Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: półeczka starszaków

czwartek, 29 kwietnia 2010
Jeż - Katarzyna Kotowska

 

Pomyślałam o tej książce podczas wieczornych Wiadomości. Przypomniałam sobie historię tej pewnej miłości, gdy zobaczyłam wstrząsający reportaż o rocznym chłopcu , którego matka porzuciła w miejskim parku. Patrzyłam w szklany ekran i zastanawiałam się, oburzona, jak to możliwe, że dzieje się coś takiego. Bo kiedy zaczynają pojawiać się wątpliwości i pytania typu: W jakim my żyjemy świecie? Dlaczego ? to opowieść Katarzyny Kotowskiej, sprawia, że powraca wiara w ludzi, że po strasznej burzy wschodzi znów słońce. To książka, która zmienia wszystkich w złoto. Może tylko na chwilę, ułamek sekundy, może już na zawsze. Czy tego chcą, czy nie chcą. Samoistnie. Niezależnie od ich woli. Bo nie wierzę, by ta historia nie poruszyła serca i myśli. Być może nie zmieni świata, ale stanowi niewątpliwie jedną z wielu milionów cegiełek, przy pomocy których możemy zbudować coś pięknego i wartościowego.

Temat rzadki w literaturze – adopcja. Historia rodziców, którzy nie mogą mieć dziecka. Choć nie, to nie tak. Kobieta i Mężczyzna są przekonani, że ich dziecko urodziło się innym rodzicom. Trzeba je tylko odnaleźć. Po długich wahaniach, trudnościach, Kobieta i Mężczyzna zjawiają się w Domu Dziecka. Patrzą sercem na wszystkie maluchy, które tak bardzo spragnione są ciepła i miłości rodzicielskiej. A serce przecież nie może się mylić. Zabiło mocniej, gdy ujrzeli małego dwuletniego chłopczyka. Przestraszyli się, bo ciało malca całe było pokryte igłami – chłopiec jeż. Jakże trudna i kolczasta z początku była ta miłość,. Kłująca i bolesna, ale szczera i ciepła. Nic dziwnego, że kolce zaczęły powoli odpadać i zniknęły całkowicie, gdy po wielu miesiącach wspólnego poznawania się, oswajania, chłopczyk zawołał magiczne słowo, o którym marzy każda z nas.

Jakże wzruszająca jest metafora odlotu na końcu – dziecko nie jest naszą własnością. Wychowujemy je dla świata i pewnego dnia rozpostrze ramiona, zamacha nimi jak skrzydłami i wzbije się w powietrze. Pomacha do nich (rodziców) z daleka i odleci. A oni będą patrzeć i będzie im smutno, że odlatuje, ale będą też rozumieli, że tak musi być.

Jeż to opowieść, która na kilku zaledwie stronach i w prostych słowach przekazuje istotę miłości i więzi pomiędzy rodzicami i dziećmi. Zaledwie kilka zdań zawiera całą mądrość na temat naszej roli w procesie wychowania, a najcenniejszymi rzeczami, które możemy dać dziecku, to – miłość , prawda i wolność. Pojawienie się adoptowanego dziecka domu, to dopiero początek drogi – długiej i wcale nie łatwej. Kiedy minie euforia rodziców, że nareszcie dziecko jest z nimi, trzeba stawić czoła kolejnym problemom, jakie się pojawią.

Jeż to książka cudowna. Nie sposób pisać o niej inaczej. Cudowna – ponieważ w jakiś niewytłumaczalny sposób czyni cuda. Uczy miłości, tolerancji, przyjaźni, uczy akceptować drugiego człowieka. Baśń o dzisiaj – gdy przybywa rozbitych rodzin, gdy tyle jest dzieci w Domach Dziecka. Ponoć autorka napisała ją z myślą o swoim adoptowanym synu. Zapewne będzie nieocenioną pomocą w procesie wychowawczym dzieci odnalezionych przez Nowych Rodziców w Domach Dziecka, pewnie pomoże zrozumieć Nowym Rodzicom, że dzięki ich miłości dziecko - jeż może zgubić kolce już na zawsze. Dla małego czytelnika, to wejście w świat, który może wydać mu się obcy i daleki – jest to wtedy doskonała okazja, by porozmawiać z dziećmi o adopcji. Motyw smutku, poszukiwań, odnalezienia, wspólnego życia, w końcu motyw wielkiej miłości. Współczesna baśń, która może stać się punktem wyjścia do rozmów z naszymi pociechami o radości i szczęściu w domu, w którym słychać dziecięcy gwar,  czasem wrzaski i bójki. Gdy potykamy się o zabawki porozrzucane na podłodze. Książka, dzięki której możemy porozmawiać o rodzinie, o odchodzeniu w wielki i daleki świat, budowaniu nowego gniazda.

Koniecznie trzeba zwrócić na oryginalne ilustracje – posługiwanie się kolorem. Książka z początku jest szara, nijaka – podobnie jak życie rodziców bez dziecka. Dopiero z czasem, gdy dojrzewa w ludziach decyzja o adopcji, ilustracje nabierają barw. Gdy maluch pojawia się w domu – kolorów jest coraz więcej, a kolców coraz mniej. Nie znajdziecie tu lukrowanych i słodkich ilustracji, jakie często zdobią książeczki dla najmłodszych. Stąd moja uwaga - NIE PRZEGAPCIE JEJ! Są bowiem książki, których się nie zapomina, a Jeż na pewno do nich należy.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Media Rodzina


wtorek, 27 kwietnia 2010
Jak dwie krople wody - Vanessa Simon - Catelin/ il. Francois Soutif

Romeo i Julia dla najmłodszych? Trochę tak, a trochę nie. Może nie wszystkim kojarzy się ta historia od razu z dziełem Szekspira, ale mnie naszła właśnie taka myśl. Tyle, że zamiast dwóch zwaśnionych rodów są dwie krainy –Tu i Tam. Mieszkańcy tych krain – żółtej i niebieskiej nienawidzą się, opowiadają o sobie takie rzeczy, że głowa boli i strach tego słuchać. Obgadują się, kłócą, paplają, straszą pociechy, bajdurzą o potworach – oczywiście żółtych i niebieskich. I gdy tyrada trwa w najlepsze, do akcji wkraczają dzieci, które jak to zwykle bywa, wolne są od stereotypów, uprzedzeń, w nosie mają gadanie rodziców i robią to, na co mają akurat ochotę. Niebieski Julek z Tu daje buziaka żółtej Nince z Tam i obydwoje zielenieją … od tej miłości, czego ukryć się nie daje. Wybucha wojna i w chwili starcia dwóch gigantów, okazuje się, że w obydwu przywódcach płynie taka sama czerwona krew.

Świetna opowieść o naturze ludzkiej – o świecie, w którym nie ma miejsca na tolerancję. Inny znaczy przecież gorszy, niebezpieczny, groźny, gorzej wykształcony, głupszy. Inny zabiera przecież pracę, przynosi ze sobą choroby. Przecież słychać od czasu do czasu podobne hasła w bardzo poważnych mediach. Kraina Tu tylko dla Tu-mieszkanców. Kraina Tam tylko dla Tam-mieszkańców.  Książka pokazuje dziecku, że może być inaczej, że można żyć w pokoju, bez wojen i wzajemnej wrogości. Ciekawiej jest, gdy się wszystko miesza – tylko żółty, albo tylko niebieski? Nieeee, nuuuuda. Wymieszać to wszystko, dodać zielonego – od razu robi się weselej, lepiej, ładniej. Podobnie jest w życiu. Trzeba dać sobie i innym szansę, na mieszkanie nie obok siebie, ale razem z sobą. Bardzo mądra i pouczająca ksiązka – nie tylko dla najmłodszych, którzy i tak najczęściej patrzą sercem.  I jeszcze jedna ważna nauka – miłość, przezwycięży wszystko, o czym już od dawna wiadomo. I jest happy end, czego u Szekspira niestety nie ma.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo EneDueRabe

niedziela, 25 kwietnia 2010
Podręczny Nieporadnik. Grzebień - Wojciech Widłak/ il. Paweł Pawlak

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa  - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie (tytuł Najpiękniejszej Książki Roku 2009). Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki. Żadnych innych wniosków nie wyciągnę, bo cytując klasyków: wnioski wyciągnięte grzebieniem są doprawdy żałosne.

Mnie cieszy jeszcze to, że Czerwony Konik, niewielka oficyna wydawnicza z Krakowa, tak nam się rozbrykała, że aż iskry spod kopyt lecą. Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy…

Dla nas to KSIĄŻKA KWIETNIA!

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Może służyć do zrobienia fantazyjnego wzorku na kanapce z masłem, co też już przeżyliśmy w naszym domu. I do zamieszania cukru w herbacie wiśniowej – o zzzzgrozzzzo. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie. Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki… pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa

niedziela, 18 kwietnia 2010
Ja w obronie Karolci

Przeczytałam ostatnio krzywdząca opinię o "Karolci", którą czytelnik podsumował jako – „Oddech socrealizmu”. Wypożyczyłam z biblioteki dla Tomka, bo sama byłam ciekawa,  jaki będzie jej odbiór po latach, książki, która była jednym z moich ciepłych wspomnień z dzieciństwa.

Książeczka słaba. Język z minionej epoki. – czytam w krótkiej recenzji. Jeśli rozejrzymy się po dzisiejszym rynku wydawniczym i ofercie pełnej wrażeń już dla najmłodszych, pewnie sami dojdziemy do takiej konkluzji, że książka jest z minionej epoki. Wszystko w niej toczy się swoim rytmem, nie ma tu nagłych zwrotów akcji, pościgów. Jest jakaś czarownica – Filomena, ale wcale nie groźna, która chce odebrać kredkę i koralik Karolci i Piotrkowi. Myślę, że to co dzieje się w tej książce – zaspokoi ciekawość i potrzeby najmłodszych. Przynajmniej w przypadku Tomka tak właśnie było. Pięciolatek domagał się dalszego ciągu, język był zrozumiały, a fabuła bardzo go zaciekawiła. Myślę, że wielkim atutem tej książki jest to, że jest …staroświecka. Czasem, gdy czytam dzieciom nowości, myślę sobie, że autor musiał nieźle nagłowić się, by wymyślić to wszystko. A dzieciom naprawdę potrzeba do szczęścia tak niewiele …

 

 

Miejscami zachęca dzieci do zemsty czy wychodzenia przez okno. – czytam dalej. Nie wiem, czy mówimy o tej samej książce. Pluk z wieżyczki też wyłaził przez okno, a autorka dostała Małego Nobla i jest uznawana za jedną z najlepszych autorek literatury dziecięcej. Gdy patrzę na wybryki Karolci i Piotrka to zwykła dziecinada, w porównaniu z tym, co można spotkać w innych książkach dla dzieci. A pamiętacie jak Dzieci z Bullerbyn w Dzień Dziecka spuściły malutką Kerstin przez okno? I napisała o tym Astrid Lindgren. Ta Astrid Lindgren, gwoli ścisłości. Gdyby dzieci miały robić to, o czym czyta im się w książkach, świat byłby zdecydowanie gorszy, niż jest w rzeczywistości. Może wystarczy dziecku wytłumaczyć, czym mogą skończyć się głupie wybryki….

 

(…)Dla ośmiolatków, rówieśników bohaterki - nudne. – skoro ośmiolatkowi się nudzą, to przeczytajmy to pięciolatkom. Tomkowi baaaaardzo się podobało. Pewnie dlatego, że nie jest jeszcze skażony nadmiarem emocji i wrażeń, jakie często wywołują książki dla starszych dzieci. Jeśli ktoś jest po lekturze Harrego, to trudno, by zainteresowała go Karolcia i jej rysowanina zaczarowaną kredką.

 

Dla trochę młodszych - niebezpieczne. Dzieci skłonne są do naśladowania – patrz wyżej.

 

Stale czuć nutę socrealizmu w tym tekście – jest kilka rzeczy, które wskazują na poprzednią epokę, ale bez przesady. Taka była wówczas rzeczywistość i trzeba z tym się pogodzić. Dziecko zrobi wielkie oczy, że była milicja a nie policja, że nie było komórek, a mama Piotrka marzy o telewizorze i lodówce.

 

Nie polecam. Szkoda czasu – a ja polecam, bo byłam świadkiem reakcji mojego dziecka. I jego marzeń – co by narysowało, gdyby miało taką kredkę.

 

Recenzja, z którą się nie zgadzam – jest tutaj.

Na rynku ukazało się wydanie, w którym są dwie części przygód Karolci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Siedmioróg


sobota, 17 kwietnia 2010
Jaś i Małgosia - Bracia Grimm/ il. Aleksandra Kucharska - Cybuch

Oczywiście, że jestem mamą, która kiedyś łagodziła bajki, słodziła je, lukrowała olbrzymią porcją lepkiej pomady, dekorowała marcepanem we wszystkich kolorach tęczy i dla jeszcze większej osłody – garnirowała pełnomleczną polewą czekoladową. Do czasu. Kiedyś posłodziłam Jasia i Małgosię i kazałam rodzeństwu uciec z piernikowej chatki nie robiąc Wiedźmie krzywdy. Ot, starowinka pośliznęła się na sosnowej podłodze, a dzieci tymczasem wykorzystały to i szur szur, już ich nie było. Kiedy padły słowa: Jaś i Małgosia wróciły do kochającego ojca, moje starsze dziecko zawołało – A Bauchę Jaguchę wilki zjadły! Pomyślałam i stwierdziłam, faktycznie, za takie coś – musiała być kara i to porządna i dziecko samo ją wymierzyło, jak nie piec to wilk. Zaczęłem szukać mądrych wypowiedzi i znalazłam kilka takich, które całkowicie umiały zdefiniować zachowanie mojego syna. No a ja dostałam po uszach. Tak więc od dłuższego już czasu nie prostujemy Grimmów – co miało być, to jest. W jednym z ostatnich numerów Rzeczpospolitej znalazłam potwierdzenie tego, co tu napisałam. Prof. Grzegorz Leszczyński kierownik Pracowni Badań nad Literaturą Dziecięcą i Młodzieżową w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zapytany o przerabianie Baśni Grimmów na łagodniejsze wersję w imię dobra dziecka, odpowiedział:

Kaleczy się w ten sposób jednak nie tylko literaturę, ale i dziecko. Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane. Nie możemy więc wolno puścić wilka i zaprzyjaźniać się z nim, bo postanowił zostać jaroszem, choć przedtem zjadł Czerwonego Kapturka i babcię. To wbrew baśniowej logice. Przy takiej wersji wydarzeń młody czytelnik nigdy nie zrozumie toposu wilka, nie pozna ważnego kodu kulturowego. Wilk jest uosobieniem zła, podobnie jak Baba Jaga.

Uważam, że tak jak nie należy chronić dziecka przed przerażającą bądź dziwną ilustracją (bo i taką powinno oglądać, by dobrze rozwijała się jego wrażliwość i wyobraźnia) – tak też nie powinno się chronić go przed okrucieństwem zawartym w baśniach. Pokazywanie tylko dobra i piękna to pozbawianie dzieci tej drugiej części świata. To tak jakby próbować wmawiać im, że doba nie ma nocy, a w roku są tylko dni pogodne. Potem te dzieci w wieku nastoletnim są przerażone światem, złem i są kompletnie nieprzystosowane do życia. Mało tego, zaobserwowałem coś takiego jak efekt czytelniczego wahadła u dzieci.

Co to znaczy?

Jeśli w dzieciństwie karmione były łagodną literaturą, to potem tym chętniej sięgają tylko po powieści grozy, horrory i science fiction. Dzieci i młodzież chcą od książki wrażeń i emocji. Jeśli ich tam nie znajdą, odrzucą książkę, zadowolą się pełnymi emocji filmami i grami komputerowymi. Ale tam nie ma tej mapy, którą dają baśnie uczące odróżniania dobra od zła, a przyjaciela od wroga. Tylko baśń, zawarte w niej symbole, archetypy, jej ogromna, przez pokolenia sprawdzona mądrość, daje człowiekowi ten wewnętrzny kompas pomagający później w poruszaniu się po emocjonalnym świecie.

Całość tutaj - Tak, straszmy dzieci baśniami.

Ja dokładam artykuł ów do Teczki Mamy zatytułowanej - Rzeczy Ważne, gdzie zajmie miejsce obok ciekawych i równie ważnych publikacji, do których przeczytania również zachęcam:

Strasznie być musi – (Czy cenzurować baśnie?) Małgorzata Strzałkowska

Trudne bajki – Anna Brzezińska (Ucieczkę od poważniejszej tematyki i infantylizację książki dziecięcej widać bardzo wyraźnie na półkach księgarskich. Dotyczy to zarówno narracji, jak i obrazu)

 

Krwawy kapturek – Piotr Sarzyński (Klasyczne historie przerabia się dziś brutalnie i bezwzględnie, byle podobały się odbiorcom. Na przykład opowieść o Tristanie i Izoldzie kończy się happy endem, a „Czerwony Kapturek” huczną balangą)

 

Dlatego też piszę ciepło o książce Jaś i Małgosia, jaka ukazała się niedawno. Któż nie zna tej baśni? Tak jak przed prawie 200 laty napisali bracia – jest zła macocha, jest ojciec, któremu serce się kraje, gdy wyprowadza dzieci do lasu, jest wiedźma, która ląduje w piecu. Tomek nijak nie może zrozumieć zachowania ojca – w końcu sam stwierdza, że ta macocha też musiała być wiedźmą, która go zaczarowała. Wszyscy przyjmujemy tę interpretację z zadowoleniem. Atutem nowego wydania są: uwspółcześnione tłumaczenie Elizy Pieciul- Karmińskiej i ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch. Obie panie sprawiły, że książka ma klimat – wcale nie taki straszny, jakby należało oczekiwać. Ilustratorka bardzo ciepło potraktowała Babę Jagę – właściwie bardziej budzi ona współczucie niż strach. Ślepa, z widocznymi brakami w uzębieniu  - to postać groteskowa, karykatura. I ten czepek Cioci-Kloci. W baśni nie pada słowo – Baba Jaga. Są za to:  wiedźma, staruszka, starowinka, stara, stara kobieta. Współczesny język bardziej jest przekonujący do naszych dzieci, łatwiej zrozumiały. Na końcu książki znajdziecie płytę CD, na której o Jasiu i Małgosi czyta Jerzy Stuhr. Czyż trzeba lepszej rekomendacji?

Wiek 5+

O Baśniach Grimmów pisałam

Tutaj

O nowym tłumaczeniu możecie przeczytać tutaj – wywiad z Elizą Pieciul – Karmińską

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Wielka księga detektywa Pozytywki - Grzegorz Kasdepke / il. Piotr Rychel

Dla mnie ważne jest pierwsze wrażenie, a postać z okładki od razu nam się spodobała. Taka przyjemna gęba chłopa do rany przyłóż, uśmiechnięta, z filuternym spojrzeniem, typ wiecznie młody, zaprzyjaźniony ze wszystkimi (z małymi wyjątkami), wczorajszo – modny i elegancki. Grzegorz Kasdepke stworzył swojego bohatera literami, a Piotr Rychel ołówkiem. Po lekturze tej książki jakoś nie mogę sobie wyobrazić innego detektywa. Sympatyczna postać sprawia, że obok okładki nie można przejść obojętnie, czego doświadczyła moja siostra, nabywając wszystkie części dla swoich dziewczyn - stwierdziła, że była pod takim urokiem pana z okładki, że nie mogła postąpić inaczej. Ale to tak tylko tytułem wstępu, bo nie tylko okładka zapowiada coś apetycznego, ale i cała książka. Przede wszystkim to Wielka księga, czyli zbiór trzech książek o detektywie: Detektyw Pozytywka, Nowe kłopoty detektywa Pozytywki oraz Pamiątki detektywa Pozytywki. Główny bohater to postać bardzo kolorowa, charakterystyczna, pogodna – zabawne indywiduum, które zbyt wiele do szczęścia nie potrzebuje. Bo też jego biuro detektywistyczne „Różowe okulary” malutkie jest, bez żadnych wygód, sam właściciel żadnej broni oprócz kaktusa nie posiada, klientów zresztą też jak na lekarstwo, no chyba że wspomnimy dzieci, które chętnie pukają do gościnnych drzwi miłego sąsiada z góry, a po wyjaśnieniu zagadki płacą albo szczerym uśmiechem albo garścią cukierków. No i jak tu  wyżyć? W dodatku konkurencja nie śpi, detektyw Martwiak – czarny charakter tej historii, właściciel agencji Czarnowidz nie zawsze działa fair play. Nie są to książki sensacyjne, raczej komedia zdemaskowanych przez Pozytywkę językowych omyłek i lapsusów.  (Joanna Olech – Tygodnik Powszechny) Zagadki wyjaśniane przez detektywa dotyczą najbłahszych spraw dnia codziennego. Pozytywka szuka zgubionych skarpetek, piasku z piaskownicy, szuka chuliganów, którzy dokonali spustoszenia na balkonie sąsiadki, przebili dmuchaną piłkę, zniszczyli latawiec. Czyli innymi słowy mówiąc – spraw dotykających bezpośrednio dzieci, spraw dla nich ważnych. Co ciekawe – każdy rozdział kończy się zagadką dla małego czytelnika. Wystarczy pomyśleć i dziecko może znaleźć samodzielnie odpowiedź na pytanie. Ja mojemu pięciolatkowi musiałam kilka zagadnień tłumaczyć, ponieważ niektóre z nich dotykały zagadnień z fizyki, chemii, polegały na grze słów. Co ciekawe, można z dziećmi świetnie ćwiczyć logiczne myślenie – nic nie dzieje się bez przyczyny, na wszystko można znaleźć radę i odpowiedź. Smaczku dodaje tutaj postać wspomnianego już Martwiaka. Czarny charakter w takich opowieściach sprawia, że wszystko jest bardziej pikantne. Martwiak przewija się często przez karty książki, a maluchy z napięciem śledzą, jak skończy się ten pojedynek podwórkowego muszkietera z nieprzyjemnym przeciwnikiem.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia


środa, 07 kwietnia 2010
Kuracja odmładzająca z Pippi

Pippi jest nasza. I proszę się nie oburzać. Z wyrozumieniem przyjmujemy oczywiście każde podobne stwierdzenie z drugiego końca osiedla i świata. Bo Pippi to taka kumpelka z podwórka, którą każdy chciałby mieć dla siebie. Ostatnio w jednym z pism dla rodziców przeczytałam o niej - Obywatelka świata. Z tą opinią zgadzam się jak najbardziej - to postać wszędzie rozpoznawalna, a kogo tak naprawdę obchodzi, że jest Szwedką, gdy o życiu, jakie prowadzi, przygodach, jakie przeżywa, marzy kolejne pokolenie małych czytelników, a miliony (wśród nich i ja, mama Tomkowo-Mikołajowa) mają ją w pamięci, jako jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa. Willa Śmiesznotka, małpka na ramieniu, koń, torba złotych monet, niesamowita fantazja, cięty język, zarośnięty ogród, siła, której niejeden siłacz mógłby jej pozazdrościć, wspinanie się na drzewa - moje dziecko słuchało tej książki z otwartą buzią, śmiało się w głos, kazało czytać pewne fragmenty kilka razy. W najbardziej zwariowanych miejscach do głowy mi nie przyszło, żeby czuć obawę, że coś zostanie przeniesione na nasze podwórko. Bo ta Pippi, o której losy obawiała się sama autorka pisząc do wydawnictwa: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi", w obliczu wielu zmian i wydarzeń, które zaszły w naszym społeczeństwie, które mają miejsce, jest tylko niewinną, rozbrykaną psotką, której wybryki wywołują uśmiech, a nie niesmak, albo oburzenie. Nijak nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że we Francji dopiero niedawno Pippi ukazała się bez cenzury.  Tak jakoś przyjęło się, że lepiej, gdy nasze dzieci są grzeczniutkie, rozsądne, spokojne, ułożone. Tymczasem natura dziecięca jest niespokojna, chodzi własnymi ścieżkami, jest burzliwa, pokręcona i często nie daje się łatwo oswoić. Pippi wybiega poza utarte schematy. Mimo swojego wieku (rocznik 1945) może niejednego rodzica wprawić w konsternację. Jednocześnie demaskuje dorosłych, którzy nie mają w książce recepty na te jej figle, pyskówki, kłamstewka - nic poza groźbami typu, że pójdzie do Domu Dziecka, sierocińca, że przyjdzie po nią policja. Podobnież jest i teraz - bo często dorośli nie mają sposobu na takie zachowania a'la Pippi Pończoszanka. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl to reakcja: Uspokój się, bo przyjdzie dziad i wsadzi cię do wora. Dzieci kochają Pippi, bo odnajdują w niej siebie. Mała ma charakter, czasem trudna z niej sztuka, nie do okiełznania, ale walczyć z nią ? Nie, tego nie polecałabym. Raczej spróbować inną drogę - zaprzyjaźnić się, jak to zrobili Tommy i Annika. Spojrzeć na nią z miłością, przytulić - bo przecież była samiuśka w tej wielkiej Willi, powiedzieć, że jest śliczna, bo wyśmiewali jej strój, sterczące warkocze i wielgachne buty. Pobawić się z nią, porozmawiać. Odwdzięczy się - na pewno. Wtedy będzie to wielka przyjaźń, na całe życie.

Dla mnie ponowne spotkanie z Pippi – po latach jest jak kuracja odmładzająca. Co tam nowinki kosmetyczne, cuda techniki wygładzające zmarszczki. Pippi sprawia, że człowiek nagle młodnieje, ma ochotę zjechać po poręczy, wleźć na pierwsze lepsze napotkane drzewo, iść do pracy tyłem, bo nareszcie mieszkamy w wolnym kraju. Nie wspomnę już o tym, jak kusi zamieszanie jajecznicy szczotką do szorowania pleców. Nie wiem, czy przeszłoby mi to danie przez gardło, ale tak dla żartu, dla posmakowania szaleństwa, przekory, które gdzieś tam po drodze zostały zaduszone przez wyrachowanie, powściągliwość, dyscyplinę.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 30 marca 2010
Inne życie - Amanda Eriksson

-Co to jest zazdrość? – usłyszałam, gdy czytaliśmy tę książkę. Nie zwróciłam wcześniej uwagi, ale chyba nie usłyszałam nigdy z ust mojego syna (5 lat), że ktoś coś ma, a on nie. Choć liczę się z tym, że wszystko jeszcze oczywiście przed nami. W każdym razie Mały już wie, że można zzielenieć z zazdrości, tak jak to się przydarzyło małej dziewczynce, bohaterce tej opowieści. I mam nadzieję, że będzie o tym pamiętał w chwili, gdy wypowie zwyczajową formułkę, że kolega X ma takie spodnie, taki komputer, a zacny tato tego kolegi ma TAKI samochód – A MY NIE MAMY.

Inne życie to zabawna historia, która wychowuje i jednocześnie porusza kilka ważnych spraw. Kolejna książka, która udowadnia, że literatura skandynawska ma się naprawdę dobrze.

Nasza mała bohaterka zazdrości swojemu koledze Mateuszowi. Mama chłopca jest elegancką panią z fabryki czekolady (marzenie każdego dziecka), jego rodzina mieszka w ładnym, ze smakiem urządzonym mieszkaniu. Jak pozbyć się zielonego nalotu na skórze? Najlepiej spróbować tego innego życia, zamienić się, zanurzyć w szczęściu innych, rozkoszować się widokiem pięknych mebli i dodatków, smakować najbardziej wyszukanych dań przygotowywanych przez mamę kolegi. I co się nagle okazuje? Że ten dom jest jakiś dziwny – nie można w nim grać, biegać, krzyczeć. Wszystko jest poupychane w sztywne ramy czasowe, a jedzenie smakuje mdło – właściwie w ogóle nie smakuje. Nie ma miejsca na spontaniczność i kreatywność, nie ma czasu na zabawę z dzieckiem.

Mój Tomek przekonał się, że zazdrość to najgłupsza rzecz na świecie i trzeba cieszyć się tym, co się ma. A choćby taką zwykłą szarą mamą, bez makijażu i  w dresie. Książka porusza ważny problem rodziny niepełnej. Choć po lekturze mam wątpliwości co lepsze – bo jakoś bliższy mi ojciec dziewczynki – mieszkający osobno, dochodzący, z którym mała spotyka się tylko od czasu do czasu, ale ma dobry kontakt, niż ojciec Matusza, który zamknął się w swoim świecie za gazetą i i widać mu tylko sterczące uszy. Okrrrropność!

-Ja tam wolę moje życie i moją mamę – westchnęło moje dziecię, wtuliło się w rękaw i słodko zasnęło. A ja się poczułam najszczęśliwszą mamą na świecie i pomyślałam – Ja też jestem zadowolona ze swojego życia. I z książki również. Bardzo polecam jako antidotum na wszystkie zazdrostki naszych pociech – przynajmniej na pewnym etapie dzieciństwa, bo potem to nie wiem, czy poskutkuje.

Wiek 4+

Wydawnictwo EneDueRabe

Rozmowy o Jezusie

Z dzieciństwa pamiętam, że Wielki Tydzień ciągnął się niemiłosiernie. Jak ciasto drożdżowe. Mama nam nie odpuszczała i całą rodziną wędrowaliśmy do kościoła w Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę – na drugi koniec miasta. A że G. też się ciągnie jak ciasto drożdżowe, to szło się i szło – godzinę w jedną stronę. Niekiedy była już śliczna wiosna, innego roku znowu maszerowałyśmy z siostrami w śniegu. Samochodu nie było, a protest w tamtych czasach nie wchodził w grę. Mruczałyśmy tylko niezadowolone pod nosem i robiłyśmy miny. Moja babcia też ciągnęła moją mamę na drugi koniec miasta. I mama też się po dziecięcemu buntowała. Też ponoć robiła miny. Teraz ja zabieram moich synków na Triduum Paschalne – a ci też się buntują i to bardzo. (Nie lubię ksiądza – to mój dwulatek). Miauczą, wchodzą we wszystkie możliwe kątki, cały czas słyszę:

 - Mamo, kiedy będzie koniec?

- Zaraz – odpowiadam, a to zaraz trwa i trwa.

To wszystko jest wpisane w nasz rytm. Tradycja, dzięki której czujemy się silniejsi. Potrzeba uczestniczenia w czymś ważnym, bez czego te święta nie byłyby takimi świętami, jak być powinny. Przynajmniej według nas. Moja mama pamięta posty ze swojego dzieciństwa – chleb i ziemniaki (wielkopolskie pyry) z olejem lnianym, śledzie i kozie mleko. Niczego z tych rzeczy nie bierze dziś do ust – często wspomina swoją wykrzywioną minę, gdy babcia Marianna serwowała, któryż to już raz, śledzie na obiad. Niedaleko mojej miejscowości był tak zwany olejnik, gdzie wybijano makuchy. Po omłóceniu lnu przygotowywano olej na post- właściciel należał do najbardziej majętnych ludzi w okolicy- obsługiwał miasteczko i okoliczne wsie. A ludzie kiedyś pościli kilkadziesiąt dni w roku- nie to co teraz;) W opowieściach ojca też przewija się postne jedzenie osłodzone niekiedy przez matkę, a moją babcię Antoninę, chlebem ... polanym syropem z buraka cukrowego.

W tym roku, z racji tego, że dzieci coraz większe – pojawiło się mnóstwo pytań dotyczących wiary, Pana Boga, Jezusa. Przyznaję, że na wiele z tych pytań sama nie znam odpowiedzi. Kilka miesięcy temu kupiłam książkę Poranek wielkanocny Joslin Mary (WAM). Bardzo ładnie zilustrowana, z ciekawym tekstem. Na pewno nie zaspokoi ciekawości maluchów do końca – bo jak się okazuje, przynajmniej w naszym przypadku, ta jest bez dna.

-Bo mamo, jak ten Jezus to zrobił? Że nie żył i nagle znowu żył?

-Nie wiem. Po prostu w pewne rzeczy trzeba uwierzyć.

-Dobrze, to ja wierzę, ale mamo….

 

No właśnie. Tyle pytań. Bez końca. I będą. Na pewno – ciągle nowe. Bo z wiekiem tych pytań przybywa…

Książka świetnie wpisuje się w ten czas – i mimo, że temat potraktowany jest w wielkim skrócie, a ciekawość dziecięca rządzi się swoimi prawami – każdy obrazek, każdy tekst może być początkiem rozmowy. Rozmowy o Jezusie.  

Wiek 4+

Wydawnictwo WAM

piątek, 19 marca 2010
D.O.M.E.K - Aleksandra Machowiak i Daniel Mizieliński

Na D.O.M.E.K polowałam od dawna, a kupiłam zupełnie przypadkiem. Ot, zostałam oddelegowana do większego miasta w bardzo ważnej sprawie, a po jej załatwieniu D.O.M.E.K czekał na mnie w małej księgarni. Jak gdyby nigdy nic. Potem, gdy czekałam na kolegę, który też został oddelegowany w ważnej sprawie i prowadził swoje ważne rozmowy, przeczytałam, zachwyciłam się i zaraziłam tym zachwytem moje starsze dziecko. Jest jeden minus obcowania z tą książką – od kilku dni nie poznaję swojego domu. Prawdę mówiąc – niespodziewani goście niemile widziani, bo… moje dziecko ogarnęła pasja projektowania, budowania, wymyślania coraz dziwniejszych domków, z wykorzystaniem wszystkiego, co znajdzie się pod ręką. Toczę boje o moje ozdobne kartony, kosze, delikatne walizki wiklinowe, szuflady, poduchy z kanapy – bo szał trwa. Najgorsze, że młodszy małpuje we wszystkim starszego – i stało się – mam dwóch architekto-budowniczych, którzy jak nic, zdewastują dziadkowy tradycyjny domek, z kopertowym dachem, w poszukiwaniu tego czegoś, co na zawsze zapisze ich w historii architektury. Książka D.O.M.E.K pokazuje, jak nieograniczone możliwości ma ludzka wyobraźnia, a dom wcale nie oznacza tworu z dachem i ścianami z tradycyjnych materiałów. Bo te najdziwniejsze realizacje projektów to tak naprawdę spełnienie marzeń kilkunastu ludzi, którzy chcieli stworzyć coś nieprzeciętnego, nietuzinkowego, co wprawi w zdumienie, zachwyt, konsternację, sprawi, ze popukamy się po głowie, wybuchniemy śmiechem, albo nawet sprawdzimy w mądrej encyklopedii, czy to aby prawda. Domek jajko, bąblowiec, żagiel, norka, przylepka, żółw, UFO. To tylko kilka przykładów. Ciekawym pomysłem jest możliwość zaglądnięcia do środka, podglądnięcia mieszkańców. Nagle okazuje, że w środku są jednak ludzie, najzwyklejsi na świecie – na sofach, przy stole, w łóżkach. Czyli – da się mieszkać w tym czymś.

Książka z pomysłem zilustrowana, napisana z myślą o małym odbiorcy – tłumaczy w prosty sposób zawiłe terminy ze świata projektów, architektury, wymienia wielkich tego świata, którzy w swoim życiu poświęcili się pasji tworzenia dla innych -  z sukcesem – co widać w tej książce. Polecam – widzę, że książka pobudza wyobraźnię, zachęca do rysowania, tworzenia z czego się tylko da – a że w procesie tworzenia coś się przypadkiem zbije, pogniecie, połamie? – Nic to, książka pokazuje, że cel uświęca środki. Pozdrawiam – mama, która pozwala czasem na zbyt wiele…

Tutaj możecie zajrzeć do środka.

Wiek 6+ (wydawca) Ja czytam z pięciolatkiem i niewątpliwie jest to hit sezonu. Oczywiście, że wiele pozostaje w sferze niezrozumienia i abstrakcji, ale ryba połknęła przynętę:)

D.O.M.E.K podbija świat - ukazał się w Niemczech i Włoszech.

Wydawnictwo Dwie Siostry