Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: Andersen

wtorek, 23 lutego 2010
Mała Syrenka - H.Ch. Andersen/ Agnieszka Żelewska

Kiedy wiele lat temu, jako dziecko, przeczytałam pierwszy raz Małą Syrenkę, z wrażenia nie mogłam zasnąć. Było w niej tyle smutku. Zresztą w wielu andersenowskich opowieściach też trudno dopatrzeć się happy endu. Ponoć pisarz zaszyfrował w nich szczegóły ze swojego życia. Mimo, że w swojej autobiografii z 1846 r. przygotowanej dla niemieckiego wydawcy, skrzętnie ukrywał ciemne strony swojego życia, dziś znawcom tematu wiadomo o wiele więcej na temat nieszczęśliwych miłości (również do tej samej płci), biednym dzieciństwie, chorobie psychicznej w rodzinie, kompleksach, strachu przed odrzuceniem, poczuciu niższości. Może dlatego Andersen jest tak wielu czytelnikom bliski. Brzydkie Kaczątko, Ołowiany Żołnierzyk, Świniopas, Choinka, Cień, w końcu też Mała Syrenka – jakże często mówią naszym głosem, o uczuciach, cierpieniach, samotności, rozterkach wewnętrznych, lękach.  Bohaterowie, z którymi można się identyfikować, a baśń przestaje być baśnią, zaciera się gdzieś granica między światem nierealnym, wymyślonym, a rzeczywistością…Zupełnie inaczej niż w baśniach innych autorów, gdzie na końcu wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Mała Syrenka to baśń o nieszczęśliwej miłości. Jakże bolesne uczucie – kochać i nie być kochanym/ą. Jest się kimś na doczepkę, kulą u nogi, zawsze w cieniu. Ale z drugiej strony to opowieść o gotowości do poświęcenia w imię miłości właśnie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie: któż tak dzisiaj umie kochać? Andersen, ponoć sam bardzo religijny, zahaczył w baśni o wartości religijne – życie wieczne i duszę.  Autor nie był ojcem gatunku. W Niemczech spisywali baśnie bracia Grimm,  we Francji Charles Perrault. Jednak w odróżnieniu od tamtych, ludowych, baśnie Andersena pełne były jego nowych pomysłów. Duński pisarz otworzył usta zwierzętom, roślinom, figurkom porcelanowym, przedmiotom codziennego użytku. Ożywił je, by przekazać pewną prawdę o życiu.

Ta Mała Syrenka jest ale smutna – to pierwsza refleksja Tomka po lekturze. Do tej pory znał tylko  disney’owską wersję – pstrokatą, przesłodzoną – innymi słowy - miód, lukier i róż, kicz? Gdy nie będziemy powoływać się na literacki pierwowzór, może uda nam się uniknąć tego ostatniego słowa – wtedy można powiedzieć: nawet   dość ciekawy eksperyment filmowy, ze szczęśliwym zakończeniem, gdzie Arielka, bardziej przypominająca lalkę Barbie, z talią osy i fryzurą zawsze tipestopes, poślubia księcia. Sam Disney ponoć (to wg Wikipedii) wręcz był zauroczony baśnią Andersena jeszcze przed powstaniem Królewny Śnieżki, powoływał się na nią, a że potem wyszło jak wyszło. Można nawet pokusić się o stwierdzenie: ta wersja to siódma woda po Syrence.

Tytułowa bohaterka  według pomysłu Agnieszki Żelewskiej jest piękna, z burzą niesfornych włosów, staniczku z muszelek, wielkimi oczami. W wywiadzie dla Qlturki ilustratorka wyznała:

Niektóre baśnie są dla mnie bardzo trudne. Na przykład "Jaś i Małgosia" czy "Mała Syrenka". Są takie straszne, że mam naprawdę kłopot, jak je oswoić kredką. Jest we mnie taka niezgoda na los bohaterów, że muszę trochę popajacować w ilustracji, żeby czytelnikowi było trochę mniej smutno.

Dzięki zatem za to pajacowanie i za ocieplenie tej historii, próbę wywołania uśmiechu na małych buziach. Podwodna kraina została przedstawiona w tonacji niebiesko - zielonej. Strony, na których działo się źle - sztorm, wizyta u wiedźmy, calusieńkie czarne z białymi literami.Tam gdzie Syrenka zamienia się w pianę morską - jasność, jaka zawsze bije na początku dnia.

To jedna z piękniejszych baśni Andersena. Zachęcam do sięgnięcia po wydanie z nowym tłumaczeniem B. Sochańskiej z języka duńskiego.

Do książki dołączona jest płyta CD, na której można wysłuchać baśni w interpretacji Jerzego Stuhra.

Wiek 4+

Mała Syrenka (1913 r.). Niestety kilka razy odcięto jej głowę, ramię, oblano farbą. Smutne to, bo wielu jedzie do Kopenhagi właśnie dla niej.

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 29 grudnia 2009
"Dzikie łabędzie" po duńsku

książkę znalazła pod choinkę moja młodsza siostra M, która od jakiegoś czasu pomieszkuje sobie w Danii. Właśnie to wydanie Dzikich łabędzi – pięknej baśni Andersena o Elizie i jej 11 braciach stało się w Danii WYDARZENIEM, ponieważ ilustracje do nich stworzyła nie kto inny, jak sama duńska królowa Małgorzata II. Monarchini jest osobą bardzo lubianą i szanowaną w tym kraju. Pomysłodawcy prezentu zawsze mówią o niej z dumą i szacunkiem, a gdy wygłasza orędzie w telewizji, słuchają jej z wielką uwagą i zawsze przy wielkim dzbanie herbaty albo kawy. Stąd właśnie ta książka od Mikołaja, która pewnie przejdzie do historii. Małgorzata II przygotowała 43 kolaże – ilustracje. Gdy je zobaczyłam po raz pierwszy – od razu pozytywnie mnie zaskoczyły. Lubię takie eksperymenty. A swoją drogą – jaka siła brzmi w słowach baśniopisarza, że uwolnił tyle energii i kreatywnych pomysłów oraz interpretacji. Wyobraźnia ludzka chodzi najróżniejszymi ścieżkami…. Najważniejsze też, by kolaże trafiły do właściwych odbiorców baśni, czyli dzieci. W Danii cieszą się olbrzymią popularnością wśród dorosłych. Ale co również ważne - nigdy nie jest za późno, by odkryć w sobie dziecko. To bardzo cenne doświadczenie:)

 

Królowa Małgorzata II przy pracy - a poniżej - kolaże Jej Wysokości

 

środa, 09 grudnia 2009
Królowa Śniegu - H.Ch.Andersen/ Elżbieta Wasiuczyńska

Zapraszam Was w podróż nietypową jak na nasze warunki, bo do krainy wiecznych śniegów i mrozów, gdzie króluje ONA – piękna, wytworna, zimna, a jednak żywa, o niespokojnych oczach, lśniących jak dwie jasne gwiazdy, z bladym i prawie niewidocznym uśmiechem na twarzy. Chyba nieprzystępna dla nas, ludzi. Takie przynajmniej zawsze odnosiłam wrażenie. Chociaż nie, był wyjątek. Kaj.

 

Zjawiła się pewnego dnia w miasteczku – kobieta ubrana w najdelikatniejszą białą gazę, jakby utkaną z milionów gwiaździstych płatków. Skinęła głową w kierunku okna i pomachała ręką. Wówczas to Kaj zobaczył ją po raz pierwszy. Bardzo się wystraszył.

 

W ogrodzie staruszki czegoś brakowało. Tylko Gerda nie wiedziała dokładnie czego. Pewnego dnia, gdy minęło już wiele miesięcy od momentu pojawienia się dziewczynki w dziwnym domu z ogrodem, Gerda, oglądając kapelusz wróżki, dostrzegła na nim róże. –Tu nie ma róż! – zawołała. I przypomniała sobie o Kaju.

 

Gerda wyznała rozbójniczce, jak bardzo kocha Kaja. Ta wsadziła Gerdę na renifera.

-Masz tu futrzane buty, bo będzie zimno, mufkę zatrzymam, jest zbyt ładna, ale nie będziesz marzła, bo dam ci rękawice mojej matki, sięgną ci aż do łokcia, wsadź ręce. Masz teraz takie same łapy jak moja okropna matka.

 

I w tym momencie chyba powinien być koniec, prawda? Czuję się teraz jak natrętny intruz, który ingeruje w tę historię, choć zdaję sobie sprawę, że moje krótkie streszczenie i tak nie odda całego klimatu baśni, ciepła bijącego z serca Gerdy i chłodu Królowej Śniegu.

Cóż nowego można powiedzieć o Królowej Śniegu, ktoś zapyta. A można, można. Trudno zmierzyć się z legendą. A do takiej należy niewątpliwie Królowa Śniegu w przekładzie Stefanii Beylin, z ilustracjami mistrza J.M. Szancera.  Ale w końcu do odważnych świat należy. Mamy oto na nowo spolszczony tekst przez Bogusławę Sochańską, prosto z duńskiego - w wielu miejscach bardziej przystępny (np. współczesne słownictwo buciki - zamiast trzewiczki, pokoiki - zamiast izdebka, jest w końcu Kaj, a nie Kay) i odważniejszy. Przyznam się, że mnie samą zżera ciekawość, kto jest bliższy oryginałowi – B.Sochańska ze zwrotami- stara, łapy, zarżnąć? Czy raczej S.Beylin z jej wersją – matka, ręce, pozabijać? I czy wynikało to z faktu, że coś zostało w przekładzie zgubione, czy raczej taki był wymóg ówczesnej obyczajowości, który nakazał tłumaczce zrobienie, choćby z małej rozbójniczki, aniołka wśród grandy rozbójników ukrytej w jaskini i głuszy leśnej. Wydaje mi się, że mała leśna tygrysica, nieprzebierająca w słowach, jest  bardziej autentyczna i na swój dziki sposób …urocza. I druga rzecz – to ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej (Pan Kuleczka). Delikatne, zmysłowe, ulotne jak płatki śniegu, których żywot jest taki krótki. Ich piękno zostało docenione i znalazły się w gronie nominowanych do nagrody IBBY 2009.

Królowa Śniegu to z pewnością baśń dla starszych dzieci – i to ze względu na temat jak i uczucia, których tu pełno. Maluch ma szansę na powierzchowne zrozumienie tematu, poznanie pary przyjaciół, opisu drogi i miejsc, jakie Gerda musiała przebyć w poszukiwaniu Kaja. Jednak czy w pełni zrozumie wielką miłość, przywiązanie, przyjaźń na zawsze, gotowość do poświęceń, nawet oddanie życia? Z mojego dzieciństwa, pamiętam, że Królowa Śniegu długo mnie przerażała. Zaczytywałam się w Świniopasie, Brzydkim kaczątku, Calineczce, Pasterce i kominiarczyku, mroźna baśń musiała jednak odczekać swoje. Mimo, że fundacja Cała Polska Czyta Dzieciom poleca Baśnie Andersena w wieku 4-6 lat, wszystko zależy od wrażliwości dziecka. Próbowałam z moim dzieckiem (prawie 5 lat). Nieodzowny syn matki – spróbujemy za jakiś czas, by wtedy poczuć smak wszystkich rodzynków ukrytych w tym przepysznym cieście.

Do płyty dołączono płytę CD, na której baśń czyta Jerzy Stuhr. Wyobraźcie sobie coś takiego - za oknem zimno, pada śnieg, z dziećmi lepicie wigilijne uszka, czuć zapach wanilii, marcepana, pomarańczy. Płoną cztery świece na wieńcu adwentowym. A w tle gdzieś słychać baśń o miłości, przyjaźni i o tym jak Dobro zwycięża Zło... Cudnie i nastrojowo.

Królową Śniegu ogłaszam książką grudnia. Jest to też moja zdecydowana faworytka w konkursie Polskiej Sekcji IBBY na Książkę Roku 2009 w kategorii - grafika. A rozwiązanie już blisko – 17 grudnia o godzinie 17.00.

 

 

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 17 maja 2009
Dzikie łabędzie - C.H. Andersen/ Paweł Pawlak

Mimo, że na rynku jest tylu nowych autorów, tyle nowych świeżutkich tytułów – my bardzo często i chętnie wracamy do dobrej i sprawdzonej klasyki. Dzikie łabędzie  C.H. Andersena – w nowej szacie graficznej, z pięknymi ilustracjami Pawła Pawlaka, w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej, bezpośrednio z języka duńskiego – to niewątpliwie kolejna perełka, na którą warto zwrócić uwagę. Piękna baśń o braciach zaklętych w dzikie łabędzie i ich siostrze Elizie, która gotowa jest ponieść każdą ofiarę, by tylko ocalić ukochanych braci. Andersena można czytać i czytać, słuchać i słuchać. Kiedy czytam synowi te baśnie, obserwuję z radością, jak kolejne pokolenie nabożnie ich słucha. W baśniach Andersena wiele jest smutku, nostalgii, żałoby. Nie wszystkie kończą się dobrze i szczęśliwie, czasem bohaterowie muszą ponieść ofiarę, zapłacić straszną cenę za swoje czyny. Niektórzy spytają, czy dla dziecka nie jest to zbyt okrutne? Może powinno im się oszczędzać takich tekstów, jak ten, gdzie Eliza ma zginąć w czerwonych płomieniach. Przyznaję, że irytują mnie książki, które przedstawiają dzieciom świat w samych tylko jaskrawych kolorach – jakby kolor czarny w ogóle nie istniał. Taki sobie - róż, lukier i… kicz, który niczego nie wnosi do życia i który w pamięci czytelników utrzymuje się zaledwie przez jeden sezon. Są po prostu nudne  i puste jak rzeka bez zakrętasów i wywijasów. Baśnie Andersena czytamy już od 200 lat i nie tracą nic ze swojej aktualności i wartości. Ich przesłanie jest ciągle żywe. Nawet jeśli są napisane w smutnym tonie, to niosą ze sobą nadzieję – bo przecież Eliza zostaje nagrodzona za swoje oddanie i siostrzaną miłość. Mała Syrenka , która oddaje swe życie by ocalić księcia – ratuje ostatecznie swoją duszę. Bardzo denerwuje mnie upraszczanie baśni i bajek – że niby są zbyt okrutne, to trzeba wymyślić coś nowego, najlepiej zakończenie z happyendem. Oczywiście okroić tekst trzeba również, bo dzisiejsze dziecko nie wysiedzi tak długo, nie wysłucha do końca. Kolejny mit. Baśnie autentyczne, te napisane przez klasyków, mają pewien klimat, dużo magii, która przyciąga i nie każe przestać, aż się nie skończy. Niektórzy rodzice czepiają się baśniowych szczegółów, które w czasach, kiedy nie było telewizji i były przekazywane ustnie miały wręcz tłumaczyć świat i przystosowywać do życia. Tymczasem nie widzą, ile okrucieństwa jest dookoła właśnie z udziałem dzieci - w życiu codziennym – w szkole i przedszkolu – gdzie są podziały na lepszych i gorszych. Nie zwracają uwagi, co dzieci oglądają w telewizji, gdzie kreskówki też nie przebierają w środkach. A reklamy? Absolutnie nie przeznaczone dla dzieci. Tak weszły do naszego życia, że stały się dla nas czymś normalnym, tak jakby musiały być. Tymczasem atakują dziecięcą wyobraźnię  - i to praktycznie za naszą zgodą. Wracając do baśni - każdy rodzic zna swoje dziecko i raczej może przewidzieć, jak zareaguje ono na daną baśń. Gdy czyta się razem – zawsze można coś wytłumaczyć, dopowiedzieć, utulić. Wtedy to ani zła królowa, ani żadne czary-mary, ani wilk nie takie straszne.

W Dzikich łabędziach Paweł Pawlak stworzył niesamowite ilustracje. A historia ma szczęśliwe zakończenie:)

 

Dzikie łabędzie zostały wydane w serii – Mistrzowie Klasyki Dziecięcej. W księgarniach pojawiły się już Calineczka, Brzydkie Kaczątko, Księżniczka na ziarnku grochu. Do każdej książki dołączona jest płyta z baśnią w interpretacji Jerzego Stuhra.

 

 

niedziela, 03 maja 2009
Księżniczka na ziarnku grochu - Hans Christian Andersen

 

Księżniczka na ziarnku grochu Hansa Christiana Andersena, to książka, o której - wydawać by się mogło - nie można powiedzieć właściwie nic nowego. Tak mógłby sądzić - i tak sądzi z pewnością ten, komu nie wpadło w ręce najnowsze wydanie tej wszystkim znanej baśni. Wydawnictwo Media Rodzina wznowiło wydawanie baśni Andersena oraz innych autorów w serii Mistrzowie Klasyki Dziecięcej. Wśród nich znalazła się ta o prawdziwej księżniczce, która nie mogła się wyspać, bo przez stos puchowych pierzyn i poduch wyczuła maleńkie ziarenko grochu. Ba! Miała od niego całe plecy posiniaczone!!!
A cóż tę Księżniczkę...  wyróżnia spośród setek wszystkich innych wydań? Jest nowy tekst w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej - wprost z języka duńskiego. I  są przecudowne, rewelacyjne, zachwycające wprost ilustracje, wykonane metodą patchworkową przez Ewę Kozyrę - Pawlak. Proszę mi wybaczyć mój entuzjazm - ale ja, a muszę wyznać że w moim dość długim życiu sporo książek widziałam, czegoś takiego do tej pory jeszcze nie spotkałam. Wszystkie elementy ilustracji zostały przez nią wycięte z materiału o bardzo ciekawych fakturach i wzorach, każdy najdrobniejszy szczególik - kokardki, falbanki, mankiety, guziczki, chusteczki. A wszystko to tworzy tak piękną całość, jest tak precyzyjnie poprzycinane i poukładane, że oczu nie można oderwać, a samą książeczkę można oglądać i czytać bez końca, ciągle od nowa.
Pomysł ilustratorki to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, to sposób na zainteresowanie naszych dzieciaków klasyką literatury dziecięcej. To wspaniały sposób na to, aby dzieci po książkę w ogóle sięgnęły. Ta Księżniczka na ziarnku grochu może śmiało konkurować z telewizją lub komputerem - jestem pewna, że dzieci nie uznają czasu spędzonego z tą baśnią za stracony. A my, drodzy rodzice, możemy mieć pewność , że nasze dzieci od najmłodszych lat będą z wielką przyjemnością obcować z literaturą przez duże L. Napisałam tutaj dużo słów- piękny, wspaniały, cudny. Kto spotka się z tą książką - zrozumie, dlaczego:)

Dodam jeszcze, że właśnie ta książka znalazła się w gronie 15 książek,  które będą reprezentować polską ilustrację w konkursie i na wystawie tegorocznego Biennale Ilustracji w Bratysławie, które odbywa się jesienią każdego nieparzystego roku. Trzymamy kciuki i życzymy zwycięstwa!!!

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 29 kwietnia 2009
Ole Śpijsłodko - Hans Christian Andersen/ Aleksandra Kucharska - Cybuch

Bardzo często wracam do Baśni Andersena. By zachęcić Was do sięgania po nie, przytoczę fragment baśni Ole Śpijsłodko, który mnie zuauroczył, a Tomka niezwykle zaintrygował - bo już teraz wie, skąd przychodzi sen, i dlaczego czasami po prostu nic mu się nie śni:)

Ot, wieczorem, kiedy dzieci grzecznie siedzą przy stole, albo na swoich stołeczkach, przychodzi Ole; cichutko skrada się po schodach, bo jest w samych skarpetkach, cichutko otwiera drzwi i plusk! Pryska dzieciom w oczy mlekiem, delikatnie, leciutko, a jednak wystarczająco mocno, tak że muszą zamykać oczy i dlatego go nie widzą. Potem zachodzi cichutko od tyłu, dmucha im leciutko w szyję i głowy robią im się ciężkie, o tak! Ale to nie boli, bo Ole chce dla dzieci dobrze, chce tylko, żeby były spokojne, a najspokojniejsze są, gdy się je położy spać; muszą być spokojne, żeby mógł im opowiadać historyjki.

Gdy dzieci już śpią, Ole siada na skraju łóżka; jest ładnie ubrany, ma na sobie jedwabny płaszcz, ale nie można powiedzieć, jakiego jest koloru, bo mieni się zielenią, czerwienią i błękitem, gdy Ole się porusza; pod każdym ramieniem trzyma parasol, jeden z obrazkami, który rozkłada nad dobrymi dziećmi, i przez całą noc śnią im się najcudowniejsze historie, i drugi, na którym nie ma zupełnie nic, ten rozkłada nad niegrzecznymi dziećmi, a one śpią potem niespokojnie, a gdy się budzą rano, nie pamiętają ani jednego snu.

 

Ole Śpijsłodko ze zbioru Córka króla moczarów i inne baśnie - Hans Christian Andersen, tłum. Bogusława Sochańska, ilustr. Aleksandra Kucharska - Cybuch, Media Rodzina 2009  

Córka króla moczarów i inne baśnie - Hans Christian Andersen/ Aleksandra Kucharska - Cybuch

 

 

Jestem podróżnikiem raczej kanapowym - zwiedzam (niestety) świat oczami innych. Ale właśnie dzięki temu zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o nowym przekładzie baśni Andersena. Otóż jakiś czas temu w jednym z artykułów zapytano Bogusławę Sochańską, dyrektorkę Duńskiego Instytutu Kultury w Polsce, o wymarzony cel podróży. Odpowiedziała wówczas - Od niedawna najbardziej marzę o Szwajcarii. Wśród trzech grubych tomów baśni i opowieści Andersena, które ostatnio na nowo tłumaczyłam na polski - baśni dla wszystkich, dzieci i dorosłych, jest przepiękna „Lodowa pani". Opowiada o romantycznej miłości, a akcja toczy się w Alpach Berneńskich. Nigdy nie miałam potrzeby jeżdżenia w Alpy, ale teraz chciałabym przemierzyć je szlakiem bohatera baśni. Z Grindelwaldu, mijając szczyt Jungfrau, przejść przez przełęcz Gemmi nad Jezioro Genewskie i dojść aż do Montreux - tak to sobie przynajmniej wyobrażam. [Gazeta Wyborcza - Turystyka]

I już żadne podróże nie były ważne. Artykuł, jak wszystko zresztą, co wiąże się z moimi ulubionymi książkami i autorami, zapobiegliwie zachowałam. No i zaczęłam wyglądać nowych baśni duńskiego pisarza w księgarni. Obok tych najbardziej znanych pojawiła się na naszej półce Córka króla moczarów i inne baśnie. Wprawdzie bez cytowanej Lodowej pani, ale również piękne. Tytułowa baśń - po raz pierwszy, użyję tu starszego wyrażenia, spolszczona. Bogusława Sochańska wykonała naprawdę tytaniczną pracę.

Baśnie Andersena to moje dzieciństwo. Pamiętam jak w szkole czytano nam Dzieje życia pisarza. My, w niebieskich fartuszkach, siedzieliśmy zasłuchani w starych zielonych ławkach, w których były jeszcze dziurki na kałamarz. A potem usłyszeliśmy Calineczkę,  Księżniczkę na ziarnku grochu, Brzydkie kaczątko. To moje najpiękniejsze wspomnienia i pierwsze szczere literackie wzruszenia. Choć przyznaję - największe wrażenie zrobiła na mnie czytana już w domu - Choinka. Bardzo ją przeżywałam. Smutek niepotrzebnego po świętach drzewka, przemijanie, odstawienie w kąt, powolne umieranie na strychu - płakałam razem z drzewkiem. Po nowe baśnie sięgnęłam z ciekawości. Wszyscy znają przecież Andersena i jego baśnie - jak Polska długa i szeroka. Teksty tłumaczone przez Jarosława Iwaszkiewicza, Stefanię Beylin i Stanisława Sawickiego, ilustracje Szancera. Dla wydawnictwa Media Rodzina było to z pewnością niesamowite wyzwanie. Muszę przyznać - jestem pod wrażeniem - pięknego tłumaczenia, bezpośrednio z duńskiego, które uchwyciło to, co niekiedy ginie w przekładzie - humor, ironię, groteskę, anegdotę i filozofię; oryginalnych ilustracji Aleksandry Kucharskiej - Cybuch. Do tego bardzo staranna i przemyślana otoczka wydawnicza. Mogłabym tak długo och-ać i ach-ać.

Córka króla moczarów to zbiór mniej znanych baśni. Jak pisze tłumaczka na końcu książki - Andersen był bardzo wrażliwy na otaczający go świat. Wystarczyła mała rzecz, niepozorne wydarzenie, a on już miał pretekst do tego, by siadać i pisać. Ropuchę napisałem w czasie pobytu w Setubal [w Portugalii] latem 1866 roku. W jednej z tamtejszych głębokich studni [...] zobaczyłem pewnego dnia wielką, obrzydliwą ropuchę. Obserwując ją bliżej, zauważyłem, że ma mądre oczy, i wkrótce miałem już całą baśń. Pisał o zwykłych przedmiotach, życiu codziennym - o motylu, stokrotce, skarbonce, pięciu ziarenkach grochu, towarzyszu podróży i szczęśliwiej rodzinie. A wszystko, co przeszło przez jego ręce,  pełne jest baśniowości, magii i fantazji.

 

Tomkowi najbardziej spodobała się tytułowa baśń o córce króla moczarów. To piękna opowieść o dziwnej istocie, która w dzień jest ślicznym dzieckiem, a w nocy wielką obrzydliwą żabą, wychowywaną przez żonę wikinga. W cytowanym zbiorze znalazłam też dużo baśni dla siebie. Andersen tworzył je przecież zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Choćby o pysznej igle i dumnym dzbanku do herbaty.  Zachwycił mnie pewien fragment baśni Ole Śpijsłodko. A dlaczego nie tylko dla dzieci?  [...] bo też nie o to chodzi, dzieci nie muszą wiedzieć wszystkiego (186)

 

Warto czytać dzieciom baśnie. Pomagają zrozumieć świat, tłumaczą go, zaspakajają ciekawość. Dziecko może wyjść poza siebie i w swojej fantazji przeżyć to wszystko, co mu się nigdy nie zdarzy w jego życiu. Baśnie zostają w nas na zawsze.