|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: Paweł Pawlak
sobota, 14 maja 2011
Nocny Maciek - Paweł Pawlak
Kołysanka do czytania. By przegonić strachy, cienie, by tupnąć na ciemność resztkami sił i zamruczeć pod nosem zasypiając – niczego się nie boję. Księżyc – Nocny Macek właśnie wybiera się na swój codzienny spacer po niebie. Przelatując nad czubkami drzew przysłuchuje się wszystkim możliwym dźwiękom, jakie wydaje noc. Jeden z nich zastanawia go. Jest to dźwięk nowy i dziwny. Pyta słowika, i ryby w stawie, i tłustej żaby na nenufarze. Ta ostatnia wskazuje na wierzbę, w której mieszka maleńki robaczek. To ponoć jego pierwsza noc na świecie. Jego łzy kapią rzęsiście do miednicy i dzwonią: dzyń, dzyń. Robaczek tęskni za słońcem: -Ptaki powiedziały mi, że ta piękna kula to słońce. A potem...(…) A potem ta kula zaczęła spadać i zrobiła się czerwona… Było jej coraz mniej i mniej, aż w końcu całkiem znikła. Boję się, boję, boję! – malec siąkał pod nosem, a krople wciąż leciały w dół. Książka działa jak balsam na duszę. Oswaja ciemność, noc, rożne lęki, samotność. Świecący księżyc na niebie staje się sprzymierzeńcem, który pomaga – oświetla świat, gdy nie ma słońca, pomaga, koi. Jakże cudowny jest obrazek, na którym robaczek zasypia w bezpiecznych ramionach Maćka. Do prostego tekstu, opisującego wędrówkę Maćka w poszukiwaniu źródła dźwięku dzyń dzyń, autor przemycił też wiedzę stricte naukową, jak to jest ze słońcem i księżycem – że raz są, a raz nie ma. Pierwsza lekcja geografii i fizyki podana w tak nastrojowym klimacie i w bardzo prosty i zrozumiały sposób. Książka w czerni i granacie – i bardzo mocny kontrast - żółty księżyc rogalik - wszystko narysowane charakterystyczną kreską Pawlaka. Myślę, że nasz dom, w którym od kilku dni posługujemy się określeniem Nocny Maciek na księżyc, nie jest jedynym. Wiem, że ta książka ma sporo miłośników. Właśnie do nich dołączyliśmy. Polecam również bardzo nastrojowy wiersz Ewy Szelburg – Zarembiny pt: Ciemnego pokoju nie trzeba się bać. Znajdziecie go tutaj.
Wiek 3+ Wydawnictwo Stentor
wtorek, 23 listopada 2010
Czupieńki - Smok - Gerard Moncomble/ Paweł Pawlak
Nasi zachodni sąsiedzi już jakiś czas temu (od 1971 roku z małymi przerwami) wymyślili zabawę w Słowo Miesiąca i Słowo Roku. Pada mnóstwo propozycji jak Niemcy długie i szerokie – słów już istniejących w pewnym określonym kontekście, albo neologizmów. Niektóre z nich są jak meteoryty – dziś są, jutro nie ma. Inne z kolei na stałe weszły do języka potocznego. Wokół tej zabawy w słowa jest duże zamieszanie medialne i przez jakiś czas dużo o nich się słyszy i mówi. Gdyby i u nas ktoś miał zamiar przeprowadzić taką zabawę (oj, a może już jest, tylko, że nic o niej nie wiem?), to moim kandydatem byłoby coś, co mnie urzekło, a co moje dzieci przyjęły z błogim, dziecięcym spokojem, jaki od czasu do czasu je ogarnia – czyli jako oczywistą oczywistość, bo coś przecież jest i nie ma się czemu dziwić. A mnie pokrzepidełko Ewy Kozyry - Pawlak po prostu zadziwiło i bardzo się spodobało. Jest takim moim Prywatnym Słowem Roku.
Już śpieszę wyjaśnić co to jest owo pokrzepidełko. To roślinka, której owoce to takie drobne kuleczki koloru czerwonego. Przypominają czerwone jagody, porzeczkę, tyle że rosną na drzewie w lesie Czupieńków. Wspominałam o tej roślince tutaj. W drugiej części, pokrzepidełko gra pierwsze skrzypce, bo to właśnie z jego powodu wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przyszedł okropny Smok Żarłok i połknął cały zbiór pokrzepidełka, nad którym Czupieńki trudziły się cały dzień. Oj, w tych małych istotach zagotowała się krew. Jest dziura – pułapka, są łzy, jest przebaczenie, jest w końcu przemiana – ze złego stwora w całkiem przyjemnego rogatego stwora już nie potwora. Czupieńki. Macie coś takiego, że lubicie kogoś od pierwszego wejrzenia? Z Czupieńkami tak właśnie jest. Coś jest w tych maluczkich stworzeniach o długich ryjkach ukrytych pod wielkimi kapeluszami, że chwytają za serce.
Dzieci polubiły książkę. A ja tak sobie myślę, że przydałaby nam się od czasu do czasu herbatka z pokrzepidełka. I miny byłyby weselsze, i sił więcej, a może i więcej recenzji na blogu… Wiek 2+ Wydawnictwo Media Rodzina
środa, 17 listopada 2010
Czupieńki i gwiazdka - Gerard Moncomble/ Paweł Pawlak
Kiedy Czupieńki pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Tomkowe, Mikołajkowe i ... Mamowe. Bo Czupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem. Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.
A ilustracje Pawała Pawlaka? I jak tu nie wzdychać. Choć nasz ulubiony rysunkowacz ostatnio sam się odbrązowił w wywiadzie z panią Moniką Obuchow. My tu sobie nieziemsko wzdychamy, a tymczaseml ojciec Czupieńków jest człowiekiem z krwi i kości, o czym można przekonać się tutaj. Polecam!
Wiek 2+ Wydawnictwo Media Rodzina Kiedy CzupieńkiCzupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem. pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Mamowe, Tomkowe i Mikołajkowe. Bo Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.
Wiek 2+ Wydawnictwo Media Rodzina
niedziela, 25 kwietnia 2010
Podręczny Nieporadnik - Grzebień - WojciechWidłak/ Paweł Pawlak
Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi wybuchami śmiechu małego gracza. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła. A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych. Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie (tytuł Najpiękniejszej Książki Roku 2009). Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki. Żadnych innych wniosków nie wyciągnę, bo cytując klasyków: wnioski wyciągnięte grzebieniem są doprawdy żałosne. Mnie cieszy jeszcze to, że Czerwony Konik, niewielka oficyna wydawnicza z Krakowa, tak nam się rozbrykała, że aż iskry spod kopyt lecą. Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy… Dla nas to KSIĄŻKA KWIETNIA!
Wiek5+ Wydawnictwo Czerwony Konik
Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi wybuchami śmiechu małego gracza. Może służyć do zrobienia fantazyjnego wzorku na kanapce z masłem, co też już przeżyliśmy w naszym domu. I do zamieszania cukru w herbacie wiśniowej – o zzzzgrozzzzo. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła. A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych. Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie. Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki… pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa
poniedziałek, 08 lutego 2010
Chodzi, chodzi baj po ścianie - Kazimiera Iłłakowiczówna/ Pawel Pawlak
Rozkleiłam się. Tak po maminemu. Za pierwszym razem. Teraz, znając już wiersze, raduje się moja dusza ogromnie za każdym razem, gdy czytam moim dzieciom. Mamo opowiedz, jak byłaś mała. A ja najchętniej przeniosłabym się do tego świata zaklętego w wierszach. Beztroskiego, bezpiecznego, magicznego. Zamykam oczy i pojawiają się obrazy. Tylko moje. Wspomnienia. Ciepłe. Smutne. Bo przecież była też i taka wiosna:
W pasiece- aż dzwoni, w powietrzu różowo jest od kwiecia wiśni i jabłoni a wiatr po parku goni. i przyklęka – i całuje zaciśnięte piąsteczki piwonii.
I robi mi się tęskno, bo gdy się jest dorosłym, mamą, to wszystko mija niepostrzeżenie. Za szybko. To drzewa już przekwitły? Z niedowierzaniem kręcę głową i ze smutkiem patrzę, na dywan zeschniętych szaroburych płatków koło zmurszałego pnia. Och, jaka szkoda…
Poetka ogląda świat oczami dziecka. Widzi to, co nam umyka, na co nie mamy zwykle czasu. Przecież musimy tyle rzeczy załatwić. Ważnych, bardzo ważnych. Motyl, który przysiadł na ramieniu. Wróbel, który gdzieś śmignął. Kto by na to zwracał uwagę? Wróbel to tylko wróbel. W dodatku taki szary jakiś. Żółty jaskier, złoty żwir, gil z czerwonym brzuszkiem, zaciszne śniegi, bławatek. Jest i świat dziecięcych fantazji z królewną, wodnikiem, krasnoludkiem, świerszczem, słowikiem. Jak w obrazach impresjonistów – wystarczy chwila, by małą rzecz zamknąć w wierszu. By powstała metafizyczna miniatura. Oj, mamo to takie normalne, takie zwykłe. A ja zazdroszczę dzieciom, że mają niesamowitą umiejętność koncentrowania uwagi na rzeczach małych. Maluczkich. Najmniejszych. I zastanawiam się, kiedy nadchodzi ten moment, kiedy sprawy tak naprawdę nieważne stają się ważne. Książkę zachowam, nie oddam nikomu. Kiedyś wyciągnę i podaruję. Na nowo. By dzieci, już - nie – dzieci odkryły, że gdzieś głęboko, bardzo głęboko, jest ukryte w nich dziecko. Może choć na chwilę zechce się ono obudzić?
Do Baja poprowadziły nas dwie drogi. Pierwszą z nich była książka o tym samym tytule Chodzi, chodzi Baj po ścianie, wydana przez Naszą Księgarnię. W zbiorze wierszy i kołysanek na samym początku był bardzo nastrojowy tytułowy wiersz Kazimiery Iłłakowiczówny. Zapadł tak bardzo mojemu starszemu dziecku w pamięć, że mimo upływu kilku miesięcy, często przywoływał Baja, co to chodzi po ścianie w żółtych chodakach. Drugą drogą poprowadził mnie mój Teść. Tato, zakochany w naszej polskiej literaturze i historii, tak potrafi pokierować rozmową, że wszystkie drogi i tak prowadzą do książek. Od zimy, od upału, cen za węgiel, spraw okołorodzinnych i tak wiadomo, że zaraz w rozmowie pojawi się Dąbrowska, Żeromski, albo Reymont. Kiedyś pojawiła się Iłłakowiczówna, wspomniana jako sekretarka marszałka Piłsudskiego. Musiałam to sprawdzić. Po nitce do kłębka znalazłam tę książkę. Tomik zawiera 31 wierszy wybranych z całego dorobku poetki, notabene, bardzo mi bliskiej też geograficznie, bo poznanianki. Ilustracje Pawła Pawlaka to czysta poezja. Akwarele, bardzo ciepłe, stanowią nierozerwalną całość z poetyckimi krótkimi etiudami. Pomagają dzieciom na pewno zrozumieć tę poezję sprzed lat, pojawiające się w niej od czasu do czasu rzadko używane słowa. Świat rozmyty w barwach – jak w marzeniach i wspomnieniach – jest bardzo sentymentalnie dla rodziców i nastrojowo dla maluchów. Wiek 3+ Wydawnictwo Media Rodzina
poniedziałek, 16 listopada 2009
Podręczny NIEPORADNIK. Młotek - Wojciech Widłak / Paweł Pawlak
W pewnej baaaardzo znanej księgarni internetowej kliknęłam w Działach na link: PORADNIKI. Wyskoczyło całe mnóstwo tytułów i to z najróżniejszych dziedzin. Czegóż tam nie było. Podręczny NIEporadnik. Młotek, popełniony przez dwóch panów: Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka, to ewenement na skalę światową. Każdy przeciętny zjadacz chleba, nawet nudny urzędas (jak mój mąż:) wie, do czego służy młotek. A proszę dla kontrastu zrobić test wśród najbliższych i postawić pytanie: A do czego Tobie nie służy młotek? My zrobiliśmy. Ach te miny i świdrujące nas spojrzenia dziadka i tatusia Tomkowego, doszukujące się jakiejś pułapki przez duże P. Tymczasem książka jest odpowiedzią na to pytanie i ma formę rozprawy naukowej przygotowanej przez dwie wschodzące gwiazdy polskiej nauki: profesora Kurzawkę i adiunkta Kwasa, popartej licznymi rycinami i rysunkami. Moi synowie przekonali się w minione wakacje, że młotek NA PEWNO nie służy do kopania grządek. Dziadek Stasio, depozytariusz wielu zalet, ma jedną wielką wadę – jest bałaganiarzem i zostawia wszędzie swoje narzędzia. Tomek z Mikołajem, z wielką radością nieśli swój łup na tyły ogródka, by tam w ciszy i spokoju przekopywać grządki porzuconymi młotkami. Tymczasem książka naukowo definiuje: W chwili kontaktu z glebą bardzo hałasuje (młotek), odstraszając nie tylko szkodniki, ale także tak pożyteczne dżdżownice. I jeszcze z innych względów kopać się młotkiem nie dało, o czym książka wprawdzie milczy, ale na podstawie naszych rodzinnych obserwacji, może zainteresujemy naszymi spostrzeżeniami obydwu naukowców, którym z całego serca życzymy Nagrody Nobla.
Książka pełna humoru, absurdalnych przykładów, z różnych dziedzin, a jakże. Przykłady poparte poważnymi naukowymi minami przeprowadzających doświadczenia, wszystko dokładnie udokumentowane, potwierdzone podpisami i pieczątkami. Koniec. Kropka. Właśnie tak. PS: Należy zwrócić szczególną uwagę nie tylko na część merytoryczną rozprawy naukowej, lecz również graficzną, przygotowaną przez pana Pawła Pawlaka. Jest niecodziennie, odważnie, śmiesznie, pomysłowo, brawurowo, cudnie. Pokochają ją chłopcy i duzi i mali:) Za ilustracje i projekt graficzny książki Paweł Pawlak dostał nominację do nagrody IBBY. Ot, właśnie tak, po raz drugi.
Wydawnictwo Czerwony Konik
niedziela, 17 maja 2009
Dzikie łabędzie - C.H. Andersen/ Paweł Pawlak
Mimo, że na rynku jest tylu nowych autorów, tyle nowych świeżutkich tytułów – my bardzo często i chętnie wracamy do dobrej i sprawdzonej klasyki. Dzikie łabędzie C.H. Andersena – w nowej szacie graficznej, z pięknymi ilustracjami Pawła Pawlaka, w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej, bezpośrednio z języka duńskiego – to niewątpliwie kolejna perełka, na którą warto zwrócić uwagę. Piękna baśń o braciach zaklętych w dzikie łabędzie i ich siostrze Elizie, która gotowa jest ponieść każdą ofiarę, by tylko ocalić ukochanych braci. Andersena można czytać i czytać, słuchać i słuchać. Kiedy czytam synowi te baśnie, obserwuję z radością, jak kolejne pokolenie nabożnie ich słucha. W baśniach Andersena wiele jest smutku, nostalgii, żałoby. Nie wszystkie kończą się dobrze i szczęśliwie, czasem bohaterowie muszą ponieść ofiarę, zapłacić straszną cenę za swoje czyny. Niektórzy spytają, czy dla dziecka nie jest to zbyt okrutne? Może powinno im się oszczędzać takich tekstów, jak ten, gdzie Eliza ma zginąć w czerwonych płomieniach. Przyznaję, że irytują mnie książki, które przedstawiają dzieciom świat w samych tylko jaskrawych kolorach – jakby kolor czarny w ogóle nie istniał. Taki sobie - róż, lukier i… kicz, który niczego nie wnosi do życia i który w pamięci czytelników utrzymuje się zaledwie przez jeden sezon. Są po prostu nudne i puste jak rzeka bez zakrętasów i wywijasów. Baśnie Andersena czytamy już od 200 lat i nie tracą nic ze swojej aktualności i wartości. Ich przesłanie jest ciągle żywe. Nawet jeśli są napisane w smutnym tonie, to niosą ze sobą nadzieję – bo przecież Eliza zostaje nagrodzona za swoje oddanie i siostrzaną miłość. Mała Syrenka , która oddaje swe życie by ocalić księcia – ratuje ostatecznie swoją duszę. Bardzo denerwuje mnie upraszczanie baśni i bajek – że niby są zbyt okrutne, to trzeba wymyślić coś nowego, najlepiej zakończenie z happyendem. Oczywiście okroić tekst trzeba również, bo dzisiejsze dziecko nie wysiedzi tak długo, nie wysłucha do końca. Kolejny mit. Baśnie autentyczne, te napisane przez klasyków, mają pewien klimat, dużo magii, która przyciąga i nie każe przestać, aż się nie skończy. Niektórzy rodzice czepiają się baśniowych szczegółów, które w czasach, kiedy nie było telewizji i były przekazywane ustnie miały wręcz tłumaczyć świat i przystosowywać do życia. Tymczasem nie widzą, ile okrucieństwa jest dookoła właśnie z udziałem dzieci - w życiu codziennym – w szkole i przedszkolu – gdzie są podziały na lepszych i gorszych. Nie zwracają uwagi, co dzieci oglądają w telewizji, gdzie kreskówki też nie przebierają w środkach. A reklamy? Absolutnie nie przeznaczone dla dzieci. Tak weszły do naszego życia, że stały się dla nas czymś normalnym, tak jakby musiały być. Tymczasem atakują dziecięcą wyobraźnię - i to praktycznie za naszą zgodą. Wracając do baśni - każdy rodzic zna swoje dziecko i raczej może przewidzieć, jak zareaguje ono na daną baśń. Gdy czyta się razem – zawsze można coś wytłumaczyć, dopowiedzieć, utulić. Wtedy to ani zła królowa, ani żadne czary-mary, ani wilk nie takie straszne.
W Dzikich łabędziach Paweł Pawlak stworzył niesamowite ilustracje. A historia ma szczęśliwe zakończenie:)
Dzikie łabędzie zostały wydane w serii – Mistrzowie Klasyki Dziecięcej. W księgarniach pojawiły się już Calineczka, Brzydkie Kaczątko, Księżniczka na ziarnku grochu. Do każdej książki dołączona jest płyta z baśnią w interpretacji Jerzego Stuhra.
|