Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: półeczka starszaków

poniedziałek, 19 grudnia 2011
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Pan Twardowski - Waldemar Wolański/ il. Maria Balcerek

Waldemar Wolański w książce o Panu Twardowskim nawiązał do starej legendy i wprowadził nowe. Motyw ten pojawia się wielokrotnie w naszej literaturze. Sięgnął po niego sam Mickiewicz w balladzie Pani Twardowska. Jednak jedna z najbardziej znanych wersji została opracowana w Klechdach domowych – o ile mnie pamięć nie myli - tam ją znalazłam wiele lat temu – i tak na mnie podziałała, że nijak sobie księżyca bez Twardowskiego wyobrazić nie mogę. I choć wiem o tych wszystkich satelitach, lotach na księżyc, rakietach, odcisku buta astronauty Armstronga – sprzedałam legendę moim dzieciom. Efekt tego jest taki, że Twardowski czasem towarzyszy nam w  dniu codziennym. Księżyc fascynuje najmłodszych, dzieci z  chęcią wpatrują się w niego, by sprawdzić, czy tam faktycznie kogo nie widać. I choć z drugiej strony tłumaczymy, że to tylko legenda, oglądamy i czytamy książki dla dzieci o naturalnym satelicie Ziemi  – fascynują się tą opowieścią. Kto wie, może tak jak w każdej legendzie – jest gdzieś trochę prawdy. Zresztą ta pewnie powstała przed wiekami po to, by wytłumaczyć niewytłumaczalne. Tego, kto zna legendę o Twardowskim, pewnie zdziwi trochę wizja autora – zarazem reżysera łódzkiego Teatru Lalek „Arlekin”. Dzięki temu tchnął w nią nowego ducha. W tej opowieści Twardowski to ubogi szlachcic – nie czarnoksiężnik. Wprowadził też wiele drugoplanowych ciekawych postaci – to w większości kobiety, m.in. barwna postać, która będzie miała duży wpływ na przebieg wydarzeń – Przybłęda. Stare przysłowie mówi – gdzie diabeł nie może, tam babę poślę. Diablisko Wolańskiego takie trochę nieporadne – nie zawsze radzi sobie z poczynaniami Waćpana Twardowskiego, daje się nieźle robić w trąbę. Za to jego siostry wiedźmy – już one wiedzą jak się dobrać Twardowskiemu do skóry. Cyrograf, karczma Rzym, porwanie Twardowskiego na sąd niebieski i potępienie. I miłość, przywiązanie i dobro Przybłędy do swojego opiekuna oraz wstawiennictwo Anioła sprawiają, że jego dusza znajduje odkupienie.

Spójrz w górę. Widzisz jasny sierp księżyca? A na nim ciemną plamkę? To pan Twardowski. On jeden, lecąc, za róg nowiu się zaczepił i teraz na księżycu siedzi. Sam, ale bezpieczny.

Książka Wolańskiego przypomina przedstawienie teatralne. Z boku na grubych marginesach ilustracje – rekwizyty: szopki krakowskie, koguty, maski diabłów, serce – wycinanka, czarownica na miotle. Kolorowe postacie Marii Balcerek do złudzenia przypominają lalki, kukły teatralne. Na okładce widnieje informacja, że powstały one według projektów lalek do spektaklu, które zostało nagrodzone "Złotą Maską" w kategorii "spektakl dla dzieci". Ciekawa jestem, jak aktorzy poradzili sobie z takim wyzwaniem w rzeczywistości: sceny zbiorowe, brak miejsca, czasu i akcji, wielowątkowość. Ciekawam bardzo, jak rozegrana została scena początkowa: sabat czarownic na Łysej Górze. Wyobrażam sobie ten wrzask, harmider. I piękna bardzo nastrojowa scena końcowa – spotkanie Anioła z Przybłędą.

Polecam tym, którzy lubią zagrzebać się  starych opowieściach, sięgnąć do korzeni. Wolański zrobił to ciekawie – sfabularyzował starą legendę, wplótł piosenki – mnie spodobał się i hymn czarownic jak i smutna, bardzo refleksyjna kołysanka na ostatniej stronie.

