Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Śmiesznie

środa, 12 grudnia 2018

Mama Gęś to uczta dla oka i ucha. Z wstępu „Od Autorki” można dowiedzieć się wiele ciekawych rzeczy na temat Mamy Gęsi – jej historii i wkładu w krzewienie bajek i baśni. A wkład ten jest olbrzymi, bowiem jak się okazuje, Mama Gęś jest postacią historyczną. Dla jednych jest to królowa Franków Bertrada z Laonu (znana też jako Berta Wielka Stopa - żyła w latach ok. 720-783). Mama Karola Wielkiego – postaci znanej z historii, kobieta z pasją i umiłowaniem do bajek i wierszyków, które zresztą często opowiadała swoim dzieciom. Dla innych z kolei Mama Gęś to Elisabeth Foster Goose (1665-1758). I Elisabeth lubiła opowiadać bajki. Wykorzystał to jej zięć wydawca, który w 1719 r. miał ponoć wydać wierszyki teściowej. Piszę „ponoć”, ponieważ żaden egzemplarz tej książki niestety się nie zachował. W każdym razie Mama Gęś to postać zacna, nobliwa i cudnie, że jej bajki doczekały się wydania i u nas.

Rymowane wierszyki – kilkuwersowe, przy niektórych opis Autorki zawierający zawsze jakąś ciekawostkę czy celną uwagę, nowinkę. Bo jeżeli wierszyk o myszy drepczącej po zegarze, to warto nas, czytelników, zapoznać z informacją na temat prastarego zegara z XV wieku usytuowanego na katedrze św. Piotra w Exter. Albo wierszyk o kocie, który przegonił myszy spod tronu królowej. Chodzi w nim o Elżbietę I. To ponoć spod fałd sukien tej monarchini wyłoniła się myszka, która nieźle nastraszyła królową. Sprowadzono więc kota, który upolował mysz. A może to zupełnie inna historia związana jest z tą rymowanką? Bo to przecież może sam kot wędrujący sobie po Windsorze przestraszył królową? Kto wie? W każdym razie  znajdziecie tu wiele uroczych rymowanych wierszyków: o pantofelkach pięknej Felki, Michale Trzpiocie, Wacku i placku (do tego dołączona jest ciekawa historyjka z czasów Henryka VIII), Miglancu Ignacym, Krzywym człowieku, staruszce mieszkającej w bucie i inne. Dodam, że lektura jest bajecznie zilustrowana przez Adama Pękalskiego. Wydana specjalnie na 10-urodziny Wydawnictwa Bajka, któremu dziękuję za piękne książki i życzę pięknych i jeszcze piękniejszych w kolejnych latach.

Wiek 6+

Wydawnictwo Bajka

sobota, 10 listopada 2018

Paweł Beręsewicz tym razem wierszem – o sporcie. Oczywiście na pierwszym miejscu – piłka nożna (choć ja, prawdę powiedziawszy nie rozumiem jej fenomenu). O słodkiej jedenastce pewnych kociaków w rodzinie szewca i szwaczki. Tak – ta jedenastka to nadzieja piłki nożnej, która w przyszłości pokona i Niemców, i Brazylię.

 I-Goood!” wrzasną wszyscy i wszędzie

Łzę otrę, nie wstydząc się wcale,

A nasi swe szyje łabędzie

Wystawią po złote medale!

Zabawny wiersz o skoczku narciarskim, który zapomniał nart. Miłośnicy tej dyscypliny poczują emocje, jakie towarzyszą zawodnikowi. I rozpoznają wszystkie rytuały:

Skaczę po Niemcu, więc jeszcze chwila:

Przysiad, dwa skłony, przytupów kilka.

Zielone światło. Niemiec zaczyna.

Zjazd, próg, odbicie, w nogach sprężyna,

Leci, maleje, znika, bo mgła,

I teraz ja.

Dalej śledzimy historię maratonu:

Że męczyć się musimy tak,

To wina Miltiadesa.

Bo po co gońca słał na szlak?

Mógł wysłać esemesa.

Akrobatyka, himalaizm, rzut dyskiem, judo, siatkówka, boks, wioślarstwo, jazda konna, szachy, podnoszenie ciężarów, tenis stołowy, żeglarstwo, krykiet, rugby, jogging, pchnięcie kulą, karate, koszykówka, skok w dal, baloniarstwo, piłka ręczna – to tylko kilka dyscyplin. Więcej (razem 49) znajdziecie w tej książce. Paweł Beręsewicz, bardziej mnie znany z prozy niż z poezji, opowiada o sporcie rymem, z przytupem, humorem i przymrużeniem oka. Co widać dobrze w przytoczonych przykładach. Do tego na deser prace mistrza ilustracji - Bohdana Butenki. Czegóż chcieć więcej? - zapytam przekornie. 

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura 

środa, 26 września 2018

Uwaga! Ta książka jest niebezpieczna! Wciąga  niemiłosiernie. Lektura do wielogodzinnego studiowania, szukania, delektowania się, śmiania, pokazywania, analizowania. Otwiera się jedną rozkładówkę, potem drugą, trzecią – człowiek przepada. Tyle tu szczegółów, szczególików, którym trzeba się przyjrzeć. To istne kompendium wiedzy na temat krasnoludkowego świata. Raj dla poszukiwaczy wrażeń. Ach, i najważniejsze, o czym zapomniałam dodać na samym początku: gdyby ktoś miał wątpliwości, czy krasnoludki istnieją, to po tej lekturze takich wątpliwości już mieć nie będzie. Krasnoludki istnieją naprawdę. Autor co rusz porusza tu znane i mniej znane fakty, że np. są trzy rodzaje krasnoludków: leśne, domowe i bajkowe. O tym, że uciekają z książek z powodu ciasnoty. Że można zarazić się poważną chorobą o zaskakującej nazwie: „krasnoludoza”. Można też poznać najczęstsze choroby krasnoludków i stosowane na nie lekarstwo (Krasnovital). Na okładce przeczytacie o 465 krasnoludkach -Pytanie, czy ktoś się pokusi o policzenie ich i o weryfikację?

Książka przede wszystkim obrazkowa. Od czerwonych krasnoludkowych czapeczek można dostać oczopląsów. Krasnoludki na olimpiadzie, w kosmosie, w różnych środkach transportu. Jak się okazuje – krasnoludki mają poważny wkład w rozwój rzeczy i zjawisk towarzyszących nam w naszym codziennym życiu. Są odpowiedzialne za dojrzałe owoce, dziury w serze, pękające baloniki, odpadające guziki, zagubione klucze i inne przedmioty, dodatkowy brzuszek przy literce „B”. Nie mówiąc już o ich ogrrrrrromnym wkładzie w rozgardiasz poranny. Spóźniłeś się, kleją ci się oczęta niby z niewyspania, w zlewie przybywa brudnych naczyń i śmieci na podłodze – za tymi nieszczęściami stoi ktoś trzeci. A tym kimś są krasnoludki. Myślę, że sam autor nieźle się bawił przy tej książce – wymyślił mnóstwo ciekawych i zaskakujących sytuacji, utworzył ciekawe krasnoludkowe neologizmy. Jednym słowem: bomba! Jak sam tytuł mówi: fakty, mity, głupoty. A co jest czym – to już zależy od tego, jak zostaną przeczytane i zinterpretowane przez poszczególnych czytelników.

Można oglądać tam i z powrotem w nieskończoność - a to dzięki grubym, sztywnym, kartonowym kartkom. 

Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 12 września 2018

W komiksie Mieczysława Fijała przenosimy się w czasy a’la średniowieczne, gdzie królowie, księżniczki i … smoki.  Właśnie panuje książę Nieład. Jego włości robią wrażenie – są naprawdę i piękne, i rozległe. Pewnego dnia w  krainie mlekiem i miodem płynącej pojawia się smok. Oczywiście władca główkuje nad tym, jak tu pozbyć się poczwary. Klasyczne rozwiązania w postaci wysłania do smoczej jamy dzielnego rycerza, niestety nie przynoszą spodziewanego efektu. A może rozwiązania należy szukać u czarownika Monrou? Przy  jego pomocy pokonanie gada to będzie błahostka. A jednak nie. Sam wróżbita szuka sposobów i wtedy nachodzi go pewna myśl. W poszukiwaniu ratunku, udaje się do przyszłości i sprowadza stamtąd dwóch nastolatków: Oskara i Fabrycego, którzy w czasach współczesnych biorą właśnie udział w wycieczce klasowej do starego zamku. Dwaj dzielni śmiałkowie (hi hi) ze smart fonami w ręku właśnie się chwalą, że pokonali smoka? Chyba domyślacie się, o jakiego potwora tu chodziło. No ale cóż, Monrou nie miał pojęcia o grach komputerowych. Całość okaże się dziwnym zbiegiem licznych okoliczności, pomysłów, sztuczek, strachów, śmiesznych scenek. Bo ta wspomniana wyżej dwójka z przyszłości będzie musiała poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Jak nic na myśl przychodzi francuski klasyk filmowy, świetna komedia: „Goście, goście” (dla starszych). Znajdziecie tutaj humor słowny i sytuacyjny, mnóstwo zwrotów akcji, charakternych bohaterów, świetne komiksowe ilustracje. Oskar i Fabrycy nieźle narozrabiali – w obydwu wymiarach. W jednym walcząc ze smokiem, w drugim – psując klasie wycieczkę do zamku. Szczegóły i dobra zabawa – już w komiksie.

 Wiek 6+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 17 sierpnia 2018

 

„Jak wytresować smoka” – wielu znana jako kreskówka. A jest książka – i to jaka!!! – Bardzo zadziorna, śmieszna, jedyna w swoim rodzaju. Na początku trochę zlekceważona, bo przecież dzieciarnia „zna” (podkreślam słowo „ponoć”) – z filmu – a jakże. A potem okazało się, że z kreskówki niewiele się pamięta, książka sprawiła olbrzymią radochę, a po obejrzeniu kreskówki – tak dla przypomnienia i zachęceni lekturą – padło: uwaga!!!– wiekopomne stwierdzenie – KSIĄŻKA jest lepsza. I inna – bo tu i tam SA spore różnice. A przecież w książce było tak i tak – jednym słowem: było lepiej.

A więc: przenosimy się do odległych czasów dzikich Wikingów. Bardzo dbają oni o wychowanie swoich dzieci – ale nie myślcie, że chodzi o zasady kindersztuby, takie ą, ę – bułkę przez bibułkę. Rasowy Wiking musi być chętny do walki, zaczepki, musi bekać, pluć, przeklinać, mścić się. Tego oczekuje się od wikińskich chłopaków. I musi jeszcze dostać się do smoczej jaskini, porwać smoka i następnie go wytresować. Czkawka – syn wodza wikińskiego jest inny. Delikatny, nie znosi wrzasków, przelewu krwi – tymczasem wszyscy, łącznie z ojcem, mają wobec niego inne oczekiwania – przecież w przyszłości sam ma zostać WODZEM. Kiedy po wyprawie po smoka Czkawka wraca z jakimś mizernym smoczym chuderlakiem nikt nie wieszczy mu kariery wikińskiego rozrabiaki. Zresztą, czy sam Czkawka chce właśnie taki być? Czy zamierza upodobnić się do swoich adwersarzy, którzy marzą o tym, by w przyszłości pozbyć się chłopaka i stanąć na czele wikińskiego plemienia?

Bardzo udana książka pełna humoru – przyznaję, niekiedy przaśnego – są wesołe sytuacje, dialogi, opisy, ilustracje. Naprawdę: podczas lektury często słychać było wybuchy śmiechu. Dobra wiadomość jest taka, że na jednym tomie nie koniec tej historii. Ukazała się już część druga: „Jak wytresować smoka. Jak zostać piratem”. Na okładkach zapowiedź kolejnych części w najbliższym czasie – razem 6 książek.


„Jak wytresować smoka” z jednej strony bawi, daje możliwość przeniesienia się w odlegle czasy, przeżywania przygód. Z drugiej strony traktuje o starych i cennych wartościach jak: honor, odwaga, prawdziwa przyjaźń. Gdzieś pomiędzy wierszami, w trakcie doskonałej zabawy można też się wiele nauczyć i wynieść cenną naukę na przyszłość – co tak naprawdę jest ważne w życiu.

Wiek 8+

Wydawnictwo ZNAK

  

środa, 18 lipca 2018

W tej książce nie znajdziecie ani żadnych czarów-marów, ani jakiejś strasznie niesamowitej albo zagmatwanej opowieści. Ta historia bardziej kojarzy mi się z opowieściami, które po raz „enty” opowiada się przy stole w miłym towarzystwie. Do powspominania, pośmiania się. Jest oczywiście narastające napięcie, budowanie nastroju, niepewność i ciekawość, czy aby tytułowe czapki dzieciaków na pewno się odnajdą. Bo w tej historii jest coś dla dzieci i dla dorosłych. Jest przede wszystkim ukazane, że z każdego, nawet niepozornego wydarzenia, można stworzyć ciekawą opowieść. Jest dziecięca chęć do zabawy, zatracenie się w niej, niedbałość o swoje rzeczy – bo w pewnym momencie akurat towarzystwo innych dzieci jest ważniejsze niż takie zwykłe czapki. Ale jest też nieporadność dorosłych, która z jednej strony śmieszy, choć z drugiej uczy też tego, by od czasu do czasu pośmiać się z samego siebie. A to akurat nam, dorosłym, niekiedy trudno przychodzi.

A cała historia zaczyna się niewinnie. Grupka dzieci udaje się do Adama na urodziny. Podczas przyjęcia tata chłopca …. czaruje. Do jednej ze sztuczek potrzebne są czapki przybyłych dzieci. Problem w tym, że te nagle znikają bez śladu. Czy się odnajdą?

Historia zaginionych czapek została opowiedziana prostym językiem - warto polecić początkującym czytelnikom. 

P.S. Ja z moją starszą siostrą też mam taką opowieść o pewnej czapce znalezionej na słupie energetycznym wiele, wiele lat temu. Tylko, że wtedy siostra tej czapki nie chciała. Po latach śmiejemy się z tej historii i czasem do niej wracamy podczas rodzinnych wspomnień.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 10 lipca 2018

 

Smerfy uwielbiam jako kreskówkę i jako komiks. I nie wyrosnę z tego. Podoba mi się humor, akcja, neologizmy związane ze smerfowaniem wszelakiego rodzaju. To pole nieskończonych możliwości – właściwie każda część książki, każdy odcinek czymś nowym zaskakują.  I wszyscy wiedzą zawsze, o co chodzi. Smerfy łączą pokolenia – i nikt, i nic tego nie zmieni. W najnowszej części w wiosce niebieskich skrzatów pojawia się Smerfuś. Otóż „pewnej pięknej nocy” przynosi go … bocian. W małym zawiniątku zostaje podrzucony pod któryś z domków. Problem w tym, że Smerfuś znalazł się w wiosce przez przypadek. Z początku nikt go nie chce, w końcu trafia do Smerfetki, która otacza go olbrzymią miłością, troskliwością, zainteresowaniem. A gdy okaże się, że Smerfusia trzeba oddać, wszyscy mieszkańcy wioski jak mur staną za maleństwem. Czy dzidziuś zostanie w wiosce?

Oprócz tytułowego Smerfusia w książce znajdziecie jeszcze inne odrębne smerfowe przygody:

Papa Smerf wkrótce będzie obchodził swoje 542 urodziny. Cała społeczność niebieskich ludków myśli o tym jak wysmerfować mu ciekawy prezent. Może hantle? Może likier malinowy? A może buty do biegania? Nieeeee. Wszystkim podoba się pomysł upieczenia przeogromnego ciasta. A to łatwe nie jest Czy Smerfetce uda się zmobilizować przyjaciół do pracy?

Wioska Smerfów jest w fatalnym stanie. Domki należałoby odnowić, bo farba się potwornie łuszczy. Wszyscy biorą się do roboty, łapią za pędzle. Tylko, że LICHO, ooooo pardon, Gargamel, nie śpi. Właśnie wynalazł farbę, która czyni go niewidzialnym. Podstępem dociera do wioski, a tam przez przypadek zostaje odkryty. Oj, będzie się działo.

Gargamel chce dostać się na zabawę w wiosce Smerfów. Wymyśla śmieszne przebranie, które ma pomóc ukryć jego prawdziwą tożsamość. Czy mu się uda?

Czy też tak macie, że Gargamela i Klakiera lubicie mimo wszystko? Robią dużo złego, psocą się niebieskim skrzatom, ale bez nich to nie byłoby to. Świetne ilustracje, humor językowy, sytuacyjny, starzy znajomi. A przede wszystkim książka – do której zawsze można wrócić, gdy się zatęskni za dzieciństwem. A gdybyście nie wiedzieli, skąd się biorą dzieci, Papa Smerf właśnie w tej części to tłumaczy:


Wiek 4+

Wydawnictwo Egmont

środa, 11 października 2017

 

 „Psociniec” to zbiór wierszy o kociej i psiej tematyce. I moim zdaniem to doskonała odskocznia od zabieganej rzeczywistości. Ciągle narzekamy na brak czasu, gonitwę za karierą, pieniędzmi. Psociniec to miejsce, w którym mieszkają mistrzowie psot – czyli pies i kot. I wierzcie mi – zalatany człek XXI wieku z przyjemnością odpocznie w towarzystwie tej menażerii. A co te zwierzaki wyprawiają, ho, ho! Faktycznie, psocą na całego. Fajnie oderwać się od rzeczywistości , zapomnieć o troskach dnia codziennego: dwójce w szkole, kłopotach w pracy. Już ilustracja do tytułowego wiersza to swego rodzaju obietnica tego, co nas czeka podczas lektury całości. Zanurzamy się w tę zieleń po uszy, krzaki, wylegujemy się wygodnie na słońcu. Myślimy przy tym o niebieskich migdałach i oczywiście przyglądamy się temu, co w Psocińcu piszczy. O przepraszam: miałam napisać : szczeka i miauczy.

Pod schodkiem przysiadł mały kotek. Bez domu, bez imienia. Och, jaka wielka ochota w małym człowieku, by to stworzenie przygarnąć. Mama na pewno się zgodzi.

Koty chodzą swoimi ścieżkami. Wybornie odzwierciedla to wiersz pod znamiennym tytułem: „Gość”. Kocur pojawia się i znika. Dokąd idzie? Gdzie tak długo przebywa? Skąd wraca? Nikt tego nie wie.

Pewnie spodoba się Wam „Kocia kołysanka” – jak nic kojarząca się od razu z kultowym: „A-a-a kotki dwa”. Tyle że ciąg dalszy już inny, nastrojowy. Jeśli ktoś ma maluszka – to koniecznie do nauki na pamięć i do szeptania do uszka podczas zasypiania. Będzie to miłe wspomnienie z dzieciństwa. To dla kociarzy. A jeśli ktoś ma psiaka – jest i psia wersja:)

Wiersze różne pod kątem nastroju – senna „Kocia kołysanka”, energiczna i śmieszna „Samochwała”.

Wiecie, jest coś, co mnie baaaaardzo zaskoczyło. Mianowicie – wiersz o rottweilerze. Ha, ha – kto by pomyślał, że i ten psiak znajdzie swoje miejsce w poezji. A jednak. A tu proszę – w dodatku jaki tekst – „rottweiler w Pruszkowie spał zawsze z kotem na głowie”. Zabawi Was artysta, który trenuje na konkurs piosenki”, i mądrala ze Zgierza  co to myśli  „co jest cięższe: tona stali czy pierza”. A może wiersz „Gra”? podsunie Wam pomysł na zabawę „Zlaprękawek”.

Dużo inspiracji, dużo zabawy, odprężenia od codzienności. Takie podglądanie zwierzaków, ich zachowań, zabaw.

Nie mamy ani psa ani kota – za to jesteśmy posiadaczami chomiczki Szarusi. Zawsze, zanim bladym świtem udam się do pracy, chwilę spędzam przy jej klatce. Wyprawia takie rzeczy, że od razu dzień staje się weselszy. Taki Psociniec pod naszym adresem:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura

 

poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Wiecie, co zauważyłam? Jeśli dziecko jęczy, że nie lubi czytać, wystarczy mu podrzucić komiks. Niby to przypadkiem. Na nocny stolik. Tak od niechcenia. Położyłam wśród ludzików lego, komórki, stosu kredek i pisaków. Potem z satysfakcją odkrywam, że dopięłam swego. Oczywiście pomarudziłam, że już późno, a on – czyli mój młodszy syn, oczęta sobie psuje przy lampie zaczytany w przygodach niebieskich ludzików. Ale czytał tak długo aż nie zobaczył „KONIEC”. Tak więc kochani – w razie czego – Smerfy są antidotum na wszystkie nieczytajki. Nie myślcie, że u mnie tak łatwo. Niekiedy też muszę zachęcać, by po książki dziecko sięgnęło. Bo przecież konkurencja nie śpi i wytoczyła wszystkie działa: te wszystkie gry i gierki, smartfony, laptopy. Nie, nie jest wcale łatwo – przyznajemy z mężem. Ale pocieszamy się nawzajem, że ci „nowsi” rodzice, będą mieli już tylko gorzej i bardziej pod górkę. Ale dość tego defetystycznego narzekania.

W tej książce aż pięć opowieści. „Dziwne przebudzenie smerfa Śpiocha”. Tytułowy bohater po przebudzeniu stwierdza, że chyba znalazł się w innym świecie. Wioska zasnuta w pajęczynach, nagryzione zębem czasu, a wszyscy członkowie niebieskiej społeczności są nobliwymi staruszkami. Jednym słowem smerfowy koszmarrrrrr.

„Pociąg smerfów” – smerfy wracają do wioski obładowane zapasami. Kosztuje je to dużo wysiłku. Proszą zatem Pracusia o pomoc. Chyba domyślacie się, co wymyśli ten pracowity smerf? Tymczasem straszny czarodziej Gargamel podczas grzybobrania przypadkiem wśród zieleni leśnego poszycia dostrzega maleńkie tory kolejowe.

„Smerf i smok” – smoki w literaturze nie mają zbyt dobrej opinii. Ale ten smok, który pojawi się w wiosce smerfów jest naprawdę sympatyczny. Jest jeden minus – ma ogromny apetyt….

„Smerfy strażacy” – smerfy postanawiają założyć w  wiosce jednostkę strażacką. Pracuś pracuje nad strażackim pojazdem, grupka innych niebiesko ludków buduje wieżę obserwacyjną. Niestety, Gargamel zaczyna igrać z ogniem, ale uwaga: stare smerfowi przysłowie mówi: kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada. Tak więc spokojnie, i ta historia zakończy się happyendem.

„Kret u smerfów” – kto ma działkę wie, że kret, skądinąd bardzo sympatyczne i pożyteczne stworzenie, może narobić niezłych szkód. Ten problem mają właśnie smerfy w wiosce, ponieważ krecie korytarze i kopce rujnują smerfowi domki. Ciekawe co się stanie, kiedy smerfy odkryją, że kreci korytarz doprowadził ich do Gargamelowego zamczyska.

Zabawne historyjki, wciągające, z pomysłem. Mnie zawsze urzeka smerfowy język małych stworzeń. Ach te wszystkie neologizmy, które świetnie pasują do kontekstu i są przez wszystkich doskonale rozumiane: „Coś się posmerfowało”, „Smerflicje”, „Smerfne, że palce lizać”, „Nie do usmerfnięcia”.  Word uparcie podkreśla, że błąd. Ale nieeeeee, tak właśnie ma być – smerfowo!

Wydawnictwo Egmont

sobota, 04 marca 2017

Smerfy to bajka dzieciństwa mojego młodszego rodzeństwa. Pamiętam jak brat z siostrą wyczekiwali kreskówki o niebieskich ludkach. Głos Gargamela rozbrzmiewał w całym domu. Podobnież jak przeraźliwe miauczenie Klakiera. Kiedy po latach sięgam po książkę (komiks był pierwszy – dopiero potem kreskówka), gdzieś w głowie kołacze mi głos Wiesława Drzewicza – charakterystyczny, ochrypnięty – gdy widzę Gargamela znów prześladującego mieszkańców małej wioski ukrytej w lesie.

W tym komiksie znajdziecie pięć opowieści.

Tytułowy latający smerf marzy o tym, by wysmerfować maszynę, która zabierze go wprost ku niebu. Oczywiście powstanie maszyna latająca, dzięki której dzielny smerf wyratuje Smerfetkę z rąk Gargamela.

„Łakomstwo smerfów” pokazuje, że nadmierny apetyt może przysporzyć sporych kłopotów. Tym bardziej, że wiadomo, iż LICHO – czyli Gargamel - nie śpi. A ten przeklęty czarodziej ma pewien plan – zresztą jak zawsze.

W „Smerfie w masce” pojawia się tajemniczy smerf, który rzuca inne smerfy tartą w twarz. Kim jest ten osobnik i jaki ma cel?

Kolejna opowieść o szczeniaku, który wywraca życie smerfów do góry nogami. To stworzenie zyska ogromną sympatię i smerfów i czytelników – co zechce również wykorzystać Gargamel. Oj, smerfy naprawdę muszą się mieć na baczności. Na szczęście psiak doskonale odróżnia dobro od zła.

Kolejna opowieść – taaak, Zgrywusa zawsze trzymają się żarty, które o zzzgrozzzo,  śmieszą tylko ich autora. Wszyscy w wiosce mają już dość wybuchających prezentów. Kiedy Zgrywus opuszcza wioskę, wpada w łapska Gargamela. Już mały smerf wie, co robić, by pokrzyżować plany czarodzieja. Nie muszę c hyba dodawać, że czeka go niespodzianka. W dodatku wybuchowa.

Komiks o smerfach to przede wszystkim przygoda. Dalej humor, bo nie brak tu komicznych sytuacji i powiedzonek. Smerfowe neologizmy to już kolejny temat – mimo, że wyrazy te zazwyczaj zaczynają się od przedrostka „smerf+ coś tam” użyte w konkretnym kontekście znaczą właśnie to, co mają znaczyć. I ani duży ani mały nie ma problemów z ich zrozumieniem: smerfolotować, najsmerfniejszy, wysmerfować, smerfny, smerfuje mnie to. Wiadomo o co chodzi, prawda?

Tak na marginesie – czy kiedyś jakiś językoznawca zajmie się językiem smerfów na poważnie? I Poważnie o to pytam – bo to zjawisko nietuzinkowe, a pewnie arcyciekawe.

Wiek 4+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 03 marca 2017

Czy wiecie, że Lucky Luke ma wiele wspólnego z Mikołajkiem i Astreiksem i Obeliksem? A co? A raczej kogo, należałoby spytać. Te wszystkie postacie łączy francuski pisarz René Goscinny, który jest również jednym ze współautorów komiksów o Lucky Luke’a. Obok Morris’a – pod tym nazwiskiem kryje się belgijski rysownik i scenarzysta Maurice de Bevere. Po śmierci Goscinnego seria, która odniosła wielki sukces, była kontynuowana. Dwie książki, które chce dziś przedstawić , mają właśnie różnych autorów. „Jesse James” to Goscinny, natomiast „Fingers” –to już Lo Hartog van Banda, niderlandzki autor komiksów. Oczywiście idea głównego bohatera nic a nic się nie zmienia. Od samego początku zawsze ta sama. Lucky Luke jest niereformowalny – klasyczny kowboj, niczym średniowieczny rycerz,  zawsze gotowy, by nieść pomoc słabszym , chronić ciemiężonych , mający nerwy ze stali sługa sprawiedliwości. Razem ze swoim koniem, wiernym towarzyszem, ściga przestępców. Rumak pomaga swemu panu w każdych okolicznościach, a koń zna różne sztuczki, które wykorzystuje w pozytywnym tego słowa znaczeniu w dążeniu do celu – co potwierdzają liczne przykłady z książki.

W „Fingers” pojawia się bardzo kontrowersyjna postać. Z jednej strony rzezimieszek, do którego paluszków dosłownie wszystko się klei: klucze, biżuteria dam. Z drugiej strony – to istny czarodziej, który swoim urokiem dosłownie zniewala kobiety, rzuca je na kolana. I mimo tego, że te zostały wcześniej przez zacnego dżentelmena w kulturalny sposób (jakkolwiek to brzmi) obrabowane, to damy te nie mają złodziejaszkowi za złe, nie pielęgnują urazy. Gorzej – mają innym wręcz za złe, że traktują faceta jak złodzieja i bandytę. Oj bardzo rozbawiła mnie scena ze strony 31 komiksu – „Ferdynandzie! Daj panu dojść do słowa!” . Koniecznie poszukajcie:)


W kolejnej książce pojawia się prawdziwy bohater, bowiem Jesse James żył naprawdę. Krótką notkę biograficzną znajdziecie zresztą na końcu książki. Weteran wojny secesyjnej zapragnął zostać Robin Hoodem Dzikiego Zachodu. Chciał odbierać bogatym, by darować biednym. Ale czy tak czynił w rzeczywistości? Lucky Luke dowiaduje się, że banda Jessego zmierza do Teksasu. Dzielny kowboj musi stawić im czoła i wymierzyć sprawiedliwość.

Przygoda, humor słowny i sytuacyjny, wyraźny podział na dobre i złe, świetne rysunki, wartka i trzymająca w napięciu akcja. To powinien mieć dobry komiks – a Lucky Luke TO właśnie ma.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 19 lutego 2017

W „Dzień Kota” musi być o kocie. I o psie. Tego ostatniego znamy już z innych książek: „Pamiętnik grzecznego psa”, „Nowe przygody grzecznego psa”, „Wakacje grzecznego psa”. Malamut Winter musi pogodzić się z tym, że w domu zamieszkał KOT. Przez przypadek przyplątał się do rodziny podczas wakacyjnej wycieczki w góry, a po nieudanej próbie sprezentowania go sąsiadce, kot zamieszkał z Winterem (wyjątkowo grzecznym psem) i jego opiekunami. Zaczyna się wspólne oswajanie i … obwąchiwanie.

Winter w swoim psim pamiętniku opisuje kota Mariana, który wywrócił psie życie do góry łapami. Oj - Marian potrafi tak zadziałać wykorzystując swój koci spryt, że wszyscy obwiniają o szkody, psoty, „kłótnie” boga ducha winnego Wintera. Z humorem para autorów: Katarzyna Terechowicz i Wojciech Cesarz przedstawia psią i kocią naturę, pokazuje co dzieli a co łączy (a jakże) te dwa zwierzaki. Dzieci mogą dowiedzieć się naprawdę dużo informacji na temat kocio-psich przyzwyczajeń i upodobań.


Naprawdę śmieszne są perypetie Henrykowej rodziny: np. dyskusja ze strażakami na temat kosztów ściągania Mariana z czubka drzewa, spotkanie z pogromcą kotów, podróż samochodem z kotem na głowie (dosłownie). Wniosek z tego taki: nie jest łatwo żyć pod jednym dachem z kotem i psem, ale na pewno jest ciekawie. Tradycyjnie ilustratorką serii jest Joanna Rusinek. Tworzy klimat całej historii: trochę zwariowanej, trochę poważnej i śmiesznej. Świetnie odzwierciedla charakter wspólnego pomieszkiwania człowieka z menażerią.


Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

środa, 30 listopada 2016

Żeby było jasne: Baran jest pierwszy, ponieważ taki właśnie jest porządek w Zodiaku. To on zaczyna poczet gwiezdnych znaków.

Baran:

„Zawsze szybki, szczery, rzutki,

Choć nie wszystkim miłe skutki”.

Byk:

„Wszystko lubi mieć dla siebie,

Z trudem dzieli się w potrzebie.”

Bliźnięta:

„Wiele spraw wciąż mają w głowie

Często kończą je w połowie.”

Rak:

„Czy to rano, czy wieczorem,

Rak jest wielkim domatorem.”

Lew:

”Choć natura z gruntu szczera,

nieraz pycha go rozpiera.”

Panna:

„Moi drodzy, oto Panna,

Skromna, czysta i staranna.”

Waga:

„Przy tym, jak to czasem bywa,

Jest wygodna i leniwa.”


Skorpion:

„Skorpion, jak zapewne wiecie,

Jest odważny jak nikt w świecie.”

Strzelec:

„Optymizmu ma bez liku,

Nie zna krętactw, zdrad, uników”

Koziorożec:

„Wciąż się w nim ambicja budzi,

Często szorstki jest dla ludzi.”

Wodnik:

„Wodnik stawia wciąż pytania,

Bo go świat do pytań skłania.”

Cytaty z 8-wersowych wierszyków Marcina Brykczyńskiego wybrałam przypadkowo. I proszę się nie obrażać ani obrastać w pychę – bowiem autor o każdym Znaku Zodiaku mówi trochę dobrego i trochę mniej dobrego. Z przymrużeniem oka pokazuje, że natura ludzka jednak jest skomplikowana. Nic nie jest ani czarne ani białe. Ale za to jest kolorowo – a to za sprawą ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło. Świat się zmienia jak w kalejdoskopie – a to za sprawą mijających pór roku i środowisk, z jakimi kojarzą się poszczególne Znaki. Sprawdźcie, co o Was tutaj napisano. A może razem z dziećmi popatrzycie w niebo, bo lektura do tego również zachęca.

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 02 sierpnia 2016

Zabawna książka, którą należy traktować z przymrużeniem oka. W przeciwnym razie już nigdy nie wsiądziecie na rower, już nigdy nie zaprosicie gości („Im więcej zaprosisz gości, tym więcej zaznasz przykrości”), już nigdy nie weźmiecie książki do ręki.

Człowiek nie ruszyłby się z domu, ba – a może i z własnego łóżka. Zawsze i wszędzie spodziewałby się zagrożenia i niebezpieczeństwa. Tak więc potraktujcie „Zagrożeniologię” jako źródło dobrego (niekiedy czarnego) humoru, jako swego rodzaju wywoływacza śmiechu w  różnych postaciach: subtelnego, nagłego, niekontrolowanego, przez łzy, końskiego, tubalnego, rubasznego. Potraktujcie  „Zagrożeniologię” też jako źródło różnych anegdot, którymi można „zabłysnąć w towarzystwie.


Doktorr Noel Strefa jest najznakomitszym zagrożeniologiem na świecie. Zna się na wszystkim w tej dziedzinie. Jest mistrzem w wyszukiwaniu najmniejszych zagrożeń. A te mogą nadejść w najmniej spodziewanym momencie, z najmniej spodziewanej strony.  


Książka w zabawny sposób opisuje różne niebezpieczne przypadki. Pełno tu śmiesznych i wyszukanych neologizmów wynalezionych dla dobra człowieka, nauki, mrożących krew w żyłach przykładów, teorii i definicji. Jednym słowem: pozytywnie zwariowana lektura dla pozytywnie nastawionych czytelników, którzy nie boją się eksperymentować.

P.S. Chować przed rodzicami, bo nigdy Was nigdzie nie puszczą.

Wiek 8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

czwartek, 14 lipca 2016

Do tej pory to książka wywoływała emocje w czytelniku: radość, zadumę, smutek,  złość, wesołość, zainteresowanie. Tym razem odwrotnie. To czytelnik wywołuje reakcję u bohaterów książkowych: świnki Malinki i słonia Leona. Przyglądają się czytelnikowi z kartek tej opowieści, zachęcają do czytania na głos, śmieją się z nas, do nas, są w końcu przerażeni, że ta książka kiedyś się skończy. I oczywiście zachęcają do tego, by ponownie przeczytać lekturę.

To naprawdę zaskakująca i zabawna książka. Jest dużo śmiechu, ponieważ Malinka i Leon robią śmieszne ryjki (minki), reagują bardzo impulsywnie. Śmieszą ich niedowierzanie, zaskoczenie i próby poznania  naszej czytelniczej natury.

Autor pracował jako scenarzysta i animator „Ulicy Sezamkowej”. Sześć razy odbierał nagrodę Emmy, zdobył również i inne nagrody za swoją twórczość. Jego książki ciągle można znaleźć na listach bestsellerów dla najmłodszych „New York Timesa”.

Wiek 3+

Wydawnictwo Babaryba  

 

 

niedziela, 17 kwietnia 2016

W tych kotach można się zakochać od pierwszego wejrzenia: dziergane, z filcu, z kicika (tak dzieci mówią na puszysty materiał), przyozdobione koralikami, ptakami, syrenim ogonem, z naręczem gwiazd. Czarne, białe, rude, szare – ale też zwariowanie zielone, w odcieniach niebieskiego, żółte. Z pięknymi kocimi oczętami.

Jakie są koty w tej książce? Niby takie niewinne, a jednak bestie w środku, z artystyczną duszą, buszują wśród gwiazd, wyjadają cioci łakocie, kochają (!) Polskę. Ale oprócz tych cudowności koty w wierszach Brykczyńskiego są jak zwykłe koty: mruczą, łapią myszy i muchy w locie, miauczą, chodzą w nocy, śpią w dzień, drapią pazurkami nowy fotel, włóczą się po dachach, sypią iskry, i oczywiście chadzają własnymi ścieżkami. I wzbudzają tylko ciepłe uczucia.

Pięknie zilustrowana książka, wiersze z pazurem (kocim) i łagodne. Elżbieta Wasiuczyńska włożyła w swoje prace tak wiele serca. Również z wierszy Marcina Brykczyńskiego bije dużo pozytywnej energii. Czyżby ta para miała kota na punkcie kota?


Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 16 grudnia 2015

Pisząc o tym audiobooku najchętniej zrobiłabym tak: 

:):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)

Taka jest reakcja na tę książkę – właściwie trzy książki, bowiem całość obejmuje trzy tytuły, które do tej pory ukazywały się oddzielnie. Nigdy w tak bogatym komplecie – trzy w jednym, czyli:

-Burzliwe dzieje pirata Rabarbara

-Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara

-Jeszcze dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara

Już same tytuły wskazują, że autor miał poczucie humoru – o książkach nie wspomnę.

Burzliwe dzieje pirata Rabarbara czytałam przed wiekami – jako dziecko. Swój egzemplarz (nie wiedzieć dlaczego) – wydałam. Kiedy pojawiły się dzieci – zaczęło się polowanie na Rabarbara na aukcjach. W tak zwanym międzyczasie okazało się, że były dwie dalsze części.

W przypadku tych książek – nie będę kłamać, że czytający śmieje się cały czas. Ale naprawdę nie skłamię, gdy powiem, że uśmiech często towarzyszy lekturze: niekiedy subtelny, innym razem rubaszny, innym razem –  wręcz śmiech tubalny. A to za sprawą bohatera, który nie przebiera w słowach i środkach. Rabarbar jest postacią bardzo charakterystyczną – a co ważne – nie mający nic wspólnego z filmowym piratem wszechczasów: Jack’iem Sparrow’em. Pewnie to za sprawą ilustracji Lutczyna, choć i tekst i wyobraźnia mają tu swoje zasługi – ale Rabarbar nie ma nic z gwiazdy Hollywood. Jest to swojski chłop, bardzo rubaszny, wagi słusznej, który i strzelać grochem potrafi, i komu trzeba – w paszczę przyłożyć. Choć z drugiej stronie nieba gotów przychylić swojej ukochanej żonie Barbarce.

Dla mnie Rabarbar to człowiek różnorodnej natury: i grzeczny i pyskaty, dobrze wychowany i nieokrzesany, czuły i szorstki zarazem,  srogi ojciec i ojciec – kumpel, odważny i nieśmiały, i pantoflarz i pan i władca, który w domu zagrzmieć potrafi. Nie można go wsadzić do jednego wora i podpisać etykietka: taki jest właśnie pirat Rabarbar. Bohater zapada w pamięć na długie lata. Pirat, który wymyka się wszelkim schematom. Nie przepada za krwawymi jatkami, niepiracko ludzki, przyjazny, pomocny, rzetelny mąż i ojciec, trochę filozof, trochę poeta, okrągławy nieco, już nie pierwszej młodości, wielbiciel Barbarkowej grochówki na wędzonce. Taki chłop – przyłóż do rany. Do tego dochodzi plejada barwnych bohaterów: mieszkańcy miasteczka, załoga statku, przyjaciele, ludożercy. Tych postaci jest tu całe mnóstwo – nikt nie jest przypadkowy, każdy odgrywa ważną rolę: i burmistrz i kapitan Ocet i wygłodniali kanibale. Wszyscy oni są uczestnikami różnych przygód, potyczek, spotkań. Nie brak tu elementów bajkowych i filozoficznych, zwłaszcza w części ostatniej – kiedy to Rabarbar udaje się w samotny rejs. Jest też bardzo rodzinnie – zwłaszcza w dwóch pierwszych tomach – może warto byłoby posłuchać stadnie zwłaszcza te pierwsze części, w których tyle różności o relacjach damsko – męskich, o relacjach rodziców z dziećmi. Dużo tu optymizmu, oceniania spraw z przymrużeniem oka. Książki różnią się od siebie. Zdecydowanie pierwsza jest nastawiona na przygodę. Druga traktuje wiele o relacjach damsko – męskich i rodzinie właśnie. Ostatnia część chyba najbardziej nostalgiczna i filozoficzna właśnie. Wysłuchane jako całość – świetnie się ze sobą uzupełniają. Pierwsza cześć zdecydowanie dla młodszych dzieci. Trzecią poleciłabym 6-7- latkom.


Modest Ruciński ma ciekawy tembr głosu - właściwie mogę powiedzieć, że ma on w sobie coś pirackiego, co dodaje tekstowi odpowiedniego smaczku.

W pakiecie znajduje się 7 CD - razem jest to 9 godzin i 17 minut lektury.

To fantastyczne książki nie tylko dla dzieci. Również dorośli będą mieli niezłą zabawę. Podpowiadam: pakiet nadaje się jako rodzinny prezent pod choinkę – jako ucieczka od codziennych trosk – w przygodę i dobry humor.

 

Wydawnictwo BIS

środa, 02 grudnia 2015

W grudniu musi być o Mikołajku, koniec kropka. Czy wiecie, że ten mały chłopiec ma już ponad 50 lat?! I w ogóle się nie starzeje. Pamiętam, jak wiele lat temu w sobotniej audycji radiowej dla dzieci jego przygody czytała Irena Kwiatkowska (miałam nadzieję na wydanie ich w serii Mistrzowie Słowa gazety, ale na marzeniach się niestety skończyło). Do dziś widzę nas, wówczas jeszcze trzy siostry jak u Czechowa,  wykąpane, wyczesane, w piżamach z nosami przyklejonymi do radia.  Głos aktorki świetnie pasował do tej lektury- charakterystyczny tembr, zawadiacka nuta, z domieszką dziecięcej radości i entuzjazmu. To wystarczyło, by pognać do biblioteki i przynieść do domu, choć na trochę, bo w czasach wiecznych niedoborów, kupienie własnego egzemplarza w małomiasteczkowej księgarni graniczyło z cudem.


Mikołajek był chyba jedynym „normalnym” dla mnie wtedy imieniem. No bo żarłoczny Alcest, bajecznie bogaty Gotfryd, kujonek Ananiasz, nieuk Kleofas, siłacz Euzebiusz, Rufus syn policjanta – to brzmiało jak z kosmosu. Ten Mikołaj tak mi jakoś pozytywnie utknął w pamięci, że po latach nazwałam Mikołajkiem mojego drugiego syna.


„Pierwsze przygody Mikołajka” to zbiór pięciu tomów serii, które przez lata ukazywały się w charakterystycznym kwadratowym formacie i szacie graficznej, rozpoznawalnej natychmiast przez miłośników małego francuskiego gawrosza. Oto one: „Mikołajek”, „Rekreacje Mikołajka”, „Wakacje Mikołajka”, „Mikołajek i inne chłopaki”, „Mikołajek ma kłopoty”.


Co mi się podoba w „Mikołajku”? Primo: świat postrzegany oczami dziecka. Goscinny zrobił to znakomicie. Zupełnie, jakby na czas pisania zamieniał się w chłopca i wiernie oddawał wszystkie radości i smutki dziecięcej duszy. Secundo-spojrzenie z tej perspektywy na świat dorosłych. Tertio: temat. Gdy przypatrzymy się wszystkim częściom Mikołajka, nie ma w nich niczego nadzwyczajnego. Ot, zwykłe, codzienne życie. Zabawy z kolegami, szkoła, kupno samochodu, odwiedziny gości, problemy z sąsiadami, prawo jazdy, sprzątanie. Tematy, które dotyczą nas wszystkich: szkoła, rodzina, relacje damsko – męskie, relacje męskie (oj te wszechobecne bójki). Ale jak to zostało opowiedziane! I ta plątanina najróżniejszych charakterów, nieśmiertelny Rosół, świetny humor w sytuacjach i języku. I tak sobie głośno myślę – wychowaliśmy się na Mikołajku – książkach, w których niekiedy chłopaki się leją, od czasu do czasu pada niecenzuralne słowo, rodzice za dużo dyskutują przy dziecku, albo wręcz się kłócą. I wyrośliśmy na fajnych ludzi.

Są oczywiście kultowe ilustracje. Bez nich Mikołajek nie byłby tym Mikołajkiem:) 

Tych, którzy nie znają Mikołajka, zachęcam do sięgnięcia po książkę. Po trzykroć, KURCZĘ BLADE, warto warto warto!!!

Wiek 8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia  

niedziela, 08 listopada 2015

 

Pamiętacie Longina (pod którym kryje się Marcin Prokop? – dodam, że chodzi o tego Marcina Prokopa). Sympatyczny chłopak dorastający w czasach PRL-u, w okresie wiecznych niedoborów i niedostatków. Tamta rzeczywistość to jedno, a charakter chłopaka – to drugie. Typowy „młody mężczyzna”, o którym rozpisują się poradniki dla rodziców: jak wychować, żeby nie zwariować. Z poczuciem humoru, z temperamentem, z jajem i przymrużeniem oka. Marcin Prokop po raz drugi podejmuje temat swojej młodości: przybliża współczesnym dzieciakom i nastolatkom czasy swojej młodości, które dla dzisiejszego zjadacza chleba niekiedy brzmią jak opowieści ze Stumilowego Lasu: czyli jak bajki, najbardziej wymyślone na świecie.


Tym razem zbliżają się wakacje. Marcinek vel Martuś (o którym swego czasu rodzona babcia mówiła, że skończy w poprawczaku),  dowiaduje się, że czekają go wakacje we Francji. Ależ to było wydarzenie. Przecież w tamtych czasach uzyskać paszport to był wyczyn nie lada. Wujek Roman, były kierowca rajdowy i ciocia Agata wyprowadzili się do Francji, zanim „smutny pan włożył okulary i zabrał paszporty”. Książka Marcina Prokopa to nie tylko ciekawa lektura o wakacjach, ale, i to przede wszystkim, ciekawy obraz socjologiczny: nasi rodacy za granicą w czasach PRL-u, co ich interesowało, co wzbudzało zachwyt i zainteresowanie. Dziś różnice w  znacznej mierze się zatarły. W każdej chwili możemy wyjechać za granicę, nawet nie potrzebujemy paszportu. Perypetie Martusia nad Loarą na pewno wywołują uśmiech – to fajnie, że my sami potrafimy śmiać się z siebie.

Opowieść Prokopa ma jeszcze inną wartość dodaną – to jednocześnie mnóstwo informacji na temat życia codziennego w czasach komuny. Co rusz pojawiają się znajome hasła wyszczególnione tłustym drukiem. Dla nas rodziców czytających to żadna nowość, ale nastolatek będzie miał z tym problemy. Na końcu w przystępny sposób autor wyjaśnia te hasła. A jest tego sporo: przerwy w dostawie prądu, plastikowe żołnierzyki, smutny pan w okularach, PEWEX, aparat fotograficzny ZORKA, ścinki z torcików wedlowskich i same torciki, kapsle, Pan Samochodzik, książki z tygrysem, Fasolki, pieski maskotki za tylną szybą, zabawa w sznura. Powiem tylko: odżyły wspomnienia. Jedno z nich takie, że koleżanka w podstawówce pochwaliła się kiedyś, że jej rodzice kupili psa z ruchomą główką, którego ustawią sobie w maluchu, który zakupią …. za kilka lat. I pamiętam również kolegę z jednej ze starszych klas w podstawówce grającego w damskich kozakach na obcasach w piłkę na boisku szkolnym. Takie to były czasy. Kto tego nie przeżył, ten tego nie zrozumie.


Podoba mi się tytuł: Longin, tu byłem. Wydaje mi się jakiś znajomyJ I choć nigdy nie ryłam czegoś podobnego w drzewie ani nie mazałam po murze, to jakoś blisko mi emocjonalnie do tego tytułowego stwierdzenia i obnażenia swojego „ja”. Choć jestem przeciwna czemuś takiemu,  z rozrzewnieniem sama wspominam swoją młodość, kiedy to podobne próby „zaistnienia” były jedynymi możliwymi w czasach PRL – by ktoś zupełnie obcy mógł zauważyć nasze być i nie być na tym padole. Byliśmy ziarnkiem  w Kosmosie, o którym mało kto wiedział. To pryszcz w porównaniu z możliwościami, jakie daje nam współczesny świat: telefonia komórkowa, sms, Internet. Można się śmiać – a jakże

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

środa, 28 października 2015

źródło Wikipedia 

Młodsze dziecko przyniosło ze szkoły pewną informację na kartce, którą mieli podpisać rodzice. Znaczy się, pani chciała wiedzieć, że z mężem przyjęliśmy "do wiadomości". Syn (7) usłyszawszy, że podpiszę później (mokre ręce - gotowanie obiadu, brak długopisu, brak czasu itd...) - a dodam, że dziecko baaaardzo niecierpliwe, zaproponował, że - i owszem - sam może kartkę podpisać. I tu w tym miejscu zaczął się niezwykle pouczający wykład mamy na temat podrabiania podpisów, że tak nie można, że to złe i takie tam. Oczywiście dziecko wszystko przyjmowało ze zrozumieniem, ale zachodziło w głowę, jak to możliwe, że taka osoba "podrobiona" mogłaby poczuć się obrażona i zła z powodu oszustwa. Przecież ona w ogóle nie musi wiedzieć, że ktoś podrobił jej podpis. No choćby taki Ronaldo. Przecież na upartego - twierdziło dziecko - "można podpisywać karteczki zamiast jego i rozdawać wszystkim jako autografy" słynnego piłkarza. Ponoć to całkiem łatwe. Patrząc na próbę "podróbki" - ten słynny Ronaldo pewnie wcale a wcale by się nie zorientował, że ON to tak naprawdę nie ON.  


czwartek, 01 października 2015

Każdy powód jest dobry, by spóźnić się do szkoły. Najczęściej nauczyciele słyszą: Zaspałem… Nie zdążyłem na autobus… Źle spojrzałem na plan. Tymczasem – po lekturze książki Davide'a Cali – wiem jedno – są to naprawdę błahe powody. W drodze do szkoły uczniom mogą przydarzyć się takie rzeczy, wręcz przygody – o których nam rodzicom i nauczycielom nigdy się nie śniło. A kto wie: może i sami uczniowie nie zdawali sobie do dzisiaj sprawy z tego, jakie niespodzianki czyhają na nich.

Swoją drogą, gdybym pracowała w szkole i spóźniony uczeń usprawiedliwiłby nieobecność z powodu spotkania z UFO albo napadu wojowników ninja, na pewno ze zrozumieniem potraktowałabym tę wymówkę – za oryginalność i poczucie humoru. A tych nie brakuje książkowemu uczniowi, który po drodze musiał się zmierzyć z mrówkami gigantami, wielką małpą, kretoludźmi, cudaczną kluchą, słoniami, Czerwonym Kapturkiem, chatką z piernika, niebezpieczną pajęczynę. Nie zdradzam wszystkich przygód – ale nie ma się co dziwić, że uczeń ów nie zjawił się w szkole na czas.


Najnowsza książka w swojej koncepcji nawiązuje do równie udanej: Nie odrobiłem lekcjibo… Wspominałam już humor – zarówno słowny jak i sytuacyjny. Zmienia się czas i miejsce akcji – to ważne dla współczesnego czytelnika przyzwyczajonego do szybkich efektów na ekranie telewizora czy komputera. Sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie – co kartka – to kolejna niespodzianka. Ważną rolę odgrywają tu ilustracje znanego nam również w Polsce Benajmina Chauda. To one budują klimat tej niesamowitej opowieści - są emocje, przerażenie - ale spokojnie - tak w sam raz - by i rodzice i grono pedagogiczne uwierzyli w te wszystkie zmyślone (a może nieeeee?) bajeczki.


Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry 

środa, 16 września 2015

Jeśli dzieci lubią historie  o piratach (a po sukcesie "Piratów z Karaibów" - raczej w to nie wątpię) podsunęłabym im właśnie tę książkę Rafała Witka. Dwójka dzieciaków z podstawówki - Gabrysia Bzik i Nilson Makówka zaprzyjaźniają się po tym, jak oboje wylądowali na dywaniku u dyrektora. No cóż - trzeba przyznać, że nic tak ludzi nie łączy jak wspólne nieszczęście. Nie chcę za bardzo zdradzać o co poszło - w każdym razie Makówka jako miłośnik różnych paragrafów, stanął w obronie koleżanki, co nie spodobało się czci - głodnemu gronu pedagogicznemu. Taaa - niepokorni dobrze wiedzą, że czasem trudno w szkole sprostać tym wszystkim obowiązkom. A Gabryśka Bzik z takim nazwiskiem naprawdę nie ma łatwo. Sama sobie tłumaczy, że gdyby nazywała się choćby tak: "Grzeczniutka" od samego początku roku szkolnego miałaby lepszy start. Dobrze - a ktoś zapyta - gdzie ci obiecani piraci? Właściwie jeden pirat - i to z XVII wieku. To ów tytułowy Zgniłobrody, który pewnego dnia wręcz napada na dwójkę przyjaciół. Jednak myliłby się kto, że wystraszy dziarskie dzieciaki. Wygląd owego osobnika tak bardzo zaciekawił Bzik i Makówkę, że postanawiają wyjaśnić tę zagadkę. Wielki znak zapytania jest tu początkiem różnych przygód i perypetii, w które wplątani zostają Gabrysia i Nilson. 

Sprawnie napisana powieść dla 10-latków, ciekawie zilustrowana właśnie została doceniona. Rafał Witek za swoją powieść otrzymał niedawno 22. Ogólnopolską Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego. 

W protokole z obrad Jury czytamy takie uzasadnienie:

"Jest to zabawna historia, łącząca humorystycznie ukazane realia szkoły z wizytą gościa z dalekiej przeszłości, z dwoma świetnymi, doskonale zróżnicowanymi postaciami dwojga bohaterów dziecięcych, którzy z przypadku stają się opiekunami przybysza. Jury uznało również, że książka doskonale wpisuje się w „słoneczny” charakter Nagrody, a także jest idealną lekturą dla dzieci, które stawiają pierwsze kroki w literackim świecie".

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

sobota, 12 września 2015

Oj ten Filipek Zaskroniec. Niezły z niego ancymonek. Wygadany, śmieszny, niekiedy rozsądny, innym razem naiwny. Dużo by o nim tu pisać. Nowy bohater dla dzieci 6-7 letnich. Polski Mikołajek – bystrym okiem obserwuje świat i dorosłych, swoich kumpli z podwórka i ze szkoły.  Nie zostawia suchej nitki na babci i pedagogu szkolnym, i dyrektorce szkoły. Ale nie przez złośliwość. Taki już jest. Mówi, co mu ślina na język przyniesie. Babcia Niusia wprawdzie go upomina: „…nie można mówić obcym o wszystkim, co się dzieje w domu” – uzasadniając to tym, że „obcy mogą to wykorzystać w złych celach”. Jednak Filipek szybko zapomina o słowach babci. Dowiadujemy się od niego samego dużo na tematy rodzinne, szkolne, okołopodwórkowe. I jedno jest pewne: Filipek ma talent do opowiadania. Co ja piszę – do gawędziarstwa. Snuje swoje historie, używając soczystego języka, humoru, sięgając po trudne i kontrowersyjne tematy. Robi to z dziecięcą wiarą w rzeczy niemożliwe. Z perspektywy dorosłego fajnie jest zaobserwować jak dorośli wiją się jak piskorz w poszukiwaniu adekwatnych odpowiedzi. Niedawno pojawiły się dwie części Filipka. W pierwszej z nich – chłopiec idzie do szkoły, poznaje panią, nowych kolegów, jedzie na wycieczkę, pomaga koledze nauce, przerabia lekturę. Nie ma nudnych tematów – wszystko co związane ze szkołą jest ciekawie zapodane, budzi ciepłe uczucia i uśmiech.  Co rusz pojawia się jakaś cenna maksyma, np.”Nauczyciele nie są specjalnie domyślni i zazwyczaj interesują się czym innym niż ich uczniowie”. Albo: „Lektury szkolne powinny być zakazane dla dobra nauczycieli”.  W drugiej – jak tytuł wskazuje tematy okołorodzinne i okołopodwórkowe. Autorka jest bystrą obserwatorką życia małych dzieci. Sprawnie przenosi wszystko na papier. Na okładce ostrzeżenie, że nie należy naśladować Filipka. Absolutnie! Ale poczytać można:)


Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 01 września 2015

Pamiętacie Pana Kłapa Jo Lodge? Jeśli ktoś nie zna, a zacznie szukać na aukcjach internetowych, wówczas znajdzie owe książki w takiej cenie, że aż dostanie gęsiej skórki. To informacja dla tych, którzy twierdzą, że szeleszczące kartki mają mniejszą wartość aniżeli ...hm hm, chociażby takie zwykłe świecidełkowe złoto;)

Pisząc w tytule "zwierzyniec" mam na myśli gromadkę zwierzątkowych dzieci. Otóż niedawno ukazała się seria czterech książek dla najmłodszych: o małym kurczaku, małej, krówce, małym dinozaurze i małej sówce. Towarzyszą tym dzieciakom w tytule różne dźwięki - bo wiadomo: tam, gdzie są dzieci zawsze jest sporo hałasu i zamieszania. A więc: ojej, plask, tup tup i bęc:)) Zwierzaki ożywają na sztywnych kartkach. Wystarczy pociągnąć za czarodziejskie zakładki i już zaczyna się mini teatr.

Oto na naszych oczach pęka małe jajko, z niego wykluwa się kurczaczek. Jakże chwieją się jego nóżki, a jak fajnie trzepoczą skrzydełka. O o o - coś mu wypadło (nie zdradzam:))). Cmok cmok. Wystarczy poruszyć kartkami książki, by dwa kurczaki dały sobie buziaka:)

Krówka przeżuwa smakowitą trawę, wachluje małym uszkiem, kołysze pupą, robi kupę. Na końcu stado krówek kołysze łebkami i woła juhu:)

Mały dinozaur mruga oczami. Jest głodny, bo burczy mu strasznie w brzuszku. Zwierzę kołysze kolczastym ogonem, tupie łapami i przeraźliwie ryczy:)

Mała sówka też rozbrykana. Drepczą nóżki, trzepoczą jej skrzydełka. Oj, oj. Na naszych oczach wznosi się ku górze. No cóż, sztuka latania do łatwych nie należy. Znów opada na gałąź. Nie, wcale nie na gałąź. Spada w dół. Oj - będzie guz. Cudna jest ostatnia strona - ruch kartek sprawia, że  mama sowa tuli maleństwo.

Cudne są te małe lekturki. Można pokazywać i czytać je już najmłodszym kilkumiesięcznym dzieciom. Książki wyzwalają w czytelniku wielkie pokłady energii, kreatywności i śmiechu. Tato może zaryczeć jak prawdziwy dinozaur, mama westchnąć przy upadku małej sówki. To taki rodzinny teatr w wersji mini, do którego każdy z może wnieść coś nowego. A dzieciaki na pewno z wielką przyjemnością dadzą się porwać takiej zabawie:)

Wiek 6 miesięcy

Wydawnictwo Olesiejuk

 

sobota, 20 czerwca 2015

Tytuł i okładka zapowiadają same  wszystko:)) Pełne humoru utwory - bujanie w obłokach, plecenie andronów, ciekawe historie zamknięte w rymach. Czyli - dziecięcy świat.

Z paczki wyskakuje królewicz (żywy:), kozy w lesie robią niezłą rozróbę, bocian w najlepsze w kinie objada się popcornem, baran  przegląda się z zaciekawieniem w bajorku, Henio złodziej uczy złodziejskiego fachu małego Miecia, wrona gra w badmintona (!), leśny muchomor strzyże uszami, zasapana ścieżka biegnie "na sam góry czub", kot chowa się "po najciemniejszych kątkach", gdy tylko słyszy o psie, pojawia się tajemnicza rzeka Czimpoczacze (cóż za intrygująca nazwa), dziecko marzy o psie, pies i kot mają chętkę na kotLETA-a, pewien dżokej boi się wpaść do kuzyna, z którym "można konie kraść", Straszydło sieje strach w ogrodzie, a Gaweł (tak ten sam z tego słynnego wiersza) znów ma wodę w swoim pokoju. 

Agnieszki Frączek specjalnie rekomendować nie trzeba. Jej wiersze dobrze się czyta, w kilku strofach kryją ciekawą opowieść. Dopełnieniem są ilustracje Macieja Szymanowicza, który - to mogę stwierdzić na podstawie ilustracji z TEJ książki - zapewne też ma duże poczucie humoru.

Wiek 4 lata

Wydawnictwo Literatura

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5