|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Wpisy z tagiem: literatura szwedzka
wtorek, 15 maja 2012
Gdybym nie powiedziała prawdy - Ingelin Angerborn/ il. Magda Chodorowska
Ponoć szczerość popłaca, tak przynajmniej twierdzi babcia Tildy. Ale czy tak faktycznie jest? Dziewczynka powiedziała prawdę i narobiła sobie kłopotów. Może trzeba było skłamać, przemilczeć? Z kolei stare przysłowie mówi, że kłamstwo ma krótkie nogi. Szczerość Tildy to mocne postanowienie z poprzedniej książki – że już nigdy, przenigdy nie będzie kłamać. I teraz musi wycofać się z kłamstwa, jakoby jej tato był astronautą. Ale jak powiedzieć to tym swojemu chłopakowi, którego bardzo lubi. Czy ją zrozumie, czy nadal będzie chciał z nią być? Axel czuje się zraniony i oszukany. I jak to wszystko naprawić – gdyby Tilda nie powiedziała prawdy, nic by się nie stało. Gdybym nie powiedziała…, nie zrobiła…, nie napisała…, nie utknęła…, nie przeziębiła się…, nie pomyliła…, to ………… Tak zaczyna się każdy rozdział tej książki. Ciekawy zabieg , ponieważ zaraz na początku dowiadujemy się, co się takiego stało – a nas zżera ciekawość – jak do tego doszło. Tilda w kolejnej, trzeciej już części bierze się za bary z codziennością. A nie jest jej łatwo – żyje w niepełnej rodzinie, ma rozbuchaną fantazję, zawsze wpędza się w kłopoty – przy tym jest bardzo sympatycznym dziewczęciem, którego nie sposób nie polubić. Mama ma nowego partnera, oczekuje dziecka, z Axlem się nie układa. Pewnie zaciekawi Was, jak Tilda wybrnie z kłopotów. I najważniejsze – czy zrozumie, że najgorsza prawda jest jednak lepsza od najlepszego kłamstwa? Ciekawie napisana książka o przygodach dnia codziennego. Nie żadne wyszukane historie. Ot zwykłe niezwykłe życie trzecioklasistki ze Szwecji. Książka pełna humoru, wciągająca intryga – na pewno się spodoba. Warto zajrzeć do wcześniejszych książek o Tildzie: -Gdybym nie pomyliła psów -Gdybym nie zrobiła z taty astronauty W przygototwaniu: - Gdybym nie kupiła świnki morskiej Wiek 8+ Wydawnictwo Zakamarki
sobota, 17 marca 2012
My na wyspie Saltkrakan - Astrid Lindgren/ il. Ilon Wikland
Pamiętacie po lekturze Dzieci z Bullerbyn to dziwne uczucie, że coś się skończyło bezpowrotnie? Owszem, można wracać do tej książki – dla wielu najukochańszej lektury dzieciństwa, jeśli nie samemu to z dziećmi. Jeśli ktoś szuka czegoś w zamian, jakiegoś dalszego ciągu – to pewnie chętnie zajrzy do powieści My na wyspie Saltrakan. Choć o jakim ja dalszym ciągu piszę? To przecież zupełnie inna książka. Ale ma w sobie coś, co mi ciągle przypomina tę małą wioskę z trzema Zagrodami. Zresztą, jak się okazuje – właśnie Saltkrakan dla wielu jest książką kultową. Nie Bullerbyn, ale właśnie ta - o wakacjach na malutkiej szwedzkiej wyspie. Kiedy jakiś czas temu byłam na konferencji wyjazdowej, pokój dzieliłam z jedną z koleżanek. Szybko znalazłyśmy temat do rozmów – jeśli ktoś lubi książki – to w końcu wszystkie drogi i tak do nich prowadzą. Książka dzieciństwa? Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? Zdecydowanie. Bez zawahania. To oczywiście stary tytuł tej powieści. Pewnego dnia na malutką wyspę przybywa sztokholmska rodzina Melkersonów – tata z czwórką dzieci – z córką Malin, i synami: Johanem, Niklasem i Pellem. 