 


Wydawnictwo Skrzat



piątek, 09 grudnia 2011
Samotny Jędruś - Wojciech Widłak/ il. Joanna Rusinek

-O, Samotny Jędruś! – wyrwało mnie z zamyślenia, gdy ostatnio wracaliśmy pieszo z przedszkola – Tylko go nie nadepnij!

-Jeszcze czego – przeszło mi przez myśl -  Gdzieżbym śmiała.

Reakcja synów była spontaniczna. Zagrodzili Jędrusia, tj. studzienkę kanalizacyjną na ulicy Poznańskiej, w obawie, bym nie zrobiła jej/ mu (???) krzywdy. Ot – kolejne skutki czytania książek.

Nowa książka duetu Widłak/ Rusinek sprawiła, że nagle wszystkie studzienki kanalizacyjne w naszym małym miasteczku przestały być tylko studzienkami kanalizacyjnymi. Zyskały twarz, duszę, serce, marzenia, pragnienia. Nie wolno ich nadepnąć, bo przecież czują. Na pewno je zaboli, gdy ktoś choć na chwilę przydusi je swoim butem. Jędruś wyrusza pewnego dnia na poszukiwanie CZEGOŚ. Czego, sam nie wie. Szuka odpowiedzi na to pytanie? Jeśli czasem macie podobne refleksje, czegoś Wam w życiu brak, to ta książka jest właśnie dla Was. Myślę, że każdy w niej znajdzie coś dla siebie, a może właśnie siebie przede wszystkim. Jędruś wałęsa się samotnie po ulicach miasta, niby już już jest blisko, niby zaczyna czuć, że to właśnie to – kiedy wpada na drzewo, rybę, kamień, gołębia. Chyba domyślacie się, czego / kogo szuka Samotny Jędruś? To przyjaciel jest antidotum na jego samotność, smutek, przygnębienie. Czy go w końcu znajdzie? Zajrzyjcie do tej książeczki.

Wydawnictwa Czerwonego Konika charakteryzuje duża dbałość o szatę graficzną. Tym razem jest podobnie. Jonana Rusinek miała nietuzinkowy pomysł na …Samotnego Jędrusia. Tchnęła ducha w brzydotę miasta, w te wszystkie dziury, szczeliny, popękane elementy, studzienki. Kto by pomyślała, że można wydobyć z nich tak wiele emocji i tak dużą dawkę …piękna. Bardzo podoba mi się ta ciemna książka, rozjaśniana co rusz błyskiem jaskrawej farby. Lektura bardzo refleksyjna, jesienna, pełna czerni i brązów. Mnie szczególnie bliska – tak sobie egoistyczne myślę, że czasem chciałabym pobyć sama, by nabrać dystansu do wszystkiego, zebrać siły, zastanowić się. Ciągle w biegu… Może dlatego trochę z zazdrością patrzę na Samotnego Jędrusia…. Melancholijnie. Sami widzicie, jak różnie można odczytać książki – nawet te dla dzieci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik



wtorek, 22 listopada 2011
Panama. Wszystkie opowieści o Misiu i Tygrysku - Janosch

Z Janoschem jest tak – albo się go lubi albo nie. Zimno albo gorąco. Nie ma nic pomiędzy – ciepełko nie wchodzi w rachubę. Przygody Misia i Tygryska są specyficzne – często mają wymiar filozoficzny – o istocie życia, chorobie, przyjaźni, marzeniach. I to nie zawsze wyrażone wprost. Trzeba zatrzymać się nad tymi książkami – zastanowić, bo coś często zostało ukryte między wierszami. Przyjaciele mają swoje przyzwyczajenia: ulubione potrawy, zabawki, powiedzonka, przyjaciół i znajomych, niekiedy takie typki spod ciemnej gwiazdy. Czasem odnoszę wrażenie, że to doświadczeni życiowo dorośli osobnicy, innym znów razem, że to zaledwie para maluchów o tygryskowym i misiowym rozumku. Janosch jest tajemniczy, nieprzewidywalny, wodzi nas za nos, buduje świat, w którym dorośli czasem nijak nie potrafią się odnaleźć. Za to dzieci - często czują się w nim jak ryby w wodzie. Nie każdy lubi takie bujanie w obłokach. Kreska autora jest niespokojna, zwariowana. W domku przyjaciół często panuje bałagan, z dachu kapie na głowę, po kuchni turlają się polutowane gary i połatane poduchy, a pokój zdobi wyliniała kanapa. Antydisnejowska estetyka.   W książkach o Misiu i Tygrysku nie ma miejsca na ckliwe obrazki i historie. Takie jest życie – u Janoscha na pewno bez mejkapu.

Po raz pierwszy historie misiowo – tygryskowe zostały zebrane w jednym tomie: sześć tytułów, ze wszystkimi ilustracjami, jakie pojawiały się w pojedynczych wydaniach. Z kultowymi dla nas Ach, jak cudowna jest Panama i Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś. Z tą drugą opowieścią związana jest nasza rodzinna anegdota. Kiedy nasze dzieci były malutkie i zachorował zaledwie kilkumiesięczny Mikołaj, straszy - trzyletni Tomek stwierdził z miną znawcy, że młodszy brat nie domaga, bo mu się … prążek przesunął. Ot – takie są miłe skutki czytania książek. W tym wydaniu znajdziecie jeszcze: Idziemy po skarb, Poczta dla Tygryska, Dzień dobry, Świnko i Wielki bal dla Tygryska. Nie rozumiem zabiegu Wydawnictwa, które dało podtytuł: Wszystkie opowieści o Misiu i Tygrysku. Być może ze względu na tytuł oryginału. W każdym razie wielbiciele serii od razu spostrzegą, że w zapasie zostały jeszcze: Tygrysek musi mieć rower, Miś i Tygrysek chodzą po mieście, Wujek Puszkin dobry Niedźwiedź, Wielki atlas małego Tygryska, Tygryskowi szkoła, Na pociechę coś pysznego i Słownik obrazkowy Misia i Tygryska.  Zostało zatem jeszcze dużo na deser.

Książki Janoscha bawią mądrze, skrzą się absurdalnym humorem i każą przyjrzeć się dokładniej nam samym. Pewnie niejeden z nas odnajdzie się w Misiu albo Tygrysku – a jakie wnioski z tej nauki wyciągnie? – niech to już zostanie naszą słodką tajemnicą.

Misia i Tygryska już znamy. Te postacie pojawiły się nie tylko w książkach dla dzieci. W Niemczech swego czasu rozpędzono wielką machinę gadżetową – i dwójka przyjaciół była dosłownie wszędzie (zresztą nadal jest popularna, choć konkurencja nie śpi) – na ręcznikach, piórnikach, kubkach, breloczkach. Myślę, że wielu z nas chciałoby poznać tego innego Janoscha – buntownika, zagubionego, uzależnionego od alkoholu, bojącego się kobiet, samotnika, który uciekł przed światem na Teneryfę. Czy wiecie, że jego prawdziwe nazwisko brzmi Horst Eckert i urodził się w 1931r. w jednej z dzielnic Zabrza? Jaki jest ten Janosch, jak wyglądają jego inne rysunki? Janosch – rysownik z przypadku. Na swój literacki debiut wybrał imię Janusz – dawno temu niemiecki zecer przekręcił litery. By zarobić na chleb zaczął do swoich rysunków układać tekst...

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

środa, 09 listopada 2011
Czekoladki dla sąsiadki - Dorota Gellner/ il. Maciej Szymanowicz

Dorota Gellner dała nam do myślenia. Włożyła kij w mrowisko. To książka na dzisiejsze czasy, kiedy to zamykamy się w swoich czterech ścianach, nasze posiadłości gęsto otujowujemy (ponoć przypadłość polska), bronimy prywatności, chcemy pozostać anonimowi i broń Panie Boże - nie chcemy się spoufalać. Książka jest raczej w klimacie piosenki Alibabek sprzed lat, kiedy to jak Polska długa i szeroka, wyśpiewywały, jak to dobrze mieć sąsiada, w domyśle sąsiadkę. Autorka wie o Sąsiadce wiele, a jeszcze więcej o jej menażerii – kocie i pudlu. Szybko kołacze mi w głowie, czy ja aby wiem, jakie zwierzęta mają moje sąsiadki. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że mieszkam tu od niedawna i nie wiem na pewno, ale tylko: być może, przypuszczalnie…. Tymczasem zaglądamy do sąsiadki książkowej: ktoś wyjada jej czekoladki,  wykrada obiadek z rondla, właśnie otrzymuje w prezencie dwie papugi, przyszywa łatkę do sweterka sąsiada, zaprasza mamę na herbatkę, wydaje się za mąż. Oczywiście pojawiają się wszędzie dwie psoty: kocur w łatki i pudel, które dokazują tak, że wióry lecą. Takie rymowane podglądanie sąsiadki z żółtego bloku, z klatki, z mieszkania, z tego, od tych drzwi z kołatką. Historie zabawne, z puentą, rymowane. Sąsiadka Macieja Szymanowicza ma dużo wdzięku. Faktycznie nie można od niej oczu oderwać – trzeba wymościć sobie okno mięciutką poduchą, wyostrzyć wzrok i popatrzeć – ma w końcu tak ciekawy żywot. A swoją drogą – dobry to pomysł – czekoladki dla sąsiadki – na poznanie się, na lepsze kontakty, na uśmiech wiosną, pomoc przy węglu i przy koksie (!), na furę zmartwień i kłopotów.  Czekoladki mogą być początkiem naprawdę wartościowej i ciekawej (nie ciekawskiej) znajomości.

Książka nadaje się do nauki czytania – teksty długości w sam raz, duże litery, ciekawe, rymowane, zabawne. Nic tylko czytać.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Wilga



wtorek, 11 października 2011
Skrzaty - Wil Huygen/ il. Rien Poortvliet

Jeśli sądzicie, że skrzatów nie ma to….. się mylicie. Dowód? Przeczytajcie książkę Wila Huygena. Zaczynam naprawdę wierzyć w słowa Axela Munthe’a, który powiedział: „Ku mojemu zdumieniu doszły mnie słuchy, że podobno są ludzie, którzy nigdy nie widzieli skrzata. Jestem przekonany, że mają po prostu słaby wzrok." Zresztą nie tylko ja. Moje dzieci też baczniej obserwują rzeczywistość, bo a nuż gdzieś podczas spaceru wyskoczy zza drzewa skrzat leśny, w ogrodzie przestraszy nas skrzat ogrodowy, na wsi – wiejski, a w naszym domu – zwykły i najukochańszy, bardzo nam bliski – skrzat domowy. Autor potraktował skrzaty jako oczywistą oczywistość. Ich istnienie nie podlega dyskusji – skrzaty były, są i będą. Książka, która bardzo przypomina opracowania popularnonaukowe traktujące o pewnych istotach i zjawiskach, działa tak przekonująco na czytelniczą świadomość, że po lekturze nikt już nigdy nie powie, że skrzaty to zwykła bujda. Cóż ja piszę - toż to opasłe dzieło naukowe opisujące skrzaci ród w najdrobniejszych szczegółach. To wynik obserwacji, doświadczeń i dwudziestoletnich studiów nad tymi stworzeniami, których wzrost wynosi gdzieś ok. 15 cm. Ile waży dorosły skrzat, gdzie żyją – w Polsce i w Europie, czym charakteryzuje się ich strój, wygląd zewnętrzny,  jakie ślady zostawiają, jak wyglądają układ szkieletowy i mięśniowy, na co chorują, jakie rodzaje skrzatów występują i jak długo żyją? To tylko niektóre zagadnienia, które zostały tutaj potraktowane z niezwykłą powagą i wnikliwością. Autor wraz ilustratorem przedstawiają w szczegółach obrzędy: zaręczyny, ślub, skupiają się na wychowaniu dzieci – a trzeba dodać, że zawsze jest to parka bliźniąt; można zajrzeć do malutkiego domku, usytuowanego zawsze na osi północ – południe, pod korzeniami dębów lub buków, można śledzić jeden dzień z życia skrzatów – zajrzeć do łazienki, do garnka, skrzynki z narzędziami, apteczki. Uroku dodają legendy skrzacie i nuty i teksty piosenek.

Bardzo spodobała się nam ta książka – dzieci kartują, oglądają ilustracje, których jest tu całe mnóstwo. Mają niesamowitą frajdę przy rozdziale o dziwacznych stworzeniach – o trollach, koboldach, krasnoludach, elfach, nimfach. Mnie przy takich lekturach zawsze nachodzi jakaś nostalgia za tym, co było i co… nigdy nie wróci. Fajnie móc czytać taką książkę z dziećmi.  Niewątpliwym bohaterem drugoplanowym tych opowieści jest przyroda, wielki szacunek do niej. Została tu pięknie i wyraziście przedstawiona w realistycznych ilustracjach. Książka może oczarować – cieszę się, że znalazła się na naszej półce właśnie jesienią. Pasuje do długich wieczorów, mgieł za oknem, swego rodzaju tajemnicy, jaką niesie z sobą ta pora roku. Książka ma klimat, czaruje – jest pociechą dla tych, którzy lubią się zadziwić, zatrzymać, którzy kochają przyrodę i … skrzaty.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Bona

 

 

 



środa, 05 października 2011
Dar totemów. Baśnie indiańskie - Vladimir Hulpach/ il. Josef Kremlacek

Baśnie wpisują się doskonale w klimat długich jesiennych i zimowych wieczorów. Na dworze robi się szaro, dzieci szybko wskakują do łóżek – jest tak jakoś cicho, melancholijnie, nic tylko czytać baśnie – i dzieciom i sobie. Może baśnie indiańskie? Właśnie pojawiły się – w kolekcji baśni z całego świata, w charakterystycznym (prawie) kwadratowym formacie – grube, pięknie zilustrowane. Indianie fascynują. Świat, którego już nie ma. Te baśnie to prawdziwa skarbnica informacji na temat kultury indiańskiej. W końcu miały tłumaczyć świat: 32 dwa teksty zebrane w tym tomie, to zbiór baśni z różnych plemion. Pojawiają się Dakotowie, Irokezi, Szoszoni, Czejenowie, mniej znani Krikowie, Foksowie, Pieganie i inni. Opowiadają o tym skąd się wzięli na ziemi Indianie, jak to się stało, że otrzymali konie, dlaczego konie indiańskie były mniejsze od tych, które dosiadały blade twarze, jak wygląda przejście do Krainy Wiecznych Łowów, dlaczego Indianie mają czerwony kolor skóry. Przekazują mądrość Indian, mówią o związku człowieka z przyrodą, opiewają czyny indiańskich bohaterów. Podoba mi się w tym wydaniu egzotyka tych baśni. Jeśli czytaliście baśnie norweskie, niemieckie to na pewno uderzyło Was to, jak wiele motywów się powtarza, jak wiele można znaleźć również podobnych elementów w naszej rodzimej literaturze – tyle że trochę zmienionych, pod inną nazwą. Tymczasem wydanie indiańskie jest bardzo oryginalne.

Pisałam już – świat, którego nie ma. Dziś na ulicy dzieci nie bawią się w Indian. Mają swoich bohaterów i z nimi chcą się utożsamiać. Można chyba po cichu nawet powiedzieć – Sorry Winetou, ale coś się skończyło.  Książki takie jak ta pozwalają na poznanie tego innego świata. Pobudzają ciekawość, bo dzieci zaczynają pytać, chcą dowiedzieć się więcej. Może warto odświeżyć tematykę, która fascynowała naszych rodziców? Pamiętacie Dzieci z Bullerbyn? Tam chłopcy bez przerwy bawili się  w Indian. Ciekawym dodatkiem do książki jest mapa na okładce, na której zaznaczono miejsca zamieszkałe przez plemiona indiańskie, dalej słowniczek wyrazów mało znanych: mokasyny, piroga, potlacz, tragi, umiak, wamlum i Posłowie, gdzie rozwinięto informacje na temat samych baśni i terenów zamieszkałych przez Indian. Do tego świetne ilustracje czeskiego grafika – Josefa Kremlacka. Nawiązują do sztuki indiańskiej, są niebywale kolorowe, kipią od odważnych barw, cechuje je misterność. Mimo, że to baśnie Indian Ameryki Północnej, często ilustracje kojarzą się również ze sztuką Indian Ameryki Południowej. Ilustrator zwraca uwagę na szczegóły: precyzyjnie odtwarza elementy ozdób, ubrań, totemów. Zresztą zobaczcie sami….


