|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: literatura niemiecka
piątek, 11 maja 2012
Anyżowa Warownia - Cornelia Funke
Anyżową Warownię przeczytaliśmy niedawno w zaledwie kilka wieczorów. Świetnie wpisała się w oczekiwania moich chłopców - pomimo tego że główną bohaterką była … dziesięcioletnia dziewczynka. Ale w końcu i ona chciała przecież zostać Rycerką (kto ma małych chłopców, wie, o co chodzi). Tak jak od czasu – do czasu moi synowie. W każdym razie – jeśli chodzi o najbliższe wolne terminy – to dopiero po Euro. Teraz mają w planach karierę piłkarską – jak połowa polskich chłopców w ich wieku. To nie nasza pierwsza lektura Cornelii Funke, niemieckiej autorki dla dzieci. Pod koniec zimy przeczytaliśmy świetną powieść Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba, potem śmieszną Piracką świnkę. Igerna mieszka z bratem Albertem i rodzicami w Anyżowej Warowni. Wiodą sobie całkiem spokojne życie. Rodzice dziewczynki są czarodziejami i mają na stanie mnóstwo magicznych ksiąg. To właśnie one stają się pewnego dnia przyczyną niezłego zamieszania. Otóż do sąsiedniego zamku przybywa bardzo nieprzyjemny osobnik Gilgalad, którego marzeniem jest zdobycie owych czarodziejskich woluminów. Pech chciał, że rodzice podczas wyczarowywania prezentu dla córki na jej urodziny, coś pokręcili w zaklęciu i się zamienili w …dwie świnki z kręconymi ogonkami. Teraz uratowanie Warowni będzie na głowie Igerny i jej brata, który dopiero wprawia się w czarach. A pod Warownię nadjeżdżają obcy rycerze… Udana książka o ważnych rzeczach: przede wszystkim autorka przemyciła do tekstu wiele z kodeksu rycerskiego. Sprawnie wplotła do fabuły, cóż to znaczy być prawdziwym rycerzem. Jaką wartość mają przyjaźń, obietnica, honor i odwaga. Oczywiście – jak w takich książkach bywa – toczy się walka dobra ze złem no i dobro zawsze jest górą. Występuje tu cała plejada baśniowych postaci: smok, olbrzym, czarodziejskie ryby w fosie, gadające księgi, Smutny Rycerz. Wokół dzieją się czary i nikt bez zaproszenia do Warowni się nie dostanie. Moim dzieciom ogromnie się ta książka podobała. Było wiele śmiesznych sytuacji, od których bolały brzuchy. Gdy kończyliśmy kolejny enty rozdział, trzeba było szybko uciekać z pokoju, by nie zostać przez dzieci ponownie wciągniętą w łóżkowe pielesze do dalszego czytania. W czasie lektury mój młodszy Mikołaj nawet kilka razy stwierdził, że dziewczyny też są fajne. A w jego ustach to ogromny komplement (wyrośnie z tego). A to wszystko za sprawą Igerny.
Wiek 6+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 18 marca 2012
Krabat - Otfried Preußler / il. Katarzyna Bajerowicz
Niesamowita książka. Zdecydowanie dla starszych czytelników – bo ponura – i to bardzo. Czasem niewiele się dzieje, ale Preußler pisze tak, że aż dreszcze przechodzą po plecach. Krabat powstał wtedy, gdy w telewizji i kinie nie królowały jeszcze filmy akcji i grozy, na długo przed Harrym Potterem. Nie ma tu jakichś zaskakujących zwrotów akcji, czy nawału wydarzeń, które królują w kultowej dla wielu współczesnych opowieści o czarodzieju z Hoghwartu. Preußler powoli snuje swoją historię – wraz z bohaterem dojrzewamy do niej, rozwijamy się, wchodzimy w tę książkę. Sprzyja temu niesamowity klimat – przede wszystkim miejsce, stary młyn w odosobnionym miejscu, tajemnicza postać Młynarza – Mistrza Czarnoksiężnika, liczne znaki zapytania, na które Krabat szuka odpowiedzi. To też skrzypiące schody, drzwi, pomieszczenia, gdzie z trudem przebija się światło dzienne, grobowa cisza, miarowe zgrzyty łańcuchów i zębatek, szum wody napędzającej koło młyńskie, w końcu dający się i nam we znaki uczuciowy chłód, wrogość, na szczęście ogrzane przyjaźnią i miłością. Ni to bajka, ni legenda, ni przygoda. Preußler nie wymyślił Krabata – ten pojawił się dużo wcześniej w przekazie ustnym i w literaturze. Tutaj jako czternastoletni chłopiec sierota, utrzymuje się z żebraniny. Jest wiek XVII – czasy Augusta Mocnego, na Łużycach tuż za naszą zachodnią granicą. Krabat wędruje z kolegami po okolicy. Czasy są ciężkie – zima, srogi mróz. Pewnej nocy chłopiec ma dziwny sen. Jedenaście kruków siedzi na gałęzi, pomiędzy nimi jedno miejsce jest wolne. Jakiś głos przekonuje go, że powinien udać się do młyna na Koźlim Brodzie. Z wyciągniętymi do przodu rękoma posuwał się po omacku dalej. Światło, jak się przekonał, podchodząc bliżej, sączyło się przez szczelinę w drzwiach zamykających korytarz w głębi. Gnany ciekawością podszedł, skradając się na palcach, do szczeliny i spojrzał na nią. Wzrok jego wniknął do ciemnej izby, oświetlonej blaskiem tylko jednej jedynej świecy. Świeca była czerwona, przylepiona do trupiej czaszki leżącej na stole, który zajmował środek izby.Za stołem siedział okazale wyglądający, ciemno ubrany mężczyzna o bardzo bladej twarzy, jakby pobielonej wapnem. Czarna przepaska przesłaniała mu lewe oko. Przed nim na stole, leżała gruba, oprawna w skórę, zawieszona na żelaznym łańcuchu księga, którą czytał. To ważny moment w książce – od tego czasu wszystko się zmieni w życiu chłopca. Zgodzi się na naukę we młynie, miejscu, które stanie się jego więzieniem, przekleństwem, ale zarazem i … wybawieniem. Krabat w ciągu trzech lat pobytu we młynie dojrzewa, mężnieje. W końcu młyński rok liczy się potrójnie. Ciągle ociera się o śmierć – kiedy pokona lęk przed nią, świat stanie przed nim otworem. Ale do tego prowadzi długa droga. Poznaje tajemniczy młyn, w którym na dobre rozpanoszyła się śmierć. Każdy chce jej umknąć – i Młynarz, który w tym celu podpisał pakt z diabłem i dwunastu czeladników, z których jeden co roku poświęcany jest w ofierze. Życie we młynie to życie w ciągłym strachu – właśnie przed śmiercią. A trzeba przyznać – podły to los. Zmieni się, gdy Krabat pozna jak wielką wartością jest …miłość. Kantorka – dziewczyna z pobliskiej wioski, dla chłopaka gotowa jest poświęcić życie. Uda się do młyna – a Krabat po raz pierwszy bardziej troszczy się i boi o kogoś innego, a przecież do tej pory drżał tylko i wyłącznie o swoje życie. Miłość zwycięża i dobro bierze górę nad złem. Specjalnie czekałam z tą książką na wiosnę – bo dużo w niej symboliki z Wielkanocy. Nadzieja na nowe życie, wiara w Zmartwychwstanie, ofiara; człowieczeństwo, które wraz z Kantorką pojawia się w strasznym młynie. Autor sięgnął do starych łużyckich zwyczajów – nie wiem, czy są prawdziwe, ale uczynił ze swej strony wiele, bym w nie uwierzyła. Do tego ilustracje Katarzyny Bajerowicz, którą podglądam na blogu. Zresztą popatrzcie na okładkę - czyż nie piękna. Na pewno zapowiada się niesamowita historia. Jak wyznała ich autorka były dwie wersje tych ilustracji – całe czarne – jak w książce i kolorowe, ale też z przewagą czerni. Wiek 12+ Wydawnictwo Bona
wtorek, 06 marca 2012
Rozbójnik Hotzenplotz - Otfried Preussler/ F.J. Tripp
Nareszcie Rozbójnik Hotzenplotz po polsku. Z kultowymi ilustracjami Franza Josefa Trippa. To będzie przebój sezonu – jak nic. Bardzo się cieszę, że ta znakomita powieść łotrzykowska dla najmłodszych wreszcie ukazała się po polsku – akurat w 50 rocznicę pierwszego wydania w 1962 roku. Znajdziecie tutaj i humor, i przygodę, kryminał, spryt, przebiegłość, baśń i wspaniałe ilustracje. Preussler to autor takich perełek jak Krabat, Malutka Czarownica czy Mały Duszek. Rozbójnika znał już mój straszy Tomek – kiedyś udało mi się kupić książkę w oryginale – czytaliśmy ją i tłumaczyliśmy na gorąco. Teraz przeczytaliśmy znów w dwa dni z młodszym synkiem. Co mnie w Rozbójniku zachwyciło i teraz porwało moje dzieci: to jej prostota. Kiedy czytam książki współczesne o czarodziejach, wróżkach, rozbójnikach, męczy mnie ta ilość efektów specjalnych. Zupełnie jak w kinie akcji. W dodatku – im straszniej tym (ponoć) lepiej. Dużo hałasu i natłok postaci, niezły galimatias. A tutaj ….. jakiś swego rodzaju spokój, choć i tak wiele się dzieje – historia nieoczekiwanie wchodzi na inne tory, są jakieś zakrętasy i wywijasy, niby nie tak to wszystko miało przebiegać, bo oczekiwaliśmy czegoś innego. Ale to inaczej – właśnie oznacza – ciekawiej. Fabuła prosta, wszystko ma swój sens, podział postaci bardzo czytelny – te złe, a te dobre. Wprost idealna książka dla dzieci. A historia zaczyna się w pewien słoneczny poranek: babcia Kacpra tak bardzo lubi mielić kawę (młynek wygrywa jej ulubioną piosenkę), że efekt tego taki, że pije dwa razy więcej kawy niż zazwyczaj. Niestety młynek wpada w oko rozbójnikowi z siedmioma nożami, który sieje strach w całej okolicy. Kradnie go babci i ucieka do swojej kryjówki. Dwójka przyjaciół – Józek i wspomniany już wcześniej Kacper chcą koniecznie wsadzić Hotzenplotza do aresztu. W tym celu przygotowują pułapkę na rabusia. Nie biorą pod uwagę tego, że Hotzenplotz jest przebiegły i nie tak łatwo zagrać mu na nosie. O co to to nie. Sprawy nie idą zgodnie z planem – ale wynika z tego wiele ciekawych przygód, w których pojawiają się nowe postacie – wróżka Amarylis i czarodziej Doskwierus. Mimo że dorośli od razu wyczuwają, że historia zakończy się happyendem – to maluchy trzymają kciuki, obgryzają paznokcie i dostają wypieków na twarzyczkach. Autor napisał Hotzenplotza w tak zwanym międzyczasie – podczas prac nad Krabatem. To zupełnie dwa różne światy – Hotzenplotz miał być czymś w rodzaju odskoczni – w Krabacie bardzo mroczny świat, tutaj radość życia, humor, zabawa, oczywiście też niebezpieczeństwo, ale w odpowiedniej dawce. Preussler nieźle tutaj poczynił sobie z rozbójnikiem. Ośmieszył tego niebezpiecznego, okrutnego i bezczelnego zbója. Przecież wszyscy się go bali w okolicy, pisały o nim lokalne gazety. A tu - patrzcie - dwójka dzieciaków - dała mu radę. Hotzenplotz utożsamia (przynajmniej tak się wydaje na początku) cechy prawdziwego mężczyzny - silny, niczego się nie boi, kocha swobodę, robi co mu się podoba, wszyscy tańczą jak zagra. Heros. Prawdziwy bohater. Przy czym autor absolutnie nie gloryfikuje tej postaci. Wręcz odwrotnie - dzięki zastosowaniu parodii odmitologizowuje tego herosa pożal się Boże. Dwójka młokosów krzyżuje plany zbójnika, wystrychnęła go na dudka - wystawiła na pośmiewisko. Nasz bohater - staje się właściwie takim antybohaterem, który za maską surowości, nieugiętości, okrucieństwa, skrywał być może swoje słabości, kompleksy i brak pewności siebie. Może właśnie taki obraz ośmieszonego Hotzenplotza uodporni na przyszłość małego czytelnika na szybkie identyfikowanie się z wielkimi i silnymi tego świata? Myślę, że takie spojrzenie z dystansem na innych, którzy chcą grać pierwsze skrzypce, określają się naj, są (niby) stworzeni do władzy - jeśli to przez osobę skądinąd też budzącego sympatię Hotzenplotza - na pewno się przyda. Hotzenplotz – czyż to nie zabawne nazwisko? W Czechach jest mała wioska – Osoblaha. Ponoć jej niemiecka nazwa – właśnie – Hotzenplotz już w czasach dzieciństwa bardzo urzekła Preusslera. Tak mu głęboko zapadła w pamięci, że po latach pisarz postanowił wykorzystać ją dla nazwania swojego bohatera. Początkowo Preussler chciał, by Rozbójnik Hotzenplotz był jednotomową książką. Widząc jak jest popularna, czytając listy małych czytelników, którzy wręcz podsuwali pomysły na ciąg dalszy - sięgnął po pióro i siedem lat później napisał kolejną część – Neues vom Räuber Hotzenplotz (1969), cztery lata potem jeszcze jedną i tym razem ostatnią - Hotzenplotz 3 (1972). Bardzo polecam - u nas bawiła się przy niej cała rodzina. Dzieci żałują, że się skończyła - to chyba najlepsza recenzja, prawda?
Wiek 6+ Wydawnictwo Bona
sobota, 25 lutego 2012
Uwaga, budowa! Jak się projektuje i buduje dom - Rolf Toyka
Ferenc B. Regos - ilustracje Heike Ossenkop - fotografie Coś mi się wydaję, że na książce Uwaga, budowa! ma szansę wychować się nowe pokolenie architektów. Niedawno sama przechodziłam z całą moją rodziną przez ten ważny życiowy etap – jakim jest właśnie budowa domu. Lubiłam podpatrywać zachwyt dzieci, które budowały te domy ze swoimi rodzicami. Bez podziałów – na chłopców i dziewczynki. Te czasy dawno już minęły – gdy pewne sprawy były przeznaczone tylko dla (przepraszam) brzydszej płci. Błysk w oku na widok samochodu – betoniarki, czy dodatkowy transport cegieł – był u dziewczynek i chłopców taki sam – budowa budzi emocje – u małych i dużych – i pewnie dlatego książki o takiej tematyce będą zawsze na fali – jak długo ludzie będą chcieli budować. A powstają coraz to ciekawsze i piękniejsze rozwiązania architektoniczne. Wyobraźnia może naprawdę zaszaleć. Książka ma swoją historię – oto rodzice małego Marka zamierzają wybudować dom – od podstaw, od fundamentów. Budowę prowadzi wujek Zbyszek – architekt, który solennie obiecał Markowi, że po szkole będzie mógł przychodzić na plac budowy i obserwować jak się mury pną do góry. Dzieci razem z Markiem przechodzą przez wszystkie etapy budowy domu, przygotowania terenu pod budowę – łącznie z rozbiórką starej stacji benzynowej, rysowaniu projektu. A potem już od ziemi w górę – piwnica, strop, budowa murów, dach, prace wewnątrz, podłogi, schody, fasada domu i ogród. W końcu nadchodzi ten moment, kiedy rodzina Marka może się wreszcie wprowadzić do swego wyśnionego i wymarzonego domu. Chłopiec obserwuje, siedzi w ciężarówce, pomaga przy czyszczeniu betoniarki, wspina się na rusztowanie, rysuje po surowych nieotynkowanych ścianach, bawi się klepkami parkietu, kopie ziemię w przydomowym ogrodzie. Gdzie może, tam pomaga – choć czasem traci głowę i zapomina o zasadach bezpieczeństwa. O tym przypominają mu dorośli. Moje dzieci czytając o udziale Marka w budowaniu czasem wzdychali A jak tak nie mogłem – pewnie, po rusztowaniu nie musiałam ich na szczęście gonić, ale swoje przeżyliśmy: jeśli się zwykło mówić, że są dzieci czyste i szczęśliwe – to moje z pewnością mają szczęśliwe dzieciństwo, a podczas etapu budowy …. to hm hm cud, że pralka dała radę. Zresztą ekipa czeka tylko na przywiezienie ziemi do ogrodu na dniach – i pewnie znów będzie się działo. Oj książka zainspirowała obu chłopaków. Autorzy bardzo poważnie potraktowali małych czytelników – znajdą tu oni oryginalne szkice, projekty, wizualizacje, przybory kreślarskie, narzędzia do pracy, fragmenty instalacji, schematy, materiały budowlane. Każda strona to zagięta zakładka, którą wystarczy tylko otworzyć, by odkryć kolejny etap budowy. Nie pominięto tematu kosztów – wiadomo budowa w każdym kraju to wyzwanie. Książka pokazuje dzieciom, że marzenia można realizować, a budowa domu – zadanie niełatwe - jest możliwe i można się tego nauczyć. Nie obyło się jednak bez wątpliwości – z mojej strony i strony dzieci. Z mojej strony – to kwestia ekologiczna – brakowało mi rozwinięcia tematu. Na miejscu budowy kiedyś była stacja paliw. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na budowę akurat w takim miejscu – a potem jeszcze ogród. Mam nadzieję, że tylko ozdobny. Chłopiec nie pisze o warzywach, ale będą wiśnia i śliwa. Jak poradzono sobie z tym tematem? Trochę się dziwię, że właśnie Niemcy, tak bardzo eko, nie podjęli wyzwania, a to pewnie uatrakcyjniłoby książkę. Ze strony dzieci – kwestia samego budynku. Bo sąsiednie budynki mają dachy spadziste a dom Marka - prosty. Czy tak można? Nie wiem, bo się nie znam – pewnie wszystko można – ale prawdę powiedziawszy sama jestem ciekawa odpowiedzi. Książka podoba się i często do niej zaglądamy. Na pewno inspiruje do swoich projektów i szkiców. A te są naprawdę ciekawe. Uwaga, budowa! była nominowana do prestiżowej nagrody literackiej Deutscher Jugendliteraturpreis. Wiek 5+ Wydawnictwo Media Rodzina
piątek, 24 lutego 2012
Piracka świnka - Cornelia Funke/ il. Kerstin Meyer
Po naszym domowym sukcesie bożonarodzeniowej powieści o Świętym Mikołaju polujemy na książki Funke, by sprawdzić czy trzyma poziom:)) Wczoraj z biblioteki przynieśliśmy Piracką świnkę. Przeczytaliśmy ją w pół godziny pomiędzy kolacją a dobranocką. Sympatyczna historia dla miłośników morskich klimatów. Na Wyspie Motyli żyje sobie para przyjaciół: kapitan Sven i chłopiec okrętowy Pit. Ta dwójka zajmuje się transportem międzywyspowym. Pewnego dnia na plaży znajdują małą beczkę, a w niej … świnię Julę, która nie jest wcale zwykłą świnią. To piracka świnka – Jula potrafi, będąc na morzu, wyczuć, gdzie trzeba zarzucić sieci, by złowić … (uwaga) …. skarby. Ciąg dalszy można przewidzieć: pojawiają się piraci, uprowadzają świnkę, a Sven i Pit planują akcję odbicia przyjaciółki. Książka ma klimacik – wyspa, morze szumi, wieje wiatr, w knajpie Pod Spragnionym Dorszem tętni marynarskie życie. Bohaterowie czasem nie przebierają w słowach ale – zamiast niecenzuralnych słów – używają … nazw mało znanych ryb. Bo założę się, że większość z nas zna śledzia, dorsza, mintaja. Ale brzeszczotka, miękławkę, pyszczaka grubowargiego czy ślepczyka jaskiniowego – to już na pewno nie. Tutaj przykłady niepohamowanych emocji – przyznacie, że i autorka i tłumacz (Ryszard Wojnakowski) zrobili to z klasą i wdziękiem:) - Na czerwieniaka dwuplamego i gorbuza! Albo: - Miałeś trzymać straż, ty łysa śluzico. Albo: -Na psiego rekinka i stynkę małoustą!
Ciekawa historia z happyendem - choć było niebezpiecznie i maluchy brały się za obgryzanie paznokci. Nic to - piracka świnka wybrnęła z tarapatów – co zostało uwiecznione na fajnych ilustracjach Kerstin Meyer. Szczególnie sceny nocne przypadły nam do gustu – gra światła i refleksy na wodzie.
Wiek 5+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
poniedziałek, 13 lutego 2012
Pan Brumm jedzie pociągiem - Daniel Napp
W sobotę Pan Brumm zawsze ogląda telewizję, w niedzielę kosztuje miodu, w poniedziałek się kąpie, a we wtorki… jeździ pociągiem. Na Pana Brumma moje dzieci czekają z niecierpliwością. Ciekawe, co będzie robił w kolejny dzień tygodnia. Bo Pan Brumm ma bardzo uporządkowany tryb życia. Tym razem we wtorek, w towarzystwie swojego przyjaciela Kaszalota, udaje się (na rowerze – jak zwykle – musicie to zobaczyć) do starego tunelu. Stoi tam stara lokomotywa spalinowa. Nikt nią dawno nie jeździł. Widać to po zarośniętych torach. Niektóre rośliny sięgają do połowy maszyny. Kiedy pan Brumm zaczyna bawić się przyciskami – już pewnie wiecie co będzie dalej. Lokomotywa rusza i…………………………. Oczywiście – jak zwykle przygody misia kończą się szczęśliwie, ale – jest (jak zwykle:)) trochę zamieszania, chaosu i paniki – a ten odcinek gwarantuje maluchom też niezłe emocje. Serię lubimy za śmieszne ilustracje autora, wielkie - na dwie strony, za dowcipny tekst, za wielkie litery – które próbuje odczytać moje starsze dziecko już samodzielnie, za gapiowatość miśka (jakby nie było PANA!), która dodaje mu uroku, za wielką przyjaźń, jaką darzy swoją rybkę. Oczywiście nic nie usprawiedliwia zachowania misia – w każdej części robi coś nieodpowiedniego (zwłaszcza na Boże Narodzenie) – tutaj włazi na lokomotywę – co jest zabronione, niszczy kurnik Ryjkowi – dzieci reagują często błyskawicznie – Tak nie wolno. I potem opowiadają o swoich odczuciach. Na cudzych błędach można się wiele nauczyć. -Mamo, czy to mu się śniło, czy było naprawdę – usłyszałam po lekturze. Hmm – a może faktycznie to był sen? Dla tych, którzy polubili sympatycznego misia – na Boże Narodzenie ukazał się specjalny tytuł świąteczny. A nam przyszło czekać na kolejny odcinek – ciekawe – czym zajmuje się Pan Brumm w środę…
Wiek 3+ Wydawnictwo Bona
sobota, 11 lutego 2012
Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba - Cornelia Funke/ il. Paul Howard
Ubiegłą niedzielę mieliśmy spędzić na Targach Książki w Poznaniu. Wszystko zaplanowane, program atrakcji wydrukowany. Sprawdziło się niestety stare przysłowie – Człowiek myśli, Pan Bóg kreśli. W nocy przyszła choroba i cały dzień dzieci spędziły w łóżkach. W dodatku spadł śnieg – więc było smutno do kwadratu. Ten tak długo wyczekiwany śnieg musiał spaść akurat w takim momencie. Plus tego był taki, że w długie niedzielne popołudnie przeczytaliśmy połowę książki, która, hmhm……., co tu dużo mówić, niezbyt wpisuje się w lutowy klimat. Choć w śnieg i owszem. Sezon Mikołajów minął ponad miesiąc temu – już byłam pewna, że w najbliższym czasie nie uda się nam przeczytać książki Cornelii Funke. Tymczasem….chyba mogę tak napisać – los chciał inaczej – i muszę przyznać – że to jednocześnie był właśnie taki miły podarek od losu w ten dość trudny czas. Lekturę kontynuowaliśmy każdego wieczoru, wczoraj skończyliśmy, i cała nasza trójka jest pod urokiem tej książki. Czasem żal, że się coś skończyło. Tak było z tą powieścią. Gdy zamknęłam ostatnią stronę, moje starsze dziecko zauważyło, że to nie koniec, bo przecież na okładce jest coś jeszcze – więc musiałam przeczytać dodatkowo również tekst okładkowy:) To opowieść o Świętym Mikołaju, jedynym prawdziwym, jaki się ostał jeszcze na ziemi. Pewnego dnia wóz z nim i jego gromadą – aniołami Matyldą i Emanuelem, przemądrzałymi krasnalami, ląduje na ulicy Mgielnej, gdzieś tam u naszych zachodnich sąsiadów. Niewidzialny renifer Gwiazdonosy przepada bez śladu, dwa koła są poważnie uszkodzone, a Wielka Rada Mikołajów, która uczyniła ze świąt Bożego Narodzenia iście konsumpcyjne wariactwo, chce za wszelką cenę wyśledzić naszego Niklasa Julebukka, by go unicestwić. A Niklas? W niczym nie przypomina wszechobecnych Mikołajów, które znamy z wystaw sklepowych, reklam i centrów handlowych – nie nosi długiej brody, nie ma wielkiego brzucha i czerwonego płaszcza, w dodatku nie może żyć bez kawy. Jest młody (i przystojny:)), chodzi w połatanym i wytartym stroju, i zniszczonych mikołajowych butach, które w tej historii odegrają niemałą rolę. Tymczasem do wozu Niklasa trafia mały chłopiec Ben. Mieszka z rodzicami na tej samej ulicy, niedaleko. Mają dużo pieniędzy, stać ich na drogi samochód i wakacje nad ciepłym morzem. Jednak czegoś brak w tej trzyosobowej rodzinie – a by stać się szczęśliwym – czasem nie potrzeba zbyt wiele. Czy Niklas pomoże im odnaleźć się w tym świecie, w którym rządzą pieniądze, pęd za sukcesem i drogimi gadżetami? Jest też Charlotta – dziewczynka z sąsiedztwa, zagubiona i wystraszona jak Myszka. Szara i niepozorna. Nie muszę chyba pisać o tym, że będą działy się cuda – czasem będzie wesoło, czasem niebezpiecznie. Przyjdzie moment, że i łezka się skulnie po policzku. Nie brak tu czarnych charakterów - wszak Waldemar Dzieciosrogi - wróg Niklasa, jego współpracownicy i Drewniane Dziadki do Orzechów nie śpią.... Bardzo podobają się nam czarno – szaro - białe, ilustracje Paula Howarda – nastrojowe, ciepłe – iście bożonarodzeniowe. Niektóre sceny rozgrywają się w nocy – wtedy pojawiają się czarne strony i białe litery. Z ciekawości zerknęłam na Amazona niemieckiego – zastanawiało mnie jak została wydana ta książka w ojczyźnie autorki. Można zajrzeć do środka książki – zdecydowanie wolę naszą wizję Niklasa, Matyldy i Emanuela. W polskim wydaniu dwa anioły rubaszne, wyraźnie zaokrąglone – jakżeby inaczej, skoro anielica bez przerwy piekła i zajadała korzenne ciasteczka:) Książka pachnie śniegiem, klejem (do klejenia zabawek), parzoną kawą, kakao, wspomnianymi wcześniej ciasteczkami, a w pewnym momencie nawet środkami czystości. Piękna i wzruszająca książka. Czytałam ją z myślą o starszym (7-letnim) Tomku. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem słuchał również 4- letni Mikołaj. Wiek jest tu istotny - bo wiara w Świętego Mikołaja pozwala tę książkę przeżyć bardzo, bardzo głęboko - mogłam to zaobserwować na moich dzieciach;) Bardzo ważna książka - o tym - jakie powinny być święta. Ja łamię stereotypy – i czynię książkę o Świętym Mikołaju naszą Książką Lutego. Bo przecież zima jeszcze trwa:) A co dla niektórych - i święta przez cały rok:)
Wiek 4+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
czwartek, 26 stycznia 2012
Baśnie - Jakub i Wilhelm Grimm/ il. Suren Vardanian
Baśnie Grimmów mają tylu miłośników co i przeciwników. Jednych i drugich pewnie do swoich racji przekonać trudno. Z jednej i drugiej strony przemawiają autorytety, dlaczego warto czytać, albo dlaczego nie czytać tych baśni. Jedni i drudzy cytują jeszcze większe autorytety. A same baśnie? Całe to zamieszanie wokół nich (audycje radiowe, dyskusje na targach książki) powodują, że zainteresowanie nimi wcale nie słabnie. Jedni sięgają po nie z sentymentu – jako wspomnienie z dzieciństwa, inni – z ciekawości. Prawdą jest, że wiele tytułów na zawsze kojarzy się ze szczenięcymi latami. Bo jak to jest nie znać Czerwonego Kapturka albo Jasia i Małgosi? Jeśli dacie się namówić na baśnie Grimmów – zachęcam do bardzo eleganckiego wydania z ilustracjami Surena Vardaniana. Rysownik zmierzył się już z Panem Kleksem, stworzył twarze słynnej rodziny Ciumków, teraz czas na klasykę, w której znajdziecie … właśnie klasyczne ilustracje z nutką nowego. Podobają mi się – nawiązują na pewno w klimacie do słynnych ascetycznych (i bardzo niemieckich) czarno – białych Otta Ubbelhode. Te są zdecydowanie bogatsze, czasem kojarzą się z ilustracjami z literatury fantasy (a ta przecież wyrosła z baśni i legend). Zwróćcie uwagę na zamek z niezliczoną liczbą wież w Zdartych pantofelkach, i myśliwego walczącego z siedmiogłowym potworem, jak równie tajemniczy las w Jasiu i Małgosi. W tym wydaniu baśni znajdziecie takie tytuły: Kopciuszek, Czerwony Kapturek, W Tm wydaniu znajdziecie takie tytuły: Kopciuszek, Zdarte pantofelki, Szczęśliwy Jaś, Jaś i Małgosia, Paluszek, Biedny i bogaty, Bajka o złotym ptaku, Czerwony Kapturek, dwaj bracia, Niedźwiedzia Skóra, Królewna Śnieżka, Biały wąż, Gęsiarka w studni, Stoliczku nakryj się, Śpiąca królewna, Żabi król.
Wydawnictwo Skrzat
sobota, 31 grudnia 2011
Dziadek do Orzechów i Król Myszy - E.T.A. Hoffmann/ A. Kucharska - Cybuch
Dziadek do Orzechów ukazał się po raz pierwszy w roku 1816 – zatem prawie 200 lat temu. A więc w czasach, gdy działali już Friedrich Schiller i J.W. Goethe - a całą Europę ogarnęła fala romantyzmu. W literaturze pojawił się cały wachlarz nowości – uczucia, emocje, groza, tajemniczość, niepokojąca atmosfera, elementy fantastyczne. Wcześniej nikt nie poświęcił tyle uwagi miłości – wielkiej i tragicznej. Goethe przewrócił świat do góry nogami pisząc Cierpienia młodego Wertera, Schiller – Zbójców, a E.T.A. Hoffmann wkroczył ze swoim Dziadkiem do orzechów na dość grząski i niepewny grunt jakim była literatura dziecięca, której tak naprawdę… nie było. Zresztą kto się wtedy przejmował dziećmi. Kogo obchodziło, co dzieci czują i co mają do powiedzenia. Dzieci wypadało mieć, najlepiej dużo, ale wychowaniem zajmowały się guwernantki, guwernerzy i bony. Rodzice – i owszem, mieli z pewnością wysokie wymagania, z którymi zaznajamiali wyżej wymienionych. Ale w tzw. dobrych domach dzieci widywano w ciągu dnia rzadko, czasem podczas posiłków. Nic dziwnego, że panował wielki dystans, który daje się odczuć także w Dziadku do orzechów. Mali ludzie nie mieli prawa głosu, przy stole nie należało się odzywać, za to ważne było, by nie jeść z pełną buzią, nie rozpychać się łokciami i koniecznie trzymać kolana razem (ponoć bony stosowały tzw. bibułkę). Jak grząski to był grunt, niech świadczy fakt, że nie tak szybko znaleźli się naśladowcy Hoffmanna – po Dziadku do orzechów na długo zapanowała znów cisza w literaturze dziecięcej, przynajmniej na gruncie niemieckim – bo pół wieku później pojawi się Alicja w Krainie Czarów (1865), a trochę wcześniej w niedalekiej Danii – Baśnie Andersena. I właśnie w takim klimacie powstaje Dziadek. W dodatku autor jest państwowym urzędnikiem, który, gdy tylko zatrzaskuje drzwi swego gabinetu, po godzinach - staje się zupełnie innym człowiekiem - artystą, muzykiem, malarzem, literatem. Romantycznym – trzeba koniecznie dodać. Baśń…. - Dziadek powstaje w czasach, gdy właśnie ukazało się pierwsze wydanie Baśni Grimmów. Musiało to w jakiś sposób rzutować na Dziadka, na jego atmosferę, klimat. W literaturze panuje romantyzm – i te elementy znajdziemy w tej opowieści. W domu radcy Stahlbauma właśnie trwają przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dwójka jego dzieci Maria i Fryc (w rzeczywistości dzieci przyjaciela autora. To z myślą o nich powstała ta baśń) zastanawiają się, co w tym roku znajdą na stole z prezentami i jaką niespodziankę szykuje dla nich kochany ojciec chrzestny Drosselmeier. Maria odkrywa przy choince dziwną postać, małego człowieczka. Na pytanie – któż to taki, usłyszała od ojca odpowiedź: -Ten człowieczek, drogie dziecko, ma pilnie pracować dla was wszystkich, ma zręcznie rozgryzać dla was twarde orzechy, a należy on w takim stopniu do Luizy, jak do ciebie i Fryca. Historia toczy się dwutorowo – z jednej strony rzeczywistość w domu radcy medycznego, sceny z życia rodzinnego. Z drugiej to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami w pokoju siedmiolatki i baśń o twardym orzechu, którą opowiada chorej Marii ojciec chrzestny. Fantastyczny świat, pełen tajemnic i strachów, które mogą przyprawić o palpitację serca. Swego rodzaju horror, który wpędza małą Marię w chorobę. Dziwne powiązania, tropy, które czasem wiodą do nikąd, dziwna postać samego Dziadka, którego potem Maria rozpoznaje w osobie bratanka ojca chrzestnego, no i to dziwne zakończenie, które niczego nie wyjaśnia, pozostawiając tym samym pole do naszych interpretacji i domysłów. W książce aż kipi od emocji - są strach, zaskoczenie, przywiązanie, przyjaźń, miłość - a wszystko to kręci się wokół małej Marii. No czegoś takiego w literaturze dziecięcej jeszcze nie było. Mało tego - Maria zostaje narzeczoną młodego Drosselmeiera. Oboje poszli za głosem serca. Widział kto wtedy takie rzeczy? Zresztą można poczytać w Cierpieniach młodego Wertera Goethego, jak takie historie się kończyły. Można dociekać - jak oddziaływały na życie społeczne w tamtych czasach. Stąd zakończenie Dziadka ma wymiar - jak na owe czasy - iście rewolucyjny, co nam współczesnym czasem trudno w ogóle zauważyć. W końcu bajka to bajka - powinien być happyend - a literatura przyzwyczaiła nas, że takie opowieści raczej kończą się słodko polukrowane - było wesele i ja tam byłem miód i wino piłem. Nie zapominajmy jednak, że opowieść Hoffmanna, to rzecz balansująca na granicy dwóch światów - poplątanie z pomieszaniem - trochę snu i trochę rzeczywistości. Granica jest tak zatarta, że nawet dorosłemu czasem trudno zorientować się co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni. Pamiętajmy, że to zaledwie początki wieku XIX. W najnowszym wiernym tłumaczeniu Elizy Pieciul - Karmińskiej, obok smakowitego tekstu można uraczyć się również ciekawym Posłowiem tłumaczki na temat perypetii Dziadka i kłopotów z przekładem tej wiekowej książki. Kropką nad i są ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch . Najpierw rozczarowała mnie, a potem spodobała, wizja samej postaci Dziadka do Orzechów. Postać w tej książce nie ma nic wspólnego z tradycyjnym dziadkiem do orzechów – drewnianymi figurkami, jakie królują na jarmarkach świątecznych jak Niemcy długie i szerokie. Człowieczek – tak Maria określiła Dziadka, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. I tak w istocie wygląda.
Wydawnictwo Media Rodzin
wtorek, 29 listopada 2011
Pan Brumm obchodzi Boże Narodzenie - Daniel Napp
Świąteczne wydanie Pana Brumma jest wyjątkowo udane. Razem z Kaszalotem i Borsukiem nasz bohater udaje się do lasu po choinkę. Jednak nagle pojawia się Ryjek, który krzyczy na całą trójkę przyjaciół i zakazuje wycinki upatrzonego dorodnego drzewka. Że to niby surowo zabronione. Kiedy po jakimś czasie przyjaciele znów wybierają się po upatrzoną wcześniej choinkę, okazuje się, że już jej nie ma. A ślady zbrodni prowadzą do domu ….Ryjka, który w najlepsze świętuje Boże Narodzenie. No czegoś takiego Pan Brumm na pewno nie przeżyje. Szykuje się akcja odbicia choinki. Niby plan ma duże szanse na powodzenie, bo Ryjkowie właśnie wybrali się do kościoła. Ale jak tu realizować plan, gdy po domu roznosi się smakowity zapach pieczonej gęsi? Kto zna wcześniejsze przygody sympatycznego miśka, wie, że działa niestandardowo i że zaskakuje na całej linii. Śmieszny jest misio, gdy w popłochu kleci z gęsich kosteczek model statku dla Ryjka i gdy zakłada strój Świętego Mikołaja. Lubię poczucie humoru Daniela Nappa, jego zwariowane rysunki, tutaj – jego zimę. W tej książce pokazał, że do wszystkiego trzeba mieć dystans i na niektóre sprawy można popatrzeć z przymrużeniem oka. A Miś? Jak zwykle, wyjdzie na swoje.
Wiek 3+ Wydawnictwo Bona |