|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: literatura amerykańska
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Magiczna trzynastka - Ingrid Law
Beaumontowie to na pozór rodzina taka jak inne. Na pozór. Oczywiście – inaczej nie byłoby tej książki. Wszyscy – za wyjątkiem ojca, mają … smykałkę, czyli dar do czegoś. Co ciekawe – ta smykałka objawia się dopiero w dniu 13 urodzin. Do tego czasu dzieci chodzą normalnie do szkoły, a potem już nie. Bo otrzymany dar jest …. niesamowity i w związku z tym dzieją się tak dziwaczne rzeczy, że lepiej siedzieć i uczyć się w domu. Po pierwsze – trzeba odkryć samemu ów dar. Po drugie – trzeba nad nim panować, co czasem przychodzi z trudem. Dzieciaki nie tęsknią za szkołą, za przyjaciółmi – i tak ich nie mają – uchodzą za dziwaków mieszkających na odludziu i nie angażujących się w nic, mających swoje zasady. Rybka – starszy brat sprawia na przykład, że pogoda wokół niego szaleje. Kapiszon – kolejny starszy brat – jest naelektryzowany i potrafi robić z prądem to, czego tylko dusza zapragnie. Dziadek Bomba – tworzy z powietrza kolejne nowe miejsca, gdzie tylko zechce. Mama jest doskonała – wszystko, czego się tknie wychodzi jej picobello. I wcale nie jest jej z tym lekko. Missisipi, nazywana przez wszystkich Miś – narratorka – skończyła trzynaście lat i czeka na objawienie swojej smykałki. I właśnie wtedy kochany (zwykły) tata ma wypadek, po którym zapada w śpiączkę. Miś wierzy, że potrafi budzić różne stworzenia. Dlatego chce dostać się do szpitala, by obudzić tatę. Czy na tym polega właśnie jej smykałka. Miś święcie w to wierzy. Ale czy tak jest w istocie? Świetna książka pełna przygód, w której niemałą rolę odegra okładkowy różowy autobus z napisem „Księgarnia Biblijna Heartland” – teraz pełen dzieciaków, które przypadkowo znalazły się w tym osobliwym pojeździe. Ta książka to nie tylko dobra zabawa i emocje związane z rozwiązywaniem zagadek i pokonywaniem trudności. Tak naprawdę to opowieść o przyjaźni, miłości, samotności, dojrzewaniu i odpowiedzialności. O tym, że każdy ma jakiś talent – niekoniecznie smykałkę takiego kalibru Beaumontowie. Trzeba ten talent w sobie tylko odkryć i zrobić niego użytek, co nie jest wcale łatwe. Mądra książka, zaskakująca, i dowcipna. Wiek 11+ Grupa Wydawnicza Publicat S.A.
środa, 24 sierpnia 2011
Cudowny chłopiec. Mój uzależniony syn - David Sheff
Kiedy czytałam tę książkę nie opuszczała mnie jedna myśl. Tak często się zastanawiamy z mężem, na kogo wyrosną nasze dzieci, kim zostaną w przyszłości. Pewnie, że my – rodzice, mamy marzenia, pewnie, że nasze dzieci również je mają. Czasem śmiejemy się z tych małych wielkich marzeń, traktowanych przez dzieci bardzo poważnie. Nurek, kosmonauta, w naszym domu nawet ostatnio pojawił się w planach … powstaniec warszawski (! – ale to skutek czytania pewnej książki i śpiewania pewnych piosenek, o których może wkrótce napiszę:) David Sheff – też miał takie marzenia. Jego syn – Nic – również. Chłopiec niezwykle uzdolniony, kreatywny, wysportowany. Już w dzieciństwie można było zauważyć, że będzie z niego w przyszłości świetny – może sportowiec, może aktor, może literat, czy dziennikarz. Miał aż tyle talentów. Wybór jednej dziedziny mógł oznaczać niepowetowaną stratę dla pozostałych. Miał pójść na studia, na dobrą uczelnię… Kiedy skończyło się dzieciństwo – zaczęły się narkotyki. Najpierw niewinnie – trawka, alkohol podebrany rodzicom. Potem już bardzo niebezpieczna metamfetamina, która według najnowszych doniesień jest jednym z najpopularniejszych narkotyków za oceanem i jednym z najniebezpieczniejszych. Zaczyna się walka o syna. Długa droga - pełna błędów, wyrzutów sumienia, słów, łez. Sheff zaczyna swoją opowieść od dzieciństwa Nika. Rozwód z jego matką, batalia w sądzie, przeprowadzka na drugi kraniec USA, dzielenie się opieką nad chłopcem. Niby wszystko było – po amerykańsku – ok, ale coś nie zaskoczyło. Sheff szuka przyczyn, chce odpowiedzieć na dręczące go pytanie – dlaczego? Idąc tym tropem trafia do ludzi zajmujących się depresją dziecięcą, uzależnieniami. Opisuje batalię o swoje dziecko, które jest coraz starsze i coraz bardziej się stacza na samo dno. To wstrząsająca książka – pokazuje jak ten miły chłopiec zmienia się w cień dawnego Nika – teraz przygnębiony, cichy i jednocześnie agresywny, wychudzony, często głodny, znikający na wiele dni, nawet tygodni, gotowy na wszystko. Kolejne kuracje odwykowe, kolejne powroty do dawnego życia na ulicy. Autor pisze, jak choroba syna (tak traktuje to uzależnienie) zmieniła życie jego nowej rodziny. A co to było za życie? Wieczny strach, zawód na drugim człowieku, kłamstwa, wyrzuty, kradzieże, włamania. Było w tej książce wiele momentów, które zwykłego szarego człowieka, który nie miał nic wspólnego z narkotykami, po prostu stawiały do pionu. Jak choćby wypowiedź jednej matki, która cieszyła się z tego, że jej córka jest w więzieniu, ponieważ dzięki temu była pewna, że jest tam w miarę bezpieczna. David Sheff – z zawodu dziennikarz popełnił książkę, która, jak się później okazało, dała wielu ludziom uzależnionym i ich rodzinom siłę w walce z nałogiem. Autor mówi o swoich doświadczeniach – ale nie na zasadzie – zróbcie tak i tak, bo ja wiem lepiej. Przyznaje się szczerze do błędów, pomyłek. Niestety cudu w tej książce nie ma. Nic jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie wyzdrowiał. Do końca życia zostanie narkomanem i alkoholikiem. Ciągle walczy o siebie. Jak będzie dalej? Tego nie wie nikt. Książka bardzo szczera, wstrząsająca, rzetelna. Wszystko zaczęło się od artykułu na temat uzależnienia Nika opublikowanego w czołowym amerykańskim dzienniku. Odzew czytelników był ogromny. Sheff zrozumiał wówczas, że powinien napisać książkę. Nie bez obaw. Bo to przecież niezwykle trudne – obnażyć się ze swoich słabości i skrzętnie skrywanych sekretów rodzinnych. Co pomyślą przyjaciele, znajomi, rodzina dalsza i bliższa? Ta książka zbliżyła go do innych, pozwoliła zrozumieć i wyjaśnić wiele trudnych kwestii, w końcu pomogła mu odnaleźć drogę do … samego siebie Czytanie Cudownego chłopca zbiegło się z dyskusją na temat legalizacji narkotyków w naszym kraju. Zawsze byłam przeciw – teraz tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Tutaj można znaleźć więcej informacji o książce i autorze. Dla rodziców i starszej młodzieży Wydawnictwo Media Rodzina
czwartek, 04 sierpnia 2011
Baśniobór - Brandon Mull
Brandon Mull zabrał nas w podróż do bajkowego świata, w którym pełno magicznych istot, które...istnieją naprawdę. Dziś, w świecie współczesnym. I to w na pozór najzwyklejszym lesie. Wystarczy tylko wypić mleko, by nagle zobaczyć coś więcej – te wszystkie magiczne istoty, od których w książce aż się roi. Nakreślone tak, jakby były obok nas, na wyciągnięcie ręki, baśniowe a jednocześnie bardzo realne. Trzeba uważać tylko, by satyr nie wystrychnął nas na dudka, albo wróżka nie uszczypnęła w nos – bo ponoć są złośliwe i … próżne. Ale od początku… Kendra i Seth właśnie stracili ukochanych dziadków – rodziców mamy. W testamencie dokonali dość osobliwego zapisu, by wszystkie ich dzieci, a więc również rodzice wspomnianego wyżej rodzeństwa udali się w rejs statkiem – ale… bez dzieci. Rodzeństwo skazane jest zatem na przymusowe wakacje u rodziców ojca, dziadków im obcych i zupełnie nieznanych. Las jak las – ale wokół dzieją się dziwne rzeczy. Pomocnik dziadka wszędzie rozstawia miseczki z mlekiem, dziadek jest dziwnie srogi i tajemniczy, babcia gdzieś zniknęła i nikt ani nie chce ani nie potrafi wyjaśnić gdzie się w chwili obecnej znajduje. W dodatku co chwila dzieci słyszą tylko – tego nie wolno, to trzeba – same zakazy i nakazy, setki przestróg, których nie sposób zapamiętać. Najważniejsza z nich – zakaz wstępu do lasu. Pewnie domyślacie się, że brat i siostra ani myślą brać sobie tych wszystkich rad do serca. W przeciwnym razie nie byłoby tej książki. A tak dzieje się dużo, bowiem każdy rozdział odkrywa kolejną tajemnicę, a dziadek okazuje się całkiem przyjaznym facetem. Noc hulanek zmienia jednak wszystko – rodzeństwo będzie musiało ponieść konsekwencje swojego zachowania i zdać egzamin z odpowiedzialności i dojrzałości. Czy im się uda? Piszę rodzeństwo – jednak brat i siostra znacznie się od siebie różnią. Pomiędzy bratem a siostrą są znaczne różnice charakteru. Chłopak rozrabia więcej. Mówi TAK – choć z góry wie, że zrobi całkiem odwrotnie. Kendra to ułożona nastolatka i dla świętego spokoju chce spełnić prośby dziadka, choć zżera ją ciekawość. Działa w myśl zasady – nie chcę, ale muszę, bowiem widząc zachowanie brata idzie za nim w ogień – by zminimalizować szkody. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ciekawy pomysł, przy czym BM prochu nie odkrył. Wiadomo, że jak działa duet, to najlepiej ukazać go na zasadzie kontrastu. I pomyślałby kto, że można napisać książkę o wróżkach, skrzatach i gnomach dla nastolatków +. Że to niby dla dzieci? Nic bardziej mylnego. Książka, przy której również dorośli będą się dobrze bawić. Z pewnych rzeczy się nie wyrasta. Na koniec dobra wiadomość dla tych, którym książka się podoba – w planach – kolejne części. Wiek 9+ Wydawnictwo W.A.B.
niedziela, 22 maja 2011
Hania Humorek - Megan McDonald/ Peter H. Reynolds
Nie przekonałam się do Hani Humorek. Czytałam (Hania Humorek przepowiada przyszłość/ Hania Humorek ratuje świat/ Hania Humorek ogłasza niepodległość) i miałam mieszane uczucia. Gdzie tkwi przyczyna? Mało tego, zastanawiam się, skoro Hania Humorek bije za oceanem takie rekordy popularności, to gdzie tkwi jej fenomen? Czy zostało coś zgubione podczas przekładu? Sama idea książek z tej serii jest na pewno dobrze przemyślana – poruszają one ważne tematy (choć nie zawsze): ochronę środowiska, niszczenie lasów równikowych, zagrożone gatunki zwierząt, zaniedbywanie segregacji śmieci, prawa człowieka. Jednak cały czas miałam wrażenie, że te ważne sprawy są jednak gdzieś w tle, drugoplanowe. Najważniejsze jest, by się wiele działo, szybko, z wielkim buuuuum! Napisane nieciekawym językiem. Nie liczcie na literacką przygodę. Miałam takie wrażenie, że nie nadążam za Hanią. Za jej pomysłami. Jest za to dużo Smrodka (brat Hani), pana Łopucha, którego Hania notorycznie wyśmiewa, Julki (Bubel) Wróbel (koleżanka z klasy), z która Haneczka rywalizuje.Tylko nie myślcie, że nie lubię amerykańskich dzieciaków. Źle się czyta i już. Książki o Hani przypominają mi seriale amerykańskie, w których gdzieś w tle słychać głośny śmiech. Bez miejsca na głębszą refleksję. Hania nie rozśmieszyła mnie, ani nie wprawiła w dobry humor. Wręcz odwrotnie. Im dalej w las, tym większa była moja konsternacja. Książka jest też bardzo amerykańska pod innymi względami. Myślę, że trzecioklasista z podwórka nie poradzi sobie z pewnymi informacjami, które wkraczają w zakres wiedzy socjo – kulturowej, moim zdaniem niezbędnej, by zrozumieć intencje autora, i by uśmiać się tak, że brzuch zaboli. W dodatku Wydawca rzadko dba o wyjaśnienia. W części Hania Humorek przepowiada przyszłość pojawiają się nawiązania do historii USA – rzekoma przepowiednia dotycząca zamachu na prezydenta Kennedy,ego (kim był Kennedy? – to pytanie w imieniu młodych czytelników), Jeane Dixon miała widzieć pewne rzeczy w bitej śmietanie (kim była Jeane Dixon? – dopiero w kolejnym rozdziale okazuje się, że to słynna amerykańska wróżka). Hania Humorek za „świetną robotę i poprawne rozumowanie” ma dostać naklejkę z trójkolorową flagą Tomasza Jeffersona (a cóż to takiego ta trójkolorowa flaga Tomasza Jeffersona? Flaga, jak flaga. Można się domyślić, ale dlaczego ma ona aż tak wielkie znaczenie dla roztrzepanej dziewczynki?) Takich niespodzianek jest mnóstwo w innej części: Hania Humorek ogłasza niepodległość. Zmęczyła mnie też dziwna maniera autorki rozśmieszania trochę na siłę – Hania ma ubaw z rzeczy, które wcale śmieszne nie są. Jest oczywiście kilka udanych momentów – jednak w zdecydowanej mniejszości. Powiem tak – dla mało wymagających czytelników i z dużą dozą cierpliwości.
Wiek 9+ Wydawnictwo Egmont
środa, 23 lutego 2011
Harold i fioletowa kredka - Crockett Johnson
Harold to czterolatek, który za pomocą fioletowej kredki wyczarowuje swój świat. Ta kredka sprawia, że chłopiec idzie wymarzoną drogą, może wejść w każdą przysłowiową dziurę, może mieć wszystko dla siebie – księżyc, las, jabłonkę, strasznego smoka, ocean, łódkę, piknik, dziewięć rodzajów placka, łosia, jeżozwierza, wzgórze – nie, nie wzgórze – ale nawet wysoką górę i balon z koszem. Na jego kredkowe wezwanie zjawia się policjant, który wskazuje mu drogę do domu. W tym świecie wszystko jest możliwe. Gdy czytaliśmy o nim, przypomniały się nam piosenka z przedszkola – kolorowe kredki, wyczarują wszystko, to co chcę i Karolcia Marii Krüger oraz jej błękitna kredka. Harold i fioletowa kredka to książka o nieograniczonych możliwościach dziecięcej wyobraźni. Ilustracje minimalistyczne, proste – mały (czarno – biały) chłopiec, kilka fioletowych linii, kresek, które tyle znaczą. Podobnie tekst - jedno, dwa zdania na stronę, w wersji polsko – angielskiej. Wydawca napisał na okładce – Harold posiada magiczną kredkę. Każda kredka w rękach dziecka jest magiczna. Przed oczami mam moje dzieci, które dzięki kredkom czarują dla siebie. Czarują? Też coś. One święcie wierzą w to, co narysowały. Góra zarysowanych kartek, kredki najróżniejszej długości, te najbardziej ulubione i najlepsze – króciutkie jak ogarki świeczki. Są na tych kartkach zamki, okręty, stada koni, helikoptery i samoloty. Ich mali autorzy są farmerami, kowbojami, odkrywcami, nurkami, żeglarzami, robotami. Świat, do którego warto się przenieść, choć na chwilę. Tak samo jak do świata Harolda… I podobnie jak w książce Johnsona – jest w tym rysowaniu pasja, twórcze realizowanie swoich marzeń, wielka radość z tworzenia. Nic dziwnego, że widząc tę całą otoczkę: wybieranie ładnych nie pomiętych kartek, najlepszych kredek, dyskusję, co kto rysuje, z taką pieczołowitością podpisuję autora, nanoszę datę i chowam do specjalnie do tego przeznaczonego kuferka. A linia? – może mieć wiele znaczeń, można interpretować ją różnorako. Gdzieś na wysokości 1 metra od ziemi mamy porysowane ściany w prawie całym domu. Każdy z nas widzi na nich coś zupełnie innego – dla Cioci – Kloci, która wpadła z wizytą, są to zwykłe mazgaje, które niby psują cały image naszego mieszkania i pokazują rodziców w (baaaaardzo) negatywnym świetle, że niby nie dopilnowaliśmy, pozwoliliśmy itd., dla moich dzieci jest to np. byk z wielkimi rogami, ja widzę ślimaka. To dowodzi, że wyobraźnia dzieci chadza swoimi ścieżkami i dzieci czasem widzą to, co dla dorosłego jest niewidoczne. A pamiętacie Małego Księcia? Dorosły osobnik widział kapelusz, a dziecko słonia połkniętego przez węża boa. Podobnie w książce Johnsona – dzieci widzą więcej niż my, analizują linie, kreski, które dla nas dorosłych są często tylko liniami i kreskami, a dla maluchów to zaproszenie do magicznego świata, do którego tylko one mają klucz.
A jak wyglądał smok? Zajrzyjcie do książki:)
Pewnie nie wiecie, ale Harold i jego fioletowa kredka przyszli na świat w USA w 1955 roku i dla wielu Jankesów jest to cool -towa książka dzieciństwa. Wiek 3+ Wydawnictwo Media Rodzina
środa, 26 stycznia 2011
Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. Le Guin
Lepiej późno niż wcale. Cieszę się, że ją w końcu przeczytałam. Bo to świetna lektura i dla starszych i dla młodszych. Fundacja Cała Polska Czyta Dzieciom umieściła ją na Złotej Liście Książek w grupie wiekowej 12+. Zachęcam do czytania na głos, bo książka jest specyficzna. Piękna. Po prostu piękna. Wszystko dzieje się powoli, w swoim czasie, a długie opisy stanów ducha głównego bohatera, przyrody, krajobrazów – zyskają bardzo, gdy włączymy się do tej lektury. Trochę się obawiam, że współczesnemu młodemu czytelnikowi, zwłaszcza niezbyt wprawionemu w samotnej lekturze, nie będzie się chciało w samotności podróżować przez te wszystkie zakątki Ziemiomorza. Nie ma tu gwałtowności, nagłych zwrotów akcji. I nawet jeśli dzieje się wiele w życiu Geda, to się dzieje bez pośpiechu. Dla miłośników cyklu Harry’ego Pottera czy Kronik Wardstone (to ja) taka wiadomość, że jednak najpierw był Czarnoksiężnik, a dopiero potem innej maści czarodzieje i szkoły dla magów. Gdy ma się Czarnoksiężnika za sobą, to przepraszam bardzo, ale reszta jest już namiastką. Nie chcę absolutnie określać jej mianem – licha, bo książki mają swoich wielbicieli. Jednak to już nie to samo. Ktoś kiedyś napisał: jeśli Harry to landrynki, którymi zajadają się miliony młodych czytelników to Czarnoksiężnik z Archipelagu jest czekoladą. Ja dodam tylko – belgijską, ponoć najlepszą na świecie. Duny - z małej wyspy. Jego ciotka odkrywa pewnego dnia, że chłopiec ma pewne predyspozycje, by zostać czarodziejem. Pewne – to mało powiedziane. Kiedy ratuje swoją wioskę podczas napadu wroga i podupada na zdrowiu, przybywa wielki czarodziej, by go ocalić i nadać mu imię – Ged. Nadanie imienia miało wymiar symboliczny. Imię oznaczało siłę. Nie każdemu zdradzano jego prawdziwe brzmienie. Dawniej Duny – teraz Ged – chce od życia wiele. W mądrych księgach jest mowa o czarodzieju, tak wielkim, jakiego ziemia jeszcze nie nosiła. Ged udaje się więc do szkoły czarodziejów, gdzie wiedzę magiczną łapie w lot, jest najzdolniejszym uczniem. Ta pewność siebie go gubi. Przez lekkomyślność Ged uwalnia złe moce, które staną się jego przekleństwem. Pierwsza część Ziemiomorza świetnie uchwyciła moment przemiany. Ged z pyszałkowatego, czasem wręcz dziecinnego młodzika, zmienia się w osobę dojrzałą, wyważoną, odpowiedzialną. Jest czarnoksiężnikiem. Czy tym, o którym pisano w mądrych księgach? Oczywiście nie zdradzę. Zresztą odpowiedzi należy szukać we wszystkich czterech tomach Ziemiomorza. To arcydzieło fantasy. I nasza książka miesiąca.
Wiek 12+
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
czwartek, 10 czerwca 2010
Uśmiech Lisy - Donna Jo Napoli
Przeczytałam z przyjemnością, mimo że wydawca przeznaczył Uśmiech Lisy dla młodzieży. Myślę, że książka spodoba się – i to z kilku powodów. Może najpierw wyjawię, dlaczego po nią sięgnęłam. Obraz wielkiego Leonarda od wieków budzi podziw, ale otacza go aura tajemnicy. Wielu starało się ją wyjaśnić. Na temat sportretowanej kobiety tak naprawdę nie wiadomo zbyt wiele, tak więc chęć poznania nowego pomysłu na jej kolejne życie – była u mnie przeogromna. Po Prywatnym życiu Mona Lisy i Narodzinach Wenus (te ostatnie wprawdzie nie traktują o samej Mona Lisie, ale obie książki leżą w tej samej strefie klimatycznej) apetyt rósł w miarę jedzenia. Bardzo lubię książki z historią w tle, a gdy pojawia się na kartkach renesansowa Florencja – to hm, nie mogę odmówić sobie takiej delicji. Fabuła fabułą, jednak smaczku dodaje całe tło obyczajowe – życie codzienne, opis strojów, potraw, fryzur, wspaniałych i przebogatych willi, włoskiej ulicy, całego tego gwaru na ulicy wielkiego miasta, krzyków, nawoływań. Można wszystko zobaczyć oczami wyobraźni, a zaręczam, że obraz ten będzie niezwykle barwny i urozmaicony. Walka o władzę, wielkie rody Florencji, ustawiane małżeństwa, wojny, spory polityczne, stosy i w końcu sztuka wspaniałego renesansu i … miłość. Czy znajdzie się tutaj dla niej miejsce? Mimo, że książka przedstawia fikcyjne życie dziewczyny, która mogła jedynie pozować wielkiemu Leonardowi do najsłynniejszego portretu w dziejach malarstwa, historia napisana została w taki sposób, że skłonna jestem uwierzyć, że to prawda. Po tej książce, pewnie do kolejnej lektury o Mona Lisie, kobieta z portretu będzie Elisabettą, którą poznajemy w przededniu jej 13 urodzin. Jesteśmy świadkami, jak przeistacza się w kobietę dojrzałą, jaką znamy z portretu, stateczną, piękną, świadomą swej kobiecości. Z tajemniczym uśmiechem na twarzy – jaką rolę odegrał on w tej całej historii ? – Przekonajcie się sami…
Wiek 12+
Wydawnictwo Jaguar
wtorek, 18 maja 2010
Kot Prot - Dr. Seuss
Wszystko zaczęło się od mojej siostry Moniki, która pomieszkuje sobie w Danii i w chwilach wielkiej tęsknoty za nami i domem, podczytuje moje pisanie o książkach dla dzieci i nie tylko. A więc pewnego dnia nadszedł mail takiej oto treści: Nata, a dlaczego nie napisałaś jeszcze o Kocie Procie???!!! Jak byłam w Stanach (jako au – pair opiekowała się czterema amerykańskimi fąflami) moje dzieciaki przepadały za tą książką. I potem była lista kilkunastu linków, na które, według Moniki, musiałam koniecznie kliknąć, by osobiście poznać Dr. Seuss’a i jego DZIEŁO. Dzieło, które okazało się zabawną historią, pisaną wierszem, nie za długą, nie za krótką – taką w sam raz.
Scena rodzinna – czas akcji: kilka dni temu, wieczorem; miejsce akcji: sypialnia - Co??? Wierszszsz??? – Tomek zaczął kręcić nosem, gdy zapowiedziałam, że z okazji zbliżającego się Dnia Matki JA wybieram książkę do czytania. Nos spuszczony na kwintę, prychnięcie wyrażające niezadowolenie. Postawiłam sprawę jasno – bo czytanie po raz kolejny Robin Hooda, w której bohater legenda przedstawiony został jako jakiś bliżej nie zidentyfikowany zwierzak (borsuk? skunks?), naprawdę odbierało mi ochotę na wieczorne obcowanie z książką dziecięcą. -Będzie "Kot Prot" – zapowiedziałam. -Co? "Kot Prot"? Nie cierpię "Kota Prota" – Dzieci mają jednak niesamowity talent do nielubienia rzeczy i osób, których nie znają, o których nigdy nie słyszały, nigdy nie próbowały. -Nie cielpię Kota Plota – rezolutny dwulatek w niczym nie ustępował bratu. Wręcz dolewał oliwy do ognia. -Będzie "Kot Prot" i basta. - No i się zaczęło…
"Kot Prot" okazał się dla nas wybawieniem. Tak, jak dla dwójki rodzeństwa z książki. Taki sam deszczowy dzień, takie same nudy na pudy, nic się nie dzieje.
Dzień od rana był szary, Zimny, mokry, ponury. Słońce ani na chwilę Nie wyjrzało zza chmury.
Znacie to również, prawda? I kiedy nagle wydawało się, że tak już będzie zawsze, że zatoniemy we łzach kapiącego z nieba deszczu – nagle pojawił się ON – KOT PROT. Specjalista od psot. I od razu zrobiło się weselej. Rozjaśniły się buzie moich dzieci – mimo, że wcześniej zaklinały się, że nie lubią tego osobnika. Myślały, że Kot Prot to zwykły kociak, który nas niczym nie zaskoczy, a jednak….
Mało czytamy w domu wierszy. Sama rzadko sięgam po poezję i niestety złe nawyki przenoszę na dzieci. A szkoda. „Kot Prot” zmienił to, być może tylko na chwilę, ale jednak. Zauroczył nas przekład Stanisława Barańczaka. Tłumacz żongluje słowami, popisuje się erudycją. Człowiek czytając tę historię zostaje, nawet wbrew sobie, wciągnięty w nią, zaczyna nabierać tempa, by nie wypaść z rytmu, by nadążyć za Kotem, za Śmiesznymi Rzeczami, by zdążyć z porządkami przed powrotem Mamy – istne szaleństwo, mówię Wam. Język zaczyna się plątać, w gardle zasycha, brak tchu. Kot Prot bawi się nami a potem jak gdyby nigdy nic, macha na pożegnanie i znika wraz ze swoją maszyną sprzątającą, na widok której moi chłopcy dostali taaaaaakich oczu, a ja mogłam złapać tchu i ochłonąć. Jak czytamy na okładce, historia składa się z 220 podstawowych słów i zapoczątkowała popularną w USA serię książeczek do nauki czytania. Stanisław Barańczak spolszczając tekst natomiast bardziej zwrócił uwagę na artyzm języka, niż na jego wierny przekład, bowiem pojawiły się słowa, które do podstawowego słownictwa na pewno w języku polskim nie należą: zaśniedzieć, stęchła woda, ofiary ekwilibrysty, tańczyć zwiewnie jak zefir. Książka spodobała się – i dzieciom i mamie. Nawet zastanawiam się, czy nie wrócić znów do tego ni to Robin Hooda borsuka, ni to skunksa, bo ostatnio wszyscy domagają się tylko Kota Prota. To tylko taki żart, przekomarzanie się, którego w książce pełno. Ach, polubicie tego Kota, jego pomysły, zabawy, popisy w sztuce żonglowania. I przyznaję, że przydałaby mi się taka maszyna sprzątająca, jaka pojawiła się pod koniec opowiastki. Nie powiem, życie stałoby się niewątpliwie piękniejsze i łatwiejsze (tu następuje ciche westchnienie mamy bezustannie zbierającej zabawki, balansującej pomiędzy porozrzucanymi klockami, samochodzikami i żołnierzykami). Świetnym pomysłem jest dodatek – płyta CD, na której można usłyszeć „Kota Prota” w wersji angielskiej Roberta Gamble'a i polskiej - w brawurowej interpretacji Zbigniewa Grochala. Ta ostatnia okazała się być dla mnie ostatnią deską ratunku – w przeciwnym razie niechybnie wyzionęłabym ducha – stałabym się pierwszą mamą - ofiarą - czytania - książek. A teraz już na poważnie – książka stała się wartościową odmianą w repertuarze lektur dla dzieci. Zauważyłam, że dzieci świetnie wyczuwają rytm, łapią słowa, uczą się rymowanych powiedzonek. Kot Prot – specjalista od hec i psot.
Albo:
Gdy w domu nie ma Mamy, Nikogo nie wpuszczamy! Niech sobie idą precz! Polecam jako odmianę i na wywołanie uśmiechu w mokre dni, których w maju tak wiele:) Wiek 3+ Inne książki autorstwa Dr. Seuss'a w przekładzie Stanisława Barańczaka, które ukazały się w Polsce: Kot Prot znów gotów do psot Kto zje zielone jajka sadzone? Na każde pytanie odpowie czytanie Słoń, który wysiedział jajko Sam to widziałem na ulicy Morwowej Wydawnictwo Media Rodzina
środa, 28 kwietnia 2010
Akademia wampirów - Richelle Mead
Kurcze blade – pozwolę sobie zacytować Mikołajka. Myślałam, że oprę się tej wampiromanii, jaka ostatnio opanowała świat – ale nic z tego. Wampiry są dosłownie wszędzie –na mojej półce też. Choć po Historyku Kostovej, który nieźle mnie wystraszył, i to tak, że gotowa byłam spać z czosnkiem pod poduszką, obiecałam sobie – nigdy więcej. Ale zasady są od tego, żeby je łamać. Zatem na wszelki pożarny słuczaj nie mówię – nie, a może nawet sięgnę po kolejną część. Przecież cykl Akademia wampirów dopiero się zaczął … i okazał się wcale nie taki straszny, jakby na to wskazywał tytuł. No cóż, należę do osób, które dostają gęsiej skórki na sam dźwięk tego wyrazu na –„w-u”. Powiem inaczej – okazało się, że wampiry mogą być sympatyczne, wrażliwe i że można je jak najbardziej polubić. Zawsze lubiłam szkołę. Najpierw jako uczennica, potem jako nauczycielka. Lubiłam ten specyficzny klimat, tygiel charakterów, myśli, postaw, indywidualności. I zawsze bliżej mi było do uczniów takich trochę zadziornych (podkreślam słowo - trochę), mających zawsze coś do powiedzenia, bo byli po prostu ciekawi świata, a przez to i sami ciekawsi. Pewnie dlatego od razu polubiłam Rosse, siedemnastoletnią buntowniczkę, która ma swój sposób na życie i konsekwentnie go realizuje. Właściwie, gdyby nie wystające zęby uczniów i kadry pedagogicznej, dziwny program nauczania (Behawioryzm i fizjologia zwierząt, Kultura morojów itp.!!!) można by nawet uwierzyć, że to zwykła szkoła z internatem, w której pojawiają się typowe dla każdej szkoły bolączki – konflikty pokoleń, chęć realizowania własnych planów, poglądów, niesubordynacja, pyskówki, ucieczki , rywalizacja. Wampiry i dampiry Rachille Mead to wypisz wymaluj nasi nastolatkowe, którzy przechodzą okres burzy i naporu, zakochują się, mają problemy z rówieśnikami, chcą ładnie wyglądać, chcą być modni, zrozumiani i wysłuchani, mają własny sposób na życie, ciągnie ich do wielkiego świata i uwielbiają imprezy. Pewnie tu między innymi tkwi sukces tej książki. Książki, filmy, których akcja toczy się w szkole, zawsze zyskiwały rzesze wiernych czytelników, tak jest i w tym przypadku. Najpierw nie mogłam odnaleźć się w gąszczu dziwnych neologizmów. Wampiry były mi znane. Ale dampiry (nawet komputer konsekwentnie zmienia pierwszą literkę na „w”), moroje? Moroje to wampirza arystokracja, dampiry – półwampiry, ich przyszli strażnicy, zrodzeni z człowieka i wampira. Na tle codziennego życia w Akademii Wampirów imienia Świętego Wladimira, ukrytej gdzieś w lasach stanu Montana, toczą się losy Lissy księżniczki i Rose, która daje z siebie wszystko, by w przyszłości mogła zostać jej strażniczką. Złapane podczas wielomiesięcznej ucieczki do świata ludzi, odstawione z powrotem do przybytku wiedzy. Pomiędzy dwiema przyjaciółkami istnieje tajemnicza i niewytłumaczalna więź. Powrót do Akademii nie jest łatwy – z jednej strony spotyka obie panny ciekawość rówieśników, ale też zawiść, nieprzychylność, wręcz wrogość. Dlaczego tak się dzieje? Poza tym w otoczeniu dziewcząt zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Komu zaufać? Może Dymitrowi, który ma wielki autorytet wśród strażników. Ale to przecież on przyłapał dwie dziewczyny i odstawił do dyrektor Kirovej? Książka spodoba się na pewno nastolatkom. Jest dobrze napisana, akcja toczy się szybko jak w filmie sensacyjnym, ale niech was nie zmyli tytuł: to nie horror. Nie doszukiwałbym się też głębokiej głębi w tego typie książek, których cel jest jeden - rozrywka. Oczywiście, że można mówić tu o przyjaźni, odpowiedzialności. Nie jest to pusta i prosta historia. Siedemnastoletnie dziewczyny wchodzą właśnie w dorosłość. Na razie balansują na granicy, ale już muszą się określić, muszą dokonywać ważnych wyborów. Już nie dzieci, a jeszcze nie kobiety i mężczyźni. To pewnie najtrudniejszy okres w życiu człowieka. I może najbardziej bolesny, niełatwy, o czym przekonają się Rose i Lissa. I choć pewnie chcielibyśmy, by nasze nastoletnie dzieci czytały Jacka Londona, albo Lucy Maud Montgomery, może Liberę – nic z tego, wampiry kontratakują, stały się częścią naszej codzienności. Moja koleżanka, urodzona polonistka, od lat wpajająca do głowy ukochanej wnuczce bardzo ważne wartości, również przez kontakt z literaturą z wyższej półki, otwarła kiedyś drzwi. Stanęło przed nią dziewczę w czarnym makijażu emo, ubrane na czarno, z wymalowanymi na czarno paznokciami i czerwonych włosach. Po dłuższej chwili, gdy koleżanka wreszcie rozpoznała w tym dziwnym indiwiduum u drzwi swoją wnuczkę, usłyszała: -Babciu, ja zawsze chciałam mieć takie włosy jak Ania z Zielonego Wzgórza!!! No i bądź tu człowieku mądry. Wiek 16+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
wtorek, 27 kwietnia 2010
Zuźka D. Zołzik i przyjaciele - Barbara Park
To wydanie to niezła gratka dla miłośników Zuźki D. Zołzik (koniecznie z D. (Danuta)., na co Mała od czasu do czasu sama zwraca uwagę), a wiem, że takich nie brakuje. Córka koleżanki jest w niej zakochana – czasem tylko mała Marta kręci głową – Ach ta Zuźka, mówi podczas wieczornego czytania, bo ta Zuźka to dopiero ma pomysły – w każdym razie o nudzie podczas lektury nie ma mowy, o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas ostatnich wieczorów. Seria o Zuźce jest obecna na naszym rynku już od dłuższego czasu. Tylko, że do tej pory ukazywały się pojedyncze cienkie książeczki, które w kilku odcinkach opowiadały jakieś ważne wydarzenie z życia Zuźki. Zuźka D. Zołzik i przyjaciele zawiera aż dziewięć pierwszych książeczek. Specjalnie dla tego wydania została napisana część Zuźka D. Zołzik i śmierdzący autobus, w którym mowa o pierwszych dniach dziewczynki w szkole, w zerówce, i jej perypetiach z charakterystycznym żółtym autobusem dowożącym w Ameryce dzieci do szkoły. Każda z dziewięciu części podzielona jest na 8-9 krótkich rozdziałów, takich w sam raz do posłuchania do maluchów, albo samodzielnego czytania, które na pewno ułatwi duża czcionka druku. Dużym atutem tej książki jest to, że sprawy, które dotyczą Zuźki tak naprawdę mogą dotyczyć również naszych dzieci – nie ma tu niczego nadzwyczajnego – dziewczynka musi zmierzyć się z potworem o nazwie – szkoła, w jej życiu pojawia się mały braciszek, czasem mówi za dużo i musi ponieść konsekwencje swego zachowania, chce poderwać najpiękniejszego chłopca na świecie, ma swoje tajemnice. Brawo dla tłumaczki za wywrócenie świata do góry nogami przez wprowadzenie starych, coraz rzadziej używanych imion. U nas w grupie nie ma Lucynki, Bogusia, Teresy, Stasia – to reakcja mojego Tomka na imiona, które zostały gdzieś w tyle w ciągu ostatnich minionych lat, a od których roi się w tej książce. Zuźka to nie Koszmarny Karolek w spódnicy – gdy ktoś ma do czynienia z dziećmi i czyta razem z nimi tę książkę, pewnie nie raz zwróci uwagę na to, że w Zuźce kryje się nasza pociecha – ciekawa świata, gadulska, czasem głośna, domagająca się uwagi innych, lubiąca się chwalić, opowiadająca czasem niestworzone rzeczy. Karolek jest zdecydowanie bardziej wyrachowany. Zuźka działa automatycznie, jak jej dziecięca natura każe, robi coś nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw i konsekwencji. Jest wiele rzeczy, które w zachowaniu Zuźki mi się nie podobają, ale zawsze można o tym z dzieckiem porozmawiać i uzasadnić. Zresztą reakcja mojego Tomka też była taka – Ach ta Zuźka, te dziewczyny.
Książka, podobnie jak jej główna bohaterka, jest bardzo żywa, ciągle coś się dzieje, absolutnie nie ma czasu na nudę. Mnóstwo tu ilustracji autorstwa Denise Brunkus. Powinna spodobać się dzieciom w wieku 6+.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
|