Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: ZNAK

piątek, 22 października 2010
Domowe Duchy - Loteria

Zapraszam do loterii książkowej. „Domowe Duchy”, autorstwa Dubravki Ugresic, to ciekawa lektura dla starszych dzieci i dla … dorosłych. Po zapoznaniu się z nią, jestem w 100% pewna, że w moim domu mieszkają duchy. Ciekawie zilustrowana przez Iwonę Chmielewską, która odniosła wielki sukces w Korei – u nas, niestety – ciągle jeszcze niedoceniana. Zaprasza w świat sztuki, gdzie czekają na nas zagadki do odgadnięcia. Proszę wpisywać się w komentarzach. Książkę wylosuję w sobotę wieczorem. Zapraszam!!!

Wydawnictwo ZNAK

piątek, 05 lutego 2010
Słownik obrazkowy Misia i Tygryska - Janosch

Janoscha poznałam dokładnie 20 lat temu w oryginale i zaskoczył mnie totalnie. Od tego czasu, każda książka jest dla mnie osobiście wydarzeniem i niespodzianką. Miłą. Kolejny tytuł udowadnia, że pisarz, którego życiową drogą miało być kowalstwo, ma swoją własną wizję świata, uparcie stoi przy swoim i jest niepokorny jak mało kto. Ktoś by powiedział, phi, słownik obrazkowy, też mi coś. A jednak… Miś + Tygrysek = humor i dowcip. Tak jest i w tym przypadku. Zazwyczaj słowniki obrazkowe dla maluchów przedstawiają daną literkę, a następnie wyrazy do niej pasujące. Na przykład litera A: arbuz, abażur, auto, autobus. Tutaj jest podobnie, tyle że Janosach wybiega poza utarte schematy.  Litera D: to obok dinusia, dromadera i delfina jeszcze drewniana łyżka, Dokąd to, Dominiku?, dobry garnek, Dobremu kucharzowi niedużo potrzeba. Wybrane pojedyncze przykłady: S: stary staranowany samochód, Ś- śmieci wpadają do śmieciarki, Ł - łódź łatwo przecieka, ZZająca zapał do muzyki duży, aż się dookoła kurzy, P Poczekamy parę godzin na przyjazd PKS-u, płomienna peruka ptaka. Nam się podoba. Maluchy czasem z niedowierzaniem słuchają opisów obrazków, a potem się zaśmiewają i czekają na kolejne rozweselające, czasem absurdalne przykłady. Każde hasło zilustrowane przez autora, często z przymrużeniem oka (szczotka do paznokci). Coś mi się wydaje, że Janosch musiał nieźle się bawić przy pracy. Z własnego podwórka wiem, że dzieci przepadają za tym, co nietuzinkowe, niegrzeczne, zwariowane i pokręcone jak kudły Tygryska.

Tak trzymać, Szanowny Panie Autorze, czekamy na kolejne książki – i kuć żelazo, póki gorące, bo dzieci Pana uwielbiają.

Wiek 0+

Wydawnictwo Znak

wtorek, 05 stycznia 2010
Mały Książę - Joann Sfar

Od koleżanki świetnie orientującej się w tym, co na rynku czytelniczym we Francji piszczy, usłyszałam, że komiksowa wersja Małego Księcia Joanna Sfara wywołała nad Loarą skrajne reakcje – od zachwytów po totalną negację. Oto ktoś śmiał sprofanować Le Petit Prince’a, którym zachwyca się przecież cały świat. Baaaaaaaa, mało tego, którego właśnie cały świat Francji tak bardzo zazdrości. Ach ci Francuzi! Wieża Eiffla też na początku miała wielu adwersarzy, a teraz proszę – Paryż bez tej żelaznej żyrafy, jak ją nazywali maruderzy, nie byłby TYM samym Paryżem. Ot – nie dajmy się zwariować. Skoro Baz Luhrmann kazał przesiąść się Capulettim i Montecchim do samochodów, by zainteresować młodych dramatem Szekspira, dlaczego nie zrobić eksperymentu z Małym Księciem i nie oddać go w nasze ręce w formie komiksu? Komiks ciągle traktowany jest jako uboga krewna wielkiej literatury, ale w ostatnich latach wiele się w tej dziedzinie zmieniło i dziś można rzec –są komiksy i komiksy. Mały Książę jest lekturą szkolną – być może taka wersja skłoni do dalszych poszukiwań, zachęci po sięgnięcia po oryginał? Ot, takie moje może, może…..

 

Zgadzam się z twierdzeniem, że wprawdzie nic nie zastąpi oryginału, ale komiksowy Mały Książę również ma w sobie to coś i od razu chwyta za serce. Tak jest przynajmniej w moim przypadku...

 

Pierwowzór jest legendą – książką głęboką, filozoficzną, z ważnym przesłaniem do czytelnika. Dla wielu ta książka pozostaje jedną z najważniejszych w życiu. Sama jako nastolatka wypisywałam co rusz sentencję, a było ich tyle i wszystkie absolutnie ważne.

 

W wersji komiksowej nic nie uroniono z przesłania oryginału – Mały Książę w interpretacji Sfara ciągle pozostaje niezwykłą opowieścią o miłości, przyjaźni, wierności, odpowiedzialności, relacjach między ludźmi i tylu innych ważnych ludzkich sprawach. Rysownik uczynił jedynie wszystko, co najważniejsze, widocznym dla oczu. Brigitte Findakly tchnęła w rysunki życie za pomocą swoich żywych kolorów.

 

Lubię takie eksperymenty. Cenię odwagę ludzi, którzy próbują zmierzyć się z legendą i wnoszą również coś nowego do historii starej jak świat. Mam na myśli zakończenie, w którym Joann Sfar zapowiada zbliżającą się śmierć pisarza – a jednak wszystko tchnie spokojem, nadzieją.  Brigitte Findakly pokolorowała tę scenę na niebiesko….

Komiks Mały Książę to hołd złożony przez rysownika książce Antoine'a de Saint Exupery'ego. Do poczytania i ...pooglądania w każdym wieku.

Wydawnictwo Znak 

 

poniedziałek, 04 stycznia 2010
Paddington się krząta - Michael Bond/ Peggy Fortnum

Do tej pory pisałam o Paddingtonie dla maluchów (3+). Teraz czas na wersję dla starszaków. Może na początek moja krótka refleksja – otóż cieszę się bardzo, że na rynku zalanym (dosłownie) przez disney’owskiego, skądinąd całkiem sympatycznego ale …hm, hm, no, właśnie, Kubusia Puchatka, znalazło się miejsce również dla Paddingtona. Przetłumaczony przez biegłego w pisaniu Michała Rusinka (Mały Chopin) przybył do nas po raz kolejny w całej swej okazałości. Pamiętam, że kilka lat temu była próba reaktywowania Misia Paddingtona przez jakieś wydawnictwo (nie pamiętam, jakie), ale odnoszę wrażenie, że chyba niezbyt poradziło sobie ono z legendą. Potem była dłuuuuuga cisza, a teraz co kilka miesięcy mamy Paddingtona w nowej odsłonie. Czy wiecie, że Miś ma już 50 lat? Jakże zmienił się świat. Nawet mroczne zakątki Peru, ojczyzna Paddingtona, już nie są takie mroczne jak kiedyś. Pojawiły się gadżety i nawet edukacyjna strona internetowa. Jednak pomijam już to całe zamieszanie wokół Misia, ponieważ osobiście wolę tego najzwyklejszego Paddingtona, czarno – białego, narysowanego przez Peggy Fortnum, bez maskotek, kubeczków itd. Najlepiej – oddać się w ręce wyobraźni. Pewnie jestem staromodna, ale, no cóż… taka już jestem. Stronę internetową moje dzieci też pewnie odwiedzą dopiero za lat kilka. A więc, wracając do słowa pisanego - dla niewtajemniczonych  - na dobry początek  przyjaźni polecam książkę – Miś zwany Paddington, a potem można czytać już wszystko z górki, co nam wpadnie w ręce.

Początki Misia związane są z pewną wigilią sprzed 50 laty, kiedy to Michael Bond kupił swojej żonie pluszowego niedźwiadka. Imię pochodzi od pobliskiej stacji metra Paddington. Czytając o misiu ogarnia mnie zawsze fala ciepłych uczuć i wspomnień. Świat, którego już nie ma. Jak czułby się dzisiaj, gdzie trzeba mieć czasami silne łokcie, by wywalczyć swoje. Dobroduszny, gapowaty, powolny, dziecięco naiwny – demaskuje nasze wady, stereotypy, dziwaczne przyzwyczajenia – też cwaniactwo, gruboskórność, krótkowzroczność.

W tej części Paddington pomaga sąsiadowi, panu Curry’emu, w walce z atakiem zimy, zostaje zaproszony na wspaniałą uroczystość do fabryki marmolady, urządza gruntowne porządki, spędza dzień nad morzem, ratuje sytuację podczas gry w krykieta. Czytam sobie Paddintona, przypomina mi się pierwsze spotkanie z nim wiele wiele lat temu. Paddington broi, broni się, dyskutuje, tłumaczy. Podśmiechuję się do siebie pod nosem. Przypomina mi się cytat z Gogola – I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.  I coś w tym jest. Naprawdę, wierzcie mi.

Wydawnictwo ZNAK

czwartek, 17 grudnia 2009
Magiczne drzewo. Czerwone krzesło Andrzeja Maleszki książką roku 2009

Książka Andrzeja Maleszki „Magiczne Drzewo. Czerwone krzesło” zdobyło tytuł Książki Roku 2009, przyznany przez Polską Sekcję IBBY -  Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych. Jury literackie obradowało w składzie:

Ewa Gruda, Joanna Papuzińska-Beksiak (przewodnicząca), Danuta Świerczyńska-Jelonek.

 

Moja recenzja książki tutaj.

Wpis uzupełnię o informację dotyczącą kategorii grafika jak tylko się dowiem:) Pewnie uroczystość jeszcze trwa:) Trzymam kciuki za Królową Śniegu......

Książka Roku jest doroczną nagrodą Polskiej Sekcji IBBY, ustanowioną w 1988 roku, a finansowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ze środków Instytutu Książki. Jej celem jest promocja wartościowej i artystycznej polskiej książki dla dzieci. Nagrody i wyróżnienia otrzymują żyjący rodzimi pisarze, graficy i ilustratorzy najlepszych książek dla dzieci, za książki opublikowane od listopada roku poprzedzającego edycję nagrody do końca października roku, w którym nagroda jest przyznawana.

Konkurs ten jest jedyną tego rodzaju imprezą w Polsce, gdzie nagradzani są nie tylko twórcy książki dziecięcej i młodzieżowej, ale również ludzie przyczyniający się do jej upowszechniania.

niedziela, 06 grudnia 2009
Nieznane przygody Mikołajka- Goscinny/ Sempe

6 grudnia musi być tylko o Mikołajku, koniec kropka. Czy wiecie, że właśnie obchodzi swoje 50 urodziny?! I w ogóle się nie starzeje. Pamiętam, jak wiele lat temu w sobotniej audycji radiowej dla dzieci jego przygody czytała Irena Kwiatkowska (miałam nadzieję na wydanie ich w serii Mistrzowie Słowa gazety, ale na marzeniach się niestety skończyło). Do dziś widzę nas, wówczas jeszcze trzy siostry jak u Czechowa,  wykąpane, wyczesane, w piżamach z nosami przyklejonymi do radia.  Głos aktorki świetnie pasował do tej lektury- charakterystyczny tembr, zawadiacka nuta, z domieszką dziecięcej radości i entuzjazmu. To wystarczyło, by pognać do biblioteki i przynieść do domu, choć na trochę, bo w czasach wiecznych niedoborów, kupienie własnego egzemplarza w małomiasteczkowej księgarni graniczyło z cudem.

Mikołajek był chyba jedynym „normalnym” dla mnie wtedy imieniem. No bo żarłoczny Alcest, bajecznie bogaty Gotfryd, kujonek Ananiasz, nieuk Kleofas, siłacz Euzebiusz – to brzmiało jak z kosmosu. Ten Mikołaj tak mi jakoś pozytywnie utknął w pamięci, że po latach nazwałam Mikołajkiem mojego drugiego synusia.

Nieznane przygody Mikołajka zawierają 10 opowiadań, które Anna Goscinny, córka autora, wygrzebała z papierów swojego ojca. Ukazały się w zamierzchłej przeszłości na łamach francuskiego dziennika Sud-Ouest Dimanche i nigdy nie były wydane w formie książkowej.  Niestety, ponoć nic więcej nie ma. W tej książce nowością są ilustracje akwarelowe. I co ciekawe, kultowy ilustrator Jean- Jacques Sempe, podarowałam nam Mikołajka troszkę zmienionego, ciutkę starszego, chociaż absolutnie nie wyglądającego na swoje 50 lat:)

Co mnie zachwyca w Mikołajku? Primo: świat postrzegany oczami dziecka. Goscinny zrobił to znakomicie. Zupełnie, jakby na czas pisania zamieniał się w chłopca i wiernie oddawał wszystkie radości i smutki dziecięcej duszy. Secundo- spojrzenie z tej perspektywy na świat dorosłych. Tertio: temat. Gdy przypatrzymy się wszystkim częściom Mikołajka, nie ma w nich niczego nadzwyczajnego. Ot, zwykłe, codzienne życie. Zabawy z kolegami, szkoła, kupno samochodu, odwiedziny gości, problemy z sąsiadami, prawo jazdy, sprzątanie. W tej - telewizor u Kleofasa, nowy sweterek z kaczuszkami, przygotowania do świąt wielkanocnych czy zakupy w nowym sklepie. Tematy, które dotyczą nas wszystkich. Ale jak to zostało opowiedziane! I ta plątanina najróżniejszych charakterów, nieśmiertelny Rosół, świetny humor w sytuacjach i języku.

Tych, którzy nie znają Mikołajka, zachęcam do sięgnięcia po książkę. Po trzykroć, KURCZE BLADE, warto warto warto!!!

Wydawnictwo ZNAK 

piątek, 27 listopada 2009
I kto to papla? Nietypowy słownik języka dziecięcego - Damian Strączek

Dzieci nie gęsi, też swój język mają – pozwólcie, że przytoczę tu słowa naszego poety, pana Reja. A od kilkunastu dni – mają również swój słownik. I to niezwykły. Już choćby ze względu na temat – bo słownik języka dziecięcego to ewenement, rzecz naprawdę nietypowa. Po drugie – nie ma chyba drugiego słownika na naszym rynku, przy którym człowiek wybucha zdrowym śmiechem i to takim, że ściąga na siebie spojrzenia całej rodziny. I te pytające spojrzenia – A co? Dlaczego? I to nie tak wyrywkowo – śmiech towarzyszy od deski do deski. Ale teraz już na poważnie, bo w gruncie rzeczy każdy słownik jest rzeczą poważną, którą należy poważnie potraktować. Najpierw pomysł – dlaczego? Damian Strączek – nie-naukowiec, żaden leksykograf, ale też tata, zafascynował się mową maluczkich. Z prostych pomysłów i zachwytów zawsze powstawały rzeczy wielkie. Podsłuchując swoją córcię, doszedł do wniosku, że dobrze byłoby to wszystko uporządkować. Czy język dzieci da się okiełznać, naukowo zbadać, poukładać? Autor napisał książkę na podstawie swoich obserwacji i przy pomocy rodziców, którzy wsparli pomysł słówkami i historyjkami z własnego podwórka. Słownik pokazuje niesamowitą kreatywność dziecięca, która nie zna granic. Wszystko da się nazwać, na wszystko jest określenie. (00- zernaście).

Znajdziemy tu listę dwudziestu kilku słówek, o których nie wiemy, czyje tak naprawdę są – nasze, czy naszych dzieci. Trudno stwierdzić, czy to my rodzice je uczymy, czy jednak pojawiają się samoistnie- am, baba, brum, bach, be, papa. Słowa i wyrażenia dorzeczne, nawiązujące do znanych wyrazów lub nimi się sugerujące. (onomatopeje, frazeologizmy) ciśnik – przycisk, czipsy sztruksy – czipsy karbowane. Nazewnicze wariacje – czyli poszukiwania maluchów, tworzenie zupełnie nowych wyrazów: buńda- budyń, bugo- słoń, dziukuluku- dziękuję. I są historyjki, niesamowite, całe mnóstwo. Czasem aż się zastanawiam, jak dzieci mogły coś takiego wymyślić – takie słowo, puentę, ripostę. Dodam, że książka jest ślicznie wydana, kolorowa, z rysunkami i zdjęciami dzieci.

Dziecięca wyobraźnia to teatr offowy. Codziennie dzieje się nowy performance i powinniśmy w nim z zaangażowaniem. Ale warto podjąć próbę nawet niedoskonałej rejestracji tych spektakli. Nagrania i zapiski będą inspiracją dla nas samych, pozwolą rozruszać szare komórki i pośmiać się trochę z dziecięcej pomysłowości, a także z nas, dorosłych.

Ja za autorem powtórzę, że notowanie scenek, jest o wiele ciekawsze od cyfrowej fotografii. Jeśli ktoś chce się z autorem podzielić swoimi podsłuchańcami, może napisać na adres: mowadzieci@autograf.pl

Przykłady z książki: 

1. Kuba (8lat) zapiera się:

-Nie dam rady zjeść więcej zupy, najadłem się. Czy mogę dostać wafelka na deser?

-Wafelka? Podobno już się najadłeś- mówię.

-Najadłem się w kategorii zupy, w kategorii deseru jestem nadal głodny.

 

2. Jaś przychodzi do siostry Małgosi i pokazuje jej cukierek:

-Zobacz, mama mi dała.

-Jak to ci dała?! A mnie nie dała!

-Boś sobie nie wywyła!

 

3. Borys (3,5 lat) do babci:

-Ty jesteś stara?

-No tak – szczerze odpowiada babcia.

-Ale można cię jeszcze użyć?

 

4.Przed wyjściem z domu mama perfumuje się.

Emilka (3lata) jest zachwycona:

-O rajciu, mama, jak jesteś ładnie obsikana!

 

Z naszego podwórka i podsłuchańce:

1. Moi synkowie to Tomek (teraz prawie 5 lat) i Mikołajek (2 latka). Gdzieś tak w wieku 1,5 Mikołajek zaczął mówić na starszego – Tadzia. Nie wiem, dlaczego. W końcu Tomek to nie jest trudne słowo. Tym bardziej, że czwartym z kolei słowem po: mama, tata, dziadzia, była brama, z pięknym soczystym eR.

 

2. Ja: Tomek, powiedz ŻY-RA-FA.

T: Żafa!

Ja: Synku – ŻYRAFA.

T: Mamo, no mówię przecież Żafa

 

3. Mój Tomcio późno zaczął mówić. Miał prawie 3 latka, gdy pojawiły się pierwsze rozbudowane zdania. Zawsze dużo śpiewałam moim dzieciom. Cały repertuar- dziecięco-biesiadno -żołniersko- harcerski. Jednym z pierwszych zdań, które usłyszałam od mojego malucha, było- Jak ja nie lubię takiego HAŁASU!

 

4.Dziewczynka (ok.2) idzie z mamą po ulicy i widzi sprzątającą panią. Pani dziarsko macha miotełką na wszystkie strony. Dziecko pyta mamę:

-A czemu ta pani tak dużo wymiotuje?

 

5. Brat mojej koleżanki, gdy był mały (3lata), uwielbiał kolędy. Szczególnie często i w miejscach publicznych lubił wyśpiewywać: Chwała na wyspie kości! Chwała na wyspie kości! (Przybieżeli do Betlejem pasterze)

 

6. Ten sam brat mówi do siostry:

Brat: Gośka daj kartki do MIECIA.

Gośka: Nie po to kupuję kartki, byś ty wydawał je jakiemuś MIECIOWI.

Brat: Oj Gośka, te kartki to po to, żeby MIEĆ!!!

 

Książka super! Polecam wszystkim rodzicom, tatusiom, mamusiom (szczególnie dobra w podróży, na delegacji!), babciom i dziadkom!!!

Wydawnictwo ZNAK 

 

sobota, 21 listopada 2009
Paddington i świąteczna niespodzianka - Michael Bond/ R.W.Alley

Czy można przejść obojętnie obok takiej okładki? Pachnie świętami, do których jeszcze tylko cztery tygodnie. Sama książka wygląda jak prezent pod choinkę. Czerwień na brzegach błyszczy, tytuł i ozdoby na drzewku również. Cudo! A w środku gratka dla wielbicieli Miśka, który, jak z pewnością pamiętacie, przybył z mrocznych zakątków Peru. I dobrze się stało, bo rozruszał konserwatywne i troszkę sztywne typowe angielskie państwo Brown. Ą, ę bułkę przez bibułkę. Paddington ma zupełnie inną mentalność. Tam, gdzie się pojawi, zaczyna się coś dziać, robi się niezłe zamieszanie, zupełnie jakby nie znosił tego angielskiego spokoju, konwenansów i dobrego wychowania. No tak - typ południowca – i to teraz, w samym  środku zimy. Mały zwierzak w czerwonym kapeluszu i niebieskim płaszczu ma to wszystko w niedźwiedzim nosie. Robi to, co uważa  za słuszne.

W części gwiazdkowej Misiek wydaje wszystkie swoje oszczędności na wycieczkę do Zimowej Krainy Cudów.  Ma zamiar zobaczyć zimowy ogród Świętego Mikołaja, latarnię morską na Biegunie Północnym i warsztat Świętego Mikołaja. Czy wycieczka okaże się spełnieniem misiowych marzeń? Co Paddington dostanie w prezencie od zacnego pana z białą brodą?  

To już nasze kolejne spotkanie z Paddingtonem, misiem niesamowicie popularnym na Wyspach. Zawsze, gdy towarzyszę Tomkowi przy lekturach M. Bonda, łamię sobie głowę, jakich czarów użył autor, że oczarował swoich rodaków tą postacią. Przecież Miś jest taki nieangielski. Jednocześnie, to dobrze świadczy o mieszkańcach GB, że tak ciepło i z wyrozumiałością zaakceptowali i przyjęli na swoje łono mega-ODMIEŃCA.

Obrazkowa wersja misia Paddingtona spodoba się już najmniejszym maluchom (3-5lat, ale ja mam prawie ...hm hm - i też się podoba:)). Kolorowa, na obrazkach tyle się dzieje, można opowiadać i opowiadać. I te pytania – Kiedy będą święta? Co jest w tych paczkach (na obrazku)? Czy zimą można jeść lody? Dlaczego renifer się przewrócił? Mało? Spróbujcie sami ze swoimi dziećmi. Świątecznie urocze.

 

Wydawnictwo Znak

piątek, 23 października 2009
Magiczne drzewo. Czerwone krzesło - Andrzej Maleszka

To magiczna książka. Oczarowała nas wszystkich. Mamy ostatnio szczęście do książek familijnych. Niby czytam z Tomkiem, a za chwilę dołącza do nas towarzystwo w postaci dwóch panów – jednego dorosłego i drugiego maluczkiego. Ten ostatni, prawie dwulatek, nie wszystko jeszcze rozumie, ale urzeka go aura, jaka towarzyszy lekturze. Błyszczące oczy starszego brata mówią w końcu wiele. Mamo, jeszcze trochę! Czasem nawet płacz i miny, bo późna pora grozi porannym zaspaniem do przedszkola i pracy. I co powiedziałabym szefowi – że czytaliśmy Magiczne drzewo? I to całą rodziną?!  Zastanawiam się, gdzie tkwi przyczyna sukcesu tej książki w naszym domu. To opowieść o rodzinie, trochę zwariowanej, z artystyczną duszą, z bolączkami typowymi dla wielu polskich domów: wieczny  brak pieniędzy, bezrobocie, konieczność podjęcia pracy za granicą. Jest tutaj magia – powalone podczas straszliwej burzy drzewo ma w sobie tajemnicę. Wszystkie przedmioty wykonane z niego mają wielką magiczną moc. Także tytułowe czerwone krzesło nie jest tylko zwykłym czerwonym krzesłem. Mebel tańczy, podskakuje, lata, kopie (!), a kto na nim usiądzie i wypowie życzenie, może być pewien, że się ono spełni. Pełna humoru, czasem ze szczyptą ironii, doprawiona żartem, sprawnie napisana, bez dłużyzn, z wartką akcją – mimo przewidywalności – wciąga i wbija w krzesło – nie tylko dzieciaki. Rodzeństwo – Tośka, Filip i Kuki mają charakter, cięty język i są odważni. Wybierają się w dłuuuuugą podróż pełną niespodzianek w poszukiwaniu ukochanych rodziców. Są tu czarne charaktery – jak ciotka Maryla, która… nie tego nie zdradzę; jest i straszny Max chcący odzyskać czarodziejski mebel; jest przygoda, są mądrość i dobro bijące z tej książki. Być może to jest właśnie odpowiedź na moje pytanie? Ktoś powie, ależ to już było. I dobrze, jeśli ktoś głośno zapiszczy, wyrażając swój sprzeciw. Ja wtedy zachęcę do sięgnięcia po tę lekturę, by osobiście przekonać się, że to jednak książka inna niż wszystkie, bardzo ciepła, przyjazna, optymistyczna, gdzie wszystko staje się możliwe,  w końcu naprawdę… magiczna.

Przed nami rodzinna wyprawa do kina, bo film właśnie wchodzi na ekrany. Telewizyjny cykl o magicznym drzewie w reżyserii autora książki zdobył wiele nagród, w tym prestiżową Emmy. Jeśli film jest tak dobry jak książka, to wróżę mu świetlaną przyszłość. Czego i książce życzę.  

Wydawnictwo ZNAK 

czwartek, 22 października 2009
Majka, Marcel i afrykańskie czary - Katarzyna Szczepańska - Kowalczuk

Dla tych wszystkich, którzy poznali i polubili Majkę, Marcela i Rudego Myszora, mam do przedstawienia drugą część ich przygód  - Majka, Marcel i afrykańskie czary, w której życie mieszkańców z kamienicy z ulicy Klonowej wcale nie zwalnia tempa, a wręcz toczy się w szaleńczym tempie. Znów mamy do czynienia ze sporą dawką humoru, znów zastosowano ten sam trik graficzny, polegający na przyporządkowaniu każdemu bohaterowi innego rodzaju czcionki w jego wypowiedziach, znów bohaterowie przeżywają niesamowite przygody, ale w odróżnieniu od pierwszego tomu, tutaj pojawiają się "momenty dydaktyczne" oraz wyraźniejsze i ostrzejsze zaznaczenie granic, między tym co wolno, a czego nie. Na stronach książeczki towarzyszą nam takie same proste i zabawne czarno-białe ilustracje, obrazujące śmieszne dialogi i wszechobecny dowcip sytuacyjny.

Pamiętacie zapewne, że w kamienicy mieszkali w wynajmowanych pokojach studenci. W drugiej części wprowadza się nowy lokator - przyszły student medycyny rodem z Afryki. Sympatyczny Sudańczyk od razu zdobywa serca innych mieszkańców a nasze znajome dzieciaki dowiadują się bardzo dużo ciekawych rzeczy od Afrykanina Chojnagi - o tym, jak się żyje w buszu, co się tam jada, jakiej muzyki słucha. Na scenie zabawnych wydarzeń pojawia się też nowa sąsiadka Nataszka - dziewczynka bardzo pewna siebie i z zakusami na przywódcę dziecięcej bandy. W serduszko Majki wkrada się niepewność, że mogłaby stracić przyjaźń Marcela... Ale nie z takimi problemami dawali już sobie nasi znajomi radę - tak więc problem Nataszki, jak i kilka innych zostaną rozwiązane.

Autorka, Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, tak samo entuzjastycznie przedstawia nam świat dzieciaków z ulicy Klonowej : pełen nie tylko zwariowanych zabaw i szalonych pomysłów, ale przede wszystkim pełen przyjaźni, takiej dobrej, co to na całe życie... Uwagę zwraca obraz współczesnych dorosłych: z jednej strony rodzice naszych bohaterów - cierpliwi, troskliwi, często zapobiegawczy, a z drugiej strony rodzice Nataszki - zabiegani, zapracowani, nie mający czasu dla siebie samych, a co dopiero dla córki, która sama musi się wychowywać i organizować sobie swój czas. W odróżnieniu do pierwszej części dzieci muszą jednak w Majce, Marcelu i afrykańskich czarach liczyć się z karą za złe zachowanie - a to zaczyna skutkować tym, że coraz częściej zaczynają się zastanawiać nad tym, co robią. Ta druga część zdecydowanie nie jest już taka bezstresowa jak pierwsza - i to jest ważne. Literatura dziecięca ma przecież ogromne zadanie do zrealizowania - ma nie tylko bawić, ale uczyć i wychowywać.

Do tej pory ukazały się trzy części przygód dzieciaków:

Recenzję tej książki znajdziecie tutaj

Wydawnictwo ZNAK

 
1 , 2