Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: Aleksandra Kucharska - Cybuch

sobota, 31 grudnia 2011
Dziadek do Orzechów i Król Myszy - E.T.A. Hoffmann/ A. Kucharska - Cybuch

 

Dziadek do Orzechów ukazał się po raz pierwszy w roku 1816 –   zatem prawie 200 lat temu. A więc w czasach, gdy działali już Friedrich Schiller i J.W. Goethe -  a całą Europę ogarnęła fala romantyzmu. W literaturze pojawił się cały wachlarz nowości – uczucia, emocje, groza, tajemniczość, niepokojąca atmosfera, elementy fantastyczne. Wcześniej nikt nie poświęcił tyle uwagi miłości – wielkiej i tragicznej. Goethe przewrócił świat do góry nogami pisząc Cierpienia młodego Wertera, Schiller – Zbójców, a E.T.A. Hoffmann wkroczył ze swoim Dziadkiem do orzechów na dość grząski i niepewny grunt jakim była literatura dziecięca, której tak naprawdę… nie było. Zresztą kto się wtedy przejmował dziećmi. Kogo obchodziło, co dzieci czują i co mają do powiedzenia. Dzieci wypadało mieć, najlepiej dużo, ale wychowaniem zajmowały się guwernantki, guwernerzy i bony. Rodzice – i owszem, mieli z pewnością wysokie wymagania, z którymi zaznajamiali wyżej wymienionych. Ale w tzw. dobrych domach dzieci widywano w ciągu dnia rzadko, czasem podczas posiłków. Nic dziwnego, że panował wielki dystans, który daje się odczuć także w Dziadku do orzechów. Mali ludzie nie mieli prawa głosu, przy stole nie należało się odzywać, za to ważne było, by nie jeść z pełną buzią, nie rozpychać się łokciami i koniecznie trzymać kolana razem (ponoć bony stosowały tzw. bibułkę). Jak grząski to był grunt, niech świadczy fakt, że nie tak szybko znaleźli się naśladowcy Hoffmanna – po Dziadku do orzechów na długo zapanowała znów cisza w literaturze dziecięcej, przynajmniej na gruncie niemieckim – bo pół wieku później pojawi się Alicja w Krainie Czarów (1865), a trochę wcześniej w niedalekiej Danii – Baśnie Andersena. I właśnie w takim klimacie powstaje Dziadek. W dodatku autor jest państwowym urzędnikiem, który, gdy tylko zatrzaskuje drzwi swego gabinetu, po godzinach - staje się zupełnie innym człowiekiem -  artystą, muzykiem, malarzem, literatem. Romantycznym – trzeba koniecznie dodać.

Baśń…. - Dziadek powstaje w czasach, gdy właśnie ukazało się pierwsze wydanie Baśni Grimmów. Musiało to w jakiś sposób rzutować na Dziadka, na jego atmosferę, klimat. W literaturze panuje romantyzm – i te elementy znajdziemy w tej opowieści. W domu radcy Stahlbauma właśnie trwają przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dwójka jego dzieci Maria i Fryc (w rzeczywistości dzieci przyjaciela autora. To z myślą o nich powstała ta baśń) zastanawiają się, co w tym roku znajdą na stole z prezentami i jaką niespodziankę szykuje dla nich kochany ojciec chrzestny Drosselmeier. Maria odkrywa przy choince dziwną postać, małego człowieczka. Na pytanie – któż to taki, usłyszała od ojca odpowiedź:

-Ten człowieczek, drogie dziecko, ma pilnie pracować dla was wszystkich, ma zręcznie rozgryzać dla was twarde orzechy, a należy on w takim stopniu do Luizy, jak do ciebie i Fryca.

Historia toczy się dwutorowo – z jednej strony rzeczywistość w domu radcy medycznego, sceny z życia rodzinnego. Z drugiej to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami w pokoju siedmiolatki i baśń o twardym orzechu, którą opowiada chorej Marii ojciec chrzestny. Fantastyczny świat, pełen tajemnic i strachów, które mogą przyprawić o palpitację serca. Swego rodzaju horror, który wpędza małą Marię w chorobę. Dziwne powiązania, tropy, które czasem wiodą do nikąd, dziwna postać samego Dziadka, którego potem Maria rozpoznaje w osobie bratanka ojca chrzestnego, no i to dziwne zakończenie, które niczego nie wyjaśnia, pozostawiając tym samym pole do naszych interpretacji i domysłów. W książce aż kipi od emocji - są strach, zaskoczenie, przywiązanie, przyjaźń, miłość - a wszystko to kręci się wokół małej Marii. No czegoś takiego  w literaturze dziecięcej jeszcze nie było. Mało tego - Maria zostaje narzeczoną młodego Drosselmeiera. Oboje poszli za głosem serca. Widział kto wtedy takie rzeczy? Zresztą można poczytać w Cierpieniach młodego Wertera Goethego, jak takie historie się kończyły. Można dociekać  - jak oddziaływały na życie społeczne w tamtych czasach. Stąd zakończenie Dziadka ma wymiar - jak na owe czasy - iście rewolucyjny, co nam współczesnym czasem trudno w ogóle zauważyć. W końcu bajka to bajka - powinien być happyend - a literatura przyzwyczaiła nas, że takie opowieści raczej kończą się słodko polukrowane - było wesele i ja tam byłem miód i wino piłem. Nie zapominajmy jednak, że opowieść Hoffmanna, to rzecz balansująca na granicy dwóch światów - poplątanie z pomieszaniem - trochę snu i trochę rzeczywistości. Granica jest tak zatarta, że nawet dorosłemu czasem trudno zorientować się co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni. Pamiętajmy, że to zaledwie początki wieku XIX.

W najnowszym wiernym tłumaczeniu Elizy Pieciul - Karmińskiej, obok smakowitego tekstu można uraczyć się również ciekawym Posłowiem tłumaczki na temat perypetii Dziadka i kłopotów z przekładem tej wiekowej książki. Kropką nad i są ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch . Najpierw rozczarowała mnie, a potem spodobała, wizja samej postaci Dziadka do Orzechów. Postać w tej książce nie ma nic wspólnego z  tradycyjnym dziadkiem do orzechów – drewnianymi figurkami, jakie królują na jarmarkach świątecznych jak Niemcy długie i szerokie. Człowieczek – tak Maria określiła Dziadka, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. I tak w istocie wygląda. 


Wydawnictwo Media Rodzin

niedziela, 25 października 2009
Morska wyprawa - Christian Pauck/ Aleksandra Kucharska - Cybuch

Najpierw ilustracje. To im na samym początku poświęciliśmy najwięcej uwagi. Aleksandra Kucharska – Cybuch z dużym wyczuciem i oryginalnie obrazuje świat przyrody. Tak było w wydanych na nowo Baśniach Andersena (Córka króla moczarów i innych baśniach) i Mojej ciotce Sroce. W Morskiej Wyprawie ilustratorka sprawiła, że słychać terkoczące koło młyńskie, chlupot wody, rechoczące żaby. Subtelny motyl za chwilę rozkołysze się na zielonym tataraku, czapla zerwie się do lotu. Bryza morska muska naszą twarz a na języku czujemy delikatny posmak soli.

Morska Wyprawa to zasypianka  dla małej Kasi, która nie może zasnąć i prosi dziadka, by do snu opowiedział jej historię o rybkach. Prawdziwy dziadek nie da się długo namawiać i tak oto starszy pan zaczyna snuć opowieść o dwóch okoniach, które strrrasznie nudziły się w stawie i dlatego pewnego dnia postanowiły popłynąć do Bałtyku. Książka opowiada o tym, jak wyglądała ich podróż, kogo spotkały i dlaczego warto znać języki obce. A morał z tej historii taki, a właściwie dwa morały, że – wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu i … podróże kształcą.  

Bardzo nam się spodobała ta lekcja biologii. Mnóstwo tu wyrażeń odnoszących się do wodnego świata – i to wcale nie najłatwiejszych. Nazwy ryb, Bałtyk, słone morze, słodkowodne stawy i jeziora, płynąć z prądem (Mamo, prąd jest przecież w kontakcie!- Tomek),  ba – jakby tego było mało – prąd norweski, ujście rzeki. Na końcu książki – dodatek – miniatlas ryb morskich, słodkowodnych i dwuśrodowiskowych. Książka wydana z pomysłem – niektóre strony można otwierać, wszystko to w pastelowych odcieniach, z przewagą morskiej zieleni. Lektura dla małych koneserów.

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 02 sierpnia 2009
Moja Ciotka Sroka - Liliana Bardijewska / Aleksandra Kucharska - Cybuch

Liliana Bardijewska – tłumaczka literatury bułgarskiej, autorka licznych słuchowisk dla dzieci, sztuk teatralnych skierowanych dla najmłodszych. W swoim dorobku ma powieści dla młodzieży Ratatuj, Bractwo Srebrnej Łyżeczki; bajkę dla maluchów Zielony wędrowiec. Ostatnio popełniła kolejną książkę. Tym razem dla starszaków – o pewnej ciotce - gadulskiej i mądralińskiej  gawędziarce i bajarce, która jest… sroką.

Tytułowa ciotka snuje opowieści dla małej Julianki, a trzeba przyznać, że robi to wyśmienicie i z wyszukaną gracją i fantazją. Od niej mała Julianka dowiaduje się, dlaczego na wierzbie wyrosły gruszki, jak obudzić śpiącą Ziemię, skąd wzięły się pisanki, dlaczego biedronki są czerwone, co to znaczy zajęcza odwaga i skąd na świecie wzięły się choinki. Fantastycznie jest mieć Ciotkę Srokę, która opowiada z ogromnym przejęciem i sporą dawką humoru! Dzięki jej opowieściom maluchy oswajają się z uczuciem strachu, zgłębiają tajemnicę czasu i poznają smak przyjaźni. To co mnie osobiście urzekło – to erudycja pisarki, zabawa słowem. Żadnej drogi na skróty – traktowanie na serio małego odbiorcę i wymaganie od niego maksimum zaangażowania. Do tego świetne ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch  (pisałam o niej przy Córce króla moczarów Andersena) - nie tylko przedstawiają czytane bajki, ale w połączeniu z tymi bajkami właśnie, w naturalny i zupełnie niewymuszony sposób pobudzają wyobraźnię malucha. Solidnie wydana – z pewnością długo wytrzyma kontakt z najmłodszymi.


- A to co za krzyki pod moim oknem?! Pod moim gniazdem rodzinnym?! Ja nie jestem byle kto, żeby słuchać byle wrzasków! Ja jestem Ciotka Sroka i tutaj wrzeszczeć mogę tylko ja! Zapytaj, kogo chcesz. Wszyscy mnie tu znają! Ba, znają mnie nawet na królewskim dworze! Aż oniemiałam z wrażenia. A więc to jest moja ciotka. Ciotka Sroka. A ta sterta gałęzi nade mną - to jej gniazdo rodzinne... Patrzyłam na nią okrągłymi ze zdumienia oczami. To się nazywa ciotka! Widząc mój zachwyt, Ciotka Sroka szybko się udobruchała. - Widzę, że jesteś mądrą dziewczynką - burknęła. - Zasłużyłaś na prezent. - I wcisnęła mi do ręki coś puchatego, mięciutkiego, przytulnego. - Wiesz, co to jest? Nie miałam pojęcia! - To jest wierzbowy kotek, czyli bazia - powiedziała uroczyście. - Wierzbowy, bo rośnie na wierzbie. Spojrzałam na Ciotkę Srokę zdziwiona. Zawsze myślałam, że kotki rosną na kanapie. Przynajmniej nasz siedział na niej całymi dniami, jak przyrośnięty. - A wiesz, dlaczego rośnie na wierzbie? Dzięki mnie! Gdyby nie ja, wiesz, co by rosło na wierzbie? Gruszki! Mój podziw dla Ciotki Sroki ogromniał z minuty na minutę. Byłam z niej dumna!

Wydawnictwo BIS

środa, 29 kwietnia 2009
Ole Śpijsłodko - Hans Christian Andersen/ Aleksandra Kucharska - Cybuch

Bardzo często wracam do Baśni Andersena. By zachęcić Was do sięgania po nie, przytoczę fragment baśni Ole Śpijsłodko, który mnie zuauroczył, a Tomka niezwykle zaintrygował - bo już teraz wie, skąd przychodzi sen, i dlaczego czasami po prostu nic mu się nie śni:)

Ot, wieczorem, kiedy dzieci grzecznie siedzą przy stole, albo na swoich stołeczkach, przychodzi Ole; cichutko skrada się po schodach, bo jest w samych skarpetkach, cichutko otwiera drzwi i plusk! Pryska dzieciom w oczy mlekiem, delikatnie, leciutko, a jednak wystarczająco mocno, tak że muszą zamykać oczy i dlatego go nie widzą. Potem zachodzi cichutko od tyłu, dmucha im leciutko w szyję i głowy robią im się ciężkie, o tak! Ale to nie boli, bo Ole chce dla dzieci dobrze, chce tylko, żeby były spokojne, a najspokojniejsze są, gdy się je położy spać; muszą być spokojne, żeby mógł im opowiadać historyjki.

Gdy dzieci już śpią, Ole siada na skraju łóżka; jest ładnie ubrany, ma na sobie jedwabny płaszcz, ale nie można powiedzieć, jakiego jest koloru, bo mieni się zielenią, czerwienią i błękitem, gdy Ole się porusza; pod każdym ramieniem trzyma parasol, jeden z obrazkami, który rozkłada nad dobrymi dziećmi, i przez całą noc śnią im się najcudowniejsze historie, i drugi, na którym nie ma zupełnie nic, ten rozkłada nad niegrzecznymi dziećmi, a one śpią potem niespokojnie, a gdy się budzą rano, nie pamiętają ani jednego snu.

 

Ole Śpijsłodko ze zbioru Córka króla moczarów i inne baśnie - Hans Christian Andersen, tłum. Bogusława Sochańska, ilustr. Aleksandra Kucharska - Cybuch, Media Rodzina 2009  

Córka króla moczarów i inne baśnie - Hans Christian Andersen/ Aleksandra Kucharska - Cybuch

 

 

Jestem podróżnikiem raczej kanapowym - zwiedzam (niestety) świat oczami innych. Ale właśnie dzięki temu zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o nowym przekładzie baśni Andersena. Otóż jakiś czas temu w jednym z artykułów zapytano Bogusławę Sochańską, dyrektorkę Duńskiego Instytutu Kultury w Polsce, o wymarzony cel podróży. Odpowiedziała wówczas - Od niedawna najbardziej marzę o Szwajcarii. Wśród trzech grubych tomów baśni i opowieści Andersena, które ostatnio na nowo tłumaczyłam na polski - baśni dla wszystkich, dzieci i dorosłych, jest przepiękna „Lodowa pani". Opowiada o romantycznej miłości, a akcja toczy się w Alpach Berneńskich. Nigdy nie miałam potrzeby jeżdżenia w Alpy, ale teraz chciałabym przemierzyć je szlakiem bohatera baśni. Z Grindelwaldu, mijając szczyt Jungfrau, przejść przez przełęcz Gemmi nad Jezioro Genewskie i dojść aż do Montreux - tak to sobie przynajmniej wyobrażam. [Gazeta Wyborcza - Turystyka]

I już żadne podróże nie były ważne. Artykuł, jak wszystko zresztą, co wiąże się z moimi ulubionymi książkami i autorami, zapobiegliwie zachowałam. No i zaczęłam wyglądać nowych baśni duńskiego pisarza w księgarni. Obok tych najbardziej znanych pojawiła się na naszej półce Córka króla moczarów i inne baśnie. Wprawdzie bez cytowanej Lodowej pani, ale również piękne. Tytułowa baśń - po raz pierwszy, użyję tu starszego wyrażenia, spolszczona. Bogusława Sochańska wykonała naprawdę tytaniczną pracę.

Baśnie Andersena to moje dzieciństwo. Pamiętam jak w szkole czytano nam Dzieje życia pisarza. My, w niebieskich fartuszkach, siedzieliśmy zasłuchani w starych zielonych ławkach, w których były jeszcze dziurki na kałamarz. A potem usłyszeliśmy Calineczkę,  Księżniczkę na ziarnku grochu, Brzydkie kaczątko. To moje najpiękniejsze wspomnienia i pierwsze szczere literackie wzruszenia. Choć przyznaję - największe wrażenie zrobiła na mnie czytana już w domu - Choinka. Bardzo ją przeżywałam. Smutek niepotrzebnego po świętach drzewka, przemijanie, odstawienie w kąt, powolne umieranie na strychu - płakałam razem z drzewkiem. Po nowe baśnie sięgnęłam z ciekawości. Wszyscy znają przecież Andersena i jego baśnie - jak Polska długa i szeroka. Teksty tłumaczone przez Jarosława Iwaszkiewicza, Stefanię Beylin i Stanisława Sawickiego, ilustracje Szancera. Dla wydawnictwa Media Rodzina było to z pewnością niesamowite wyzwanie. Muszę przyznać - jestem pod wrażeniem - pięknego tłumaczenia, bezpośrednio z duńskiego, które uchwyciło to, co niekiedy ginie w przekładzie - humor, ironię, groteskę, anegdotę i filozofię; oryginalnych ilustracji Aleksandry Kucharskiej - Cybuch. Do tego bardzo staranna i przemyślana otoczka wydawnicza. Mogłabym tak długo och-ać i ach-ać.

Córka króla moczarów to zbiór mniej znanych baśni. Jak pisze tłumaczka na końcu książki - Andersen był bardzo wrażliwy na otaczający go świat. Wystarczyła mała rzecz, niepozorne wydarzenie, a on już miał pretekst do tego, by siadać i pisać. Ropuchę napisałem w czasie pobytu w Setubal [w Portugalii] latem 1866 roku. W jednej z tamtejszych głębokich studni [...] zobaczyłem pewnego dnia wielką, obrzydliwą ropuchę. Obserwując ją bliżej, zauważyłem, że ma mądre oczy, i wkrótce miałem już całą baśń. Pisał o zwykłych przedmiotach, życiu codziennym - o motylu, stokrotce, skarbonce, pięciu ziarenkach grochu, towarzyszu podróży i szczęśliwiej rodzinie. A wszystko, co przeszło przez jego ręce,  pełne jest baśniowości, magii i fantazji.

 

Tomkowi najbardziej spodobała się tytułowa baśń o córce króla moczarów. To piękna opowieść o dziwnej istocie, która w dzień jest ślicznym dzieckiem, a w nocy wielką obrzydliwą żabą, wychowywaną przez żonę wikinga. W cytowanym zbiorze znalazłam też dużo baśni dla siebie. Andersen tworzył je przecież zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Choćby o pysznej igle i dumnym dzbanku do herbaty.  Zachwycił mnie pewien fragment baśni Ole Śpijsłodko. A dlaczego nie tylko dla dzieci?  [...] bo też nie o to chodzi, dzieci nie muszą wiedzieć wszystkiego (186)

 

Warto czytać dzieciom baśnie. Pomagają zrozumieć świat, tłumaczą go, zaspakajają ciekawość. Dziecko może wyjść poza siebie i w swojej fantazji przeżyć to wszystko, co mu się nigdy nie zdarzy w jego życiu. Baśnie zostają w nas na zawsze.