Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 01 kwietnia 2014
Wiosna :)

 

środa, 12 lutego 2014
Tyranozaur i traktorzystki - Tina Oziewicz/ il. Ola Woldańska - Płocińska

Tina Oziewicz już nie raz pokazała, że potrafi zaskoczyć, a każda jej książka to niespodzianka. Zastanawiam się skąd u niej taki zwariowany pomysł, aby napisać o dwóch  traktorzystkach i prehistorycznym gadzie. Takiej mieszanki jeszcze u nas w dziale pod tytułem „książka dziecięca” nie było. Moje pierwsze skojarzenie było oczywiście jednoznaczne: znane z historii hasło: „Kobiety na traktory”:) Tyle że tutaj jest bajkowo, choć nie zawsze sielsko, wyobraźnia działa na pełnych obrotach jak w silnikach polskich traktorów marki URSUS. Jednym słowem – to książka dla poszukujących nowych wyzwań, estetycznych doznań, eksperymentujących z książką, ilustracją, bajką. Bo tym samym Oziewicz udowadnia, że bajka może być o wszystkim. Kto wie, co było impulsem do napisania Traktorzystek? A nóż widelec – może autorka gdzieś zobaczyła właśnie talerz z wiadomym motywem  i przez myśl jej przeszło – ot napiszę o tym. Trochę kojarzy mi się to całe dinozaurowo – traktorowe szaleństwo z Andersenem. Był mistrzem opowiadania o przedmiotach, które były w zasięgu ręki. O których niekiedy trudno byłoby myśleć w kategorii bajki, baśni, magii, fantazji. Traktor jest dla wielu z nas czystą abstrakcją i nie istnieje jako takie w naszej świadomości bajkowej. Tymczasem traktorzystki wtargnęły do świata fantazji z wdziękiem i elegancją.

Dwie dziewczynki mieszkają na malowanym talerzu. Na początku nie mają nawet imienia. Za to są posiadaczkami motocykla i traktora. To na tych pojazdach przemierzają przestrzenie talerzowe wzdłuż i wszerz. Pewnego dnia słyszą tajemnicze słowo: PORCELANA, które tak bardzo im się podoba, że postawiają nazwać się Porce i Lana. Ich sielanka kończy się, gdy pewnego dnia talerz rozbija się na mnóstwo porcelanowych okruchów. Owo nieszczęście jest zarazem początkiem nowego życia bogatego w przygody. Dziewczynkom udaje się wyremontować traktor, tym razem z silnikiem motocykla. Udają się w miejsca, o których im się nie śniło, spotykają i przybraną babcię i tytułowego tyranozaura. Talerze, tapety, miejsca w pokoju to nowe lądy i cele, które trzeba odwiedzić, eksplorować.

Ilustracje Oli Woldańskiej – Płocińskiej są jak malunki na porcelanowej zastawie. Jak motywy na tapetach. Wyraźne, soczyste kolory, mnóstwo szczegółów. Obce światy z prehistorycznymi olbrzymimi paprociami, lub te bardziej sielskie i domowe z pokrytymi kwieciłem wzgórzami. Znacie pewnie ilustracje pani Aleksandry z „Pierwszych urodzin Prosiaczka”, „Marchewki z groszkiem”. Będziecie i tu ukontentowani.

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik



środa, 04 grudnia 2013
Jak Stańczyk z dworzan żartował - Anna Chachulska/ il. Anita Andrzejewska/ il. Andrzej Pilichowski - Ragno

Oczywiście wyklejka na początek:)

Stańczyk to postać autentyczna. Nikt nie zna jego dokładnej daty urodzin i śmierci. Wiadomo tylko, że pochodził z Proszowic leżących pod Krakowem. Jako błazen mógł to, czego zwykłemu śmiertelnikowi, ba, dworzaninowi, robić nie wolno było. A mógł dworować sobie z króla, zresztą ponoć był znany z ostrego dowcipu.

Legenda Anny Chachulskiej opowiada zabawną historię o tym, jak to Stańczyk postanowił zakpić sobie z dworzan króla Zygmunta Starego (męża słynnej Włoszki – królowej Bony). Wmówił im, że niby potrafi czarować. I tak się zakręcił wokół tych czarów, że trójka naiwnych w końcu w to uwierzyła i przegrała zakład. Pokaźna sumka powędrowała do sakiewki błazna. Oczywiście król zechciał natychmiast sam sprawdzić, ile w tym wszystkim było prawdy. A czy umiał czy nie – przekonajcie się sami sięgając po kolejną legendę wawelską.

Legenda o Stańczyku zamyka cykl legend, które są pokłosiem konkursu zorganizowanego przez Zamek Królewski na Wawelu. Podoba mi się taka forma promocji miejsc ciekawych. Przejrzałam raz jeszcze wszystkie teksty i książki – tekst o Stańczyku wydaje mi się najbardziej stylizowanym na starą polszczyznę. Od czasu do czasu można spotkać tu zwroty, których używa się rzadko. Tekst mimo to jest zrozumiały – w razie, gdyby dzieci nie rozumiały słów: gadać po próżnicy, strawa – na pewno rodzice pomogą. To też kwestia szyku w zdaniu – po prostu tak nie mówimy na co dzień. Dzieci pewnie wyczują różnice – ale jak już napisałam, w niczym to nie przeszkadza podczas lektury.

Książka została ciekawie zilustrowana przez Anitę Andrzejewską i Andrzeja Pilichowskiego – Ragno. Jakże inna jest tutaj wizja Stańczyka od tej najbardziej znanej – czyli z obrazu Matejki. Tutaj śmieszek o szerokim uśmiechu, z makaronowymi oczętami i kończynami na zawiasach. Autorzy zbudowali swego rodzaju historyczną scenografię, w której rozgrywają się sceny. Domy krakowskich mieszczan, zabytkowe budowle, w tym oczywiście najbardziej znany rynek – jako makieta, na której poustawiano dworzan, kuglarzy, przekupki, kupujących. Barwne wycinanki – miniaturowe domki – kamieniczki, które są doskonałym klimatycznym tłem dla tej opowieści. Tak sobie myślę, że musiała być niezła frajda przy tworzeniu takich ilustratorskich cacek. Pomysł w każdym razie przedni – taki Kraków robi wrażenie. Mnie całość kojarzy się z objazdowymi teatrzykami, które w dawnych czasach odwiedzały miasta i miasteczka i były wielką atrakcją dla wszystkich – i młodych i starych. Czy taki był zamysł tego przedsięwzięcia? - nie wiem, ale kto wie...

Ilustratorzy zostali nominowani do nagrody „Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2013” w kategorii nagrody graficznej. Ciekawam bardzo werdyktu Jury. Tym bardziej, że legenda o głowie wawelskiej też została nominowana w tej kategorii.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zamek Królewski na Wawelu

wtorek, 29 października 2013
Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro - Hugh Lofting/ il. Maria Gromek

Chyba nietaktem byłoby przedstawiać Doktora Dolittle:) Tak, tego pana, z Puddleby nad rzeką Marsh, który bardziej rozumiał zwierzęta aniżeli ludzi. Rozmawiał z nimi w ich języku, pomagał im całym sercem, przeżywał najróżniejsze przygody. Pewnie kaczka Dab – Dab, papuga Polinezja, prosię Geb – Geb czy małpka Czi – Czi to niezapomniani bohaterowie wielu z nas. Ja najmilej wspominam pierwszą część serii Doktor Dolittle i jego zwierzęta (1920). Według Wikipedii w Polsce ukazało się dwanaście części całej serii. Ponoć Doktor Dolittle na Księżycu (1928 r.) miał zamykać cały cykl. Na szczęście czytelnicy nie dali za wygraną – i tak jak to było w przypadku Artura Conan Doyle'a i jego Sherlocka, to za sprawą ich próśb powstały kolejne części. Niektóre z nich ukazały się już po śmierci pisarza. Ta o Tajemniczym Jeziorze – została wydana u nas dopiero w 1987r. I chyba nie należy do najbardziej znanych, ale na pewno jest warta uwagi.

W tej części pojawia się Tomek Stubbins, który pełni rolę narratora. Jest sekretarzem Doktora – no cóż, ten oddaje się tylko i wyłącznie nauce i potrzebuje pomocy. Właśnie bada nasiona melona przywiezione z Księżyca. Pewnego dnia szarą codzienność przerywają zaskakujące odwiedziny londyńskiego wróbla Pyskacza. To on wspomina Tomkowi o starym przyjacielu Doktora – żółwiu Błotnistej Skorupie, który był tak stary, że pamiętał czasy arki Noego. Przed laty Doktor spisał wspomnienia żółwia do zeszytów, które powinny leżeć spokojnie w bibliotece. Sęk w tym, że cenne notatki te w dziwny sposób zniknęły, a żółw Błotnista Skorupa zaginął w nieznanych okolicznościach. Doktor rusza ze swoimi przyjaciółmi w długą i niebezpieczną podróż na ratunek przyjacielowi.

Klasyczna powieść, pełna przygód, która przenosi nas w egzotyczne zakątki dalekiej Afryki. To też podróż w czasie – bowiem Błotnista Skorupa opowiada o tym co działo się na Arce podczas biblijnego Potopu.

Jeśli szukacie książek dla dzieci o zwierzętach – to ta pozycja należy do tych ambitniejszych tytułów. Dobra proza, w której jest miejsce na ciekawą fabułę, mądre dialogi, refleksję i humor – to na pewno za sprawą wspomnianego już Pyskacza. Książka dla prawdziwych moli – liczy sobie 503 strony, w środku znajdziecie czarno – białe ilustracje Marii Gromek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Znak

 



piątek, 25 października 2013
Kroniki Archeo. Zagadka Diamentowej Doliny - Agnieszka Stelmaszyk

Kroniki, dosłownie połknęliśmy. Mimo późnej pory nie dawałam się za długo prosić o kolejny rozdział, bo mnie również ta książka wciągnęła. Cały cykl  traktuje o rodzeństwie w wieku szkolnym, które rozwiązuje różne zagadki. Rodzice Ani i Bartka są archeologami – stąd pewnie zainteresowania dzieciarni właśnie w takich tematach.  Rodzeństwo przyjaźni się paczką rówieśników z Anglii. Zainteresowania te same – a wzajemna pomoc – nieoceniona. Każdy tom traktuje o czymś innym. Na stronie wydawnictwa znalazłam pozostałe tytuły:  w pozostałych tomach pojawiają się Grecja, Chiny, Egipt i oczywiście Polska.

W tej części dzieciaki dostały zaproszenie od ciotki Barbary, która na Tasmanii jest dziennikarką. Przypadkowo natrafiła na ślady Diamentowej Doliny i szalonego Lorda. Jest tutaj krótka podróż do przeszłości – zwłaszcza na początku książki, kiedy to poznajemy 9-letniego Williama. Właśnie stanął przed sądem, gdyż został oskarżony o kradzież rodowej pamiątki – sygnetu z diamentem, należącego do lorda C. To u niego matka Williama jest pomywaczką. Rzekomo syn lorda, Artur, na własne oczy widział, jakoby William kradł sygnet ze szkatuły. Kiedy kolejny rozdział  przeniósł nas już do teraźniejszości, usłyszałam jęk zawodu. Tyle że całkowicie nieuzasadniony, bowiem to, co dzieje się w czasach współczesnych ma powiązania z minionymi wiekami i z niesłusznie osądzonym chłopcem który resztę swego życia miał spędzić w australijskim więzieniu.

Przygoda, różne niebezpieczeństwa, podróże w najbardziej egzotyczne miejsca Australii, dodatkowo wiedza na temat znanych ludzi, fauny, flory, zwyczajów  historii – podana niby z boku, ale będąca integralną częścią całości. Smaczku dodają czarne charaktery, których tu całkiem sporo. Co rusz czyhają na życie dzieciaków i ich opiekunów, chcą pokrzyżować ich plany. Ja tę serię porównuję trochę do Pana Samochodzika. Dzieją się tu rzeczy nieprawdopodobne – można jedynie pozazdrościć, że dwójka rodzeństwa ma możliwość uczestniczenia w niecodziennych wydarzeniach. Jednocześnie to sygnał dla młodego czytelnika, że przygoda czasami czyha za rogiem – tak jak tutaj.

Podsumowując – udana proza przygodowa, z mnóstwem ilustracji i informacji na marginesie.

Wiek 10+

Wydawnictwo Zielona Sowa



poniedziałek, 21 października 2013
Pamiątka z Paryża - Tina Oziewicz/ il. Jacek Ambrożewski

To moja pierwsza książka Tiny Oziewicz i baaardzo mi się podoba. Autorka tworzy jakby swoją odrębną wizję książki dla dzieci – i to na wielu płaszczyznach – tekstu, ilustracji, powiązań z innymi dziedzinami sztuki. Dodajmy – wizję bardzo dojrzałą. Już tym samym zdobywa moją sympatię. Traktuje młodego odbiorcę bardzo poważnie. To literatura dziecięca ale nie dziecinna. Bardzo dojrzała, wymagająca, ambitna. Takie jest zresztą zadanie całej serii: mały koneser. Balansuje na granicy sztuki, opowieści nieprawdopodobnej, może nawet fantastycznej, zachęca do własnych odkryć. Właśnie – zachęca do patrzenia na obraz i interpretowania go, tworzenia swojej własnej wizji. Już przez to książka ta prowokuje. Taka trochę nie nasze czasy. Amerykańska malarka Georgia O'Keeffe napisała kiedyś: „Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni.” Taka lektura – na dzisiejsze zabiegane czasy, a właściwie na brak czasu. Do obrazu polskiego artysty Wilhelma Sasnala została opowiedziana historia. Ale ta historia jest właśnie – jakaś. Sztuka jednak nie wprowadza żadnych ograniczeń. Nie poucza. Każdy czytelnik patrząc na charakterystyczną plamę na początku książki może widzieć zupełnie coś innego. Bo tylu ilu nas – tyle sposobów patrzenia. Oziewicz jedynie coś podpowiada. I można się z tym zgodzić lub nie. Można poznać tę fascynującą historię o siewkach wieży Eiffla, które sparaliżowały życie paryżan, ale można dorobić swoją wersję.

Pewnego dnia na ulicach Paryża pojawiają się dziwaczne maleńkie metalowe kolce. Dla turystów i zwykłych mieszkańców jest to prawdziwa męka – bo i jak chodzić po czymś takim. Okazuje się, że symbol Paryża, żelazna wieża Eiffla, rozsiewa swoje nasionka. Wyglądają one jak małe spadochrony z cieniutkich metalowych nitek. Oczywiście fenomen ów zaczynają badać najbardziej tęgie głowy znad Sekwany. Takie nasionka mają to do siebie, że potrafią czasem przebyć baaaardzo długą drogę. Jedna maleńka wieża Eiffla kiełkuje na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. Druga – w naszym polskim Kazimierzu nad Wisłą – i to w dodatku w ogrodzie babci Heni. I gdy w Paryżu ścięto wszystkie eifflowe kiełki, wnuki babci walczą o to, by babciną samosiejkę ocalić.

Na okładce dominuje brudny różowy. Tak jakby z przekory – bo przecież róż wielu kojarzy się z czymś takim – róż, lukier, sama słodycza. Kto pokieruje się kolorem będzie zawiedziony – mam nadzieję, że mile. A w środku hulaj dusza. Swego czasu samą wieżę traktowano jako symbol nowoczesności, nowych czasów. Podobnie można potraktować ilustracje i rozwiązania graficzne. Nawiązujące do przeszłości i wybiegające w przyszłość. Jacek Ambrożewski – ilustrator i grafik zadbał o to, by ta pamiątka z Paryża była jedyną w swoim rodzaju. Taka, która na pewno na długo zostanie w pamięci.

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Dwie Siostry



niedziela, 20 października 2013
Opowiadania na dobranoc - praca zbiorowa

Opowiadania na dobranoc to duża różnorodność – w zakresie autorów, ilustratorów, a zwłaszcza tematów. Zacznę od tych ostatnich: wachlarz bardzo szeroki:jest tu księżyc z odtrąconym dolnym rogiem, jest spacer na latających poduszkach, i zegarmistrz, który został z podrzuconym kukułczym jajem, i żyrafa w kapeluszu z palmowych liści, i sznureczkowe lalusie na saneczkowej górce, i bamboszki dokazujące nocą że hej, i nietoperz bujający się na żyrandolu, i kłębek wełny, który przeistoczył się w kolorowe rękawiczki dla malucha, i wybredna królewna szukająca męża, i mały pingwin Pik – Pok z Wyspy Śniegowej, i kucharz Kuba przygotowujący dania dla Jej Wysokości Cesarzowej Japonii, i piekarz Piotrek, którego syn wrzucił samochodzik o ciasta chlebowego, i pulchna królewna Florentynka, i herbaciana wróżka, i smutny chochlik Figiel, i księżyc odwiedzający trzy samotne chałupy, i Weronika i jej pies Kaktus przygarnięty ze schroniska, i czarownica - sąsiadka, nawet tajemnicza pani Potworkowa z ogrodu babci i dziadka Janiny Papuzińskiej.

Razem 30 tekstów – nie za długich, nie za krótkich – takich w sam raz: nadających się na czytanki – zasypianki. Wiele z tych tekstów to opowiadania z innych książek wydanych przez Literaturę: Nasza mama czarodziejka, Jak się koty urodziły, Mały pingwin Pik – Pok, Lalusie, Na wszystko jest sposób. Wśród autorów: Renata Piątkowska, Wojciech Widłak, Rafał Witek, Kazimierz Szymeczko, Barbara Gawryluk, Joanna Papuzińska, Irena Landau, Grzegorz Kasdepke, Adam Bahdaj, Paweł Wakuła, Paweł Beręsewicz, Katarzyna Ziemnicka, Natalia Usenko,, Wanda Chotomska, Beata Ostrowicka i Agnieszka Frączek. Ilustratorzy to: Katarzyna Bajerowicz, Iwona Cała, Jona Jung, Mikołaj Kamler, Magdalena Kozieł – Nowak, Ewa Poklewska – Koziełło, Jola Richter – Magnuszewska.

Ciekawe, że niekiedy ilustrator ma zupełnie inną wizję danego tekstu, aniżeli jego kolega/ koleżanka. Tak jest w przypadku choćby Czarownicy Renaty Piątkowskiej, tutaj zilustrowanej przez Mikołaja Kamlera. W zbiorze opowiadań Na wszystko jest sposób ilustracje popełnił Artur Gulewicz.

Ciekawy eksperyment antologii tekstów znanych współczesnych pisarzy dla dzieci. A może się zdarzy, że jakieś opowiadanie zachęci do sięgnięcia po cały tekst źródłowy, z którego został zaczerpnięty, do czego zachęcam jak najbardziej – na dobranoc.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

środa, 18 września 2013
Śmiełów - podróż literacka

Pałac w Śmiełowie nieodłącznie kojarzy się z Mickiewiczem. Spędził w nim kilka miesięcy, chciał się przedostać przez dziką granicę, by walczyć w Powstaniu Listopadowym w Królestwie Polskim.  I choć nic  z tego nie wyszło – to jednym z efektów wymiernych pobytu Wieszcza w Wielkopolsce był Pan Tadeusz. Przez niektórych kochany, innych wyśmiewany, jeszcze innych znienawidzony. Ja mam z lekturą miłe wspomnienia – to zasługa polonistki  z powołania w podstawówce, która tak nas zaraziła miłością do Pana Tadeusza, że wielu z nas chętnie przeczytało tego grubasa. Ponoć znawcy literatury w opisywanych widokach, pagórkach leśnych,  wschodach i zachodach słońca w Panu Tadeuszu doszukują się elementów krajobrazu wielkopolskiego. Faktem jest, że Mickiewicz w naszej okolicy w wielu miejscach bywał, a niektóre z nich dzięki temu próbują się dziś wypromować. Tam spał, tam siedział na kamieniu, gdzie indziej znów czerpał wodę ze studni. Śmiełów to niewątpliwie ważne miejsce na szlaku turystycznym, który powstał niedawno (a z którym mam poniekąd do czynienia zawodowo) – Podróże z Panem Tadeuszem.

Odwiedziliśmy pałac przy okazji imprezy plenerowej, która miała miejsce na początku września. Mieści się tu Muzeum im. Adama Mickiewicza. Można zobaczyć oryginalne manuskrypty Mickiewicza, portrety z epoki, ilustracje do jego utworów, meble w stylu biedermeier, obrazy z okresu XVII – XIX w.

Tekla Markiewiczówna, rezydentka pałacu w Śmiełowie, pisała o przyjeździe Mickiewicza do pałacu:

"…w sierpniu 1831 roku (…) zajechał przed okazały pałac w Śmiełowie podróżny pojazd, z którego wysiadł brat pani Gorzeńskiej, Ksawery Bojanowski, a za nim młody człowiek z bujną czupryną, którego Bojanowski  przedstawił głośno witającym go u progu domownikom: ”Oto pan Adam Mühl, (jeden z pseudonimów używanych w Wielkopolsce przez Mickiewicza) nowy guwerner Antka i Władka” (synów Antoniny i Hieronima Gorzeńskich, właścicieli Śmiełowa). Mistyfikacja ta nie była nowiną, gdyż przyjazd był poprzedzony korespondencją Ksawerego Bojanowskiego z siostrą. W tym samym czasie zjechała do Śmiełowa siostra pani Gorzeńskiej, Konstancja z Bojanowskich Łubieńska z Budziszewa, żona oficera napoleońskiego, kobieta wielkiej nauki, biegła w literaturze”. 



Konstancja Łubieńska złamała serce Wieszczowi. To ją miał przed oczyma, gdy tworzył postać Telimeny. Miała wtedy 34 lata, 12 lat małżeństwa za sobą i pięcioro dzieci.

"Piękna jak bogini miała w obliczu wyrazu łagodności Diany, lecz raczej surowość Junony, należała do tych bóstw, co żądają od śmiertelników bezwarunkowego poddania. Ożywiona, wesoła, dowcipna i wymowna (…), z wielką swobodą w obejściu, humorem, werwą w konwersacji, bystrością i oryginalnością poglądów, umysłowymi zaletami podbijała tych, co się zdołali oprzeć jej zewnętrznym powabom. Ogólnie podziwiana, przedmiot uwielbień i cel tęsknych westchnień okolicznych dandysów, na których spoglądała z wysoka, zasmakowała w triumfach, wyrobiła w sobie pewną kokieterię, zdążającą do tego, aby przed zwycięskim rydwanem wieść szereg niewolników i paść ich jałmużną uśmiechu" – opisywali ją Wielkopolanie. 

 

Pierwodruk Pana Tadeusza, Paryż 1834

Ilustracje Szancera do Pana Tadeusza

Kamień pomalowany przez Helenę - córkę Mickiewicza

Oryginalna portmonetka Wieszcza

Kałamarz Mickiewicza - ponoć poeta miał go ze sobą w Turcji

Maria Chełkowska pisała:

"Widok z pokoju Mickiewicza: pagórki leśne, łąki zielone nad błękitną wówczas, szerokim korytem płynącą Lutynią rozciągnione, pola malowane były w sierpniu 1831r. zbożem rozmaitem, przepasane były miedzami, a grusze i drzewa owocowe utrzymane były przez czas mego 41- letniego mieszkania w Śmiełowie. Grusze zostały niestety przez Niemców wyrąbane. Taki był i jest krajobraz z okna pokoju Mickiewicza".

Jest w pałacu kawiarnia Śmiełowska. Tekla Markiewiczówna tak oto wspomina zapachy roznoszące się niegdyś po pałacu:

"W Śmiełowskim pałacu niepoślednie miejsce zajmowała podówczas kawiarnia. Był to rodzaj domowego znicza, ognisko palące się bez ustanku od świtu do nocy. Kapłanka tego przybytku, wdowa, rodzaj klucznicy, nazwiskiem Ciastowska, mająca na swe rozkazy dwie pomocniczki Polkę i Marynię (druga żyje dotąd), dawała im dyspozycje z powagą wodza stutysięcznej armii, stojąc przy ogromnym kominie, odgarniała śmietankę, aby się kożuszek nie przypalił, przelewała kawę z imbryka do imbryka, słowem całe dni spędzała na tym ważnym zajęciu , przyjmując odwiedziny gości i tocząc z nimi żwawe niekiedy rozprawy. Toteż specjalne wykształcenie i rzadką gorliwość wieńczył nadzwyczajny sukces: sporządzany przez nią napój słynął w okolicy i w zachwyt wprawiał smakoszów. Adam cenił wysoko mistrzostwo Ciastosi, często do jej rezydencji zachodził, wyciągał na rozmowę gadatliwą kobiecinę i miał ją niezawodnie przed oczyma".



W starym parku pałacowym wiele się działo. Podsumowując to popołudnie - cała nasza czwórka stwierdziła, że dawno się tak nie uśmiała. Tomka ponoć aż brzuch bolał. A to za sprawą prowadzących Zajazd - z humorem i ze swadą, z użyciem rubasznych zwrotów wyciągniętych z lamusa, opowiadali oni historię zajazdów w dawnej Rzeczpospolitej.

Zabawka z dawnych czasów, czy może ćwiczenie uczące dokładności i dobrego refleksu? W każdym razie - łatwo nie było.

Moneta z "dawnych czasów". Mamy taką w swoich zbiorach.

Było trochę huku i dymu.

Nie tak łatwo trafić z konia do celu.

Tak się ponoć dawniej bawiły dzieci. Siedziały na koźle i workami (Mikołaj i Tomek twierdzili, że lekkie toto było) waliły się po głowach. Wygrywał ten, kto utrzymał się bez podtrzymywania na grubym balu.

Widok na kościół w Brzostkowie i Szwajcarię Żerkowską

 

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Podróże z Panem Tadeuszem – autorstwa Andrzeja Kuźmińskiego





poniedziałek, 09 września 2013
Wardęga. Śladami Kaspra Miaskowskiego

Wardęga to określenie dla włóczęgi. Do takich miejsc, których nie zauważa się podczas wakacyjnych planów. Człowiek szturmuje Zakopane, Gdańsk, Mikołajki, a te pomija konsekwentnie. Tymczasem wystarczy zjechać z drogi głównej, w jakiś trakt leśny, polną kurzawkę, wybrać się rowerem wzdłuż meandrującej rzeki, by zobaczyć rzeczy ciekawe. Często są obecne od pokoleń, dla wielu jednak mało znane. Niby coś jest - pałac, dwór, park, las - ale mało o nich wiadomo. Jest i to wystarczy - a gdyby tak zagłębić się w historię....?

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długi Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino… (1)



O Kasprze Miaskowskim usłyszałam niedawno. Wstyd przyznać się – bo przecież jego rodzinna wieś to 15 minut samochodem od mojego domu. Rowerem trochę dłużej. Ale zaprzyjaźnieni poloniści po krótkim wywiadzie przyznają, że sami dowiedzieli się o nim na studiach, albo całkiem niedawno, kiedy to ruszyła akcja konkursu recytatorskiego, kiedy to zaczęto podejmować działania mające na celu odkrywanie podobnych perełek z przeszłości. Poeta barokowy – dawniej bardzo znany – ponoć tak popularny jak sam Jan Kochanowski. Chyba miał pecha, że nikt nie zajął się jego spuścizną podobnie jak tą poety czarnoleskiego. Może dziś zamiast Trenów czy Pieśni czytalibyśmy  Na śklenice malowaną? Może większe byłyby starania, by ślad po nim nie zaginął? Może… może. Może dwór w Smogorzewie stałby do dziś… a tak… Ponoć nic tam nie ma. Ponoć, bo niczego nie odnaleźliśmy w gęstwinie. Wiem – dużo tutaj tych ponoć, może…. Ale to rozbudziło tylko naszą ciekawość.



Kasper Miaskowski urodził się w 1549 albo 1550 roku w Smogorzewie (Wielkopolska). Na skraju wsi przy świetlicy wiejskiej postawiono wielki głaz polodowcowy z tablicą pamiątkową. Szukamy śladów poety. Pod wiejskim sklepikiem pytamy napotkanego mieszkańca o dwór. A jakże – był kiedyś, za jego (t.j. mieszkańca) młodości. Służył ZMW jako miejsce spotkań, potem zamieszkali ludzie. Nikt o to nie dbał i z dworu zrobiła się ruina. Strach było tak żyć.Wyburzyli i pozbyli się kłopotu. Park trafił w prywatne ręce. A że ciekawość nas zżera, nagle budzi się w nas duch awanturniczy i mała nadzieja, że jakiś ślad, choćby najmniejszy, domostwa dawnego poety odkryjemy – brniemy z dziećmi w nieznane, które usłyszawszy, że ponoć nie wolno, tym bardziej rzucają się w zieloną ścianę, na pierwszy rzut oka, nie do przebicia. Po wskazówkach tubylca i jego żalach nad teraźniejszością (na wójta, na politykę, na zaniedbania właściciela, na świetlaną przeszłość parku i dworu) korzystamy z faktu, że park nieogrodzony i przedzieramy się przez takie chaszcze, jakich dawno nie widziałam.



O parku słyszałam, że kiedyś wzbudzał podziw i wiele w nim rzadkich gatunków roślin, które sprowadzano z daleka i które same z natury w naszych stronach nie rosną. Faktycznie. Wrażenie robią olbrzymie dęby i lipy. Zadzieramy wysoko głowy, by dojrzeć wierzchołki pięknych i zdrowych drzew. Dawno nie widziałam takich okazów. Gdzieniegdzie przecinają się wąskie ścieżki, w parku ciemno, słońce z trudem się przeciska przez gęste korony drzew. Niekiedy strach mnie oblatuje i myślę sobie, czy jakiś duch nam nie wyjdzie, albo dziki zwierz nie wyskoczy. Dzieciaki szaleją i chcą iść dalej. Wracamy do drogi, gdzie zostały rowery – z nadzieją, że może ktoś kiedyś zrobi w tym miejscu porządek, może odbuduje dwór. Udało mi się zrobić tylko zdjęcie dawnej zabudowy dworskiej – może spichlerza. Znalazłam też informacje, że kiedyś w parku stał warowny zamek, a samo Smogorzewo było wsią rycerską.

Gdzieś na uboczu stoi jakiś stary zaniedbany folwarczny spichlerz. Naprawdę ładny budynek.

Jedziemy dalej. W pobliskim lesie chwilę odpoczywamy przy dębie, o którym się mówi Dąb Kaspra Miaskowskiego. Ma ponoć 350 lat.

Moje młodsze dziecko robi z nami masę kilometrów na starym wysłużonym Wigry 3 po cioci Monice. Rower liczy sobie 18 lat, nie ma przerzutek, a mój 5 – latek śmiga na nim że hej. Pod największe górki i pagórki nawet wyprzedza. Cuda jakieś czy cóś? Już raz się zdarzyło, że historyczny składak podczas jazdy prawie sam się złożył. Dobrze, że było to w wiosce, gdzie poratował nas pewien mieszkaniec i użyczył nakrętki i podkładki.

Wjeżdżamy do Szwajcarii Godurowskiej, bardzo urokliwego miejsca. Odwiedzamy je często w okresie zimy i jesieni. Na wiosnę często nie można tędy przejść. Roztopy powodują, że niewielka rzeczka Dąbrówka, dopływ Obry, dosłownie szaleje. Staje się głęboka, dzika, a jej nurt bardzo niebezpieczny. Mamy nadzieję, że nie skończy się tak, że połknie ona kiedyś fragment duktu leśnego i nie będzie można już tędy przechodzić. Rzeczka meandruje w ślicznym parowie. Ponoć jeszcze w ubiegłym wieku można było pić wodę i łowić w niej ryby. No i były raki.

W Godurowie przy pięknym dworze (w tej chwili prywatna własność) zatrzymujemy się na chwilę przy figurze Maryi Panny, którą ufundowano w 1883r. w 200 – rocznicę zwycięstwa Jana III Sobieskiego nad Turkami w dniu 12 września 1683 roku. Rocznica tuż tuż:)

Nasza wardęga kończy się we wsi Strzelce Wielkie. To tutaj poeta ponoć został pochowany. W kościele znajduje się epitafium - ponoć treść autorstwa samego Miaskowskiego. Poezja ma być główną przepustką do pamięci ludzkiej - bo "co dowcip dał mu był niepodły | Słowieńskim bluszczem Muzy to obwiodły".

Poezja Miaskowskiego nie należy do najłatwiejszych. Nie, nie męczę moich synów przed snem czytaniem ze Zbioru rytmów. Niech na razie wiedzą tylko, że taki ktoś tu żył. A może kiedyś sami sięgną po jego wiersze?

(Trasa liczyła dokładnie 27 kilometrów) 

 

To prawda, że na pejzaż, zwłaszcza nizinny, trzeba być uwrażliwionym. Trzeba jakby specjalnego rodzaju „słuchu”, który reaguje na najmniejsze drgnienie powietrza, na te wszystkie tony, półcienie, niuanse, którymi pejzaż potrafi nagrodzić i obdarzyć. Warto jednak „uciszyć się w sobie” i poszukać tego, co przecież jest , jeno wstydliwie skryło się gdzieś w głębi naszego ja, schowane za przybraną tak chętnie maską i kostiumem mieszkańca dużego miasta.

 

Niekiedy warto niespiesznie pójść taką zapomnianą trochę drogą ginącą w oddali, we mgle spowijającej horyzont, przepadającą w szarościach lasu, który potrafi być tajemniczy, jak lasy z dziecięcych lektur. Warto tam w sobie poszukać zagubionej w miejskim gwarze ciszy i zawieruszonego gdzieś spokoju.(2)

 

1,2- Lechosław Herz – Wardęga. Opowieści z pobocza drogi. Wydawnictwo ISKRY

piątek, 30 sierpnia 2013
Podróże na piórze - Wanda Chotomska/ il. Marta Kurczewska

Na blogu Czytanki - przytulanki czytam, że w dzisiejszych czasach mało poezji. Trudno mi tutaj wyciągać wnioski w odniesieniu do innych, mogę powiedzieć jedynie o naszym przypadku. Tak – proza zdecydowanie góruje nad poezją. Nie mam nic z mamy Tuwimowej, która ponoć karmiła Julka liryką największego kalibru od rana do wieczora. No i nic dziwnego, że z takiego Julka wyrósł znany nam wszystkim i ceniony Julian Tuwim. A obecnie mamy przecież ułatwione zadanie – bo są świetne wydawnictwa, jest Internet. Pani Adela, z domu Krukowska, z benedyktyńską cierpliwością przepisywała te wszystkie wiersze do specjalnego zeszytu, który potem przed Irenką i Julkiem otwierała i na głos czytał. Mało poezji w naszym życiu, mało poezji w ogóle. Odnoszę wrażenie, że kiedyś ludzie potrafili z pamięci cytować dłuższe fragmenty, niekiedy całe poematy, ballady. W życiu niekiedy umieli odnaleźć się dzięki wierszom, błysnąć w towarzystwie jakimś cytatem, który świetnie pasował do danej sytuacji. Dziś niekiedy udaje się coś zacytować, choć do końca może nie wiadomo czyje to. Popularne jest: Jedzą, piją, lulki palą. Tańce hulanki swawole. Ale na tym koniec – dalej ni w ząb. Choć ostatnio podczas spotkania jedna pani wyrecytowała calutką Panią Twardowska, której nauczyła się – ot tak – jak przyznała – dla siebie. Bo bardzo jej się podoba. Oczywiście wielu zna Inwokację czy Koncert Wojskiego z Pana Tadeusza – wiadomo, trzeba było się uczyć w szkole. Podobnie z piosenkami – choć nie o nich chciałam tu pisać. Mój tato znał mnóstwo piosenek ludowych, jak bawił wnuki to bez przerwy im śpiewał – i nie jedną czy dwie zwrotki ale po pięć i siedem. I ten dziadek Stasio wiecznie moim synom kojarzy się ze śpiewaniem. W znajomości poezji to chyba dzieci przejmują pałeczkę. Te, którym dużo się czyta wierszy, po pewnym czasie potrafią zacytować całość bez mrugnięcia okiem. Lokomotywę, Na straganie, Stefka Burczymuchę.

W Podróżach po piórze Wanda Chotomska zabiera najmłodszych do krainy Fantazji i Marzeń, ale myli się ten, kto sądzi, że spotka tam masę przeróżnych dziwnych stworzeń, ba, nawet potworów. Spotkać tam można kanarka na dachu, wronę, która na wesele poszła bardzo wystrojona. Krawca Pętelkę goniącego za nićmi z kubraka. I siedmiu kwaśnych złodziei, co to nocy jednej zamiast złota ocet najzwyklejszy ukradli. I makaron włoski w gorącej wodzie kąpany. I dziadka przed telewizorem. I kundla, co to do rodziny, do Warszawy przybył. I prosię, co miało muchy w nosie. I babę, co placek piekła. I Staszka, co kaszę lubił nade wszystko. Dzięki poezji znajdziecie odpowiedź na kilka trudnych pytań. Jak choćby takich: Po co krowie rogi na głowie? Dlaczego ryby rozmów nie wiodą? Dlaczego ciele ogonem miele? Wiele z wierszy tłumaczy znane przysłowia i zwroty.

Podróże po piórze nie zabierają nas w odległe miejsca na świecie. Za to pozwalają dostrzec piękno i niezwykłość w codziennych przedmiotach i sytuacjach. Wiersz, jak się okazuje może traktować o wszystkim. A poezja może towarzyszyć w życiu codziennym, na każdym niemal kroku. O czym chyba jednak na co dzień zapominamy – a szkoda.

Zachęcam jeszcze do takich podroży – choć wakacje lada chwila się kończą.


Kto lubi podróże,

te małe i duże,

niech prędko korzysta

z okazji -

przez wiersze i rymy

na pewno trafimy

 w cudowną krainę

Fantazji.

 

Nie bujam, nie kłamię -

znam trasę na pamięć,

latałam tam często

na dłużej.

A czym tam latałam?

Pod ręką to miałam - zazwyczaj latałam

na piórze. (...)

 

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

 



 
1 , 2 , 3 , 4