 

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina



wtorek, 04 października 2011
Marchewka z Groszkiem - Aleksandra Woldańska - Płocińska

Pojawienie się tej książki w naszym domu zbiegło się z dniami warzywnymi w przedszkolu. Dziś nawet w drodze do przedszkola przypomniało się nagle Tomkowi, że miał przynieść dwa okazy z wielkiej rodziny warzyw. W tył zwrot, pisk opon – i do najbliższego sklepu po ziemniaka i marchewkę. Gdybym wiedziała wcześniej – byłby może nawet oryginalny bakłażan, a tak…?

Ja - Tomek, potrzebujesz coś na jutro do przedszkola?

Tomek – Nieeeeeeee – Nic.

I masz babo placek. Nuuuudne te warzywa – stwierdziło moje starsze dziecko – Bo ile można opowiadać o tych marchewkach i burakach. Przecież ja to wszystko znam. Tak było jeszcze rano, a potem…. A potem okazało się, że temat warzywowy – jak z kolei mówi moje dziecko młodsze – wcale nie został wyczerpany i absolutnie nie jest nudny. Sama się wciągnęłam w tę historię – i pomruczałam pod nosem – noooo – dobry pomysł aby zachęcić do kupowania tego co nasze, swojskie, polskie.

Występują tu dwie grupy bohaterów. Najpierw nasze rodzime warzywa. Ot zwykły opiaszczony Burak, Ziemniak, Cebula, Koper, Sałata, Por, Szpinak itd. I druga grupa – to przybysze z dalekich krajów. Ach te nazwy, które od razu wywołują uśmiech na twarzy: Elpomidor, Kartoflak, Ogórras, Los Burakos, Kala de Fior. Zupełnie jak z filmu sensacyjnego. Zagraniczniaki są takie jakieś …. egzotyczne. Bo niby takie zwykłe: marchewka, pomidor, ogórek – ale za to większe, ładniejsze, świecą w ciemności, w wodzie nie toną, pachną czymś, co odstrasza nawet królika - największego pożeracza marchewek. W ich mniemaniu pestycydy pachną, a tam skąd przybyły, warzywa mieszkają  w …. szklanym domu. Dziecku starszemu szczęka opadła, bo teraz z tymi warzywami już wie, że tak naprawdę  nic nie wie – i nie wystarczy rozróżnić marchewkę od pietruszki. Warto uświadomić sobie – co się je i dlaczego? Książka doskonale wpisała się w temat ochrony środowiska, odżywiania, ekologii. Dzieci przy okazji poznają takie poważne wyrazy jak: pestycydy, wegetarianin, plantacja. Niewątpliwym bohaterem tej książki są ilustracje - pełne uroku, śmieszne, kolorowe. Świetnie wpisują się w klimat tej iście sensacyjnej historii, gdy pewnego dnia obok jednej z grządek pojawia się tajemniczy potwór i przybysze z daleka. Nie zdradzam za wiele. W każdym razie książka pokazuje, że nawet najbardziej zwyczajny temat jak … WARZYWA – może zostać potraktowany nietuzinkowo, z pomysłem, oryginalnie. A to udało się tutaj zarówno w sferze tekstu jak i ilustracji. 

I tak warzywa  z działki dziadka Stasia stały się bohaterem dnia – być może trochę brzydsze, mniejsze, czasem robaczywe, ale za to na pewno zdrowsze i ten smak…..

Książka chcąc nie chcąc wywołała wspomnienia – gdy studiowałam kilka lat temu, starsza pani – wykładowca z Niemiec, powiedziała, że takiej marchewki jak Polsce nie jadła nigdy w życiu, i że zawsze będzie tęsknić za tym smakiem. Obrazek drugi – kilka lat temu byłam świadkiem, jak młode dziewczę z Francji robiło w warzywniaku fotki buraczkom. Narobiła przy tym tyle wrzawy i harmidru – tyle tam było pełnego euforii świergotania i tirlirania, że człowiek aż uwierzyć nie mógł, że zwykły opiaszczony burak polski może choć na chwilę zosyać celebrytą. Może, może….. Dzięki książce Aleksandry Woldanskiej – Płocińskiej warzywa, nasze warzywa oczywiście, mają swoje pięć minut.  I niech tak będzie jeszcze długo, długo…

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 



niedziela, 25 września 2011
O wilku i siedmiu koźlątkach - Wilhelm i Jakub Grimm/ Ewa Poklewska - Koziełło

Takiej książki było nam trzeba. Kiedy kilka dni temu pracowałam na tyłach naszego ogrodu umówiłam się z moimi dziećmi, że nikomu nie otwierają drzwi, tylko w razie czego - wołają mnie. Oczywiście dzieci – solennie przyrzekły, że nigdy, przenigdy i absolutnie. W każdym razie, gdy w moich pracach ogrodowych przesunęłam się na teren przed domem, coś mnie podkusiło, by zrobić eksperyment. Nadusiłam dzwonek i….. zaraz usłyszałam tupot małych stópek, zgrzyt przekręcanego klucza, uśmiechnięte miny i zdziwione – Mama, to ty? Bez żadnego – Kto tam? Mama jest w ogrodzie. Nic z tych rzeczy. Mimo, że uczyliśmy i powtarzaliśmy. Nie mówiąc już o obiecanym poinformowaniu mnie. Słuch mam dobry i żadnego – Maaaaammmmaaaa! też nie było, a zapewniam, że moje dzieci potrafią wrzasnąć porządnie. I wtedy w domu pojawiło się nowe wydanie baśni Grimmów. Kiedyś czytaliśmy ją już – wtedy była tylko baśnią. Dziś nabrała innego znaczenia. Wielu pewnie ją zna – mama koza wychodzi z domu do lasu. Wcześniej ostrzega dzieci przed wilkiem. Małe siedem koźlątek przyrzeka nikomu nie otwierać drzwi. Wilk oczywiście robi wszystko, by dostać się do koźlej chatki – zjada kredę a jego chrapliwy głos staje się aksamitny. Każe oblepić sobie czarną łapę ciastem i poprószyć mąką, by przypominała łapę kozy. Oczywiście osiąga to, do czego dążył, pożera sześć z siedmiu koźląt. Nie muszę dodawać, że na końcu spotyka go zasłużona kara.

Żarty się skończyły. Bajka uświadomiła dzieciom, że za naszymi drzwiami też mógł być Wilk, taki w ludzkiej skórze. Dlatego te drzwi powinny zostać zamknięte. Czy podziałało? Dzieci kiwają głowami, że rozumieją, że już nigdy i przenigdy. Oczywiście kusi mnie, by za jakiś czas powtórzyć eksperyment.


 

