata do góry nogami przez wprowadzenie starych, coraz rzadziej używanych imion. U nas w grupie nie ma Lucynki, Bogusia, Teresy, Stasia – to reakcja mojego Tomka na imiona, które zostały gdzieś w tyle w ciągu ostatnich minionych lat, a od których roi się w tej książce. Zuźka to nie Koszmarny Karolek w spódnicy – gdy ktoś ma do czynienia z dziećmi i czyta razem z nimi tę książkę, pewnie nie raz zwróci uwagę na to, że w Zuźce kryje się nasza pociecha – ciekawa świata, gadulska, czasem głośna, domagająca się uwagi innych, lubiąca się chwalić, opowiadająca czasem niestworzone rzeczy. Karolek jest zdecydowanie bardziej wyrachowany. Zuźka działa automatycznie, jak jej dziecięca natura każe, robi coś nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw i konsekwencji. Jest wiele rzeczy, które w zachowaniu Zuźki mi się nie podobają, ale zawsze można o tym z dzieckiem porozmawiać i uzasadnić. Zresztą reakcja mojego Tomka też była taka – Ach ta Zuźka, te dziewczyny.
Książka, podobnie jak jej główna bohaterka, jest bardzo żywa, ciągle coś się dzieje, absolutnie nie ma czasu na nudę. Mnóstwo tu ilustracji autorstwa Denise Brunkus. Powinna spodobać się dzieciom w wieku 6+.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Wielka księga detektywa Pozytywki - Grzegorz Kasdepke / Piotr Rychel
Dla mnie ważne jest pierwsze wrażenie, a postać z okładki od razu nam się spodobała. Taka przyjemna gęba chłopa do rany przyłóż, uśmiechnięta, z filuternym spojrzeniem, typ wiecznie młody, zaprzyjaźniony ze wszystkimi (z małymi wyjątkami), wczorajszo – modny i elegancki. Grzegorz Kasdepke stworzył swojego bohatera literami, a Piotr Rychel ołówkiem. Po lekturze tej książki jakoś nie mogę sobie wyobrazić innego detektywa. Sympatyczna postać sprawia, że obok okładki nie można przejść obojętnie, czego doświadczyła moja siostra, nabywając wszystkie części dla swoich dziewczyn - stwierdziła, że była pod takim urokiem pana z okładki, że nie mogła postąpić inaczej. Ale to tak tylko tytułem wstępu, bo nie tylko okładka zapowiada coś apetycznego, ale i cała książka. Przede wszystkim to Wielka księga, czyli zbiór trzech książek o detektywie: Detektyw Pozytywka, Nowe kłopoty detektywa Pozytywki oraz Pamiątki detektywa Pozytywki. Główny bohater to postać bardzo kolorowa, charakterystyczna, pogodna – zabawne indywiduum, które zbyt wiele do szczęścia nie potrzebuje. Bo też jego biuro detektywistyczne „Różowe okulary” malutkie jest, bez żadnych wygód, sam właściciel żadnej broni oprócz kaktusa nie posiada, klientów zresztą też jak na lekarstwo, no chyba że wspomnimy dzieci, które chętnie pukają do gościnnych drzwi miłego sąsiada z góry, a po wyjaśnieniu zagadki płacą albo szczerym uśmiechem albo garścią cukierków. No i jak tu wyżyć? W dodatku konkurencja nie śpi, detektyw Martwiak – czarny charakter tej historii, właściciel agencji Czarnowidz nie zawsze działa fair play. Nie są to książki sensacyjne, raczej komedia zdemaskowanych przez Pozytywkę językowych omyłek i lapsusów. (Joanna Olech – Tygodnik Powszechny) Zagadki wyjaśniane przez detektywa dotyczą najbłahszych spraw dnia codziennego. Pozytywka szuka zgubionych skarpetek, piasku z piaskownicy, szuka chuliganów, którzy dokonali spustoszenia na balkonie sąsiadki, przebili dmuchaną piłkę, zniszczyli latawiec. Czyli innymi słowy mówiąc – spraw dotykających bezpośrednio dzieci, spraw dla nich ważnych. Co ciekawe – każdy rozdział kończy się zagadką dla małego czytelnika. Wystarczy pomyśleć i dziecko może znaleźć samodzielnie odpowiedź na pytanie. Ja mojemu