|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: klasyka
wtorek, 17 stycznia 2012
Zimowa wyprawa Ollego - Elsa Beskow
Są książki, które świetnie czyta się akurat w tym, a nie innym momencie. A gdyby tak sięgnąć po Zimową wyprawę Ollego w samym środku lata? Na pewno wywołałaby tęsknotę za białą porą roku. Hmmm…. Spróbujcie za kilka miesięcy kto wie…. Bo przecież nikt i nic nie przemawia za tym, żeby najnowsza książka Beskow była tylko i wyłącznie zimową lekturą. Choć teraz, gdy za oknem śnieg, najlepiej się ją czyta…
Zajrzyjcie tutaj: Wiek 3+
sobota, 31 grudnia 2011
Dziadek do Orzechów i Król Myszy - E.T.A. Hoffmann/ A. Kucharska - Cybuch
Dziadek do Orzechów ukazał się po raz pierwszy w roku 1816 – zatem prawie 200 lat temu. A więc w czasach, gdy działali już Friedrich Schiller i J.W. Goethe - a całą Europę ogarnęła fala romantyzmu. W literaturze pojawił się cały wachlarz nowości – uczucia, emocje, groza, tajemniczość, niepokojąca atmosfera, elementy fantastyczne. Wcześniej nikt nie poświęcił tyle uwagi miłości – wielkiej i tragicznej. Goethe przewrócił świat do góry nogami pisząc Cierpienia młodego Wertera, Schiller – Zbójców, a E.T.A. Hoffmann wkroczył ze swoim Dziadkiem do orzechów na dość grząski i niepewny grunt jakim była literatura dziecięca, której tak naprawdę… nie było. Zresztą kto się wtedy przejmował dziećmi. Kogo obchodziło, co dzieci czują i co mają do powiedzenia. Dzieci wypadało mieć, najlepiej dużo, ale wychowaniem zajmowały się guwernantki, guwernerzy i bony. Rodzice – i owszem, mieli z pewnością wysokie wymagania, z którymi zaznajamiali wyżej wymienionych. Ale w tzw. dobrych domach dzieci widywano w ciągu dnia rzadko, czasem podczas posiłków. Nic dziwnego, że panował wielki dystans, który daje się odczuć także w Dziadku do orzechów. Mali ludzie nie mieli prawa głosu, przy stole nie należało się odzywać, za to ważne było, by nie jeść z pełną buzią, nie rozpychać się łokciami i koniecznie trzymać kolana razem (ponoć bony stosowały tzw. bibułkę). Jak grząski to był grunt, niech świadczy fakt, że nie tak szybko znaleźli się naśladowcy Hoffmanna – po Dziadku do orzechów na długo zapanowała znów cisza w literaturze dziecięcej, przynajmniej na gruncie niemieckim – bo pół wieku później pojawi się Alicja w Krainie Czarów (1865), a trochę wcześniej w niedalekiej Danii – Baśnie Andersena. I właśnie w takim klimacie powstaje Dziadek. W dodatku autor jest państwowym urzędnikiem, który, gdy tylko zatrzaskuje drzwi swego gabinetu, po godzinach - staje się zupełnie innym człowiekiem - artystą, muzykiem, malarzem, literatem. Romantycznym – trzeba koniecznie dodać. Baśń…. - Dziadek powstaje w czasach, gdy właśnie ukazało się pierwsze wydanie Baśni Grimmów. Musiało to w jakiś sposób rzutować na Dziadka, na jego atmosferę, klimat. W literaturze panuje romantyzm – i te elementy znajdziemy w tej opowieści. W domu radcy Stahlbauma właśnie trwają przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dwójka jego dzieci Maria i Fryc (w rzeczywistości dzieci przyjaciela autora. To z myślą o nich powstała ta baśń) zastanawiają się, co w tym roku znajdą na stole z prezentami i jaką niespodziankę szykuje dla nich kochany ojciec chrzestny Drosselmeier. Maria odkrywa przy choince dziwną postać, małego człowieczka. Na pytanie – któż to taki, usłyszała od ojca odpowiedź: -Ten człowieczek, drogie dziecko, ma pilnie pracować dla was wszystkich, ma zręcznie rozgryzać dla was twarde orzechy, a należy on w takim stopniu do Luizy, jak do ciebie i Fryca. Historia toczy się dwutorowo – z jednej strony rzeczywistość w domu radcy medycznego, sceny z życia rodzinnego. Z drugiej to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami w pokoju siedmiolatki i baśń o twardym orzechu, którą opowiada chorej Marii ojciec chrzestny. Fantastyczny świat, pełen tajemnic i strachów, które mogą przyprawić o palpitację serca. Swego rodzaju horror, który wpędza małą Marię w chorobę. Dziwne powiązania, tropy, które czasem wiodą do nikąd, dziwna postać samego Dziadka, którego potem Maria rozpoznaje w osobie bratanka ojca chrzestnego, no i to dziwne zakończenie, które niczego nie wyjaśnia, pozostawiając tym samym pole do naszych interpretacji i domysłów. W książce aż kipi od emocji - są strach, zaskoczenie, przywiązanie, przyjaźń, miłość - a wszystko to kręci się wokół małej Marii. No czegoś takiego w literaturze dziecięcej jeszcze nie było. Mało tego - Maria zostaje narzeczoną młodego Drosselmeiera. Oboje poszli za głosem serca. Widział kto wtedy takie rzeczy? Zresztą można poczytać w Cierpieniach młodego Wertera Goethego, jak takie historie się kończyły. Można dociekać - jak oddziaływały na życie społeczne w tamtych czasach. Stąd zakończenie Dziadka ma wymiar - jak na owe czasy - iście rewolucyjny, co nam współczesnym czasem trudno w ogóle zauważyć. W końcu bajka to bajka - powinien być happyend - a literatura przyzwyczaiła nas, że takie opowieści raczej kończą się słodko polukrowane - było wesele i ja tam byłem miód i wino piłem. Nie zapominajmy jednak, że opowieść Hoffmanna, to rzecz balansująca na granicy dwóch światów - poplątanie z pomieszaniem - trochę snu i trochę rzeczywistości. Granica jest tak zatarta, że nawet dorosłemu czasem trudno zorientować się co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni. Pamiętajmy, że to zaledwie początki wieku XIX. W najnowszym wiernym tłumaczeniu Elizy Pieciul - Karmińskiej, obok smakowitego tekstu można uraczyć się również ciekawym Posłowiem tłumaczki na temat perypetii Dziadka i kłopotów z przekładem tej wiekowej książki. Kropką nad i są ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch . Najpierw rozczarowała mnie, a potem spodobała, wizja samej postaci Dziadka do Orzechów. Postać w tej książce nie ma nic wspólnego z tradycyjnym dziadkiem do orzechów – drewnianymi figurkami, jakie królują na jarmarkach świątecznych jak Niemcy długie i szerokie. Człowieczek – tak Maria określiła Dziadka, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. I tak w istocie wygląda.
Wydawnictwo Media Rodzin
sobota, 17 grudnia 2011
Wanda Chotomska dzieciom - il. Artur Gulewicz
Bierzecie jakąś książkę do ręki i od razu wiecie, że będzie ona bardziej Wasza aniżeli kogoś innego. Bo wiążą się z nią wspomnienia, zapachy, zdarzenia. Bo ta nowa książka – wcale nowa nie jest – to tylko jakaś ułuda, bo w głowie są już teksty, ilustracje – i tak naprawdę ta książka była zawsze. I że Was szukała, i właśnie odnalazła? Myślę, że wielu czytających rodziców przeżywa po latach literackie dejavu – a niektóre książki do bibliotek dziecięcych trafiają drogą na skróty dzięki wspomnieniom. Wanda Chotomska dzieciom to taka właśnie lektura. Wspomnienie. W nowej szacie graficznej, ale z kultowymi tekstami. A te – co tu długo pisać – są jak wino – im starsze tym lepsze. Książka podzielona jest na 17 rozdziałów. Niektóre z nich – najczęściej wybór wierszy, prozatorskie - samodzielne utwory. Dzień dobry córeczko, Wypożyczalnia skrzydeł, Rzeczowisko, Drzewo z czerwonym żaglem, Dlaczego?, Zwierzaki, Fruwaki, Kogutek, Czterech panów i Mikołaj, Panna Kle-kle, O rety, rety lecą kabarety, Limeryki, Leonek i lew, Muzykańce, Tańce, Śpiewańce.
I nie powiem – łezka się w oku kręci czytając słynnego Hipopotama. Pamiętacie? Hipopotam, chlupopotam, chlapopotam, chlapobłotam, chlupobłotam, plamobłotam, piegobłotam, hipobłotam, hipopsotam – boi się wychylić z błota. (wydany przed laty w serii miniaturek literackich Poczytaj mi, mamo – może znajdzie się jako reprint w którymś kolejnym wydaniu tej książki?) Albo kultowy Trzydziestego lutego – o jeżu, który zaczął sprzedawać szczotki i tak się oddał temu zajęciu, że w końcu biedaczek sprzedał klientom i swoje ciotki i siebie. (ostatnio wznowione w ramach Mistrzowie Ilustracji – wyd. Dwie Siostry). Ja ciągle o wspomnieniach – a dla dzieci – odkrycie, obcowanie z poezją. Również śmiech i zabawa – bo wśród wierszy są takie, że wręcz trzeba się uśmiechnąć pod nosem. W naszym domu zapanowała moda – na Dzień bobry! – zamiast dzień dobry, Bobranoc! – zamiast Dobranoc!. Poszliśmy dalej – boproszę, bobruję, bobraszam. Dziadek, gdy się pojawił u nas w gości, patrzył na chłopców jak na UFO. Co to za bobrzy język. A to tylko uboczne skutki czytania książek – dokładniej – wiersza Bobry. Takich śmiechotek jest tu więcej: Fryzjer, Gdyby tygrysy jadły irysy, Muchy w nosie, a zwłaszcza cały rozdział – Dlaczego? Bo czy znacie odpowiedź na pytania: Dlaczego cielę ogonem miele? Po co krowie rogi na głowie? Dlaczego ryby rozmów nie wiodą? I co to takiego – decybele? Chotomska odkrywa dzieciom najbliższy świat: uroki przyrody: zwierzęta, rośliny, zjawiska. Potrafi nachylić się na ślimakiem, motylem, biedronką. Widzi świat jak dziecko, mikroświat – zauważa rzeczy małe, nad którymi my, dorośli – przechodzimy bez refleksji, omijamy szerokim łukiem. Pisze o przedmiotach, w których na pierwszy rzut oka poezji brak: ot taki zwykły parasol, kalosze, łyżka, jajecznica czy bilet. Dużo w jej utworach muzyki – tutaj znajdziecie wiersze o różnych instrumentach, tańcach. Niektóre wiersze można z dziećmi zaśpiewać. Pamiętacie może piosenki: Kochajcie czarownice, Na majówkę na wędrówkę? Znajdziecie w książce dziecięce przygody (Drzewo z czerwonym żaglem), zabawy, lekarstwo na problemy (Leonek i Lew), znajdziecie miejsca, których na próżno szukać na mapie: Bańkowice Mydlane, ulica Tabliczki Mnożenia, Balbalonia.
Po latach bliski stał mi się wiersz Mama z córką na wagarach. Trudno w literaturze dziecięcej o podobny przykład …manifestu feministycznego. Chyba wydrukuję i przywieszę na lodówkę. Nie mam wprawdzie córki, ale mam szaloną ochotę wyrwać się czasem na wagary. Sama.
Bohaterką tej książki są ilustracje Artura Gulewicza. Jest ich tu bardzo dużo. Na każdej rozkładówce – na jednej bądź dwóch stronach. Kolorowe, śmieszne, nastrojowe. Z jajem i na poważnie. Tak jak utwory Chotomskiej. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są wiersze, które można czytać już dwulatkom, a nawet młodszym dzieciom, są utwory dla starszaków i dzieci z początkowych klas szkoły podstawowej. Jest też duuuuużo dla nas………
Wiek 2+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 07 grudnia 2011
Powiastki Beatrix Potter
Czytanie tej książki celebrowaliśmy, jak mało co. Czytaliśmy poszczególne powiastki – poznawaliśmy ich bohaterów – jakże różnych. Każda historia to kilkanaście małych rysuneczków, raz kolorowych, raz czarno-białych. Teksty krótkie, przełożone z niezwykłą dbałością o każdy szczegół. Na obrazkach wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Właśnie Piotruś Królik przeciska się pod sztachetami płotu pana McGregora, za chwilę raczy się słodkimi i świeżymi marchewkami. Dzieci wodzą nosami po kartkach, zatrzymują się, czytanie trwa długo – ale tak właśnie lubię. Kocham – widzieć zachwyt w małych oczach nad książką. Zachwyt – zresztą nie tylko w oczach dzieci. Jakiś czas temu, gdy byliśmy w bibliotece, panie powiedziały tajemniczo: Pokażemy coś. I co wyciągnęły? Powiastki. Musielibyście widzieć radość tych pań, że nareszcie ta książka jest dostępna dla wszystkich. Bo tej książki nie można czytać się ot tak sobie. Zaraz pojawia się też apetyt na coś więcej – dzieci obejrzały udaną wersję DVD z kreskówkami: Świat Królika Piotrusia i jego przyjaciół, mama czyli ja – film Miss Potter z 2007 roku z Renée Zellweger w roli głównej. I tak jak bajkową wersję uważam za udaną, tak film ….hm. Owszem podobał mi się, ale liczyłam na coś więcej. Ale nadal celebrowałam. Szukałam informacji na temat autorki i jej książek. Zresztą celebruję nadal, bo książka leży na nocnym stoliku i zawsze do niej z wielką przyjemnością wracam. Dla dzieci (szczwane sztuki) to doskonała okazja, by się wkulnąć do wielkiego łóżka i wspólnie poczytać. Bo Powiastki należą do lektur familijnych – niezwykle ciepłych, przyjaznych dziecku. Zwierzęta to tylko pretekst, by przekazać najmłodszym prawdę o życiu i świecie. I kogóż my tutaj mamy?
Myli się ten, kto myśli, że świat Beatrix Potter to świat tylko i wyłącznie okładkowego Piotrusia Królika. Są też Wiewiórek Orzeszko, Beniamin Truś, Panna Tycia Myszko, Grzeczny Prosiulek, Krysia Pstrysia, Panna Mopcia, Kaczka Tekla Kałużyńska. Czy to nie pyszne imiona? To naprawdę duża zasługa pary tłumaczy: Małgorzaty Musierowicz i Jacka M. Stokłosy. Zresztą przekład polski cudnie oddaje atmosferę wiktoriańskiej Anglii. Któż dziś mówi trzewiki, rondle, gorsy od koszuli, gmerać? W Krawcu z Gloster poczułam się tak, jakbym naprawdę odwiedziła XIX-wieczny zakład krawiecki, gdzie co chwila padają dziwaczne słowa: żabot, surdut z wyłogami, atłas, lustryna, haftki, kamizelka zdobiona gazą, przędza.
Świat, którego już nie ma znajdziecie też na wspaniałych ilustracjach autorki. Ponoć B. Potter na początku upierała się przy czarno – białych obrazkach, gdyż dzięki nim książeczki miały być tańsze. Kolorowe mają naprawdę dużo uroku – nie wyobrażam sobie inaczej. Znajdziecie na nich przede wszystkim przyrodę, zadbane ogrody – rabaty kwiatów i grządki z warzywami, las, bagna, jeziora. Ja podpatrywałam wnętrza – szerokie białe parapety wyściełane tkaniną – dla wygody, by można było na nich usiąść, małe okna poprzecinane szprosami i przystrojone atłasowymi lambrekinami, kamienne kominki, wysokie listwy podłogowe. A kuchnie Mrusi, Tabity Raptusińskiej, Kici, panny Ogonek? Hm…marzenie – te drewniane szafki z licznymi schowkami, półeczki z białą porcelaną, moździerzem, zegarami ściennymi. Cudne stroje bohaterek: sukienki obszyte kordonkiem, czepce, kokardy, śnieżne fartuszki. Dzieci bardzo lubią bohaterów – zwierzątka. Gdzieś tam pod skórą tych wszystkich króliczków, gąsek, jeży, wiewiórek są one same. Ze swoim poczuciem humoru, uporem, chochlikiem w oku, swawolą, lekkomyślnością, skłonnościami do niesubordynacji i żartów. Na przeżyciach i doświadczeniach bohaterów z tej książki mogą nauczyć się wiele. Co jest dobre a co złe. Są działania – są konsekwencje. Czasem dla co niektórych – dosyć bolesne. Książka zawiera 23 powiastki oraz 4 utwory publikowane po raz pierwszy: Trzy myszki, Stara Przebiegła Kotka, Lis i Bocian i Gwiazdkowe przyjęcie królików. Początek to oczywiście Piotruś Królik – rok 1902. Bo przecież od niego się wszystko zaczęło – ponoć trwało dosyć długo znalezienie pierwszego wydawcy Powiastek, czyli małych cieniutkich książeczek obrazkowych. Takie to były czasy – kogo obchodziła książka dla dzieci, w dodatku obrazkowa, w dodatku z jakimiś tam zwierzętami, w dodatku napisana przez kobietę. Każda powiastka zaczyna się krótkim wprowadzeniem: O tej książce. Krótko podane są okoliczności powstania tekstu i ilustracji. Z tej części książki można dowiedzieć się wiele na temat autorki, jej życia prywatnego i jej upodobań – często zresztą ekstrawaganckich. Powiastki mają swoich wiernych fanów, do których dołączyliśmy również my. Polecam na prezent pod choinkę – zadowolenie obdarowanego – gwarantowane. Artykuł w Wysokich Obcasach o autorce Krawiec i jego kot - nasza półeczkowa recenzja Rozkoszna praca - wywiad z Małgorzatą Musierowicz Wiek 3+
sobota, 03 grudnia 2011
W świecie baśni - Ewa Stadtmuller/ il. Alicja Rybicka
Tradycyjne baśnie zawsze znajdują swoich miłośników. Nawet, gdy wydawać by się mogło, że porwało nas coś nowoczesnego, współczesnego, z nowatorskimi ilustracjami, zachwyciło, co nadaje nowy kierunek naszym zainteresowaniom, to i tak za jakiś czas wszystkie drogi prowadzą do … starych baśni Andersena, Grimmów, czy Perrault’a. Szczególnie teraz, gdy dni są krótkie. Wychodzimy z domu przed świtem, wracamy o zmroku. Tato szybciutko robi ogień w kominku, coś kleimy przy stole, czytamy książki. Baśnie. Pasują do jesieni i zimy. W tym zbiorze obok najpopularniejszych tytułów znaleźliśmy całkiem nowe, zupełnie nam nieznane. Nie potrzebują specjalnej rekomendacji: Kopciuszek, Kot butach, Śpiąca królewna, Piękna i Bestia, Lampa Alladyna, Trzy dary, O rybaku i złotej rybce, Hipek z czubkiem, Kalif bocian, Zaczarowany pędzelek, Czarodziejski gwizdek, Trzy świnki, Jaś i drzewko fasolowe, Czerwony kapturek, Królewna Śnieżka, Stoliczku nakryj się, Tomcio Paluch, Świniopas, Księżniczka na ziarnku grochu. Dzieciom nie przeszkadzało to, że z naszych europejskich lasów przeniosły się do Bagdadu, na pustynię, na daleki ocean. Powiem nawet- taka różnorodność przypadła im do gustu. Książka jest bogato ilustrowana przez Alicję Rybicką (Tajemniczy Ogród). Podoba mi się projekt okładki – kolorystyka i przemykający za drzewami wilk. Baśnie zostały opracowane przez Ewę Stadtmüller. Bardzo dobrze czyta się te baśnie na głos. Polecam.
Wiek 4+ Wydawnictwo Skrzat
czwartek, 01 grudnia 2011
Poczytaj mi mamo. Księga druga.
Dokładnie rok temu do naszych rąk trafiła pierwsza część książki: Poczytaj mi mamo. Zrobiła furorę. Wkrótce okazało się, że aby ją kupić, trzeba się nieźle nagimnastykować, bo nakład szybko się wyczerpał. Ale od początku, bo bez szczypty historii akurat w tym przypadku ani rusz. W latach pięćdziesiątych zaczęły ukazywać się cieniutkie książeczki dla dzieci. Właśnie tak – książeczki to trafne określenie. A było toto cieniutkie, niepozorne, zaledwie kilka stron. Potem format zmieniono na kwadratowy – i to właśnie te kwadratowe cudeńka zapadły mi w pamięci. Książeczki towarzyszyły mi przez całe moje dzieciństwo – wypożyczałam z biblioteki, niektóre mieliśmy z rodzeństwem na własność, inne z kolei pożyczałyśmy z biblioteczki kuzynki. Krótkie historie, bajki prozą, wierszem, baśnie – na raczej brzydkim, kiepskiej jakości papierze, nietrwałe, ale ciekawie zilustrowane i arcyciekawe. Dla dziecka wprawiającego się dopiero w czytaniu to było coś – samodzielnie przeczytać książkę! Całą – od deski do deski. Pojawiło się też charakterystyczne logo, której autorką była Krystyna Michałowska. Serduszko, kwiatek, motylek, domek – z tyłu na okładce. Ile tytułów przewinęło się przez te wszystkie lata – nie sposób ich chyba zliczyć. Fajnie, że ktoś wpadł na pomysł, aby nam te lekturki przypomnieć. I tu niespodzianka – bo współczesne wydania nie mają nic wspólnego z kiepskiej jakości wydawnictwami sprzed lat. Dobry papier, aksamitna w dotyku okładka (na szczęście – znak czasów), dziesięć książeczek w jednym, ale zawartość ta sama – ilustracje, które pamiętamy, teksty, które po latach bawią i wzruszają. Książka niespodzianka – bo Wydawnictwo do ostatniej chwili nie zdradza tytułów, a po otwarciu książki okazuje się, że …- ści lat temu przegapiłam taki i taki tytuł. W drugiej części znajdziecie:
-Zarozumiała łyżeczka – Elżbieta Szeptyńska/ il. Edward Lutczyn (Opowiastka o pewnej łyżeczce, która widziała tylko czubek swego (łyżeczkowego) nosa.) -Kiedy byłam mała – DanutaWawiłow/ il. Wanda Orlińska (Spotkanie trzech pokoleń przy zdjęciach i wspomnieniach. Dzieci naprawdę robią wielkie oczy, gdy nagle dowiadują się, że babcia i mama były kiedyś małymi dziewczynkami.) -Mój piękny, złoty koń – Wanda Chotomska/ il. Krystyna Witkowska (Hit tego wydania i miłe wspomnienie – mały chłopiec co dzień czeka na konia, który przyjeżdża na jego ulicę ze świeżymi warzywami i owocami ze wsi. Pewnego dnia nie zjawia się jak zawsze…) -Kto kiedy zasypia – Maria Łastowiecka/ il. Elżbieta Gaudasińska (Zwierzęta postanawiają założyć zespół muzyczny, ale okazuje się, że gdy jedne nie śpią, inne akurat pogrążone są we śnie. Czy uda znaleźć się rozwiązanie, czy uda się oszukać naturę?) -Kącik ze smokiem – Helena Bechlerowa/ il. Maria Uszacka (Kłótnie między rodzeństwem są stare jak świat. Nie inaczej się dzieje między Łukaszem a Basią. Pogodzi ich pewien …smok.)
-W aeroplanie – Julian Tuwim/ il. Mirosław Tokarczyk (Znana bajka wierszem o pewnej niesfornej kurce, przez którą babcia znalazła się w aeroplanie. Maluchy mają niezłą zabawę podczas lektury – i zazdroszczą, że babcia lata. Na końcu są nieźle zdziwione, gdy……) -Co mam – Małgorzata Musierowicz/ il. Wanda Orlińska (o prawdziwej przyjaźni)
-Ptasie ulice – Tadeusz Kubiak/ il. Tomasz Borowski (Zabawny wierszyk o tym, jak pewna kaczuszka zmoczyła sobie nóżki i jak jej zmartwiony ojciec kaczor – szukał swej córci po warszawskich ptasich ulicach) -Trzymaj się, Kamil – Wanda Chotomski/ il. Zbigniew Rychlicki (Dla przedszkolaka pierwsze dni w nowym miejscu mogą być trudne – przekonał się o tym mały Kamil. Przedszkole okazuje się nie takie straszne, jak je malują.)
-Co w rurach piszczy – Sławomir Grabowski, Marek Nejman/ il. Edward Lutczyn (Absolutnie wspaniała opowieść dla wszystkich ciekawskich o tym, co w rurach piszczy - o czym rozmawiają, jakie mają problemy. Okazuje się, że gdy zamykamy za sobą drzwi naszego mieszkania, wcale nie jest tam cicho i nic się nie dzieje. Dom kryje w sobie tajemnice, a rurowe rozmowy to jedna z nich. Dzieci będą zaskoczone i rozbawione) Zawsze z przyjemnością czytam najpierw Wstęp, w którym redaktor Joanna Wajs zdradza nam tajniki pracy nad kolejnym nowym tomem. Nie pozbawiony jest emocji. Po tylu latach sentymenty biorą górę, ale myślę, że dla czytelników mojego rocznika jest to naprawdę przyjemne. Na końcu książki krótki rys biograficzny autorów tekstów i ilustracji. Kolejny tom jest już z nami - a my w głowie układamy listę życzeń, co mogłoby się znaleźć w następnej części.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 27 listopada 2011
Pinokio. Historia pajacyka - Carlo Collodi/ il. Roberto Innocenti
Moje wspomnienie z dzieciństwa związane z Pinokiem? Wydawał mi się nieskończenie grubą książką. Z biblioteki wypożyczyłam z pewną nieśmiałością. Mój mąż miał podobne odczucia. Teraz, kiedy podjął się czytania dzieciom, stwierdził, że jak każda staruszka (liczy sobie dokładnie 130 lat) jakoś dziwnie poszła w ziemię, skurczyła się i wydaje się być… cieńszą. Podobnie moi znajomi, którzy odkrywają w naszym domu najnowsze wydanie powieści Collodiego. Biorą je do ręki z jakąś nabożną czcią, na początku trochę zdziwieni, że zamiast kultowych ilustracji Szancera, widzą zupełnie coś nowego. Coś, co nadaje tej powieści powagi, przed czym czują respekt. To nie ten Pinokio, który straszył tylko mnogością stron. Pinokio, któremu twarz dał polski ilustrator – drewniany pajacyk z chochlikiem w oku, kolorowy. Pinokio, do którego zdążyli przyzwyczaić nas wydawcy: kolejne nowe skrócone wersje, albo wynalazki literackie, które chciały zdobyć popularność na popularności XIX wiecznej powieści. To nie ckliwe i często kiczowate obrazeczki, które trudno nawet nazwać ilustracjami. To w końcu również nie disnejowska słodycza, którą można obejrzeć raz, no…. może dwa i koniec kropka. Nowy Pinokio to przede wszystkim obrazy. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, przez myśl przeszło mi - zima jak u Breugla. Nie ma na niej ani myśliwych z psami, ani wioski ukrytej wśród drzew i stawów. Może to przez ten brudny śnieg i zimno, które i tu tam są jednakowe. Potem, oglądając dokładnie książkę znów łapałam się na tym, że w głowie szukam analogii do obrazów Boscha czy Goi. Na końcu uśmiechnęłam się pod nosem, bo nagle autor tych poważnych obrazów zakpił sobie z nas i przemycił do dzieła …Vespę. Maleńki włoski skuter, który rozładowuje ciężką atmosferę smutku i powagi, i każe myśleć o Pinokio jak o typowym Włochu – pełnym temperamentu i energii.
Obrazy Innocentego są pełne szczegółów. Często to, o czym jest mowa w tekście, jest ukryte, gdzieś w kącie, w cieniu. Trzeba się doszukiwać pajacyka, bo na pierwszym planie są tłumy ludzi – życie toczy się swoim trybem, a ty jak chcesz, to sobie szukaj. Bednarz turla beczkę, gospodyni zamiata taras, młynarz czeka na dostawę mąki, a kapelusznik pędzi z najnowszą kolekcją do swego maleńkiego sklepiku tuż za rogiem. Słychać nawoływania, przekleństwa, plotki i śmiech. I gdzieś tutaj stoi niepozorna kukiełka z drewna, która ma swoje odrębne życie. Podobnie jak dziesiątki ludzi na ilustracji. Można by się pokusić o to, by je opowiedzieć, umiejscowić w toskańskich krajobrazach, wśród smukłych cyprysów, wzgórz z pojedynczymi domkami pokrytymi terakotowymi dachówkami, rozległych pól, których u Innocentego też nie brakuje.
Nowy Pinokio to też nowe tłumaczenie Jarosława Mikołajewskiego, poety i laureata wielu literackich nagród. W Posłowiu opisuje perypetie Pinokia, jego autora, w końcu przybliża sens powieści i mówi o perypetiach związanych z przekładem. Nam znana jest wersja Zofii Jachimeckiej. Jej majster Wisienka zamiast Czereśni, Kukurydza zamiast Mamałygi, Gadający Świerszcz zamiast Świerszcza –Który-Mówi, tak bardzo wbiły się w pamięć, że po latach naprawdę trudno jest się tak od razu przestawić. Macie podobne odczucia? Największe zaskoczenie wywołał…. No właśnie…. Dzieci oglądają książkę i nagle wołają: Patrz mamo, REKIN! Ja, zajęta gotowaniem i odwrócona do nich tyłem, studzę ich emocje: Nie to Wieloryb. Nie – słyszę zaprzeczenie - Rekin. Nie wierzę, podchodzę i faktycznie – jednak Rekin. Ciekawe skąd takie rozbieżności i swawola translacyjna.
Książkę czyta się wybornie, tekst został uwspółcześniony. Zachował się jednak klimat powieści XIX - wiecznej, która od 1881r. ukazywała się jako opowieść w odcinkach w gazecie dla dzieci. Autor, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Carlo Lorenzini (Collodi to nazwa miasteczka, gdzie urodziła się matka autora), w pierwszej wersji uśmiercił pajacyka. Zmienił jednak zakończenie pod wpływem próśb dzieci, które głośno zaprotestowały. Niespieszna narracja, dbałość o szczegóły, wszystkowiedzący narrator, bogate życie emocjonalne i duchowe bohaterów – czy taka książka może spodobać się współczesnym dzieciom, przyzwyczajonym do innego typu książek? Spróbujcie. Wydawać by się mogło, że o Pinokio powiedziano już tak dużo, że nic i nikt nie ma nic więcej do dodania. Myliłam się. A jeśli chcecie się o tym przekonać, koniecznie zajrzyjcie do najnowszego wydania.
Wiek 7+ Wydawnictwo Media Rodzina
niedziela, 16 października 2011
Król Maciuś Pierwszy - Janusz Korczak/ il. Marianna Oklejak
Król Maciuś Pierwszy Korczaka to lektura, którą dopiero teraz odkrywam razem z moimi dziećmi. Gdzieś w tle pamiętam książkę na bibliotecznej półce z ilustracjami Jerzego Srokowskiego, wiem, że miałam ją w rękach lata temu, przeglądałam, ale nie wypożyczyłam. Po latach – wznowienie książki, która swoją premierę miała, ba…. w 1923 roku.
Maciuś pewnego dnia zostaje samiuteńki na świecie – najpierw umiera jego mama, potem ojciec król. Zostaje sam jak palec – w wielkim pałacu, gdzie wszystko ma swój rytm, panują konwenanse, tradycja bierze górę nad rozsądkiem. Bo czy miło marznąć przez kilka godzin w sali tronowej – i to przez zarządzenie jakiejś prapraprababki królowej? Maciuś żyje jak w klatce – mimo, że jest królem nie może robić wszystkiego, na co tylko ma ochotę (to najbardziej bulwersowało moje dzieci) – nie może chodzić na spacery do parku, nie może bawić się z rówieśnikami. Nad wszystkim czuwają ministrowie, służba i zagraniczny guwerner. Maciuś ma się uczyć, rządzą za niego inni. Nawet o wojnie dowiaduje się od Felka – syna plutonowego. Pewnego dnia Maciuś postanawia sam wyruszyć na wojnę. Nie chce być królem, który zna wojnę tylko z opowiadań. Chyłkiem wymyka się z pałacu i jako Tomek spędza kilka miesięcy w okopach z żołnierzami, którzy walczą za króla Maciusia. Słyszy tam tyle różności, również na swój temat, że z dziecięcą naiwnością postanawia zmienić świat. Po powrocie na tron, przeprowadza reformy, by uszczęśliwić poddanych. Jednak wkrótce zderza się ze smutną rzeczywistością. Nadal ma związane ręce, brakuje pieniędzy, a to, co jest dla jednych dobre, dla drugich – już niekoniecznie. Jak odebraliśmy Maciusia? Książka bardzo smutna. Myślę, że obecność rodzica podczas lektury z mniejszymi dziećmi – mile widziana. Są momenty, które rozweselają czytelnika – jak choćby list od Felka, z którym Maciuś próbuje się zaznajomić. Rozśmieszyło nas i śmieszy nadal Felkowe: Ile razy będziesz potrzebował pomocy, gwizdnij tylko, a stawię się na pierwsze wezwanie. Weszło to nawet do naszego domowego słownika - Mamo, jak będzie obiad, to gwizdnij tylko, a my się zaraz zjawimy. Tylko że mi to gwizdanie niezbyt dobrze wychodzi. Korczak pisze o dzieciństwie bez dzieciństwa. Można odnieść to w jakiś sposób do czasów współczesnych, kiedy niektórzy z nas zbyt wiele kładą na barki maluchów. Angielski, karate, gra w tenisa – a gdzie czas na zabawę, na przyjaciół? Stąd też myślę, że wielu rodziców mogłoby w Maciusiu znaleźć pewną naukę dla siebie – odczytać między wierszami to, co nie zostało napisane wprost. Książka pokazuje małym, że wcale nie tak fajnie być dorosłym. Moje dzieci czasem mówią tak: Jak będę dorosłym, to zrobię tak i tak. Nagle okazuje się, że ten Maciuś stary – maleńki nie może wszystkiego, a samo bycie dorosłym nie jest przepustką do doskonałości i szczęścia. Książka pisana nieśpiesznie, autor pozwala rozwinąć się danej sytuacji, bohaterowie prowadzą długie dialogi, sceneria, która powinna spodobać się chłopcom – wojna, trochę polityki, beztroskie zabawy (w których Maciuś chciałby uczestniczyć). Często pojawiają się nieznane wyrazy – książka jest przecież prawie sprzed stu lat: wydawca wtedy wyjaśnia takie słownictwo: kajet, obstalunek, patrony, prowizja, plant. Mnie zaś gardło ściskało się, gdy czytałam opis wojny, w której Maciuś brał udział. Wojna pozycyjna, kopanie rowów, przeganianie nieprzyjaciela, obrzucanie go wyzwiskami i obelgami, wzajemne przekomarzanie się, nawet pokazywanie pewnej części ciała jako celu do strzału (to Felkowe działanie). Gardło się ściska, bo następna wojna miała wyglądać już inaczej. Nie mógł o tym wiedzieć Janusz Korczak pisząc tę książkę w 1923 roku. Nie mógł o tym wiedzieć, że sam stanie się częścią tej straszliwej, nieludzkiej historii.
Mądra lektura, przy której można z dziećmi poruszać różne tematy – co tak naprawdę jest ważne w życiu, jak funkcjonuje państwo. Zwróćcie też uwagę na ilustracje Marianny Oklejak. Wniosły wiele świeżości do lektury, rozjaśniły ją. Bardzo nam się podobają. Dla miłośników Króla Maciusia - dobra wiadomość. Ukazała się druga część: Król Maciuś na Wyspie Bezludnej.
Wiek 7+ Wydawnictwo W.A.B
wtorek, 26 lipca 2011
Krabat - znamy już okładkę:)
Mnie się podoba - bardzo:) Oddaje klimat tej powieści. Temat w końcu mroczny, tajemniczy. Z niecierpliwością czekam na premierę - 12 października! Mało czerni w ilustracji dziecięcej. Nie stroni od niej Józef Wilkoń (Księga Dżungli, Czarny Młyn, Pan Tip Top). Teraz Katarzyna Bajerowicz. Kiedy przeczytałam kilka tygodni temu na blogu Ilustratorki, że Wydawnictwo zdecydowało się na czerń solo - pomyślałam sobie - te rozjaśnione kroplą fioletu, czerwieni i niebieskiego chyba są piękniejsze. Tymczasem ta okładka zbiła mnie z tropu i jestem gotowa zmienić zdanie:)
środa, 20 lipca 2011
Bracia Lwie Serce - Astrid Lindgren/ Ilon Wikland
Nie pierwszy to raz – kiedy chcę napisać o książce wspaniałej i … brak mi słów:) Choć tutaj – powinno być raczej – wyrazów. Siedzę przed monitorem, odchodzę, robię kolejną kawę, sprawdzam jak się bawi dzieciarnia, pomagam dokręcić śrubkę przy powstającym właśnie helikopterze i znów wracam do pracy i tak od nowa – pustka. Po raz kolejny zachwyca mnie fenomen pisarki z dalekiej Północy, której życiorys troszkę znam dzięki biografiom. Jak to dobrze się stało jak się stało – Astrid Lindgren wzięła udział w konkursie literackim, chwyciła wiatr w żagle i dzięki temu mamy tak wiele wspaniałych książek. Bracia to jedna z nich. Czekałam wiele lat na przeczytanie jej moim dzieciom – bo nie jest to lektura łatwa, czasem jest wręcz przerażająca, niesamowicie wzruszająca, poruszająca niełatwe sprawy. W dodatku pod warstwą przygody kryje się drugie dno, mądrość – o przyjaźni, miłości braterskiej, odwadze, empatii, chorobie, cierpieniu, śmierci, zdradzie, gotowości poświęcenia życia dla innych. Młodsze dziecko skupi się zapewne bardziej na złym Tengilu i jego żołnierzach w czarnych płaszczach, będzie zadawało pytania kto to jest ta Katla, będzie trzymało kciuki oczywiście za Jonatana I Sucharka. Starsze będzie mogło przeżyć tę książkę całkowicie – do końca. Czytałam starszemu synowi – który słuchał w skupieniu, ciszy. Młodszego interesowały tylko przygody – słuchał, choć książka nie dla (prawie) czterolatka – i brał to co dla niego najłatwiejsze, najwygodniejsze, robiące największe wrażenie. Książka ma w sobie wiele smutku. Przede wszystkim początek, który wzruszy każdego. Dwaj bracia – młodszy Sucharek i straszy – ten odważniejszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony, o pięknej twarzy – Jonatan. Sucharek – młodszy – który też jest narratorem tej powieści – nie wstydzi się mówić o swoim strachu, niepewności, o wylanych łzach. Karol Lwie Serce - sam przyznaje, że dość dziwnie to brzmi. Jednak próbuje, chce dorównać bratu i daje wiele przykładów, że zasługuje na przydomek nadany braciom – zresztą kto się orientuje w historii, od razu rozpozna nawiązanie do mężnego króla Ryszarda Lwie Serce. Młodszemu pisana jest śmierć – choruje od dawna, praktycznie nie opuszcza łóżka. Tylko, że los jest złośliwy – to Jonatan odchodzi pierwszy do Nangijali. Krainy, o której tak często wspominał Sucharkowi. Za jakiś czas dołącza do niego młodszy brat. Zaczynają wspólne życie w Dolinie Wiśni – mają konie, łowią ryby, a Sucharek biega jak najzdrowsze dziecko na świecie i nie ma krzywych nóg. Tylko, że i tutaj nie dzieje się dobrze. Okrutny Tengil chce zawładnąć tym światem. Jego macki dosięgły już Doliny Dzikich Róż. Teraz czas na Dolinę Wiśni. Bracia Lwie Serce chcą ją uratować i zrobią wszystko, by ten cel osiągnąć. Wspaniała proza, oryginalne ujecie tematu śmierci – tak zwyczajnie, bez żadnych upiększeń i przemilczeń. Kraina działająca na wyobraźnię, gdzie spotykają się ludzie po śmierci. Ważna nauka dla najmłodszych, że życie ziemskie to tylko jakiś etap. Mnie zachwyciło przedstawienie miłości braterskiej – wyrozumiałość i mądrość Jonatana – zawsze cierpliwego, wyrozumiałego, tłumaczącego świat młodszemu Sucharkowi. Sucharek – czyli Karol – zapatrzony w starszego brata, biorący z niego przykład, uczący się od niego rozróżniać dobro od zła. Wspaniałe ilustracje Ilon Wikland. Zastanawiam się ile razy użyłam tutaj: wspaniały, niesamowity. Takie emocje wywołuje ta książka – choć nie jest to pewnie lektura dla każdego. Jeśli nie uda się jej przeczytać w tym momencie – warto spróbować za jakiś czas – raz jeszcze – niektóre książki trafiają do czytelnika swoimi drogami. Wiek 8+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia |