Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Duży format

środa, 30 stycznia 2019

 

Czy czytaliście TEGO prawdziwego Kubusia? I Chatkę? Miód, delicja – pycha. Tytułowy bohater Miś łakomczuch, strachliwy Prosiaczek, który tak naprawdę wcale takim bojączką nie jest; fatalista i pesymista Kłapouchy, nerwowy Królik, Tygrys (obecny dopiero w Chatce), Kangurzyca z Maleństwem, Sowa Przemądrzała i Krzyś, syn autora. Wszystko dzieje się w Stumilowym Lesie, gdzie zwierzątka przeżywają swoje mniejsze i większe problemy – Kłapouchy gubi ogon, Puchatek tkwi w króliczej dziurze, wszystko zalewa woda, Maleństwo wpada do wody. Phi - żachnie się malec. Przecież każdy to wie. Ale jak to wszystko jest opisane. Ocalić w tłumaczeniu – czytałam kiedyś o przekładach literatury. Ten przekład to perła, klasyka. Jak tu się nie uśmiechnąć do siebie czytając plan porwania Maleństwa (akuku), albo o pułapce na słonie (Buzia wykręca się w rogala przy czytaniu: „Słoniocy”)

Albo:

-Chwileczkę – przerwał jej [Sowie] Puchatek, podnosząc łapkę do góry. – Co mamy zrobić dla tego czegoś, coś powiedziała? Bo właśnie kichnęłaś w tej chwili, kiedy chciałaś to słowo wymówić.

-Mylisz się. Nie kichnęłam.

-Kichnęłaś, Sowo!

-Przepraszam Cię Puchatku, nie kichnęłam Niepodobna kichnąć, nie wiedząc o tym.

-Tak, ale nie można usłyszeć kichnięcia bez tego, żeby ktoś nie kichnął.

[Kubuś Puchatek]

 

Albo:

Puchatek dreptał po białej ścieżynce leśnej i, idąc, wyobrażał sobie, że zastanie Prosiaczka w domu, grzejącego sobie pięty przy kominku. Ale jakże się zdziwił, gdy zobaczył, że drzwi jego mieszkania są otwarte. Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.

[Chatka Puchatka]

 

A piosenka o śniegu? –bim-bom?

[Chatka Puchatka]

Kubusia - tego najprawdziwszego z prawdziwych, przypomniała Nasza Księgarnia. Oczywiście ze świetnym tłumaczeniem Ireny Tuwim (nie myślcie, że to aby jedyny przekład. Ponoć w latach 80 pojawiła się wersja o dość specyficznym tytule – „Fredzia Phi – Phi ”(?!). Zawsze, gdy wracam do Kubusia, albo Chatki zastanawiam się, czy tłumaczka konsultowała od czasu do czasu swoje pomysły ze starszym bratem, Julianem? Może tak, może nie. Któż to wie – była utalentowaną poetką i tłumaczką („Mary Poppins”, książki Edith Nesbit, „Baśnie bajki bajeczki”, „Gałka od łóżka”) Wreszcie ilustracje – E. H. Sheparda. Nieśmiertelne. Zapadające w dziecięcą pamięć. Piękne wydanie książek Milne’a na papierze o ciekawej fakturze daje posmak starego. Czegoś, co minęło. Przypomniał mi się stary elementarz. Takie same odczucia. Miłe. Ciepłe. I niech ktoś nie myśli, że my tak łatwo zapomnimy o tym prawdziwym Kubusiu – ma swoje lata (93), ale ciągle jest młody. I nie zaszkodzą mu ani lukrowane piłeczki, klocki, długopisy, piórniki, koszulki, śliniaczki dla niemowląt, pościel czy firanki. Tylko szkoda, że niektórym dzieciom - otoczonym przecież ze wszystkich stron umęczonym Kubusiem, nie będzie dane poznać tego prawdziwego Puchatka. Do książki warto wrócić – już choćby w celu znalezienia odpowiedzi na pytanie dziecięcia:

-Mamo, a dlaczego Puchatek nazywa się Puchatkiem?

No właśnie, dlaczego?

P.S. Czy wiecie, że powstał ciąg dalszy przygód Kubusia Puchatka? Powrót do Stumilowego Lasu – tak nazywa się ta książka. Znacie? 

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 13 grudnia 2018

Do zbioru baśni świata dołączyły niedawno  baśnie perskie. Pochodzą z Iranu, jednego z najstarszych państw na świecie. Dawna nazwa „Persja” związana jest z prowincją Pars, która obecnie jest południową częścią Iranu. I na pewno jeszcze z plemieniem Parsa. Nazwy Persja, Persowie zaczęli używać po raz pierwszy starożytni Grecy. Tak też tereny te nazywali Europejczycy – przez długie, długie wieki. Dopiero w 1935 roku wszystkie ambasady w Teheranie otrzymały notę od ministra spraw zagranicznych, że Persja ma być odtąd nazywana Iranem. W ciekawym „Posłowiu”  przeczytacie, dlaczego mimo wszystko mówimy o „baśniach perskich” a nie „baśniach irańskich”. Baśnie te – jak większość dawnych baśni istniały najpierw w tradycji ustnej. Przekazywano je w tej formie z pokolenia na pokolenie, z ust do ust. Dlatego nie ma się co dziwić, że ulegały one różnym przemianom i że jedna baśń miała wiele innych wersji. Ktoś coś nowego dodał, ktoś o czymś zapomniał. W ten sposób powstawał zupełnie nowy tekst. W tej grubaśnej książce zabrano 33 baśnie. Przy jednej z nich „Modlitewny dywanik” zaznaczono, że jest to opowieść dla dorosłych. Pięknie zilustrowane- i to prawie na każdej stronie. Dajemy się porwać tym baśniom, w egzotycznym klimacie i obcej tematyce. Tak jak w wielu baśniach z różnych stron świata – zło zostaje pokonane, a dobro zwycięża. A czytelnikowi/ słuchaczowi przekazuje się ważną naukę o życiu i człowieku. Jak potoczą się losy człowieka o imieniu Jusef (Ptak Tufan), który marzył o bogactwie? A gdy już je zdobył, stwierdził, że bogactwo wcale szczęścia nie daje. Drzewo i słowik to mądry tekst o miłości. Młodzi zakochani spędzają ze sobą całe dnie. Pewnego dnia dziewczyna zostaje porwana przez czarny wiatr. Czy młodzieńcowi uda się odnaleźć ukochaną? W baśni Rogi syn biedaka po śmierci ojca otrzymuje magiczny woreczek. Ilekroć się do niego sięgnie, za każdym razem wyciągnie się garść monet. Jest jednak jeden warunek działania czaru: trzeba dochować tajemnicy. Czy chłopcu uda się zachować milczenie? Pewien starzec przed śmiercią rozdaje swoim synom sakiewki ze złotem. Nie mogą jednak otwierać pewnych tajemnych drzwi. Czy bracia znajdą tyle wewnętrznej siły, by spełnić wolę ojca? (O tym, jak Mohammad szedł do Krainy Dwóch Słońc).

Te baśnie to mnogość obcych motywów, postaci, miejsc. Pojawiają się w nich postacie wymyślone, ale też historyczne: Chan, derwisze, Dżafar Barmakida, Harun ar-Raszid, Kagan, Kalif, Sułtan Mahmud i Ajaz, Wezyr. Można o nich wszystkich poczytać na końcu książki. Kobiety mają skórę pobarwioną henną, a powieki i brwi poczernione sormą. Ludzie wierzą w Azraila, Anioła Śmierci, który zabiera duszę człowieka. Pojawia się Dew - demon ciemności, Monker i Nakir – anioły zadające duszy pytania o wiarę w Boga, Simorg – mityczny ptak, opiekun  bohaterów. Dzięki tym baśniom przeniesiecie się też do odległych zakątków świata – do Balch, miasta w Afganistanie, Buchary w Uzbekistanie, zdobędziecie mityczną Górę Kaf i odwiedzicie Maharlu – słone jezioro w Iranie.  

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 19 listopada 2018

Najpierw był wywiad z Piotrem Sochą, dopiero potem książka. Piękna. Piękna. Piękna. Można kartkować w nieskończoność „w te i wewte”. Podziwiać wszystkie listki, słoje, korę – przez które ilustrator został prawie samotnikiem, o czym też możecie poczytać w przytoczonym powyżej wywiadzie. W tej książce dominują zdecydowanie ilustracje. Przewraca się kolejną rozkładówkę – olbrzymią, i wchodzi się w obraz. Dopiero potem zauważa się tekst (przepraszam za to najmocniej Wojciecha Grajkowskiego). Obraz porywa nas w miejsca rodzime i egzotyczne, między gatunki znane z literatury, mediów, lekcji przyrody czy geografii i … gatunki zupełnie nam obce. Drzewa – na swój sposób oswajane, bo niektórzy z nas nie rozumieją wagi drzew dla naszego środowiska. Bo drzewo to tylko drzewo. Nie, nie zgadzam się z tym – drzewo, to AŻ drzewo! Wielu traktuje drzewa jako zwykłego „przeszkadzcza” na osiedlowym skwerku – bo liście, pszczoły i ptaki. Albo na drogach – przeszkody, bo wypadki i utrudnienia widoczności. A kim bylibyśmy bez drzew? Myślę o tym grabiąc właśnie teraz kilogramy liści z trawnika (te na grządkach zarezerwowane dla jeży), bo akurat my kochamy drzewa: mamy owocowe, lipę, brzozy, jarzębinę, klony.

A więc obrazy, nad którymi Piotr Socha spędził wiele miesięcy, które wykluczyły go z życia towarzyskiego może i w dużym stopniu z rodzinnego. Patrzę na tę ilość listków namalowanych i aż nie chce mi się wierzyć w to, że wszystkie one pochłaniały uwagę ich autora – każde z osobna. Zobaczcie ile ich jest! Dużo wyjaśniają teksty w bocznych szpaltach obok ilustracji. Znajdziemy tu skarbnicę informacji na temat liści, korzeni, zmian zachodzących w drzewach podczas poszczególnych pór roku. Czy wiecie na przykład, że drzewa mogą udać się w podróż? A najwyższe drzewa – w Kalifornii w USA osiągają ponad 115 metrów wysokości i są wyższe od takiego choćby Big Bena (96 m) czy Statuy Wolności (93 m). A cypryśnik meksykański Árbol del Tule, który w obwodzie ma (uwaga) 36 metrów to przykład drzewnych grubasów wagi ciężkiej. Zadziwią Was pewnie ciekawostki na temat wieku drzew na świecie. Nasze dęby to prawdziwe młodzieniaszki w porównaniu z takim choćby świerkiem pospolitym ze Szwecji. Stary (poczciwy) Tijkko liczy sobie (ba!) 9550 lat! Każde drzewo to niemy świadek historii. Każdego roku przybywa pod korą jedna cieniutka warstwa. Słoje mówią prawdę o wieku drzewa. Niektóre z gigantów wykiełkowały na przełomie epok brązu i żelaza – mowa tu o olbrzymich mamutowcach. Poznacie drwala i jego pracę, najsłynniejsze budowle drewniane – w tym cudo architektury: cerkiew na wyspie Kiży liczącą sobie 22 kopuły. Dalej: drewniane wehikuły, np. projekty maszyn latających Leonarda da Vinci, arka Noego czy mityczny koń trojański.  Drewniane maski z różnych zakątków świata: Meksyku, Gwatemali, Kongo, Nigerii. Instrumenty drewniane, domki na drzewach, bonsai, sztuka przycinana drzew, Darwinowskie drzewo życia, drzewo genealogiczne, drzewo w różnych religiach, święte drzewa – jak figowiec pagodowy buddyzmu i hinduizmu, święte dęby ludów pogańskich w Europie. Las, który pojawia się w tak wielu baśniach i legendach. Zamieszkały przez dziwaczne stworzenia: elfy, driady, duchy i duszki, wiedźmy, wesołą kompanię Robin Hooda. Jeszcze Wam mało? Temat jeszcze nie został wyczerpany. Po prostu nie jestem w stanie napisać tu o wszystkim. I pomyśleć (to na podstawie wywiadu), że pomysłów było jeszcze więcej, tylko z nich zrezygnowano. Piękna książka – podpowiadam: święta się zbliżają – idealny pomysł na prezent. Do czytania przez całe życie.

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

piątek, 09 listopada 2018

Przygody Piotrusia Pana są znane niemal na całym świecie. Jednak niewielu chyba wie, że najpierw była ta opowieść. Rzecz dzieje się w słynnych Ogrodach Kensingtońskich. Autor najlepiej oddaje ich klimat: „Ogrody Kensingtońskie znajdują się w Londynie, gdzie mieszka król, a ja zwykłem zabierać tam Davida niemal codziennie, jeśli nie miał akurat podejrzanie mocno rumianych policzków. Jak dotąd żadnemu dziecku nie udało się zwiedzić całych ogrodów, ponieważ zawsze bardzo szybko nadchodzi pora, kiedy trzeba już wracać”. Zanim więc oddacie się lekturze, spójrzcie na wyklejce książki na mapę ogrodów. Nazwy, które na niej znajdziecie, już działają na wyobraźnię: Pałac Nowonarodzonej, Okrągły Staw, Wyspa Ptaków, Serpentyna, Uliczka Piknikowa, Aleja Maleństw, Wielka Jednopensówka, Piotruś w Gnieździe, Psi Cmentarz. Pięknie, oprócz autora, po tej mapie prowadzi nas Aleksandra Wieczorkiewicz – tłumaczka, która na końcu w części „Mapa i mały domek przekładu. Posłowie tłumaczki” dodaje wyjaśnienia od siebie. To ważna część całej książki , ponieważ pomaga odebrać nam w pełni cały tekst. W tej opowieści pojawia się mały David, alter ego starszego brata Jamesa, który zmarł w dzieciństwie po tragicznym upadku na łyżwach. Wypadek ten miał na pewno ogromny wpływ na życie i twórczość Barrie’go i jest związane z postacią Piotrusia Pana – chłopca, który nigdy nie chciał dorosnąć. Autor prowadzi Was po wszystkich ścieżkach i zakątkach. Czytelnik czuje się jakby wchodził do czarodziejskiej krainy. Jest jak przewodnik, który zdradza tajniki miejsc, przed niektórymi przestrzega – np. przed Kokosami – zakątkiem dla osóbek zadzierających wysoko nosy, ponieważ ich rodzice zbijają kokosy. Przedstawia postacie, które można spotkać w alejkach Ogrodów. Dalej: zabawy przeznaczone dla dzieci. Czy wiedzieliście na przykład, że istnieje inny krykiet dla dziewczynek, a inny dla chłopców? Do Ogrodów Kensingtońskich nie można wchodzić po zamknięciu bram. A tam się wtedy tyle dzieje.

„Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich”: ukazał się po raz pierwszy w 1906 roku. To swego rodzaju preludium do najbardziej znanej powieści Barriego „Piotruś Pan”. Wczytując się głęboko w tekst może uda nam się znaleźć odpowiedź na pytania: skąd wziął się tak naprawdę Piotruś Pan? I jaki był naprawdę ów wieczny chłopiec, który na zawsze pozostał chłopcem. Co się z nim działo zanim trafił do Nibylandii? Pochodził z Wyspy Ptaków. Czy wiecie, że każdy  z nas był kiedy ptakiem? Właśnie tak, tylko o tym zapomnieliśmy. Im starsi jesteśmy, tym bardziej zapominamy. Wspomnienia  z wczesnego dzieciństwa się zacierają, blakną, aż w końcu znikają bezpowrotnie. Coraz więksi opanowaliśmy mowę ludzką, przyjęliśmy pewne zachowania i zwyczaje za swoje. Cuda, o których nam się nie śniło. Można tam spotkać Piotrusia Pana. Kiedyś był zwyczajnym chłopcem, synkiem swojej mamy – pewnego dnia wyfrunął jak ptak z okna i poleciał na Wyspę Ptaków. Latał bez skrzydeł, bo uwierzył, że bez skrzydeł można latać. Między -i - Pomiędzy,  już nie chłopiec, ani nie ptak. Piękna historia o magii, która dzieje się obok. Można zobaczyć te dwa  światy: ten realny i magiczny na pięknych ilustracjach Marcina Minora. Niektóre z nich jak obrazy ze snu. Poruszamy wyobraźnię, bo przecież to wszystko mogło się wydarzyć naprawdę. A kto wie – może po zamknięciu bram Ogrodów Kensingtońskich – nadal się dzieje.

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 26 października 2018

Najpierw przyszła paczka ciesząca oko:)

W środku była książka:)


Bardzo chciałam zajrzeć do kuchni Iwaszkiewiczów. Zwłaszcza po lekturze biografii autorstwa Anny Król: Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie. Pięknie i nietypowo opisana codzienność mieszkańców domu w Stawisku. „Kuchnia” jest jakby dopełnieniem tamtej książki. I opowiadań Iwaszkiewicza, w których jedzenie ma często swoje przysłowiowe pięć minut. Zresztą o tym czytamy na samym początku „Kuchni”. Sama kuchnia może kojarzyć się wyłącznie z przepisami kulinarnymi. Nic bardziej mylnego. To też wspomnienia, anegdoty o samym jedzeniu, miejscach, ludziach. O jedzeniu nie tylko w związku z tradycjami Iwaszkiewiczów. Z zainteresowaniem przeczytałam choćby o tradycji serwowania dań na początku XIX wieku i o zmianach wprowadzonych w tym względzie przez carskiego ambasadora Kuragina. Albo o tradycjach kulinarnych za czasów królowej Jadwigi, Katarzyny Medycejskiej i Elżbiety Austriaczki. Po tych kulinarnych wyprawach w czasie i przestrzeni lądujemy w kuchni Iwaszkiewiczów, gdzie rodzinne smaki i zapachy. Gdzie wspomnienia o ojcu, który z zagranicznych podróży przywoził do poczytania menu. Gdzie notatki kulinarne – trzeba przyznać, że skąpe, bo: „Nie przywiązywaliśmy widać do takich drobiazgów wagi”. Całość podzielona na: dni powszednie (śniadania, obiady, podwieczorki) i święta (wigilia i Boże Narodzenie, Ostatki, Popielec, Wielkanoc). Pomiędzy są wspomnienia o różnych domach i mieszkaniach, kucharce Pawłowej, która gotowała dla rodziny przez długie lata – która, jeśli się już uparła, pewnych potraw nie gotowała (np. placków ziemniaczanych!!!). O świstających w korytarzu kulach w czasie przewrotu majowego. O kuchni, w której stałe przesiadywanie było zabronione. O kogucie, który spał na słomiance przed drzwiami i który zmarł śmiercią naturalną. O filiżance herbaty, o której ojciec Jarosław marzył zawsze przed snem, ale której nigdy nie dostał, bo … nie było takiego zwyczaju. O babach wielkanocnych, które potrzebowały spokoju do wyrośnięcia – stąd panowały: zakaz trzaskania drzwiami i nakaz chodzenia na paluszkach.

Wspomnienia pojawiają się jako wstęp do poszczególnych części lub przy wybranych przepisach: np. o Krzysztofie Baczyńskim przy kruchych babeczkach z owocami. To jest też językowa uczta. Bo któż dzisiaj w tym zabieganym świecie napisze tak o powidłach śliwkowych: (str. 187) „Do zrobienia powideł potrzebne są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub maju, gdy śliwy kwitną, pogoda w sierpniu i we wrześniu, gdy śliwki dojrzewają, drabinka, duży sagan, sprawny piec, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości do tegoż. Potem to już głupiostwo”. To „głupiostwo” mnie rozczuliło – naprawdę.

Same przepisy – aż chce się podsumować: ładnie i składnie napisane, niekiedy z wtrąceniami autorki: „Mój syn twierdził nowatorsko, że nawet dobrze dać sera rokpol i poczekać aż się w jajecznicy stopi”. Znajdziecie tu dania polskie i nie tylko, tradycyjne i te bardziej wyszukane: smażony ser z kminkiem z żurem obok kawioru z bakłażanem i kotletów cielęcych w Papielotach. Widać, że w kuchni Iwaszkiewiczów eksperymentowano, bo pojawiają się domowe wariacje a’la Iwaszkiewicz właśnie. Tak jest ze szparagami, sałatką z „płytkiego morza” czy kurą po literacku (ach, żeby od tego tak talent do pisania przyszedł). Łezka się kręci w oku czytając o dawnych tradycjach świątecznych. Dzięki przepisom z tej książki można cofnąć się nie tylko do przeszłości, ale pewne elementy wprowadzić we własnym domu.

Książka jest pięknie wydana – na eleganckim papierze, z ładnymi zdjęciami. To grubaśne tomisko, które może być ciekawym prezentem dla kogoś, kto lubi i czytać i gotować.

Wydawnictwo Znak

środa, 17 października 2018

Jak tu zmierzyć się z legendą? Bo przecież znane wielu czytelnikom wydanie „Małego Księcia” – jest czytane i ukochane od tylu już lat? Myślę, że każdy z nas pamięta swoje pierwsze spotkanie z „Małym Księciem” – czarno-białą książką, malutkiego formatu (tak naprawdę to wielkiego formatu), kiedy jeszcze nie była „nakazaną z góry” lekturą szkolną. Ja pamiętam pewne wakacje przed laty, w Bawarii, ciepły dzień, wygodny leżak i orzeźwiający napój miętowo - cytrynowy. To takie moje osobiste książęce wspomnienie. I ten słynny „kapelusz” zaraz na początku. Myślę, że treść wielu jest znana, więc nie będę jej tu zbytecznie opisywać. Legenda, legenda… Paweł Pawlak zmierzył się z trudnym zadaniem. I moim skromny zdaniem – udało się. Książka (dosłownie) dużego formatu – na przekór tradycji i czytelniczym przyzwyczajeniom. Rozmiar słuszny – waga też. Bowiem kartki są grube, wyraźnie czuje się je w palcach. Cudne, kolorowe ilustracje, kojarzące mi się osobiście z malarstwem Miro – ale może tak tylko mi się wydaje. Geometryczne figury: kółka, trójkąty,  odważne barwy.

Sam Pawlak w wywiadzie do Gazety Wyborczej krytykuje tamte, stare ilustracje. W wywiadzie z Agnieszką Sowińską z dnia 28 sierpnia 2018 r. mówi:

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

Na stronie Wikipedii znalazłam ciekawe informacje dotyczące przekładów „Małego Księcia”. Aż 18 różnych tłumaczy podjęło się do tej pory przekładu książki na język polski. A sam język polski to po języku angielskim pierwszy język na świecie, na który przełożono „Małego Księcia”.  W najnowszym wydaniu wykorzystano znane już tłumaczenie Henryka Woźniakowskiego. Ja zawsze przyklaskuję nowym pomysłom – lubię awangardę, lubię, gdy ktoś łamie stereotypy. Dlatego chciałabym, by właśnie ten „Mały Książę” odniósł sukces. Trzymam za niego kciuki.

Wiek 12+

Wydawnictwo Znak

sobota, 28 kwietnia 2018

Ponoć trudno oszacować wiek tych bajek, których autorstwo przypisuje się … No właśnie, komu? Bo i tu opinie są podzielone. Jiři Žáček też w krótkim rozdziale zatytułowanym „Kilka słów na zakończenie” pisze „Podobno”, „przypisuje się”. Bo tak naprawdę niewiele wie się o Ezopie na pewno. Już ta aura pewnej tajemniczości wokół samego autora i jego tekstów sprawia, że chętnie sięgam po te bajki, bo osobiście lubię choćby ociupinkę jakiejkolwiek przyprawy w odniesieniu do książki. A gdy ta się zwie” tajemnica”, to smakuje tym bardziej. Do tego jeszcze uniwersalna treść.

Bo zmieniają się gadżety, przedmioty wokół nas, jednak natura ludzka pozostaje wciąż ta sama. VI wiek przed Chrystusem, teraz już XXI wiek po Chrystusie, a my wciąż tacy sami. Pięćdziesiąt mniej i bardziej znanych tekstów opowiedzianych na nowo przez czeskiego pisarza. Bajki Ezopa funkcjonowały najpierw w tradycji ustnej.

Nigdzie nie zapisane, przetrwały tylko i wyłącznie dzięki ludzkiemu gadulstwu, zamiłowaniu do powtarzania dobrych zasłyszanych historii (to akurat nasza dobra cecha). Występują w nich wrona, lis, wół, żaba, zając, lew, myszka, osioł, wilk, jagnię, koń, mrówka, świerszcz, koguty ważka, małpa i inne – jednak tak naprawę to opowieści o nas. Sprawdzają się stare jak świat nauki, jak choćby takie: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada; nie zawsze najsilniejszy zwycięża; łakomstwo nie popłaca; nic nie jest wieczne; nie ma co liczyć na innych, trzeba się o siebie samemu zatroszczyć; nie ma co liczyć na ludzką wdzięczność. Prawdy stare jak świat – tutaj opowiedziane krótko i zwięźle. Świetnie zilustrowane przez znanego czeskiego rysownika Adolfa Borna – znanego u nas dzięki  „Baśniom” braci Grimm i „Bajkom”   La Fonaine’a.


Lektura dla czytelnika w każdym wieku. Dzieci czytają i się dobrze bawią. My, starsi, czytamy i wyciągamy wnioski. Mnie ucieszyła bajka „O psie, kozie i jagnięciu” – pokazująca, że nieporządek czasem jest mile widziany. Naszym politykom w sejmie dałabym do poczytania „O mysim sejmie”.


Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 23 marca 2018

Czytam tę książkę tam i z powrotem i tak sobie myślę, że cokolwiek o niej napiszę, będzie i tak banalne. Pierwsze, co mnie zwaliło dosłownie z nóg, to szczere wyznanie ojca: że pojawiły się oczywiście pytania: „dlaczego” i że ojciec nie zaakceptował syna z zespołem Downa. To taki kubeł zimnej wody na sam początek. Dalszy ciąg to nie użalanie się nad sobą, ale pokazanie zwykłej codzienności rodziny, w której urodził się Mallko. Cudowne dziecko o oczach w kształcie rybek (pierwszy raz spotkałam się z takim porównaniem – piękne!). Duże wrażenie robią mini wywiady z Anne, mamą chłopca. I z Théo – starszym bratem. Ich wypowiedzi płyną prosto z serca, są takie prawdziwe, pozbawione sztucznego patosu. Tchną niesamowicie optymizmem. Rzeczywistość rodzinna wyrażona bądź pokazana jest za pomocą obrazów, ilustracji, dziecięcych szkiców, komiksowych scenek. Niekiedy – jakby klatka po klatce – podglądanie czyjegoś życia. Pięknego życia, w którym oczywiście że są problemy, ale w którym panuje miłość. Widać ciepłe relacje między rodzicami a dzieckiem, przyjaźń, zagubienie w zabawie, szaleństwa wręcz – podłogowe, kanapowe, wszelkiej maści. Jest też duży dystans do siebie, poczucie humoru. Myślę, że to „podglądanie” może czytelnika naprawdę wiele nauczyć. Historia ojca, który mimo swego dojrzałego wieku, musiał jednak do pewnych rzeczy dorosnąć. Książka, która zwraca uwagę na osoby niepełnosprawne. Choć trochę boję się użycia tego słowa, bo w samej książce czytam: Niepełnosprawność – Nie, pełna sprawność. Dlatego też myślę, że „Mallko i tata” ma duże szanse na przyczynienie się do zupełnie innego postrzegania „zespołu Downa”. I można tu dużo pisać wiele górnolotnych słów o akceptacji, miłości, tolerancji – ale to, co i ile czytelnik wyniesie z tej książki, zależy  już tylko od niego i jego wrażliwości.

 

Wiek 15+

Wydawnictwo Dwie Siostry  

piątek, 12 stycznia 2018

Gdy tylko słyszę hasło „sztuka dla dzieci” mam przed oczami pewną scenę sprzed lat z warszawskiej Zachęty – a ściślej mówiąc: z kolejki po bilety. Malec ciągnie mamę za poły płaszcza  i szepcze podekscytowany: „Mamo, a czy potem pójdziemy jeszcze na wystawę sztuki nowoczesnej?” . Taaak – sztuka to temat wdzięczny już dla małych dzieci. Kojarzy się z pracami plastycznymi, tworzeniem czegoś, kolorami, wyobraźnią, kreatywnością. Nic – tylko działać w tej dziedzinie. A ta książka pewnie pozwoli rozwinąć zainteresowanie sztuką – właśnie dzieci – choć pewnie trochę starsze niż wspomniany wcześniej malec z Zachęty.

Nie ma tutaj suchych informacji na temat sztuki, twórców – jakichś definicji i regułek. Są za to sceny z życia wzięte, opowiedziane przez Michaela Birda – historyka sztuki, prawdziwego pasjonata tematu. Swoich bohaterów – znane postacie ze świata sztuki umieścił w różnych sytuacjach dnia codziennego. Oczywiście najczęściej związanych ze sztuką: podczas tworzenia, w relacjach z innymi ludźmi, uczniami, kolegami po fachu, podczas rozmów o sztuce – ale dzięki temu dzieci nabierają przeświadczenia, że ci wielcy ludzie, o których tak często mówimy z pietyzmem: byli też zwykłymi ludźmi, z problemami, radościami i troskami. To taka trochę podróż w czasie: bo niekiedy poczuć się można jak niemy świadek jakiejś sceny: rozmowy, spotkania. Niekiedy też można podsłuchać co akurat Mistrz mruczy do siebie pod nosem. Te opowiadania są wytworem wyobraźni autora – ale wiele elementów: postaci, miejsc, dzieł sztuki, rekwizytów codzienności jest prawdziwych.

Książka jest pokaźnych rozmiarów, ma w sobie wiele treści. Bardzo rozciągnęła się w czasie: punktem wyjścia tych opowieści jest prehistoryczna figurka człowieka z głową lwa odkryta w jaskini na terenie dzisiejszych Niemiec. Lekturę kończy  opowieść o chińskim artyście Ai Weiwei, który w dłoniach trzyma ziarna słonecznika. Potem okaże się, że to ręcznie robione i pomalowane ziarenka – w liczbie ponad stu milionów a wykonane zostały z porcelany. Co symbolizują, dlaczego stały się elementem instalacji artysty? Ten ostatni przykład pokazuje, jak często sztuka była zaangażowana w życie społeczności, jakie emocje i nastroje wyrażała. Nie była tylko sztuką dla sztuki – sama w sobie miała też inne, poważniejsze zadania – niż tylko cieszyć oko, zadowalać gusta bogaczy, którzy kupowali lub kupują dzieła, by pokazać, że ich na nie stać.  Każde opowiadanie dotyczy innej postaci. A jest co czytać. Przez karty książki przewijają się mniej i bardziej znane postacie. Autor zapoznaje z przykładami dzieł z różnych kręgów kulturowych: ze sztuką afrykańską, japońską, aztecką, egipską, chińską, mongolską, europejską, mongolską. To też różne epoki i style w sztuce: dawne cywilizacje, średniowiecze, renesans, czasy nowożytne – czyli XV i XVII wiek, czasy wojen napoleońskich, fotografii, impresjonizmu, obydwu wojen światowych i współczesności – sztuka po 1945 r.

Książka jest ciekawie zilustrowana przez Kate Evans, która przedstawiła różne sceny z życia artystów. Na samym końcu znajdziecie jeszcze mapę świata, na której można zlokalizować miejsca, które pojawiły się w opowieściach Birda.  Jest i chronologia uwzględniająca ważne wydarzenia z historii świata i sztuki, słowniczek pojęć ze świata sztuki, spis dzieł oraz źródła reprodukcji.

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

sobota, 18 listopada 2017

Większość czytelników zna Jana Brzechwę jako autora kultowych wierszy dla dzieci. A cykl o Panu Kleksie? Też ma swoich wiernych wielbicieli. Teksty ponadczasowe. Tymczasem Jan Brzechwa to również autor utworów scenicznych: krótkich form teatralnych, które można z powodzeniem wystawić w szkole, w domu podczas rodzinnych uroczystości, na zbiórkach zuchowych czy harcerskich, w przedszkolach. Księżniczka na ziarnku grochu, Siedmiomilowe buty, Wagary, widowiska kukiełkowe: Teatr Pietruszki, groteska radiowa  Wieloryb. I Bajki-Samograjki, które świetnie pamiętam w postaci podłużnego wydania sprzed lat. A w nich: Czerwony Kapturek, Kot w Butach, Kopciuszek, Jaś i Małgosia. „Teatrzyki” z podziałem na role – gotowe do zagrania przez dorosłych i dzieci, z didaskaliami. Każdy teatrzyk poprzedza lista postaci występujących w danej sztuce – są one zaprezentowane z imienia, nazwy, są też świetne ilustracje odzwierciedlające je.

O istocie tych utworów słowo wstępne napisał znawca literatury dziecięcej – Grzegorz Leszczyński. Świetny tekst, który odkrywa kulisy powstawania tych utworów. Jest zachęta, by wystawiać te perełki w małych zespołach, by traktować je też jako zjawisko socjokulturowe. Bo w „Teatrzykach” jest odbicie minionych czasów, niekiedy wyraźnie widać więź poety z poprzednim systemem. Na szczęście przeważa czysta zabawa i tematyka bliska dziecku, bez socjalistycznej propagandy.

Ilustracje Magdaleny Kozieł-Nowak są rewelacyjne. Cudnie oddają klimat bajek, baśni. Delikatne księżniczki, motywy florystyczne, zwierzęta, dobór barw.  Atrakcyjne wydanie, szata graficzna, świat przedstawiony zachęcają do tego, by chwycić za teksty, zebrać grupę aktorów i zagrać na deskach. 

W ramach cyklu Brzechwa dzieciom ukazały się pięknie wydane książki: Dzieła wszystkie. Pan Kleks, Dzieła wszystkie. Wiersze, Dzieła wszystkie. Bajki i w końcu opisane dzisiaj Dzieła wszystkie. Teatrzyki.  Wszystkie z wyobraźnią zilustrowane przez czołowych polskich ilustratorów: Mariannę Sztymę, Artura Gulewicza, Magdalenę Kozieł-Nowak i Jolę Richter Magnuszewską.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 03 listopada 2017

Dziewięcioletni Bo Wilhelm Olsson nie jest szczęśliwym dzieckiem. Wychowują go przybrani rodzice: ciocia Edla i wujek Sixten. Chłopiec sądzi, że oboje nie lubią go. Nie rozmawiają z nim, nie pozwalają mu się głośno śmiać, nie troszczą się o niego. Bosse ma przyjaciela, Benkę, a ten - cudownego ojca. I oto Bosse dowiaduje się, że jego prawdziwy ojciec jest… królem w Krainie Dalekiej. Po wielu latach rozłąki , spotykają się. Ojciec król buduje z chłopcem modele samolotów, ciągle rozmawiają, śmieją się. Mimo wielu obowiązków znajduje dla niego zawsze czas. Ojciec król nazywa swego syna Mio, mój Mio. Chłopiec znajduje w Krainie Dalekiej nowego przyjaciela o imieniu Jum Jum, dostaje od ojca króla cudownego wierzchowca białego Miramisa, słucha opowieści studni szepczącej. Jednak jest coś strasznego – Kraina Daleka sąsiaduje z mroczną krainą, w której rządzi siejący grozę Rycerz Kato. Kiedy ktoś wymawia jego imię, wszystko milknie, a Miramis zaczyna drżeć. Mio mój Mio  musi wykonać bardzo ważne zadanie, o którym było powiedziane już przed tysiącami lat: Chłopiec królewskiej krwi na białym koniu ze złotą grzywą i z jednym przyjacielem w orszaku.

Jest to historia o przyjaźni, odwadze, tajemnicy. Pełna czarów. Świetnie nadaje się do głośnego czytania. Język tej opowieści jest niezwykle poetycki. Autorka opisuje tak sugestywnie stan ducha bohaterów, przyrodę. Snuje swoją opowieść jak baśń, którą kiedyś opowiadano sobie o zmroku przy cieple kominka. Piękna książka. Ponadczasowa. I na koniec jeszcze taka refleksja – cudnie by było, gdyby tak udało się nakłonić do przeczytania tej książki ojców królów naszych dzieci. Mogliby się  z niej dużo dowiedzieć i nauczyć …..

Książka ta znajduje się na Złotej Liście Książek, które Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom poleca do głośnego czytania.

Ale oczywiście można skorzystać z pomocy lektora. Niedawno ukazał się audiobook w interpretacji Waldemara Barwińskiego.

Czas nagrania 3 godziny 24 minuty

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 31 października 2017

 

Myślę, że niejednemu czytelnikowi łezka się w oku zakręciła, gdy zobaczył wznowienie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Wydane ponad 100 lat temu – dokładnie w 1913 roku, teraz uwspółcześnione w aspekcie interpunkcji, odmiany wyrazów i pisowni w celu ułatwienia odbioru młodszym czytelnikom.

Obserwowałam jakiś czas temu aukcje dobrze zachowanych „Klechd” z lat 50-tych ubiegłego wieku - osiągnęły cenę kilkuset złotych, a walka o ich zdobycie była zażarta. Sądzę, że to właśnie starsi czytelnicy, wychowani na tych baśniach, chcieli zakupić je do domowej biblioteczki dla swoich dzieci, wnuków, a może i prawnuków. Ja też wychowałam się na tych baśniach - „Klechdy” to dla mnie powrót do dzieciństwa, podróż sentymentalna. Warto się w nią udać.

„Klechdy” pełne są „dziwów i cudów niezrozumiałych”, postaci pobudzających wyobraźnię, księżniczek o egzotycznych imionach, bohaterów o ponadludzkich możliwościach, strachów i potworów, które sprawiają, że dzieci słuchają tych utworów z otwartą buzią.

W środku znajdziecie 6 klechd:

„Baśń o rumaku zaklętym”, „Ali Baba i czterdziestu zbójców”, „Rybak i geniusz”, „Opowiadanie króla Wysp hebanowych”, „Baśń o Aladynie i o lampie cudownej”, „Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze”.


Najbardziej egzotyczną baśnią w dzieciństwie były dla mnie „Opowieści króla Wysp Hebanowych”. Budziły dreszczyk emocji, nieprzewidywalne, z paletą charakternych postaci. Otóż król Wysp Hebanowych miał żonę czarownicę – Chryzeidę. Sęk w tym, że nie wiedział, jak dwulicowa jest jego małżonka. Kochał kobietę z całego serca, natomiast sam obiekt jego uczuć wzdychał i czcił potwora Murzyna. To w jego karku, po odkryciu bezecności żony, król zatopił swój miecz, za co spotkała go sroga kara ze strony Chryzeidy. Został zaczarowany w posąg od stóp do pasa, a mieszkańcy królestwa zostali przemienieni w ryby.

„Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze” spodoba się miłośnikom baśni klasycznych, w których występują dzielne księżniczki. Taka jest właśnie królewska córka Parysada. Kiedy dwaj bracia wysłani po trzy dziwy: dąb – samograj, strugę – złoto smugę i ptaka Bulbulezara nie wracają z wyprawy, Parysada sama udaje się na ratunek najbliższym. Dzieci pewnie zaciekawi motyw soku żywicznego, który potrafi kamiennym posągom przywrócić ludzką postać.

Baśń o rumaku zaklętym pełna jest czarów. Król ogląda z zaciekawieniem magiczne wynalazki i czarnoksięskie odkrycia. Ale nic tak nie przykuwa jego uwagi, jak piękny, rzeźbiony w drzewie czarodziejski rumak. Syna króla sam chce wypróbować rumaka, jednak wyrusza na przejażdżkę nie wysłuchawszy wcześniej „instrukcji obsługi”. Królewicz trafia do krainy, gdzie spotyka piękną księżniczkę, zakochuje się w niej i nie kwapi się do powrotu. Tymczasem czarownikowi od zaklętego rumaka perski król lada dzień zetnie głowę, ponieważ jest przekonany, że królewicz nie żyje i to jego właśnie obarcza winą.


Patrzę za okno na mroźny świat za oknem. Wiatr wieje, nie chce się opuszczać miłych i ciepłych progów. „Winter is coming”. A to dobry klimat, by choć w wyobraźni przenieść się do dalekiej cieplutkiej Persji, gdzie przebogate pałace, latające dywany, cudowne lampy i zaklęte rumaki. Niektóre z klechd: o Ali Babie, Aladynie dzięki kreskówkom i filmom na dobre tkwią w powszechnej świadomości. Warto przeczytać utwory Leśmiana sprzed ponad 100 lat, by samemu się przekonać, jak wyglądać mógł pierwowzór i jak zmieniały się interpretacje, motywy, kanony piękna, treści i przesłanie, jakie niosły ze sobą te utwory.

Podoba mi się mała ilość ilustracji w tym wydaniu. Jest to pole do popisu dla dziecięcej wyobraźni, która zmotywowana pięknym tekstem stworzonym przez młodopolskiego pisarza, zaczyna biec swoim torem i tworzy obrazy w małych głowach.

Książka jest pięknie wydana. Pod kultową obwolutą kryje się książka w błękitnej płóciennej oprawie, szyta, na kremowym papierze.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

czwartek, 26 października 2017

To moje pierwsze spotkanie z Kęstutisem Kasparavičiusem. W Polsce, z tego co można wyczytać w Internecie, ukazała się do tej pory jeszcze „Mała Zima”. Książki tegoż autora ukazują się dzięki wydawnictwu Ezop. Cieszę się bardzo, bo zawsze z ciekawością słucham o tym, co w książkach piszczy u naszych sąsiadów. Jest mnóstwo tytułów na półkach księgarskich z krajów Europy Zachodniej i Północnej, Ameryki – a najmniej właśnie z np. Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Litwy czy Rosji. Nie wierzę, że w literaturze dziecięcej nic się tam nie dzieje.

Książka litewskiego autora i ilustratora to prawdziwa perełka. Otwieram stronę znanej międzynarodowej księgarni, wpisuję dane i natychmiast ukazuje mi się długa lista książek o pięknych okładkach, zachęcających tytułach. Chciałabym, by choć kilka w przyszłości ukazało się i u nas (puszczam oczko w stronę Wydawcy).

Profesor Adalbert to rasowy dżentelmen: pies z rodu Labradorów retrieverów. Ma jedną wielką pasję, którą jest sztuka. Właśnie do swojej kolekcji zakupił piękny obraz pt. „Pies na łańcuchu”. Z tej to okazji zaprosił do siebie najznamienitszych obywateli miasteczka. Są wśród nich niedźwiedź Bernard – lekarz medycyny, kozioł Dezyderiusz – doktor nauk humanistycznych, mecenas Ildefons, świnia i dama zarazem hrabina Szarlota, konsul Maurycy z żoną Jasminą – goście z dalekiego Syjamu, lis Fuks – inspektor i czarny kret – agent Ulf. Na wszystkich czeka wielka uczta dla oka – dzieło niderlandzkiego mistrza, jak i dla podniebienia – czyli olbrzymi i pyszny zarazem tort truskawkowy, z którego słynie kuchnia profesora. Obserwując zabrane towarzystwo z boku, ma się wrażenie, że goście zjawili się w gościnnych progach profesora właśnie bardziej dla tego tortu aniżeli obrazu. Choć nie do końca jest to prawdą, bowiem wśród zebranych znalazł się koneser sztuki do tego stopnia zainteresowany obrazem, że pozwolił sobie na jego … kradzież.  

Obecny inspektor Fuks zaczyna śledztwo. I co ciekawe, moim zdaniem nie najważniejsze jest tu rozwiązanie tej zagadki: kto i dlaczego. Choć pewnie młodszych czytelników ten wątek będzie trzymał w napięciu. Autor zaskakuje nas na końcu potraktowaniem samego dzieła sztuki i jego głównego bohatera – czyli psa na łańcuchu. Ten od samego początku budzi współczucie. Biedny, brudny psiak w niewoli. Tymczasem chętnie zdradzę, że historia będzie miała dobre zakończenie i wartościowe moralne przesłanie.

Podobają mi się ilustracje litewskiego artysty i jego styl pisania: trochę prześmiewczy, zadziorny, ironiczny. Ukryta satyra na współczesne społeczeństwo, ukazująca nasze wady i braki. W tekście można doszukać się wielu żartobliwych wpisów, jak choćby tych, które dotyczą zaproszonych gości:  

O lekarzu Bernardzie czytamy: Jeden z leczonych przez niego pacjentów w cudowny sposób uszedł z życiem.

A świnia Szarlota, którą podziwiamy na wielu ilustracjach? Hrabina bywała na wszystkich różnych balach i wieczorkach, chociaż przeważnie nikt jej nie zapraszał.

Literatura na wysokim poziomie, która skłania do refleksji, bawi i jednocześnie wychowuje.

Wiek 6+

Wydawnictwo Ezop

piątek, 20 października 2017

Rodzina 14-letnie Faith opuszcza swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i udaje się na maleńką wyspę Vanne. Dziewczyna nie zna dokładnych powodów owych nagłych przenosin. Podsłuchane rozmowy, lektura dokumentów oraz pojawiające się w stosunku do jej ojca określenia: kłamca i oszust, pozwalają przypuszczać jedynie, że przyjazd na wyspę to swego rodzaju ucieczka przed konsekwencjami niecnych działań jej ojca – zasłużonego męża nauki w kwestii skamielin. Dość senny początek, zatopiony w obfitych strugach deszczu, rozwija się stopniowo w trzymającą w napięciu intrygę, pojawiają się tajemnicze i mroczne motywy, a punktem kulminacyjnym całości staje się śmierć ojca rodziny. Faith nie wierzy, że to właśnie wypadek był jej przyczyną i dlatego stawia dość śmiałą tezę o morderstwie i zrobi wszystko, by udowodnić swoje podejrzenia. W tym momencie całość nabiera rozpędu, pojawia się mnóstwo ciekawych wątków, postaci. Stopniowo wyjaśniane są zagadki, w tym również ta z tytułowym drzewem kłamstwa, które nie jest tutaj przenośnią, ale jak najbardziej obiektem materialnym – w dodatku mającym ogromną siłę sprawczą.

Drzewo kłamstw to wciągająca i mroczna powieść przenosząca czytelnika ok. 150 lat wstecz do epoki wiktoriańskiej. Ma specyficzny klimat. Mieszanina wielu gatunków: powieści obyczajowej, kryminału, historycznej, przygodowej, science fiction i thrillera. W skrócie można by się pokusić o takie podsumowanie: skamieniałości, falsyfikaty, morderstwo i wiara w siłę nauki. To powieść wielopłaszczyznowa. Ciekawa obyczajówka ukazująca realia życia w XIX wieku, stosunki panujące w rodzinie mieszczańskiej w konserwatywnej Anglii. To też ciekawy obraz społeczeństwa tamtej epoki – zainteresowanego przyrodą. To był prawdziwy boom – umiłowanie natury zapanowało w najróżniejszych kręgach. Znalazło ono odbicie w zakładanych słynnych ogrodach angielskich, podróżach egzotycznych i zbieraniu litografii z motywami zwierząt i roślin, kolekcjonowaniu skamielin i dziwacznych okazów ze świata fauny i flory.

Epoka wiktoriańska to czas, w którym kobiety nie miały wiele do powiedzenia. Generalnie wszystko sprowadzało się do tego, że to mężczyźni są mądrzejsi niż słaba płeć (co za określenie!). Takie zdanie jest też zaprezentowane w powieści. Faith musi zderzyć się ze ścianą. Niemile widziane jest prezentowanie swojej wiedzy w tzw. towarzystwie, przedstawianie swoich racji, naukowych pasji. Kobieta ma w życiu codziennym określone zadanie do spełnienia, ale nie jest to na pewno angażowanie się w sprawy nauki. Dlatego Faith czuje się jak outsiderka. To osoba wykraczająca poza epokę: ma ambicje, marzenia, chce sama o sobie decydować. Tyle, że na to akurat brakuje społecznej zgody. Mało tego – takie podejście do życia nie znajduje zrozumienia również u rodziców dziewczyny. Faith mimo swojej wiedzy i pasji nie urośnie do rangi parterki do rozmów z ojcem, powierniczki jego tajemnic. To ciekawy obraz, zwłaszcza dla współczesnej młodzieży, która może nie mieć wystarczającej wiedzy na temat minionej epoki. Może to w czytelniku rodzić bunt i emocje, chciałoby się potrząsnąć bohaterką i zawołać: weź się garść, dziewczyno. Kobieta w epoce wiktoriańskiej nie mogła o niczym decydować – ani o majątku, ani o przyszłości swojej i dzieci. Była jak bluszcz owijający się wokół swojego małżonka.

Książkę można czytać na różne sposoby – mnie bardzo zainteresowała kwestia roli kobiety w tamtych czasach – co pewnie widać po mojej recenzji. Wyjaśnienie morderstwa, śledztwo prowadzone przez Faith było ciekawym elementem fabuły, aczkolwiek najbardziej interesowała mnie postać głównej bohaterki – zwłaszcza to, jak się odnajdzie w nowej sytuacji, jak pokieruje swoim życiem. Ciekawie zostały przedstawione inne kobiety z wyspy. Właściwie żadna nie wzbudziła mojej sympatii, brakowało mi tu kobiecej solidarności. Czy był to zabieg celowy czy przypadek?  Zostaję sama z tym pytaniem, nie potrafię na nie odpowiedzieć. Polecam bardzo powieść Frances Hardinge – została ona nagrodzona prestiżową nagrodą Costa Book Award. Myślę, że zasłużenie.

Wiek 14+

Wydawnictwo Czarna Owca

niedziela, 01 października 2017

Z ciekawością wyglądałam baśni z odległego Tybetu. Geograficznie – daleko. Kulturowo, mentalnościowo – również. Dach świata, który pojawia się co rusz w wiadomościach, relacjach z wypraw górskich i podróżniczych. Kusiły te baśnie, oj kusiły – ze względu na swoją egzotykę i piękne wydanie. I chęć uzupełnienia apetycznej kolekcji baśni świata, wydawanej w charakterystycznym kwadratowym formacie. I choć miłośnicy gatunku przyzwyczajeni są do swego rodzaju estetyki: górowania pewnych wartości, zwycięskiej walki dobra ze złem, wysuwania na plan pierwszy cnotliwych bohaterów – właśnie w tym aspekcie baśnie te również potrafią zaskoczyć. Bowiem niektóre postacie nie do końca są kryształowe. Ich cechy to: spryt, szukanie łatwiejszej drogi na skróty. Pokazują naturę człowieka, łasego na pokusy, nie zawsze silnego, wybierającego łatwiejsze – choć może nie do końca szlachetne, rozwiązania. Kiedy biedak Czampa („Dwaj sąsiedzi”) zostaje oszukany przez swojego bogatego sąsiada, posuwa się do tego, by ukarać go poprzez podmienienie mu syna. Trochę nawiązuje to do współczesności, gdy w różnych książkach, filmach, to właśnie antybohater chwyta nas za serce, i to jemu sekundujemy do samego końca. Choć w przeważającej części baśnie zawarte w opisywanym tomiku zawierają ukryte nauki moralne, rozbudzają wyobraźnię, wyraźnie pokazują co jest czarne a co białe. Wiele motywów jest tu nowych, przygody postaci wciągają, gdyż rzadko nawiązują do naszego kręgu kulturowego, ich nieprzewidywalność i często zaskakujące zakończenie, każą śledzić je z wypiekami i ciekawością. Rządzą : prawość, dobro, piękno wewnętrzne. Wróżka z baśni „Chłopiec ze spłaszczona głową” przyzwyczaja się do szpetoty męża, mało tego – z biegiem czasu – coraz bardziej darzy  go uczuciem miłości. O losach bohaterów często decydują dziwne zbiegi okoliczności: dobro zostaje wynagrodzone: wróżbita za uratowanie życia królowi otrzymuje połowę jego królestwa, a  wspomniany już Czampa ratując bezbronnego wróbla zostaje obdarowany bogactwem. Baśnie opowiadają o codziennym życiu swoich bohaterów wypełnionym pracą, wychowywaniem dzieci, zdobywaniem pożywienia i takimi drobnostkami jak … chociażby kłótnie i swary małżeńskie. Z doświadczeń władcy Baczy i jego żony można wynieść taką naukę, że na kłótni jednych zawsze korzystają postronne osoby i że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje.

Ciekawie zostały pokazane przemiany bohatera. Kilka przygód matczynego pieszczoszka, ujętych w odrębne teksty, to swego rodzaju Bildungsroman. Syn wdowy, dawniej pod skrzydłami matki, teraz musi nauczyć się sam sobie radzić w różnych sytuacjach. Wykorzystuje swój spryt, niekiedy głupotę innych i zdobywa w ten sposób bogactwo i autorytet.

Baśnie tybetańskie kuszą również egzotyką: to świat, w którym pojawiają się jogini, lamowie, w  którym panuje wiara w poprzedni żywot. Mężczyźni mają w uszach długi kolczyk, noszą warkocz, paradują w czubie. Pojawiają się potrawy z tamtego regionu, zwierzęta wraz z ich symbolicznym znaczeniem: długowłose woły jaki, które dają wełnę, mleko, a z ich kości wyrabia się narzędzia. Kruk – opiekun i strażnik, uosabiający ochronne moce Buddy. W tych baśniach grzeje ciepło, które wydzielają w ognisku placki z odchodów jaka. Zatem można się czegoś dowiedzieć o życiu w tamtym rejonie, zwyczajach i wierzeniach.

Atutem tej książki są oczywiście ilustracje Fąfrowicza, znakomicie oddające klimat utworów, nawiązujące do tradycji i wierzeń, przedstawiające bohaterów tych historii. Jest ich mnóstwo, niekiedy co stronę, dwie, spotkać można małe motywy ilustracyjne, bądź obrazy na całą stronę.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 24 sierpnia 2017

W „Jeżynowym Grodzie” może wywoływać tylko ciepłe uczucia. Świat małych myszek ukryty wśród krzewów, kwiatów i drzew. Maleńki, w którym bohaterowie przeżywają radości i smutki dnia codziennego. Makóweczka Bystrzycka, Dereń Mączniak, Pan Jabłuszko, rodzina Żabuchów i inni. Spora grupa bohaterów, która mieszka w słodkich domkach z mnóstwem kątków i zakątków, które można godzinami obserwować. Tak jakby położyć się na podłodze przed domkiem dla lalek. Przeniknąć do świata zabaw i marzeń, wczuć się w rolę bohaterów, którzy krzątają się po swoich domostwach, przygotowują bajeczne potrawy: chłodnik z rzeżuchy, sałatkę z mleczy, desery z miodu, ciasteczka pierwiosnkowe. Świat, nad którym trzeba się pochylić, by go dojrzeć, ukryty wśród bujnej zieleni. Myszki wiodą poniekąd sielankowe życie (któż o takim nie marzy) uporządkowane przez regularne rytmy w przyrodzie. Pory roku decydują o tym, co stworzonka robią – a te poddają się prawom panującym w naturze. Z jednej strony – jak to zwierzęta: żyją sielsko na łonie natury, z drugiej – w swoich zachowaniach przypominają nas, ludzi. Świętują wesele, urodziny, piknik, pracują, martwią się, mielą mąkę, mieszają masło. Mało tego, odmawiają swoją mysią modlitwę dziękczynną. Nie mogę sobie tego odmówić – muszę ją Wam przytoczyć: „Obyśmy byli wdzięczni za dobre pożywienie z naszych zielonych pól”. Wiosna i lato oznaczają wzmożoną aktywność myszek. Trzeba się przygotować do zimy. Mają jednak czas na zabawę, ale też dużo pracują: we młynie, wędzą sery, sprzątają norki. Całość podzielona na osiem opowieści, pięknie zilustrowanych. Obrazki pełne szczegółów, szczególików: wyposażenie mysich domków wywołuje zawroty głowy, autorka też zadbała o szczegóły elementów ubioru, motywy florystyczne. Świat, do którego chciałoby się wejść, i który na pewno będzie miłym wspomnieniem z czasów dzieciństwa.

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

wtorek, 18 lipca 2017

Chcę jednocześnie napisać o tej książce i zarazem nie chcę - by nie popsuć zabawy tym, którzy jej jeszcze nie znają. By nie zdradzić zbyt wiele, by nie zepsuć smaczku zaskoczenia, zdziwienia i dziecięcej radości z rozwikłania pewnej tajemnicy, a może po chwili refleksji i złości – że tak bezpretensjonalnie daliśmy się wciągnąć w tę grę z góry ukartowaną przez autora. Przyzwyczajona do pewnej normalności, poukładanego świata z jakim spotkałam się w innych książkach Beręsewicza, dałam się …nabrać. Przez kilka pierwszych stron zastanawiałam się, czy ta lektura była akurat dobrym wyborem, czy aby jej nie zarzucić w kąt. Tylko i wyłącznie przez intrygujący początek brnęłam dalej, najpierw zniechęcona – potem coraz bardziej zaangażowana: Był piękny pogodny poranek dziewięćdziesiątego szóstego dnia tysiąc osiemset dwudziestej piątej pustki. 

Jest gdzieś tajemnicza kraina Zyliria, w której mieszkańcy czekają z wielką niecierpliwością na pojawienie się RZECZY. Jest też zwykły szary świat, w nim więzienie, a nim maestro Bombalini. Dlaczego tak jest? Czy te dwa światy są ze sobą powiązane? Czy tę historię, z początku bardzo chaotyczną, da się jakoś poukładać w logiczną całość?

Książka w zawoalowany sposób mówi o tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu, piętnuje moralność współczesnych ludzi, którzy żyją z dnia na dzień bez głębszej refleksji, oddają się wiecznemu gromadzeniu rzeczy, gadżetów, porusza zagadnienie celebrytów tak modne dzisiaj i pielęgnowane przez wszystkie media. Dużo by pisać. Sami znajdźcie dla siebie coś w tej książce. Sami znajdźcie odpowiedź na pytanie czy tytułowa czykolada ma coś wspólnego z TĄ czekoladą. Wszystko podane w niezwykle tajemniczy i atrakcyjny sposób, z przystawką, na pięknej porcelanie. Smakuje wybornie.

Książka została nagrodzona w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren zorganizowanym przez Fundację ABCXXI  Cała Polska Czyta Dzieciom. Książka odmieniec – tak ją określę, bo wyraźnie różni się od innych laureatek minionego konkursu. Ta książka to wielka niespodzianka. To też wielka dbałość o czytelnika – docenienie jego możliwości odbioru – rzeczy nie zawsze łatwych, popularnych. Gorki powiedział kiedyś: Dla dzieci trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko że lepiej. Beręsewicz właśnie taką książkę popełnił.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

niedziela, 25 czerwca 2017

Kto by pomyślał, że młodzi czarodzieje i czarownice z Hogwartu mają swoje baśnie. A jednak. I tak jak miliony rodziców – mugoli czyta swoim pociechom na dobranoc tradycyjne baśnie o Kocie w Butach, Calineczce, Brzydkim Kaczątku czy Kopciuszku, tak rodzice – czarodzieje czytają swoim dzieciom Baśnie Barda Beedle’a. Jest kilka punktów wspólnych pomiędzy poszczególnymi tytułami – zarówno w jednych jak i w drugich baśniach dobro zwycięża zło, a czytelnik może wyciągnąć z nich dla siebie jakąś ważną moralną naukę. Są też i różnice – jak choćby taka: młodzi czarodzieje na przykładzie losów swoich baśniowych bohaterów przekonują się, że magia może spowodować dobre i złe rzeczy. Konsekwencje tego mogą być wręcz katastrofalne.

Nie chciałabym tu zdradzać wszystkiego. Wtedy można lepiej wczuć się w klimat tych baśni. Lepiej niewiele wiedzieć o niesfornych synach, królewnach i księżniczkach. A propos – czy mają one taką samą naturę jak nasze panny, rodzime, które czekają na księcia na wspaniałym koniu, czy też może same biorą sprawy w swoje ręce i są aktywniejsze i takie jakieś bardziej z krwi i kości? Dużo tych pytań mi się nasuwa po lekturze, ale może w ten sposób zachęcę Was do szukania odpowiedzi na własną rękę.

Baśnie obdarzył swoim komentarzem sam profesor Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore, kawaler Orderu Merlina I Klasy, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, Najwyższa Szycha Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów i Naczelny Mag Wizengamotu. Ta część pewnie bardzie zainteresuje rodziców, bo jest w niej i pewien rys historyczny, interpretacja tekstu, wersje z różnych epok, nawiązania do historii mugolskiej (jak choćby ta o prześladowaniu czarownic). A dzieciarnia niech się rozkoszuje tekstami o czarodzieju i jego skaczącym garnku, Fontannie Szczęśliwego Losu, włochatym sercu czarodzieja, Czarze Marze i jej gadającym pieńku i o trzech braciach.

Książka jest pięknie zilustrowana. Czarno-białe ilustracje przypominają dawne książki z innej epoki, gdzie liczyło się szczegółowe zdobnictwo i precyzja. Przecież muszą być wiekowe, skoro z run tłumaczyła ją sama Hermiona Granger.

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 14 czerwca 2017

Jak ja lubię taaaaakie niespodzianki. Bo…. Pomyśleć by można, że w kwestii „Śpiącej Królewny” zostało już wszystko powiedziane. Tymczasem Wydawnictwo Nasza Księgarnia prezentuje nam takie jak ta perełki. Gdy czytałam informacje o autorce nie mogłam uwierzyć, że wierszowana opowieść o królewnie powstała pod koniec lat 20-tych ubiegłego wieku, i że za chwilę liczyć sobie będzie sto lat. Tymczasem ta baśniowa staruszka jest w doskonałej formie, ma wiele werwy, lekkości. Manuel Peña Muñoz pisze, że ta uśpiona bajka została wybudzona po niemal stu latach od momentu jej napisania przez Gabrielę Mistral (ur. 1889). Sama autorka to odrębny ciekawy temat. Z chilijskiej prowincji, najpierw skromna nauczycielka, potem również poetka, działaczka oświatowa  i … dyplomatka. W końcu – uwaga - Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 1945 roku. Przebywając w Europie zachwyciła się klasycznymi baśniami Charlesa Perraulta i braci Grimmów. Jak bardzo zafascynowały ją te stare teksty? Można powiedzieć, że baaaardzo. Dowodem na to jest m.in. ta książka i inne, które nawiązują do starych tekstów: o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku i Królewnie Śnieżce.


Ta historia czaruje, jest pięknie opowiedziana. Ciekawym doświadczeniem jest to, że można na własnej skórze przekonać się, jak nasze dziedzictwo kulturowe postrzegane było przez innych – bo sami przyznajmy, kultura europejska znacznie różni się od kultury obu Ameryk.

A zaczyna się tak:

Bardzo dawno, dawno to było,

wiele upłynęło już wody,

gdy pewna królowa powiła

córeczkę nieziemskiej urody.

 

Prześliczne to było stworzenie,

zjawisko nie z tego świata.

Piękna niczym senne marzenie,

z zachwytu aż chciało się płakać.

 

Na chrzciny malutkiej królewny

zjechało wielu możnych gości,

król zaś dodatkowo zaprosił

wróżki, co potrafią zapewne

zło i dobro jak mąkę przesiać.

Siedem wróżek się pojawiło

na wystawnej uczcie królewskiej.

Na uwagę zasługują ilustracje Carmen Cardemil. Nierówna faktura tła, postacie niekiedy jakby zamazane, ni to we śnie, ni w ruchu, zyskując tym samym na swego rodzaju autentyczności. Oryginalne przedstawienie uśpionego dworu królewskiego wnosi nową jakość w tradycyjną ilustrację do baśni, która liczy sobie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt różnych wersji; która doczekała się wielu adaptacji filmowych i animowanych, i która liczy sobie …. kilkaset lat.


Na koniec dodam, że książka była wielokrotnie nagradzana; wspomnę tutaj choćby Honorowe Wyróżnienie w kategorii "Nowe horyzonty" na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii w 2014 roku.


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 29 lipca 2016

Pearl ma 15 lat, dopiero zaczyna „żyć”, a już tyle nieszczęść spadło na jej głowę. Jest marzec. Widzimy smutną nastolatkę w kościele na uroczystości pogrzebowej jej matki. Ona też miała plany – dopiero co wprowadzili się do nowego domu, chciała rozwijać swoje zainteresowania artystyczne, planowała remonty, przeróbki. Na dodatek mama umarła, a na świat przyszedł … Szczur. To znaczy dziecko, dziewczynka, maleńka Rose. Jednak dla Pearl jest to Szczur. Nazwała tak swoją siostrę, ponieważ z wyglądu przypomina jej to zwierzę. Szczur ma długą spiczastą twarz i piszczy przeraźliwie. I jest odpychająca, wręcz obrzydliwa. Pearl musi zmierzyć się z tyloma wyzwaniami i smutkami. Nowa niechciana siostra, która „zabrała” jej matkę, brak ojca, relacje z ojczymem, nielubiana babcia, trudna przyjaźń z Molly, problemy w szkole. Same kryzysy i to na wszystkich możliwych frontach.

Czytałam „Rok Szczura” na tarasie i przez głowę mi przeszło, że ja też miałam plany. Ułamek sekundy zadecydował o tym, że nie pojechałam tam i tam, że siedzę w domu zamiast działać. To inna sytuacja (zdecydowanie łatwiejsza) niż ta w książce, ale uświadomiłam sobie złożoność ludzkiego życia, bezsensowność planów, które może zmienić głupi przypadek. Życie Pearl też miało wyglądać inaczej. To właśnie rodzi w niej bunt. Odeszła mama, która tak świetnie potrafiła wszystko ogarnąć – i to mimo swojej zwariowanej natury. Pearl potrzebuje dużo czasu, by okiełznać potwora. By poprawić relacje z ojczymem, babcią, przyjaciółką, by zobaczyć sens kontynuowana nauki, by zobaczyć siostrę w małej istotce, która dopiero co pojawiła się na świecie, a już została nazwana Szczurem. Musi minąć długi rok, by zrozumiała, że kocha i jest kochana. A przez 12 miesięcy jest jak kolczasty jeż, który kuje i nikogo do siebie nie dopuszcza. Duża pomoc tutaj jest też mamy. Zapytacie, dlaczego? Bo mama pojawia się co rusz obok Pearl. Zaczęło się od uroczystości pogrzebowej w kościele, która zadziwiła samą zmarłą. Bo nie tak to miało wyglądać, nie tego chciała. Nastolatka i matka nadrabiają stracony czas, wyjaśniają mnóstwo kwestii, dyskutują, ale też obrażają się na siebie, czasem ranią. To nie są słodkie i łatwe rozmowy. Mama motywuje córkę do działania, podpowiada, ale i słucha, co jest tu ważne, bo Pearl czuje się tak, jakby była na samotnej wyspie. A wiadomo – nastolatek musi się komuś w rękaw wypłakać, choć za żadne skarby świata, nie powie tego otwarcie.

Bardzo dobra powieść dla nastolatków, która świetnie oddaje, co w młodej duszy gra. Brawo za brak łatwych rozwiązań, za pokazanie dorosłych i młodych ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Za to, że autorka nie poszła w łzawy i tani happy end. Nieee, no co ja wypisuję. Jest happy end, i jest łzawy – ale strasznie tu wszystkim pod górkę. Autorka – wszystko dobrze przemyślała i naprawdę wiele rzeczy Was na końcu zaskoczy. Kiedy pojawił się Finn – chłopak z sąsiedztwa – aż westchnęłam do siebie – „Oooo nie”. Jednak spokojnie – ma on do odegrania ważną rolę, ale nie jak w filmach klasy b, gdzie chłopak lekiem na całe zło. Książka w wielu momentach wzrusza, niekiedy denerwuje, niekiedy bawi. Ale takie jej zadanie – wyzwala mnóstwo emocji. Ja chętnie podpowiadam ją rodzicom, ponieważ poruszyła w mądry sposób wiele problemów związanych z wchodzeniem młodych ludzi w dorosłość.

Wiek 14+

Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 20 lipca 2016

Na czym polega fenomen popularności tej książki? Odpowiedź nie jest trudna – na jej prostocie. Gdyby tak zrobić ankietę, którą książkę z dzieciństwa pamiętacie najbardziej, która spodobała się Wam przed laty, Dzieci z Bullerbyn znalazłyby się niewątpliwie w czołówce. Dlaczego? Dlatego, że świat w Bullerbyn jest taki poukładany, wszystko ma swoje określone miejsce, rodzice szanują dzieci, dzieci rodziców, wspólnie potrafią się bawić, gdzie przekazuje się pewną hierarchię wartości, tradycje, zwyczaje. Świat szczęśliwego dzieciństwa, w którym – o dziwo – dzieci mają pewne obowiązki (pomoc w licznych pracach domowych i gospodarskich), do szkoły i sklepu daleko,  na półkach niewiele zabawek i książek, bez telefonu, telewizora i komputera – a każdy kolejny rozdział świadczy o kreatywności dziecięcych główek, wymyślających co rusz to nowsze i ciekawsze zabawy – w Indian, spanie w stogu siana, polowanie na bawoły, ucieczkę z domu, skarby na wyspie, tajemnicze mapy, groty w sianie. Świat, w którym dzieci robią fajkę pokoju z długiego cukierka, pieniądze „na niby”, odlewają ołowiane żołnierzyki, wyobrażają sobie, że krowy na pastwisku to plemię Komanczów. Dzieci z Bullerbyn to moje kolejne okrążenie. W pierwszej rundzie przeczytałam je tyle razy, że nawet nie mogę nazwać konkretnej liczby. W pamięci mam tylko wykręcenie korków przez mamę, bo nie chciałam odłożyć książki, a rano trzeba było iść do szkoły. Pewne powiedzonka, scenki zostały na całe życie: migdał pękł, więc będzie para, Agda wyjdzie za Oskara; kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej; pięciu Murzynów w ciemnej sieni. Oj długo musiałabym wymieniać.


Książka jest napisana prostym językiem, dowcipnie, mówi o ważnych sprawach dla dzieci - nic dziwnego, że trafia tak szybko do małych czytelników na całym świecie. Tak naprawdę Dzieci są już wiekowymi staruszkami:) Ich pierwsza część ukazała się w 1947 roku:) Jednak chyba nigdy się nie zestarzeją.


Bullerbyn istniało naprawdę. Jego nazwa to Sevedstorp. Do dziś jest wielką atrakcją turystyczną. To tutaj dorastał Samuael August, ojciec Astrid Lindgren. Zagrody Północna, Środkowa i Południowa ponoć mają się dobrze. Brakuje tylko lipy, która stała między pokojami Lassego, Bossego i Ollego.


Z dzieciństwa pamiętam wydanie z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. Niedawno pojawiła się kolejna wersja ilustracji – tym razem wyzwanie podjęła Magda Kozieł-Nowak. Od kilku dni mam tę książkę i ciągle do niej wracam. Przepiękna. Pewnie, że gdzieś tam pojawia się sygnał – a to twoje kultowe był czarno – białe? To jest kolorowe, mnóstwo ilustracji na całą stronę i delikatnych muśnięć w rogu kartki, albo na pół strony. I tak jak w innych wydaniach, to świat wyłącznie dziecięcy – do którego został wpuszczony tylko Dziadziuś. Moim zdaniem ilustratorka stanęła na wysokości zadania. Pokazuję kilka mniej znanych kadrów, bo odkąd tylko książka się ukazała, w Internecie można znaleźć powtarzające się motywy. Tymczasem książka ma tak wiele ciekawych miejsc, że szkoda ich nie pokazać.


Dzieci z Bullerbyn to niewątpliwie jeden z piękniejszych momentów, jaki możemy podarować naszym dzieciom. Myślę, że w tej opinii nie jestem odosobniona.


Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

Zbiór najbardziej znanych utworów – poetki i tłumaczki, która już jako dziecko – w wieku 8 lat, wiedziała, co będzie robić, gdy dorośnie. Nie kluczyła gdzieś po tajemnych zakrętach i zakamarkach życia, kierunek dawno został wytyczony – trzeba się go było tylko trzymać. Zostać kiedyś pisarzem – taka myśl w głowie dziecka – ho ho – to się jednak rzadko zdarza.


Spora książka (158 stron) zawiera najbardziej znane i najpiękniejsze wiersze poetki.

Mnie fascynuje i inspiruje świat dziecięcych doznań opisany z niezwykłym wyczuciem, wrażliwością. Widać to zwłaszcza w tytułach: Mama ma zmartwienie, Pożałuj mnie!, Strasznie ważna rzecz, Smutny wiersz, Szybko!, Oj, strach, Marzenie, Moja tajemnica, Jak ja się nazywam.

 

Dzisiaj jestem smutna

jak ptak.

Dzisiaj jestem smutna

jak deszcz.

Leżę sobie w trawie

na wznak, sama nie wiem, czemu

tak jest.

(„Smutny wiersz”)



 

To rewir dziecięcych zabaw: Kopareczka, Kałużyści.

To w końcu małe - wielkie marzenia: A jak będę dorosła.

Poezja wkrada się w zwykłą codzienność: Na wystawie, Wędrówka, Spacerek, W parku.

W wierszach Wawiłow wszechobecna jest przyroda, natura – jej delikatność, ale też żywiołowy charakter – sama jest bohaterem, albo stanowi ważne i niezwykłe tło: Jabłonka, Trawy ździebełko, Drzewo, Miałem małe drzewko.  

Są też liczne zwierzęta: Wilki, Gołąbek, Kruk i żabka, Ptaki, Kucyk.

To też opis relacji międzyludzkich: Moja siostra królewna

Jak ją rąbnę niechcący,

zaraz leci do mamy,

ale to jest nieważne,

bo i tak się kochamy

z moją siostrą królewną.

(Moja siostra królewna)

 

Są wiersze matematyczne i zwariowane: Krzywy wierszyk, Trójkątna bajka, Posłuchajcie bajki nowej, prostokątnej i kwadratowej (nic dziwnego, że córka poetki – Natalia Usenko, w niekonwencjonalny sposób układa zadania matematyczne w Świerszczyku)

Są w końcu wiersze – bajki:, w których widać bezmiar dziecięcej fantazji: Zawalił się pałac, Nie wiem kto, Daktyle, Kurka Złotopiórka, Złoty paw, Taki wielki pies, Czarny lew, Brzydkie zwierzę, Czarne kury, Kruk i Żabka, Dama i Prosię, Pan Sikorek, Kto zabił kota Mruczka?, Siedzieli na ganku, Jak cesarz pije herbatę, Dziwna bajeczka, Bajka o królewiczu, kalejdoskopach i babie, Bajka o stu królach Lulach.


Dla mnie jako mamy ważne są dwa wiersze Szybko i Świnka. Ten drugi uczy, że trzeba i warto chwalić swoje dzieci. Od mamy - Świnki można się wiele nauczyć:

Chwaliła świnka

swojego synka:

-Jaki milutki!

-Jaki śliczniutki!

Różowe uszki!

Króciutkie nóżki!

Wesoła minka!

Bura szczecinka!

A jaki ryjek! A jaki brzuszek! Ach, mój brudasek!

Ach, mój świntuszek!

Książka jest bogato ilustrowana przez Jolę Richter – Magnuszewską. Bardzo podobają się zwłaszcza sceny nocne – trochę nostalgiczne, smutne, z nutką refleksji. Pozostałe też – tematyka różnorodna, jest kolorowo, każda rozkładówka, to inny świat.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 15 lipca 2016

 

Jeszcze niedawno na naszym osiedlu było biało - czerwono. To za sprawą EURO 2016. Wszyscy dosłownie oszaleli sportowo i … patriotycznie. Pamiętam kilkanaście lat wstecz, i kilka – nigdy takiego szaleństwa biało – czerwonego nie było. Nigdy polskie symbole narodowe tak mocno nie były eksponowane, tak widoczne – na ulicach, domach, w strefie kibica itd. Oczywiście można dyskutować – co do pewnych kwestii. Bo niekiedy aż ciśnie się na usta – tak nie wypada. Przecież symbolom narodowym należy się szacunek. Szacun – jak mówią teraz młodzi ludzie. I jeżeli ktoś ma w kwestii symboli narodowych jakieś wątpliwości, pytania, to na pewno książka Alfreda Znamierowskiego je wyjaśnia: flagi na lusterku, flagi, na których ktoś coś nabazgrał, narysował. Noooo panowie, nie do końca tak można.


„Orzeł Biały” po „Mazurku Dąbrowskiego” to kolejna cenna pozycja, którą warto mieć w domu. Wyjaśnia chyba wszystkie kwestie, w każdym razie te najważniejsze, związane z naszym godłem narodowym i barwami. Autor książki – wspomniany już Alfred Znamierowski, zna się w tym temacie jak mało kto. Heraldyk, weksylolog zaczyna swą książkę od początku – czyli od tego jak Gniezno zbudowano. Wraca do legendy o Lechu, który zbudował gród tam, gdzie zobaczył gniazdo białego orła. Potem Przemysław II – bliska mi postać, bo to książę wielkopolski nadał prawa miejskie mojemu miastu. W 1295 roku koronowany na króla Polski jako pierwszy użył Orła Białego jako symbolu państwa polskiego. Herb z orłem był na pieczęci majestatowej króla.


W związku z lekturą tej książki przypomniała mi się (głupia) dyskusja w pewnej stacji telewizyjnej, w której to dziennikarze starali się udowodnić, że na naszym godle orła… nie ma. Miał być nim bielik, który orłem nie jest, tylko …orłanem. I tę kwestię wyjaśnia autor, co chciałabym w recenzji podkreślić (str. 19): „Orzeł w polskim herbie nie jest wyobrażeniem żadnego rzeczywistego ptaka, lecz orłem heraldycznym, czyli stylizowanym przedstawieniem ptaka z przesadnie dużym dziobem, fantazyjnie zakończonym ogonem i potężnymi łapami”.

Z książki można się też dowiedzieć jak na przestrzeni dziejów zmieniał się kształt Orła Białego. Autor wyjaśnia różnicę między „godłem” a „herbem”, przedstawia proporce i chorągwie – znaki „bojowe – rozpoznawcze” na polach bitewnych. Pisze dużo o barwach narodowych. Wiedzieliście, że pierwszymi barwami narodowym Polski były niebieski i czerwony – i to w różnych odcieniach? Biel i czerwień zostały ustanowione nimi w dniu 7 lutego 1831 r. Alfred Znamierowski zwraca też uwagę na „kokardy narodowe”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią biało – czerwone kokardy, mylnie nazywane kotylionami. Autor podkreśla ich kolorystykę – białe serce, obrzeże czerwone (uwaga, bo można zrobić kokardę Monako).

W książce znajdują się również informacje o polskich flagach i banderach, orle wojskowym, orle dla zasłużonych, herbach województw. Oprócz wiedzy teoretycznej warto zatrzymać się na rozdziale o tym, jakie zasady obowiązują w związku z wywieszaniem flagi narodowej. Na pewno przeciętny zjadacz chleba, fan drużyny narodowej, byłby zdziwiony co można, wręcz należy, a czego nie można.


Książka bardzo starannie wydana, z mnóstwem ilustracji: fotografii, rycin, rysunków. Na końcu „Słowniczek heraldyczno – weksylologiczny” i bogata „Bibliografia” dla tych, którzy zechcą zgłębiać tajniki polskich symboli narodowych.

Zajrzyjcie koniecznie do środka

Wiek 9 -99

Wydawnictwo Bajka

poniedziałek, 04 lipca 2016

Pinokio to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych klasycznych lektur dla dzieci. Drewniany pajacyk uwikłany w różne przygody, w konflikcie między obowiązkiem a przyjemnością. Znany z długiego nosa, który rósł do niebotycznych rozmiarów, gdy tylko Pinokio zaczynał kłamać. Jego losy są powszechnie znane. Myślę, że w obliczu najróżniejszych wydań książkowych, skrótów a’la Pinokio, kreskówek i filmów, fabuły powieści nie trzeba bliżej przytaczać. Chcę zwrócić za to uwagę na wydanie – klasyczne, piękne, z czarno-białymi ilustracjami Carlo Chiostriego, opatrzone ciekawym Posłowiem dr Katarzyny Foremniak z Uniwersytetu Warszawskiego. Wspomina w nim o perypetiach samej powieści (ukazywała się ona w prasie w odcinkach) i jego autora. Kiedy po raz kolejny odświeżam sobie lekturę Pinokia nie chce mi się wierzyć, ze to „arcydzieło napisane przez przypadek” (tak określił tę książkę Pietro Pancrazi).

Byłam ciekawa oczywiście tłumaczenia Krystyny i Eugeniusza Kabatców, które jest starsze od wersji Jarosława Mikołajewskiego. W tej książce czytamy zatem o majstrze Wiśni, Gadającym Świerszczu i wielorybie. Książkę czyta się dobrze – powinna spodobać się tym, którzy lubią od czasu do czasu sięgnąć po klasyczną książkę – z dłuższymi opisami, przemyślanymi dialogami, niespieszną fabułą. Mnie zauroczyła ta książka ilustracjami. Mam słabość do takich odświeżonych staroci, zapomnianych, bądź zupełnie nieznanych. Jest tych ilustracji tutaj bardzo dużo – praktycznie co rusz oglądamy to, co ma miejsce w powieści. Potwierdza to dr Foremniak pisząc o skromnych życiu włoskiego artysty. By się utrzymać wykonywał setki ilustracji. Ponoć to właśnie ilustracje do Pinokia przyniosły sławę Chiostriemu – ale co warto podkreślić – sławę niestety … pośmiertną.

Wiek 7+

Wydawnictwo Vesper

środa, 22 czerwca 2016

Zawsze z dużą niecierpliwością czekam na kolejny tom cyklu: „Baśnie świata”. Na pewno niespodzianką są zawsze baśnie mało znane, tak jak w przypadku baśni węgierskich – bo przyznajmy, chyba niewielu z nas zna baśniowy kanon z kraju nad rzeką Dunaj. I to jest doskonała okazja, by poczuć klimat tamtych stron, zanurzyć się po uszy w tamtą kulturę.

Też macie coś takiego, że w czasie podróży do ciekawych miejsc zapoznajecie dzieci z baśniami i legendami związanymi z tym miejscem? Ostatni weekend spędziliśmy w Żmigrodzie i Dolinie Baryczy. Czytaliśmy po drodze o czartach, wiedźmach, pracowitych i przebiegłych chłopach. Kiedy dotarliśmy na miejsce, znaliśmy już małą cząstkę tego miejsca (a propos – Stawy Milickie to przepiękna rzecz). Nie wyobrażam sobie – jechać na Węgry i nie przeczytać tej książki. A jeśli komuś nie jest dane udać się tam w tym roku, można w ramach wakacyjnych podróży przenieść się tam za sprawą baśni, legend i .... wyobraźni.


Zarówno tu, jak i w innych baśniach, dobro walczy skutecznie ze złem, występują waleczni i honorowi bohaterowie, piękne i dumne księżniczki, gadające zwierzęta; zwyciężają sprawiedliwość i prawda, źli zostają natomiast surowo ukarani. Wszystko jest albo czarne albo białe. Bez zwodniczej szarości, która mogłaby namieszać w małych główkach. Co ciekawe bohaterami kilku baśni są postacie historyczne i legendarne. W „Mieczu Boga” spotkacie wodza Hunów - Atyllę. Tytułowy cudowny jeleń jest dla Madziarów tym, czym biały orzeł dla Lecha z legendy o „Lechu, Czechu i Rusie”. Kolejnym bohaterem jest Władysław I Święty, który pokonał Kumanów. Albo Gyorgy Szondi – bohater walczący dzielnie przeciwko Turkom. Choć na pewno więcej tu baśniowych bohaterów i elementów, co tworzy swoisty i niepowtarzalny klimat. Przenoszą one czytelnika w nieznane miejsca historyczne i geograficzne, przybliżają obcą kulturę i tradycje. Stąd to cenna pozycja dla miłośników baśni jak i wakacjuszy, których celem są Węgry. Większość baśni zaczyna się od: „Dawno, dawno temu…”, „Był sobie…” albo „Pewnego razu…” – czyli tradycyjny początek, który zapowiada również tradycyjne zakończenie, zwycięstwo dobra nad złem i pewną naukę moralną. 


Kiedy pierwszy raz przeglądałam książkę (najpierw pobieżnie, jeszcze bez lektury poszczególnych baśni) przypomniałam sobie, co powiedziała mi moja koleżanka, nauczycielka, której szkoła ma przyjazne kontakty ze szkołą na Węgrzech. Kilka razy była w kraju Madziarów i za każdym razem fascynowało ją to, że młodzi ludzie z bardzo wielkim zaangażowaniem podchodzą do tradycji, kultury i folkloru. Ponoć zaszczytem jest członkostwo w zespole ludowym. Chętnie noszą stroje ludowe, chętnie umieszczają motywy ludowe na modnych częściach garderoby. Potwierdzają to zarówno ilustracje Marianny Jagody jak i Posłowie Márty Gedeon. Nic to, książka pojawiła się w domu, zrobiłam sobie kubek mojej ulubionej kawy z mlekiem i przepadłam w tym „Jagodowym” świecie – fantastycznie oddanym za pomocą barw i motywów. Same ilustracje „opowiadają” swoje historie. Pokazują, jak baśnie są głęboko zakorzenione w ludowości, przyrodzie, świecie zwierząt i roślin, historii. Przepiękne są motywy haftów, ornamentów, kolorystyka – soczysta i bardzo energetyzująca.


Tematyka jakże różnorodna: królowie, królewny, diabły, pasterze, krasnale, biedacy z gminu i wielcy panowie. Co mnie szczególnie się spodobało, to mnogość obcych motywów, niespotykanych dotąd. Bo w baśni musi być tajemnica zakończenia, pewna nieprzewidywalność – dzięki temu są ciekawsze i atrakcyjniejsze. I mimo tego, że wiadomo, że dobro będzie górą, to jednak droga do tego zwycięstwa, często wyboista i nieznana, czyni ten świat bardziej urokliwym i fascynującym. I te baśnie właśnie takie są.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7