Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: półeczka starszaków

czwartek, 01 lipca 2010
Tatsu Taro. Syn Smoka - Miyoko Matsutani/ il. Piotr Fąfrowicz

O tej książce można by napisać właściwie tak: to wszystko już gdzieś było - i smok, i odważny chłopiec, i czarodziejski biały koń. Jednak gdy dodamy do tego nietypowy klimat Japonii - lasy cedrowe, pola ryżowe, kimona otulające bohaterów opowieści, jaglane dango, hibachi wypełnione po brzegi żarzącym się węglem drzewnym, owoce kaki, sumo, sake, nagle wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru. Syn smoka staje się książką niepowtarzalną, oryginalną, przenoszącą do innej kultury, obcej i nieznanej; w odległe miejsca, skąd, wierzcie mi, moje dziecko za bardzo nie chciało wracać. To pięknie opowiedziana baśń, co jest zasługą nie tylko samej autorki, ale też Zbigniewa Kiersnowskiego, tłumacza, który z wielką starannością spolszczył tekst. To, co rzuca się w oczy, to taka trochę maniera języka z przeszłości.  Kiersnowski zgrabnie wplótł w język współczesny rzadko używane dziś zwroty, formy gramatyczne, trochę trącące myszką, ale niewątpliwie mające wpływ na koloryt tej baśni z zamierzchłych czasów (jeśliś żywa, choćbyś, czekajże, sprytnyś i inne) Nawet, jeśli było to działanie niezamierzone i wyszło ot tak, czyta się przekład wybornie.

Tekst łączy w sobie kilka gatunków. To z pewnością przede wszystkim baśń. Ja doszukałbym się też elementów gatunku określanego mianem Bildungsroman - otóż Tatsu Taro, to na początku opowieści wielki ladaco, lekkoduch, leniuch, godzinami leżący na łące i przekręcający się z jednego boku na drugi. Gdyby nie babcia, opiekunka młodzika, zapracowana, schorowana, pewnie ciężki los spotkałby tego sierotę bez matki. Jednak pewnego dnia Tatsu Taro (oznacza dosłownie :Syn Smoka) dowiaduje się całej prawdy o rodzicielce i wszystko się zmienia. Chłopiec wyrusza w podróż, podczas której dojrzewa, uczy się wielu wartościowych rzeczy, staje się wrażliwy na krzywdę społeczną, umie odróżnić dobro od zła, poznaje smak ciężkiej pracy, a przede wszystkim rozwija w sobie upór w dążeniu do wytyczonego celu – a droga do jego realizacji jest wyboista i pełna zakrętasów – wywijasów. Zauważyłam, że moje dziecko bardzo lubi motyw podróży w książkach dla dzieci – kiedy to wiele się dzieje, a osobowość głównego bohatera nabiera ogłady moralnej, psychologicznej i społecznej.

Dużym walorem tej książki są ilustracje Piotra Fąfrowicza, zupełnie jak odbite pieczęcie drzeworytu. Polski wydawca jest jedynym na świecie, który pokusił się i odważył zaproponować autorce własne ilustracje. Ponoć te oryginalne są w klimacie japońskiego komiksu. Ilustracje polskiego ilustratora są niesamowite i współtworzą aurę tej baśni – niosą w sobie pewną tajemnicę, nie są przeładowane, w chłodnych barwach, budzących dystans. Dwadzieścia ilustracji, po jednej dla każdego rozdziału, opowiada tę historię od początku do końca. To swego rodzaju nierozerwalna całość, przedstawiająca najważniejsze zdarzenia i postacie. Jakoś nie mogę wyobrazić sobie, że ta książka mogłaby wyglądać inaczej i nie dziwię się, że dzieła Fąfrowicza zyskały aprobatę autorki. Grzbiet książki wygląda jak płócienny, zszyty czerwonym sznurkiem. Ciekawym pomysłem był zabieg polegający na zapisie tytułów poszczególnych rozdziałów w kolumnach od góry do dołu – co do złudzenia przypomina pismo japońskie. Dla Tomka odkryciem było to, że diabeł japoński nie ma ogona, smok skrzydeł. Ale ponoć w kulturze japońskiej tak właśnie ma być, tak więc nie dziwimy się już więcej.

Miyoko Matsutani otrzymała Nagrodę im. H.Ch. Andersena.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

środa, 16 czerwca 2010
Szewczyk Dratewka i inne baśnie - Joanna Laskowska/ il. Marta Ostrowska

Chciałabym Wam zaproponować rodzinny piknik baśniowy. Kilka dni temu po pracy zabraliśmy koszyk ze słodkimi rogalikami, sok malinowy, koc i książki i poszliśmy sobie na niedaleką łąkę. Muczały krowy, słychać było wesołe i-ha-ha kuca pana Henia, a my leżeliśmy sobie na trawie i czytaliśmy baśnie. Dobrze smakowały pod chmurką. Świeże powietrze i czytanie do ucha sprawiły, że Mikołaj usnął nam o 17:30 a potem  …lepiej nie pytajcie, o której poszliśmy spać. Stare nowe – tak w skrócie napisałabym o baśniach Joanny Laskowskiej. Baśnie w nowej szacie – napisane na nowo a jednak w kolorze sepii. Wyczuwa się w nich ciągoty w kierunku nadania im pewnego klimatu poprzedniej epoki, poprzez wplatanie archaizmów, wierszyków, piosenek, jednocześnie autorka dba o to, by teksty były jak najbardziej zrozumiałe dla dzieci. Dbałość o język jest widoczna gołym okiem, miło się czyta takie perełki, można też sobie zanucić co nieco, bo bohaterowie baśni od muzyki nie stronią. Izba, kołacz, wrzeciono, cebrzyk i inne. Dzieci poznają stare sprzęty, części garderoby, potrawy, które pojawiają się już tylko w niektórych regionach. A co najważniejsze – jak to w baśniach bywa – ważne jest przesłanie – dobro zawsze zwycięża, człowiek zacny za swe cnoty dostanie nagrodę od losu, a niegodziwy - prztyczka w nos. Wszystko ciekawie zilustrowane przez Martę Ostrowską. Nam te baśnie sprawiły wielką przyjemność. Na naszej półeczce pojawiły się dwie części, które razem zawierają 5 baśni - Córka i córuchna, Tululu/ Szewczyk Dratewka, Po szerokim świecie i Dom. Mamie czytającej spodobała się przede wszystkim baśń o Szewczyku. To jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa.

Słynny Szewczyk Dratewka Janiny Porazińskiej – na tyle utkwił mi w pamięci, że wieczorami, gdy dzieci nie mogły zasnąć (a ja chciałam by wreszcie zasnęły:-), przy zgaszonym świetle snułam opowieść z pamięci. Jak się okazuje ,moja wersja była dość pokręcona, ale dzieciom i tak się podobała. Teraz obowiązuje nowa wersja. Ta Joanny Laskowskiej, o co dbają moje dzieci. I nie ma zmiłuj się, oj nie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Skrzat

poniedziałek, 14 czerwca 2010
O duchu, który się bał - Sanna Toringe/ il. Kristina Digman

Czego lub kogo bałam się, gdy byłam mała? Oczywiście potworów. Był więc potwór okienny. Tak, dobrze pamiętam te dziwne odgłosy w moim pokoju. Potwór okienny okazał się potem zwykłym kornikiem, który uwielbiał właśnie w nocy konsumować stare drewniane okno, przy którym stało moje łóżko – pamiętam do dziś to jego uparte trut-trut-trut i moje wielkie oczy wielkości denka od szklanki. Był i potwór piwniczny, który czaił się w piwnicy naszego wielkiego domu i tylko czyhał na wszystkie dzieci, które schodziły po schodach do tego potwornego miejsca. Z powodu potwora piwnicznego byłam skłonna zrezygnować nawet z kompotu truskawkowego, za którym wprost przepadałam. W końcu – potwór czereśniowy,  nawiedzający nasze drzewo czereśniowe każdego wieczora. W dzień obżerałam się czereśniami do granic możliwości, a wieczorem liście naszej czereśni szumiały złowrogo i nie miałam odwagi zbliżyć się do drzewa. Potwory, duchy, kościotrupy, wampiry. Dzieci boją się różnych strachów, a książka szwedzkich autorek może pomóc oswoić ten strach, może spowodować uśmiech na małej buzi – tak że w końcu maluch tupnie nogą i dzielnie wrzaśnie – Wynocha!!! Bo w kwestii wypędzenia strachów żadne bon – ton nie obowiązuje. Najważniejsze, by się wyniosły i nie wróciły.

Akcja książeczki przebiega na dwóch płaszczyznach – z jednej strony mała Kruszynka nie może spać i boi się. Mama oprowadza ją po całym domu i pokazuje, że przecież żadnych strachów, duchów etc. w domu nie ma – ani pod łóżkiem, ani na strychu, w garderobie, czy w piwnicy. Z drugiej strony same strachy boją się siebie nawzajem i uciekają przed sobą, tak że w końcu nawet jeśli straszydła w domu w istocie były i tak wynoszą się z niego na dobre i mała Kruszynka może spać spokojnie i bezpiecznie. Nagle okazuje się, że duchy są bardzo bojaźliwe, wampirek boi się kościotrupa w garderobie, a kościotrup, z natury samotnik, zgrzyta zębami ze strachu przed potworami. Potwór z kolei boi się … myszki.  I tak ciągle ktoś przed kimś ucieka, czegoś lub kogoś się boi. Trudno nie uśmiechnąć się oglądając ilustracje – nie są straszne, choć ilustrują straszną historię. Są po prostu śmieszne. Pomagają rozładować napięcie, obawy, co też będzie na następnej stronie. Warto zapoznać dziecko z tą książką w naszej obecności. Zbudować ciepłe i wygodne gniazdko obok nas, albo w maminych albo tatowych ramionach. Zwrócić mu uwagę na śmieszne ilustracje, na potwora który jak Stefek Burczymucha ucieka przed maluśką myszką piwniczną, na kościotrupa w bercie. I to jakim? Żółtym! Przyznaję, że trochę z rezerwą podeszłam do tej książki. Tymczasem w naszym przypadku było to niepotrzebne. Jakoś spokojnie przeżywamy okres strachów naszych dzieci. Rzadko kiedy skarżą się, że czegoś się boją. Choć i takie chwile się zdarzają. Kilka tygodni temu mój Tomek obudził się przerażony w nocy i wyznał, ze miał straszny sen – Indianie zaatakowali Polskę! Już wyobrażam sobie, co też działo się w małej głowie. Wracając do książki, moi chłopcy, jak to twardzi faceci, potraktowali strachy po męsku – nie było zmiłuj się przepędzili duchy i potwory z domu Kruszynki, aż się za nimi kurzyło. Ale potem przyszła dziecięca refleksja i współczucie – No i co się z nimi teraz stanie. Oni tak sami w tym lesie….I bądź tu człowieku mądry.


 

Książka poniekąd przewrotna, chyba ewenement na naszym rynku. Ja w każdym razie czegoś podobnego nie spotkałam – już z tego choćby względu cieszę się, że mamy ją w naszym księgozbiorze. Podsumowując – spoko, nie ma się czego bać.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zakamarki

sobota, 08 maja 2010
Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce - Tomasz Szwed/ il. Aneta Krella - Moch

Mam pisać o książce, a zacznę od autora i innej książki. Kilka lat temu wpadła mi w ręce Maniusia Marynia Maria – Marii Stępkowskiej - Szwed. Przepadłam na długie godziny. Wspaniała saga rodzinna, wspomnienia autorki z lat dzieciństwa, młodości – jak się potem okazało - matki Tomasza Szweda, znanego piosenkarza country. Książkę pożyczyłam koleżance, co skończyło się wielkimi błaganiami z jej strony, bym ją odsprzedała dla jej mamy, która zakochała się w tej książce, wówczas już trudno dostępnej na rynku. Książki nie odsprzedałam, ale podarowałam, bo nikt mnie w życiu jeszcze tak bardzo nie prosił o książkę – i zapamiętałam chyba na całe życie, że jakaś lektura może być tak ważna dla kogoś. Prawdę powiedziawszy – wzruszałam się przy książce, a potem wzruszyła mnie starsza jej czytelniczka. Świat, tam przedstawiony już nie istnieje, a znając korzenie autora „Kliniki Małych Zwierząt w Leśnej Górce”, trudno się dziwić, że autor napisał książkę właśnie o zwierzętach i lesie. Tomasz Szwed wrócił do swoich korzeni, bowiem w jego rodzinie dużo uwagi poświęcano uszanowaniu przyrody, która była nieodłącznym elementem ich życia. Zrobił to z humorem, fantazją, stworzył mały świat w wielkim lesie, w którym wszystko kręci się wokół tytułowej kliniki. A zwierzaki są jak nasze pociechy – często chorują, boją się zastrzyków, cierpią na zapalenie oskrzeli, ból zęba, dostają gęsiej skórki, gdy słyszą o zaszywaniu ran, łamią sobie kości podczas huśtania się na sercu dzwonu, boją się zostać w klinice. Niestety - człowiek przedstawiony  został, zresztą zgodnie z prawdą, jako wielki niszczyciel przyrody, jako ktoś, kto wnosi do lasu swoje zwyczaje, zostawia śmieci i bardzo niebezpieczną dla zwierząt gumę do życia. Dzięki historyjkom leśnym dzieci poznają zwyczaje różnych zwierząt, zasady, jak należy zachowywać się w lesie. Książka uczy empatii -  maluchy dowiadują się, że zwierzę również może zachorować, może cierpieć, jest smutne z tego powodu i że trzeba mu w takich przypadkach pomóc. Porusza temat porzucanych zwierząt, a przede wszystkim zwraca uwagę na to, że las tętni swoim życiem, ma serce, jest domem wielu istot. Bohaterowie tych opowieści mają nasze ludzkie cechy – jedne marudzą, narzekają, inne są optymistycznie nastawione do świata. Jedne są szczere, inne kombinują. Wypisz wymaluj, my. Nam książka pomogła przebrnąć przez długą chorobę – fajnie było zatopić się w przytulnych poduchach i przenieść się choć w wyobraźni do zielonego i przyjaznego lasu, w którym, podobnie jak teraz, po długiej zimie obudziło się życie. Nawet zastrzyki nie były nam takie straszne – tematyka pomogła oswoić strach przed lekarzami i licznymi zabiegami.  Bardzo ciepła opowieść, która zwraca uwagę maluczkich na naszych mniejszych braci.

Książka kolorowa, ciekawie zilustrowana przez Anetę Krellę – Moch, która potrafiła uchwycić to coś w opowieściach – ilustracje współgrają z tekstem, odzwierciedlają wesołość naszych bohaterów, smutek, cierpienie. Wydawnictwo przygotowało tekst z dużą czcionką, co na pewno zachęci dzieci do samodzielnego zmierzenia się z tekstem.

Wiek 5+

Wydawnictwo BIS

czwartek, 29 kwietnia 2010
Jeż - Katarzyna Kotowska

 

Pomyślałam o tej książce podczas wieczornych Wiadomości. Przypomniałam sobie historię tej pewnej miłości, gdy zobaczyłam wstrząsający reportaż o rocznym chłopcu , którego matka porzuciła w miejskim parku. Patrzyłam w szklany ekran i zastanawiałam się, oburzona, jak to możliwe, że dzieje się coś takiego. Bo kiedy zaczynają pojawiać się wątpliwości i pytania typu: W jakim my żyjemy świecie? Dlaczego ? to opowieść Katarzyny Kotowskiej, sprawia, że powraca wiara w ludzi, że po strasznej burzy wschodzi znów słońce. To książka, która zmienia wszystkich w złoto. Może tylko na chwilę, ułamek sekundy, może już na zawsze. Czy tego chcą, czy nie chcą. Samoistnie. Niezależnie od ich woli. Bo nie wierzę, by ta historia nie poruszyła serca i myśli. Być może nie zmieni świata, ale stanowi niewątpliwie jedną z wielu milionów cegiełek, przy pomocy których możemy zbudować coś pięknego i wartościowego.

Temat rzadki w literaturze – adopcja. Historia rodziców, którzy nie mogą mieć dziecka. Choć nie, to nie tak. Kobieta i Mężczyzna są przekonani, że ich dziecko urodziło się innym rodzicom. Trzeba je tylko odnaleźć. Po długich wahaniach, trudnościach, Kobieta i Mężczyzna zjawiają się w Domu Dziecka. Patrzą sercem na wszystkie maluchy, które tak bardzo spragnione są ciepła i miłości rodzicielskiej. A serce przecież nie może się mylić. Zabiło mocniej, gdy ujrzeli małego dwuletniego chłopczyka. Przestraszyli się, bo ciało malca całe było pokryte igłami – chłopiec jeż. Jakże trudna i kolczasta z początku była ta miłość,. Kłująca i bolesna, ale szczera i ciepła. Nic dziwnego, że kolce zaczęły powoli odpadać i zniknęły całkowicie, gdy po wielu miesiącach wspólnego poznawania się, oswajania, chłopczyk zawołał magiczne słowo, o którym marzy każda z nas.

Jakże wzruszająca jest metafora odlotu na końcu – dziecko nie jest naszą własnością. Wychowujemy je dla świata i pewnego dnia rozpostrze ramiona, zamacha nimi jak skrzydłami i wzbije się w powietrze. Pomacha do nich (rodziców) z daleka i odleci. A oni będą patrzeć i będzie im smutno, że odlatuje, ale będą też rozumieli, że tak musi być.

Jeż to opowieść, która na kilku zaledwie stronach i w prostych słowach przekazuje istotę miłości i więzi pomiędzy rodzicami i dziećmi. Zaledwie kilka zdań zawiera całą mądrość na temat naszej roli w procesie wychowania, a najcenniejszymi rzeczami, które możemy dać dziecku, to – miłość , prawda i wolność. Pojawienie się adoptowanego dziecka domu, to dopiero początek drogi – długiej i wcale nie łatwej. Kiedy minie euforia rodziców, że nareszcie dziecko jest z nimi, trzeba stawić czoła kolejnym problemom, jakie się pojawią.

Jeż to książka cudowna. Nie sposób pisać o niej inaczej. Cudowna – ponieważ w jakiś niewytłumaczalny sposób czyni cuda. Uczy miłości, tolerancji, przyjaźni, uczy akceptować drugiego człowieka. Baśń o dzisiaj – gdy przybywa rozbitych rodzin, gdy tyle jest dzieci w Domach Dziecka. Ponoć autorka napisała ją z myślą o swoim adoptowanym synu. Zapewne będzie nieocenioną pomocą w procesie wychowawczym dzieci odnalezionych przez Nowych Rodziców w Domach Dziecka, pewnie pomoże zrozumieć Nowym Rodzicom, że dzięki ich miłości dziecko - jeż może zgubić kolce już na zawsze. Dla małego czytelnika, to wejście w świat, który może wydać mu się obcy i daleki – jest to wtedy doskonała okazja, by porozmawiać z dziećmi o adopcji. Motyw smutku, poszukiwań, odnalezienia, wspólnego życia, w końcu motyw wielkiej miłości. Współczesna baśń, która może stać się punktem wyjścia do rozmów z naszymi pociechami o radości i szczęściu w domu, w którym słychać dziecięcy gwar,  czasem wrzaski i bójki. Gdy potykamy się o zabawki porozrzucane na podłodze. Książka, dzięki której możemy porozmawiać o rodzinie, o odchodzeniu w wielki i daleki świat, budowaniu nowego gniazda.

Koniecznie trzeba zwrócić na oryginalne ilustracje – posługiwanie się kolorem. Książka z początku jest szara, nijaka – podobnie jak życie rodziców bez dziecka. Dopiero z czasem, gdy dojrzewa w ludziach decyzja o adopcji, ilustracje nabierają barw. Gdy maluch pojawia się w domu – kolorów jest coraz więcej, a kolców coraz mniej. Nie znajdziecie tu lukrowanych i słodkich ilustracji, jakie często zdobią książeczki dla najmłodszych. Stąd moja uwaga - NIE PRZEGAPCIE JEJ! Są bowiem książki, których się nie zapomina, a Jeż na pewno do nich należy.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Media Rodzina


wtorek, 27 kwietnia 2010
Jak dwie krople wody - Vanessa Simon - Catelin/ il. Francois Soutif

Romeo i Julia dla najmłodszych? Trochę tak, a trochę nie. Może nie wszystkim kojarzy się ta historia od razu z dziełem Szekspira, ale mnie naszła właśnie taka myśl. Tyle, że zamiast dwóch zwaśnionych rodów są dwie krainy –Tu i Tam. Mieszkańcy tych krain – żółtej i niebieskiej nienawidzą się, opowiadają o sobie takie rzeczy, że głowa boli i strach tego słuchać. Obgadują się, kłócą, paplają, straszą pociechy, bajdurzą o potworach – oczywiście żółtych i niebieskich. I gdy tyrada trwa w najlepsze, do akcji wkraczają dzieci, które jak to zwykle bywa, wolne są od stereotypów, uprzedzeń, w nosie mają gadanie rodziców i robią to, na co mają akurat ochotę. Niebieski Julek z Tu daje buziaka żółtej Nince z Tam i obydwoje zielenieją … od tej miłości, czego ukryć się nie daje. Wybucha wojna i w chwili starcia dwóch gigantów, okazuje się, że w obydwu przywódcach płynie taka sama czerwona krew.

Świetna opowieść o naturze ludzkiej – o świecie, w którym nie ma miejsca na tolerancję. Inny znaczy przecież gorszy, niebezpieczny, groźny, gorzej wykształcony, głupszy. Inny zabiera przecież pracę, przynosi ze sobą choroby. Przecież słychać od czasu do czasu podobne hasła w bardzo poważnych mediach. Kraina Tu tylko dla Tu-mieszkanców. Kraina Tam tylko dla Tam-mieszkańców.  Książka pokazuje dziecku, że może być inaczej, że można żyć w pokoju, bez wojen i wzajemnej wrogości. Ciekawiej jest, gdy się wszystko miesza – tylko żółty, albo tylko niebieski? Nieeee, nuuuuda. Wymieszać to wszystko, dodać zielonego – od razu robi się weselej, lepiej, ładniej. Podobnie jest w życiu. Trzeba dać sobie i innym szansę, na mieszkanie nie obok siebie, ale razem z sobą. Bardzo mądra i pouczająca ksiązka – nie tylko dla najmłodszych, którzy i tak najczęściej patrzą sercem.  I jeszcze jedna ważna nauka – miłość, przezwycięży wszystko, o czym już od dawna wiadomo. I jest happy end, czego u Szekspira niestety nie ma.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo EneDueRabe

niedziela, 25 kwietnia 2010
Podręczny Nieporadnik. Grzebień - Wojciech Widłak/ il. Paweł Pawlak

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa  - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie (tytuł Najpiękniejszej Książki Roku 2009). Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki. Żadnych innych wniosków nie wyciągnę, bo cytując klasyków: wnioski wyciągnięte grzebieniem są doprawdy żałosne.

Mnie cieszy jeszcze to, że Czerwony Konik, niewielka oficyna wydawnicza z Krakowa, tak nam się rozbrykała, że aż iskry spod kopyt lecą. Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy…

Dla nas to KSIĄŻKA KWIETNIA!

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Może służyć do zrobienia fantazyjnego wzorku na kanapce z masłem, co też już przeżyliśmy w naszym domu. I do zamieszania cukru w herbacie wiśniowej – o zzzzgrozzzzo. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie. Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki… pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa

niedziela, 18 kwietnia 2010
Ja w obronie Karolci

Przeczytałam ostatnio krzywdząca opinię o "Karolci", którą czytelnik podsumował jako – „Oddech socrealizmu”. Wypożyczyłam z biblioteki dla Tomka, bo sama byłam ciekawa,  jaki będzie jej odbiór po latach, książki, która była jednym z moich ciepłych wspomnień z dzieciństwa.

Książeczka słaba. Język z minionej epoki. – czytam w krótkiej recenzji. Jeśli rozejrzymy się po dzisiejszym rynku wydawniczym i ofercie pełnej wrażeń już dla najmłodszych, pewnie sami dojdziemy do takiej konkluzji, że książka jest z minionej epoki. Wszystko w niej toczy się swoim rytmem, nie ma tu nagłych zwrotów akcji, pościgów. Jest jakaś czarownica – Filomena, ale wcale nie groźna, która chce odebrać kredkę i koralik Karolci i Piotrkowi. Myślę, że to co dzieje się w tej książce – zaspokoi ciekawość i potrzeby najmłodszych. Przynajmniej w przypadku Tomka tak właśnie było. Pięciolatek domagał się dalszego ciągu, język był zrozumiały, a fabuła bardzo go zaciekawiła. Myślę, że wielkim atutem tej książki jest to, że jest …staroświecka. Czasem, gdy czytam dzieciom nowości, myślę sobie, że autor musiał nieźle nagłowić się, by wymyślić to wszystko. A dzieciom naprawdę potrzeba do szczęścia tak niewiele …

 

 

Miejscami zachęca dzieci do zemsty czy wychodzenia przez okno. – czytam dalej. Nie wiem, czy mówimy o tej samej książce. Pluk z wieżyczki też wyłaził przez okno, a autorka dostała Małego Nobla i jest uznawana za jedną z najlepszych autorek literatury dziecięcej. Gdy patrzę na wybryki Karolci i Piotrka to zwykła dziecinada, w porównaniu z tym, co można spotkać w innych książkach dla dzieci. A pamiętacie jak Dzieci z Bullerbyn w Dzień Dziecka spuściły malutką Kerstin przez okno? I napisała o tym Astrid Lindgren. Ta Astrid Lindgren, gwoli ścisłości. Gdyby dzieci miały robić to, o czym czyta im się w książkach, świat byłby zdecydowanie gorszy, niż jest w rzeczywistości. Może wystarczy dziecku wytłumaczyć, czym mogą skończyć się głupie wybryki….

 

(…)Dla ośmiolatków, rówieśników bohaterki - nudne. – skoro ośmiolatkowi się nudzą, to przeczytajmy to pięciolatkom. Tomkowi baaaaardzo się podobało. Pewnie dlatego, że nie jest jeszcze skażony nadmiarem emocji i wrażeń, jakie często wywołują książki dla starszych dzieci. Jeśli ktoś jest po lekturze Harrego, to trudno, by zainteresowała go Karolcia i jej rysowanina zaczarowaną kredką.

 

Dla trochę młodszych - niebezpieczne. Dzieci skłonne są do naśladowania – patrz wyżej.

 

Stale czuć nutę socrealizmu w tym tekście – jest kilka rzeczy, które wskazują na poprzednią epokę, ale bez przesady. Taka była wówczas rzeczywistość i trzeba z tym się pogodzić. Dziecko zrobi wielkie oczy, że była milicja a nie policja, że nie było komórek, a mama Piotrka marzy o telewizorze i lodówce.

 

Nie polecam. Szkoda czasu – a ja polecam, bo byłam świadkiem reakcji mojego dziecka. I jego marzeń – co by narysowało, gdyby miało taką kredkę.

 

Recenzja, z którą się nie zgadzam – jest tutaj.

Na rynku ukazało się wydanie, w którym są dwie części przygód Karolci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Siedmioróg


sobota, 17 kwietnia 2010
Jaś i Małgosia - Bracia Grimm/ il. Aleksandra Kucharska - Cybuch

Oczywiście, że jestem mamą, która kiedyś łagodziła bajki, słodziła je, lukrowała olbrzymią porcją lepkiej pomady, dekorowała marcepanem we wszystkich kolorach tęczy i dla jeszcze większej osłody – garnirowała pełnomleczną polewą czekoladową. Do czasu. Kiedyś posłodziłam Jasia i Małgosię i kazałam rodzeństwu uciec z piernikowej chatki nie robiąc Wiedźmie krzywdy. Ot, starowinka pośliznęła się na sosnowej podłodze, a dzieci tymczasem wykorzystały to i szur szur, już ich nie było. Kiedy padły słowa: Jaś i Małgosia wróciły do kochającego ojca, moje starsze dziecko zawołało – A Bauchę Jaguchę wilki zjadły! Pomyślałam i stwierdziłam, faktycznie, za takie coś – musiała być kara i to porządna i dziecko samo ją wymierzyło, jak nie piec to wilk. Zaczęłem szukać mądrych wypowiedzi i znalazłam kilka takich, które całkowicie umiały zdefiniować zachowanie mojego syna. No a ja dostałam po uszach. Tak więc od dłuższego już czasu nie prostujemy Grimmów – co miało być, to jest. W jednym z ostatnich numerów Rzeczpospolitej znalazłam potwierdzenie tego, co tu napisałam. Prof. Grzegorz Leszczyński kierownik Pracowni Badań nad Literaturą Dziecięcą i Młodzieżową w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zapytany o przerabianie Baśni Grimmów na łagodniejsze wersję w imię dobra dziecka, odpowiedział:

Kaleczy się w ten sposób jednak nie tylko literaturę, ale i dziecko. Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane. Nie możemy więc wolno puścić wilka i zaprzyjaźniać się z nim, bo postanowił zostać jaroszem, choć przedtem zjadł Czerwonego Kapturka i babcię. To wbrew baśniowej logice. Przy takiej wersji wydarzeń młody czytelnik nigdy nie zrozumie toposu wilka, nie pozna ważnego kodu kulturowego. Wilk jest uosobieniem zła, podobnie jak Baba Jaga.

Uważam, że tak jak nie należy chronić dziecka przed przerażającą bądź dziwną ilustracją (bo i taką powinno oglądać, by dobrze rozwijała się jego wrażliwość i wyobraźnia) – tak też nie powinno się chronić go przed okrucieństwem zawartym w baśniach. Pokazywanie tylko dobra i piękna to pozbawianie dzieci tej drugiej części świata. To tak jakby próbować wmawiać im, że doba nie ma nocy, a w roku są tylko dni pogodne. Potem te dzieci w wieku nastoletnim są przerażone światem, złem i są kompletnie nieprzystosowane do życia. Mało tego, zaobserwowałem coś takiego jak efekt czytelniczego wahadła u dzieci.

Co to znaczy?

Jeśli w dzieciństwie karmione były łagodną literaturą, to potem tym chętniej sięgają tylko po powieści grozy, horrory i science fiction. Dzieci i młodzież chcą od książki wrażeń i emocji. Jeśli ich tam nie znajdą, odrzucą książkę, zadowolą się pełnymi emocji filmami i grami komputerowymi. Ale tam nie ma tej mapy, którą dają baśnie uczące odróżniania dobra od zła, a przyjaciela od wroga. Tylko baśń, zawarte w niej symbole, archetypy, jej ogromna, przez pokolenia sprawdzona mądrość, daje człowiekowi ten wewnętrzny kompas pomagający później w poruszaniu się po emocjonalnym świecie.

Całość tutaj - Tak, straszmy dzieci baśniami.

Ja dokładam artykuł ów do Teczki Mamy zatytułowanej - Rzeczy Ważne, gdzie zajmie miejsce obok ciekawych i równie ważnych publikacji, do których przeczytania również zachęcam:

Strasznie być musi – (Czy cenzurować baśnie?) Małgorzata Strzałkowska

Trudne bajki – Anna Brzezińska (Ucieczkę od poważniejszej tematyki i infantylizację książki dziecięcej widać bardzo wyraźnie na półkach księgarskich. Dotyczy to zarówno narracji, jak i obrazu)

 

Krwawy kapturek – Piotr Sarzyński (Klasyczne historie przerabia się dziś brutalnie i bezwzględnie, byle podobały się odbiorcom. Na przykład opowieść o Tristanie i Izoldzie kończy się happy endem, a „Czerwony Kapturek” huczną balangą)

 

Dlatego też piszę ciepło o książce Jaś i Małgosia, jaka ukazała się niedawno. Któż nie zna tej baśni? Tak jak przed prawie 200 laty napisali bracia – jest zła macocha, jest ojciec, któremu serce się kraje, gdy wyprowadza dzieci do lasu, jest wiedźma, która ląduje w piecu. Tomek nijak nie może zrozumieć zachowania ojca – w końcu sam stwierdza, że ta macocha też musiała być wiedźmą, która go zaczarowała. Wszyscy przyjmujemy tę interpretację z zadowoleniem. Atutem nowego wydania są: uwspółcześnione tłumaczenie Elizy Pieciul- Karmińskiej i ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch. Obie panie sprawiły, że książka ma klimat – wcale nie taki straszny, jakby należało oczekiwać. Ilustratorka bardzo ciepło potraktowała Babę Jagę – właściwie bardziej budzi ona współczucie niż strach. Ślepa, z widocznymi brakami w uzębieniu  - to postać groteskowa, karykatura. I ten czepek Cioci-Kloci. W baśni nie pada słowo – Baba Jaga. Są za to:  wiedźma, staruszka, starowinka, stara, stara kobieta. Współczesny język bardziej jest przekonujący do naszych dzieci, łatwiej zrozumiały. Na końcu książki znajdziecie płytę CD, na której o Jasiu i Małgosi czyta Jerzy Stuhr. Czyż trzeba lepszej rekomendacji?

Wiek 5+

O Baśniach Grimmów pisałam

Tutaj

O nowym tłumaczeniu możecie przeczytać tutaj – wywiad z Elizą Pieciul – Karmińską

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Wielka księga detektywa Pozytywki - Grzegorz Kasdepke / il. Piotr Rychel

Dla mnie ważne jest pierwsze wrażenie, a postać z okładki od razu nam się spodobała. Taka przyjemna gęba chłopa do rany przyłóż, uśmiechnięta, z filuternym spojrzeniem, typ wiecznie młody, zaprzyjaźniony ze wszystkimi (z małymi wyjątkami), wczorajszo – modny i elegancki. Grzegorz Kasdepke stworzył swojego bohatera literami, a Piotr Rychel ołówkiem. Po lekturze tej książki jakoś nie mogę sobie wyobrazić innego detektywa. Sympatyczna postać sprawia, że obok okładki nie można przejść obojętnie, czego doświadczyła moja siostra, nabywając wszystkie części dla swoich dziewczyn - stwierdziła, że była pod takim urokiem pana z okładki, że nie mogła postąpić inaczej. Ale to tak tylko tytułem wstępu, bo nie tylko okładka zapowiada coś apetycznego, ale i cała książka. Przede wszystkim to Wielka księga, czyli zbiór trzech książek o detektywie: Detektyw Pozytywka, Nowe kłopoty detektywa Pozytywki oraz Pamiątki detektywa Pozytywki. Główny bohater to postać bardzo kolorowa, charakterystyczna, pogodna – zabawne indywiduum, które zbyt wiele do szczęścia nie potrzebuje. Bo też jego biuro detektywistyczne „Różowe okulary” malutkie jest, bez żadnych wygód, sam właściciel żadnej broni oprócz kaktusa nie posiada, klientów zresztą też jak na lekarstwo, no chyba że wspomnimy dzieci, które chętnie pukają do gościnnych drzwi miłego sąsiada z góry, a po wyjaśnieniu zagadki płacą albo szczerym uśmiechem albo garścią cukierków. No i jak tu  wyżyć? W dodatku konkurencja nie śpi, detektyw Martwiak – czarny charakter tej historii, właściciel agencji Czarnowidz nie zawsze działa fair play. Nie są to książki sensacyjne, raczej komedia zdemaskowanych przez Pozytywkę językowych omyłek i lapsusów.  (Joanna Olech – Tygodnik Powszechny) Zagadki wyjaśniane przez detektywa dotyczą najbłahszych spraw dnia codziennego. Pozytywka szuka zgubionych skarpetek, piasku z piaskownicy, szuka chuliganów, którzy dokonali spustoszenia na balkonie sąsiadki, przebili dmuchaną piłkę, zniszczyli latawiec. Czyli innymi słowy mówiąc – spraw dotykających bezpośrednio dzieci, spraw dla nich ważnych. Co ciekawe – każdy rozdział kończy się zagadką dla małego czytelnika. Wystarczy pomyśleć i dziecko może znaleźć samodzielnie odpowiedź na pytanie. Ja mojemu pięciolatkowi musiałam kilka zagadnień tłumaczyć, ponieważ niektóre z nich dotykały zagadnień z fizyki, chemii, polegały na grze słów. Co ciekawe, można z dziećmi świetnie ćwiczyć logiczne myślenie – nic nie dzieje się bez przyczyny, na wszystko można znaleźć radę i odpowiedź. Smaczku dodaje tutaj postać wspomnianego już Martwiaka. Czarny charakter w takich opowieściach sprawia, że wszystko jest bardziej pikantne. Martwiak przewija się często przez karty książki, a maluchy z napięciem śledzą, jak skończy się ten pojedynek podwórkowego muszkietera z nieprzyjemnym przeciwnikiem.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia