Zakładki:
Biorę udział:)
Półeczka maluchów
Półeczka starszaków
Półeczka dla dzieci 6 - 10
Półeczka dla dzieci 10+
Półeczka młodzieży
Półeczka rodziców
A tutaj piszę o książkach
Akcje Czytelnicze
Artykuły
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Do słuchania
Gry i zabawy
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zajrzyj do książki
Tagi
Książki miesiąca Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wpisy z tagiem: historia

niedziela, 25 marca 2012
Nazywam się ... Mikołaj Kopernik - Błażej Kusztelski/ Bogusław Orliński

Zdecydowanie dla dzieci z zacięciem historycznym. Dla tych, których interesuje życie innych i ciekawe tło społeczno-polityczne czasów, w których ta osoba żyła. Gdy biorę książkę z serii Nazywam się… do ręki – mam trochę mieszane uczucia, bowiem każdy bohater tytułowy opowiada o sobie, mimo że od dawna już …nie żyje. Tak jakby ktoś z zaświatów przybył na ziemię, by trochę pogawędzić. Ale te uczucia są tylko na początku – właśnie to pogawędzić bierze tutaj górę. Trochę przypomina to spotkania przy wielopokoleniowym rodzinnym stole, gdzie zbierają się najbliżsi – starsi snują opowieści o tym, jak przeżyli swe życie, a młodsi słuchają i uczą się. W naszym przypadku – ta forma sprawdziła się znakomicie. Właśnie starsze dziecko zostało wytypowane do konkursu patriotyczno – historycznego dla przedszkolaków  (!) – dostaliśmy karteczkę z zagadnieniami – m.in. Chopin, Jan Paweł II i właśnie Mikołaj Kopernik. Przygotowujemy nasze dziecko w całkiem przyjemny sposób. (oczywiście nie zdradzamy, że to nauka:) Ot – uczony wieczorami do poduchy opowiada  swój żywot – mam nadzieję, że w małej głowie trochę zostanie. W każdym razie na pewno to lepsze – niż suche regułki typu: Mikołaj Kopernik to wielki polski astronom.

Ale od początku – najpierw dzieciństwo – beztroskie zabawy przy murach obronnych dawnego Torunia. Dalej – lata nauki – jako żak na Akademii Krakowskiej, kariera jako kanonik warmiński  - studia we Włoszech, powrót na Warmię, gdzie został administratorem, medykiem i politykiem. Trochę mimo woli, bowiem bardziej interesowało go niebo, dla którego nie zostawało jednak zbyt dużo czasu podczas aktywnej służby dla innych. I właśnie w tym miejscu ta książka mnie zaskoczyła – właściwie – raczej życiorys Kopernika. Bowiem astronomia, obserwacja nieba i gwiazd zajmują tutaj niewiele miejsca. Zaledwie kilka stron na końcu książki.

Jeśli dziecko czuje miętę do takich opowieści, jeśli chce się dowiedzieć, jak się żyło w innych czasach, interesują go Krzyżacy, królowie, zamki, warownie, rycerze - to niewątpliwie lektura dla niego. Znajdziecie tu fakty, ciekawostki, ploteczki – na końcu życiorys bohatera ujęty w tabeli – obok równoległe wydarzenia z historii na świecie, z zakresu sztuki, nauki i odkryć. Treść opowiedziana w prosty sposób – choć w pewnych miejscach nie objedzie się bez pomocy rodziców. Autor nie poszedł w kierunku uproszczenia na siłę – i dobrze:)

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 20 lutego 2012
Kroniki Archeo. Sekret Wielkiego Mistrza - Agnieszka Stelmaszyk/ il. Jacek Pasternak

Lubię pisać o książkach, które udowadniają w przyjemny sposób, że historia wcale nie jest nudna. Bo samo przekonywanie (a ja od dawien dawna wiem, że ta dziedzina jest wręcz pasjonująca) – tak na sucho – nic a nic nie daje. Kto się uprze i tak wie swoje. A tu proszę - jest ciekawa fabuła, są konkretne informacje z przeszłości, fragmenty listów, wyjaśnione  pojęcia i szkice. Nic ze sobą nie koliduje. Mało tego - ta wręcz sensacyjna historia przenosi się z miejsca na miejsce - raz jesteśmy w amazońskiej dżungli (???), za chwilę w Rio de Janeiro,  kolejny rozdział rozgrywa się w Polsce – w Zalesiu Królewskim, Gniewie, Malborku, dalej – Wiedniu.  Grupka nastolatków, z Polski i Anglii, szuka relikwiarza wielkiego mistrza krzyżackiego Hermana von Salzy, potem natrafia na ślad krzyżackiego skarbu. Dzieciaki są zakochane w historii, mają porządną wiedzę, potrafią łączyć fakty, absolutnie nie plączą epok, a w dodatku – mają trochę ułatwione i życie, i zadanie – bowiem od dziecka obracają się w kręgu historyków, archeologów i muzealników, z oddaniem udzielają się w bractwie rycerskim. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zainteresowanie wiekami dawnymi wyssali z mlekiem matki. Jeśli dodam do tego – przyjaźń, spryt, odwagę, umiłowanie ryzyka – to nic dziwnego, że gromadka aż prosi się o jakieś tarapaty i przygodę z wątkiem detektywistycznym. Pojawiają się w tej historii oczywiście tzw. przeszkadzacze, typki spod ciemnej gwiazdy – faceci w czerni i nie tylko, którzy też mają chrapkę na schedę po zakonnikach – nie ukrywam, że ich obecność zdecydowanie uatrakcyjniła tę przygodę i pewnie zostanie doceniona wśród młodych czytelników. Są zaskakujące zwroty akcji, ktoś nagle zatrzaskuje za grupką dzieciaków wielgachne drzwi, ktoś udaje fałszywego przyjaciela, pojawiają się i znikają tajemnicze samochody, do drzwi pukają tajemniczy osobnicy. Stara prawda mówi: jeśli chcesz zapalić innych – sam musisz płonąć. Taką pasją mogą zarazić nastoletni bohaterowie, widać ją również w osobie autorki. Z książki można naprawdę wiele dowiedzieć się na temat Krzyżaków, wojen z Polakami, Malborka, a nawet Wiednia.

Pewnie nie obędzie się bez porównań z Panem Samochodzikiem. Komuś, kto miał styczność z książkami Nienackiego, od razu nasuną się skojarzenia, powrócą wspomnienia. Wychowałam się na tamtych książkach – Księdze strachów, Zagadkach Fromborka, Templariuszach, Niesamowitym dworze. Może tu tkwi tajemnica mojej miłości do historii i książek z historią w tle. Bo przez zabawę i rozrywkę zawsze gdzieś potem szukałam dalej – dokładniejszych informacji, map, opracowań, może nawet po to, by zweryfikować …autora (?).  Myślę, że ten, kto w młodym wieku natrafi na Kroniki Archeo ma szansę przekonać się, że ta strrrrrszna historia, nic a nic nie jest taka zła. I może połknie bakcyla na dobre….

 

Wydawnictwo Zielona Sowa

 



piątek, 06 stycznia 2012
Pamiętnik Blumki - Iwona Chmielewska

W swoim pamiętniku Blumka – mała dziewczynka z warszawskiego Domu Sierot przybliża sylwetki swoich dwunastu kolegów ze zdjęcia z Doktorem. Dziewczynki i chłopcy, bez swojego domu, z problemami, z którymi zaczęli sobie radzić dzięki pomocy ich Wychowawcy. Zygmuś – ciągle głodny, Reginka – kiedyś z długimi warkoczami, Kocyk – tylko z przezwiskiem, bez prawdziwego imienia, Abramek – wytrawny stolarz, Hanna – kiedyś strasznie chuda i potargana, Aron – co płacze w nocy, Pola – ta od grochu w uchu, Szymek – zwycięzca konkursu w obieraniu cebuli, Stasiek – pomocny i zawsze uśmiechnięty, Ryfka – urodzona sportsmenka, Chaimek – co pluje inne dzieci, i …Blumka, która kiedyś, w przyszłości zostanie wychowawczynią w sierocińcu. Ot takie ludzkie losy i marzenia. Janusz Korczak, który w rzeczywistości był wychowawcą w warszawskim Domu Sierot i mieszkał na jego poddaszu, jest jakby z boku, na drugim planie. Dopiero w drugiej części dowiadujemy się o nim więcej, ale często widzimy tylko jego nogi, skrawek charakterystycznego niebieskiego fartuch czy zaledwie dłonie. To dzieci są tu najważniejsze i życie w sierocińcu. Niemniej zapadają w pamięć nauki i zasady, jakimi w życiu kierował się Doktor i jakie wpajał swoim wychowankom: nie wolno bić dzieci, dziewczynki i chłopcy mają równe prawa, mali są tak samo ważni jak dorośli, trzeba szanować zwierzęta, trzeba powiedzieć małemu dziecku „przepraszam”, można hałasować i szaleć do woli. Na tamte czasy takie przekonania były iście rewolucyjne. Niby książka łatwa, bo język książki jest językiem dziecięcym, co nie znaczy dziecinnym. Jednak, by w pełni zrozumieć istotę tej książki i jej przesłanie potrzeby jest z pewnością szerszy kontekst historyczny, kulturowy i społeczny. Stąd ta lektura nie jest książką wcale łatwą i na jeden raz. Można do niej wracać co jakiś czas, a za każdym razem ta książka będzie odbierana inaczej. Inaczej zrozumie ją siedmiolatek, inaczej dziesięciolatek, inaczej 13- czy 15- latek. Z biegiem czasu znaczenia nabierają te wszystkie elementy jak: żydowskie imiona: Aron, Chaimek, Ryfka; menora, gwiazda Dawida, kartki z zeszytu do złudzenia przypominające tałes, motyw drzewa – prawie na każdej rozkładówce – głęboko osadzonego w ziemi, na końcu – wyrwanego z korzeniami, przerwana lekcja niemieckiego, bydlęcy wagon. Wtedy na pewno łatwiej zrozumieć, co było dalej, jakie były życiorysy tych maluchów z książki. Stąd ta książka jest nie tylko jakąś tam opowieścią o garstce dzieciaków i ich opiekunie – staje się metaforą, mówi o afirmacji życia  a jednocześnie o zgrozie śmierci i zagłady. Jest tu warstwa, która jest ponad tym co napisane – coś trzeba wiedzieć dodatkowo, coś trzeba sobie dopowiedzieć, może doczytać. I to niedopowiedziane kłuje w serce, wywołuje wzruszenie, każe tę książkę przeżywać naprawdę, do głębi i nie pozwala o niej tak łatwo, zapomnieć. Mało tego – jakiś wewnętrzny imperatyw każe wręcz – co jakiś czas sięgać po nią i czytać na nowo.

Iwona Chmielewska wykorzystała w swojej książce pożółkłe kartki papieru, wycinki z gazet, starych reklam, wycinki z żurnala modowego, przedmioty z epoki - jak temperówka na żyletkę, wedlowskie cukierki, stare kufry, drewniane klamerki do bielizny, fotografie w sepii, stare szyldy, drewniane zabawki. Klimat Warszawy przedwojennej. Świat, którego już nie ma. Wszędzie pojawia się motyw kartki z zeszytu w linie – to przecież pamiętnik. W te elementy Ilustratorka wplata wspomniane już symbole Judaizmu. I podobnie jak w sferze tekstu tak i w ilustracji trzeba sobie coś dopowiedzieć, doszukać się drugiego dna.  Pamiętnik Blumki został Książką Roku 2011. W kategorii Książka Obrazkowa otrzymał wyróżnienie. (Patrz: Polska Sekcja IBBY)

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina



piątek, 02 grudnia 2011
Bardzo ilustrowana historia odkryć geograficznych - Anna Claybourne

Książka na pewno spodoba się dzieciom, które interesują się historią. Odkrycia mają wzięcie wśród młodych czytelników – opisy wypraw gdzieś na drugi koniec świata, mają w sobie coś z powieści przygodowej, awanturniczej wręcz, niosą w sobie pewien ładunek emocjonalny, są tajemnicze i kryją odpowiedź – czy się uda? Na końcu – choć nie od tej strony powinnam tutaj zacząć – pozostaje takie jakieś dziwne uczucie – szkoda, że już wszystko zostało odkryte, bo nie ma chyba lądu, który by uszedł ludzkiej uwadze. Choć i ten temat został tutaj poruszony: wysokie łańcuchy górskie, jaskinie, niezmierzone oceany, kosmos – to rejony, które zostały dla naszych dzieci. Więc uwaga – jeśli jakiś malec połknie bakcyla, to kto wie….. Może kiedyś…… Zauważyłam, że dzieciom młodszym (w naszym przypadku prawie 7 lat) trudno wyobrazić sobie na przykład, że kiedy Magellan opływał kulę ziemską, a  jego załoga z głodu jadła szczury, marynarz nie mógł ot tak sobie wyciągnąć komórki i zadzwonić, by powiedzieć – hej, jesteśmy tu i tu – pomóżcie. Czas i odległość – trudne to pojęcia dla dziecka. Warto czytać tę książkę z mapą i globusem pod ręką.

Te obawy, znaki zapytania łagodzi układ chronologiczny książki: autorka przedstawia dzieje odkryć od samych początków – pierwszych wypraw w czasach starożytnych. Potem po kolei: Wikingowie, Marco Polo, podróż Ibn Batuty dookoła świata aż po wiek XX, kiedy to odkrywano biegun południowy i głębie oceaniczne. Obok tak znanych nazwisk jak Krzysztof Kolumb, kapitan Cook czy Livingstone, mnóstwo tu odkrywców, o których raczej milczą podręczniki historii. Jak chociażby jedna z pierwszych kobiet – podróżniczek – Mary Kingsley, która dokonywała odkryć w długiej spódnicy, halkach, kapeluszu i bluzce na stójce. Książka pokazuje determinację człowieka. Mimo, że w tytule jest wszystko ujęte bardzo akuratnie, poważnie i naukowo – odkrycia geograficzne, tak naprawdę jest to książka o ludzkich marzeniach. Bez nich nie byłoby śmiałków, którzy rzucali wszystko – w imię sławy, dla pieniędzy, z ciekawości i jechali, szli bądź płynęli w nieznane. Na początku z bardzo błahych powodów – by znaleźć odpowiedź na pytanie - co kryje się tam, za horyzontem. Czy jak dopłyniemy do miejsca, gdzie niebo styka się z wodą spadniemy w jakąś przepaść? Książka obfituje w różne ciekawostki, pokazuje tło społeczne i obyczajowe danej epoki, stara się przybliżyć daną postać, ukazując istotne informacje z życia rodzinnego.

Na końcu książki – Kalendarium odkryć geograficznych – czyli podróż przez różne epoki, Kto jest kim? – krótki rys najbardziej znanych odkrywców, Słowniczek pojęć oraz Indeks, który pozwoli dotrzeć do poszukiwanych miejsc …niestety tylko w książce. Bardzo ilustrowana – kolejny element tytułu to chwyt jak najbardziej marketingowy – na który i ja się dałam złapać, bo nie wyobrażam sobie podobnej książki dla dzieci bez wielu ilustracji, obrazków, szkiców, map, zdjęć. Wszystko to świetnie współgra z tekstem i uzupełnia go. Podobał nam się pomysł dymków komiksowych pry niektórych postaciach. Wyobraźcie sobie słynnego odkrywcę Roberta Falcona Scotta, który walczy z mrozem, śniegiem i okropnym wiatrem, a tymczasem po głowie plączą mu się myśli – coś w rodzaju: Wielki Boże! Co za okropne miejsce. Moje dziecko nabrało przekonania, że aby osiągnąć coś wielkiego w życiu, nie trzeba być supermanem. Trzeba mieć marzenia, a reszta na pewno się dobrze ułoży. A że czasem jest pod wiatr...........................;)

 

Wiek 8+

Publicat SA

poniedziałek, 30 maja 2011
Asiunia - Joanna Papuzińska/ Maciej Szymanowicz

Asiunia to wojna widziana oczami małej Joanny Papuzińskiej – autorki takich książek jak Nasza mama czarodziejka czy recenzowany niedawno przeze mnie Król na wagarach.

Historia opowiedziana w tak prosty sposób, że zasłuchało się  w niej również moje młodsze dziecko. I zrozumiało z niej bardzo dużo. Dopytywało się potem – A co z mamą Asiuni? Bo tato przecież wrócił. Siedzieliśmy we trójkę na kanapie, patrzyliśmy na ilustrację Macieja Symanowicza, jak mała dziewczynka tkwi w objęciach ojca, i na chwilę odebrało nam mowę. – A mama? I być może zmieniłam bieg tej historii – przyznaję – ale widząc wzruszenie w oczach moich dzieci – sama dopowiedziałam szczęśliwe zakończenie. Choć słów brakowało i coś więzło w gardle. Szukałam potem potwierdzenia mojej wersji w Internecie, ale nie znalazłam jej.

 

Wojna to nie tylko wielkie bitwy, ważne daty, spektakularne wydarzenia i umawianie się wielkich tego świata. Wojna to przede wszystkim losy zwykłych ludzi. Tak jak rodziny Asiuni – rozproszonej gdzieś po świecie. To głód, choroby z niedożywienia, błąkanie się po obcych domach, to obce łóżko, obcy kubeczek do mleka, drapiący sweter i kawa z żołędzi. To wcześniejsze dorastanie. Wchodzenie w świat dorosłych, ich wojnę, ich problemy. To też pomyślunki, które tak bardzo przydawały się w tamtych trudnych czasach, gdy nie było kompletnie niczego.

Czy można rozmawiać  dziećmi na temat wojny – oczywiście że tak. Książka może być dobrym punktem wyjścia, by poruszyć temat wojny. Ciągle obecnej w naszej codzienności – wystarczy posłuchać wiadomości. Obok tego tematu nie da się przejść obojętnie – nie powinno wręcz. Przeczytać i odłożyć na półkę. Zaraz przypomniało nam się dzieciństwo dziadka Stasia, który urodził się podczas II wojny światowej: dzieciństwo bez zabawek, jedynie ze starym kółkiem od roweru i kijkiem. Pędziło się potem  z tym kółkiem, bez szprych prawie, przez całą wieś, po brukowanej drodze i wrzeszczało z całych sił. Albo zabawa papierowymi łódkami w kałużach po wielkiej ulewie. Na bosaka, w podkoszulku tylko. Kto by się tam jakimś katarem przejmował.  Wojenna rzeczywistość bez słodyczy – poza jednym jedynym wyjątkiem – syropem z  buraków cukrowych, który prababcia Antonina każdej jesieni gotowała wieczorami. I ta kawa, jaką piła również autorka swojej opowieści. I lepszy chleb dla Niemców, i kontyngenty, które wieś musiała oddawać na wojsko. Bo każdy z ludzi, którzy przeżyli wojnę to osobna historia, jakiś wycinek z długiego życia.


Bardzo podoba mi się prostota tej książki, opowiadanie bez patosu – też chęć pokazania dzieciom, że mimo, iż gdzieś tam była wojna, to jednak ludzie starli się żyć za wszelką cenę. Byli z sobą zżyci, pomagali sobie, dzielili się ostatnim kawałkiem chleba.

Ostatnio przy okazji recenzowania Pchły Szachrajki Brzechwy zwróciłam uwagę na ilustratora – Macieja Szymanowicza. Właśnie do nas powraca – tyle że w innej tonacji. Znów oczy głównej bohaterki – te są w końcu zwierciadłem duszy – oczy Asiuni są wielkie i smutne. Mają też w sobie nadzieję i potrafią się uśmiechać, gdy w tych trudnych czasach nadarzy się okazja. Ilustrator trafnie uchwycił wredny charakter niemieckich żołnierzy i skorą do żartów ciocię Tygrys. I Front jako wielkiego przerażającego potwora. Tonacja ciemna, w dojrzałych brązach – z pewnymi wyjątkami. Oddają klimat tamtych czasów.


 

Książki z tej serii: Czy wojna jest dla dziewczyn? – Paweł Beręsewicz

 

Wydawnictwo Literatura i Muzeum Powstania Warszawskiego



wtorek, 24 maja 2011
Strrraszne historie - Terry Deary/ Martin Brown

Coś mi się wydaje, że Terry Deary znalazł sposób na to, by młodego człowieka zainteresować historią. Historia nudna? Ta historia, ma się rozumieć? Taaak? W takim razie koniecznie zajrzyjcie do strrrasznych historii. Mamy na półce dwa tytuły: To okropne średniowiecze i Ci rewelacyjni Grecy.

Wiem, wiem, klasycy zgrzytają zębami, łapią się za głowę, rwą sobie włosy całymi garściami. Autor sięga z jednej strony po fakty znane z lekcji historii, po ciekawostki – już nie znane z lekcji historii (zazwyczaj nie ma na to czasu w szkole), a  z drugiej - posługuje się dość atrakcyjnym dla współczesnego człowieka narzędziem. Język, jakiego używa do opowiadania o drabinie feudalnej, różnych dynastiach, szkole średniowiecznej, relikwiach (wiem, wiem – już słyszę – jakie to nuuuudne) to język  współczesny, prosty, ze śmiesznymi wstawkami, choć  czasem … są i mocniejsze akcenty. Czyż historia nie obfitowała jednak w takie wydarzenia? Bitwy, zmiany na tronie, potężne głowy koronowane - ale też zwykłe – choć jednak dzisiaj odbierane jako – niezwykłe, życie codzienne. Nagle człowiek sprzed wieków staje przed nami, widzimy go – rycerza, faceta z krwi i kości, który musiał coś zjeść, w coś się ubrać, jakoś się leczyć, czasem iść do szkoły i … do wc. Deary każe swoim bohaterom pisać listy, pamiętniki, przytacza wiadomości z prasy (!!!), podaje przepisy (jak choćby na kapuśniak średniowieczny, pudding różany (ponoć uwielbiany smak  w odległych czasach)), daje porady – jaka powinna być grecka żona idealna, podaje przykładowe testy na belfrów, odkrywa tajemnice greckich wyroczni, zabobonów. Bardzo lubiłam historię i przeczytałam książki migiem. Połknęłam je, a niektóre (było ich duuuużo) fragmenty czytałam mojemu Starszemu. Dziecko ma zacięcie historyczne – jak nic. Potem, gdy odbierałam Tomka z przedszkola – wychowawczyni powiedziała, że podczas wizyty w muzeum zabłysnął wiedzą – a chwalę się, a co;)


Jakie CV musiałby napisać błazen, by dostać posadę na dworze, co było średniowiecznym smakołykiem, co mówili zakonnicy i księża na temat mody – odpowiedź znajdziecie w książce To okropne średniowiecze. Jak to było z Troją naprawdę, czy demokracja jest sprawiedliwa, co jadano w starożytności i inne – w książce – Ci rewelacyjni Grecy. Tytuły oddają ducha epok. Średniowiecze - brrr - dobrze, że żyjemy w dzisiejszych czasach:)))


 

Ilustracje czarno - białe, najczęściej  formie komiksu. Mnie się podobają.

Wiek 9/10+ (Na pewno dla dzieci ze skrzywieniem historycznym. A wiem z własnego podwórka, że w tym wieku takowe można już posiadać. I raczej do głośnego czytania – by pogadać, dopowiedzieć, przeanalizować. Biegli w czytaniu – tu ograniczeń wiekowych nie ma. Mąż historyk sam słuchał, dziwował się, śmiał się – i twierdził, że tego na studiach nie mówili).

Wydawnictwo Egmont

 

piątek, 04 lutego 2011
Wikingowie - Monika Wittmann

Być może ktoś posądzi mnie wkrótce o stronniczość, bo ostatnio lektury takie bardziej chłopięce. Jednak tłumaczę sobie, że blog książkowy to nie serwis książkowy. Ma być czymś w rodzaju pamiętnika. A że u nas jest dwójka chłopców, mniej tu książek typowych dla dziewczynek (mam nadzieję, że nikogo nie urażę). Nie do wszystkich książek mam dostęp, nie wszystkie nas interesują, nie wszystko jestem w stanie przerobić – oprócz (miłej, skądinąd, pisaniny o książkach), pracuję w pełnym wymiarze godzin, chodzę na zakupy, do lekarza, pędzę po moje dzieci do przedszkola, gotuję obiady, piorę, sprzątam (oooooooooooooo – tu to mogłabym napisać dużo na ten temat). I w końcu, gdy bractwo śpi – po lekturze oczywiście, bo inaczej ciszę spokojnej ulicy przerywa ryk oburzenia Młodszego i Starszego, mam czas, by coś dopisać i wrzucić na stronę. I choć czasem obiecuję sobie – raz, dwa i do łóżka, by poczytać (a tu jeszcze góra prasowania, robótka z pracy, rachunki do popłacenia), bo oczywistą oczywistością jest fakt, że lepiej czytać książki niż czytać i pisać recenzje. Nic z tego – rozpisuję się i obiecuję - następnym razem będzie krócej, co raz wychodzi, a pięć razy nie.

Wikingowie to książeczka, jaka ukazała się niedawno w serii Pixi – Ja wiem. Piszę książeczka ze względu na rozmiar – 105 mm x 155 mm/ 30 stron. Maleństwo toto, cieniutkie, można włożyć do kieszeni, plecaka i nie czuje się ciężaru …wiedzy. W środku bowiem jest masa informacji na temat bandziorów z Północy. Bandziorów piszę z przymrużeniem oka. Po książkach Cherezińskiej zupełnie zmieniłam zdanie na temat wikingów, co wpajam również moim dzieciom.

Znajdziemy tu podstawowe wiadomości na temat ludu zza Morza: kim byli: piratami czy rolnikami, skąd się wywodzili, dlaczego organizowali wyprawy za morze, jak mieszkali, jak wyglądał ich dzień powszedni, w co wierzyli, jak byli zorganizowani, w końcu jeden z najciekawszych rozdziałów: informacje na temat drakkarów, czyli słynnych okrętów ze smoczymi głowami, służących do najazdów łupieżczych. Dalej – morskie podróże wikingów, znaleziska archeologiczne, słynni wikingowie, ich potomkowie i zagadki na końcu książeczki sprawdzające wiedzę uważnego małego czytelnika. Seria Pixi Ja wiem – pochodzi z Niemiec, gdzie od wielu lat popularne są wydania kieszonkowe za przysłowiowy grosz. Informacje podane są przystępne (nad stroną pedagogiczną czuwa nauczycielka) i ciekawe (konsultacji fachowych udziela dyrektor Muzeum Wikingów w Haithabu). Wszystko jest bogato zilustrowano. Moim zdaniem – fajna dodatkowa pomoc dla dzieci w szkołach podstawowych. Zresztą nie tylko – odwołuje się to do zainteresowań moich chłopców – zatem również dla przedszkolaków.

Cena? Gdy widzę fajną tanią książkę (eczkę), zawsze przypomina mi się mój polonista z LO: Kochani! Toż to cola i drożdżówka. A co lepsze?

Wiek 6+ (nie dla każdego – na pewno dla dzieci skażonych miłością do historii)

P.S. Właśnie przeczytałam tekst – i żeby było choć równouprawnienie w kwestii obowiązków rodzinnych, skoro w lekturowych nie ma – mój mąż też pracuje w pełnym wymiarze godzin, chodzi na zakupy, do lekarza, pędzi po nasze (do góry napisałam: moje) dzieci do przedszkola, gotuje obiady, pierze, sprząta (oooooooooooooo – tu mógłby napisać dużo na ten temat). I czytuje dzieciom na głos i czasem recenzję napisze (ale na drugim blogu). Pozdrawiam:))))

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 01 sierpnia 2010
Warszawskie dzieci

Warszawskie dzieci pójdziemy w bój,

Za każdy kamień twój stolico damy krew.

Warszawskie dzieci pójdziemy w bój,

Gdy padnie rozkaz twój,

Poniesiem wrogom gniew!

 

Tagi: historia
08:18, be.el
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Grunwald 1410

Przeczytaliśmy z ciekawością, w końcu  w naszym domu są sami miłośnicy historii. To opowieść o wydarzeniach sprzed 600 lat – w wielkim skrócie, tylko najważniejsze wydarzenia, w pomiędzy które powplatane zostały ciekawostki, o których prawdę powiedziawszy nie miałam zielonego pojęcia – choć wydawać by się mogło, że Grunwald mam dobrze opanowany. A choćby takie, że nasz król Jagiełło nie umiał ani czytać ani pisać i że nie pił alkoholu. W tamtych czasach, kiedy na stołach dominowały wszelkie wina, miody i piwo, musiało zachowanie króla uchodzić, najdelikatniej rzecz ujmując, za… dziwaczne. Natomiast wśród Krzyżaków niewielu było takich, którzy byliby mistrzami fechtunku (!!!) Ponoć czas upływał im bardziej na gospodarowaniu, aniżeli na ćwiczeniach w walce i boju. Znajdziemy w tej książce informacje o życiu rycerskim, sprzymierzeńcach obu obozów, o dwóch mieczach przysłanych przez Wielkiego Mistrza, samej bitwie, naszej chorągwi, szczegółach dotyczących strojów Krzyżaków. Książka zawiera najważniejsze informacje, jest bogato zilustrowana, z naklejkami dla poszukiwaczy przygód. Mój Tomek ślęczy nad nią, analizuje, opowiada i ciągle pyta. I choć książka Grunwald 1410 pewnie spodoba się małym historykom, mnie się ciągle marzy, że oto znajdzie się i u nas taki Ernest H. Gombrich, który opowie historię tak, że aż ciarki po plecach przejdą, że pojawi się gęsia skórka (autor słynnej Krótkiej historii świata dla młodszych i starszych ).

 

Opracowanie Łukasz Libiszewski

Ilustracje - Kazimierz Wasilewski

Wydawnictwo Skrzat

A tutaj nasz mały Grunwald – o którym pisałam już jakiś czas temu.

środa, 07 lipca 2010
Festiwal kultury słowiańskiej w Lądzie nad Wartą

U nas sezon rycerski w pełni. W niedzielę kilka tygodni temu wybraliśmy się do Lądu nad Wartą, gdzie można było poczuć klimat epoki wczesnego średniowiecza, kiedy nie było jeszcze rycerzy, ale woje. Chłopcy byli przeszczęśliwi. Fajnie było.


W klasztorze dzieci zobaczyły rekonstrukcję prasy drukarskiej Gutenberga. I pomyśleć, że z książką było tyle zachodu. Nic dziwnego, że pierwsze księgi kosztowały tak wiele. „Pan drukarz” opowiadał tak, że aż ciarki po plecach przechodziły. A jakie szczegóły z życia wynalazcy – ho ho. Dla moli książkowych świetne miejsce, by dowiedzieć się czegoś z dziejów książki – ale molikom serce wyrywało się do kramów, gdzie można było kupić miecze, hełmy, tarcze. Nikt mi nie powie, że historia może być nudna.

Ach ten błysk w oczach moich chłopców. Ale spokojnie – podnieśli i nic. Ruszyć dalej już nie dali rady – dlatego całkiem przychylnie patrzyłam na te próby zaprzyjaźnienia się z bronią.

Można było zobaczyć pokazy dawnych rzemiosł, kramów kupieckich. I zjeść coś z epoki – jak na przykład podpłomyki.

U Szeptuchy kupiłam zioła. Ale nie powiem na co. To tajemnica:))))

Największa atrakcją były oczywiście walki wojów. Na pewno zauważyliście tornister mojego Tomka. Bardzo go lubi i wszędzie go zabiera. Może ma to po mnie, bo jako dziecko nie mogłam żyć bez szkoły. Dwa miesiące wakacji – to było stanowczo za dużo. Potem…zmądrzałam:))

Z Lądu wyjechaliśmy z hełmami, łukiem i toporem. A tata musiał wyszperać w kieszeni grosik dla żebraka. Marzy  nam się, by kiedyś pojechać na Grunwald i do Malborku. Kilka lat mieszkaliśmy przy ważnym trakcie - drodze , którą ponoć Jagiełło ciągnął na wschód na pola Grunwaldu, a później Napoleon na Moskwę. Coś mi się wydaje, że jesteśmy skazani na podróż w tamte rejony. Tylko niech Mikołaj podrośnie… Oczywiście Moskwę sobie chyba odpuścimy, chociaż kto wie...