Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 14 czerwca 2017
Śpiąca Królewna - Gabriela Mistral/ il. Carmen Cardemil

Jak ja lubię taaaaakie niespodzianki. Bo…. Pomyśleć by można, że w kwestii „Śpiącej Królewny” zostało już wszystko powiedziane. Tymczasem Wydawnictwo Nasza Księgarnia prezentuje nam takie jak ta perełki. Gdy czytałam informacje o autorce nie mogłam uwierzyć, że wierszowana opowieść o królewnie powstała pod koniec lat 20-tych ubiegłego wieku, i że za chwilę liczyć sobie będzie sto lat. Tymczasem ta baśniowa staruszka jest w doskonałej formie, ma wiele werwy, lekkości. Manuel Peña Muñoz pisze, że ta uśpiona bajka została wybudzona po niemal stu latach od momentu jej napisania przez Gabrielę Mistral (ur. 1889). Sama autorka to odrębny ciekawy temat. Z chilijskiej prowincji, najpierw skromna nauczycielka, potem również poetka, działaczka oświatowa  i … dyplomatka. W końcu – uwaga - Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 1945 roku. Przebywając w Europie zachwyciła się klasycznymi baśniami Charlesa Perraulta i braci Grimmów. Jak bardzo zafascynowały ją te stare teksty? Można powiedzieć, że baaaardzo. Dowodem na to jest m.in. ta książka i inne, które nawiązują do starych tekstów: o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku i Królewnie Śnieżce.


Ta historia czaruje, jest pięknie opowiedziana. Ciekawym doświadczeniem jest to, że można na własnej skórze przekonać się, jak nasze dziedzictwo kulturowe postrzegane było przez innych – bo sami przyznajmy, kultura europejska znacznie różni się od kultury obu Ameryk.

A zaczyna się tak:

Bardzo dawno, dawno to było,

wiele upłynęło już wody,

gdy pewna królowa powiła

córeczkę nieziemskiej urody.

 

Prześliczne to było stworzenie,

zjawisko nie z tego świata.

Piękna niczym senne marzenie,

z zachwytu aż chciało się płakać.

 

Na chrzciny malutkiej królewny

zjechało wielu możnych gości,

król zaś dodatkowo zaprosił

wróżki, co potrafią zapewne

zło i dobro jak mąkę przesiać.

Siedem wróżek się pojawiło

na wystawnej uczcie królewskiej.

Na uwagę zasługują ilustracje Carmen Cardemil. Nierówna faktura tła, postacie niekiedy jakby zamazane, ni to we śnie, ni w ruchu, zyskując tym samym na swego rodzaju autentyczności. Oryginalne przedstawienie uśpionego dworu królewskiego wnosi nową jakość w tradycyjną ilustrację do baśni, która liczy sobie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt różnych wersji; która doczekała się wielu adaptacji filmowych i animowanych, i która liczy sobie …. kilkaset lat.


Na koniec dodam, że książka była wielokrotnie nagradzana; wspomnę tutaj choćby Honorowe Wyróżnienie w kategorii "Nowe horyzonty" na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii w 2014 roku.


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 29 lipca 2016
Rok Szczura - Clare Furniss

Pearl ma 15 lat, dopiero zaczyna „żyć”, a już tyle nieszczęść spadło na jej głowę. Jest marzec. Widzimy smutną nastolatkę w kościele na uroczystości pogrzebowej jej matki. Ona też miała plany – dopiero co wprowadzili się do nowego domu, chciała rozwijać swoje zainteresowania artystyczne, planowała remonty, przeróbki. Na dodatek mama umarła, a na świat przyszedł … Szczur. To znaczy dziecko, dziewczynka, maleńka Rose. Jednak dla Pearl jest to Szczur. Nazwała tak swoją siostrę, ponieważ z wyglądu przypomina jej to zwierzę. Szczur ma długą spiczastą twarz i piszczy przeraźliwie. I jest odpychająca, wręcz obrzydliwa. Pearl musi zmierzyć się z tyloma wyzwaniami i smutkami. Nowa niechciana siostra, która „zabrała” jej matkę, brak ojca, relacje z ojczymem, nielubiana babcia, trudna przyjaźń z Molly, problemy w szkole. Same kryzysy i to na wszystkich możliwych frontach.

Czytałam „Rok Szczura” na tarasie i przez głowę mi przeszło, że ja też miałam plany. Ułamek sekundy zadecydował o tym, że nie pojechałam tam i tam, że siedzę w domu zamiast działać. To inna sytuacja (zdecydowanie łatwiejsza) niż ta w książce, ale uświadomiłam sobie złożoność ludzkiego życia, bezsensowność planów, które może zmienić głupi przypadek. Życie Pearl też miało wyglądać inaczej. To właśnie rodzi w niej bunt. Odeszła mama, która tak świetnie potrafiła wszystko ogarnąć – i to mimo swojej zwariowanej natury. Pearl potrzebuje dużo czasu, by okiełznać potwora. By poprawić relacje z ojczymem, babcią, przyjaciółką, by zobaczyć sens kontynuowana nauki, by zobaczyć siostrę w małej istotce, która dopiero co pojawiła się na świecie, a już została nazwana Szczurem. Musi minąć długi rok, by zrozumiała, że kocha i jest kochana. A przez 12 miesięcy jest jak kolczasty jeż, który kuje i nikogo do siebie nie dopuszcza. Duża pomoc tutaj jest też mamy. Zapytacie, dlaczego? Bo mama pojawia się co rusz obok Pearl. Zaczęło się od uroczystości pogrzebowej w kościele, która zadziwiła samą zmarłą. Bo nie tak to miało wyglądać, nie tego chciała. Nastolatka i matka nadrabiają stracony czas, wyjaśniają mnóstwo kwestii, dyskutują, ale też obrażają się na siebie, czasem ranią. To nie są słodkie i łatwe rozmowy. Mama motywuje córkę do działania, podpowiada, ale i słucha, co jest tu ważne, bo Pearl czuje się tak, jakby była na samotnej wyspie. A wiadomo – nastolatek musi się komuś w rękaw wypłakać, choć za żadne skarby świata, nie powie tego otwarcie.

Bardzo dobra powieść dla nastolatków, która świetnie oddaje, co w młodej duszy gra. Brawo za brak łatwych rozwiązań, za pokazanie dorosłych i młodych ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Za to, że autorka nie poszła w łzawy i tani happy end. Nieee, no co ja wypisuję. Jest happy end, i jest łzawy – ale strasznie tu wszystkim pod górkę. Autorka – wszystko dobrze przemyślała i naprawdę wiele rzeczy Was na końcu zaskoczy. Kiedy pojawił się Finn – chłopak z sąsiedztwa – aż westchnęłam do siebie – „Oooo nie”. Jednak spokojnie – ma on do odegrania ważną rolę, ale nie jak w filmach klasy b, gdzie chłopak lekiem na całe zło. Książka w wielu momentach wzrusza, niekiedy denerwuje, niekiedy bawi. Ale takie jej zadanie – wyzwala mnóstwo emocji. Ja chętnie podpowiadam ją rodzicom, ponieważ poruszyła w mądry sposób wiele problemów związanych z wchodzeniem młodych ludzi w dorosłość.

Wiek 14+

Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 20 lipca 2016
Dzieci z Bullerbyn - Astrid Lindgren/ il. Magda Kozieł-Nowak

Na czym polega fenomen popularności tej książki? Odpowiedź nie jest trudna – na jej prostocie. Gdyby tak zrobić ankietę, którą książkę z dzieciństwa pamiętacie najbardziej, która spodobała się Wam przed laty, Dzieci z Bullerbyn znalazłyby się niewątpliwie w czołówce. Dlaczego? Dlatego, że świat w Bullerbyn jest taki poukładany, wszystko ma swoje określone miejsce, rodzice szanują dzieci, dzieci rodziców, wspólnie potrafią się bawić, gdzie przekazuje się pewną hierarchię wartości, tradycje, zwyczaje. Świat szczęśliwego dzieciństwa, w którym – o dziwo – dzieci mają pewne obowiązki (pomoc w licznych pracach domowych i gospodarskich), do szkoły i sklepu daleko,  na półkach niewiele zabawek i książek, bez telefonu, telewizora i komputera – a każdy kolejny rozdział świadczy o kreatywności dziecięcych główek, wymyślających co rusz to nowsze i ciekawsze zabawy – w Indian, spanie w stogu siana, polowanie na bawoły, ucieczkę z domu, skarby na wyspie, tajemnicze mapy, groty w sianie. Świat, w którym dzieci robią fajkę pokoju z długiego cukierka, pieniądze „na niby”, odlewają ołowiane żołnierzyki, wyobrażają sobie, że krowy na pastwisku to plemię Komanczów. Dzieci z Bullerbyn to moje kolejne okrążenie. W pierwszej rundzie przeczytałam je tyle razy, że nawet nie mogę nazwać konkretnej liczby. W pamięci mam tylko wykręcenie korków przez mamę, bo nie chciałam odłożyć książki, a rano trzeba było iść do szkoły. Pewne powiedzonka, scenki zostały na całe życie: migdał pękł, więc będzie para, Agda wyjdzie za Oskara; kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej; pięciu Murzynów w ciemnej sieni. Oj długo musiałabym wymieniać.


Książka jest napisana prostym językiem, dowcipnie, mówi o ważnych sprawach dla dzieci - nic dziwnego, że trafia tak szybko do małych czytelników na całym świecie. Tak naprawdę Dzieci są już wiekowymi staruszkami:) Ich pierwsza część ukazała się w 1947 roku:) Jednak chyba nigdy się nie zestarzeją.


Bullerbyn istniało naprawdę. Jego nazwa to Sevedstorp. Do dziś jest wielką atrakcją turystyczną. To tutaj dorastał Samuael August, ojciec Astrid Lindgren. Zagrody Północna, Środkowa i Południowa ponoć mają się dobrze. Brakuje tylko lipy, która stała między pokojami Lassego, Bossego i Ollego.


Z dzieciństwa pamiętam wydanie z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. Niedawno pojawiła się kolejna wersja ilustracji – tym razem wyzwanie podjęła Magda Kozieł-Nowak. Od kilku dni mam tę książkę i ciągle do niej wracam. Przepiękna. Pewnie, że gdzieś tam pojawia się sygnał – a to twoje kultowe był czarno – białe? To jest kolorowe, mnóstwo ilustracji na całą stronę i delikatnych muśnięć w rogu kartki, albo na pół strony. I tak jak w innych wydaniach, to świat wyłącznie dziecięcy – do którego został wpuszczony tylko Dziadziuś. Moim zdaniem ilustratorka stanęła na wysokości zadania. Pokazuję kilka mniej znanych kadrów, bo odkąd tylko książka się ukazała, w Internecie można znaleźć powtarzające się motywy. Tymczasem książka ma tak wiele ciekawych miejsc, że szkoda ich nie pokazać.


Dzieci z Bullerbyn to niewątpliwie jeden z piękniejszych momentów, jaki możemy podarować naszym dzieciom. Myślę, że w tej opinii nie jestem odosobniona.


Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

Wierszykarnia - Danuta Wawiłow/ il/. Jola Richter-Magnuszewska

Zbiór najbardziej znanych utworów – poetki i tłumaczki, która już jako dziecko – w wieku 8 lat, wiedziała, co będzie robić, gdy dorośnie. Nie kluczyła gdzieś po tajemnych zakrętach i zakamarkach życia, kierunek dawno został wytyczony – trzeba się go było tylko trzymać. Zostać kiedyś pisarzem – taka myśl w głowie dziecka – ho ho – to się jednak rzadko zdarza.


Spora książka (158 stron) zawiera najbardziej znane i najpiękniejsze wiersze poetki.

Mnie fascynuje i inspiruje świat dziecięcych doznań opisany z niezwykłym wyczuciem, wrażliwością. Widać to zwłaszcza w tytułach: Mama ma zmartwienie, Pożałuj mnie!, Strasznie ważna rzecz, Smutny wiersz, Szybko!, Oj, strach, Marzenie, Moja tajemnica, Jak ja się nazywam.

 

Dzisiaj jestem smutna

jak ptak.

Dzisiaj jestem smutna

jak deszcz.

Leżę sobie w trawie

na wznak, sama nie wiem, czemu

tak jest.

(„Smutny wiersz”)



 

To rewir dziecięcych zabaw: Kopareczka, Kałużyści.

To w końcu małe - wielkie marzenia: A jak będę dorosła.

Poezja wkrada się w zwykłą codzienność: Na wystawie, Wędrówka, Spacerek, W parku.

W wierszach Wawiłow wszechobecna jest przyroda, natura – jej delikatność, ale też żywiołowy charakter – sama jest bohaterem, albo stanowi ważne i niezwykłe tło: Jabłonka, Trawy ździebełko, Drzewo, Miałem małe drzewko.  

Są też liczne zwierzęta: Wilki, Gołąbek, Kruk i żabka, Ptaki, Kucyk.

To też opis relacji międzyludzkich: Moja siostra królewna

Jak ją rąbnę niechcący,

zaraz leci do mamy,

ale to jest nieważne,

bo i tak się kochamy

z moją siostrą królewną.

(Moja siostra królewna)

 

Są wiersze matematyczne i zwariowane: Krzywy wierszyk, Trójkątna bajka, Posłuchajcie bajki nowej, prostokątnej i kwadratowej (nic dziwnego, że córka poetki – Natalia Usenko, w niekonwencjonalny sposób układa zadania matematyczne w Świerszczyku)

Są w końcu wiersze – bajki:, w których widać bezmiar dziecięcej fantazji: Zawalił się pałac, Nie wiem kto, Daktyle, Kurka Złotopiórka, Złoty paw, Taki wielki pies, Czarny lew, Brzydkie zwierzę, Czarne kury, Kruk i Żabka, Dama i Prosię, Pan Sikorek, Kto zabił kota Mruczka?, Siedzieli na ganku, Jak cesarz pije herbatę, Dziwna bajeczka, Bajka o królewiczu, kalejdoskopach i babie, Bajka o stu królach Lulach.


Dla mnie jako mamy ważne są dwa wiersze Szybko i Świnka. Ten drugi uczy, że trzeba i warto chwalić swoje dzieci. Od mamy - Świnki można się wiele nauczyć:

Chwaliła świnka

swojego synka:

-Jaki milutki!

-Jaki śliczniutki!

Różowe uszki!

Króciutkie nóżki!

Wesoła minka!

Bura szczecinka!

A jaki ryjek! A jaki brzuszek! Ach, mój brudasek!

Ach, mój świntuszek!

Książka jest bogato ilustrowana przez Jolę Richter – Magnuszewską. Bardzo podobają się zwłaszcza sceny nocne – trochę nostalgiczne, smutne, z nutką refleksji. Pozostałe też – tematyka różnorodna, jest kolorowo, każda rozkładówka, to inny świat.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 15 lipca 2016
Orzeł Biały. Znak państwa i narodu - Alfred Znamierowski

 

Jeszcze niedawno na naszym osiedlu było biało - czerwono. To za sprawą EURO 2016. Wszyscy dosłownie oszaleli sportowo i … patriotycznie. Pamiętam kilkanaście lat wstecz, i kilka – nigdy takiego szaleństwa biało – czerwonego nie było. Nigdy polskie symbole narodowe tak mocno nie były eksponowane, tak widoczne – na ulicach, domach, w strefie kibica itd. Oczywiście można dyskutować – co do pewnych kwestii. Bo niekiedy aż ciśnie się na usta – tak nie wypada. Przecież symbolom narodowym należy się szacunek. Szacun – jak mówią teraz młodzi ludzie. I jeżeli ktoś ma w kwestii symboli narodowych jakieś wątpliwości, pytania, to na pewno książka Alfreda Znamierowskiego je wyjaśnia: flagi na lusterku, flagi, na których ktoś coś nabazgrał, narysował. Noooo panowie, nie do końca tak można.


„Orzeł Biały” po „Mazurku Dąbrowskiego” to kolejna cenna pozycja, którą warto mieć w domu. Wyjaśnia chyba wszystkie kwestie, w każdym razie te najważniejsze, związane z naszym godłem narodowym i barwami. Autor książki – wspomniany już Alfred Znamierowski, zna się w tym temacie jak mało kto. Heraldyk, weksylolog zaczyna swą książkę od początku – czyli od tego jak Gniezno zbudowano. Wraca do legendy o Lechu, który zbudował gród tam, gdzie zobaczył gniazdo białego orła. Potem Przemysław II – bliska mi postać, bo to książę wielkopolski nadał prawa miejskie mojemu miastu. W 1295 roku koronowany na króla Polski jako pierwszy użył Orła Białego jako symbolu państwa polskiego. Herb z orłem był na pieczęci majestatowej króla.


W związku z lekturą tej książki przypomniała mi się (głupia) dyskusja w pewnej stacji telewizyjnej, w której to dziennikarze starali się udowodnić, że na naszym godle orła… nie ma. Miał być nim bielik, który orłem nie jest, tylko …orłanem. I tę kwestię wyjaśnia autor, co chciałabym w recenzji podkreślić (str. 19): „Orzeł w polskim herbie nie jest wyobrażeniem żadnego rzeczywistego ptaka, lecz orłem heraldycznym, czyli stylizowanym przedstawieniem ptaka z przesadnie dużym dziobem, fantazyjnie zakończonym ogonem i potężnymi łapami”.

Z książki można się też dowiedzieć jak na przestrzeni dziejów zmieniał się kształt Orła Białego. Autor wyjaśnia różnicę między „godłem” a „herbem”, przedstawia proporce i chorągwie – znaki „bojowe – rozpoznawcze” na polach bitewnych. Pisze dużo o barwach narodowych. Wiedzieliście, że pierwszymi barwami narodowym Polski były niebieski i czerwony – i to w różnych odcieniach? Biel i czerwień zostały ustanowione nimi w dniu 7 lutego 1831 r. Alfred Znamierowski zwraca też uwagę na „kokardy narodowe”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią biało – czerwone kokardy, mylnie nazywane kotylionami. Autor podkreśla ich kolorystykę – białe serce, obrzeże czerwone (uwaga, bo można zrobić kokardę Monako).

W książce znajdują się również informacje o polskich flagach i banderach, orle wojskowym, orle dla zasłużonych, herbach województw. Oprócz wiedzy teoretycznej warto zatrzymać się na rozdziale o tym, jakie zasady obowiązują w związku z wywieszaniem flagi narodowej. Na pewno przeciętny zjadacz chleba, fan drużyny narodowej, byłby zdziwiony co można, wręcz należy, a czego nie można.


Książka bardzo starannie wydana, z mnóstwem ilustracji: fotografii, rycin, rysunków. Na końcu „Słowniczek heraldyczno – weksylologiczny” i bogata „Bibliografia” dla tych, którzy zechcą zgłębiać tajniki polskich symboli narodowych.

Zajrzyjcie koniecznie do środka

Wiek 9 -99

Wydawnictwo Bajka

poniedziałek, 04 lipca 2016
Pinokio - Carlo Collodi/ il. Carlo Chiostri

Pinokio to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych klasycznych lektur dla dzieci. Drewniany pajacyk uwikłany w różne przygody, w konflikcie między obowiązkiem a przyjemnością. Znany z długiego nosa, który rósł do niebotycznych rozmiarów, gdy tylko Pinokio zaczynał kłamać. Jego losy są powszechnie znane. Myślę, że w obliczu najróżniejszych wydań książkowych, skrótów a’la Pinokio, kreskówek i filmów, fabuły powieści nie trzeba bliżej przytaczać. Chcę zwrócić za to uwagę na wydanie – klasyczne, piękne, z czarno-białymi ilustracjami Carlo Chiostriego, opatrzone ciekawym Posłowiem dr Katarzyny Foremniak z Uniwersytetu Warszawskiego. Wspomina w nim o perypetiach samej powieści (ukazywała się ona w prasie w odcinkach) i jego autora. Kiedy po raz kolejny odświeżam sobie lekturę Pinokia nie chce mi się wierzyć, ze to „arcydzieło napisane przez przypadek” (tak określił tę książkę Pietro Pancrazi).

Byłam ciekawa oczywiście tłumaczenia Krystyny i Eugeniusza Kabatców, które jest starsze od wersji Jarosława Mikołajewskiego. W tej książce czytamy zatem o majstrze Wiśni, Gadającym Świerszczu i wielorybie. Książkę czyta się dobrze – powinna spodobać się tym, którzy lubią od czasu do czasu sięgnąć po klasyczną książkę – z dłuższymi opisami, przemyślanymi dialogami, niespieszną fabułą. Mnie zauroczyła ta książka ilustracjami. Mam słabość do takich odświeżonych staroci, zapomnianych, bądź zupełnie nieznanych. Jest tych ilustracji tutaj bardzo dużo – praktycznie co rusz oglądamy to, co ma miejsce w powieści. Potwierdza to dr Foremniak pisząc o skromnych życiu włoskiego artysty. By się utrzymać wykonywał setki ilustracji. Ponoć to właśnie ilustracje do Pinokia przyniosły sławę Chiostriemu – ale co warto podkreślić – sławę niestety … pośmiertną.

Wiek 7+

Wydawnictwo Vesper

środa, 22 czerwca 2016
Cudowny jeleń. Baśnie węgierskie - Márta Gedeon/ il. Marianna Jagoda

Zawsze z dużą niecierpliwością czekam na kolejny tom cyklu: „Baśnie świata”. Na pewno niespodzianką są zawsze baśnie mało znane, tak jak w przypadku baśni węgierskich – bo przyznajmy, chyba niewielu z nas zna baśniowy kanon z kraju nad rzeką Dunaj. I to jest doskonała okazja, by poczuć klimat tamtych stron, zanurzyć się po uszy w tamtą kulturę.

Też macie coś takiego, że w czasie podróży do ciekawych miejsc zapoznajecie dzieci z baśniami i legendami związanymi z tym miejscem? Ostatni weekend spędziliśmy w Żmigrodzie i Dolinie Baryczy. Czytaliśmy po drodze o czartach, wiedźmach, pracowitych i przebiegłych chłopach. Kiedy dotarliśmy na miejsce, znaliśmy już małą cząstkę tego miejsca (a propos – Stawy Milickie to przepiękna rzecz). Nie wyobrażam sobie – jechać na Węgry i nie przeczytać tej książki. A jeśli komuś nie jest dane udać się tam w tym roku, można w ramach wakacyjnych podróży przenieść się tam za sprawą baśni, legend i .... wyobraźni.


Zarówno tu, jak i w innych baśniach, dobro walczy skutecznie ze złem, występują waleczni i honorowi bohaterowie, piękne i dumne księżniczki, gadające zwierzęta; zwyciężają sprawiedliwość i prawda, źli zostają natomiast surowo ukarani. Wszystko jest albo czarne albo białe. Bez zwodniczej szarości, która mogłaby namieszać w małych główkach. Co ciekawe bohaterami kilku baśni są postacie historyczne i legendarne. W „Mieczu Boga” spotkacie wodza Hunów - Atyllę. Tytułowy cudowny jeleń jest dla Madziarów tym, czym biały orzeł dla Lecha z legendy o „Lechu, Czechu i Rusie”. Kolejnym bohaterem jest Władysław I Święty, który pokonał Kumanów. Albo Gyorgy Szondi – bohater walczący dzielnie przeciwko Turkom. Choć na pewno więcej tu baśniowych bohaterów i elementów, co tworzy swoisty i niepowtarzalny klimat. Przenoszą one czytelnika w nieznane miejsca historyczne i geograficzne, przybliżają obcą kulturę i tradycje. Stąd to cenna pozycja dla miłośników baśni jak i wakacjuszy, których celem są Węgry. Większość baśni zaczyna się od: „Dawno, dawno temu…”, „Był sobie…” albo „Pewnego razu…” – czyli tradycyjny początek, który zapowiada również tradycyjne zakończenie, zwycięstwo dobra nad złem i pewną naukę moralną. 


Kiedy pierwszy raz przeglądałam książkę (najpierw pobieżnie, jeszcze bez lektury poszczególnych baśni) przypomniałam sobie, co powiedziała mi moja koleżanka, nauczycielka, której szkoła ma przyjazne kontakty ze szkołą na Węgrzech. Kilka razy była w kraju Madziarów i za każdym razem fascynowało ją to, że młodzi ludzie z bardzo wielkim zaangażowaniem podchodzą do tradycji, kultury i folkloru. Ponoć zaszczytem jest członkostwo w zespole ludowym. Chętnie noszą stroje ludowe, chętnie umieszczają motywy ludowe na modnych częściach garderoby. Potwierdzają to zarówno ilustracje Marianny Jagody jak i Posłowie Márty Gedeon. Nic to, książka pojawiła się w domu, zrobiłam sobie kubek mojej ulubionej kawy z mlekiem i przepadłam w tym „Jagodowym” świecie – fantastycznie oddanym za pomocą barw i motywów. Same ilustracje „opowiadają” swoje historie. Pokazują, jak baśnie są głęboko zakorzenione w ludowości, przyrodzie, świecie zwierząt i roślin, historii. Przepiękne są motywy haftów, ornamentów, kolorystyka – soczysta i bardzo energetyzująca.


Tematyka jakże różnorodna: królowie, królewny, diabły, pasterze, krasnale, biedacy z gminu i wielcy panowie. Co mnie szczególnie się spodobało, to mnogość obcych motywów, niespotykanych dotąd. Bo w baśni musi być tajemnica zakończenia, pewna nieprzewidywalność – dzięki temu są ciekawsze i atrakcyjniejsze. I mimo tego, że wiadomo, że dobro będzie górą, to jednak droga do tego zwycięstwa, często wyboista i nieznana, czyni ten świat bardziej urokliwym i fascynującym. I te baśnie właśnie takie są.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

środa, 23 marca 2016
Dzieci korzeni - Sibylle von Olfers

 

Na początku recenzji chcę wyrazić swój entuzjazm: jak ja się cieszę, że ta książka została u nas wydana. Podglądałam ją u naszych sąsiadów za Odrą jakiś czas temu. Nawet skorzystałam z możliwości przeczytania jej w którejś z wirtualnych bibliotek. Mały literacki skarb, pięknie zilustrowany, który liczy sobie – ba -  110 lat (data pierwszego wydania 1906). A jednak to uczucie – kiedy bierzesz książkę do ręki – tego nie da się opisać:) To jedna z najstarszych książek, o jakich miałam przyjemność pisać. Powstała w czasach, gdy skrzaty, leśne duszki, elfy dość często pojawiały się w literaturze dziecięcej. Sibylle von Olfers z wdziękiem opisywała ich przygody, codzienność. Mało tego – następnie do tekstu sama tworzyła ilustrację. Z ciekawości sprawdziłam w różnych księgarniach internetowych w Niemczech – wiele z książek von Olfers jest ciągle dostępnych. To cieszy. Klasyka ciągle modna mimo bogatej oferty książkowej – a muszę tu podkreślić, że rynek książkowy w Niemczech należy do największych na świecie. Sibylle von Olfers nie odeszła w zapomnienie, jest ciągle wydawana, a motywy ilustracyjne z jej książek pojawiają się często w różnych elementach dekoracyjnych w dziecięcych pokojach.


Zbliża się wiosna. Pod ziemią ruch: dzieci korzeni szykują się, by wyjść na światło dzienne. Szyją ubranka, pucują chrząszcze. Nadchodzi w końcu ten moment: dzieci w nowych ubrankach, z trawami i kwiatami wychodzą powitać wiosnę. Książka pokazuje na przykładzie małych istot, jakie zmiany zachodzą w przyrodzie. Najmłodsi czytelnicy śledzą poszczególne pory roku: przebudzenie roślin wiosną - wytwarzanie się pączków i płatków - to te liryczne barwne ubranka, które trzeba "uszyć", feerię barw latem, eksplozję energii, bujność roślinności. W końcu szarości, brązy jesieni - kiedy to rośliny przygotowują się do snu zimowego. Widać na ilustracji, że dzieci korzeni są zmęczone, marzą tylko o tym, by się położyć i wypocząć. jakiś maluszek z utęsknieniem przytula się do Matki Ziemi. 


Sibylle von Olfers patrzy w tej książce oczami dziecka. Dostrzega najmniejsze kwiatki i najmniejsze zwierzęta. Te, obok których dorośli najczęściej przechodzą obojętnie. Tylko najmłodsi potrafią pochylić się nad małym fiołkiem i prawie niewidoczną biedronką. Widać to na ilustracjach. Ich autorka z wielką pieczołowitością i dokładnością narysowała swoich bohaterów wśród cudów przyrody. Po lekturze "Dzieci korzeni" kępka trawy nie będzie już tylko zwykłą kępką trawy. Tętni w niej życie. Male dzieciaczki uwijają się jak w ukropie, pracują, bawią się, robią wszystko, by świat był piękniejszy. 


O Olfers pisałam kilka lat temu. Oto, co znalazłam w sieci. Szwedzi mają zatem swoją Elsę Beskow. My – Marię Konopnicką. Niemcy  - Sibylle von Olfers (1881 – 1916). U nas z kolei ta pisarka jest zupełnie nieznana. Przyszła na świat w Prusach Wschodnich w zamku Metgethen niedaleko Królewca (dziś Kaliningradu). Trzecia z piątki dzieci od najmłodszych lat wykazywała olbrzymie zainteresowanie rysunkiem i malarstwem. Wrażliwa, bardzo religijna, z bogatą wyobraźnią, głową pełną pomysłów na najbardziej wymyślne zabawy. Z buzią anioła, a może i samej Madonny, stroniła jednak od nauki – przynajmniej na samym początku – robiła sobie żarty z poważnych lekcji udzielanych przez zatrudnionych w zamku guwernerów. Zamiast tego wolała wymyślać książeczki z własnymi ilustracjami dla swojej młodszej siostry. Była przeszczęśliwa, gdy do Metgethen przyjechała jej ciotka Maria – malarka i pisarka w jednej osobie. I to skąd – z dalekiego i światowego Berlina. To ona udzieliła jej pierwszych profesjonalnych lekcji rysunku. Mała Sibylle znikała na długie godziny w różnych zakątkach ogrodu i z wielką pieczołowitością malowała i rysowała świat roślin i zwierząt. Rodzina z różnych powodów musiała opuścić zamek i przeniosła się miasta. Siedemnastoletnia Sibylle pojawiła się w Berlinie, gdzie dalej zagłębiała tajniki malarstwa i rysunku u swej ciotki. Myli się jednak ten, kto myśli, że wielkie miasto zawróciło dziewczynie w głowie.


Ani specyficzny klimat ówczesnego Berlina, ani liczni adoratorzy (a Sibylle była chodzącą pięknością - widać na zdjęciu) nie odciągnęli jej od już dawno powziętego zamiaru. 21 maja 1906 roku dziewczyna wstąpiła w Königsbergu do Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety, w którym przebywała od kilku lat jej starsza siostra Nina. Zszokowała rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w jej wykształcenie – jako dobrą partię na rynku małżeńskim w przyszłości. Już jako siostra Maria Alojza przybyła w 1908 roku do Lubeki, gdzie zaczęła uczyć m.in. rysunku w szkole katolickiej. W międzyczasie sama pobierała jeszcze lekcje na Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy zaczęła chorować na płuca. Zmarła 29 stycznia 1916r. w wieku 35 lat. Do dziś znana jest jako autorka 9 książek obrazkowych. Widać w nich odbicie epoki – fascynację secesją – mnóstwo w nich motywów roślinnych, płynnych falistych linii, subtelnej pastelowej kolorystyki. Stworzyła baśniowy świat - podobny do tego, jaki pojawił się w książkach Elsy Beskow. Pełno w nich skrzatów, małych ludków, stworzonek, kwiatów, traw... Zresztą popatrzcie sami:)

W Niemczech nie tylko ilustracje artystki są i lubiane i popularne. W recenzjach jej książki pojawia się informacja, że rodzice i dzieci znają historię "Dzieci korzeni" nawet na pamięć. Ta książka jest tego warta. Może spróbujecie?:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Przygotowalnia

piątek, 26 lutego 2016
Wielka historia małej kreski - Serge Bloch

Pewnego dnia mały chłopiec znajduje na swojej drodze kreskę. Mógłby jej nie zauważyć, mógłby przecież przejść obojętnie – bo to w końcu TYLKO mała kreska. Tymczasem chłopiec chowa ją zapobiegliwie do kieszeni. A ta zostaje z nim na dobre i na złe. Na dłuuuugie życie. Tak się zaczyna Wielka historia małej kreski.

Serge Bloch jest autorem niby niepozornych książek dla dzieci. Niby, bo w czasie lektury czytelnikiem targają silne emocje, niekiedy pojawiają się wzruszenie, wspomnienia, refleksje. Jego książki nie należą do tych, które przyciągają oko brokatem i lśniącym papierem. W księgarni stoją  (trochę) jak sierotki obok krzykliwych, bijących po oczach feerią barw okładek. Jak choćby „Wróg”, który przekazał więcej prawdy o wojnie aniżeli setki zapisanych przez mądrych mężów kartek. Wielka historii małej kreski też wygląda …niepozornie.

Rozbrykany chłopiec na kremowej okładce i zwój poplątanej czerwonej  kreski. Warto po nią sięgnąć – a co najważniejsze jest dla czytelnika w każdym wieku. Ja dostrzegam w niej wątki autobiograficzne -na ostatniej kartce znajduje się lista osób, którym Serge Bloch dedykuje te książkę - śród nich tuzy malarskiego świata.  Tymczasem wielu z nas może się w niej odnaleźć. Nie jest ważne, czy ktoś jest wielkim artystą. To lektura o talencie i pasji. Bibliofil, mechanik, krawcowa, aktor z pasją – każdy z nich kiedyś znalazł na swojej drodze właśnie taką małą kreskę. Może nie było to w wieku dziecięcym, może trochę później. Jakie były jej losy – to już zależało od danego człowieka. Czy tak jak książkowy chłopiec zaopiekowali się nią, zatroszczyli, byli z nią na dobre i złe, czy może zaraz porzucili ją za pierwszym rogiem? Życie weryfikuje takie wybory.

Małą kreskę widzę jako pasję, talent, szansę w życiu. Może odczytacie ją inaczej. Ciekawa jestem jak odczytają ją Wasze dzieci? Nic nie jest tu nazwane dosłownie, powiedziane do końca. Interpretacja zależy od czytelnika. Świetnym pomysłem byłoby wykorzystanie tej książki w szkołach, w pracy z dziećmi, młodzieżą. Może świadomość, że taka kreska – maleńka, prawie niewidoczna, gdzieś obok każdego z nas leży, pomoże wytężyć wzrok. By czegoś nie zaprzepaścić, przeoczyć, by w końcu – wierzyć w siebie.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

czwartek, 11 lutego 2016
Czerwony Kapturek - Wilhelm i Jakub Grimm/ Jaonna Concejo

kapturek_okladka_150dpi

Któż nie zna Czerwonego Kapturka? To chyba najsłynniejsza baśń – przez jednych uwielbiana, przez drugich odsądzana od czci i wiary. Jako książka chowana przed dziećmi w bibliotecznych czeluściach z powodu okrucieństwa. Choć nie zawsze, bowiem od momentu ukazania się papierowej wersji powstało mnóstwo wersji tej baśni, tak że materiału pewnie wystarczyłoby na grubaśną książkę. Dodam tylko – nowych wersji – i ugładzonych, wydelikaconych, co by dziecięcia nie wystraszyć. Są takie, w których babcia, Czerwony Kapturek i wilk razem ucztują przy stole, są i takie, w których wesoło tańcują w kółeczko obwieszczając światu cukierkowy happyend tej historii. Wypaczają tym samym istotę baśni, która w tym przypadku – obydwu stronom – było nie było - poszkodowanym – uzmysławia starą biblijną maksymę: oko za oko ząb za ząb, albo inaczej: jest działanie – jest i konsekwencja.

Tymczasem znana i ceniona (polska! polska!) ilustratorka wraca do korzeni, czyli do oryginalnego wydania baśni Grimmów z 1812 roku. Tego okrutnego, w którym myśliwy ściąga skórę z grzbietu zwierzaka. Dziewczynka doświadcza spotkania ze złem, ponosi konsekwencję tego, a przestępca zostaje ukarany. Zło jest tu wyraźne i jednoznaczne. Nie ma drogi na skróty.

Joanna Concejo dopowiada do tej historii swoją wersję. Owszem jest odzwierciedlenie tego co w tekście. Jednak Concejo dopowiada to, co niewidoczne dla oka, co się mogło wydarzyć między słowami. Jest baśniowy las, który symbolizuje zagrożenie. Jest czerwona czapeczka, nieodłączny atrybut głównej bohaterki. Tyle że akurat w tym przypadku  ta część garderoby występuje zaledwie na początku historii. Na innych stronach pojawia się dziewczynka w czerwonej sukience i czerwona nić, którą związani są dziewczynka i wilk. Dla mnie to swego rodzaju historia o przeznaczeniu. Czymś nieuchronnym, co często determinuje też nasze życie. O tym że dziewczynka spotka swojego oprawcę – zostało gdzieś zapisane. Ta nić to swego rodzaju fatum – nie jesteś w stanie zrobić nic, nie zmienisz swego przeznaczenia, a to, że Czerwony Kapturek skręcił właśnie w lewo, a nie w prawo, zostało przesądzone już dawno temu. I żadna ze stron nie może tego zmienić. Czerwień rozświetlająca szarości i czerń ołówka symbolizuje w końcu i miłość. Ale czy można mówić tu w tej historii o miłości? Ilustratorka daje czytelnikowi szansę opowiedzenia swojej własnej historii. Zaplątane cielsko wilka w czerwoną nić, zabawa skoki w worku – to wszystko można interpretować w różnoraki sposób. Dojrzały czytelnik doszukuje się swego rodzaju symboliki obrazów, docieka znaczenia nici, czerwieni. Idzie swoim tropem opierając się na życiowych własnych doświadczeniach. Inaczej dziecko, które często chodzi takimi ścieżkami, o jakich dorosłemu się nie śniło. Concejo wyzbywa się tu łatki ilustratora wszechwiedzącego – dając wolną rękę dziecku. Nawet go nie prowadzi. Zostawia świadomie swoje niedopowiedzenia, fragmenty obrazów, wymuszając na małym czytelniku niejako swoją wizję tamtego świata. Nie podaje gotowych obrazów na okrutny koniec. To, co dziecko jest w stanie sobie wyobrazić – należy tylko do niego. Ilustratorka szanuje delikatność dziecka dając mu szanse do tworzenia pewnych obrazów wewnątrz siebie.

Książka ma duży format i jest niesamowita. Historia, której na pewno długo się nie zapomni. Może nawet ważna nauka – akurat w tym przypadku – bardziej opowiedziana ołówkiem i kredką niż moralizatorskim słowem. Ilustratorka pięknie wplotła w swoje prace motywy haftów ludowych. W jednym z wywiadów opowiadała, jak się bawiła nitkami przy wyszywającej cioci.

Wiek 8+

Wydawnictwo Tako

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15