Nowe wydanie pojawiło się w kolekcji Mistrzowie Klasyki Dziecięcej. Ósma część – jak zapowiada Wydawnictwo na swojej facbookowej stronie - zarazem ostatnie (niestety). Świetne, wierne tłumaczenie Elizy Pieciul – Karmińskiej, o którym głośno było kilka miesięcy temu z okazji wydania wszystkich baśni braci Grimm. W tych wydaniach pojedynczych wybranych baśni niewątpliwą gwiazdą za każdym razem są …. ilustracje. Jest ich wiele: i do baśni Andersena i do baśni Wilhelma i Jakuba. Baśnie Grimmów często są pomijane przy domowym czytaniu. Wielu znawców uważa, że niesłusznie. W części o siedmiu koźlątkach jest działanie, jest skutek, a kara dla wilka bolesna. Zło ląduje na dnie studni z brzuchem wypełnionym kamieniami. Ilustracje Ewy Poklewskiej – Koziełło nadają tej baśni lekkości. Malutkie frywolne kózki pomalowane żywymi kolorami. Jest ich pełno w  całej książce. Zło – zdecydowanie w ciemnych kolorach – czarne, granatowe, szare i bure. Dzieci od razu wyczuwają, że zaraz stanie się coś niedobrego – barwy przyjmują tu na siebie podobną rolę, jak muzyka w filmie. Przy czym wszystko jest potraktowane jakby ….z humorem. Nawet ten wilk nie taki znowu straszny, jak go malują. Zresztą sami zobaczcie. Do książki dołączona jest płyta z nagraniem baśni. Czyta oczywiście - Jerzy Stuhr - wyśmienicie oczywiście.


 

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

 



środa, 21 września 2011
Przygody Pippi - Astrid Lindgren/ il. Ingrid Vang - Nyman

Ta książka to doskonała lektura nie tylko dla dzieciaków. Hm….. Myślę, że dorośli wychowani na przygodach tej rezolutnej panienki z dwoma warkoczykami i za dużymi butami wiedzą, co mam na myśli. To powrót do dzieciństwa – i muszę przyznać, że fajne to uczucie, gdy podczas lektury obserwuję moje pociechy słuchające tych starych, zwariowanych, sprawdzonych i klasycznych tekstów szwedzkiej pisarki z otwartą buzią. Dla nich to żadna fikcja. Co to to nie. Ależ! Pippi naprawdę jest tak silna, że podnieść konia to dla niej pestka. Nie ma lęku wysokości – śmiga po dachu jak wiewiórka (w końcu też ruda). Jest bogata – ma torbę złotych monet (Mamo,  a gdzie jest nasza torba pełna pieniędzy? – To Mikołaj. No właśnie, gdzie jest?)  A scena z rekinem, kiedy mu grozi, że ten (tzn. rekin) ją jeszcze popamięta, gdy tylko będzie się jej naprzykrzał, wzbudziła tak wiele emocji i zachwytu, że opisać tego prostymi słowami nie zdołam. Pippi to bohaterka pełną … buzią. Pyskate toto, zdarza jej się mówić nieprawdę (coraz rzadziej – już o to starają się Annika i Tommi), lubi ryzyko, robić na przekór. Jednak ma wielkie serce – jak się przyjaźni to tak do końca – na dobre i złe. Pewnie, że włosy dęba stają jak się czyta o tym wszystkim – jaka zadziorna, niepokorna, samodzielna. Jednocześnie samotna, czasem bardzo refleksyjna  i wręcz filozoficznie nastawiona do świata. Czy wiecie, że gdy Astrid Lindgren wysyłała Pippi do wydawnictwa napisała: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi". Bo koleje Pippi bywały różne. Dopiero przed kilku laty Pippi ukazała się po raz pierwszy we Francji w wersji nieocenzurowanej. Taki strach budziła w przemądrzałych dorosłych. Bo Pippi pokazuje, jacy jesteśmy my, dorośli – zadufani w sobie, wciśnięci w jakiś ciasny gorset konwenansów, zasad, dziwnych praw ustanowionych przez nas samych i tradycji. A gdzie wolność? Gdzie radość życia? Tego właśnie uczy nas Pippi. A że czasem kłamie? No cóż…. Każdemu się zdarza. I nie zamierzam gderać, ani narzekać na tę istotę, bo mi się zaraz od niej po nosie dostanie.

Przedstawiam Pippilottę Wiktualię Firandellę Złotomonettę Pończoszanke w trzech odsłonach – w jednym tomie: Pippi Pończoszanka, Pippi wchodzi na pokład i Pippi na Południowym Pacyfiku. Z genialnymi ilustracjami Ingrid Vang-Nyman. 312 stron doskonałej lektury. Dużo śmiechu, dużo zabawy. Dla całej rodziny.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia