|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: Półeczka dla dzieci 10+
piątek, 18 maja 2012
Uwaga! Czarny parasol! - Adam Bahdaj
Najpierw był Kapelusz za sto tysięcy. Potem Uwaga! Czarny parasol! Pamiętam jak z wypiekami na dziecięcej buzi wieki temu czytałam tę książkę. Powieści Bahdaja w przeważającej części to klasyka kryminału dla dzieci. Fantastyczne książki. Myślę, że mimo upływu czasu, znajdą sporo wielbicieli w kolejnym pokoleniu. Bo tak jak główny bohater: tutaj tajemniczy czarny parasol - solidny, przedwojenny, ciężki, angielski ze srebrną rączką, i one są już trochę staroświeckie. Trącą myszką. Bo czy kto widział, żeby oburzać się, jak nauczycielka angielskiego – pani Baumanowa, na słowo facet? To dopiero nic – a jak zmieniła się rzeczywistość. Bo Kubuś – chłopiec przecież, kupował piwo dla dziadka Kufla. On i jego przyjaciółka Hipcia łażą, baaaaaaaaa- włóczą się całymi dniami po Warszawie? Aż mnie ciarki po plecach przeszły, jak sobie pomyślałam, że gdyby tak moje dzieci…. Ciekawa intryga, para młodziutkich detektywów – Kubuś i Hipcia, humor, cała plejada podejrzanych typków spod ciemnej gwiazdy, mnóstwo przygód, tajemnica, nerwówka do ostatnich stron. W tle – świat, którego już nie ma – peerelowska rzeczywistość. Fantastyczna okładka. Bardzo lubię ilustracje Olgi Reszelskiej – szkoda, że brak dalszego ciągu w środku. Uwaga! Czarny parasol! - miał swoją premierę w …1963 roku. Nadal trzyma się świetnie:)
Wiek 10+ Wydawnictwo Literatura
niedziela, 18 marca 2012
Krabat - Otfried Preußler / il. Katarzyna Bajerowicz
Niesamowita książka. Zdecydowanie dla starszych czytelników – bo ponura – i to bardzo. Czasem niewiele się dzieje, ale Preußler pisze tak, że aż dreszcze przechodzą po plecach. Krabat powstał wtedy, gdy w telewizji i kinie nie królowały jeszcze filmy akcji i grozy, na długo przed Harrym Potterem. Nie ma tu jakichś zaskakujących zwrotów akcji, czy nawału wydarzeń, które królują w kultowej dla wielu współczesnych opowieści o czarodzieju z Hoghwartu. Preußler powoli snuje swoją historię – wraz z bohaterem dojrzewamy do niej, rozwijamy się, wchodzimy w tę książkę. Sprzyja temu niesamowity klimat – przede wszystkim miejsce, stary młyn w odosobnionym miejscu, tajemnicza postać Młynarza – Mistrza Czarnoksiężnika, liczne znaki zapytania, na które Krabat szuka odpowiedzi. To też skrzypiące schody, drzwi, pomieszczenia, gdzie z trudem przebija się światło dzienne, grobowa cisza, miarowe zgrzyty łańcuchów i zębatek, szum wody napędzającej koło młyńskie, w końcu dający się i nam we znaki uczuciowy chłód, wrogość, na szczęście ogrzane przyjaźnią i miłością. Ni to bajka, ni legenda, ni przygoda. Preußler nie wymyślił Krabata – ten pojawił się dużo wcześniej w przekazie ustnym i w literaturze. Tutaj jako czternastoletni chłopiec sierota, utrzymuje się z żebraniny. Jest wiek XVII – czasy Augusta Mocnego, na Łużycach tuż za naszą zachodnią granicą. Krabat wędruje z kolegami po okolicy. Czasy są ciężkie – zima, srogi mróz. Pewnej nocy chłopiec ma dziwny sen. Jedenaście kruków siedzi na gałęzi, pomiędzy nimi jedno miejsce jest wolne. Jakiś głos przekonuje go, że powinien udać się do młyna na Koźlim Brodzie. Z wyciągniętymi do przodu rękoma posuwał się po omacku dalej. Światło, jak się przekonał, podchodząc bliżej, sączyło się przez szczelinę w drzwiach zamykających korytarz w głębi. Gnany ciekawością podszedł, skradając się na palcach, do szczeliny i spojrzał na nią. Wzrok jego wniknął do ciemnej izby, oświetlonej blaskiem tylko jednej jedynej świecy. Świeca była czerwona, przylepiona do trupiej czaszki leżącej na stole, który zajmował środek izby.Za stołem siedział okazale wyglądający, ciemno ubrany mężczyzna o bardzo bladej twarzy, jakby pobielonej wapnem. Czarna przepaska przesłaniała mu lewe oko. Przed nim na stole, leżała gruba, oprawna w skórę, zawieszona na żelaznym łańcuchu księga, którą czytał. To ważny moment w książce – od tego czasu wszystko się zmieni w życiu chłopca. Zgodzi się na naukę we młynie, miejscu, które stanie się jego więzieniem, przekleństwem, ale zarazem i … wybawieniem. Krabat w ciągu trzech lat pobytu we młynie dojrzewa, mężnieje. W końcu młyński rok liczy się potrójnie. Ciągle ociera się o śmierć – kiedy pokona lęk przed nią, świat stanie przed nim otworem. Ale do tego prowadzi długa droga. Poznaje tajemniczy młyn, w którym na dobre rozpanoszyła się śmierć. Każdy chce jej umknąć – i Młynarz, który w tym celu podpisał pakt z diabłem i dwunastu czeladników, z których jeden co roku poświęcany jest w ofierze. Życie we młynie to życie w ciągłym strachu – właśnie przed śmiercią. A trzeba przyznać – podły to los. Zmieni się, gdy Krabat pozna jak wielką wartością jest …miłość. Kantorka – dziewczyna z pobliskiej wioski, dla chłopaka gotowa jest poświęcić życie. Uda się do młyna – a Krabat po raz pierwszy bardziej troszczy się i boi o kogoś innego, a przecież do tej pory drżał tylko i wyłącznie o swoje życie. Miłość zwycięża i dobro bierze górę nad złem. Specjalnie czekałam z tą książką na wiosnę – bo dużo w niej symboliki z Wielkanocy. Nadzieja na nowe życie, wiara w Zmartwychwstanie, ofiara; człowieczeństwo, które wraz z Kantorką pojawia się w strasznym młynie. Autor sięgnął do starych łużyckich zwyczajów – nie wiem, czy są prawdziwe, ale uczynił ze swej strony wiele, bym w nie uwierzyła. Do tego ilustracje Katarzyny Bajerowicz, którą podglądam na blogu. Zresztą popatrzcie na okładkę - czyż nie piękna. Na pewno zapowiada się niesamowita historia. Jak wyznała ich autorka były dwie wersje tych ilustracji – całe czarne – jak w książce i kolorowe, ale też z przewagą czerni. Wiek 12+ Wydawnictwo Bona
sobota, 17 marca 2012
My na wyspie Saltkrakan - Astrid Lindgren/ il. Ilon Wikland
Pamiętacie po lekturze Dzieci z Bullerbyn to dziwne uczucie, że coś się skończyło bezpowrotnie? Owszem, można wracać do tej książki – dla wielu najukochańszej lektury dzieciństwa, jeśli nie samemu to z dziećmi. Jeśli ktoś szuka czegoś w zamian, jakiegoś dalszego ciągu – to pewnie chętnie zajrzy do powieści My na wyspie Saltrakan. Choć o jakim ja dalszym ciągu piszę? To przecież zupełnie inna książka. Ale ma w sobie coś, co mi ciągle przypomina tę małą wioskę z trzema Zagrodami. Zresztą, jak się okazuje – właśnie Saltkrakan dla wielu jest książką kultową. Nie Bullerbyn, ale właśnie ta - o wakacjach na malutkiej szwedzkiej wyspie. Kiedy jakiś czas temu byłam na konferencji wyjazdowej, pokój dzieliłam z jedną z koleżanek. Szybko znalazłyśmy temat do rozmów – jeśli ktoś lubi książki – to w końcu wszystkie drogi i tak do nich prowadzą. Książka dzieciństwa? Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? Zdecydowanie. Bez zawahania. To oczywiście stary tytuł tej powieści. Pewnego dnia na malutką wyspę przybywa sztokholmska rodzina Melkersonów – tata z czwórką dzieci – z córką Malin, i synami: Johanem, Niklasem i Pellem. 19-letnia Malin matkuje braciom – gdyż ich mama nie żyje, a najmłodszy ma dopiero 7 lat. I tak się zaczyna wakacyjna przygoda. Tato wynajął stary dom – Zagrodę Stolarza (znów ta zagroda), w którym brakuje szyb, kapie z dachu, ciężko rozpalić ogień w piecu, a wodę trzeba nosić ze studni. Dla miastowych to niezłe wyzwanie – ale wszystko przyjmują ze zrozumieniem i z wielkim optymizmem. Szybko zaprzyjaźniają się z mieszkańcami wysepki – a tych jest naprawdę niewielu. Znajdują tu przyjaciół, miłość, dobrych znajomych. Przede wszystkim obcują z przyrodą, uczą się jej. W mieście toczy się zupełnie inne życie. Tutaj trzeba obserwować niebo, pogodę, uważać na mgły, skały, nawet żaby. Książka raz dowcipna, raz smutna. Czasem trzeba łapać za chusteczkę. Niespieszna narracja, opisy przyrody, które sprawiają, że chciałoby się tam zaraz pojechać, zobaczyć. Saltkrakan nie znajdziecie na mapie. Ale jak to często bywało w książkach Astrid Lindgren – miała swój odpowiednik w rzeczywistości. To wysepka Furusund. Nazwa Saltkrakan to nazwa starego gospodarstwa z Vimmerby. Astrid Lindgren kocha Furusund (dosł. Sosnowa Cieśnina) bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej. Czerwony drewniany dom z białymi narożnikami, oszkloną werandą, balkonem wychodzącym na zatokę i pomost przy własnym brzegu nazywa „swym domem radości”. Przez ponad sześćdziesiąt lat ów stary domek do pobierania cła, Stenhällen, jest jej urlopowym rajem, miejscem pracy, oddechu. Tutaj bawi się z dziećmi, wnukami i prawnukami, pisze, kąpie się, spaceruje, odpoczywa. Portrety Astrid Lindgren – Johan Erséus, wyd. Nasza Księgarnia , 2007, str. 118)
Wysepka, na którą bardzo późno dotarła cywilizacja. Podobny klimat znajdziecie na Saltkrakan. Nie ma tu bieżącej wody, telewizorów, telefonów komórkowych, komputerów. No tak – kiedy powstała ta powieść (1964) i tak nie było tych wszystkich gadżetów, bez których nie możemy sobie dzisiaj wyobrazić codzienności. Mimo wszystko - to wielka afirmacja bardzo prostego życia, bez wygód, zabieraczy czasu. To radość z prostych rzeczy. Na owe czasy wyprawa ze Sztokholmu w taką dzicz – też była nie lada wyczynem. Beztroskie dzieciństwo – zabawy na świeżym powietrzu, wspinanie się po drzewach, wyprawy łódką, zaglądanie do każdej dziury. Ale też troski dnia codziennego – które tata pisarz – człowiek o artystycznej duszy, stara się rozwiązywać w miarę swoich możliwości. A wszystkich ciekawskich – dlaczego wydanie polskie najpierw nosiło tak dziwaczny tytuł – zapraszam oczywiście do lektury. Rozwiązanie w środku.
Wiek 9+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 19 lutego 2012
Wilczek - Sterling North/ il. Stanisław Rozwadowski
Wilczek Sterlinga North’a przenosi nas w lata siedemdziesiąte XIX wieku do południowego Wiscoisinu w USA. To właśnie tam przed laty osiedlili się dziadkowie małego Robbiego. Przybyli w latach czterdziestych na przeciekającej skorupie z Anglii w poszukiwaniu lepszego życia – podobnie zresztą jak wielu osadników z Niemiec, Szwecji czy Holandii. Wśród nich był sam Thure Ludwig Theodore Kumlien (1819-1888) – absolwent Uniwersytetu Królewskiego, botanik i ornitolog. W życiu prywatnym sąsiad – Robbiego i jego rodziców. To właśnie on zaszczepił małemu miłość do przyrody, nauczył nazw roślin i zwierząt, również łacińskich, opowiadał chłopcu o zwyczajach mieszkańców dziewiczych puszcz, polan i prerii, okolicznych jezior i rzek. W tej książce aż kipi od przyrody – autor w 1969 roku otrzymał za nią nagrodę za najlepszą książkę o zwierzętach. Dwunastoletni Robbie wie co to znaczy trudne życie. Razem z rodzicami ciężko pracuje na farmie – oporządza zwierzęta, pomaga przy orce, zbiorach. Czasem gdy pracuje, zapomina się, przepada na długie godziny w lesie – gdzie obserwuje przyrodę. Konsekwencje nie są przyjemne – w domu czeka go lanie od ojca. Gdy chce mieć wolny dzień – musi go sobie kupić. Płaci rodzicom tyle, ile wynosi dniówka takiego młokosa. Chłopiec marzy, by oswoić wilczka – udaje mu się wykraść zwierzaka z wilczej nory. Z czasem stają się parą nierozłącznych przyjaciół. Choć książka wiele uwagi poświęca Wilkowi – to jednak jest to powieść o życiu pierwszych osadników sprzed ponad stu laty. Wiele z opisów pewnie dziś wzbudzi nasz sprzeciw – już choćby sposób zdobycia zwierzęcia, dalej polowanie na zwierzęta, zastawianie sideł, zabijanie ich dla futer i zarobku. To jest jedna strona medalu. Druga – to twarde życie, bez wygód, często w odosobnieniu, pełne strachu o jutro, dzieci, choroby, Życie kobiet – które też musiały harować jak mężczyźni, bez odpoczynku nawet w niedzielę. Ich choroby – tzw. nerwice czterech ścian – można się domyślać, co było tego przyczyną. Twardziele, ze zniszczonymi od pracy rękami, dzieci – praktycznie bez dzieciństwa – a jednak, jak się okazuje z wielkimi pokładami ludzkiej wrażliwości i uczuć. Gdy ojciec Robbiego – surowy, bardzo powściągliwy, w kryzysie z obawy przed nagłym spadkiem cen sprzedaje wszystkie świnie w pobliskim miasteczku, wydaje prawie ¾ zarobionych pieniędzy na prezent dla swojej żony. I to jaki? Fisharmonię, do której tak bardzo tęskniła. Możemy sobie wyobrazić, jakiż to był w tamtych czasach zbytek – w biednej farmerskiej rodzinie, w chacie z dębowych bali, bez prądu i bieżącej wody. To chyba jedno z najpiękniejszych wyznań miłości, z jakim spotkałam się w literaturze: Ezra (ojciec Rabbiego) zeskoczył z wozu i zrobił coś, czego Robbie przedtem nigdy nie widywał. Przyciągnął żonę do siebie i objął ją ramieniem. -No, już dobrze, kobieto! Chcieliśmy ci zrobić przyjemność. -Czyś ty zwariował, Ezra? W takich ciężkich czasach! Pocałował ją. I to właśnie było prawdziwym zaskoczeniem dla chłopca. Bo po raz pierwszy w życiu zobaczył, jak ojciec całuje matkę.
Niespieszna literatura, pięknie napisana, spokój, harmonia, porządek regulowany przez wschody i zachody słońca, Boży dzień w niedzielę. Wszystko to przerywane od czasu do czasu przez niecne czyny miejscowych opryszków i łajdaków. A tych w książce też nie brakuje. Chciałoby się napisać – no tak Dziki Zachód. Tutaj – Wschód, bowiem miejsce, gdzie rozgrywa się historia Wilczka leży w pobliżu wielkich jezior. Książka – ciekawostka – zainteresuje pewnie miłośników przyrody. Pozwala dowiedzieć się jak wyglądało życie nastolatków - pionierów 150 – 200 lat temu. Jakie mieli marzenia, co było ich najwspanialszym prezentem urodzinowym, co sprawiało radość. Książka obala też mity na temat wilków (mieliśmy zresztą okazję poznać trochę prawdy o nich niedawno dzięki książce Wajraka). Czytałam mojemu starszemu synowi większe fragmenty – i zaręczam, że był tym wszystkim ogromnie zdziwiony.
Thure Ludwig Theodore Kumlien (1819-1888) (zdjęcie - Wikipedia) Bardzo barwna postać w tej powieści. To on nauczył miłości Robbiego do każdego żyjątka. Zadziwiające - zostawił wszystko w Szwecji, miał przed sobą świetną przyszłość - a wolał jeziora i tętniące życiem bagniste łąki Ameryki. Zajmował się zdobywaniem cennych okazów dla muzeów w całej Europie. Polował na ptaki, zbierał jaja - potem wypchane okazy wysyłał statkami na stary kontynent. Pewnie i dziś w niejednym muzeum można zobaczyć owoc jego pracy. Prawdę powiedziawszy - niektóre z tych muzeów składały zamówienia, a potem zwlekały z zapłatą. W książce malowniczo przedstawiono budowę domu dla jego żony Margaretty - duży, z olbrzymich dębowych bali. Zebrała się ludność z całej okolicy. Każdy chciał pomóc - Kumlienowie byli powszechnie szanowani. Mężczyźni przywieźli drewniane i żelazne młotki, dłuta, piły, strugi, toporki, siekiery i wiele innych narzędzi. Kobiety, mimo braku pieniędzy, współzawodniczyły ze sobą wspaniałymi koszami, pełnymi pieczonych kurcząt i całych szynek, lukrowanych miodem i przyprawionych goździkami. Marynaty, konserwy, dżemy i galaretki, ciasta i placki, bochenki domowego chleba i garnuszki masła, beczułki buraków, gruszek, śliwek, gęsty sos jabłeczny gotowany z jabłecznikiem i przyprawiony cynamonem - wszystko to stanowiło jakby wyzwanie rzucone złym czasom. (str. 163)
Wiek 10+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1973
środa, 15 lutego 2012
Jerzy i poszukiwanie kosmicznego skarbu - Lucy i Stephen Hawking
Pisząc o tej książce – muszę zacząć od innej. Niedawno skończyłam czytać Tomkowi pierwszą część przygód Jerzego: Jerzy i tajny klucz do Wszechświata. W przedszkolu dzieci miały akurat temat Kosmos. Pomyślałam, spróbuję – może dziecko złapie bakcyla. I to było to. Kiedyś pisałam już o Jerzym – tyle, że pisałam o moich wrażeniach. Teraz mogłam się przekonać – jak ta lektura działa na małego czytelnika. Bardzo się podobała. Plusem tych historii jest to, że zostały one napisane na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony – jest to właśnie Jerzy, dziecko rodziców – ekologów, którzy twierdzą, że nauka jest be i działa na niekorzyść ludzkości. Dalej sąsiad Jerzego – Eryk, naukowiec całą gębą i jego mała córka Anna. To oni odkrywają przed chłopcem tajniki nauki, zabierają w dalekie podróże, o jakich nikomu się nie śniło. Na tej płaszczyźnie dzieje się wiele – dzieciaki przeżywają różne przygody, prowadzą często zabawne dialogi, nie brak tu tajemnicy i niebezpieczeństw. Druga płaszczyzna – jest już bardziej poważna. Stephen Hawking to przecież naukowiec, znany na całym świecie autorytet – musi być tu jakiś mocniejszy akcent. W każdym rozdziale znajdują się (my tak je określamy) ”szare strony” – czyli poważne strony z informacjami o wszechświecie: różnych planetach, gwiazdach, czarnych dziurach. W tej części jest to Podręcznik użytkownika wszechświata, a w nim m.in. informacje o Wenus, Tytanie, Marsie, świetle i jego rozchodzeniu się w przestrzeni, bezzałogowych i załogowych lotach na księżyc, satelitach w kosmosie, systemie dwójkowym itd. Dzięki temu tę książkę można czytać w różnym wieku i tak jak się che. Z młodszymi dziećmi można omijać szare strony i skupić się na linearnej historii – przygodach, zabawie z nauką. Starsi mogą zahaczyć o szare strony. Z samych przygód i tak przedszkolaki mogą już się wiele dowiedzieć i zapamiętać, bowiem ta straszna poważna wiedza ze starszych klas, astronomia, matematyka fizyka – jest tu podana w tak atrakcyjny i przystępny sposób, że nie sposób nie zabłysnąć w towarzystwie:) W tej części sąsiad Eryk i jego rodzina przenoszą się do USA. Zdolny młody naukowiec otrzymał posadę w Globalnej Agencji Kosmicznej. Na jego zaproszenie Jerzy udaje się w odwiedziny za ocean. Tam razem z Anną i nowym znajomym – Ernestem, naprawiają cudowny komputer – Kosmosa, który zepsuł się doszczętnie w pierwszej części. Kosmos może otwierać portal do wszechświata. Przez te drzwi dzieci wydostają się do różnych miejsc w Układzie Słonecznym. Tym razem skupią się na Marsie, gdzie mają bardzo ważną misję do wykonania. Bajkowo i nieprawdopodobnie – ale historia tak wciąga, że nie można się oderwać. Kto wie – może takie podróże będą możliwe w przyszłości. Przygody Jerzego i Anny i tzw. szare strony uatrakcyjniają kolorowe zdjęcia – tym razem z wypraw na księżyc, zdjęcia Marsa, wulkany Wenus, Saturna, Tytana i wiele innych. Na pewno moje dziecko bardziej skupiło się na przygodach, wątkach sensacyjnych, tajemniczości Marsa, kosmicznym skarbie, śmiesznych dialogach, niebezpieczeństwach, jakie groziły dzieciom we Wszechświecie niż na poważnych i ważnych informacjach astrofizycznych. Z pewnością nie zapamiętało tych wszystkich trudnych pojęć, jakie padły w tej książce. Ale olbrzymim plusem tej całej przygody z Jerzym jest wielka ciekawość tego, co się dzieje wokół nas – i tam do góry. To dziecięcy – wycięty z tektury Układ Słoneczny, to dyskusja ze starszymi, że przecież Pluton to nie planeta (choć za naszych czasów szkolnych nią był), to patrzenie w niebo i w gwiazdy – przez lornetkę i bez. To dziesiątki pytań – na które ja, niestety – humanistka, nie znam odpowiedzi. Jeśli takie mają być skutki czytania książek – to hm………fajnie, prawda?
Wiek 10+
czwartek, 08 grudnia 2011
Mały inżynier. Nauka i zabawa - Elżbieta Bednarek i Krzysztof Nowopolski/ il. Zbigniew Dobosz
To nasza druga, po Poradniku małego skauta, książka z serii Centrum Edukacji Dziecięcej. Obydwie są na medal i po prostu są skazane na sukces – musicie tylko je dojrzeć w tej dżungli najróżniejszych książek, jakie zalewają półki księgarskie. Mały inżynier powstał w wyniku obserwacji dzieci na specjalnych warsztatach naukowych. Do książki wybrano najciekawsze i wzbudzające najwięcej entuzjazmu wśród małych uczestników eksperymenty z dziedziny chemii, fizyki, biologii. Ja czytając tę książkę z moimi dziećmi i widząc ich plany, energię do działania – już, zaraz, natychmiast – zastanawiałam się, jak to się często dzieje, że szkoła polska niszczy ten wielki pokład energii i chęci. A może właśnie takie książki powinny obowiązkowo trafiać do naszych szkół? Bo co innego mówić o zjawisku dyfuzji – co innego doświadczyć tego. Co innego rozwodzić się o gęstości substancji – a co innego samemu spróbować, jak się zachowa jajko w zwykłej wodzie z kranu, a jak w wodzie z solą. Nic to, zawsze można poeksperymentować z dziećmi w domu – więc jeśli ktoś z góry zakłada, że i tak nie ma czasu, to niech lepiej sobie odpuści. To tak jak kupić najlepsze na świecie belgijskie czekoladki, postawić na wysokiej półce i tylko na nie patrzeć i podziwiać. To lektura dla małych ciekawskich, ale też dla dzieci, które jeszcze nie wiedzą, jak bardzo ciekawy jest otaczający świat. A ten jest pełen niespodzianek – podobnie jak ta książka. Co dzieje się z cukrem, gdy wrzucimy go do herbaty, jaki kolor i zapach ma dwutlenek węgla, czy słodkie jabłko może być kwaśne, jak w domowych warunkach zbudować fontannę, czy woda ma skórę? To tylko kilka smacznych informacji, na które można tu znaleźć odpowiedź. W prosty sposób wytłumaczone są pojęcia z różnych dziedzin naukowych – i to w powiązaniu z rzeczywistością. Jeśli pierwiastek, napięcie powierzchniowe, energia, prąd, magnes – przewodzenie ciepła – to jak się to przekłada na nasze życie codzienne. I mnóstwo eksperymentów, które można zrobić w warunkach domowych. Niektóre z nich wymagają więcej zachodu – do innych wystarczy to, co znajduje się w zwykłej kuchennej szufladzie: łyżka, warzeszka, sól, cukier, kawa, jabłka. Jeśli ktoś planuje Małego inżyniera po choinkę – chyba wie, co robi. Mam nadzieję, że w pełni zdaje sobie sprawę z tego, jak będą wyglądały tegoroczne święta? Polecam z całego serducha - świetna zabawa - hm...nie tylko dla dzieci:))))))
Wiek 9+ Wydawnictwo Publicat
niedziela, 04 grudnia 2011
Fochy fortuny czyli słownik Kuby i Buby - Grzegorz Kasdepke/ il. Ewa Poklewska - Koziełło
Książka nie na moment, nie na chwilę, ale na …długo, długo. Dla tych, którzy interesują się językiem i tropią jego tajemnice. A Kasdepke odkrył ich tu bardzo dużo. W dodatku zrobił to tak, że nie można się oderwać od utarczek słownych Kuby, Buby babci Joasi i jej nowego admirała, ooo przepraszam, adoratora. Tym razem Kuba i Buba zajmują się wyrazami, które wyszły z użycia, lub występują w języku codziennym bardzo rzadko. Stąd często nie wiadomo co oznaczają. Dotyczy to przede wszystkim młodych ludzi, którym czasem wydaje się wręcz, że babcia albo dziadek mówią w jakimś obcym języku. Chędogi, chodaki, czerep, bałwochwalca, atencja, otomana czy peregrynacja – to tylko kilka przykładów.
Książka podzielona jest na krótkie rozdziały – każdy z nich dla kolejnej litery alfabetu. Pod tekstem trudne wyrazy i ich wyjaśnienie. Autor zebrał je do słownika na końcu książki, który można cały czas uzupełniać. Mało tego - we wstępie Grzegorz Kasdepke podał swój adres mailowy, na który można przesyłać propozycje niezwykłych słów. Kto wie, może kolejne wydanie zostanie o nie wzbogacone. Za sprawą zabawnych historyjek i kolorowych ilustracji Ewy Poklewskiej – Koziełło można naprawdę nabrać przekonania, że bardzo poważna dziedzina naukowa – jaką jest, jakby nie było, językoznawstwo – może wzbudzić u młodych czytelników wielkie zainteresowanie i entuzjazm. Moja propozycja jest taka – przepytajcie swoich dziadków, rodziców. Zobaczcie, kto najlepiej wypadł w tej dyscyplinie. Książkę warto mieć pod ręką, gdy czytamy inne lektury, których akcja rozgrywa się w innej epoce. Będzie jak znalazł. Wiek 9+ Wyd. Literatura
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Magiczna trzynastka - Ingrid Law
Beaumontowie to na pozór rodzina taka jak inne. Na pozór. Oczywiście – inaczej nie byłoby tej książki. Wszyscy – za wyjątkiem ojca, mają … smykałkę, czyli dar do czegoś. Co ciekawe – ta smykałka objawia się dopiero w dniu 13 urodzin. Do tego czasu dzieci chodzą normalnie do szkoły, a potem już nie. Bo otrzymany dar jest …. niesamowity i w związku z tym dzieją się tak dziwaczne rzeczy, że lepiej siedzieć i uczyć się w domu. Po pierwsze – trzeba odkryć samemu ów dar. Po drugie – trzeba nad nim panować, co czasem przychodzi z trudem. Dzieciaki nie tęsknią za szkołą, za przyjaciółmi – i tak ich nie mają – uchodzą za dziwaków mieszkających na odludziu i nie angażujących się w nic, mających swoje zasady. Rybka – starszy brat sprawia na przykład, że pogoda wokół niego szaleje. Kapiszon – kolejny starszy brat – jest naelektryzowany i potrafi robić z prądem to, czego tylko dusza zapragnie. Dziadek Bomba – tworzy z powietrza kolejne nowe miejsca, gdzie tylko zechce. Mama jest doskonała – wszystko, czego się tknie wychodzi jej picobello. I wcale nie jest jej z tym lekko. Missisipi, nazywana przez wszystkich Miś – narratorka – skończyła trzynaście lat i czeka na objawienie swojej smykałki. I właśnie wtedy kochany (zwykły) tata ma wypadek, po którym zapada w śpiączkę. Miś wierzy, że potrafi budzić różne stworzenia. Dlatego chce dostać się do szpitala, by obudzić tatę. Czy na tym polega właśnie jej smykałka. Miś święcie w to wierzy. Ale czy tak jest w istocie? Świetna książka pełna przygód, w której niemałą rolę odegra okładkowy różowy autobus z napisem „Księgarnia Biblijna Heartland” – teraz pełen dzieciaków, które przypadkowo znalazły się w tym osobliwym pojeździe. Ta książka to nie tylko dobra zabawa i emocje związane z rozwiązywaniem zagadek i pokonywaniem trudności. Tak naprawdę to opowieść o przyjaźni, miłości, samotności, dojrzewaniu i odpowiedzialności. O tym, że każdy ma jakiś talent – niekoniecznie smykałkę takiego kalibru Beaumontowie. Trzeba ten talent w sobie tylko odkryć i zrobić niego użytek, co nie jest wcale łatwe. Mądra książka, zaskakująca, i dowcipna. Wiek 11+ Grupa Wydawnicza Publicat S.A. |