pięciolatkowi musiałam kilka zagadnień tłumaczyć, ponieważ niektóre z nich dotykały zagadnień z fizyki, chemii, polegały na grze słów. Co ciekawe, można z dziećmi świetnie ćwiczyć logiczne myślenie – nic nie dzieje się bez przyczyny, na wszystko można znaleźć radę i odpowiedź. Smaczku dodaje tutaj postać wspomnianego już Martwiaka. Czarny charakter w takich opowieściach sprawia, że wszystko jest bardziej pikantne. Martwiak przewija się często przez karty książki, a maluchy z napięciem śledzą, jak skończy się ten pojedynek podwórkowego muszkietera z nieprzyjemnym przeciwnikiem.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
czwartek, 18 marca 2010
Kerstin i ja - Astrid Lindgren
Kiedy jako dziecko zaczytywałam się w Dzieciach z Bullerbyn, zawsze na końcu pojawiało się to samo pytanie – A co dalej? Zresztą podobne uczucia miałam niedawno, gdy po raz kolejny (z przyjemnością, a jakże:) przeczytałam tę książkę z Tomkiem. I żadne wydania obrazkowe – dodatkowe historie o Bożym Narodzeniu, wiośnie i Wielkanocy nie są w stanie tak do końca mnie zadowolić. Dobre, zwyczajne, szczęśliwe , ba – sielankowe wręcz życie się skończyło, a ja tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak wyglądał jego ciąg dalszy. No tak, jestem zepsuta przez współczesną literaturę, filmy. Jak coś odniesie sukces, to zaczyna się to traktować jak kurę znoszącą złote jajka. Czasem niestety aż do przesady – dopisuje się kolejne części w nieskończoność. Może właśnie na tym polega urok tej niesamowitej dziecięcej lektury – i żyli długo i szczęśliwie (bez szczegółów), a dalszy ciąg sami sobie dopowiedzcie. Kerstin i ja może wypełnić tę pustkę po Dzieciach. Z jednej strony inna tematyka, a z drugiej – jednak kilka podobieństw, scen, które przypominają o tamtej wesołej gromadce. Zamiast niej są dwie siostry – Kerstin i Barbaro. Ta ostatnia opowiada o sobie i rodzinie. Tytułowe dziewczęta to dwie rezolutne szesnastolatki, bliźniaczki, które z wielką radością opuszczają z rodzicami miasto, i przenoszą się na szwedzką wieś. Ich ojciec, kiedyś zawodowy wojskowy, ma zamiar stać się rolnikiem i gospodarzyć w majątku rodowym, który przez kilkanaście lat był w rękach dzierżawców. Ciężka praca na roli, dźwiganie majątku z ruiny, życie na wsi, nowi ludzie i zwyczaje. Kerstin i Barbaro są przeszczęśliwe w Lillhamra – tutaj zakochują się, cieszą się z obcowania z przyrodą i prostymi ludźmi, pomagają rodzicom w pracach polowych, doją krowy, jeżdżą do młyna, powożą końmi – ale … mają też swoje miejsca poziomkowe, w Noc Świętojańską skaczą przez dziewięć płotów i chowają ziele pod poduszkę, włażą na drzewa, objadają się czereśniami i sprzedają je do miasta. Zresztą sami poszukajcie analogii z Dziećmi. Podczas lektury nie mogłam opędzić się od myśli, że ta książka to swego rodzaju hołd dla miejsc rodzinnych i szczęśliwego dzieciństwa autorki. Wracała do nich w wielu swoich książkach, publikacjach, wspomnieniach. Dawało jej to siłę do życia. Popatrzmy na datę wydania Kerstin i ja – rok 1945. Trudny moment historyczny, czas niedoborów, biedy, tylu ludzkich nieszczęść. Lindgren pisze powieść o dobrym życiu, pozwala zatopić się w sielankowym życiu na wsi, jednocześnie wskazuje drogę do szczęścia – to bardzo prosta recepta: miłość i praca. Kerstin i Barbaro podążają tą drogą i czują się spełnione. Nie marzą o dyplomach, wyższych uczelniach, mają skromne potrzeby, umieją zrezygnować z bogatych strojów i ozdób i chcą pomagać, chcą czuć się potrzebne. Lindgren pisze tę książkę dla siebie i innych, jako swego rodzaju pokrzepienie serc. I choć dziś może z pewnością uchodzić za powieść staroświecką, jej lektura może sprawić niesamowitą przyjemność. Życie toczy się wolno, ludzie troszczą się o rodzinę i zwierzęta, dojrzewają zboża i trawy. Kerstin i Barbaro cieszą się każdą chwilą, potrafią zachwycić się ciszą, spotkaniem z drugim człowiekiem, letnim deszczem i szczęściem najbliższych. Nie ma tu sensacji, nie ma nagłych zwrotów akcji – ot zwykłe wiejskie życie, a jednak pełne uroku. Takich książek niestety jest coraz mniej. Jeśli lubicie takie klimaty, albo chcecie na chwilę wrócić do Bullerbyn, które tutaj nazywa się Lillhamra, koniecznie zajrzyjcie do tej książki. I jeszcze jedna refleksja – po lekturze naszła mnie niesamowita ochota podróży na Północ. Ja odetchnęłam tutaj świeżym czystym szwedzkim powietrzem, zatopiłam się w zawilcach i pierwiosnkach, zachwyciłam białymi drewnianymi ławkami, poduchami w kratkę, domkami z drewna pomalowanymi na charakterystyczny czerwony kolor. I bardzo chciałabym zobaczyć to na własne oczy…kiedyś … Napisałam wiele o moich subiektywnych odczuciach. To dla mnie taka trochę podróż w przeszłość. Czy zainteresuje współczesną młodzież? Trudno powiedzieć. Patrząc na aktualną ofertę wydawniczą, musi paść pytanie, czy dzisiejsze nastolatki zechcą wyjechać na prowincję, na wieś (w książce oczywiście!), gdzie toczą się rozmowy o snopowiązałce, gdzie chłopiec próbuje skraść uśmiech dziewczyny, a pocałunku nie śmie? Spróbujcie podrzucić córce, a potem napiszcie proszę, czy się spodobała. Polecam miłośnikom Dzieci z Bullerbyn. Wiek 10+ (wydawca) Ja raczej widzialabym z tą książką trzynastolatki + 99:) Wydawnictwo Nasza Księgarnia
wtorek, 02 marca 2010
Morze ciche - Jeroen Van Haele/ Sabien Clement
Morze ciche, wydane już jakiś czas temu, cichutko przycupnęło na półeczce, niepozorne, skromne. Książka o głuchym chłopcu nie jest z pewnością lekturą dla każdego – wiele w niej smutku, bólu dziecka nie akceptowanego przez ojca, zamkniętego we własnym świecie. Świecie, w którym dźwięki trzeba sobie najpierw wyobrazić, by je potem móc usłyszeć, odczytać z ruchu ręki innej osoby. Jak usłyszeć szum morza, skoro nigdy wcześniej się go nie słyszało? Jak usłyszeć pisk mewy, płacz siostry, wrzask pijanego ojca? Urodziłem się za wcześnie. Zbyt wcześnie rano. Lepiej urodzić się wieczorem, wtedy się i słyszy, i umie mówić. Rano rodzi się głuchym i nie umie się mówić, w południe tylko się słyszy, a jak się rodzi wieczorem, umie się wszystko. Książkę przeczytałam kilka dni temu, a nadal siedzi w mojej głowie. Bardzo ją przeżyłam. Jako mama. Wzruszyłam się. Jako mama. Bo było mi tak strasznie żal chłopca, który nie zaznał smaku przyjaźni z ojcem, wygłupiania się, męskich bójek na niby, kolczastych tatowych pocałunków. Za to poznał smak poniżenia i odrzucenia. Było mi tak bardzo żal, że nie poznał smaku czułości ze strony matki, że ta była piękna tylko wtedy, gdy opiekowała się siostrą Emilia. Zdrową siostrą. Zaświeciło słońce na niebie, kiedy pojawili się Javier i seniora Anna. Przyjaciele chłopca, uczący go optymizmu, a przede wszystkim akceptowania siebie. To za ich sprawą często pojawiał się uśmiech na twarzy chłopca. I znów ból i znów łzy. W książce nic nie jest łatwe – ani relacje między ludźmi, ani zakończenie. Przez to jest tak bardzo prawdziwa, mądra. Niestety – cudu nie będzie – Emilio, jak to w różnych bajkach bywa – nagle za dotknięciem różdżki słuchu nie odzyska. To ważna informacja dla tych, którzy zechcą książkę podsunąć dziecku. Ja nie zostawiłabym go sam na sam z tą lekturą – pewne sprawy trzeba wyjaśnić, wytłumaczyć. Kolor czarny w życiu istnieje – to ważna nauka dla dziecka, ale jestem zwolenniczką stopniowego i subtelnego oswajania z nim. Przy tej książce jest to konieczne… Piękna książka, pełna poezji, z przesłaniem – może okazać się też ważną książką dla dorosłych. Smutna i wzruszająca. Historia ta została najpierw opowiedziana za pomocą ruchu i muzyki. Dopiero później autor ubrał ją w słowa i tak powstała ta opowieść. Jest to dowód na to, że tak wiele można wyrazić bez słów – gestem, mimiką, ruchem, tańcem. Otoczeni różnymi dźwiękami, hałasem – pewnie z przyjemnością zatrzymamy się, by posłuchać… ciszy. A tej w książce jest jej pod dostatkiem. Naprawdę warto. Książka marca... Wiek 10+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
poniedziałek, 22 lutego 2010
Ella i przyjaciele (t.2) - Timo Parvela
Jeśli ktoś czytał pierwszy tom przygód Elli, na pewno sięgnie po kolejny. Bo Ella uzależnia, a każde spotkanie z nią oznacza wyraźną poprawę humoru. Timo Parvela, sam przez sześć lat nauczyciel w szkole podstawowej, umie na tę instytucję spojrzeć z przymrużeniem oka, umie wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Ze szkołą generalnie jest tak: niby wszyscy narzekają, a po latach szkołę lubią i miło wspominają. Zamiast kolorów: czarnego i szarości, dominują ciepły żółty i przyjazny pomarańcz. Szkoła Parveli jawi się jako miejsce miłe i przyjemne, w którym uczniowie lubią się spotykać i przebywać, mimo, że czasem jest jak jest. Swoją drogą zastanawiam się, jakim pedagogiem był sam autor. Czy takim, jak jego książkowy odpowiednik, któremu dość często wiele rzeczy wymyka się spod kontroli, którego przerastają pomysły jego małych podopiecznych? Trzeba tutaj dodać, że w tych działaniach nie ma ani krzty złośliwości, uczniowie dwoją się i troją, by osiągnąć zamierzony cel, zadowolić, wręcz uszczęśliwić swojego pana, a że czasem nie wychodzi? No i dobrze, gdyby było inaczej, wówczas byłaby to zupełnie inna książka. A tak dzieci czytają z przyjemnością. I ich rodzice też. Lepiej przeczytać dobrą książkę dla dzieci, niż kiepską dla dorosłych. W tej części spotykamy Ellę i jej starą paczkę przyjaciół. Razem z nimi jedziemy na kolonie, zaczynamy drugą klasę, poznajemy WYKOŃCZYCIELA i ZABIJAKĘ, spędzamy noc w szkole, czyli jak zwykle – oj, będzie się działo. Timo Parvela ma lekkie pióro, specyficzny styl, duże poczucie humoru, którym umie zarazić czytelnika. Rozdziały są krótkie, świetnie nadają się do samodzielnego, albo do rodzinnego czytania, które na pewno sprawi dużo przyjemności. Timo Parvela otrzymał w 1989 roku nagrodę Hansa Christiana Andersena, która często nazywana jest Małym Noblem. Wiek 6+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
piątek, 19 lutego 2010
Mania czy Ania - Erich Kastner/ Ewa Salamon
Ania Pafly pochodzi z Wiednia, Mania Körner z Monachium. Obie są w tym samym wieku i pewnego dnia podczas wakacji spotykają się w domu kolonijnym w Zdrojowej Górze nad Górskim Zdrojem. Nigdy wcześniej się nie widziały, a to co je łączy to… wygląd. Wyglądają tak samo. Jak bliźniaczki. Są nimi w rzeczywistości, bo jak się okazuje, Mania ma tylko mamusię, Ania – tatusia. Ich rodzice rozwiedli się kilka lat temu i podzielili dziećmi. Kiedy dziewczynki odkrywają, że są siostrami, postanawiają swoim rodzicom zrobić małą niespodziankę. Mania pojedzie do tatusia, Ania – mamusi. Co z tego wyniknie – łatwo przewidzieć. Dziewczynki mają zupełnie inne charaktery - jedna potulna jak baranek, druga pokazuje pazurki. Nic dziwnego, że rodzice będą zachodzić w głowę, kto zaczarował ich dzieci. A gdy się dowiedzą…. Nie, nie zdradzę nic więcej. Powiem jeszcze tylko, że dziewczynki podejmą próbę pogodzenia rodziców. Czy im się uda? Mimo, że książka liczy sobie ponad 60 lat, jest u naszych sąsiadów ciągle bardzo popularna. Można pokusić się o stwierdzenie, że właśnie dziś jest aktualna jak nigdy przedtem. Coraz więcej rozbitych rodzin, coraz więcej rodziców samodzielnie wychowujących dzieci. Jednak, czy książkowy Happy End jest w codziennym życiu możliwy? Nie mam takiej wiedzy i bardzo chciałabym odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Dzieci z rozbitych rodzin marzą często o tym, by rodzice znów szczęśliwie ze sobą razem żyli. Przychodzi taki moment, kiedy muszą w końcu zrozumieć, że to nie będzie nigdy możliwe. Potraktujmy zatem Manię czy Anię jako romantyczną bajkę, czasem smutną, czasem wesołą, o dwóch dziewczynkach, których marzenia się spełniły. Na pewno warto po nią sięgnąć. Kästner to ceniony niemiecki autor książek dla dzieci. W Polsce ukazało się kilka jego tytułów, a na każdy warto zwrócić uwagę. Na rynku dostępny jest też audiobook pod tym samym tytułem, ale cena trochę odstrasza. Wiek 9+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 17 lutego 2010
Jerzy i tajny klucz do Wszechświata - Lucy i Stephen Hawking
Stephen Hawking to brytyjski astrofizyk, kosmolog i fizyk teoretyk. Jest między innymi twórcą teorii utraty masy przez czarną dziurę w wyniku kreacji po obu stronach horyzontu zdarzeń par cząsteczka – antycząsteczka na koszt energii pola grawitacyjnego (Wikipedia). Nie pytajcie mnie, co to znaczy. Raczej podsuńcie tę lekturę dziecku, a gwarantuję, że za chwilę będzie ono rodzinnym specjalistą od dziur czarnych i nie tylko. Hawking od wielu lat cierpi na stwardnienie rozsiane, prawie całkowicie sparaliżowany na wózku inwalidzkim, porozumiewa się ze światem za pomocą syntezatora mowy. Myślę, że znacie go z telewizji. Razem z córką napisał książkę, która podbiła serca wielu czytelników, a kto wie, może przyczyni się do pojawienia kolejnych Mikołajów Koperników, którzy będą chcieli zgłębiać tajniki wszechświata. Tak jak dwunastoletni Jerzy, tytułowy bohater. W każdym razie autorzy odczarowali fizykę, astrofizykę i Bóg raczy wiedzieć, co tam jeszcze, a co brzmi groźnie i ponoć gryzie. Tymczasem okazuje się, że fizyka nie taka straszna jak ją malują, a wiele rzeczy skomplikowanych, nagle jest – fiu fiu – proste jak drut. Dla naukowca Hawkinga meteoryty, planety, układ słoneczny, asteroidy, eksperymenty naukowe, niebo, gwiazdy, Kosmos, to bułka z masłem. Co ja piszę, z pysznym dżemem porzeczkowym z zapasów babki Marianny, – bo to sama słodycz przecież. Jerzy jest ciekawym świata chłopcem, takim, co to do każdej dziury zajrzy i o wszystko zapyta. Jego rodzice są nastawieni bardzo anty do współczesnego świata – piją herbatę z pokrzyw, radzą sobie z wyboru bez sprzętów technicznych, piorą wszystko w rękach, mielą zboże na chleb – taka baaaaardzo ekologiczna dwójka dziwaków w rozciągniętych swetrach, uwielbiająca wszelkiej maści manifestacje w obronie czegoś tam. Rodzina mieszka obok opuszczonego domu z zarośniętym ogrodem. Kiedyś żył w nim ponoć jakiś staruszek, który nagle znikł w dziwnych okolicznościach i odtąd o tym domu mówi się tylko źle. Do czasu. Kiedy Fred – świnka Jerzego przedostaje się przez dziurę w płocie na zakazany teren, a potem ze smakiem chlapie soczek z czerwonej porzeczki w kuchni u Eryka, nowego sąsiada i jego córki Anny. Od tej pory świat chłopca wywraca się do góry nogami. Eryk razem z córką dzięki gadającemu komputerowi o wdzięcznej nazwie Kosmos, zabierają chłopca w dalekie podróże po Wszechświecie, odkrywają przed nim tajemnice i zagadki. Para autorów zbudowała ciekawą, trzymającą w napięciu historię, wplotła w nią wiele naukowych zagadnień, wprowadziła kilka czarnych charakterów, przez co zrobiło się jeszcze ciekawiej. Naukowiec wcale nie musi być nudnym jak flaki z olejem ludkiem zatopionym w książkach. Ojciec Ani, zwariowany, nieporządny naukowiec ma duże poczucie humoru, wielką wyobraźnię i jest świetnym nauczycielem, choć przekazuje wiedzę w sposób naturalny i niekonwencjonalny. Ta książka to połączenie przygody, bajki i nauki. Żeby zainteresować dziecko kosmosem, nie trzeba wcale udawać się z nim do planetarium, albo kupować od razu drogiego teleskopu. W książce oprócz ilustracji do historii znajdziecie kilkanaście bardzo poważnych naukowych zdjęć – z kometami, księżycami Saturna, sondą kosmiczną, mgławicą planetarną, kosmicznymi chmurami itd. I mimo, że może pociecha nie zostanie w przyszłości kandydatem do Nagrody Nobla (chociaż, kto wie?), książka daje jej szansę obcowania choć na chwilę z nauką przez duże eN, a być może stanie się jednym z najprzyjemniejszych wspomnień dzieciństwa. Polecam! Wiek 10+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
wtorek, 16 lutego 2010
Wiejemy do lasu - Lyn Gardner
Co jakiś czas pojawiają się książki i filmy, które wykorzystują całe dziedzictwo bajkowo – literackie, a ich autorzy garściami czerpią z tego, co wybitni pozostawili nam w spadku, pokazując losy swoich nowych bohaterów w Krainie Baśni, gdzie to bohater ów raz spotyka Czerwonego Kapturka to znów o mało co nie rozdeptuje na swej drodze Tomcia Palucha. Efekt jest różnoraki. Raz mamy takiego oto filmowego Shrecka, który zjednuje sobie tysiące ludzi na świecie, innym razem mdli jak po naleśnikach z serem. Wiejemy do lasu to świetna powieść Lyn Gardner, pani krytyk teatralnej, co to w przerwach między przedstawieniami napisała książkę. I to jaką. Straszno w niej czasem że hej, śmieszno też. Właśnie nietypowy humor, niezły tupecik trzech panienek, ekscytujące przygody, ciekawa gra słów powodują, że książkę połyka się od razu, a potem rozgląda się za czymś na deser. Wyobraźcie sobie mały domek przyczajony na skraju wielkiej puszczy, a w nim rodziców i dwie siostry. Tak jest przynajmniej na początku, bo potem pojawia się trzecia dziewczynka - Ani. Rodzina ta jest dość specyficzna – mama zbyt leniwa, by wywlec się z pierzyn, na swój sposób kochająca swoje córki, ale bez przytulania i czułych gestów. Kosztowałoby to ją za dużo wysiłku. Ojciec, zatopiony w marzeniach, ciągle przy mapach, w swoim gabinecie, albo w podróży. Pewnego dnia do miasteczka Grajkowo przybywa dziwny i mroczny zarazem De Wilde. Ma wyprowadzić z miasteczka szczury. Pomagają mu w tym wilki, zresztą on sam ma i wygląd i charakter dzikiego zwierza. Kto raz wszedł do miasteczka, już tak łatwo go nie opuści. De Wilde marzy o wielkiej władzy, a tę może zdobyć za pomocą…małej niepozornej metalowej piszczałki. Ta jest w rękach jednej z sióstr Eden. A siostry to już całkiem osobny temat. Aurora jest uporządkowana, dojrzała, dobra gospodyni i kucharka. Storm to trzpiotka, taki chłopak w spódnicy, co to woli bardziej po drzewach łazić niż siedzieć nad książkami. Horror dla dzieci? Niby zaczyna się dziać coś poważnego, napięcie rośnie, człowiek zaczyna się nieźle bać, tu skrzypnie, tam skrzypnie, ktoś kogoś nieźle wystraszy, a nagle śmieszna riposta, bezczelne zagranie siostrzyczek rozładowują nabuzowaną do granic możliwości sytuację i jest dobrze. W książce odnajdujemy mnóstwo znanych motywów z baśni – jedne bardziej, inne mniej czytelne. Fajna historia o przyjaźni, takiej na zawsze, na dobre i na złe. Coś w rodzaju Dumasowskiego: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Obraz dorosłych nie pozostawia złudzeń – dzieci pozostawione są samym sobie, nie ma dla nich czasu, bo dorośli są albo zbyt wygodni albo oddają się karierze. Jaki tego skutek? Niezbyt wesoły, biorąc pod uwagę chociażby to, co przeżyły siostry Eden. Tak więc lektura – trochę ku przestrodze, trochę na poprawę humoru i trochę na napędzenie sobie samemu stracha. Wiek 10+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 10 lutego 2010
Biały Mustang - Sat-Okh
Wychowałam się na książkach o Indianach. Zresztą wielu rodziców z mojego pokolenia również. Mąż do dzisiaj pielęgnuje swoje wspomnienia związane z pewnymi lekturami okołoindiańskimi. Ta fascynacją tą kulturą, minęła już chyba bezpowrotnie. Dzieci mają dzisiaj innych idoli. Chociaż, kto wie…Na pewno nie czeka nas nagły nieoczekiwany przełom w tej kwestii, ale pojawianie się takich książek jak Biały Mustang, wznowienia (ostatnio Winnetou i innych w ramach serii Książka do plecaka) przyczyniają się do tego, że Wielki Duch nadal jest wśród nas. I tak jak podczas lektury książek o wodzu Apaczów mam wrażenie, że Karola Maya zbyt ponosiła fantazja (germańska), tak w przypadku książek Satha – Okha, naszego rodzimego Indianina, wszystko wydaje się być autentyczne a przez to bliskie (Zachęcam do sięgnięcia po jego Ziemię Słonych Skał, którą czytałam wieki temu, a którą chętnie bym sobie teraz przypomniała). Biały Mustang to zbiór baśni legend indiańskich. Już to czyni je fascynującymi. Poznać inną kulturę, inny świat. Spróbować tego, co minęło bezpowrotnie. Świat czerwonoskórych kojarzy się nam często z filmami różnej maści, tymczasem film swoje, a rzeczywistość swoje. Pamiętam artykuł w niemieckiej gazecie Tam, gdzie kręcił Costner. Analfabetyzm, bezrobocie, alkoholizm, kryzys tożsamości, odcięcie od korzeni, to tylko kilka problemów, z którymi borykają się dzisiejsi spadkobiercy baśni i legend indiańskich. Zresztą Sat-Okh często wspominał o tym w swoich licznych wywiadach i artykułach, nie unikał tematów trudnych. Biały Mustang daje możliwość poznania wierzeń indiańskich, wielu tradycji i zwyczajów, codziennego życia czerwonoskórych, poszanowania przyrody, trwania w zgodzie z odwiecznymi prawami. To świat dziki, w którym panuje odwieczny porządek. Z kart książki emanuje wielki szacunek dla przyrody – Matki Ziemi, Słońca, Wiatru. Mnie zaciekawiła bardzo postać samego autora. Sat – Okh, znaczy tyle co Długie Pióro. Kryje się pod nim Stanisław Supłatowicz – polski Indianin. Urodził się prawdopodobnie w Kanadzie w 1920 r., zmarł w Gdańsku w 2003 r. Historia jego życia jest fascynującym tematem na książkę. Był synem Stanisławy Supłatowicz, szlachcianki zesłanej w 1905 r. na Sybir i Indianina – Wysokiego Orła z plemienia Szawanezów. Ponoć jego pradziadem był sam wielki wódz Tecumseh. Wśród Indian wychowywał się do 1936 r. Następnie przybył z matką do Polski, tutaj przeżył okupację – uciekł z transportu do Auschwitz, działał w AK. Po wojnie aresztowany, kilka lat przesiedział w więzieniu. Potem pływał jako marynarz na statkach. W 1958 roku zaczął pisać książki, które przetłumaczono na wiele języków. wiek 9+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia |