Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: baśnie

czwartek, 26 stycznia 2012
Baśnie - Jakub i Wilhelm Grimm/ il. Suren Vardanian

Baśnie Grimmów mają tylu miłośników co i przeciwników. Jednych i drugich pewnie do swoich racji przekonać trudno. Z jednej i drugiej strony przemawiają autorytety, dlaczego warto czytać, albo dlaczego nie czytać tych baśni. Jedni i drudzy cytują jeszcze większe autorytety. A same baśnie? Całe to zamieszanie wokół nich (audycje radiowe, dyskusje na targach książki) powodują, że zainteresowanie nimi wcale nie słabnie. Jedni sięgają po nie z sentymentu – jako wspomnienie z dzieciństwa, inni – z ciekawości. Prawdą jest, że wiele tytułów na zawsze kojarzy się ze szczenięcymi latami. Bo jak to jest nie znać Czerwonego Kapturka albo Jasia i Małgosi? Jeśli dacie się namówić na baśnie Grimmów – zachęcam do bardzo eleganckiego wydania z ilustracjami Surena Vardaniana. Rysownik zmierzył się już z Panem Kleksem, stworzył twarze słynnej rodziny Ciumków, teraz czas na klasykę, w której znajdziecie … właśnie klasyczne ilustracje z nutką nowego. Podobają mi się – nawiązują na pewno w klimacie do słynnych ascetycznych (i bardzo niemieckich) czarno – białych Otta Ubbelhode. Te są zdecydowanie bogatsze, czasem kojarzą się z ilustracjami z literatury fantasy (a ta przecież wyrosła z baśni i legend). Zwróćcie uwagę na zamek z niezliczoną liczbą wież w Zdartych pantofelkach, i myśliwego walczącego z siedmiogłowym potworem, jak równie tajemniczy las w Jasiu i Małgosi.

W tym wydaniu baśni znajdziecie takie tytuły: Kopciuszek, Czerwony Kapturek, W Tm wydaniu znajdziecie takie tytuły: Kopciuszek, Zdarte pantofelki, Szczęśliwy Jaś, Jaś i Małgosia, Paluszek, Biedny i bogaty, Bajka o złotym ptaku, Czerwony Kapturek, dwaj bracia, Niedźwiedzia Skóra, Królewna Śnieżka, Biały wąż, Gęsiarka w studni, Stoliczku nakryj się, Śpiąca królewna, Żabi król.

 

Wydawnictwo Skrzat



sobota, 03 grudnia 2011
W świecie baśni - Ewa Stadtmuller/ il. Alicja Rybicka

Tradycyjne baśnie zawsze znajdują swoich miłośników. Nawet, gdy wydawać by się mogło, że porwało nas coś nowoczesnego, współczesnego, z nowatorskimi ilustracjami, zachwyciło, co nadaje nowy kierunek naszym zainteresowaniom, to i tak za jakiś czas wszystkie drogi prowadzą do … starych baśni Andersena, Grimmów, czy Perrault’a. Szczególnie teraz, gdy dni są krótkie. Wychodzimy z domu przed świtem, wracamy o zmroku. Tato szybciutko robi ogień w kominku, coś kleimy przy stole, czytamy książki. Baśnie. Pasują do jesieni i zimy. W tym zbiorze obok najpopularniejszych tytułów znaleźliśmy całkiem nowe, zupełnie nam nieznane.  Nie potrzebują specjalnej rekomendacji: Kopciuszek, Kot  butach, Śpiąca królewna, Piękna i Bestia, Lampa Alladyna, Trzy dary, O rybaku i złotej rybce, Hipek z czubkiem, Kalif bocian, Zaczarowany pędzelek, Czarodziejski gwizdek, Trzy świnki, Jaś i drzewko fasolowe, Czerwony kapturek, Królewna Śnieżka, Stoliczku nakryj się, Tomcio Paluch, Świniopas, Księżniczka na ziarnku grochu. Dzieciom nie przeszkadzało to, że z naszych europejskich lasów przeniosły się do Bagdadu, na pustynię, na daleki ocean. Powiem nawet-  taka różnorodność przypadła im do gustu. Książka jest bogato ilustrowana przez Alicję Rybicką (Tajemniczy Ogród). Podoba mi się projekt okładki – kolorystyka i przemykający za drzewami wilk. Baśnie zostały opracowane przez Ewę Stadtmüller. Bardzo dobrze czyta się te baśnie na głos. Polecam.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Skrzat

środa, 05 października 2011
Dar totemów. Baśnie indiańskie - Vladimir Hulpach/ il. Josef Kremlacek

Baśnie wpisują się doskonale w klimat długich jesiennych i zimowych wieczorów. Na dworze robi się szaro, dzieci szybko wskakują do łóżek – jest tak jakoś cicho, melancholijnie, nic tylko czytać baśnie – i dzieciom i sobie. Może baśnie indiańskie? Właśnie pojawiły się – w kolekcji baśni z całego świata, w charakterystycznym (prawie) kwadratowym formacie – grube, pięknie zilustrowane. Indianie fascynują. Świat, którego już nie ma. Te baśnie to prawdziwa skarbnica informacji na temat kultury indiańskiej. W końcu miały tłumaczyć świat: 32 dwa teksty zebrane w tym tomie, to zbiór baśni z różnych plemion. Pojawiają się Dakotowie, Irokezi, Szoszoni, Czejenowie, mniej znani Krikowie, Foksowie, Pieganie i inni. Opowiadają o tym skąd się wzięli na ziemi Indianie, jak to się stało, że otrzymali konie, dlaczego konie indiańskie były mniejsze od tych, które dosiadały blade twarze, jak wygląda przejście do Krainy Wiecznych Łowów, dlaczego Indianie mają czerwony kolor skóry. Przekazują mądrość Indian, mówią o związku człowieka z przyrodą, opiewają czyny indiańskich bohaterów. Podoba mi się w tym wydaniu egzotyka tych baśni. Jeśli czytaliście baśnie norweskie, niemieckie to na pewno uderzyło Was to, jak wiele motywów się powtarza, jak wiele można znaleźć również podobnych elementów w naszej rodzimej literaturze – tyle że trochę zmienionych, pod inną nazwą. Tymczasem wydanie indiańskie jest bardzo oryginalne.

Pisałam już – świat, którego nie ma. Dziś na ulicy dzieci nie bawią się w Indian. Mają swoich bohaterów i z nimi chcą się utożsamiać. Można chyba po cichu nawet powiedzieć – Sorry Winetou, ale coś się skończyło.  Książki takie jak ta pozwalają na poznanie tego innego świata. Pobudzają ciekawość, bo dzieci zaczynają pytać, chcą dowiedzieć się więcej. Może warto odświeżyć tematykę, która fascynowała naszych rodziców? Pamiętacie Dzieci z Bullerbyn? Tam chłopcy bez przerwy bawili się  w Indian. Ciekawym dodatkiem do książki jest mapa na okładce, na której zaznaczono miejsca zamieszkałe przez plemiona indiańskie, dalej słowniczek wyrazów mało znanych: mokasyny, piroga, potlacz, tragi, umiak, wamlum i Posłowie, gdzie rozwinięto informacje na temat samych baśni i terenów zamieszkałych przez Indian. Do tego świetne ilustracje czeskiego grafika – Josefa Kremlacka. Nawiązują do sztuki indiańskiej, są niebywale kolorowe, kipią od odważnych barw, cechuje je misterność. Mimo, że to baśnie Indian Ameryki Północnej, często ilustracje kojarzą się również ze sztuką Indian Ameryki Południowej. Ilustrator zwraca uwagę na szczegóły: precyzyjnie odtwarza elementy ozdób, ubrań, totemów. Zresztą zobaczcie sami….


 

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina



czwartek, 04 sierpnia 2011
Baśniobór - Brandon Mull

Brandon Mull zabrał nas w podróż do bajkowego świata, w którym pełno magicznych istot, które...istnieją naprawdę. Dziś, w świecie współczesnym. I to w na pozór najzwyklejszym lesie. Wystarczy tylko wypić mleko, by nagle zobaczyć coś więcej – te wszystkie magiczne istoty, od których w książce aż się roi. Nakreślone tak, jakby były obok nas, na wyciągnięcie ręki, baśniowe a jednocześnie bardzo realne. Trzeba uważać tylko, by satyr nie wystrychnął nas na dudka, albo wróżka nie uszczypnęła w nos – bo ponoć są złośliwe i … próżne. Ale od początku…

Kendra i Seth właśnie stracili ukochanych dziadków – rodziców mamy. W testamencie dokonali dość osobliwego zapisu, by wszystkie ich dzieci, a więc również rodzice wspomnianego wyżej rodzeństwa udali się w rejs statkiem – ale… bez dzieci. Rodzeństwo skazane jest zatem na przymusowe wakacje u rodziców ojca, dziadków im obcych i zupełnie nieznanych.  Las jak las – ale wokół dzieją się dziwne rzeczy. Pomocnik dziadka wszędzie rozstawia miseczki z mlekiem, dziadek jest dziwnie srogi i tajemniczy, babcia gdzieś zniknęła i nikt ani nie chce ani nie potrafi wyjaśnić gdzie się w chwili obecnej znajduje. W dodatku co chwila dzieci słyszą tylko – tego nie wolno, to trzeba – same zakazy i nakazy, setki przestróg, których nie sposób zapamiętać. Najważniejsza z nich – zakaz wstępu do lasu. Pewnie domyślacie się, że brat i siostra ani myślą brać sobie tych wszystkich rad do serca. W przeciwnym razie nie byłoby tej książki. A tak dzieje się dużo, bowiem każdy rozdział odkrywa kolejną tajemnicę, a dziadek okazuje się całkiem przyjaznym facetem. Noc hulanek zmienia jednak wszystko – rodzeństwo będzie musiało ponieść konsekwencje swojego zachowania i zdać egzamin z odpowiedzialności i dojrzałości. Czy im się uda?

Piszę rodzeństwo – jednak brat i siostra znacznie się od siebie różnią.  Pomiędzy bratem a siostrą są znaczne różnice charakteru. Chłopak rozrabia więcej. Mówi TAK – choć z góry wie, że zrobi całkiem odwrotnie. Kendra to ułożona nastolatka i dla świętego spokoju chce spełnić prośby dziadka, choć zżera ją ciekawość. Działa w myśl zasady – nie chcę, ale muszę, bowiem widząc zachowanie brata idzie za nim w ogień – by zminimalizować szkody. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ciekawy pomysł, przy czym BM prochu nie odkrył. Wiadomo, że jak działa duet, to najlepiej ukazać go na zasadzie kontrastu.

I pomyślałby kto, że można napisać książkę o wróżkach, skrzatach i gnomach dla nastolatków +.  Że to niby dla dzieci? Nic bardziej mylnego. Książka, przy której również dorośli będą się dobrze bawić. Z pewnych rzeczy się nie wyrasta.

Na koniec dobra wiadomość dla tych, którym książka się podoba – w planach – kolejne części.  

Wiek 9+

Wydawnictwo W.A.B.

 



piątek, 24 czerwca 2011
Iv i Finetta - Natalia Gałczyńska/ Józef Wilkoń

W bibliotece wygrzebuję cenne starocie, których teraz na próżno szukać na półkach księgarskich.  Zobaczyć miny chłopaków, gdy czytaliśmy o Ivie i Finetcie. Zasłuchani, ciekawi co się wydarzy na kolejnej stronie. Jest syn królewicz – najmłodszy i oczywiście ponoć najmniej rozgarnięty, jest obca kraina, a w niej potwór i piękna cyganka – Finetta. Jest mrożąca krew w żyłach walka o życie i ucieczka z wyspy, jest powrót syna królewskiego do domu i …zapomnienie, które podniosło poziom dziecięcej adrenaliny. Do tego mnóstwo ilustracji mistrza nad mistrzami – Józefa Wilkonia. Pięknie napisana baśń przez Natalię Gałczyńską.




czwartek, 03 marca 2011
Baśnie dla dzieci i dla domu - Wilhelm i Jakub Grimm

Miesiąc luty w tym roku był jakimś czarnym miesiącem. Choroba dopadała co rusz naszą rodzinę. Przywlokła się szkarlatyna i inne be infekcje. Ale nie o chorobach chciałam tu pisać, ale o sprawdzonym antidotum na nie. I na zimę, która nie chce odpuścić, na krótkie dnie i długie wieczory. Czytaliśmy Grimmów.

Nie chcę baśni – zagrymasił mój Tomek  i przyniósł…  (aż wstyd pisać, co wybrał sobie do czytania:)) Bo mój Tomek to taka przekora – jak nie – to musi być tak. Jak tak – to z kolei nie. I tak w koło Macieju.

Tak więc Tomek oglądał swoje … (naprawdę nie zdradzę, co) a my czytaliśmy baśnie. A potem tak jakoś dziwnie przysuwał się do nas. Bliżej, coraz bliżej. Mało tego - jego czerwony od kataru kicholek wodził już po kartkach, domagał się (Tomek – nie kicholek) szczegółowych analiz obrazków, i decydował o tym, co czytamy dalej. Bo dzieci potrzebują baśni. Często dorośli narzekają na braci Grimm – że są tacy okrutni. Tymczasem wielu mądrych tego świata twierdziło i nadal twierdzi, że dziecko zupełnie inaczej odbiera ten świat. Nie tak dosłownie – jak my, przerażeni rodzice, którzy czasem łagodzą tę lekturę. Albo tłumacze – co ciekawie opisuje Eliza Pieciul – Karmińska w Słowie od Tłumaczki zamieszczonym na końcu drugiego tomu.

„Dorosły (tłumacz) nie powinien sądzić, że za pomocą dydaktycznych zabiegów nauczy dziecko wielkoduszności. Z wniosków Bettelheima wynika więc ogólna wskazówka dla wszystkich dorosłych opowiadających baśnie (a przede wszystkim dla tłumaczy przekładających Grimmów), by nie pokładali miary dorosłego świata do baśni, by nie usiłowali dostosowywać baśni do obcych im wzorców literackich, a przede wszystkim unikali dydaktyzmu, tak nagannego w przekładach. Baśni nie należy opowiadać z intencjami wychowawczymi, gdyż ich celem powinno być, jak pisze Bettelheim, wspólne doświadczenie.” (Baśnie dla dzieci i dla domu, t.II. s. )

„Baśnie przydadzą wartości doniosłym przeżyciom dziecka, pomogą mu zrozumieć siebie, wzmocnią nadzieje, osłabią lęki, a przez to zarówno w danym momencie, jak w perspektywie lat wzbogacą jego życie” (Cudowne i pożyteczne t.I, s. 283)

Baśnie uniwersalne, zawierające podstawową prawdę o życiu, o ludzkich marzeniach i tęsknotach, konfrontacji dwóch przeciwieństw – dobra i zła. Baśnie Grimmów nie upiększają rzeczywistości – na świecie jest piękno ale i ohyda. Za wyrządzone zło – jest słuszna kara, a nie nagroda przyznana oprawcy ni stad ni zowąd na zakończenie, które wprawia dziecko w wielkie zakłopotanie – bo skoro ktoś postąpił niecnie, dlaczego potem bawi się na ślubie wcześniej zaszczutego Kopciuszka? Niesprawiedliwość, przemoc, chciwość, ale też i pokusy, różne szachrajstwa, fałszywa pobożność, ludzkie problemy, bieda i bogactwo – to tematyka zaczerpnięta z tych baśni. A czego uczą baśnie? Prawdy o człowieku. W sposób zrozumiały i oczywisty. A odwaga, zaradność, cierpliwość, dzielenie się bogactwem i szczęściem z innymi, empatia? Już w momencie powstania Baśni dla dzieci i domu, ich autorzy - Wilhelm i Jakub zdawali sobie sprawę z tego, że w tekstach spisanych przez nich obcięte pięty i paluszki mogą budzić niesmak.

(…) w niniejszym nowym wydaniu troskliwie usunęliśmy każde wyrażenie nieodpowiednie dla wieku dziecięcego. Jeśli jednak nadal można by zarzucić, że to lub owo wprowadza rodziców w zakłopotanie i wydaje im się gorszące, tak że wręcz nie chcą dać dzieciom tej książki do rąk, to w pojedynczych przypadkach troska ta może być uzasadniona i rodzice łatwo mogą dokonać doboru. Jeśli jednak chodzi o całość tekstu, to dla zachowania zdrowego ducha dobór taki z pewnością nie jest konieczny. Nic nie obroni nas lepiej niźli natura, która temu kwieciu i temu listowiu nadała taką właśnie postać i barwę. Jeśli jednak w zależności od czyichś szczególnych wyobrażeń komuś one szkodzą, niech nie żąda, by właśnie z tego powodu były inaczej uformowane czy zabarwione. Innymi słowy: deszcz i rosa jak błogosławieństwo spada na wszystko, co rośnie na ziemi; jeśli ktoś jednak boi się wystawić na ich działanie swe rośliny, gdyż są one nazbyt wrażliwe i mogłyby ponieść szkodę, jeśli woli podlewać je w swej izdebce przestudzoną wodą, ten nie będzie przecież żądał żeby z tego powodu deszcz i rosa przestały się pojawiać. Owocne jest wszystko, co naturalne, i tej zasady winniśmy się trzymać. A poza tym nie znamy ani jednej zdrowej, mocnej i budującej dla ludu księgi, z Biblią na czele, w której takie wątpliwe kwestie nie pojawiałyby się w niepomiernie większym stopniu.(Wstęp poprzedzający tzw. wielkie wydanie Baśni dla dzieci i dla domu z roku 1857, T.II, s. 436)

Myślę, że lekturę tego wydania Baśni warto zacząć od końca – od tekstu Tłumaczki. Pani Pieciul – Karmińska przekonuje, dlaczego właśnie te Baśnie (jak i wydany kilka miesięcy wcześniej mały zbiór baśni Grimmów z niesamowitymi ilustracjami Borna) są inne niż te, które były dostępne na rynku lub w bibliotekach do tej pory – często zmienione, z dopisanymi długimi fragmentami przez tłumaczy, zupełnie nowe teksty, tak dalekie od oryginału, i tak bardzo wypaczające całą ideę baśni ludowej. Może warto spróbować i dać im szansę?

Na uwagę zasługują  czarno – białe ilustracje. Otto Ubbelohde (1867- 1922). Malarz, grafik, twórca wielu kalendarzy, widokówek, ekslibrisów, obrazów z martwą naturą i widoczkami. I choć często o artystach mówi się – sława przyjdzie po śmierci, akurat w tym przypadku tak się nie stało. Otto Ubbelohde na długie lata popadł w niełaskę odbiorców sztuki wśród swoich ziomków, a poza tym był i jest postrzegany przede wszystkim jako twórca ilustracji do Baśni Grimmów – bardzo niemieckich – z murem pruskim w tle, ze strojami wedle niemieckiej mody, z krajobrazami Hesji. To on stworzył odpowiednie tło do baśni. W 2002 roku jego tropem poszedł niemiecki poeta Ludwig Harig przypomniał postać malarza dzięki swojej książce, w której pojawiły się ilustracje do Baśni Grimmów- odnalazł miejsca, które były tłem do ilustracji Ubbelohde – i pokazał tym samym, że nic się nie zmieniło – czar baśni nadal trwa.

Dwa tomy – razem prawie 1000 stron, 200 tytułów - a wszystko pięknie i solidnie wydane.

O Baśniach Grimmów – pisałam również tutaj.

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 22 grudnia 2010
Zamek Soria Moria. Baśnie norweskie - ilustracje Adama Kiliana

Nie myliłam się. Od samego początku miałam takie wrażenie, że już kiedyś te baśnie czytałam. Ale nie mogłam skojarzyć. Kiedy odkryłam na półce w bibliotece, przypomniałam sobie charakterystyczne ilustracje. Powiedziałabym nawet - charakterne:))) Te Marii Ekier bardziej mi się podobają. Te tutaj – trochę jarmarczne, zbyt kolorowe. Też ciekawe, choć….. wolę te nowsze.

Ilustracje ze starszego wydania zdradzają ważne informacje o baśniach norweskich – często są rubaszne, pełne humoru, napisane żywym językiem – jakim posługiwali się prości chłopi i rybacy.

Wydawnictwo Poznańskie 1975

Zamek Soria Moria. Baśnie norweskie - Peter Christen Asbjornsen/ Jorgen Moe

Peter Christen Asbjørnsen (1812-1885) i Jørgen Moe (1813-1882) są dla Norwegów tym, czym dla Niemców bracia Grimm. Dwaj panowie, którzy zadali sobie trud, by zebrać baśnie ludowe – czasem musieli przedsiębrać długie podróże – z jednej doliny do drugiej, by wysłuchać wiejskich narratorów. Baaaa, musieli znaleźć jakieś wyjście z jeszcze trudniejszej sytuacji – jak spisać te baśnie i przekazać innym, by podania mieszkańców północnej doliny były zrozumiałe dla mieszańców doliny południowej, bo Norwegia jak długa i szeroka bogata była w najróżniejsze dialekty – za każdą górką, fiordem mówiono inaczej. Gdy dodamy do tego jeszcze prawie 400 – letnie panowanie Duńczyków i wielkie wpływy ich języka na norweski, to mamy niezły bigos lingwistyczny. W każdym razie jak to zwykle bywa – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem w okresie Romantyzmu i nastania dla Norwegów wolności nadeszła moda na rodzime, swojskie klimaty – w tym na baśnie. Wspomniani panowie spisali je – a nie trwało długo, jak szturmem artyści różnej maści, zaczęli czerpać garściami z rodzimej twórczości ludowej dawnych wieków – wspomnę tutaj chociażby nazwisko Ibsena.

Kiedy czytam baśnie z Północy, albo śledzę literaturę (nie tylko dziecięcą) z tamtego rejonu – tak sobie ciepło myślę w zimowy wieczór, że chłodny klimat, sprzyja wymyślaniu pięknych opowieści, które na długo zapadają w pamięci. Teraz już zatem wiadomo, jak oni to robią, że wychodzi tak dobrze:)

Mamy przed sobą baśnie, które po raz pierwszy ukazały się w 1840 r. Dużo w nich Norwegii – dlatego mają taki specyficzny klimat – są fiordy, niedźwiedzie polarne,  wielką rolę odgrywa w nich natura i siły przyrody: wiatr, Księżyc, Słońce, woda, ptaki, więź człowieka z nimi.

W niektórych baśniach widać odniesienia religijne – pojawia się Boże Narodzenie, bohaterowie mówią do siebie Szczęść Boże; Rybak Izak, gdy został ocalony zawołał – Chwała Bogu! Wielu bohaterów  to pracowici ludzie –  ubodzy, pracowici, uparci, ambitni i bogobojni.

Wiele baśni przypomina znane nam już motywy z baśni rodzimych lub innych krajów: chłopiec ma obrus, który działa podobnie jak stoliczku nakryj się; są też kije samobije, jest szklana góra, są trzej bracia, z których najmłodszy niby głupek, w końcu zdobywa serce księżniczki i zostaje królem, bajki kończą się weselem, które ponoć trwa po dziś dzień, zarówno my jak i Norwegowie wierzymy, że morze dlatego jest słone, bo na jego dnie leży młynek, który mieli sól. Są księżniczki, czarodziejskie pierścienie. Czasem, gdy czytaliśmy którąś z baśni – padały słowa małego słuchacza – To już gdzieś było. Faktycznie – to już gdzieś było – może u Grimmów, może w naszych polskich baśniach, może śródziemnomorskich.


W baśniach norweskich nie ma czarownic i czarodziejów: są za to trolle:)

Były tak wysokiego wzrostu i potężnej budowy, ze ich głowy sięgały wierzchołków sosen. Cala trójka miała jednak tylko jedno oko, którego na zmianę używała. Każdy troll miał dziurę w czole itam oko wkładał i odpowiednio nastawiał. [O chłopcach, którzy spotkali trolle w lesie -Hedalsskogen]. Jest ich tu cała masa – i uwaga - potrafią wyczuć człowieka na odległość:)))

Jest jeszcze jedna postać, która przewija się przez wiele baśni norweskich: to Askeladden, częściowo przypominający Dyla Sowizdrzała. Jest to człowiek z gruntu dobroduszny, leniwy i obojętny, choć bystry obserwator, silny, pozujący na głupca, który w potrzebie potrafi zabłysnąć intelektem i zadziwić czynami (zdobywa księżniczkę i połowę królestwa).


W baśniach ludowych pojawia się też postać króla, ale zarówno on, jak i jego dworzanie, ukazani są z perspektywy warstw niższych. Króla odgradza tu od ludu dystans majestatu – jest on po prostu bogatszym niż inni chłopem. Jest dobroduszny i szczery; wprawdzie spaceruje w koronie, ale pozdrawia nią i zdejmuje ją jak zwyczajną czapkę. Widzimy go także nieraz na schodach domostwa, gdy karmi drób. [fragmenty kursywą pochodzą z książki: Dzieje literatur europejskich- Literatura norweska – Ryszard K. Nitschke] Ponoć związane było to z faktem, że król uciskanych Norwegów - Duńczyk, był im tak obcy, tak daleki mentalnie i geograficznie, jeśli nie abstrakcyjny wręcz, że biedni ludzie, zakopani gdzieś w głębokim śniegu dalekich dolin surowej krainy, stworzyli sobie własny wizerunek władcy, jakiego chcieliby mieć, z jakim to słowo kojarzyli.

Ilustracje Marii Ekier są w chłodnych barwach – oddają surowy klimat Norwegii. Blade postacie delikatnych księżniczek, niektórych może nawet posiniałych od zimna (jednak nie zdziwcie się, gdy baśniową księżniczkę z Norwegii spotkacie w ... oborze). Słońce – blade, nisko, jak teraz  w te zimowe dni. Czerń, szarości, brudne złoto. Wbrew pozorom, w tych baśniach nie wieje chłodem. Jest wiele ciepłych uczuć, jest też humor językowy i sytuacyjny – obaj autorzy – Asbjørnsen  - z natury żywy, obdarzony przebogatą wyobraźnią i fantazją, Moe z kolei – literacko uzdolniony, chcieli, by baśnie odzwierciedlały naturę chłopa i rybaka norweskiego – zostały napisane żywym językiem, takim, jakim posługiwali się opowiadacze baśni. Zresztą w kolejnym wpisie, w którym prezentuję ilustracje do tych baśni sprzed lat, widać wyraźnie, że można odczytać je na różne sposoby. Maria Ekier wprowadziła do książki specyficzny klimat – swego rodzaju chłód, surowość krajobrazu. Natomiast przy czytaniu wpisu następnego – można dostać oczopląsów.

Książka jest cudnie gruba (nareszcie coś rodzaju żeńskiego cudnej wagi słusznej:) - mieści w sobie 33 baśnie, posłowie i informację o ilustratorce. Szkoda, że wydawnictwo nie umieściło całego tekstu Adeli Skrentni - Olsen na temat baśni norweskich. W starym wydaniu jest dużo ciekawych informacji na temat dwóch uparciuchów, którzy zeszli niejedną parę butów, pewnie zjechali niejedną parę nart, byśmy mogli poczytać tę książkę. I dzięki im za to. Wielkie. Bo to piękna książka.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 05 września 2010
Czerwonobrody Czarodziej. Baśnie celtyckie - C. Clement/ R. Fucikova

Baśnie celtyckie czytamy od kilku tygodni z prawdziwą przyjemnością. Uniwersalne, ponadczasowe, do których będziemy pewnie tak samo często wracać jak do chińskich, afrykańskich czy niemieckich. Wydane w podobnym klimacie – kwadratowym formacie, grubaśne, z wielkimi literami (ważne dla dzieci czytających już samodzielnie), bajecznie kolorowe – z mnóstwem ilustracji znanej już nam Renaty Fucikovej (Żółty Smok. Baśnie chińskie), prawie na każdej stronie – uwaga! stron jest 480. To świat zupełnie dla nas obcy – niby podobny krąg kulturowy. Pewnych odpowiedników należałoby doszukiwać się w naszych rodzimych baśniach, bajkach czy legendach. A jednak klimat zgoła inna – Tomka ten świat wchłonął całkowicie. To męski świat. Rycerze, królowie, czarodzieje, ale też zwykli ludzie z chłopskiej i rybackiej chaty. Cudowne konie, warowne zamki, niebezpieczne wyprawy. Piękne niewiasty raczej pozostają  w tle – Są obiektem westchnień odważnych wojów, którzy widzą je w swych snach, a potem szukają po świecie. Baśnie pełne magii, dziwów, cudów, pełne elementów ludowych jak i tych charakterystycznych dla eposu rycerskiego. To co w nich dominuje to oczywiście kult odwagi, bohaterstwa, czystego serca. Prawy człowiek zawsze góruje nad złym. Ciekawość mojego dziecka wzbudziły różne elementy, których na próżno szukać w naszych rodzimych podaniach – nie mamy elfów, imiona bohaterów brzmią obco, podobnie jak nazwy niektórych potraw, ubiorów, broni. Zauważyłam, jak szczególną uwagę autor zwracał na mijające pory roku, otaczającą przyrodę, motyw ślubu czy wesela.

Mnie najbardziej w pamięci utkwiła pierwsza baśń – Opowieść rybaka Seana. Pasuje mi do coraz zimniejszych wrześniowych wieczorów. Stary rybak w swojej opowieści nawiązał do prastarej tradycji przekazywania opowieści z ust do ust. Kiedyś ludzie spotykali się w chatach i do późnych godzin nocnych słuchali opowieści bajarza, barda.

„Przy okazji znosili mu różne dary: trochę herbaty, paczuszkę tytoniu do fajki, kawałeczek szynki czy słoniny lub parę ciepłych wzorzystych skarpet… Odwiedzali go od jesieni, kiedy dni stawały się coraz krótsze, Aż do wiosny, siadywali jak najbliżej ognia płonącego w kominku i zwykle już po chwili odzywał się któryś z najstarszych sąsiadów: -Sean, opowiedz nam teraz, jak to bywało dawno, dawno temu”.

Jak bardzo czasy się zmieniły. Teraz takie spotkania zastąpił w wielu domach telewizor. Jednak nic nie stoi na przeszkodzi, by samemu organizować jesienne baśniowe wieczory dla dzieci…

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 16 czerwca 2010
Szewczyk Dratewka i inne baśnie - Joanna Laskowska/ Marta Ostrowska

Chciałabym Wam zaproponować rodzinny piknik baśniowy. Kilka dni temu po pracy zabraliśmy koszyk ze słodkimi rogalikami, sok malinowy, koc i książki i poszliśmy sobie na niedaleką łąkę. Muczały krowy, słychać było wesołe i-ha-ha kuca pana Henia, a my leżeliśmy sobie na trawie i czytaliśmy baśnie. Dobrze smakowały pod chmurką. Świeże powietrze i czytanie do ucha sprawiły, że Mikołaj usnął nam o 17:30 a potem  …lepiej nie pytajcie, o której poszliśmy spać. Stare nowe – tak w skrócie napisałabym o baśniach Joanny Laskowskiej. Baśnie w nowej szacie – napisane na nowo a jednak w kolorze sepii. Wyczuwa się w nich ciągoty w kierunku nadania im pewnego klimatu poprzedniej epoki, poprzez wplatanie archaizmów, wierszyków, piosenek, jednocześnie autorka dba o to, by teksty były jak najbardziej zrozumiałe dla dzieci. Dbałość o język jest widoczna gołym okiem, miło się czyta takie perełki, można też sobie zanucić co nieco, bo bohaterowie baśni od muzyki nie stronią. Izba, kołacz, wrzeciono, cebrzyk i inne. Dzieci poznają stare sprzęty, części garderoby, potrawy, które pojawiają się już tylko w niektórych regionach. A co najważniejsze – jak to w baśniach bywa – ważne jest przesłanie – dobro zawsze zwycięża, człowiek zacny za swe cnoty dostanie nagrodę od losu, a niegodziwy - prztyczka w nos. Wszystko ciekawie zilustrowane przez Martę Ostrowską. Nam te baśnie sprawiły wielką przyjemność. Na naszej półeczce pojawiły się dwie części, które razem zawierają 5 baśni - Córka i córuchna, Tululu/ Szewczyk Dratewka, Po szerokim świecie i Dom. Mamie czytającej spodobała się przede wszystkim baśń o Szewczyku. To jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa.

Słynny Szewczyk Dratewka Janiny Porazińskiej – na tyle utkwił mi w pamięci, że wieczorami, gdy dzieci nie mogły zasnąć (a ja chciałam by wreszcie zasnęły:-), przy zgaszonym świetle snułam opowieść z pamięci. Jak się okazuje ,moja wersja była dość pokręcona, ale dzieciom i tak się podobała. Teraz obowiązuje nowa wersja. Ta Joanny Laskowskiej, o co dbają moje dzieci. I nie ma zmiłuj się, oj nie.

Wydawnictwo Skrzat