|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: Astrid Lindgren
sobota, 17 marca 2012
My na wyspie Saltkrakan - Astrid Lindgren/ il. Ilon Wikland
Pamiętacie po lekturze Dzieci z Bullerbyn to dziwne uczucie, że coś się skończyło bezpowrotnie? Owszem, można wracać do tej książki – dla wielu najukochańszej lektury dzieciństwa, jeśli nie samemu to z dziećmi. Jeśli ktoś szuka czegoś w zamian, jakiegoś dalszego ciągu – to pewnie chętnie zajrzy do powieści My na wyspie Saltrakan. Choć o jakim ja dalszym ciągu piszę? To przecież zupełnie inna książka. Ale ma w sobie coś, co mi ciągle przypomina tę małą wioskę z trzema Zagrodami. Zresztą, jak się okazuje – właśnie Saltkrakan dla wielu jest książką kultową. Nie Bullerbyn, ale właśnie ta - o wakacjach na malutkiej szwedzkiej wyspie. Kiedy jakiś czas temu byłam na konferencji wyjazdowej, pokój dzieliłam z jedną z koleżanek. Szybko znalazłyśmy temat do rozmów – jeśli ktoś lubi książki – to w końcu wszystkie drogi i tak do nich prowadzą. Książka dzieciństwa? Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? Zdecydowanie. Bez zawahania. To oczywiście stary tytuł tej powieści. Pewnego dnia na malutką wyspę przybywa sztokholmska rodzina Melkersonów – tata z czwórką dzieci – z córką Malin, i synami: Johanem, Niklasem i Pellem. 19-letnia Malin matkuje braciom – gdyż ich mama nie żyje, a najmłodszy ma dopiero 7 lat. I tak się zaczyna wakacyjna przygoda. Tato wynajął stary dom – Zagrodę Stolarza (znów ta zagroda), w którym brakuje szyb, kapie z dachu, ciężko rozpalić ogień w piecu, a wodę trzeba nosić ze studni. Dla miastowych to niezłe wyzwanie – ale wszystko przyjmują ze zrozumieniem i z wielkim optymizmem. Szybko zaprzyjaźniają się z mieszkańcami wysepki – a tych jest naprawdę niewielu. Znajdują tu przyjaciół, miłość, dobrych znajomych. Przede wszystkim obcują z przyrodą, uczą się jej. W mieście toczy się zupełnie inne życie. Tutaj trzeba obserwować niebo, pogodę, uważać na mgły, skały, nawet żaby. Książka raz dowcipna, raz smutna. Czasem trzeba łapać za chusteczkę. Niespieszna narracja, opisy przyrody, które sprawiają, że chciałoby się tam zaraz pojechać, zobaczyć. Saltkrakan nie znajdziecie na mapie. Ale jak to często bywało w książkach Astrid Lindgren – miała swój odpowiednik w rzeczywistości. To wysepka Furusund. Nazwa Saltkrakan to nazwa starego gospodarstwa z Vimmerby. Astrid Lindgren kocha Furusund (dosł. Sosnowa Cieśnina) bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej. Czerwony drewniany dom z białymi narożnikami, oszkloną werandą, balkonem wychodzącym na zatokę i pomost przy własnym brzegu nazywa „swym domem radości”. Przez ponad sześćdziesiąt lat ów stary domek do pobierania cła, Stenhällen, jest jej urlopowym rajem, miejscem pracy, oddechu. Tutaj bawi się z dziećmi, wnukami i prawnukami, pisze, kąpie się, spaceruje, odpoczywa. Portrety Astrid Lindgren – Johan Erséus, wyd. Nasza Księgarnia , 2007, str. 118)
Wysepka, na którą bardzo późno dotarła cywilizacja. Podobny klimat znajdziecie na Saltkrakan. Nie ma tu bieżącej wody, telewizorów, telefonów komórkowych, komputerów. No tak – kiedy powstała ta powieść (1964) i tak nie było tych wszystkich gadżetów, bez których nie możemy sobie dzisiaj wyobrazić codzienności. Mimo wszystko - to wielka afirmacja bardzo prostego życia, bez wygód, zabieraczy czasu. To radość z prostych rzeczy. Na owe czasy wyprawa ze Sztokholmu w taką dzicz – też była nie lada wyczynem. Beztroskie dzieciństwo – zabawy na świeżym powietrzu, wspinanie się po drzewach, wyprawy łódką, zaglądanie do każdej dziury. Ale też troski dnia codziennego – które tata pisarz – człowiek o artystycznej duszy, stara się rozwiązywać w miarę swoich możliwości. A wszystkich ciekawskich – dlaczego wydanie polskie najpierw nosiło tak dziwaczny tytuł – zapraszam oczywiście do lektury. Rozwiązanie w środku.
Wiek 9+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 21 września 2011
Przygody Pippi - Astrid Lindgren
Ta książka to doskonała lektura nie tylko dla dzieciaków. Hm….. Myślę, że dorośli wychowani na przygodach tej rezolutnej panienki z dwoma warkoczykami i za dużymi butami wiedzą, co mam na myśli. To powrót do dzieciństwa – i muszę przyznać, że fajne to uczucie, gdy podczas lektury obserwuję moje pociechy słuchające tych starych, zwariowanych, sprawdzonych i klasycznych tekstów szwedzkiej pisarki z otwartą buzią. Dla nich to żadna fikcja. Co to to nie. Ależ! Pippi naprawdę jest tak silna, że podnieść konia to dla niej pestka. Nie ma lęku wysokości – śmiga po dachu jak wiewiórka (w końcu też ruda). Jest bogata – ma torbę złotych monet (Mamo, a gdzie jest nasza torba pełna pieniędzy? – To Mikołaj. No właśnie, gdzie jest?) A scena z rekinem, kiedy mu grozi, że ten (tzn. rekin) ją jeszcze popamięta, gdy tylko będzie się jej naprzykrzał, wzbudziła tak wiele emocji i zachwytu, że opisać tego prostymi słowami nie zdołam. Pippi to bohaterka pełną … buzią. Pyskate toto, zdarza jej się mówić nieprawdę (coraz rzadziej – już o to starają się Annika i Tommi), lubi ryzyko, robić na przekór. Jednak ma wielkie serce – jak się przyjaźni to tak do końca – na dobre i złe. Pewnie, że włosy dęba stają jak się czyta o tym wszystkim – jaka zadziorna, niepokorna, samodzielna. Jednocześnie samotna, czasem bardzo refleksyjna i wręcz filozoficznie nastawiona do świata. Czy wiecie, że gdy Astrid Lindgren wysyłała Pippi do wydawnictwa napisała: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi". Bo koleje Pippi bywały różne. Dopiero przed kilku laty Pippi ukazała się po raz pierwszy we Francji w wersji nieocenzurowanej. Taki strach budziła w przemądrzałych dorosłych. Bo Pippi pokazuje, jacy jesteśmy my, dorośli – zadufani w sobie, wciśnięci w jakiś ciasny gorset konwenansów, zasad, dziwnych praw ustanowionych przez nas samych i tradycji. A gdzie wolność? Gdzie radość życia? Tego właśnie uczy nas Pippi. A że czasem kłamie? No cóż…. Każdemu się zdarza. I nie zamierzam gderać, ani narzekać na tę istotę, bo mi się zaraz od niej po nosie dostanie. Przedstawiam Pippilottę Wiktualię Firandellę Złotomonettę Pończoszanke w trzech odsłonach – w jednym tomie: Pippi Pończoszanka, Pippi wchodzi na pokład i Pippi na Południowym Pacyfiku. Z genialnymi ilustracjami Ingrid Vang-Nyman. 312 stron doskonałej lektury. Dużo śmiechu, dużo zabawy. Dla całej rodziny.
środa, 20 lipca 2011
Bracia Lwie Serce - Astrid Lindgren/ Ilon Wikland
Nie pierwszy to raz – kiedy chcę napisać o książce wspaniałej i … brak mi słów:) Choć tutaj – powinno być raczej – wyrazów. Siedzę przed monitorem, odchodzę, robię kolejną kawę, sprawdzam jak się bawi dzieciarnia, pomagam dokręcić śrubkę przy powstającym właśnie helikopterze i znów wracam do pracy i tak od nowa – pustka. Po raz kolejny zachwyca mnie fenomen pisarki z dalekiej Północy, której życiorys troszkę znam dzięki biografiom. Jak to dobrze się stało jak się stało – Astrid Lindgren wzięła udział w konkursie literackim, chwyciła wiatr w żagle i dzięki temu mamy tak wiele wspaniałych książek. Bracia to jedna z nich. Czekałam wiele lat na przeczytanie jej moim dzieciom – bo nie jest to lektura łatwa, czasem jest wręcz przerażająca, niesamowicie wzruszająca, poruszająca niełatwe sprawy. W dodatku pod warstwą przygody kryje się drugie dno, mądrość – o przyjaźni, miłości braterskiej, odwadze, empatii, chorobie, cierpieniu, śmierci, zdradzie, gotowości poświęcenia życia dla innych. Młodsze dziecko skupi się zapewne bardziej na złym Tengilu i jego żołnierzach w czarnych płaszczach, będzie zadawało pytania kto to jest ta Katla, będzie trzymało kciuki oczywiście za Jonatana I Sucharka. Starsze będzie mogło przeżyć tę książkę całkowicie – do końca. Czytałam starszemu synowi – który słuchał w skupieniu, ciszy. Młodszego interesowały tylko przygody – słuchał, choć książka nie dla (prawie) czterolatka – i brał to co dla niego najłatwiejsze, najwygodniejsze, robiące największe wrażenie. Książka ma w sobie wiele smutku. Przede wszystkim początek, który wzruszy każdego. Dwaj bracia – młodszy Sucharek i straszy – ten odważniejszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony, o pięknej twarzy – Jonatan. Sucharek – młodszy – który też jest narratorem tej powieści – nie wstydzi się mówić o swoim strachu, niepewności, o wylanych łzach. Karol Lwie Serce - sam przyznaje, że dość dziwnie to brzmi. Jednak próbuje, chce dorównać bratu i daje wiele przykładów, że zasługuje na przydomek nadany braciom – zresztą kto się orientuje w historii, od razu rozpozna nawiązanie do mężnego króla Ryszarda Lwie Serce. Młodszemu pisana jest śmierć – choruje od dawna, praktycznie nie opuszcza łóżka. Tylko, że los jest złośliwy – to Jonatan odchodzi pierwszy do Nangijali. Krainy, o której tak często wspominał Sucharkowi. Za jakiś czas dołącza do niego młodszy brat. Zaczynają wspólne życie w Dolinie Wiśni – mają konie, łowią ryby, a Sucharek biega jak najzdrowsze dziecko na świecie i nie ma krzywych nóg. Tylko, że i tutaj nie dzieje się dobrze. Okrutny Tengil chce zawładnąć tym światem. Jego macki dosięgły już Doliny Dzikich Róż. Teraz czas na Dolinę Wiśni. Bracia Lwie Serce chcą ją uratować i zrobią wszystko, by ten cel osiągnąć. Wspaniała proza, oryginalne ujecie tematu śmierci – tak zwyczajnie, bez żadnych upiększeń i przemilczeń. Kraina działająca na wyobraźnię, gdzie spotykają się ludzie po śmierci. Ważna nauka dla najmłodszych, że życie ziemskie to tylko jakiś etap. Mnie zachwyciło przedstawienie miłości braterskiej – wyrozumiałość i mądrość Jonatana – zawsze cierpliwego, wyrozumiałego, tłumaczącego świat młodszemu Sucharkowi. Sucharek – czyli Karol – zapatrzony w starszego brata, biorący z niego przykład, uczący się od niego rozróżniać dobro od zła. Wspaniałe ilustracje Ilon Wikland. Zastanawiam się ile razy użyłam tutaj: wspaniały, niesamowity. Takie emocje wywołuje ta książka – choć nie jest to pewnie lektura dla każdego. Jeśli nie uda się jej przeczytać w tym momencie – warto spróbować za jakiś czas – raz jeszcze – niektóre książki trafiają do czytelnika swoimi drogami. Wiek 8+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
środa, 15 grudnia 2010
Przygody Emila ze Smalandii - Astrid Lindgren/ Bjorn Berg
W Lönneberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. Był dziki i uparty, nie tak grzeczny jak ty. Chociaż, należy przyznać, robił miłe wrażenie, kiedy się nie awanturował. Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą, rumiana twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek. Ale pozory mylą.
-Tomek czy ty aby dzisiaj jadłeś coś w przedszkolu? – zapytałam jakiś czas temu, gdy Tomek poprosił o trzecią dokładkę pomidorówki, a ja prawdę powiedziawszy wystraszyłam się, czym nakarmię głowę rodziny po powrocie z pracy. -Tak, jadłem – odrzekła moja pociecha, następnie dodała – ale tylko siano.
No i masz ci los. Jakby ktoś podsłuchał z boku, pomyślałby, że … No właśnie ciekawe, co by sobie pomyślał.
Pamiętam film o Emilu z Katthult. Byłam wtedy młodym dziewczęciem, które podglądało jednym okiem, co tak fascynuje moje (dużo) młodsze rodzeństwo. Pomyślałam – Boże, co za bachor. Brrrr. I zapamiętałam blond główkę i drewutnię z ludzikami. Teraz jako mama dwóch chłopców, którzy są dosłownie z gumy, wszędzie wchodzą, a im bardziej nie można, tym bardziej – trzeba, wcale się nie dziwię Almie, mamie Emila, która z takim uporem w swoich niebieskich zeszytach broniła syna i głosiła wszem i wobec, że syn jeszcze wyjdzie na ludzi – a może nawet zostanie w przyszłości przewodniczącym rady gminnej. We wszystkich książkach o Emilu pojawiają się wciąż te same osoby: a więc tytułowy bohater, jego mała siostra Ida, Alma Svensson – matka, Anton Svensson – ojciec, Alfred – parobek, przyjaciel Emila – ciągle robił mu zabawki, m.in. słynną dubeltówkę i miał dużo zrozumienia dla psot chłopaka, Lina – służąca (oj nie miała ona dobrego zdania o Emilu, w cichości swego serca wierzyła, że parobek Alfred zostanie jej mężem). Ta książka to zbiór wszystkich trzech książek o małym ladaco: Emil ze Smalandii, Nowe psoty Emila ze Smalandii i Jeszcze żyje Emil ze Smalandii. Wiele razy Astrid Lindgren wspominała, że pierwowzorem Emila był nie kto inny jak jej ukochany … ojciec Samuel August (1875-1969). To jego opowieści zainspirowały pisarkę do stworzenia Emila. A Samuel August – faktycznie wyszedł na ludzi. Był szanowanym obywatelem, przez długie lata też przewodniczącym rady gminnej. I ponoć spośród książek córki, te o Emilu podobały mu się najbardziej. Astrid czytała mu je na głos, zanim jeszcze zostały wydane. Jego uwagi były bardzo cenne – na przykład ile co kiedyś kosztowało. Niekiedy pisarka musiała wprowadzać zmiany. Gdy napisała ostatni rozdział, poleciały jej łzy: Okropne jest uczucie, że już nigdy więcej nie będę mogła spotkać Emila. ["Portrety Astrid Lindgren"] zastanawi mnie tylko, kto był pierwowzorem ojca Emila. Ależ to była osobowość (!!!) – wszyscy, którzy znają rodzinę Emila, wiedzą, o czym mówię. Dziadek? – raczej nie. Swojego dziadka Astrid Lindgren opisała w Dzieciach z Bullerbyn jako dziadziusia. Nie muszę chyba pisać, że Emil to ulubiony bohater mojego Tomka. Niezmiennie od wielu miesięcy – kiedy tylko zaczęliśmy czytać pierwszą część: Emil ze Smalandii. Raczej nie zauważyłam ciągot do nasladowania. Moje dzieci mają swoje oryginalne pomysły, które też byłyby niezłym tematem na książkę. Tomek potrafi krytycznym okiem spojrzeć na Emila i powiedzieć ( z wielkim uśmiechem) Nieeee, tak się nie robi. I lubi ilustracje Björna Berga – ojca wizerunku rogatego aniołka z Lönebergii. Tylko od czasu do czasu cytuje swojego bohatera. Jedyną rzeczą, która kłuje mnie w oczy podczas lektury – jest brak …drewutni, którą pamiętam z filmu. Jest stolarnia, którą ja uparcie zamieniam na drewutnię. Emil umie rzeźbić cudne ludziki – a robi to wówczas, gdy coś zbroi i za karę zamykany jest przez ojca w drewutni. Jeśli powiem, że tych ludków ma już 369…. Emil nie chce być niegrzecznym chłopcem. Już tak jest i już. Właściwie to nie jego wina, samo przychodzi… W książce znaleźliśmy najpiękniejsze i najśmieszniejsze opowieści: o Idzie podciągniętej na maszt, maminej kiełbasie znanej w całej Löneberdze, pułapce na myszy, zębie Liny, manewrach wojskowych Alfreda, otwieraniu bram, interesach Emila, przygodzie z wisienkami z wina, przyjęciu w Boże Narodzenia dla biedaków z przytułku. Akcja dzieje się najprawdopodobniej na początku XX wieku. Świadczą o tym informacje o dwóch historycznych wydarzeniach: raz zostało wspomniane trzęsienie ziemi – to w San Francisco 1906r., oraz drugie – Kometa Halleya, która napędziła wszystkim stracha w 1910r. W całej książce to panowie są na pierwszym planie – Emil, Alfred i ojciec Emila. Kobiety - te mniejsze i większe są raczej w tle. Lina pojawia się najczęściej po to, by ponarzekać na Emila. Mama – by go bronić; mała Ida, by razem z nim broić. I choć Emil zbójuje na całego – nie jest typowym przykładem dziecka niegrzecznego, złośliwca. Nie jest też niewychowany – o co to to nie. Jego rodzice to typowi Smalandczycy sprzed stu lat – pracowici, bogobojni, oszczędni, jeśli nawet nie skąpi do bólu. Emil to chłopiec baaaardzo kreatywny, inteligentny. A że wprowadza wiele chaosu i najróżniejszych katastrof w życie domowników, spowodowane jest to raczej tym, że wcześniej nie pomyśli o konsekwencjach, albo dlatego, iż sprawy przybrały inny bieg i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Emil posiada wiele dobrych cech – jest sprawiedliwy, ma dobre serce, w szkole jest dobrym uczniem. Właśnie przed kilkoma dniami z zapartym tchem czytaliśmy ostatni rozdział. Nastał piękny czas Bożego Narodzenia, gdy oto śnieg przykrył cały świat, a biedny Alfred, parobek zachorował. Jego życie wisiało na włosku. Czytaliśmy z Tomkiem prawie 30 stron, nikt w ogóle nie myślał o tym, aby w takim momencie przestać, i mieliśmy dosłownie łzy w oczach, gdyż to, czego dokonał Emil, było tematem wielu rozmów przez długie miesiące po tym w całej Smalandii. Bo Emil nie tylko rozśmieszał, denerwował, ale też wzruszał.
Idę do sklepu. Dogania mnie Tomek -Idę z tobą - woła. -Powiedz tacie, że idziesz ze mną, by się nie martwił. -No co ty. Powiemy tacie do widzenia, gdy wrócimy do domu.
A skoro wspinałam ojca Astrid, spodobała mi się taka jego wypowiedź: „Dziwne dzieci mi się urodziły – zwykł mawiać Samuel August, - Wszystkie zajmują się słowami. Jak to się mogło skupić w jednej rodzinie?”. Brat pisarki – Gunnar był posłem do parlamentu i pisał satyryczne roczniki o życiu politycznym Szwecji. Ingegerd – siostra – została dziennikarką. Stina – również dziennikarka i tłumaczka. Gdyby nie ta zabawa w słowa, nie byłoby Emila. Ale to właśnie Samuelowi Augustowi, a właściwie jego gawędziarskiej naturze, zawdzięczamy postać psotnika. [Na podstawie "Portretów Astrid Lindgren"] -Mamo – ja też chciałbym pohulać! – to już trzyletni Mikołaj. Ni to słucha, ni to nie słucha. A jednak….
Wiek 5+
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 21 listopada 2010
Mio, mój Mio - ilustracje Marii Orłowskiej - Gabryś
Bardzo podobają mi się te ilustracje. Chciałam je pokazać, bo raczej nie są znane. I mimo, że dużą sympatią darzę Ilon Wikland, ilustracje polskie bardziej mi się podobają. Tomek optował za szwedzką wersją.
Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1973, Wydanie II, przełożyła Maria Olszańska
Mio, mój Mio - Astrid Lindgren/ Ilon Wiklnad
Ponoć ta opowieść powstała pod wpływem impulsu. Samotne małe dziecko siedzące na ławce o zmroku. To początek książki i zarazem zdarzenie prawdziwe. Wiele lat temu autorka zobaczyła właśnie takiego anonimowego chłopca koło skweru Tegnera, który mijała zawsze w drodze z domu do pracy i odwrotnie. Myśl o nim nie dawała jej spokoju. I tak powstał właśnie Mio, mój Mio. Może nie najbardziej znana książka Lindgren, ale zdecydowanie jedna z najlepszych. I choć w statystykach mojego syna królują nadal (jeszcze?) Dzieci, Emil i Ronja, to w moich - zdecydowanie na prowadzenie wysunął się Mio, mój Mio. Nie jest to książka dla najmniejszych dzieci. Były momenty, kiedy Tomek się bał i nie chciał, by mu czytać dalej. Tak naprawdę: chciał i nie chciał, bo ciekawość brała górę. Więc czytałam sama, a potem mu opowiadałam. I znów czytaliśmy dalej, aż do końca. Dziewięcioletni Bo Wilhelm Olsson nie jest szczęśliwym dzieckiem. Wychowują go przybrani rodzice: ciocia Edla i wujek Sixten. Chłopiec sądzi, że oboje nie lubią go. Nie rozmawiają z nim, nie pozwalają mu się głośno śmiać, nie troszczą się o niego. Bosse ma przyjaciela, Benkę, a ten - cudownego ojca. I oto Bosse dowiaduje się, że jego prawdziwy ojciec jest… królem w Krainie Dalekiej. Po wielu latach rozłąki , spotykają się. Ojciec król buduje z chłopcem modele samolotów, ciągle rozmawiają, śmieją się. Mimo wielu obowiązków znajduje dla niego zawsze czas. Ojciec król nazywa swego syna Mio, mój Mio. Chłopiec znajduje w Krainie Dalekiej nowego przyjaciela o imieniu Jum Jum, dostaje od ojca króla cudownego wierzchowca białego Miramisa, słucha opowieści studni szepczącej. Jednak jest coś strasznego – Kraina Daleka sąsiaduje z mroczną krainą, w której rządzi siejący grozę Rycerz Kato. Kiedy ktoś wymawia jego imię, wszystko milknie, a Miramis zaczyna drżeć. Mio mój Mio musi wykonać bardzo ważne zadanie, o którym było powiedziane już przed tysiącami lat: Chłopiec królewskiej krwi na białym koniu ze złotą grzywą i z jednym przyjacielem w orszaku.
Jest to historia o przyjaźni, odwadze, tajemnicy. Pełna czarów. Świetnie nadaje się do głośnego czytania. Język tej opowieści jest niezwykle poetycki. Autorka opisuje tak sugestywnie stan ducha bohaterów, przyrodę. Snuje swoją opowieść jak baśń, którą kiedyś opowiadano sobie o zmroku przy cieple kominka. Piękna książka. Ponadczasowa. I na koniec jeszcze taka refleksja – cudnie by było, gdyby tak udało się nakłonić do przeczytania tej książki ojców królów naszych dzieci. Mogliby się z niej dużo dowiedzieć i nauczyć …..
Oczywiście uwagę przykuwają ilustracje Ilon Wikland – ulubionej ilustratorki książek A. Lindgren. A ja tymczasem dokonałam małego odkrycia. W naszej bibliotece znaleźliśmy wydanie z 1973r. z równie pięknymi ilustracjami Marii Orłowskiej – Gabryś. Pokazuję je w kolejnym wpisie. Zapraszam. Książka ta znajduje się na Złotej Liście Książek, które Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom poleca do głośnego czytania.
Wiek 6+
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
niedziela, 31 października 2010
Dzieci z Bullerbyn - film
Obejrzałam z prawdziwą przyjemnością razem z Tomkiem. I choć brakuje tu wielu wątków (pewnie są w drugiej części), choć reżyser pozwolił sobie na frywolne żonglowanie scenami, to film ma dużo uroku, ciepła i klimatu wolnego dzieciństwa. Każdy z nas ma pewnie swoje osobiste wyobrażenie wioski Bullerbyn. Podoba mi się wizja szwedzkiego reżysera. Biorąc pod uwagę fakt, że na świecie są miliony miłośników tej wesołej ferajny, i tak pewnie nie mógł sprostać wszystkim oczekiwaniom. To dobry film - gdzie życie toczy się swoim tempem, bez przemocy, gdzie dzieci znajdują ogromną radość w rzeczach tak zwykłych – jak zrywanie kwiatów, łażenie po drzewach, szukanie tajemniczej puszki. Fajnie, po prostu fajnie. Tomek już zaproponował, że może w bibliotece powiemy pani, że płytę sobie zatrzymujemy:))) Figa z makiem z podkozakiem.
piątek, 04 czerwca 2010
Dzień Dziecka w Bullerbyn - Astrid Lindgren/ Ilon Wikland
Chciałam o tej książce napisać przed Dniem Dziecka, potem w sam Dzień Dziecka – ale wyszło jak wyszło, czyli… wolałam bawić się z moimi dziećmi. Zresztą książka po raz drugi wypożyczona z biblioteki może być czytana codzienne, bo i Dzień Dziecka powinien być 365 dni w roku aż do skończenia świata. Astrid Lindgren w duecie z cudowną Ilon Wikland – po raz kolejny proponują świetną książkę dla dzieci. To tekst, którego nie znajdziecie w Dzieciach z Bullerbyn (podobnie jak Boże Narodzenie w Bullerbyn i Wiosna w Bullerbyn, o których już pisałam).
Pewnego dnia Lasse wyczytał w gazecie, że w Sztokholmie obchodzą Dzień Dziecka. Wtedy Lasse powiedział, że zrobimy sobie własny Dzień Dziecka w Bullerbyn.
Ten początek smakuje przecież jak słynne: Nazywam się Lisa.
Chłopcy przechodzą samych siebie przy organizowaniu najróżniejszych wyszukanych atrakcji dla malutkiej Kerstin, siostry Ollego – włącznie ze spuszczaniem dwulatki na linie przez okno. Jednak okazuje się, że najwięcej przyjemności malutka ma podczas najprostszych zabaw, czynnościach dnia codziennego – jak choćby karmienia kur czy patrzenia na małe prosiaczki. Mądra Astrid Lindgren pokazuje tym samym, że dziecko nie potrzebuje wyszukanych zabaw, drogich zabawek, ale zainteresowania, miłości ze strony najbliższych. Książka jak zwykle z wieloma ilustracjami pani Wikland. To przecież książeczka obrazkowa, tekst ginie tu wśród drzew Bullerbyn, trzech zagród i licznej menażerii. Warto sięgnąć po tę książkę. Nasz egzemplarz, już dosyć sfatygowany, jest z 1992 roku, wydany został przez Naszą Księgarnię. Teraz ten tytuł oczywiście wchodzi w skład książek obrazkowych wydanych przez Zakamarki, które specjalizują się w szwedzkiej literaturze dziecięcej.
Wiek 3+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia/ Zakamarki
niedziela, 16 maja 2010
Ja nie chcę iść spać - Astrid Lindgren/ Ilon Wikland
Jak zwykle Astrid Lindgren w dobrej formie. Kolejna książka zdobyła serce moich maluchów. Jest to ciepła opowieść o małym Lasse, który codziennie odstawia niezły teatr przed pójściem spać. Sąsiadka, ciocia Lotten ma jednak cudowne okulary przez które chłopiec może zobaczyć, jak zachowują się różne zwierzątka zanim ułożą swoją głowę na podusi. Żadne z nich nie zachowuje się tak głośno, jak Lasse. Jest to dla niego lekcja kindersztuby, z której sam wyciąga wnioski. Prosta historia, prosty język, piękne ilustracje Ilon Wikland. Spodoba się maluchom na pewno. A może też się zmienią po niej? Reakcja mojego Tomka – Ja tak nie krzyczę przed spaniem. Ale z szufladek pamięci mogłabym niejedną historię przytoczyć. Zresztą trudno się dziwić. Czasem zabawa trwa w najlepsze, a tu mądry wielkolud każe iść do łóżka… Wiek 3+
Wydawnictwo Zakamarki
środa, 07 kwietnia 2010
Kuracja odmładzająca z Pippi
Pippi jest nasza. I proszę się nie oburzać. Z wyrozumieniem przyjmujemy oczywiście każde podobne stwierdzenie z drugiego końca osiedla i świata. Bo Pippi to taka kumpelka z podwórka, którą każdy chciałby mieć dla siebie. Ostatnio w jednym z pism dla rodziców przeczytałam o niej - Obywatelka świata. Z tą opinią zgadzam się jak najbardziej - to postać wszędzie rozpoznawalna, a kogo tak naprawdę obchodzi, że jest Szwedką, gdy o życiu, jakie prowadzi, przygodach, jakie przeżywa, marzy kolejne pokolenie małych czytelników, a miliony (wśród nich i ja, mama Tomkowo-Mikołajowa) mają ją w pamięci, jako jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa. Willa Śmiesznotka, małpka na ramieniu, koń, torba złotych monet, niesamowita fantazja, cięty język, zarośnięty ogród, siła, której niejeden siłacz mógłby jej pozazdrościć, wspinanie się na drzewa - moje dziecko słuchało tej książki z otwartą buzią, śmiało się w głos, kazało czytać pewne fragmenty kilka razy. W najbardziej zwariowanych miejscach do głowy mi nie przyszło, żeby czuć obawę, że coś zostanie przeniesione na nasze podwórko. Bo ta Pippi, o której losy obawiała się sama autorka pisząc do wydawnictwa: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi", w obliczu wielu zmian i wydarzeń, które zaszły w naszym społeczeństwie, które mają miejsce, jest tylko niewinną, rozbrykaną psotką, której wybryki wywołują uśmiech, a nie niesmak, albo oburzenie. Nijak nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że we Francji dopiero niedawno Pippi ukazała się bez cenzury. Tak jakoś przyjęło się, że lepiej, gdy nasze dzieci są grzeczniutkie, rozsądne, spokojne, ułożone. Tymczasem natura dziecięca jest niespokojna, chodzi własnymi ścieżkami, jest burzliwa, pokręcona i często nie daje się łatwo oswoić. Pippi wybiega poza utarte schematy. Mimo swojego wieku (rocznik 1945) może niejednego rodzica wprawić w konsternację. Jednocześnie demaskuje dorosłych, którzy nie mają w książce recepty na te jej figle, pyskówki, kłamstewka - nic poza groźbami typu, że pójdzie do Domu Dziecka, sierocińca, że przyjdzie po nią policja. Podobnież jest i teraz - bo często dorośli nie mają sposobu na takie zachowania a'la Pippi Pończoszanka. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl to reakcja: Uspokój się, bo przyjdzie dziad i wsadzi cię do wora. Dzieci kochają Pippi, bo odnajdują w niej siebie. Mała ma charakter, czasem trudna z niej sztuka, nie do okiełznania, ale walczyć z nią ? Nie, tego nie polecałabym. Raczej spróbować inną drogę - zaprzyjaźnić się, jak to zrobili Tommy i Annika. Spojrzeć na nią z miłością, przytulić - bo przecież była samiuśka w tej wielkiej Willi, powiedzieć, że jest śliczna, bo wyśmiewali jej strój, sterczące warkocze i wielgachne buty. Pobawić się z nią, porozmawiać. Odwdzięczy się - na pewno. Wtedy będzie to wielka przyjaźń, na całe życie. Dla mnie ponowne spotkanie z Pippi – po latach jest jak kuracja odmładzająca. Co tam nowinki kosmetyczne, cuda techniki wygładzające zmarszczki. Pippi sprawia, że człowiek nagle młodnieje, ma ochotę zjechać po poręczy, wleźć na pierwsze lepsze napotkane drzewo, iść do pracy tyłem, bo nareszcie mieszkamy w wolnym kraju. Nie wspomnę już o tym, jak kusi zamieszanie jajecznicy szczotką do szorowania pleców. Nie wiem, czy przeszłoby mi to danie przez gardło, ale tak dla żartu, dla posmakowania szaleństwa, przekory, które gdzieś tam po drodze zostały zaduszone przez wyrachowanie, powściągliwość, dyscyplinę. Wydawnictwo Nasza Księgarnia
|