Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 03 sierpnia 2014
Moc czekolady - Anna Czerwińska - Rydel/ il. Poważne Studio

Autorkę określiłabym – z dużą dozą sympatii – naczelną biografką kraju. Wprawdzie od czasu do czasu pojawiają się książki o znanych postaciach, ale nikt inny spośród polskich autorów dla dzieci nie ma na swoim koncie aż tylu tytułów w tej dziedzinie co Anna Czerwińska-Rydel. Farenheit, Schopenhauer, Korczak, Chopin, Czochralski, Tuwim, Heweliusz, Skłodowska-Curie, a ostatnio Wieniawski, Fredro, Makuszyński, Lutosławski i Wedlowie.

„Moc czekolady” to przede wszystkim wycieczka w czasie. Dodajmy, że wycieczka miła dla podniebienia i kubków smakowych, bo jak książka gruba i szeroka co rusz jest słodko i smacznie. Ot – lektura, przy której ślinka cieknie. Legenda odkrycia cacaotal, czyli drzewa kakaowego, plantacje kakaowe konkwistadora Corteza i czekolada jako lekarstwo – taki jest wstęp do historii rodziny Wedlów. A sama historia? Jest rok 1845 – Karol Wedel decyduje się na przeprowadzkę do Warszawy do zaboru rosyjskiego, gdzie założy fabrykę czekolady. Zaczyna od cukierni razem ze swoim wspólnikiem. Autorka pisze o pierwszych reakcjach warszawiaków na ofertę Wedlów, działania reklamowe i czekoladowe wynalazki, jak choćby czekolada apteczna z rozmaitemi przyprawami podług przepisów doktorskich, karmelki leczące i łagodzące wszelkie cierpienia piersiowe.

Czerwińska-Rydel nie szczędzi też szczegółów z życia rodzinnego. Przyznam, że rozbawiła mnie historia młodziutkiego Jana Wedla, syna założyciela fabryki, który jako doktorant chemii, absolwent studiów mechanicznych na politechnice, ze znajomością kilku języków, zaczyna karierę w fabryce ojca jako… zwykły robotnik. Dopiero po ośmiu latach dostąpi zaszczytu reprezentowania interesów firmy, która odtąd miała się nazywać „Emil Wedel i Syn”. Takich smaczków w książce jest więcej. Na pewno niewielu wie na temat działalności Wedla podczas okupacji, kiedy to dożywiał Warszawę, wysyłał paczki dla więźniów w stalagach, oflagach i obozach koncentracyjnych. Niestety – finał tej historii nie ma happy endu. Sama pamiętam, jak mama opowiadała nam, że czekolada 22 lipca tak naprawdę kiedyś była czekoladą Wedla. A my próbowaliśmy zrozumieć te wszystkie skomplikowane zawirowania dziejowe na przykładzie małej słodkiej tabliczki. Ta książka to nie tylko historia pewnej rodziny – to również ciekawy obraz naszego społeczeństwa na przestrzeni wieków – w tle pojawiają się różne informacje o dawnej obyczajowości, stosunkach społecznych i sytuacji historyczno-politycznej. Nie brak tu humoru – na pewno uśmiechniecie się czytając stare wedlowskie reklamy zamieszczane w „Kurierze Warszawskim”. A może też wzruszycie się czytając o człowieku „dobrym jak czekolada”. Na końcu gratka dla miłośników czekolady – czyli przepisy kulinarne na truskawki w czekoladowych mundurkach, milongę czekoladową, maślane bałwanki i suflet czekoladowy. I jak tu się nie oblizywać?

Książka zilustrowana bardzo nowocześnie i odważnie. To sprawia, że temat trudny i związany z przeszłością nabiera nowego wymiaru i świeżości. Ciekawe są szczególnie połączenia kolorów, zabawa z wyobraźnią małego czytelnika, ze starymi fotografiami i logo firmy. 

Baaardzo smakowita lektura:)

Recenzja na stronie Xiegarnia.pl



Wiek 7+

Wydawnictwo Muchomor

niedziela, 29 czerwca 2014
Mała książka o gwarze warszawskiej - Maria "Mroux" Bulikowska

Kiedy w zeszłym tygodniu dzwoniłam w ważnej sprawie do Warszawy zaskoczył mnie mój rozmówca oddalony ode mnie o 300 km.

-Proszę nie mówić, skąd Pani jest. Sam zgadnę.

Chwila konsternacji z mojej strony, bo z czymś takim spotkałam się po raz pierwszy. Ale uśmiechnęłam się pod nosem:

-Dobrze, no więc skąd jestem?

Pan najpierw przeprosił i wyjaśnił, że to takie jego skrzywienie - osobiste (dodał) nie zawodowe. Bo telefon dotyczył zgoła zupełnie innego przedmiotu. Po czym trafnie rzucił: Wielkopolska. Poznań:) Bo Wy tam tak fajnie śpiewacie:)))

 

Gwara, regionalne zwroty budują klimat dla danego terenu i miejsca. Nie można absolutnie zaprzeczyć, że takowy ma również Warszawa. Wiadomo - wojna zniszczyła wiele, czego odbudować się nie da, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nasza stolica ma nadal miejsca klimatyczne, ludzi, którzy się do tego przyczyniają. Często są to zwykli ludzie, którzy by się zdziwili, gdybyś powiedział im, że w znacznym stopniu tworzą specyficzną atmosferę tego miasta. Jeśli natomiast ktoś chce poznać szczegóły, również aspekty z przeszłości - polecam książkę o Małej gwarze. Autorka zaprasza do specyficznej podróży po mieście - takiej wycieczki nie zagwarantują Wam biura podróży, które organizują wyjazdy 2-3 dniowe i gonią Was po Pałacu Kultury, Łazienkach i Wilanowie, zapominając, że istotnym aspektem całości są właśnie ludzie. Byłam kilka razy na wycieczkach - dużo z nich pamiętam i wyniosłam, ale aspekt ludzki: zwyczajów, mowy nigdy nie został poruszany. Dopiero kiedy przyszło mi w niej na trochę zamieszkać - mogłam doświadczyć tego osobiście - poprzez wspomnienia warszawianki z dziada - pradziada. Choć akurat w przypadku Doroty i jej rodziny słynne powiedzenie: "nie ma cwaniaka nad warszawiaka" - w ogóle się nie sprawdziło. I dobrze.

 

Myślę, że każdy z nas mógłby na swoim przykładzie podać, że gwara i regionalizmy płata różne figle. Moja ciotka Frania będąc kiedyś na Śląsku zrobiła wielkie oczy w autobusie, gdy babcia zapytała wnuczkę:

-A chcesz ty wieprzka? - Po czym zaczęła gmerać w swojej torbie ku przerażeniu mojej ciotki, która myślała w tym czasie zupełnie o czymś innym. Jej mina, gdy okazało się, że śląska babcia miała na myśli zwykły agrest (u nas w Wielkopolsce zwany: angrystem) - bezcenna:)

Dzięki książce Mari "Mroux" Bulikowskiej dowiecie się, że w Warszawie okulary to patrzałki, ząb - gryzak, książka - kniga, kieliszek - kielonek. Poznacie definicję rasowego cwaniaka warszawskiego, zasady wymowy, wyrafinowaną elegancję językową, również ciekawostki kulinarne (ciekawe czy wiecie co to takiego: katolik z cebulką?:). A może nawet spróbujecie sami zrobić Pańską skórkę? Ale nie myślcie, że po lekturze od razu poznacie wszystkie tajniki gwary warszawskiej - która jak się okazuje ma różne rodzaje - inaczej mówią studenci, inaczej kelnerzy, inaczej chuligani, nie mówiąc już o poszczególnych dzielnicach.  Oprócz aspektu językowego w tle pojawiają się różne informacje z dnia codziennego, z historii czy kultury. Jednym słowem - mnóstwo ciekawych informacji podanych w niezwykle atrakcyjny sposób. I to za sprawą również udanych ilustracji, w których warszawiacy zostali przestawieni jako różne zwierzęta. Jest śmiesznie, sympatycznie, klimatycznie. Obowiązkowa lektura przed wyjazdem na wycieczkę do "stolycy".


Wiek 6+

Wydawnictwo Babaryba

poniedziałek, 16 czerwca 2014
Metryka nocnika - Iwona Wierzba, ilustracje Marianna Sztyma

Człowiek zwraca uwagę na wielkie wynalazki. Co rusz pojawiają się i filmy i książki o rzeczach doniosłych, które miały wpływ na rozwój ludzkości. Koło, ogień, pismo, wytapianie metalu et cetera. Kto by tam zwracał uwagę na … nocnik. Ot, zwykły element jakże zwykłej i szarej codzienności. Mało tego – dla niektórych temat tabu, nie woniejący zbyt pięknie. I tak oczywiście oczywisty, że i zastanawiać się nad nim za długo nie ma co.


Tymczasem wyobraźmy sobie życie bez tego przedmiotu i jego ewolucyjno – rewolucyjnych dzieci – w postaci sławojek, sedesu, toalety. Aż strach pomyśleć, co by się działo. Noooooo właśnie. Iwona Wierzba dokonuje ciekawej analizy dziejów nocnika począwszy od czasów epoki kamienia łupanego po współczesność. Zagląda do kątków i zakątków jaskiń ludzi pierwotnych, eleganckich willi starożytnych Rzymian, rycerskich zamków. Odwiedza Wersal, w którym sikano gdzie popadnie (byłam i temat wdzięcznie przemilczano), nie oszczędza królowej Elżbiety, u której ponoć na zamku śmierdziało i żadne wonności ani zioła nie pomagały.

Mnie (germanistkę) rozbawiła teoria, jakoby Martin Luter swoje 95 tez opracował właśnie w toalecie. Na kartkach książki pojawiają się różni znani ludzie - i to z górnej półki: politycy, władcy, artyści. W końcu jak mawiał Terencjusz: nic co ludzkie nie jest nam obce. I choć temat niewygodny, śmierdzący, to jednak dotyczący wszystkich. Autorka świetnie odzwierciedla reakcję ludzi na coraz to nowsze wynalazki, labirynty rur odprowadzające ścieki w siną dal, waterklozet, papier toaletowy. Niby takie nic, a jednak jakże trudno wyobrazić sobie życie bez tych wszystkich wynalazków. I nie ma co się zżymać na temat. Zresztą mole książkowe jakoś z większą tolerancją i mniejszym zawstydzeniem patrzą na to miejsce. No cóż, skoro nawet TEN Umberto Eco przyznał kiedyś oficjalnie, że najciekawsze książki czyta właśnie w toalecie.


"Kiedy wybieram do toalety jakąś książkę, oznacza to, że jest wartościowa, i zamierzam zajmować się nią przez kolejne dni. Kiedy odwiedzają mnie znajomi i znajdują w toalecie swoje książki, są zazwyczaj lekko zirytowani. Przynajmniej dopóki im nie wytłumaczę, że to jest przywilej, a nie oznaka lekceważenia". *

Ja zachęcam do poznania książki Iwony Wierzby, podzielonej na różne epoki, ważne momenty w dziejach ludzkości. Przedstawia ona stan historii nocnikowo - toaletowej w danym czasie historycznym, jednocześnie podaje do wiadomości jakie inne wynalazki warte uwagi pojawiły się równolegle gdzieś na świecie.


Ta książka ma swój charakter również dzięki ilustracjom Marianny Sztymy. Jeśli znacie Legendę o głowie wawelskiej - specjalnego zaproszenia nie potrzebujecie. Ilustratorka świetnie operuje pojęciem czasu w swoich obrazach. Nie wiem jak to robi, ale za sprawą jej prac, przenosimy się do różnych epok. Starożytność, czasy rycerzy i katów, współczesność. Traktuje temat poważny trochę niepoważnie sięgając po poetykę komiksu i technikę kolażu. Nawet Mona Lizę posadziła na klozecie, a przy Leonardo da Vincim pojawił się charakterystyczny komiksowy dymek.

Niespodzianką jest gra planszowa na obwolucie. Wyprawa przez historię ludzkości: od momentu rozniecenia ognia po kosmiczne toalety.

 

* - cytat znalazłam tutaj

Wydawnictwo Albus

wtorek, 01 kwietnia 2014
Wiosna :)

 

środa, 12 lutego 2014
Tyranozaur i traktorzystki - Tina Oziewicz/ il. Ola Woldańska - Płocińska

Tina Oziewicz już nie raz pokazała, że potrafi zaskoczyć, a każda jej książka to niespodzianka. Zastanawiam się skąd u niej taki zwariowany pomysł, aby napisać o dwóch  traktorzystkach i prehistorycznym gadzie. Takiej mieszanki jeszcze u nas w dziale pod tytułem „książka dziecięca” nie było. Moje pierwsze skojarzenie było oczywiście jednoznaczne: znane z historii hasło: „Kobiety na traktory”:) Tyle że tutaj jest bajkowo, choć nie zawsze sielsko, wyobraźnia działa na pełnych obrotach jak w silnikach polskich traktorów marki URSUS. Jednym słowem – to książka dla poszukujących nowych wyzwań, estetycznych doznań, eksperymentujących z książką, ilustracją, bajką. Bo tym samym Oziewicz udowadnia, że bajka może być o wszystkim. Kto wie, co było impulsem do napisania Traktorzystek? A nóż widelec – może autorka gdzieś zobaczyła właśnie talerz z wiadomym motywem  i przez myśl jej przeszło – ot napiszę o tym. Trochę kojarzy mi się to całe dinozaurowo – traktorowe szaleństwo z Andersenem. Był mistrzem opowiadania o przedmiotach, które były w zasięgu ręki. O których niekiedy trudno byłoby myśleć w kategorii bajki, baśni, magii, fantazji. Traktor jest dla wielu z nas czystą abstrakcją i nie istnieje jako takie w naszej świadomości bajkowej. Tymczasem traktorzystki wtargnęły do świata fantazji z wdziękiem i elegancją.

Dwie dziewczynki mieszkają na malowanym talerzu. Na początku nie mają nawet imienia. Za to są posiadaczkami motocykla i traktora. To na tych pojazdach przemierzają przestrzenie talerzowe wzdłuż i wszerz. Pewnego dnia słyszą tajemnicze słowo: PORCELANA, które tak bardzo im się podoba, że postawiają nazwać się Porce i Lana. Ich sielanka kończy się, gdy pewnego dnia talerz rozbija się na mnóstwo porcelanowych okruchów. Owo nieszczęście jest zarazem początkiem nowego życia bogatego w przygody. Dziewczynkom udaje się wyremontować traktor, tym razem z silnikiem motocykla. Udają się w miejsca, o których im się nie śniło, spotykają i przybraną babcię i tytułowego tyranozaura. Talerze, tapety, miejsca w pokoju to nowe lądy i cele, które trzeba odwiedzić, eksplorować.

Ilustracje Oli Woldańskiej – Płocińskiej są jak malunki na porcelanowej zastawie. Jak motywy na tapetach. Wyraźne, soczyste kolory, mnóstwo szczegółów. Obce światy z prehistorycznymi olbrzymimi paprociami, lub te bardziej sielskie i domowe z pokrytymi kwieciłem wzgórzami. Znacie pewnie ilustracje pani Aleksandry z „Pierwszych urodzin Prosiaczka”, „Marchewki z groszkiem”. Będziecie i tu ukontentowani.

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik



środa, 04 grudnia 2013
Jak Stańczyk z dworzan żartował - Anna Chachulska/ il. Anita Andrzejewska/ il. Andrzej Pilichowski - Ragno

Oczywiście wyklejka na początek:)

Stańczyk to postać autentyczna. Nikt nie zna jego dokładnej daty urodzin i śmierci. Wiadomo tylko, że pochodził z Proszowic leżących pod Krakowem. Jako błazen mógł to, czego zwykłemu śmiertelnikowi, ba, dworzaninowi, robić nie wolno było. A mógł dworować sobie z króla, zresztą ponoć był znany z ostrego dowcipu.

Legenda Anny Chachulskiej opowiada zabawną historię o tym, jak to Stańczyk postanowił zakpić sobie z dworzan króla Zygmunta Starego (męża słynnej Włoszki – królowej Bony). Wmówił im, że niby potrafi czarować. I tak się zakręcił wokół tych czarów, że trójka naiwnych w końcu w to uwierzyła i przegrała zakład. Pokaźna sumka powędrowała do sakiewki błazna. Oczywiście król zechciał natychmiast sam sprawdzić, ile w tym wszystkim było prawdy. A czy umiał czy nie – przekonajcie się sami sięgając po kolejną legendę wawelską.

Legenda o Stańczyku zamyka cykl legend, które są pokłosiem konkursu zorganizowanego przez Zamek Królewski na Wawelu. Podoba mi się taka forma promocji miejsc ciekawych. Przejrzałam raz jeszcze wszystkie teksty i książki – tekst o Stańczyku wydaje mi się najbardziej stylizowanym na starą polszczyznę. Od czasu do czasu można spotkać tu zwroty, których używa się rzadko. Tekst mimo to jest zrozumiały – w razie, gdyby dzieci nie rozumiały słów: gadać po próżnicy, strawa – na pewno rodzice pomogą. To też kwestia szyku w zdaniu – po prostu tak nie mówimy na co dzień. Dzieci pewnie wyczują różnice – ale jak już napisałam, w niczym to nie przeszkadza podczas lektury.

Książka została ciekawie zilustrowana przez Anitę Andrzejewską i Andrzeja Pilichowskiego – Ragno. Jakże inna jest tutaj wizja Stańczyka od tej najbardziej znanej – czyli z obrazu Matejki. Tutaj śmieszek o szerokim uśmiechu, z makaronowymi oczętami i kończynami na zawiasach. Autorzy zbudowali swego rodzaju historyczną scenografię, w której rozgrywają się sceny. Domy krakowskich mieszczan, zabytkowe budowle, w tym oczywiście najbardziej znany rynek – jako makieta, na której poustawiano dworzan, kuglarzy, przekupki, kupujących. Barwne wycinanki – miniaturowe domki – kamieniczki, które są doskonałym klimatycznym tłem dla tej opowieści. Tak sobie myślę, że musiała być niezła frajda przy tworzeniu takich ilustratorskich cacek. Pomysł w każdym razie przedni – taki Kraków robi wrażenie. Mnie całość kojarzy się z objazdowymi teatrzykami, które w dawnych czasach odwiedzały miasta i miasteczka i były wielką atrakcją dla wszystkich – i młodych i starych. Czy taki był zamysł tego przedsięwzięcia? - nie wiem, ale kto wie...

Ilustratorzy zostali nominowani do nagrody „Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2013” w kategorii nagrody graficznej. Ciekawam bardzo werdyktu Jury. Tym bardziej, że legenda o głowie wawelskiej też została nominowana w tej kategorii.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zamek Królewski na Wawelu

wtorek, 29 października 2013
Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro - Hugh Lofting/ il. Maria Gromek

Chyba nietaktem byłoby przedstawiać Doktora Dolittle:) Tak, tego pana, z Puddleby nad rzeką Marsh, który bardziej rozumiał zwierzęta aniżeli ludzi. Rozmawiał z nimi w ich języku, pomagał im całym sercem, przeżywał najróżniejsze przygody. Pewnie kaczka Dab – Dab, papuga Polinezja, prosię Geb – Geb czy małpka Czi – Czi to niezapomniani bohaterowie wielu z nas. Ja najmilej wspominam pierwszą część serii Doktor Dolittle i jego zwierzęta (1920). Według Wikipedii w Polsce ukazało się dwanaście części całej serii. Ponoć Doktor Dolittle na Księżycu (1928 r.) miał zamykać cały cykl. Na szczęście czytelnicy nie dali za wygraną – i tak jak to było w przypadku Artura Conan Doyle'a i jego Sherlocka, to za sprawą ich próśb powstały kolejne części. Niektóre z nich ukazały się już po śmierci pisarza. Ta o Tajemniczym Jeziorze – została wydana u nas dopiero w 1987r. I chyba nie należy do najbardziej znanych, ale na pewno jest warta uwagi.

W tej części pojawia się Tomek Stubbins, który pełni rolę narratora. Jest sekretarzem Doktora – no cóż, ten oddaje się tylko i wyłącznie nauce i potrzebuje pomocy. Właśnie bada nasiona melona przywiezione z Księżyca. Pewnego dnia szarą codzienność przerywają zaskakujące odwiedziny londyńskiego wróbla Pyskacza. To on wspomina Tomkowi o starym przyjacielu Doktora – żółwiu Błotnistej Skorupie, który był tak stary, że pamiętał czasy arki Noego. Przed laty Doktor spisał wspomnienia żółwia do zeszytów, które powinny leżeć spokojnie w bibliotece. Sęk w tym, że cenne notatki te w dziwny sposób zniknęły, a żółw Błotnista Skorupa zaginął w nieznanych okolicznościach. Doktor rusza ze swoimi przyjaciółmi w długą i niebezpieczną podróż na ratunek przyjacielowi.

Klasyczna powieść, pełna przygód, która przenosi nas w egzotyczne zakątki dalekiej Afryki. To też podróż w czasie – bowiem Błotnista Skorupa opowiada o tym co działo się na Arce podczas biblijnego Potopu.

Jeśli szukacie książek dla dzieci o zwierzętach – to ta pozycja należy do tych ambitniejszych tytułów. Dobra proza, w której jest miejsce na ciekawą fabułę, mądre dialogi, refleksję i humor – to na pewno za sprawą wspomnianego już Pyskacza. Książka dla prawdziwych moli – liczy sobie 503 strony, w środku znajdziecie czarno – białe ilustracje Marii Gromek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Znak

 



piątek, 25 października 2013
Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny - Agnieszka Stelmaszyk

Kroniki, dosłownie połknęliśmy. Mimo późnej pory nie dawałam się za długo prosić o kolejny rozdział, bo mnie również ta książka wciągnęła. Cały cykl  traktuje o rodzeństwie w wieku szkolnym, które rozwiązuje różne zagadki. Rodzice Ani i Bartka są archeologami – stąd pewnie zainteresowania dzieciarni właśnie w takich tematach.  Rodzeństwo przyjaźni się paczką rówieśników z Anglii. Zainteresowania te same – a wzajemna pomoc – nieoceniona. Każdy tom traktuje o czymś innym. Na stronie wydawnictwa znalazłam pozostałe tytuły:  w pozostałych tomach pojawiają się Grecja, Chiny, Egipt i oczywiście Polska.

W tej części dzieciaki dostały zaproszenie od ciotki Barbary, która na Tasmanii jest dziennikarką. Przypadkowo natrafiła na ślady Diamentowej Doliny i szalonego Lorda. Jest tutaj krótka podróż do przeszłości – zwłaszcza na początku książki, kiedy to poznajemy 9-letniego Williama. Właśnie stanął przed sądem, gdyż został oskarżony o kradzież rodowej pamiątki – sygnetu z diamentem, należącego do lorda C. To u niego matka Williama jest pomywaczką. Rzekomo syn lorda, Artur, na własne oczy widział, jakoby William kradł sygnet ze szkatuły. Kiedy kolejny rozdział  przeniósł nas już do teraźniejszości, usłyszałam jęk zawodu. Tyle że całkowicie nieuzasadniony, bowiem to, co dzieje się w czasach współczesnych ma powiązania z minionymi wiekami i z niesłusznie osądzonym chłopcem który resztę swego życia miał spędzić w australijskim więzieniu.

Przygoda, różne niebezpieczeństwa, podróże w najbardziej egzotyczne miejsca Australii, dodatkowo wiedza na temat znanych ludzi, fauny, flory, zwyczajów  historii – podana niby z boku, ale będąca integralną częścią całości. Smaczku dodają czarne charaktery, których tu całkiem sporo. Co rusz czyhają na życie dzieciaków i ich opiekunów, chcą pokrzyżować ich plany. Ja tę serię porównuję trochę do Pana Samochodzika. Dzieją się tu rzeczy nieprawdopodobne – można jedynie pozazdrościć, że dwójka rodzeństwa ma możliwość uczestniczenia w niecodziennych wydarzeniach. Jednocześnie to sygnał dla młodego czytelnika, że przygoda czasami czyha za rogiem – tak jak tutaj.

Podsumowując – udana proza przygodowa, z mnóstwem ilustracji i informacji na marginesie.

Wiek 10+

Wydawnictwo Zielona Sowa



poniedziałek, 21 października 2013
Pamiątka z Paryża - Tina Oziewicz/ il. Jacek Ambrożewski

To moja pierwsza książka Tiny Oziewicz i baaardzo mi się podoba. Autorka tworzy jakby swoją odrębną wizję książki dla dzieci – i to na wielu płaszczyznach – tekstu, ilustracji, powiązań z innymi dziedzinami sztuki. Dodajmy – wizję bardzo dojrzałą. Już tym samym zdobywa moją sympatię. Traktuje młodego odbiorcę bardzo poważnie. To literatura dziecięca ale nie dziecinna. Bardzo dojrzała, wymagająca, ambitna. Takie jest zresztą zadanie całej serii: mały koneser. Balansuje na granicy sztuki, opowieści nieprawdopodobnej, może nawet fantastycznej, zachęca do własnych odkryć. Właśnie – zachęca do patrzenia na obraz i interpretowania go, tworzenia swojej własnej wizji. Już przez to książka ta prowokuje. Taka trochę nie nasze czasy. Amerykańska malarka Georgia O'Keeffe napisała kiedyś: „Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni.” Taka lektura – na dzisiejsze zabiegane czasy, a właściwie na brak czasu. Do obrazu polskiego artysty Wilhelma Sasnala została opowiedziana historia. Ale ta historia jest właśnie – jakaś. Sztuka jednak nie wprowadza żadnych ograniczeń. Nie poucza. Każdy czytelnik patrząc na charakterystyczną plamę na początku książki może widzieć zupełnie coś innego. Bo tylu ilu nas – tyle sposobów patrzenia. Oziewicz jedynie coś podpowiada. I można się z tym zgodzić lub nie. Można poznać tę fascynującą historię o siewkach wieży Eiffla, które sparaliżowały życie paryżan, ale można dorobić swoją wersję.

Pewnego dnia na ulicach Paryża pojawiają się dziwaczne maleńkie metalowe kolce. Dla turystów i zwykłych mieszkańców jest to prawdziwa męka – bo i jak chodzić po czymś takim. Okazuje się, że symbol Paryża, żelazna wieża Eiffla, rozsiewa swoje nasionka. Wyglądają one jak małe spadochrony z cieniutkich metalowych nitek. Oczywiście fenomen ów zaczynają badać najbardziej tęgie głowy znad Sekwany. Takie nasionka mają to do siebie, że potrafią czasem przebyć baaaardzo długą drogę. Jedna maleńka wieża Eiffla kiełkuje na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. Druga – w naszym polskim Kazimierzu nad Wisłą – i to w dodatku w ogrodzie babci Heni. I gdy w Paryżu ścięto wszystkie eifflowe kiełki, wnuki babci walczą o to, by babciną samosiejkę ocalić.

Na okładce dominuje brudny różowy. Tak jakby z przekory – bo przecież róż wielu kojarzy się z czymś takim – róż, lukier, sama słodycza. Kto pokieruje się kolorem będzie zawiedziony – mam nadzieję, że mile. A w środku hulaj dusza. Swego czasu samą wieżę traktowano jako symbol nowoczesności, nowych czasów. Podobnie można potraktować ilustracje i rozwiązania graficzne. Nawiązujące do przeszłości i wybiegające w przyszłość. Jacek Ambrożewski – ilustrator i grafik zadbał o to, by ta pamiątka z Paryża była jedyną w swoim rodzaju. Taka, która na pewno na długo zostanie w pamięci.

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Dwie Siostry



niedziela, 20 października 2013
Opowiadania na dobranoc - praca zbiorowa

Opowiadania na dobranoc to duża różnorodność – w zakresie autorów, ilustratorów, a zwłaszcza tematów. Zacznę od tych ostatnich: wachlarz bardzo szeroki:jest tu księżyc z odtrąconym dolnym rogiem, jest spacer na latających poduszkach, i zegarmistrz, który został z podrzuconym kukułczym jajem, i żyrafa w kapeluszu z palmowych liści, i sznureczkowe lalusie na saneczkowej górce, i bamboszki dokazujące nocą że hej, i nietoperz bujający się na żyrandolu, i kłębek wełny, który przeistoczył się w kolorowe rękawiczki dla malucha, i wybredna królewna szukająca męża, i mały pingwin Pik – Pok z Wyspy Śniegowej, i kucharz Kuba przygotowujący dania dla Jej Wysokości Cesarzowej Japonii, i piekarz Piotrek, którego syn wrzucił samochodzik o ciasta chlebowego, i pulchna królewna Florentynka, i herbaciana wróżka, i smutny chochlik Figiel, i księżyc odwiedzający trzy samotne chałupy, i Weronika i jej pies Kaktus przygarnięty ze schroniska, i czarownica - sąsiadka, nawet tajemnicza pani Potworkowa z ogrodu babci i dziadka Janiny Papuzińskiej.

Razem 30 tekstów – nie za długich, nie za krótkich – takich w sam raz: nadających się na czytanki – zasypianki. Wiele z tych tekstów to opowiadania z innych książek wydanych przez Literaturę: Nasza mama czarodziejka, Jak się koty urodziły, Mały pingwin Pik – Pok, Lalusie, Na wszystko jest sposób. Wśród autorów: Renata Piątkowska, Wojciech Widłak, Rafał Witek, Kazimierz Szymeczko, Barbara Gawryluk, Joanna Papuzińska, Irena Landau, Grzegorz Kasdepke, Adam Bahdaj, Paweł Wakuła, Paweł Beręsewicz, Katarzyna Ziemnicka, Natalia Usenko,, Wanda Chotomska, Beata Ostrowicka i Agnieszka Frączek. Ilustratorzy to: Katarzyna Bajerowicz, Iwona Cała, Jona Jung, Mikołaj Kamler, Magdalena Kozieł – Nowak, Ewa Poklewska – Koziełło, Jola Richter – Magnuszewska.

Ciekawe, że niekiedy ilustrator ma zupełnie inną wizję danego tekstu, aniżeli jego kolega/ koleżanka. Tak jest w przypadku choćby Czarownicy Renaty Piątkowskiej, tutaj zilustrowanej przez Mikołaja Kamlera. W zbiorze opowiadań Na wszystko jest sposób ilustracje popełnił Artur Gulewicz.

Ciekawy eksperyment antologii tekstów znanych współczesnych pisarzy dla dzieci. A może się zdarzy, że jakieś opowiadanie zachęci do sięgnięcia po cały tekst źródłowy, z którego został zaczerpnięty, do czego zachęcam jak najbardziej – na dobranoc.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

 
1 , 2 , 3 , 4