Archiwum
Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 29 sierpnia 2013
Dzika kuchnia - Łukasz Łuczaj

Dzieci interesuje świat dookoła. Potrafią wiercić dziurę w brzuchu o najmniejsze ziele, robaczka czy zjawisko na niebie. I choć ta książka nie jest dla dzieci, to myślę, że jak ją poczytamy dla siebie, a potem przekażemy co nieco mniejszym, będzie to naprawdę coś ciekawego, pożytecznego a zarazem … egzotycznego. 

Patrząc na siebie i swoje dzieci w osiedlowym markecie – łatwo zaobserwować jak świetnie się w nim odnajdujemy. Pewnie głupio to brzmi – ale tak jest w istocie. Świetnie – bardziej dotyczy organizacji czasu (tak cennego), niż samej przyjemności kupowania. Wystarczy zaplanować zakupy gdzie indziej – a zbieranie do koszyka tych samych produktów trwa o wiele wiele dłużej. Tak więc topografia sklepu, następnie identyfikacja nabywanych produktów do jedzenia. W koszyku nie może pojawić się inny ketchup jak nasz. Albo groszek. Albo chleb. No – z chlebem to już inna historia, bo ten musi być tylko od tego piekarza a nie innego. Potrafimy go od odróżnić od wielu innych – a gdy go brak – to zatęsknić. I pojechać na drugi koniec miasta – po bochenek ulubionego pieczywa. I masło, i mleczko do kawy.


Tak się tu rozpisuję o tych zakupach – bo faktycznie kapitalnie potrafimy identyfikować pewne produkty,a gdy staniemy na łące to najzwyczajniej w świecie głupiejemy. A to, co nam pierwsze przychodzi do głowy na określenie zielonego roztaczającego się przed naszymi oczami, to trawa, by nie pokusić się o mniej delikatne stwierdzenie – zielsko. Nie mówiąc już o występowaniu tego czegoś. Wiemy, na której półce w sklepie zawsze stoi ulubiony napój, ale gdzie spotkać taki gajowiec żółty albo powiedzmy na to oliwnik wąskolistny to już nie. Właściwie kto z nas zna te wszystkie nazwy? Mięta, szałwia, macierzanka, czarny bez i owszem. A czyściec, a lepiężnik, a kościenica wodna? Piszę, notuję myśli. I co chwila zerkam na monitor, czy aby system nie podkreśla błędów. Nie, nic z tych rzeczy. Zaczynam wierzyć Łukaszowi Łuczajowi, autorowi książki. Toto wszystko istnieje naprawdę.

 

Łukasz Łuczaj był kiedyś mieszczuchem, który pewnego dnia uciekł w rodzinne strony. Doktor habilitowany biologii, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanik i ekolog – czytam na okładce. Noooo, myślę sobie, chyba można mu zaufać. I zjeść to wszystko, co u niego w książce. Choć siedzę na ganku przed domem – i patrzę na moją funkię w ogrodzie. Zjem cię – pojawia się pomysł. Nieeee, chyba się nie odważę. Może na wiosnę – bo ponoć właśnie wtedy najbardziej smakują młode liście. Choć są kwiaty – właśnie teraz. Nieśmiało wyciągam rękę i podszczypuję kawałek. Smaczne – można jeść na surowo. Może na wiosnę się skuszę na gołąbki albo sałatkę z musztardowym winegretem.

Książka zawiera przede wszystkim przepisy na różne potrawy z roślin dzikich. Niektóre z nich znamy – z nazwy, inne z widzenia. Wiele jest jednak tak egzotycznych, że człowiek kręci głową z niedowierzaniem. Krwawnik (jajecznica z liśćmi, podpiwek krwawnikowy, moskele), tatarak (cukierki, kompot), lipa (niby – czekolada lipowa, sałatka z liści), jarząb (focaccia z jarzębiną, cukierki, wątróbka z owocami jarzębu szwedzkiego). Ale bluszczyk kurdybanek (karpacka ziemniaczanka), ale jasnota (placuszki z pędów, zupa krem), podagrycznik (zupa, gulasz wołowy, gratin) czy czyściec błotny (frytki, kiszona wersja, po rzepnicku)? Autor opisuje każdą roślinę (alfabetycznie). Opis zawiera okres zbioru, znaki charakterystyczne – czyli gdzie szukać i jak rozpoznać, aby nie pomylić z inną rośliną. Następnie jadalne części, właściwości farmakologiczne, tradycyjne użytkowanie, współczesne zastosowanie i ciekawostki. Oprócz tego są informacje na temat składu roślin, kalendarza zbioru, przygotowywania jedzenia – czyli 8 cennych przykazań zbieracza. Na końcu znajdziecie bibliografię – to dla tych, którzy chcą zgłębić temat, dalej - indeks roślin, co pomoże w poszukiwaniach w samej książce oraz kalendarz zbioru dzikich i zdziczałych roślin jadalnych. Ciekawym elementem książki są felietony autora, w których wiele refleksji i czasem wręcz wycieczek filozoficznych na temat życia i odżywiania. Skłania to nas samych do refleksji nad tym co najważniejsze. Podczas takich rozmów dzieci naprawdę potrafią zaskoczyć. Książka jest bardzo solidnie wydana, w twardej oprawie, z mnóstwem zdjęć.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Jeszcze w ubiegłym wieku, wiele roślin, które pojawiły się w książce Łukasza Łuczaja, było składnikiem codziennej kuchni. Kilka lat temu, kiedy kupowałam książki w antykwariacie, sprzedawca dorzucił mi jako gratis cienką 26 – stronicową broszurkę po niemiecku gotykiem o dzikich roślinach w kuchni. Są opisy, przepisy, sposoby gotowania i przerabiania. To taka ciekawostka w naszej domowej biblioteczce. Nie mogę określić wieku wydawnictwa, ale datuję na oko na czasy przedwojenne.



sobota, 11 maja 2013
Cecylka Knedelek i kanapki z kanapy - Joanna Krzyżanek/ il. Zenon Wiewiurka

 

 

Ostatnio gdy szliśmy na wiosenny spacer dołączyła do nas koleżanka Tomka z klasy. I wiecie co? Fajnie było, nie tylko ze względu na to, że w końcu wiosna, ciepło, słońce świeci. Tak wlokąc się noga za nogą, gadaliśmy sobie o książkach. Sonia o Cecylce Knedelek mogłaby mówić godzinami (na drugi dzień rozsiadła się u nas na tarasie z „Dobrymi manierami Cecylki Knedelek”) Ma chyba całą kolekcję tych książek, mało tego, dzięki wielkiej sympatii do Cecylki, zaczęła sama czytać. Dzień bez Cecylki? Nie, to niemożliwe. Najbardziej ciekawiło ją czy Cecylka to ta dziewczynka z książki, czy może gąska?:) (ta ostatnia okazała się jednak Walerią)

A tymczasem w Knedelkowie gąska Waleria właśnie poszła do szkoły. A wiadomo, że w szkole jest inaczej niż w przedszkolu. Uczniowie nie dostają nic do zjedzenia, więc nauczycielka poprosiła, by wszyscy przynieśli na drugi dzień kanapkę. Jakie było zdziwienie gąski, gdy koledzy i koleżanki z klasy wyciągnęli z tornistrów kanapki z pieczywa z różnymi dodatkami: żółtym serem, pomidorem, ogórkiem. Gdy tymczasem ona pojawiła się z kanapką, a właściwie kanapą, którą znalazła w szopie.

Po tej zabawnej historyjce nadszedł czas na przepisy. Znajdziecie tu mnóstwo pomysłów na to, co można zrobić z kawałkiem pieczywa. To takie trochę czary – mary. Bo nagle pojawiają się białe myszki, żabki, tulipanki, stokrotka, ślimak, łódeczki, biedronki, koszyczki, serduszka, a nawet księżniczka z serowymi warkoczami. A jakby komu było mało, to znajdzie tu też pomysł jak się nie nudzić podczas jedzenia kanapek? Można zagrać w kółko i ...kółko. Ale jak to zrobić? Odpowiedź oczywiście w książce.

Książka bardzo kolorowa, każdy przepis opatrzony jest rysunkową instrukcją i dużym zdjęciem finalnym. Nic tylko, brać się za robienie kanapek. Na pewno niejeden Tadek – Niejadek skusi się na taką przekąskę. No i dzieci z przyjemnością poszaleją w kuchni. Zrobiona samodzielnie kanapka w końcu smakuje jak 100 kanapek:)

Wiek 5+

Wydawnictwo Jedność

środa, 21 grudnia 2011
Przemytnicy na wakacjach - Monika Mrozowska - Szaciłło/ Maciej Szaciłło

Z tej książki bije bardzo pozytywna energia. I wielka pasja. Do dzieci, do podróży, do gotowania. To jej atuty. Dopiero potem można mówić o fajnych zdjęciach, ciekawych przepisach i miejscach, które zwiedzamy z Przemytnikami – od kuchni. Młodzi rodzice – z dwójką dzieci – przemierzają sobie świat, gdy nie ciałem – to wspomnieniowo i kulinarnie, realizują swoje marzenia, są ze sobą, ciepełko rodzinne od nich bije ach bije. I nie ma –  że brak czasu, że biegusiem – trzeba dobrze zjeść, koniec kropka. A dobrze – znaczy – smacznie i zdrowo. Autorzy zachęcają do tego swoimi przepisami, wyglądem, trybem życia i uśmiechniętymi buziami. Pewnie, że to swego rodzaju reklama, ale w tym przypadku naprawdę godna naśladowania. Zresztą nie zawsze jest łatwo – o czym piszą we wstępie. Nie ma żadnej drogi na skróty, absolutnie żadne wymówki nie wchodzą w grę. A jeśli dzieci wykrzywiają się na widok szpinaku i marchewki – nic to – może uda się co nieco p-r-z-e-m-y-c-i-ć do ich menu.

Kuchnia jest przeze mnie oswojona. Mamy wcale pokaźną bibliotekę, ale wizerunek mola książkowego zaczytanego po uszy z suchą skibą chleba i wyszczerbionym kubkiem mocnej herbaty nie wchodzi w grę. Jedzenie jest celebrowane, a wśród dziesiątek książek dorobiliśmy się wcale pokaźnej półki z książkami kucharskimi. Nic dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem sięgam po rodzinną książkę kucharską, bowiem nagle okazuje się, że z dwójką dzieci też można gotować, można poświęcić temu czas. I nie tylko jakąś tam cienką zupkę, ale potrawy takie, że ho ho.  Smaki Francji, Grecji, Hiszpanii, Indii, Maroka, Tajlandii, Tyrolu, Włoch, w końcu również … Polski. I tu niespodzianka Nagle okazuje się, że nasza kuchnia może być egzotyczna, bo czy jedliście kluski śląskie z glonami nori, albo sałatkę z kapusty kiszonej z żurawiną, nie mówiąc już o plackach z kapusty? Kapusta – jak wiadomo – to nasza potrawa narodowa. Wiele gospodyń twierdzi, że jak świniak przez kapustę nie przeleci to nie smakuje – a tu proszę – placki z kapusty z przyprawą Ras-el Handout. Jak to brzmi, prawda?

Przepisy są opisane tak, że można pomyśleć – ot bułka z masłem – da się zrobić. Wiele  z podanych składników jest dostępnych w Polsce – zdjęcia są smakowite. Przed każdym krajem – krótkie wprowadzenie – o pobycie tam, o kuchennych eksperymentach. Książka zachęca do podróży, gotowania, do działania z dziećmi – bo wiele  z tych potraw można przygotowywać i dla pociech i z pociechami. Jednocześnie autorzy zwracają uwagę na to, że kuchnia i jedzenie są częścią kultury danego kraju. Nijak nie mogę zrozumieć ludzi, którzy jadą za granicę zaledwie na tydzień – do Grecji, Włoch po to, by tam tęsknić za schabowym z kapustą. Z tej książki można nauczyć się zupełnie czegoś innego, a smakowanie egzotycznych dań należy wpisać w plan wycieczki.

 

Wiek – dla całej rodziny

Wydawnictwo 1000 Stopni

 




wtorek, 20 grudnia 2011
Pierniki:)

 

O wyższości pierników domowych nad sklepowymi mogłabym długo pisać. Tego się nie da porównać. Zresztą widać, które z talerza znikają szybciej. Pamiętam, jak kiedyś moja babcia przychodziła do nas na pieczenie pierników. Cały dzień był rozgardiasz w kuchni. Co to się wtedy nie działo. Dla dzieci to frajda, a kiedyś w przyszłości (ależ to brzmi) - miłe wspomnienie. W ostatnią sobotę dzieci działały w kuchni z tatą, który od czasu do czasu podnosił nos zza książki i mówił tylko czy dobrze czy źle. Generalnie – dzieci jakoś wszystko wolą robić z tatą – bo wszystko jest dobrze. Nic za krzywo, nic za grubo, nic za cienko, nic za słodko czy słono. Pierniki wyszły jak malowanie – a że robiły je tylko dzieci, proporcje były też dziecięce – by nie siedzieć w kuchni cały dzień, jak to drzewiej bywało. Kilka wybrałam nawet do dekoracji – ale wraz z ubywaniem dnia, zobaczyłam, że dekoracji też ubywa. Najpierw zaczęły znikać rogi. Potem zniknął cały renifer… Widzicie, jak to z domowymi piernikami bywa. Oczywiście – NIKT ICH NIE ZJADŁ!!!!


Przepis wzięłam z książki kucharskiej Cecylki Knedelek. Tyle że zamiast pachnących choinek – zrobiliśmy pierniczki.

 Tajemnicze zniknięcie rogów reniferów, a potem całego renifera, do dziś nie zostało wyjaśnione:)))


wtorek, 04 października 2011
Marchewka z Groszkiem - Aleksandra Woldańska - Płocińska

Pojawienie się tej książki w naszym domu zbiegło się z dniami warzywnymi w przedszkolu. Dziś nawet w drodze do przedszkola przypomniało się nagle Tomkowi, że miał przynieść dwa okazy z wielkiej rodziny warzyw. W tył zwrot, pisk opon – i do najbliższego sklepu po ziemniaka i marchewkę. Gdybym wiedziała wcześniej – byłby może nawet oryginalny bakłażan, a tak…?

Ja - Tomek, potrzebujesz coś na jutro do przedszkola?

Tomek – Nieeeeeeee – Nic.

I masz babo placek. Nuuuudne te warzywa – stwierdziło moje starsze dziecko – Bo ile można opowiadać o tych marchewkach i burakach. Przecież ja to wszystko znam. Tak było jeszcze rano, a potem…. A potem okazało się, że temat warzywowy – jak z kolei mówi moje dziecko młodsze – wcale nie został wyczerpany i absolutnie nie jest nudny. Sama się wciągnęłam w tę historię – i pomruczałam pod nosem – noooo – dobry pomysł aby zachęcić do kupowania tego co nasze, swojskie, polskie.

Występują tu dwie grupy bohaterów. Najpierw nasze rodzime warzywa. Ot zwykły opiaszczony Burak, Ziemniak, Cebula, Koper, Sałata, Por, Szpinak itd. I druga grupa – to przybysze z dalekich krajów. Ach te nazwy, które od razu wywołują uśmiech na twarzy: Elpomidor, Kartoflak, Ogórras, Los Burakos, Kala de Fior. Zupełnie jak z filmu sensacyjnego. Zagraniczniaki są takie jakieś …. egzotyczne. Bo niby takie zwykłe: marchewka, pomidor, ogórek – ale za to większe, ładniejsze, świecą w ciemności, w wodzie nie toną, pachną czymś, co odstrasza nawet królika - największego pożeracza marchewek. W ich mniemaniu pestycydy pachną, a tam skąd przybyły, warzywa mieszkają  w …. szklanym domu. Dziecku starszemu szczęka opadła, bo teraz z tymi warzywami już wie, że tak naprawdę  nic nie wie – i nie wystarczy rozróżnić marchewkę od pietruszki. Warto uświadomić sobie – co się je i dlaczego? Książka doskonale wpisała się w temat ochrony środowiska, odżywiania, ekologii. Dzieci przy okazji poznają takie poważne wyrazy jak: pestycydy, wegetarianin, plantacja. Niewątpliwym bohaterem tej książki są ilustracje - pełne uroku, śmieszne, kolorowe. Świetnie wpisują się w klimat tej iście sensacyjnej historii, gdy pewnego dnia obok jednej z grządek pojawia się tajemniczy potwór i przybysze z daleka. Nie zdradzam za wiele. W każdym razie książka pokazuje, że nawet najbardziej zwyczajny temat jak … WARZYWA – może zostać potraktowany nietuzinkowo, z pomysłem, oryginalnie. A to udało się tutaj zarówno w sferze tekstu jak i ilustracji. 

I tak warzywa  z działki dziadka Stasia stały się bohaterem dnia – być może trochę brzydsze, mniejsze, czasem robaczywe, ale za to na pewno zdrowsze i ten smak…..

Książka chcąc nie chcąc wywołała wspomnienia – gdy studiowałam kilka lat temu, starsza pani – wykładowca z Niemiec, powiedziała, że takiej marchewki jak Polsce nie jadła nigdy w życiu, i że zawsze będzie tęsknić za tym smakiem. Obrazek drugi – kilka lat temu byłam świadkiem, jak młode dziewczę z Francji robiło w warzywniaku fotki buraczkom. Narobiła przy tym tyle wrzawy i harmidru – tyle tam było pełnego euforii świergotania i tirlirania, że człowiek aż uwierzyć nie mógł, że zwykły opiaszczony burak polski może choć na chwilę zosyać celebrytą. Może, może….. Dzięki książce Aleksandry Woldanskiej – Płocińskiej warzywa, nasze warzywa oczywiście, mają swoje pięć minut.  I niech tak będzie jeszcze długo, długo…

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 



poniedziałek, 07 grudnia 2009
Dzieci w kuchni:)

Przepisy Tosi i Franka, czyli jedz zdrowo od najmłodszych lat - Anna Kłosińska/ Elżbieta Kidacka

To przykład książki smakowitej. I scalającej rodzinę, bo nic tak nie łączy, jak wspólne gotowanie. Sama pamiętam nasze sceny kuchenne - mama gotowała, my z siostrami budowałyśmy pod stołem domy, nad naszymi głowami rodzicielka szatkowała kapustę, ubijała kotlety, robiła ciasto na makaron i szagole (?), smażyła naleśniki, których jako dziecko nie cierpiałam. Na nasze głowy obficie sypała się mąka, małe ręce co rusz coś podkradały z blatu stołu do naszego królestwa pod ceratą w kratę. Były jeszcze lukrowane pierniki babci Marianny, toffi taty, kisiel Kasi, który można było kroić i trzymać w ręku (to ci dopiero wyczyn). Pochodzę z domu, w którym się gotowało. I moje dzieci mają dom, w którym teraz ja gotuję. Wiem z własnego przykładu, że pewne smaki, zapachy zostają w nas na całe życie, a szybkie włączenie dzieci do prac domowych jest gwarancją, że kiedyś w przyszłości nie zginą z głodu i nie będą czekać, aż skorupki jajek ugotują się na miękko. Absolutnie nie przeszkadza mi, że moje młodsze dziecko najchętniej siedzi w szafce z garnkami (dosłownie też), że włóczy i roznosi po pokojach garnki, rondle, z misek robi hełmy rycerskie, z warzeszki (?) miecz, a w durszlaku gotuje klocki. Nie przeszkadza mi, że gdy piekę ciasto, Tomek mi pomaga, wszystko miesza, wysypuje, rozsypuje po podłodze, dodaje ingrediencje, a potem w ciągu 45 minut 100 razy otwiera piekarnik i sprawdza, czy aby ciasto już się nie upiekło. Nie przeszkadza mi, że wszystko trwa trzy razy dłużej, niż jakbym to robiła sama. Jeśli jest dla nich w kuchni bezpiecznie - hulaj dusza, piekła nie ma.

Przepisy Tosi i Franka zachęcają do wspólnego gotowania z dziećmi. Ba, włączają po nowoczesnemu też w to całe kuchenne zamieszanie tatusiów. Jak tytuł sugeruje, ma być nie tylko smacznie ale i zdrowo. Franek (4 lata) i Tosia (6 lat) oraz ich pies Pirat z pomocą rodziców dokonują cudów w kuchni – mieszają, solą, pieprzą, cukrzą, ważą, płuczą, kroją, a potem oczywiście ze smakiem wszystko zjadają. W dodatku przeżywają ciekawe i ważne rodzinne przygody – bo każdy rozdział opowiada jakąś ciekawą historię, niekoniecznie związaną z jedzeniem i kucharzeniem  - są tu: wycieczka do lasu, pierwszy dzień w przedszkolu, niespodziewane odwiedziny małego kotka, domowy sklepik, przygotowania do świąt. Dzieci chorują, przeżywają urodziny i Dzień Matki. Książka zawiera 68 przepisów na potrawy, które można wspólnie wyczarować. Wśród tradycyjnych, jak choćby zupa pomidorowa, karp z migdałami, mazurek, jest wiele potraw na czasie – dipy, sałatka z tuńczyka, ciasto daktylowo-pomarańczowe. Mnie porwał rozdział poświęcony zdrowiu. Nie wiedziałam, że kasza jaglana ma taki zbawienny wpływ na zdrowie i jest polecana przy kaszlu. Mam zamiar wypróbować na swoich pociechach i to jak najszybciej, bo od kilku tygodni słychać u nas duet kaszlących i to w najróżniejszych tonacjach. Oprócz przepisów są porady, co robić, jak robić. Książka jest kolorowa i zachęca do natychmiastowego szturmu na kuchnię.

Na samym końcu autorka, która prowadzi fundację Zdrowy Uczeń i jest m.in. dietetykiem i fizjologiem, namawia dzieci do stworzenia własnej rodzinnej książki kucharskiej. Przyznam się, że brzmi to zachęcająco. Kto wie… może też się skuszę na takie zapiski. Po latach fajnie będzie powspominać, jak choćby w rozdziale Śniadanie do łóżka pewną niedzielę, kiedy to nasz czteroletni smyk bladym świtem wymknął się do kuchni i przygotował „romantyczne” śniadanko dla mamusi i tatusia odsypiających całotygodniowe poranne wstawanie. Na pierzynę wjechały dwie skiby chleba, każda grubości 3 centymetrów, gdzieniegdzie rzucone górki brie, obficie polane ketchupem, a wszystko to na baaaaardzo wysłużonej desce do krojenia warzyw, do popicia dwa kubki lodowatej kranówki – a niech tam, na zdrowie. Nasze i naszych dzieci! Smacznego!!!

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 07 sierpnia 2009
Na pociechę coś pysznego. Gotuj z Misiem i Tygryskiem - Janosch

Mam w sobie coś z Tygryska. Jeśli pojawia się problem, wówczas przegryzam go kanapką z szynką albo jeszcze lepiej – sałatką z pomidorów, mozarelli i bazylii. Tyle, że Janosach o dodatkowych centymetrach w Tygryskowych prążkach albo w ogonku już nic nie pisze. (Tu moje westchnienie) W każdym razie, gdy Tygryska cosik trapi – ot choćby jego ukochana Maja-Papaja   obdarowała słodkim całusem kreta, albo gdy jest głodny jak sto wilków, gdy jest smutny – zawsze na pociechę  raczy się czymś pysznym.

To kolejna książka o dwójce przyjaciół – Miśku i Tygrysku. Tym razem wszystko kręci się wokół jedzenia. Co rusz jakiś ciekawy przepis na proste danie, które dzieci mogą wykonać przy naszej niewielkiej pomocy. Wszystko świeże, zdrowe, kolorowe, z mnóstwem warzyw i owoców. Sałata po włosku, ziemniaczki w mundurkach z twarożkiem (u nas w Wielkopolsce nazywamy to gziką), sałata z pomarańczami, jogurt z owocami, domowe müsli, banany po karaibsku i inne. Wszystko okraszone doskonałymi jak zwykle rysunkami autora i zabawnym tekstem. Książka wywołuje podczas czytania burczenie w brzuszkach po brzuchu, a nasze myśli zaczynają kręcić się wokół garnka i lodówki. W książce znaleźliśmy przepis na słynnego smażonego pstrąga w sosie migdałowym, który co rusz pojawia się w innych częściach serii. My kochamy jeść.  Kochamy Misia i Tygryska.

Mamy ogród na wyciągnięcie ręki. A w nim swoją marchewkę, pietruszkę, truskawki, bazylię, lubczyk melisę i maliny. Na drzewach wiszą jabłuszka – odmiana oliwka inflancka, na którą my mówimy papierówka, bo jest taka delikatna i krucha w smaku. Większość z jabłuszek ma robaczki, bo nigdy ich nie pryskamy. Są pyszne. Z nich robimy często mus. Podamy Wam przepis na ten prosty deser z książki o Tygrysku i Misiu. Dodam tylko, że Miś zrobił mus z 9 jabłuszek, bo ta liczba świetnie się nadaje na sercowe zmartwienia.

Pokrajał jabłka (Miś), wydrążył gniazda nasienne i razem ze skórką wrzucił do garnka, bo skórka jest bardzo zdrowa. Dodał nie za dużo wody, ale za to łyżkę stołową cukru i gruby plasterek cytryny, bo cytryna też jest bardzo zdrowa. Wrzucił jeszcze laseczkę cynamonu i goździk. Wszystko razem zmiksował i mus jabłkowy gotowy.


Recenzje innych książek Janoscha znajdziecie tutaj

Wiek 5+

Wydawnictwo Znak

piątek, 06 marca 2009
Rymowane przepisy na kuchenne popisy - Małgorzata Strzałkowska

Rymowane przepisy na kuchenne popisy Małgorzaty Strzałkowskiej należą niewątpliwie do tak zwanych lektur pysznych- książka kucharska na wesoło, trochę z przymrużeniem oka, o potrawach przyprawionych dużą porcją humoru, rytmu i rymu, szczyptą przekory (Gdzie kucharek sześć, każdy ma co jeść), wyrobionych doskonale wprawną literacko-kucharską ręką, z fantazją ugarnirowanych smakowitymi kolażami.

Jestem miłośniczką książek, w których pojawiają się przepisy- łasuchy już tak mają- dla dorosłych- Przepiórki w płatkach róży, Pod słońcem Toskanii, Sto odcieni bieli, Zupa z granatów, czy dla dzieci Całuski Pani Darling. Rymowane Przepisy to niewątpliwie czytelnicza delicja dla dzieci i dla rodziców, bo przy książce i ja dobrze się bawię.

Tym razem autorka dała się poznać nie tylko jako znakomita poetka, ale również znawczyni tematów kulinarnych- bo wiersze w tej książce są  tak naprawdę rymowanymi recepturami, według których możemy ugotować to i owo- wigilijny kompocik, słupską gruszkę po kardynalsku, mizerię cioci Wiesi, ogórki z miodem i wiele innych. Zabawa jest przednia- do tego ksiązka uczy i wychowuje- jak należy zachowywać się przy stole  (Milczą mali oraz duzi, gdy jedzenie mają w buzi), daje lekcję higieny (Najpierw wyszoruj dobrze owoce- tylko gamonie albo głuptaski tego nie robią, bo na owocach siedzą wirusy oraz zarazki).

Kolaże autorki pobudzają wyobraźnię dzieci- różne stwory z warzyw i owoców, ogórki małosolne w greckich amforach:), postacie z truskawek, jeżyn, malin i arbuza. Przy oglądaniu książki pojawiają się pytania- A co to? A kto to? Pomysłów cała masa- i śmiechu również.

Wypróbowałam z dziećmi jeden przepis zimowy- po domu rozszedł się subtelny zapach pieczonych jabłuszek z Wyszkowa ... pycha!

(...)

Umyj kilka jabłek, odkrój im czapeczki.

Wydrąż jabłka w środku i wyrzuć pesteczki.

A teraz we wszystkich studniach popestkowych

Umieść sporą ilość powideł śliwkowych.

Na każde jabłuszko wsyp cukru łyżeczkę

I każdemu jabłku siup! Załóż czapeczkę.

Ułóż jabłka w rondlu i z wprawą kuchcika

Na piętnaście minut wstaw do piekarnika.

Ostudź nieco jabłka i zjadaj po trosze,

A czekać cię będą niebiańskie rozkosze.

Kto pieczone jabłka jadać ma w zwyczaju,

Ten i w mroźną zimę czuje się jak w raju.

Tak więc- Rymowane przepisy i przygotowane według nich smakowitości - to cud, ideał i niebo w gębie!!! A nam nie pozostaje nic innego, jak tylko łykanie ślinki, albo wycieczka z dziećmi do kuchni- w celu tworzenia tych kulinarnych poematów.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina