Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: książka obrazkowa

piątek, 16 marca 2012
Maska lwa - Margarita del Mazo/ Paloma Valdivia

Maska lwa przenosi nas do Afryki, gdzie na świat właśnie przyszedł mały lew. W przyszłości ma zostać królem sawanny. A król powinien wzbudzać respekt, szacunek, strach.  Jednym słowem – poddani mają się go bać. Tymczasem mały lew nie spełnia oczekiwań wymagającego ojca – nie potrafi groźnie zaryczeć, ciągle się uśmiecha,  w dodatku bawi się z zebrą w berka, a gdy widzi swoje odbicie w wodzie – śmieje się z siebie. Bardzo zdenerwowany tym stanem rzeczy ojciec zamawia u dzięcioła maskę dla następcy, która sprawi, że przed lwem – synem drży cała sawanna. Tylko, czy tego właśnie chciał mały lew?

Piękna książka – ze względu na ilustracje, stylizowane na sztukę afrykańską; na barwy – to książka bardzo energiczna, gorąca jak słońce na Czarnym Lądzie. Nasycona czerwień, pomarańcz, gdzieniegdzie żółty, z mocnym konturem czerni. Piękne sceny nocne – jeśli ktoś czytał Heban Kapuścińskiego, wie, że noce tam czarne choć oko wykol. Tutaj w odcieniu fioletu, rozjaśnione plamą brudnej czerwieni.

Piękna – ze względu na przesłanie. Książka Margarity del Mazo przypomina mi Wilczka, którego zilustrował Józef Wilkoń. I tu i tam dzieci nie spełniają oczekiwań rodziców. Poprzeczka czasem jest postawiona wysoko, a dzieci chcą być jakie chcą – czerpać radość z życia, mieć wielu przyjaciół. Może stąd właśnie płynie ważna nauka dla nas – rodziców – że dzieci wychowujemy nie dla siebie, ale dla świata. Że dzieci pójdą swoją drogą, nie nam wybierać im przyszłość, nie nam planować, ustalać. Maska to też symbol – dla świata zewnętrznego przedstawiamy się jako ktoś mocno chodzący po ziemi, wiedzący czego chce od życia. Gdy tymczasem pod nią kryje się istota słaba, z kompleksami, z tłumionymi marzeniami i potrzebami. Zupełnie jak w przypadku małego lwa. Czy właśnie tego chcemy dla swoich dzieci?

Mądra książka o trudnym dorastaniu, szukaniu swojego miejsca na ziemi, szukaniu swojego ja. W końcu o odwadze, bycia …sobą. Tak zwyczajnie.

 

Strona Autorki

Strona Ilustratorki

 

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Tako

 



wtorek, 20 grudnia 2011
Złe sny - Ola Cieślak

Ola Cieślak namieszała tą książką - i to nieźle. Zresztą wydawnictwo – również. Po Nowym Yorku to kolejna książka obrazkowa, która nie jest napisana, o przepraszam, narysowana z myślą o dzieciach. W tym przypadku powiedziałabym tak – na pewno jest dla dorosłych. A czy dla dzieci? Wybór zostawiam Wam, bo czytanie tej książki wymaga zaangażowania. Stadnie, jak nic. Samo oglądanie nic nie da. W dodatku warto zatrzymać się nad tekstami – słowami, którymi autorka się bawi, żongluje, łapie je w locie, szuka kontekstu, wygłupia się. Wychodzi z tego artystyczny nieład, abstrakcyjny miszmasz - ale to przecież sny, a w nich wszystko jest możliwe.  Pojawiają się róże, brodaci panowie, muskularny kucharz jak z Vegety, seksowne króliczki, gang daltonistów, wytworne paniusinki z katalogów mody z poprzedniej epoki, ptaki, obłoki, demoniczna pani matka. To - co jest elementem życia: seksualność, wyobrażenia, strachy, ciekawość, emocje, wspomnienia. Wieloznaczne dla jednych – bez znaczenia dla innych. Ot sztuka dla sztuki.  Ola  Cieślak bawi się technikami – nakleja obrazki na ciekawe tło, dorysowuje swoje postacie, wykorzystuje kwiecistą tapetę i paragon ze sklepu. Historie, które można potraktować jako bardzo osobistą wizję artystki. Z drugiej strony początek czegoś, co można dopowiedzieć sobie samemu. Podobnie jak z interpretacją snu.


Niby małe toto, niby niepozorne. Ale ta okładka – ostra czerwień - kusi, oj kusi. Na pewno ciekawa propozycja dla kolekcjonerów książek – wydano tylko …1000 egzemplarzy,  z czego sto z autografem artystki. Jest o co powalczyć. A dostać taki prezent pod choinkę to ….. Nie wiem, jak Wy, ale ja to bym się baaaaaardzo ucieszyła.

Kiedy książka pojawi się na półce - pokażcie ją dzieciom. Te widzą często to, czego my nie widzimy. Przy czytaniu tej książki wychodzą ciekawe, czasem dziwne rzeczy. I bardzo osobiste:)

Wydawnictwo organizuje warsztaty poświęcone tej książce. Przeznaczone są dla dzieci w wieku 5+.

Wydawnictwo Bona

sobota, 28 maja 2011
Dawno temu w Mamoko - Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Najpierw był D.O.M.E.K – a potem … każda z książek pary grafików była już sporym wydarzeniem. Nie tylko u nas – również za granicą. A to co chyba najważniejsze, zyskały one wielkie uznanie małych czytelników (i ich rodziców). Bo za naszych czasów taaaaakich książek nie było.

Książka dużego formatu. I to nie tylko ze względu na swoje wymiary (315 x 235 mm) i wagę słuszną kartonowych kartek (nie ważyłam, ale spokojnie – dacie radę).

Dawno temu ….w tytule sygnalizuje, że czeka nas wyprawa do przeszłości. Kraina Akuku w oprawie średniowiecznej.  Nie znajdziecie tej krainy na żadnej mapie (choć pewna mapa wisi na jednej ze ścian), na pewno poczujecie klimat epoki, są tu bowiem damy i rycerze, zamki, smok, uczty, turnieje. Miasteczko okolone jest murami, za flankami kryją się różne postacie, a mostu zwodzonego pilnuje dwóch osiłków.

Co za dziwna nazwa tego miasteczka. Kiedy piszę Mamoko, – komputer uparcie podkreśla mi ten wyraz i proponuje zmienić go na Maroko,  Mamono, Mamko. Tymczasem wystarczy przedzielić jego nazwę, by cała idea tej książki i jej poprzedniczki (Miasteczko Mamoko) stała się jasna – trzeba tu uruchomić zmysł wzroku, popuścić wodze fantazji i wyjdą arcyciekawe rzeczy – bowiem każdy z bohaterów przedstawionych na okładce to odrębna historia, która dzięki naszej kreatywności i naszych dzieci, może być za każdym razem inna. Jakie fajne są dyskusje – jak było naprawdę. Bo prawda każdego z oglądających jest prawdą najprawdziwszą i trudno przekonać się do prawdy brata lub mamy. Dlaczego Smok porwał króla Władysława III, kogo wypatrywał Robin Łuk, co krył worek Bolesława Chyżego, co w tych dawnych czasach robi UFO-podobny Zygmunt Kosmiczny? Masz oko? Pewnie, że mam oko…. A więc….


Zaledwie 14 stron, tekstu niewiele – tylko na okładce napisy pod poszczególnymi postaciami, kolorowa, pełna szczegółów i szczególików. Uczy spostrzegawczości, motywuje dziecko do opowiadania, bajania wręcz, poszerza słownictwo, uczy też … negocjacji. W naszym rodzinnym przypadku tak było – czasem trudno przekonać się do wizji wspołczytajacego. W każdym razie duch rycerstwa w naszym domu odżył. Znów wyciągnięto hełmy, drewniane miecze. Nie ma co, książki inspirują… i to jak.

Popatrzcie, jak potoczyły się losy jednego z bohaterów – Kazika Plątonogiego.

 

Takich historii do oglądania i opowiadania jest tu całe mnóstwo. Oczywiście dzieci muszą na każdej stronie odnaleźć aktualnego bohatera wśród dziesiątek innych. Wiele losów jest tu z sobą związanych. Jak w życiu. Bohaterowie noszą śmieszne, często stylizowane na dawne czasy imiona: Zofija Val Kiria (no i proszę aluzja do Walkirii – nordyckich boginek – wojowniczek – zapewniam, że i Zofija – kuzynka osławionej przez operę Wagnera najpiękniejszej z pięknych - Brunhildy, też ma wojowniczy temperament). Robin Łuk (któż by nie znał sławnego Robina?), Kichot z Bananic ze swym giermkiem Stefanem z Miodowa (od razu się kojarzy z najsławniejszym z rycerzy). Są również Hasa syn Hassana, Bracia Stańczykowie, Igor Rękotęgi, Helena Bystrooka, Cichomysł i inni.

 

Wiek – nie ma ograniczeń – można przeglądać już z maluchem – sztywne kartki wytrzymają dużo. A starsi? Też będą się świetnie bawili – wiem to po sobie.

Wydawnictwo Dwie Siostry

 



środa, 23 lutego 2011
Harold i fioletowa kredka - Crockett Johnson

Harold to czterolatek, który za pomocą fioletowej kredki wyczarowuje swój świat. Ta kredka sprawia, że chłopiec idzie wymarzoną drogą, może wejść w każdą przysłowiową dziurę, może mieć wszystko dla siebie – księżyc, las, jabłonkę, strasznego smoka, ocean, łódkę, piknik, dziewięć rodzajów placka, łosia, jeżozwierza, wzgórze – nie, nie wzgórze – ale nawet wysoką górę i balon z koszem. Na jego kredkowe wezwanie zjawia się policjant, który wskazuje mu drogę do domu. W tym świecie wszystko jest możliwe. Gdy czytaliśmy o nim, przypomniały się nam piosenka z przedszkola – kolorowe kredki, wyczarują wszystko, to co chcę i Karolcia Marii Krüger oraz jej błękitna kredka.

Harold i fioletowa kredka to książka o nieograniczonych możliwościach dziecięcej wyobraźni. Ilustracje minimalistyczne, proste – mały (czarno – biały) chłopiec, kilka fioletowych linii, kresek, które tyle znaczą. Podobnie tekst - jedno, dwa zdania na stronę, w wersji polsko – angielskiej. Wydawca napisał na okładce – Harold posiada magiczną kredkę. Każda kredka w rękach dziecka jest magiczna. Przed oczami mam moje dzieci, które dzięki kredkom czarują dla siebie. Czarują? Też coś. One święcie wierzą w to, co narysowały. Góra zarysowanych kartek, kredki najróżniejszej długości, te najbardziej ulubione i najlepsze – króciutkie jak ogarki świeczki. Są na tych kartkach zamki, okręty, stada koni, helikoptery i samoloty. Ich mali autorzy są farmerami, kowbojami, odkrywcami, nurkami, żeglarzami, robotami. Świat, do którego warto się przenieść, choć na chwilę. Tak samo jak do świata Harolda… I podobnie jak w książce Johnsona – jest w tym rysowaniu pasja, twórcze realizowanie swoich marzeń, wielka radość z tworzenia. Nic dziwnego, że widząc tę całą otoczkę: wybieranie ładnych nie pomiętych kartek, najlepszych kredek, dyskusję, co kto rysuje, z taką pieczołowitością podpisuję autora, nanoszę datę i chowam do specjalnie do tego przeznaczonego kuferka.

A linia? – może mieć wiele znaczeń, można interpretować ją różnorako. Gdzieś na wysokości 1 metra od ziemi mamy porysowane ściany w prawie całym domu. Każdy z nas widzi na nich coś zupełnie innego – dla Cioci – Kloci, która wpadła z wizytą, są to zwykłe mazgaje, które niby psują cały image naszego mieszkania i pokazują rodziców w (baaaaardzo) negatywnym świetle, że niby nie dopilnowaliśmy, pozwoliliśmy itd., dla  moich dzieci jest to np. byk z wielkimi rogami, ja widzę ślimaka. To dowodzi, że wyobraźnia dzieci chadza swoimi ścieżkami i dzieci czasem widzą to, co dla dorosłego jest niewidoczne. A pamiętacie Małego Księcia? Dorosły osobnik widział kapelusz, a dziecko słonia połkniętego przez węża boa. Podobnie w książce Johnsona – dzieci widzą więcej niż my, analizują linie, kreski, które dla nas dorosłych są często tylko liniami i kreskami, a dla maluchów to zaproszenie do magicznego świata, do którego tylko one mają klucz.

A jak wyglądał smok? Zajrzyjcie do książki:)

 

Pewnie nie wiecie, ale Harold i jego fioletowa kredka przyszli na świat w USA w 1955 roku i dla wielu Jankesów  jest to cool -towa książka dzieciństwa.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 15 lutego 2011
Skrzacie damy

O skrzatach ostatnio głośno. A to za sprawą Słonecznego jaja Elsy Beskow – książki wydanej przez Zakamarki. Trochę jest sensacji w tej całej historii, bowiem okazuje się, że to nie pierwsze wystąpienie Beskow na naszym rynku. Na jagody (1903) Marii Konopnickiej (1842-1910) zostało opatrzone ilustracjami Beskow  z zupełnie innej książki (Puttes äventyr i blåbärsskogen -1901r.).

Szwedzka autorka wydawała książki autorskie – swoje piękne ilustracje łączyła z prostymi opowieściami. Joanna Olech niedawno na łamach Tygodnika Powszechnego (polecam ten artykuł!) trochę zgasiła emocje w związku z tą sprawą, tłumacząc mianowicie, że to co dziś postrzegalibyśmy jako prawdziwy skandal, w tamtych czasach, na początku XX wieku, uchodziło za dość często praktykowany zwyczaj – ot wydawca odsprzedawał prawa do ilustracji, do których z kolei ktoś inny dopisywał zupełnie nowy tekst. Moje Na jagody, do przeczytania których tak bardzo namawiała mnie mama po zapisaniu się do biblioteki, to książka z ilustracjami Zofii Fijałkowskiej. Co ciekawe – w klimacie książek Beskow. Bardzo mi się podobały.  Konopnicka  zasłynęła jako autorka kolejnej skrzaciej opowieści – O krasnoludkach i sierotce Marysi (1896). Powieść z ilustracjami J.M. Szancera. Ponoć jest na liście lektur szkolnych. Jestem ciekawa, jak współcześni mali czytelnicy odbierają obie książki.

Elsa Beskow (1874 - 1953)

Tutaj można zobaczyć Na jagody z ilustracjami Beskow.

Szwedzi mają zatem swoją Elsę Beskow. My – Marię Konopnicką. Niemcy  - Sibylle von Olfers (1881 – 1916). U nas z kolei ta pisarka jest zupełnie nieznana. Przyszła na świat w Prusach Wschodnich w zamku Metgethen niedaleko Königsberga (dziś Kaliningradu). Trzecia z piątki dzieci od najmłodszych lat wykazywała olbrzymie zainteresowanie rysunkiem i malarstwem. Wrażliwa, bardzo religijna, z bogatą wyobraźnią, głową pełną pomysłów na najbardziej wymyślne zabawy. Z buzią anioła, a może i samej Madonny, stroniła jednak od nauki – przynajmniej na samym początku – robiła sobie żarty z poważnych lekcji udzielanych przez zatrudnionych w zamku guwernerów. Zamiast tego wolała wymyślać książeczki z własnymi ilustracjami dla swojej młodszej siostry. Była przeszczęśliwa, gdy do Metgethen przyjechała jej ciotka Maria – malarka i pisarka w jednej osobie. I to skąd – z dalekiego i światowego Berlina. To ona udzieliła jej pierwszych profesjonalnych lekcji rysunku. Mała Sibylle znikała na długie godziny w różnych zakątkach ogrodu i z wielką pieczołowitością malowała i rysowała świat roślin i zwierząt. Rodzina z różnych powodów musiała opuścić zamek i przeniosła się miasta. Siedemnastoletnia Sibylle pojawiła się w Berlinie, gdzie dalej zagłębiała tajniki malarstwa i rysunku u swej ciotki. Myli się jednak ten, kto myśli, że wielkie miasto zawróciło dziewczynie w głowie.

Ani specyficzny klimat ówczesnego Berlina, ani liczni adoratorzy (a Sibylle była chodzącą pięknością - widać na zdjęciu) nie odciągnęli jej od już dawno powziętego zamiaru. 21 maja 1906 roku dziewczyna wstąpiła w Königsbergu do Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety, w którym przebywała od kilku lat jej starsza siostra Nina. Zszokowała rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w jej wykształcenie – jako dobrą partię na rynku małżeńskim w przyszłości. Już jako siostra Maria Alojza przybyła w 1908 roku do Lubeki, gdzie zaczęła uczyć m.in. rysunku w szkole katolickiej. W międzyczasie sama pobierała jeszcze lekcje na Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy zaczęła chorować na płuca. Zmarła 29 stycznia 1916r. w wieku 35 lat. Do dziś znana jest jako autorka 10 książek obrazkowych. Widać w nich odbicie epoki – fascynację secesją – mnóstwo w nich motywów roślinnych, płynnych falistych linii, subtelnej pastelowej kolorystyki. Stworzyła baśniowy świat - podobny do tego, jaki pojawił się w książkach Elsy Beskow. Pełno w nich skrzatów, małych ludków, stworzonek, kwiatów, traw... Zresztą popatrzcie sami:)

Was Marilenchen erlebte – to pierwsza książka, wydana w 1905 roku.

Każda kolejna książka to coraz większa sława i popularność.

Najpopularniejsza jej książka: Etwas von den Wurzelkindern (1906r.) Można obejrzeć ją tutaj.

Klasyka w Szwecji i Niemczech ciągle jest modna. Pokoje dziecięce przyozdabiane są reprodukcjami z książek Beskow i von Olfers - mało tego - są jeszcze kubeczki, puzzle, klocki, kalendarze, kocyki. Muszę odnaleźć Na jagody na półce u babci Basi - pożyczymy i zobaczymy, czy zainteresują współczesnych małych czytelników:) A Sierotka Marysia? - słyszałam różne zdania na jej temat. Zobaczymy... W każdym razie - nie wiem jak inni to robią, ale ilustracje towarzyszą maluchom w dniu codziennym. My też mamy się czym pochwalić;)

 

Informacje o Sibylle von Olfers znalazłam w Internecie.

wtorek, 14 grudnia 2010
Pierwsze urodziny prosiaczka - Aleksandra Woldańska - Płocińska

Grudzień w naszej wielkiej rodzinie, wypełnionej po brzegi wujkami, ciotkami, kuzynkami, kuzynami i to tymi najbliższymi, i nami oczywiście – obfituje w niesamowitą ilość urodzin i imienin. Przez jedenaście miesięcy posucha – od czasu do czasu jakaś uroczystość się trafia, a na sam koniec roku, co drugi dzień trzeba by oklaskiwać zdmuchiwanie świeczek i obcałowywać szanownych solenizantów. W Adwencie – toto aż nie wypada chyba. Do naszego grona dołączył tymczasem … roczny Prosiaczek. A niech tam. Hucznie obchodziliśmy jego pierwsze urodziny wraz z zaproszonymi przyjaciółmi – dzikiem, pszczółkami, żuczkiem, kurą, dżdżownicą, niedźwiedziem, susłem, mrówkami i … a nie zdradzę z kim jeszcze – bo jeszcze jubilat przed czasem się dowie i popsujemy mu zabawę.   Oczywiście – są prezenty niespodzianki, jest tort ze świeczką – i to jaki, jest sto lat odśpiewane acapella.

Zachwycająca książeczka dla najmłodszych – z bardzo twardymi kartkami (nie dadzą się mleczakom – na pewno), kolorowa - pastele z silnym akcentem wzorzystej barwy, prosty i zabawny tekst. Mnie urzekła właśnie prostota tej książki. Czasem odnoszę takie wrażenie, patrząc na dobre ilustracje, czytając prosty tekst, że takie rzeczy chyba właśnie najtrudniej wymyślić. Oczywiście dobre rzeczy.  Prosiaczek  Aleksandry Woldańskiej – Płocińskiej (Mrówka wychodzi za mąż) chwycił za serce moje młodsze dziecko i wywołuje w nim tylko najcieplejsze uczucia. Książkowe zakończenie – Jak to dobrze mieć przyjaciół - skierowane jest nie tylko do książkowych bohaterów, ale stanowi bardzo ważne przesłanie do małych czytelników. I mimo że książka należy do młodszego Mikołaja, to strefa pisana – czcionka, od kilkunastu już dni bardzo intryguje sześciolatka, który z coraz większą fascynacją odkrywa, że potrafi sam to i owo odczytać. Zawijasy i zakrętasy literkowe, literki – chmurki, drukowane, kaligrafowane, namalowane jakby pędzelkiem, rozkołysane, przykuwają uwagę na długo. Gdzieś na kanapie widać tylko w kolorowych poduchach podwinięte nogi w pasiastych skarpetach, potem długo, długo nic, i na końcu nos w książce. Noooo - takie urodziny baaaardzo mi się podobają. Zresztą nie tylko mi.

To nasza książka grudnia.

Wiek 0+

Wydawnictwo Czerwony Konik

środa, 17 listopada 2010
Czupieńki i gwiazdka - Gerard Moncomble/ Paweł Pawlak

Kiedy Czupieńki pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Tomkowe, Mikołajkowe i ... Mamowe. Bo Czupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem.

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

A ilustracje Pawała Pawlaka? I jak tu nie wzdychać. Choć nasz ulubiony rysunkowacz ostatnio sam się odbrązowił w wywiadzie z panią Moniką Obuchow. My tu sobie nieziemsko wzdychamy, a tymczaseml ojciec Czupieńków jest człowiekiem z krwi i kości, o czym można przekonać się tutaj. Polecam!


Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

Kiedy CzupieńkiCzupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem. pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Mamowe, Tomkowe i Mikołajkowe. Bo

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 26 września 2010
Kto kogo zjada - A. Mizielińska/ D. Mizieliński

Książka udowadnia, że tak naprawdę nie ma tematów trudnych dla dzieci. Nie co?, ale – właśnie jak? jest najistotniejsze.  Na temat  łańcucha pokarmowego napisano wiele dysertacji i mądrych słów, a w podręcznikach szkolnych poświęca się temu zagadnieniu mnóstwo makulatury i mądrych wykresów. I czasem jest tak, że dziecko umęczone kilogramami wiedzy, stwierdza – I tak wiem, że nic nie wiem. Rozmawiać z pięciolatkiem o łańcuchu pokarmowym? Pewnie że można. I jakie fajne rzeczy wychodzą z tych rozmów. Iście filozoficzne. Dociekliwe pytania, analiza rysunków, wymyślanie nowego łańcucha. A wszystko to za sprawą tej książki. Tak prostej, że aż strach. To jej najmocniejsza strona. Prostota tekstu. Prostota ilustracji. Książka obrazkowa, wielkie (format A4), na dwie strony  ilustracje, takie zwykłe, czarno – białe, pełne szczegółów, szczególików, bez zbędnych dodatków.

-Mamo czy to jest kolorowanka (Autorzy pewnie zdają sobie sprawę, do czego zachęcają nasze pociechy?) I ręce świerzbią, by maznąć żabę na zielono.

-Mamo – a pliszka jakiego jest koloru? Nie wiem, najzwyczajniej na świecie nie wiem. (Ale się dowiem:)

Cała historia zaczyna się od kwiatu i na nim kończy, a  właściwie znowu zaczyna. Historia lubi zataczać koło, nieprawdaż? Mszyce jedzą kwiat, a mszyce – biedronka. Biedronkę konsumuje pliszka, a tę – lis. Lisa - wilk, a wilk zdycha, bo był bardzo stary. Wilka zjadają larwy much, muchy – żaba, żaba składa skrzek – a skrzek zjada ryba, rybę – zimorodek. I tak dalej i tak dalej. Aż do kwiatu. Mniam.

Na każdej rozkładówce krótki tekst, ciekawy, czasem napisany z (czarnym) humorem, bez żadnych ceregieli - Wilk zdechł (bo był bardzo stary) albo : Zając zjadł trawę i zrobił kupę. Takie jest życie, koniec i kropka. A dzieci pewne rzeczy przyjmują jako najzwyklejszą oczywistość – choć nie bez emocji. U nas było tak – Wilk zdechł. Uff – ulga, bo po historiach z Czerwonym Kapturkiem nawet najmniejszy maluch wie, że każdy wilk jest osobnikiem bardzo złym. Ale puchacza, który również zdechł, już było szkoda.

-A dlaczego Puchacz zdechł? – i tu smutek w małych oczach.

-Bo podobnie jak wilk, też był bardzo stary – wyjaśniają autorzy.

-To jak będę stary też umrę?  - i znów smutek. Ale na chwilę. Bo przecież życie toczy się dalej. Nadchodzi chrząszcz …

To już druga po D.O.M.K.U książka duetu: Aleksandry i Daniela Mizielińskich, która w naszym domu odniosła sukces. Kilka miesięcy temu pisałam o D.O.M.K.U przetłumaczonym na niemiecki i włoski. Tą książką też warto pochwalić się w wielkim świecie. Kiedy widzę moich małych odkrywców pochylonych nad kartkami, jak na swój sposób próbują zrozumieć rzeczywistość – i to  z sukcesem, w głowie rodzą się mamine marzenia kolejnych tytułów: teoria względności, Układ Słoneczny, kwadratura koła:)))

Oczywiście żartuję, chcę podkreślić jedynie,  że taka książka to skarb. I smaczny kąsek. Chaps.

Aha, pliszka może być żółta albo siwa.

-Mamo, a siwa kredka, to która?

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Znak