Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: półeczka starszaków

niedziela, 05 września 2010
Czerwonobrody Czarodziej. Baśnie celtyckie - C. Clement/ il. R. Fucikova

Baśnie celtyckie czytamy od kilku tygodni z prawdziwą przyjemnością. Uniwersalne, ponadczasowe, do których będziemy pewnie tak samo często wracać jak do chińskich, afrykańskich czy niemieckich. Wydane w podobnym klimacie – kwadratowym formacie, grubaśne, z wielkimi literami (ważne dla dzieci czytających już samodzielnie), bajecznie kolorowe – z mnóstwem ilustracji znanej już nam Renaty Fucikovej (Żółty Smok. Baśnie chińskie), prawie na każdej stronie – uwaga! stron jest 480. To świat zupełnie dla nas obcy – niby podobny krąg kulturowy. Pewnych odpowiedników należałoby doszukiwać się w naszych rodzimych baśniach, bajkach czy legendach. A jednak klimat zgoła inna – Tomka ten świat wchłonął całkowicie. To męski świat. Rycerze, królowie, czarodzieje, ale też zwykli ludzie z chłopskiej i rybackiej chaty. Cudowne konie, warowne zamki, niebezpieczne wyprawy. Piękne niewiasty raczej pozostają  w tle – Są obiektem westchnień odważnych wojów, którzy widzą je w swych snach, a potem szukają po świecie. Baśnie pełne magii, dziwów, cudów, pełne elementów ludowych jak i tych charakterystycznych dla eposu rycerskiego. To co w nich dominuje to oczywiście kult odwagi, bohaterstwa, czystego serca. Prawy człowiek zawsze góruje nad złym. Ciekawość mojego dziecka wzbudziły różne elementy, których na próżno szukać w naszych rodzimych podaniach – nie mamy elfów, imiona bohaterów brzmią obco, podobnie jak nazwy niektórych potraw, ubiorów, broni. Zauważyłam, jak szczególną uwagę autor zwracał na mijające pory roku, otaczającą przyrodę, motyw ślubu czy wesela.

Mnie najbardziej w pamięci utkwiła pierwsza baśń – Opowieść rybaka Seana. Pasuje mi do coraz zimniejszych wrześniowych wieczorów. Stary rybak w swojej opowieści nawiązał do prastarej tradycji przekazywania opowieści z ust do ust. Kiedyś ludzie spotykali się w chatach i do późnych godzin nocnych słuchali opowieści bajarza, barda.

„Przy okazji znosili mu różne dary: trochę herbaty, paczuszkę tytoniu do fajki, kawałeczek szynki czy słoniny lub parę ciepłych wzorzystych skarpet… Odwiedzali go od jesieni, kiedy dni stawały się coraz krótsze, Aż do wiosny, siadywali jak najbliżej ognia płonącego w kominku i zwykle już po chwili odzywał się któryś z najstarszych sąsiadów: -Sean, opowiedz nam teraz, jak to bywało dawno, dawno temu”.

Jak bardzo czasy się zmieniły. Teraz takie spotkania zastąpił w wielu domach telewizor. Jednak nic nie stoi na przeszkodzi, by samemu organizować jesienne baśniowe wieczory dla dzieci…

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 26 sierpnia 2010
Ocalić Kubusia Puchatka


Wróćmy do Puchatka. Do tego prawdziwego. Do źródeł. Do tego przetłumaczonego przez Irenę Tuwim. Pewnie narażę się niektórym z Was, ale … no cóż…. Czy nie uważacie, że to, co ma miejsce aktualnie, to stanowczo zbyt wiele dla jednego biednego Misia o Bardzo Małym Rozumku? Dobrze, dobrze, nie marudzę. Tylko skrupulatnie wyliczam, co można znaleźć w moim domu: talerzyk, trzy komplety puzzle, jedna książka otrzymana w prezencie, której nie da się czytać. Była jeszcze piłeczka, ale wyniosły psy od sąsiadów i śladu po niej nie ma. I film, kupiony okazyjnie przez Babcię jako dodatek do gazety. Tak sobie myślę i mruczę głośno pod nosem, czy to aby wszystko? Nie, jeszcze miseczka do zupki od taty chrzestnego na pierwszą gwiazdkę. Nie powiem, przydała się. Tomek - niejadek śmigał łyżką w pomidorówce i koniecznie jak najszybciej chciał dotrzeć do Puchatka ukrytego na samym dnie pod napęczniałym ryżem. Maluch nabrał rumieńców i przynajmniej trochę przytył. Patrzę na listę powyżej i stwierdzam, że niczego sama do domu nie przyniosłam. To inni. (Przypomina mi to czytankę z Mam 6 lat o Witku Psotniku – To Witek! To Witek!)

Nic dziwnego, że trudno było mi zachęcić Tomka do zaprzyjaźnienia się z Puchatkiem książkowym – bo przecież wszystko już było ponoć wiadome i znane. Zresztą – sami wiecie, odwieczny dylemat- co najpierw: film czy książka? A skoro Puchatek jest wszędzie, to po co coś powielać. Jednak w końcu przeforsowałam Puchatka (trochę niewychowawczo) – coś w rodzaju – ja wybieram książkę do czytania, a potem będzie nagroda. Widzicie, do czego doszło w domu mola książkowego? Tak sobie myślę, że stała się wielka krzywda z tym Puchatkiem. Wspomnę choćby dygresję Tomka podczas czytania:

-A kiedy będzie Tosia? -  Prawdę powiedziawszy, zdrętwiałam.

- Jaka Tosia? - pytam

-No, superdetektyw!!!

-???!!!

Niestety, Disney robi z Kubusiem co mu się żywnie podoba, a A.A. Milne powinien z nieba pacnąć tych ważnych panów dobrze w nos. Ode mnie też. A tymczasem książka… I tu się rozmarzyłam. Czy czytaliście tego prawdziwego Kubusia? I Chatkę? Miód, delicja – pycha. Tytułowy bohater Miś łakomczuch, strachliwy Prosiaczek, który tak naprawdę wcale takim bojączką nie jest; fatalista i pesymista Kłapouchy, nerwowy Królik, Tygrys (obecny dopiero w Chatce), Kangurzyca z Maleństwem, Sowa Przemądrzała i Krzyś, syn autora. Wszystko dzieje się w Stumilowym Lesie, gdzie zwierzątka przeżywają swoje mniejsze i większe problemy – Kłapouchy gubi ogon, Puchatek tkwi w króliczej dziurze, wszystko zalewa woda, Maleństwo wpada do wody. Phi - żachnie się malec. Przecież każdy to wie. Ale jak to wszystko jest opisane. Ocalić w tłumaczeniu – czytałam kiedyś o przekładach literatury. Ten przekład to perła, klasyka. Jak tu się nie uśmiechnąć do siebie czytając plan porwania Maleństwa (akuku), albo o pułapce na słonie (Tomek do dzisiaj śmieje się ze: „Słoniocy”, zresztą czasem, gdy ucieka młodszemu bratu, wrzeszczy tak na całe osiedle)

Albo:

-Chwileczkę – przerwał jej [Sowie] Puchatek, podnosząc łapkę do góry. – Co mamy zrobić dla tego czegoś, coś powiedziała? Bo właśnie kichnęłaś w tej chwili, kiedy chciałaś to słowo wymówić.

-Mylisz się. Nie kichnęłam.

-Kichnęłaś, Sowo!

-Przepraszam Cię Puchatku, nie kichnęłam Niepodobna kichnąć, nie wiedząc o tym.

-Tak, ale nie można usłyszeć kichnięcia bez tego, żeby ktoś nie kichnął.

[Kubuś Puchatek]

 

Albo:

Puchatek dreptał po białej ścieżynce leśnej i, idąc, wyobrażał sobie, że zastanie Prosiaczka w domu, grzejącego sobie pięty przy kominku. Ale jakże się zdziwił, gdy zobaczył, że drzwi jego mieszkania są otwarte. Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.

[Chatka Puchatka]

 

A piosenka o śniegu? –bim-bom?

[Chatka Puchatka]

 

Kubusia - tego najprawdziwszego z prawdziwych przypomniała Nasza Księgarnia z okazji swoich 90 urodzin. Oczywiście ze świetnym tłumaczeniem Ireny Tuwim (nie myślcie, że to aby jedyny przekład. Ponoć w latach 80 pojawiła się wersja o dość specyficznym tytule – „Fredzia Phi – Phi ”(?!), ostatnio chyba wznowiona zresztą, z mądrym wstępem, że pewne przekłady się starzeją (!!!) Cierpnie mi skóra tak samo, gdy słyszę o kolejnym nowym tłumaczeniu Fausta) Ja zawsze, gdy wracam do Kubusia, albo Chatki zastanawiam się, czy tłumaczka konsultowała od czasu do czasu swoje pomysły ze starszym bratem, Julianem? Może tak, może nie. Któż to wie – była utalentowaną poetką i tłumaczką (Mary Poppins, książki Edith Nesbit, Baśnie bajki bajeczki, Gałka od łóżka) Wreszcie ilustracje – E. H. Sheparda. Nieśmiertelne. Zapadające w dziecięcą pamięć. Zresztą sami popatrzcie.

Jubileuszowe wydanie książek Milne’a na papierze o ciekawej fakturze daje posmak starego, czegoś, co minęło. Przypomniał mi się stary elementarz. Takie same odczucia. Miłe. Ciepłe. I niech ktoś nie myśli, że my tak łatwo zapomnimy o tym prawdziwym Kubusiu – ma swoje lata (84), ale ciągle jest młody. I nie zaszkodzą mu ani lukrowane piłeczki, klocki, długopisy, piórniki, koszulki, śliniaczki dla niemowląt, pościel czy firanki. Tylko szkoda, że niektórym dzieciom - otocznym przecież ze wszystkich stron umęczonym Kubusiem, nie będzie dane poznać tego prawdziwego Puchatka. Do książki warto wrócić – już choćby w celu znalezienia odpowiedzi na pytanie dziecięcia:

-Mamo, a dlaczego Puchatek nazywa się Puchatkiem?

No właśnie, dlaczego?


 

Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka to nasze książki sierpnia.

 

P.S. Ciekawam bardzo Powrotu do Stumilowego Lasu – dalszego ciągu napisanego po latach przez kogoś innego, i przetłumaczonego też (z wiadomych względów) przez kogoś innego. Może uda mi się napisać o tej książce.

 

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 04 sierpnia 2010
Śpiewająca lipka - Bajki Słowian Zachodnich/ il. Helena Zmatlikova


Każdy ma ulubione książki z dzieciństwa. W moim przypadku jest to na pewno Śpiewająca lipka. W czasach PRL-u wypożyczałam ją z biblioteki notorycznie, a potem dostawałam upomnienia za przetrzymywanie. Mało tego, odbijałam przez cieniutki papier śniadaniowy ilustracje Heleny Zmatlikovej. Biedę na piecu potraktowałam nawet kalką, tylko źle ją podłożyłam i Bieda pojawiła się na stronie poprzedzającej. Jak to moja mama zobaczyła… Oj, dostałam burę i już nigdy więcej tak nie zrobiłamJ

Ta książka - to doskonała alternatywa dla tych, którym już osłuchały się wszechobecne i w coraz nowszej szacie Kopciuszki, Czerwone Kapturki, Koty w Butach. Jak czytamy w podtytule – to bajki Słowian Zachodnich, czyli: z terenów Polski, Czech, Słowacji i Łużyc (te leżą na terenie wschodnich Niemiec) Książka pojawiła się na rynku w latach 70-tych i od tej pory w każdym z rzeczonych krajów jest od czasu do czasu wznawiana i zawsze cieszy się olbrzymią popularnością. To wydanie, które zostało wznowione u nas, ma tę samą szatę graficzną co wyżej ciepło wspominane i taszczone z uporem do domu „na górach”:)

W ciekawym wstępie do najnowszego wydania Tomasz Derlatka zadaje ważne pytanie, czy dziś, w okresie tak wielkiego postępu technicznego, wielu zmian w różnych obszarach życia, bajki te, mają również rację bytu, czy mogą spodobać się małym czytelnikom (i dużym;) czy są w stanie stanąć w szranki z nowoczesnymi mediami – jak Internet, gry komputerowe, telewizja? Jak się ma sprawa z Zachodnimi Słowianami, których bajki znalazły się w zbiorze Śpiewająca Lipka? Mądrzy tego świata łamią sobie głowę nad poszukiwaniem odpowiedzi na te wszystkie pytania, a ja z własnego podwórka mogę tylko powiedzieć, że u nas te bajki mają się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Nowoczesne media w moim domu akurat (w chwili obecnej) nie są zagrożeniem – największą karą dla moich dzieci, nie jest wcale zakaz telewizji, ale słowa matczyne – Oj chyba nie będzie bajki przed snem (telewizji właściwie u nas nie ma, nie dorobiliśmy się jeszcze własnego telewizora, ciągle szkoda jest nam na niego pieniędzy. Nasz obecny odziedziczyliśmy po cioci mojego męża, ciągle się coś psuje, w tej chwili wysiada na dodatek antena, są cudne pasy, które uniemożliwiają oglądanie obrazu, można jedynie posłuchać – jakoś nikt nie kwapi się, by to naprawić). Może kiedyś T i M będą bardziej interesować się nowoczesnym mediami – gdy dorosną i nie będą chcieli słuchać bajek – ale wtedy – tak sobie myślę i mruczę pod nosem, będą te bajki mieli już we krwi i pewnie będą ciepłym wspomnieniem z dzieciństwa.

Bo tak naprawdę świat się nie zmienia – i te bajki to w wyraźny sposób odzwierciedlają. Zmieniają się tylko gadżety, ale my w środku, ciągle pozostajemy tacy sami - chcemy, by dobro zwyciężyło zło, by świat był sprawiedliwy, prawy, pełen miłości. Treści tych bajek są uniwersalne i w każdym czasie można znaleźć odniesienia do otaczającej rzeczywistości.

Bajki są nieocenionym źródłem wiedzy o tym, jak żyło się dawniej – dzieci co rusz odkrywają wyrazy – archaizmy, jak: mielerz, talary, komnata. I mimo, że jak to w bajkach bywa, miesza się tu świat rzeczywisty ze światem fantazji, jest to pełna przygód wyprawa do dalekiej przeszłości, kiedy to wszystkie zwierzęta żyły ze sobą w wielkiej zgodzie – i wilczek i liszka i gąska i kurka; kiedy to Pan Bóg chodził sobie po tym naszym padole, a w wierzbach rosochatych kryły się diabły rogate, w szuwarach stawu czyhały na nas utopce, a każda ropucha była wielką niewiadomą – pocałować toto, czy nie? A nuż jest to jakiś zaklęty książę. Fajnie zabrać dziecko w taką podróż, z której tak potem trudno wrócić do zwykłej bułki z masłem, kiedy tam z królem jadało się gołąbki przy stole, do drewnianego konika, kiedy tam gnało się w wichrze na rumaku zaklętym, do strachów mniejszych i większych, jakie maluchom spokoju nie dają, kiedy w świecie bajek pokonywało się i czarty najsroższe, rycerzy z czterech stron świata, a Biedę wystrychnęło się na dudka. Zachęcam do takiej podróży, z której wspomnienia zostają na długie lata, o czym sama mogłam się kiedyś przekonać.

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 27 lipca 2010
Piegowate opowiadania - Renata Piątkowska/ il. Iwona Cała

Jak my z Tomkiem lubimy Tomka. Zaprzyjaźniliśmy się z nim dwa lata temu we wigilię Bożego Narodzenia, kiedy to mój Tomek pod choinką znalazł Opowiadania z piaskownicy. Piegowate opowiadania to ich kontynuacja. Tomek nadal chodzi do przedszkola, jest trochę starszy, ale nadal jest ciekawy świata, ma chochliki w oczach, wierci dziurę w brzuchu dorosłym w poszukiwaniu odpowiedzi na różne pytania, przeżywa zwykłe – niezwykłe przygody typowe dla starszaka, no i ma wielkie poczucie humoru. Choć pewnie o tym nie wie – bo Tomek bywa często poważnym chłopcem, dociekliwym, upartym – a  w tej swojej powadze, dociekaniu różnych prawd i uporze bywa często tak zabawnym małym człowiekiem, że nie sposób tego nie docenić – świadczy o tym śmiech mojego Tomka przy lekturze. Osiemnaście opowiadań w piegi, równe 97 stron, przeczytaliśmy w dwa wieczory. Moje stęsknione za przedszkolem dziecko znalazło w nich tak wiele z własnego życia. Koledzy, wyścigi, chlapanie w kałużach, fascynacja muchą na szybie, pierwsze nieśmiałe próby wydostania się spod maminej kurateli, ba – nawet bałagan w pokoju. Czasem miał wrażenie, że to o nim mowa, a ja zachodziłam w głowę, skąd Renata Piątkowska tak dobrze zna mojego syna:) Ale tak pewnie pomyślą wszyscy rodzice, którzy razem z dziećmi przeczytają tę książkę. Zabawna, o wielu ważnych rzeczach nurtujących małego człowieka – świetnie się czyta. To, co szczególnie mi się spodobało, to umiejętne uchwycenie przez autorkę naszych typowych rodzicielskich zachowań, reakcji (Np. na ciągłe pytania naszych pociech: dlaczego?). Oj, czasami odnalazłam na kartkach tej książki siebie – zarumieniałam się jak postacie w książce i przyrzekłam solenną poprawę.

Ucieszył mnie fakt, że nie zmieniła się szata graficzna kontynuacji, nawet format pozostał ten sam. I dodatkowa gratka - Tomka nadal rysuje mama jego pierwszego wizerunku, czyli Iwona Cała. Jej charakterystyczne buzie zaopatrzone w okrąglutkie rumieńce – dla mnie symbol dziecięcia zdrowego, wesołego i szczęśliwego, świetnie wpisują się w  klimat tej książki. Wszystko razem, dowcipne, mądre, ładne, znane, takie swojskie. Polecam!

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Bis

niedziela, 25 lipca 2010
Dinozaury?! - Lila Prap


Na swojej półce mamy cieniutką książeczkę o przygodach małego Tyranozaurusa Rexa – tyle że po niemiecku. Z humorem napisana o tym jak mały synek Rex skacze przez skakankę z liany, ucina sobie poobiednią drzemkę i takie tam. Zawsze przy jej czytaniu, właściwie przekładzie na gorąco, myślałam sobie, dlaczego w Polsce sprawy poważne są traktowane baaaardzo poważnie i nikt nie wyda o dinusiach książki z jajem, takiej trochę z przymrużeniem oka. A tu proszę – właśnie taką odkryliśmy. Przewodnikami po świecie dinozaurów jest rodzinka  i to nie byle jaka – bo potomkowie tych wielkich gadów – Tato Kogut, Mama Kura i Dzieci Pisklęta – Kurczęta. A wygląda to tak:  po prawej stronie każdej wielkiej kartki znajdujemy ciekawe informacje na temat dinozaurów, tak jak było naprawdę. (Ponoć:)  Natomiast po lewej - kurza rodzinka przekomarza się, podważa naukowe teorie, poddaje w wątpliwość uniwersyteckie prawdy. Kogut jak to kogut, z natury jest czupurny – tak więc Tato zawsze znajdzie coś, żeby się przyczepić. Oj, każdy naukowiec spotykając takiego słuchacza na bardzo ważnej konferencji o sprawach bardzo ważnych, uciekałby gdzie pieprz rośnie, bowiem Tato Kogut ze swoimi pytaniami i wątpliwościami zapędziłby każdego mądralę w kozi róg. Oczywiście jajko, a właściwie to, co się z niego już wykluło, chce być mądrzejsze od kury, nie chce być gorsze i podsuwa swoje teorie na temat życia, zachowania i wygląda dinozaurów. Są to bardzo śmieszne rozmowy i wtrącenia. Takie, które zawsze popełniają przy lekturze dzieci – a może słoweńska autorka podpatrzyła kiedyś maluchy i przeniosła swoje spostrzeżenia na papier? Kto wie.

Książka oprócz scen z życia rodzinnego :))) zawiera mnóstwo ciekawostek i rzetelnych informacji o dinozaurach. Wprawdzie niektóre z nich zaczynają się tak: Wiele, wiele lat temu… (Od razu skojarzyło mi się to z : Dawno, dawno temu…) - tak jakby Prap celowo chciała małego czytelnika wprowadzić w bajkowy nastrój, ale to tylko pozory. Bowiem nie brak tu konkretnych sformułowań, czasem trudnych do wymówienia nazw, wyników odkryć, teorii, ale podanych w taki sposób, że tekst wciąga. Książka bardzo dziecięca – ale nie dziecinna. Mojego Tomka zaciekawiło szukanie śladów dinozaurów we współczesnym świecie. Autorka pokazuje, jak świat zmieniał się w ciągu ostatnich milionów lat, jak zresztą zmienia się nadal. Tłumaczy w prosty sposób, że to wcale nie tak – były dinozaury, już ich nie ma, koniec kropka, bęc. Książka uświadamia, jak wiele wspólnego z nimi mają żyjące dziś gady – krokodyle, jaszczurki, węże, żółwie, albo ptactwo. Jeśli maluch, dinozaurowy – pasjonat, powie tak: „Szkoda, że nie ma już dinozaurów”, to na pewno ucieszy go wiadomość, że i owszem, dinusie wyginęły, ale ich baaaaardzo dalecy kuzyni, potomkowie mają się świetnie. I pewnie ich również warto poobserwować.

Napisałam całe mnóstwo rzeczy ważnych o rzeczach ważnych:) choć teraz zachodzę w głowę, czy aby zrobiłam to w dobrej kolejności. Za sprawą ilustracji ten tekst jest – choć sam  w sobie zabawny i pouczający – tak naprawdę na drugim planie.  To, co od razu rzuca się w oczy, to ilustracje – olbrzymie dinozaury, bajkowe, prawie na dwie strony, kolorowe. I jak to u Lili Prap zawsze bywa – ilustracje wykorzystujące estetykę dziecięcej kreski Jest pięknie – bez dwóch zdań.


Wiek 5+

Dla zainteresowanych:

Międzynarodowy słownik mowy zwierzat - Lila Prap

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 01 lipca 2010
Tatsu Taro. Syn Smoka - Miyoko Matsutani/ il. Piotr Fąfrowicz

O tej książce można by napisać właściwie tak: to wszystko już gdzieś było - i smok, i odważny chłopiec, i czarodziejski biały koń. Jednak gdy dodamy do tego nietypowy klimat Japonii - lasy cedrowe, pola ryżowe, kimona otulające bohaterów opowieści, jaglane dango, hibachi wypełnione po brzegi żarzącym się węglem drzewnym, owoce kaki, sumo, sake, nagle wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru. Syn smoka staje się książką niepowtarzalną, oryginalną, przenoszącą do innej kultury, obcej i nieznanej; w odległe miejsca, skąd, wierzcie mi, moje dziecko za bardzo nie chciało wracać. To pięknie opowiedziana baśń, co jest zasługą nie tylko samej autorki, ale też Zbigniewa Kiersnowskiego, tłumacza, który z wielką starannością spolszczył tekst. To, co rzuca się w oczy, to taka trochę maniera języka z przeszłości.  Kiersnowski zgrabnie wplótł w język współczesny rzadko używane dziś zwroty, formy gramatyczne, trochę trącące myszką, ale niewątpliwie mające wpływ na koloryt tej baśni z zamierzchłych czasów (jeśliś żywa, choćbyś, czekajże, sprytnyś i inne) Nawet, jeśli było to działanie niezamierzone i wyszło ot tak, czyta się przekład wybornie.

Tekst łączy w sobie kilka gatunków. To z pewnością przede wszystkim baśń. Ja doszukałbym się też elementów gatunku określanego mianem Bildungsroman - otóż Tatsu Taro, to na początku opowieści wielki ladaco, lekkoduch, leniuch, godzinami leżący na łące i przekręcający się z jednego boku na drugi. Gdyby nie babcia, opiekunka młodzika, zapracowana, schorowana, pewnie ciężki los spotkałby tego sierotę bez matki. Jednak pewnego dnia Tatsu Taro (oznacza dosłownie :Syn Smoka) dowiaduje się całej prawdy o rodzicielce i wszystko się zmienia. Chłopiec wyrusza w podróż, podczas której dojrzewa, uczy się wielu wartościowych rzeczy, staje się wrażliwy na krzywdę społeczną, umie odróżnić dobro od zła, poznaje smak ciężkiej pracy, a przede wszystkim rozwija w sobie upór w dążeniu do wytyczonego celu – a droga do jego realizacji jest wyboista i pełna zakrętasów – wywijasów. Zauważyłam, że moje dziecko bardzo lubi motyw podróży w książkach dla dzieci – kiedy to wiele się dzieje, a osobowość głównego bohatera nabiera ogłady moralnej, psychologicznej i społecznej.

Dużym walorem tej książki są ilustracje Piotra Fąfrowicza, zupełnie jak odbite pieczęcie drzeworytu. Polski wydawca jest jedynym na świecie, który pokusił się i odważył zaproponować autorce własne ilustracje. Ponoć te oryginalne są w klimacie japońskiego komiksu. Ilustracje polskiego ilustratora są niesamowite i współtworzą aurę tej baśni – niosą w sobie pewną tajemnicę, nie są przeładowane, w chłodnych barwach, budzących dystans. Dwadzieścia ilustracji, po jednej dla każdego rozdziału, opowiada tę historię od początku do końca. To swego rodzaju nierozerwalna całość, przedstawiająca najważniejsze zdarzenia i postacie. Jakoś nie mogę wyobrazić sobie, że ta książka mogłaby wyglądać inaczej i nie dziwię się, że dzieła Fąfrowicza zyskały aprobatę autorki. Grzbiet książki wygląda jak płócienny, zszyty czerwonym sznurkiem. Ciekawym pomysłem był zabieg polegający na zapisie tytułów poszczególnych rozdziałów w kolumnach od góry do dołu – co do złudzenia przypomina pismo japońskie. Dla Tomka odkryciem było to, że diabeł japoński nie ma ogona, smok skrzydeł. Ale ponoć w kulturze japońskiej tak właśnie ma być, tak więc nie dziwimy się już więcej.

Miyoko Matsutani otrzymała Nagrodę im. H.Ch. Andersena.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

środa, 16 czerwca 2010
Szewczyk Dratewka i inne baśnie - Joanna Laskowska/ il. Marta Ostrowska

Chciałabym Wam zaproponować rodzinny piknik baśniowy. Kilka dni temu po pracy zabraliśmy koszyk ze słodkimi rogalikami, sok malinowy, koc i książki i poszliśmy sobie na niedaleką łąkę. Muczały krowy, słychać było wesołe i-ha-ha kuca pana Henia, a my leżeliśmy sobie na trawie i czytaliśmy baśnie. Dobrze smakowały pod chmurką. Świeże powietrze i czytanie do ucha sprawiły, że Mikołaj usnął nam o 17:30 a potem  …lepiej nie pytajcie, o której poszliśmy spać. Stare nowe – tak w skrócie napisałabym o baśniach Joanny Laskowskiej. Baśnie w nowej szacie – napisane na nowo a jednak w kolorze sepii. Wyczuwa się w nich ciągoty w kierunku nadania im pewnego klimatu poprzedniej epoki, poprzez wplatanie archaizmów, wierszyków, piosenek, jednocześnie autorka dba o to, by teksty były jak najbardziej zrozumiałe dla dzieci. Dbałość o język jest widoczna gołym okiem, miło się czyta takie perełki, można też sobie zanucić co nieco, bo bohaterowie baśni od muzyki nie stronią. Izba, kołacz, wrzeciono, cebrzyk i inne. Dzieci poznają stare sprzęty, części garderoby, potrawy, które pojawiają się już tylko w niektórych regionach. A co najważniejsze – jak to w baśniach bywa – ważne jest przesłanie – dobro zawsze zwycięża, człowiek zacny za swe cnoty dostanie nagrodę od losu, a niegodziwy - prztyczka w nos. Wszystko ciekawie zilustrowane przez Martę Ostrowską. Nam te baśnie sprawiły wielką przyjemność. Na naszej półeczce pojawiły się dwie części, które razem zawierają 5 baśni - Córka i córuchna, Tululu/ Szewczyk Dratewka, Po szerokim świecie i Dom. Mamie czytającej spodobała się przede wszystkim baśń o Szewczyku. To jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa.

Słynny Szewczyk Dratewka Janiny Porazińskiej – na tyle utkwił mi w pamięci, że wieczorami, gdy dzieci nie mogły zasnąć (a ja chciałam by wreszcie zasnęły:-), przy zgaszonym świetle snułam opowieść z pamięci. Jak się okazuje ,moja wersja była dość pokręcona, ale dzieciom i tak się podobała. Teraz obowiązuje nowa wersja. Ta Joanny Laskowskiej, o co dbają moje dzieci. I nie ma zmiłuj się, oj nie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Skrzat

poniedziałek, 14 czerwca 2010
O duchu, który się bał - Sanna Toringe/ il. Kristina Digman

Czego lub kogo bałam się, gdy byłam mała? Oczywiście potworów. Był więc potwór okienny. Tak, dobrze pamiętam te dziwne odgłosy w moim pokoju. Potwór okienny okazał się potem zwykłym kornikiem, który uwielbiał właśnie w nocy konsumować stare drewniane okno, przy którym stało moje łóżko – pamiętam do dziś to jego uparte trut-trut-trut i moje wielkie oczy wielkości denka od szklanki. Był i potwór piwniczny, który czaił się w piwnicy naszego wielkiego domu i tylko czyhał na wszystkie dzieci, które schodziły po schodach do tego potwornego miejsca. Z powodu potwora piwnicznego byłam skłonna zrezygnować nawet z kompotu truskawkowego, za którym wprost przepadałam. W końcu – potwór czereśniowy,  nawiedzający nasze drzewo czereśniowe każdego wieczora. W dzień obżerałam się czereśniami do granic możliwości, a wieczorem liście naszej czereśni szumiały złowrogo i nie miałam odwagi zbliżyć się do drzewa. Potwory, duchy, kościotrupy, wampiry. Dzieci boją się różnych strachów, a książka szwedzkich autorek może pomóc oswoić ten strach, może spowodować uśmiech na małej buzi – tak że w końcu maluch tupnie nogą i dzielnie wrzaśnie – Wynocha!!! Bo w kwestii wypędzenia strachów żadne bon – ton nie obowiązuje. Najważniejsze, by się wyniosły i nie wróciły.

Akcja książeczki przebiega na dwóch płaszczyznach – z jednej strony mała Kruszynka nie może spać i boi się. Mama oprowadza ją po całym domu i pokazuje, że przecież żadnych strachów, duchów etc. w domu nie ma – ani pod łóżkiem, ani na strychu, w garderobie, czy w piwnicy. Z drugiej strony same strachy boją się siebie nawzajem i uciekają przed sobą, tak że w końcu nawet jeśli straszydła w domu w istocie były i tak wynoszą się z niego na dobre i mała Kruszynka może spać spokojnie i bezpiecznie. Nagle okazuje się, że duchy są bardzo bojaźliwe, wampirek boi się kościotrupa w garderobie, a kościotrup, z natury samotnik, zgrzyta zębami ze strachu przed potworami. Potwór z kolei boi się … myszki.  I tak ciągle ktoś przed kimś ucieka, czegoś lub kogoś się boi. Trudno nie uśmiechnąć się oglądając ilustracje – nie są straszne, choć ilustrują straszną historię. Są po prostu śmieszne. Pomagają rozładować napięcie, obawy, co też będzie na następnej stronie. Warto zapoznać dziecko z tą książką w naszej obecności. Zbudować ciepłe i wygodne gniazdko obok nas, albo w maminych albo tatowych ramionach. Zwrócić mu uwagę na śmieszne ilustracje, na potwora który jak Stefek Burczymucha ucieka przed maluśką myszką piwniczną, na kościotrupa w bercie. I to jakim? Żółtym! Przyznaję, że trochę z rezerwą podeszłam do tej książki. Tymczasem w naszym przypadku było to niepotrzebne. Jakoś spokojnie przeżywamy okres strachów naszych dzieci. Rzadko kiedy skarżą się, że czegoś się boją. Choć i takie chwile się zdarzają. Kilka tygodni temu mój Tomek obudził się przerażony w nocy i wyznał, ze miał straszny sen – Indianie zaatakowali Polskę! Już wyobrażam sobie, co też działo się w małej głowie. Wracając do książki, moi chłopcy, jak to twardzi faceci, potraktowali strachy po męsku – nie było zmiłuj się przepędzili duchy i potwory z domu Kruszynki, aż się za nimi kurzyło. Ale potem przyszła dziecięca refleksja i współczucie – No i co się z nimi teraz stanie. Oni tak sami w tym lesie….I bądź tu człowieku mądry.


 

Książka poniekąd przewrotna, chyba ewenement na naszym rynku. Ja w każdym razie czegoś podobnego nie spotkałam – już z tego choćby względu cieszę się, że mamy ją w naszym księgozbiorze. Podsumowując – spoko, nie ma się czego bać.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zakamarki

sobota, 08 maja 2010
Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce - Tomasz Szwed/ il. Aneta Krella - Moch

Mam pisać o książce, a zacznę od autora i innej książki. Kilka lat temu wpadła mi w ręce Maniusia Marynia Maria – Marii Stępkowskiej - Szwed. Przepadłam na długie godziny. Wspaniała saga rodzinna, wspomnienia autorki z lat dzieciństwa, młodości – jak się potem okazało - matki Tomasza Szweda, znanego piosenkarza country. Książkę pożyczyłam koleżance, co skończyło się wielkimi błaganiami z jej strony, bym ją odsprzedała dla jej mamy, która zakochała się w tej książce, wówczas już trudno dostępnej na rynku. Książki nie odsprzedałam, ale podarowałam, bo nikt mnie w życiu jeszcze tak bardzo nie prosił o książkę – i zapamiętałam chyba na całe życie, że jakaś lektura może być tak ważna dla kogoś. Prawdę powiedziawszy – wzruszałam się przy książce, a potem wzruszyła mnie starsza jej czytelniczka. Świat, tam przedstawiony już nie istnieje, a znając korzenie autora „Kliniki Małych Zwierząt w Leśnej Górce”, trudno się dziwić, że autor napisał książkę właśnie o zwierzętach i lesie. Tomasz Szwed wrócił do swoich korzeni, bowiem w jego rodzinie dużo uwagi poświęcano uszanowaniu przyrody, która była nieodłącznym elementem ich życia. Zrobił to z humorem, fantazją, stworzył mały świat w wielkim lesie, w którym wszystko kręci się wokół tytułowej kliniki. A zwierzaki są jak nasze pociechy – często chorują, boją się zastrzyków, cierpią na zapalenie oskrzeli, ból zęba, dostają gęsiej skórki, gdy słyszą o zaszywaniu ran, łamią sobie kości podczas huśtania się na sercu dzwonu, boją się zostać w klinice. Niestety - człowiek przedstawiony  został, zresztą zgodnie z prawdą, jako wielki niszczyciel przyrody, jako ktoś, kto wnosi do lasu swoje zwyczaje, zostawia śmieci i bardzo niebezpieczną dla zwierząt gumę do życia. Dzięki historyjkom leśnym dzieci poznają zwyczaje różnych zwierząt, zasady, jak należy zachowywać się w lesie. Książka uczy empatii -  maluchy dowiadują się, że zwierzę również może zachorować, może cierpieć, jest smutne z tego powodu i że trzeba mu w takich przypadkach pomóc. Porusza temat porzucanych zwierząt, a przede wszystkim zwraca uwagę na to, że las tętni swoim życiem, ma serce, jest domem wielu istot. Bohaterowie tych opowieści mają nasze ludzkie cechy – jedne marudzą, narzekają, inne są optymistycznie nastawione do świata. Jedne są szczere, inne kombinują. Wypisz wymaluj, my. Nam książka pomogła przebrnąć przez długą chorobę – fajnie było zatopić się w przytulnych poduchach i przenieść się choć w wyobraźni do zielonego i przyjaznego lasu, w którym, podobnie jak teraz, po długiej zimie obudziło się życie. Nawet zastrzyki nie były nam takie straszne – tematyka pomogła oswoić strach przed lekarzami i licznymi zabiegami.  Bardzo ciepła opowieść, która zwraca uwagę maluczkich na naszych mniejszych braci.

Książka kolorowa, ciekawie zilustrowana przez Anetę Krellę – Moch, która potrafiła uchwycić to coś w opowieściach – ilustracje współgrają z tekstem, odzwierciedlają wesołość naszych bohaterów, smutek, cierpienie. Wydawnictwo przygotowało tekst z dużą czcionką, co na pewno zachęci dzieci do samodzielnego zmierzenia się z tekstem.

Wiek 5+

Wydawnictwo BIS

czwartek, 29 kwietnia 2010
Jeż - Katarzyna Kotowska

 

Pomyślałam o tej książce podczas wieczornych Wiadomości. Przypomniałam sobie historię tej pewnej miłości, gdy zobaczyłam wstrząsający reportaż o rocznym chłopcu , którego matka porzuciła w miejskim parku. Patrzyłam w szklany ekran i zastanawiałam się, oburzona, jak to możliwe, że dzieje się coś takiego. Bo kiedy zaczynają pojawiać się wątpliwości i pytania typu: W jakim my żyjemy świecie? Dlaczego ? to opowieść Katarzyny Kotowskiej, sprawia, że powraca wiara w ludzi, że po strasznej burzy wschodzi znów słońce. To książka, która zmienia wszystkich w złoto. Może tylko na chwilę, ułamek sekundy, może już na zawsze. Czy tego chcą, czy nie chcą. Samoistnie. Niezależnie od ich woli. Bo nie wierzę, by ta historia nie poruszyła serca i myśli. Być może nie zmieni świata, ale stanowi niewątpliwie jedną z wielu milionów cegiełek, przy pomocy których możemy zbudować coś pięknego i wartościowego.

Temat rzadki w literaturze – adopcja. Historia rodziców, którzy nie mogą mieć dziecka. Choć nie, to nie tak. Kobieta i Mężczyzna są przekonani, że ich dziecko urodziło się innym rodzicom. Trzeba je tylko odnaleźć. Po długich wahaniach, trudnościach, Kobieta i Mężczyzna zjawiają się w Domu Dziecka. Patrzą sercem na wszystkie maluchy, które tak bardzo spragnione są ciepła i miłości rodzicielskiej. A serce przecież nie może się mylić. Zabiło mocniej, gdy ujrzeli małego dwuletniego chłopczyka. Przestraszyli się, bo ciało malca całe było pokryte igłami – chłopiec jeż. Jakże trudna i kolczasta z początku była ta miłość,. Kłująca i bolesna, ale szczera i ciepła. Nic dziwnego, że kolce zaczęły powoli odpadać i zniknęły całkowicie, gdy po wielu miesiącach wspólnego poznawania się, oswajania, chłopczyk zawołał magiczne słowo, o którym marzy każda z nas.

Jakże wzruszająca jest metafora odlotu na końcu – dziecko nie jest naszą własnością. Wychowujemy je dla świata i pewnego dnia rozpostrze ramiona, zamacha nimi jak skrzydłami i wzbije się w powietrze. Pomacha do nich (rodziców) z daleka i odleci. A oni będą patrzeć i będzie im smutno, że odlatuje, ale będą też rozumieli, że tak musi być.

Jeż to opowieść, która na kilku zaledwie stronach i w prostych słowach przekazuje istotę miłości i więzi pomiędzy rodzicami i dziećmi. Zaledwie kilka zdań zawiera całą mądrość na temat naszej roli w procesie wychowania, a najcenniejszymi rzeczami, które możemy dać dziecku, to – miłość , prawda i wolność. Pojawienie się adoptowanego dziecka domu, to dopiero początek drogi – długiej i wcale nie łatwej. Kiedy minie euforia rodziców, że nareszcie dziecko jest z nimi, trzeba stawić czoła kolejnym problemom, jakie się pojawią.

Jeż to książka cudowna. Nie sposób pisać o niej inaczej. Cudowna – ponieważ w jakiś niewytłumaczalny sposób czyni cuda. Uczy miłości, tolerancji, przyjaźni, uczy akceptować drugiego człowieka. Baśń o dzisiaj – gdy przybywa rozbitych rodzin, gdy tyle jest dzieci w Domach Dziecka. Ponoć autorka napisała ją z myślą o swoim adoptowanym synu. Zapewne będzie nieocenioną pomocą w procesie wychowawczym dzieci odnalezionych przez Nowych Rodziców w Domach Dziecka, pewnie pomoże zrozumieć Nowym Rodzicom, że dzięki ich miłości dziecko - jeż może zgubić kolce już na zawsze. Dla małego czytelnika, to wejście w świat, który może wydać mu się obcy i daleki – jest to wtedy doskonała okazja, by porozmawiać z dziećmi o adopcji. Motyw smutku, poszukiwań, odnalezienia, wspólnego życia, w końcu motyw wielkiej miłości. Współczesna baśń, która może stać się punktem wyjścia do rozmów z naszymi pociechami o radości i szczęściu w domu, w którym słychać dziecięcy gwar,  czasem wrzaski i bójki. Gdy potykamy się o zabawki porozrzucane na podłodze. Książka, dzięki której możemy porozmawiać o rodzinie, o odchodzeniu w wielki i daleki świat, budowaniu nowego gniazda.

Koniecznie trzeba zwrócić na oryginalne ilustracje – posługiwanie się kolorem. Książka z początku jest szara, nijaka – podobnie jak życie rodziców bez dziecka. Dopiero z czasem, gdy dojrzewa w ludziach decyzja o adopcji, ilustracje nabierają barw. Gdy maluch pojawia się w domu – kolorów jest coraz więcej, a kolców coraz mniej. Nie znajdziecie tu lukrowanych i słodkich ilustracji, jakie często zdobią książeczki dla najmłodszych. Stąd moja uwaga - NIE PRZEGAPCIE JEJ! Są bowiem książki, których się nie zapomina, a Jeż na pewno do nich należy.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Media Rodzina