19-letnia Malin matkuje braciom – gdyż ich mama nie żyje, a najmłodszy ma dopiero 7 lat. I tak się zaczyna wakacyjna przygoda. Tato wynajął stary dom – Zagrodę Stolarza (znów ta zagroda), w którym brakuje szyb, kapie z dachu, ciężko rozpalić ogień w piecu, a wodę trzeba nosić ze studni. Dla miastowych to niezłe wyzwanie – ale wszystko przyjmują ze zrozumieniem i z wielkim optymizmem. Szybko zaprzyjaźniają się z mieszkańcami wysepki – a tych jest naprawdę niewielu. Znajdują tu przyjaciół, miłość, dobrych znajomych. Przede wszystkim obcują z przyrodą, uczą się jej. W mieście toczy się zupełnie inne życie. Tutaj trzeba obserwować niebo, pogodę, uważać na mgły, skały, nawet żaby. Książka raz dowcipna, raz smutna. Czasem trzeba łapać za chusteczkę. Niespieszna narracja, opisy przyrody, które sprawiają, że chciałoby się tam zaraz pojechać, zobaczyć. Saltkrakan nie znajdziecie na mapie. Ale jak to często bywało w książkach Astrid Lindgren – miała swój odpowiednik w rzeczywistości. To wysepka Furusund. Nazwa Saltkrakan to nazwa starego gospodarstwa z Vimmerby. Astrid Lindgren kocha Furusund (dosł. Sosnowa Cieśnina) bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej. Czerwony drewniany dom z białymi narożnikami, oszkloną werandą, balkonem wychodzącym na zatokę i pomost przy własnym brzegu nazywa „swym domem radości”. Przez ponad sześćdziesiąt lat ów stary domek do pobierania cła, Stenhällen, jest jej urlopowym rajem, miejscem pracy, oddechu. Tutaj bawi się z dziećmi, wnukami i prawnukami, pisze, kąpie się, spaceruje, odpoczywa. Portrety Astrid Lindgren – Johan Erséus, wyd. Nasza Księgarnia , 2007, str. 118)
Wysepka, na którą bardzo późno dotarła cywilizacja. Podobny klimat znajdziecie na Saltkrakan. Nie ma tu bieżącej wody, telewizorów, telefonów komórkowych, komputerów. No tak – kiedy powstała ta powieść (1964) i tak nie było tych wszystkich gadżetów, bez których nie możemy sobie dzisiaj wyobrazić codzienności. Mimo wszystko - to wielka afirmacja bardzo prostego życia, bez wygód, zabieraczy czasu. To radość z prostych rzeczy. Na owe czasy wyprawa ze Sztokholmu w taką dzicz – też była nie lada wyczynem. Beztroskie dzieciństwo – zabawy na świeżym powietrzu, wspinanie się po drzewach, wyprawy łódką, zaglądanie do każdej dziury. Ale też troski dnia codziennego – które tata pisarz – człowiek o artystycznej duszy, stara się rozwiązywać w miarę swoich możliwości. A wszystkich ciekawskich – dlaczego wydanie polskie najpierw nosiło tak dziwaczny tytuł – zapraszam oczywiście do lektury. Rozwiązanie w środku.
Wiek 9+ Wydawnictwo Nasza Księgarnia
poniedziałek, 27 lutego 2012
Tajemnica miłości - Martin Widmark/ il. Helena Willis
Ta część serii Biura Detektywistycznego Lassego i Mai nas zaskoczyła. Do tej pory czarno białe ilustracje – z wyjątkiem kolorowej okładki. Teraz: w tonacji czarno – szarej – czerwono – różowo. A okładka iście walentynkowa – w tych samych kolorach, brokatowy tytuł i malutkie błyszczące serduszka. Miłości nigdy dosyć:) - o czym przekonali się bohaterowie książki. Myślę, że Lassego i Mai nie trzeba specjalnie przedstawiać: dwójka rezolutnych dzieciaków prowadzi swoje Biuro Detektywistyczne w małym szwedzkim miasteczku Valleby. To tutaj odbywa się wielkie święto miłości. Wszyscy się przytulają, całują (nawet Maja pocałowała Lassego) – a za każdego całusa miejscowy bogacz Muhammed Karat (znacie go z pierwszej części) płaci 5 koron. Imprezę uatrakcyjnia konkurs tańca. Pojawiają się nowi bohaterowie, giną złoty naszyjnik i pieniądze, które całe miasteczko zbierało na biedne dzieci. Jak zwykle emocji jest mnóstwo, dzieci powoli idą tropem przestępcy, a czytelnicy próbują sami rozwikłać zagadkę. Kim jest sprawca? - tym razem historia nas naprawdę zaskoczyła. W ogóle nie podejrzewaliśmy ….ups – trzeba się ugryźć w język, by nie popsuć Wam przyjemności czytania. Krótkie rozdziały, duże litery, dobra zabawa, własne śledztwo i typowanie sprawcy – już po raz kolejny przekonaliśmy się, że Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai to dobra zabawa dla całej rodziny.
A tutaj widać zaangażowanie 7 – letniego czytelnika w rozwiązanie zagadki.
Tutaj można zajrzeć do środka książki
Wiek 6+ Wydawnictwo Zakamarki
sobota, 18 lutego 2012
Tajemnica szafranu - Martin Widmark/ Helena Willis
Do przeczytania kolejnej części przygód Lassego i Mai specjalnie zachęcać nie trzeba. Pisałam o tej serii już kilka razy. Na nowy odcinek czekamy zawsze z wielką niecierpliwością. Tym razem para detektywów została wplątana w tajemnicze zniknięcie szafranu. W malutkiej cukierni zabrakło złotej przyprawy do wypieku bułeczek szafranowych. Nikt w całym Valleby nie może sobie wyobrazić świąt Bożego Narodzenia bez tego specjału (my możemy – ale co kraj to obyczaj – przez to jest ciekawie na świecie :))) Dzieciaki wybierają się do pobliskiego sklepu na zakupy. Jednak – jak pech – to pech – ktoś ukradł cały zapas wartości kilkunastu tysięcy koron. Nie zdradzajcie dzieciom – ale jak zawsze - detektywi świetnie sobie poradzą. (komentarze mojego Tomka: Ciekawe, czy im się uda!!!! Do tego moje tajemnicze: No nie wiem). Podoba się nam typowanie kręgu podejrzanych, potem powolne eliminowanie poszczególnych kandydatów do tytułu złodzieja. Dla przedszkolaków jest tu dużo emocji, znaków zapytania. W czasie lektury jak zwykle szukają swoich śladów. Tym razem Lassemu i Mai uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ale więcej już nie zdradzam. No i święta zostały uratowane – o czym już tradycyjnie poinformowała miejscowa gazeta.
Wiek 6+ Wydawnictwo Zakamarki
sobota, 21 stycznia 2012
Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy'ego - Ulf Stark
Kiedy czytałam książkę Starka, przypomniała mi się pewna historyjka, którą o swoim siostrzeńcu i ojcu opowiedziała mi przed laty koleżanka. Otóż chłopiec ów zauważył, że kobiety mają cyce. Oburzony dziadek słysząc te słowa zawołał: – Ależ Kubusiu, mówi się piersi. Na to Kuba spokojnie odrzekł – A ja tam wolę cyce. Pewnie byśmy chcieli, by dzieci były zawsze grzeczne i takie ułożone (ale czy ktoś z nas potrafi podać definicję słowa: grzeczny?), by zachowywały się o tak: ą i ę – czyli bułkę przez bibułkę. Kiedy moje dzieci siedzą tak jakoś dziwnie spokojnie, to wiem, że coś jest nie tak – bo dziecko to w końcu dziecko i cała ta aura: wrzaski, bijatyki, kłótnie, chęć zwycięstwa, dopominanie się o swoje, bycie w centrum i naj - są wpisane w dzieciństwo. W każdym razie chłopcy tak mają – na podstawie obserwacji córek moich sióstr stwierdzam, że dziewczynki chyba są jednak grzeczniejsze (ale cóż to znaczy – grzeczny? – co już pisałam). Mając na uwadze swoje doświadczenia i książkę Starka nie sposób nie pomyśleć – łolaboga - wszystko przed nami (mną i mężem - który nadmienia, że kiedyś to dzieci chyba były inne). A tu proszę - prztyczek, co ja piszę – prztyk olbrzymi, w nos od Starka (jakby kto nie wiedział – rocznik 1944). No bo my tu niby się staramy, by zwrócić uwagę dziecka na rzeczy ważne i wielkie, na białe, a dziecko wybiera i tak czarne. Bo musi się przejechać, musi zapłacić frycowe, czasem oparzyć się i to nieźle. Tak, że aż bąbel wyskoczy. Może nawet skóra zejdzie. Tak jak te cyce z początku mojej recenzji. Tak woli i już. I żadne tłumaczenie, że tak nie wolno, nie wypada, bo konwenanse, tradycja i otoczenie itd. nie pomogą. I tak wybiera, co mu bardziej odpowiada, co uważa za słuszne. A więc przy Tenisówkach od czasu do czasu głęboko wzdychałam (nie wierzę, że nie będziecie wzdychać) i wspominałam, chcąc nie chcąc, program radiowy Wojciecha Cejrowskiego, w którym opowiadał o wakacjach dzieciństwa. Śmiałam się tak, że gdyby nie uszy, pewnie by mi głowa podskakiwała. Potem oburzona znajoma zwróciła mi uwagę – że to wcale śmieszne nie jest, bo gdyby tak jej dzieci robiły, to by osiwiała. Pierwsza myśl – była taka – chwila, chwila, czy pana Wojciecha słyszały moje dzieci, i czy aby widziały śmiejącą się matkę, gdy słyszały te wszystkie opowieści o łażeniu po wysokich drzewach, kradzionych jabłkach i zanikaniu na całe dnie Bóg wie gdzie (no pewnie, że odetchnęłam z ulgą, gdy byłam pewna, że nie słyszały). W Tenisówkach Stark wspomina swoje dzieciństwo – i nie myślcie, że autor zamierza się kajać przed nami, że to i to było złe. Podglądanie gołych bab, przebieganie przed maską pędzącego samochodu, balansowanie na barierce mostu, bombardowanie jabłkami auta sąsiada, podkładanie petard w skrzynkach na listy – to tylko niektóre przykłady. I to pewnie burzy spokój rodzica, który już myśli (jeśli zna oczywiście książkę), gdzie upchnie tomik na górnej półce, by był dobrze niewidoczny. Główny bohater – Ulf to taki trochę klasowy fajtłapa, z porządnego i kochającego domu. Fakt – z bratem mu się nie układa. Bracia się leją i często i gęsto. Ale rodzice? - do rany przyłóż. Pewnie dlatego Ulf godzi się na udział w tym męsko – chłopięcym zdobywaniu i uczeniu się świata – by nie być ślimaczą dupą. A kiedy w klasie pojawia się NOWY – Percy, który bije najlepiej, przeklina, odszczekuje nauczycielom – Ulf bardzo chce być taki jak on. Wierzy w bajeczkę Percy’ego, że jego siła tkwi w starych, podartych tenisówkach. Ulf będzie chciał je zdobyć za wszelką cenę – bo bardzo chce stać się kimś innym – kimś lepszym. I będzie robił to, co robią inni, by nie być odrzuconym, będzie wymyślał takie rzeczy, o których do tej pory mu się nie śniło. Jednym słowem – przerośnie Percy’ego – i to o dwie głowy. Świetnie napisana powieść – o trudnym dorastaniu, o marzeniach i planach chłopca ze Szwecji – który wyrósł – (to ważne!:) naprawdę na porządnego faceta:)) - co to w dodatku książki pisze. Lektura, która głównie (co ciekawe) rozgrywa się gdzieś poza papierowymi kartkami – budzi lęk, stawia pytania. Ale to tylko przemyślenia matki kwoki – która drży o swoje dzieci. A te – znając życie – szybko przejdą do porządku dziennego. I tak zabiorą z tej lektury tylko to, co im wygodne i miłe. A może u nich nie będzie tego czegoś - poza, które teraz tak bardzo wyolbrzymiam. Będzie tu i teraz - nic więcej. Zamkną książkę. Koniec. Zrobią po swojemu – pewnie wymyślą coś nowego, coś zupełnie nowego – przez co znowu nie będziemy mogli spać;) Opowieść o szukaniu swojego ja i swojego miejscu na ziemi. Świetna inspiracja do poszukiwań i rozmów z dzieckiem – też okazja do tego, by poznać jego zdanie na temat TEJ książki. Czy mu ją podsuniecie? Hm…………………………..:)
Wiek 9+ Wydawnictwo Zakamarki
wtorek, 17 stycznia 2012
Zimowa wyprawa Ollego - Elsa Beskow
Są książki, które świetnie czyta się akurat w tym, a nie innym momencie. A gdyby tak sięgnąć po Zimową wyprawę Ollego w samym środku lata? Na pewno wywołałaby tęsknotę za białą porą roku. Hmmm…. Spróbujcie za kilka miesięcy kto wie…. Bo przecież nikt i nic nie przemawia za tym, żeby najnowsza książka Beskow była tylko i wyłącznie zimową lekturą. Choć teraz, gdy za oknem śnieg, najlepiej się ją czyta…
Zajrzyjcie tutaj: Wiek 3+
wtorek, 13 grudnia 2011
Nusia się chowa - Pija Lindenbaum
O Nusi słyszeliśmy wiele dobrego. Cały czas mamy zresztą nadzieję, że nasza biblioteka uzupełni księgozbiór o pozostałe trzy części serii o rezolutnej dziewczynce, której zawsze towarzyszą zwierzęta: łosie, wilki i owieczki. Do fioletowej okładki (każda część ma charakterystyczny kolor – czerwony, żółty, turkusowy) często wracamy – a to za sprawą tematyki – trochę nawet sensacyjnej dla małego czytelnika. Bo upuścić dziecko – to ho ho – naprawdę nieprzyjemne zdarzenie. No i coś ty zrobiła? – krzyk niani przestraszył nie tylko małą Nusię, która od czasu do czasu odwiedza swoją koleżankę Helenkę. Helenka nie chodzi do przedszkola, więc ma opiekunkę Pumę. Ta zajmuje się też rodzeństwem Helenki - parą bliźniaków. Pewnego dnia podczas niesfornej zabawy Nusia niechcący upuszcza jedno z niemowląt na podłogę. Po okrzyku Pumy dziewczynka wycofuje się do swego świata – ciemnej garderoby z okładki – bez okien, z dziwacznymi zwierzakami, które pozwalają jej odzyskać pogodę ducha. Dziewczynka po zdarzeniu najpierw strasznie cierpi – Puma, która tak bardzo jej imponuje, jest na pewno na nią zła i zawiodła się na niej.
Tak myśli Nusia. Autorka z wielkim zrozumieniem i empatią pokazała, co w małej duszy gra, gdy po przykrym zdarzeniu dziecko w środku całe zamienia się w lód. Jak krzyk dorosłego – często może nawet zbyt przesadzony, wyolbrzymia całe zdarzenie do tragedii, którą w istocie nie jest. Jak urasta do rozmiaru góry lodowej nie do pokonania, gdy tymczasem jest zaledwie lichym pagórkiem. Tutaj Nusi pomagają zwierzaki – cudaki w garderobie. Można zadać sobie retoryczne pytanie – a co się dzieje, gdy ich nie ma? Piękna historia, która daje do myślenia dorosłym, a która pomaga dzieciom zrozumieć ich zranione uczucia i emocje. Podoba mi się wizerunek niani - Pumy. Oj, Pija Lindenbaum zamieszała w naszym polskim mamowym środowisku, gdzie najchętniej powierzamy swoje pociechy babciom lub sprawdzonym nianiom z referencjami. Oczywiście popularne jest powiedzenie – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. A Puma? Niania Helenki i bliźniaków ma ramiona całe pokryte tatuażami, włosy w artystycznym nieładzie, mocny makijaż, na dodatek maluje paznokcie na fioletowo i…świetnie opiekuje się dziećmi. Z pewnością jej reakcja na zachowanie Nusi była zbyt gwałtowana, ale i ona wyciągnęła z tej przykrej sytuacji lekcję i szybko ją naprawiała. A cała historia dobrze się kończy. Polecam wywiad z autorką – znajdziecie go tutaj.
Wiek 3+ Wydawnictwo Zakamarki
środa, 30 listopada 2011
Jak tata się z nami bawił - Ulf Stark/ il. Mati Lepp
Ostatnio obrodziły na naszym rynku książki o tematyce – tatusiowej. Hurra! Niedoceniani ojcowie – w końcu zostali zauważeni i mają swoje 5 minut (oby to trwało długo, długo - aż do skończenia świata). Nic dziwnego, że wiele z tych książek nadeszło do nas zza Bałtyku. Jeszcze kilka lat temu my – mamy - z zazdrością i niedowierzaniem czytałyśmy o tym, jak wielki wkład w wychowanie dzieci mają ojcowie w Szwecji czy Norwegii. Że mogą na przykład wziąć urlop tacierzyński (niezbyt udany neologizm) – co u nas było nie do pomyślenia. Z różnych względów. Na pewno kulturowych. Nie dalej jak wczoraj mąż powiadomił mnie, że jego znajomy bierze urlop tacierzyński, a żona wraca do pracy. Ho, ho pomyślałam – teraz to czuję, że jestem w Europie. I na wszelki wypadek uszczypnęłam się w pulchny policzek, by mieć pewność, że to prawda. Książka Jak tata się z nami bawił przybyła do nas ze Szwecji i miała swoją premierę w 2004 roku. Tata Ulfa Starka jest zupełnie inny niż tata Różyczko Markusa Majaluomy. Ten tutaj jest wypoczęty, zrelaksowany, akuratnie ubrany – klasyczna elegancka kamizelka wycięta w serek i wygodne kapcie na nogach. Tata, który wygląda na perfekcjonistę – dobrze zorganizowany, ambitny, pedantyczny. Nawet w zabawie, którą proponuje swoim synom. Zaskoczonym, bo to zjawisko pewnie rzadkie w tym domu. Synowie, by nie zrobić tacie przykrości, bawią się z nim w chowanie klucza od sekretarzyka taty. Coś w rodzaju naszego polskiego: ciepło – zimno. Tato bawi się wyśmienicie. Do czasu – gdy okazuje się, że jego młodszy syn Ulf schował klucz w …toalecie. Jak skończy się ta zabawna historia? Czy klucz uda się uratować i czy tato będzie miał ochotę na ponowną zabawę ze swoimi synami?
Zabawna historia, która odbrązowiła trochę tatę. Tego dorosłego, poważnego, czasem zatroskanego i zbyt zajętego, by znalazł czas na zabawę. Tata Starka odkrywa w sobie w miarę rozwoju sytuacji dziecko. Najpierw nieco spięty, potem coraz bardziej na luzie – co odzwierciedlają świetne ilustracje. Jego podskoki, poszukiwania, miny na pewno rozbawią dzieci. A może ta książka będzie inspiracją do wspólnych zabaw? Koniec jest przecudny. Do domu wraca mama – artystka. Zrelaksowana, zrobiona na bóstwo, uśmiechnięta. I tak trzymać. Bierzemy przykład z Północy:))))
Wiek 3+ Wydawnictwo Zakamarki
środa, 02 listopada 2011
Tylko Tsatsiki - Moni Nilsson
Pierwsza część losów Tsatsikiego spodobała mi się już jakiś czas temu. Byłam ciekawa co działo się z chłopcem przez minione miesiące. Dorósł, zapuścił włosy (wszy!), gra w zespole rockowy (ach ten parówkowy przebój), walczy ze złem tego świata – w tym przypadku ze szkolnymi rasistami, ma od lat tego samego wiernego przyjaciela, poczucie humoru go nie opuszcza (zagadkowa kobieta szpieg na ulicy), jest tolerancyjny (nowy mąż Mamuśki), kocha swoich rodziców (greckiego Tatę – Poławiacza Ośmiornic, z którym ma doskonały kontakt mimo dzielącej ich odległości), jest odważny – rezygnuje z treningów piłki nożnej na rzecz kursu tańca i jest bardzo …. kochliwy. Ciekawam bardzo, co będzie dalej, ponieważ żegnamy chłopca w momencie, gdy udaje się w pierwszą samodzielną podróż samolotem do śmiertelnie chorego greckiego dziadka. Mamuśka jest w ciąży, a kolejna część serii nosi tytuł: Tsatsiki i miłość. Oj będzie się działo. Moni Nilsson stworzyła powieść bardzo życiową – prawdziwą. Nie boi się poruszać tematów ważnych, niczego nie zamiata pod dywan. Jest tu miejsce na miłość i śmierć, przyjaźń i konflikty. Przeważnie wszystko kończy się happyendem, szukaniem rozwiązań i kompromisów. Przy tym Autorce nie brakuje poczucia humoru, co udziela się również jej bohaterom. Podoba mi się podejście do życia Mamuśki. Trochę takie na luzie, ale jak przyjdzie co do czego, walczy o dziecko jak lwica. Jedzie na tournee, nagrywa płyty, ale zawsze znajduje czas na rozmowę z synem, przytulenie go i drapanie po pleckach. To co, że Tsatsiki ma już prawie 10 lat. Mamuśka ma w sobie coś takiego, że Tsatsiki zawierza jej swoje sekrety, przy czym daleko w tych relacjach od mamisynkostwa, mazgajstwa. Matka i syn są parą przyjaciół, od których można się wiele nauczyć. A propos wszy – kiedyś przeczytałam w jednym artykule na temat Danii i innych państw skandynawskich taką informację, że dzieci mają tam często wszy. Ponoć zabiegani rodzice nie mają czasu na walkę z nimi. A wiadomo – gdy się wszy pojawią, potrzeba dużo cierpliwości i systematyczności. Ale spokojnie. Mamuśka Tsatsikiego poradziła sobie, mimo że kosztowało to trochę łez przy rozczesywaniu loków. Wydawnictwo Zakamarki
środa, 21 września 2011
Przygody Pippi - Astrid Lindgren
Ta książka to doskonała lektura nie tylko dla dzieciaków. Hm….. Myślę, że dorośli wychowani na przygodach tej rezolutnej panienki z dwoma warkoczykami i za dużymi butami wiedzą, co mam na myśli. To powrót do dzieciństwa – i muszę przyznać, że fajne to uczucie, gdy podczas lektury obserwuję moje pociechy słuchające tych starych, zwariowanych, sprawdzonych i klasycznych tekstów szwedzkiej pisarki z otwartą buzią. Dla nich to żadna fikcja. Co to to nie. Ależ! Pippi naprawdę jest tak silna, że podnieść konia to dla niej pestka. Nie ma lęku wysokości – śmiga po dachu jak wiewiórka (w końcu też ruda). Jest bogata – ma torbę złotych monet (Mamo, a gdzie jest nasza torba pełna pieniędzy? – To Mikołaj. No właśnie, gdzie jest?) A scena z rekinem, kiedy mu grozi, że ten (tzn. rekin) ją jeszcze popamięta, gdy tylko będzie się jej naprzykrzał, wzbudziła tak wiele emocji i zachwytu, że opisać tego prostymi słowami nie zdołam. Pippi to bohaterka pełną … buzią. Pyskate toto, zdarza jej się mówić nieprawdę (coraz rzadziej – już o to starają się Annika i Tommi), lubi ryzyko, robić na przekór. Jednak ma wielkie serce – jak się przyjaźni to tak do końca – na dobre i złe. Pewnie, że włosy dęba stają jak się czyta o tym wszystkim – jaka zadziorna, niepokorna, samodzielna. Jednocześnie samotna, czasem bardzo refleksyjna i wręcz filozoficznie nastawiona do świata. Czy wiecie, że gdy Astrid Lindgren wysyłała Pippi do wydawnictwa napisała: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi". Bo koleje Pippi bywały różne. Dopiero przed kilku laty Pippi ukazała się po raz pierwszy we Francji w wersji nieocenzurowanej. Taki strach budziła w przemądrzałych dorosłych. Bo Pippi pokazuje, jacy jesteśmy my, dorośli – zadufani w sobie, wciśnięci w jakiś ciasny gorset konwenansów, zasad, dziwnych praw ustanowionych przez nas samych i tradycji. A gdzie wolność? Gdzie radość życia? Tego właśnie uczy nas Pippi. A że czasem kłamie? No cóż…. Każdemu się zdarza. I nie zamierzam gderać, ani narzekać na tę istotę, bo mi się zaraz od niej po nosie dostanie. Przedstawiam Pippilottę Wiktualię Firandellę Złotomonettę Pończoszanke w trzech odsłonach – w jednym tomie: Pippi Pończoszanka, Pippi wchodzi na pokład i Pippi na Południowym Pacyfiku. Z genialnymi ilustracjami Ingrid Vang-Nyman. 312 stron doskonałej lektury. Dużo śmiechu, dużo zabawy. Dla całej rodziny. |