Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 12 stycznia 2017
Mleczak - Katarzyna Wasilkowska/ il. Anna Gensler

Mleczaki – to temat, na który w szufladkach pamięci rodzinnej odnaleźć można najróżniejsze historie i opowieści. W tej chwili, podobnie jak Marcyś moje młodsze dziecko (lat 9), „gimnastykuje sobie mleczaka”. A rodzic wie, że każdy mleczak jest WYDARZENIEM. Jak się pojawia i jak znika. Zarówno i to i to – zjawiska bardzo spektakularne. W myśl starego powiedzenia, że zęby się Panu Bogu nie udały. Nie da się przejść obok zębów ot tak sobie – bez problemów i zatrzymania – do porządku dziennego. Podobnie jak w rodzinie Marcysia. Naprawdę, skąd my to znamy – zamruczę pod nosem nie tylko ja.


Książka Katarzyny Wasilkowskiej zawiera dwa opowiadania. Mleczak jest w całości poświęcony kwestii ruszającego się mleczaka. Reakcji rodziny na białe „wahadełko” w buzi dziecka. Poniższa scena mówi tak wiele:

Mama powiedziała, że w takim razie umówi Marcysia do dentysty i koniec tematu. Tata powiedział, że nie będzie z głupim mleczakiem latał po dentystachJ))).

Jak skończy się ta dyskusja nad rodzinnym problemem? Bo mleczak to naprawdę temat rodzinny. Fajnie pokazany obraz w pewnym domu, przeciąganie liny: kto jest górą: spanikowany małolat, który całą uwagę kieruje na siebie, nic i nikt nie jest ważny: tylko ON i jego ZĄB? Czy może mama szukająca od razu wyjścia z sytuacji u specjalisty? Byle pomóc dziecku, byle było dobrze – i  to jak najszybciej. Czy może tata, gdzieś jakby oderwany od rzeczywistości, lądujący na Ziemi od czasu do czasu po to, by stwierdzić, że keine Panik auf dem Titanik, naprawdę nic się nie dzieje? To TYLKO ząb. Za chwilę wyleci i będzie dobrze.

 

Do tekstu przemycono sprytnie informacje na temat zębów, jak choćby te, że pod spodem mleczaka rośnie nowy zdrowy i silny ząb z korzeniem, i że wszystkie mleczaki kiedyś wypadną.

Drugie opowiadanie bardziej nastrojowe, refleksyjne. Mama idąca samotnie brzegiem morza i szukająca mleczaka synka. Bo był pod poduszką i znikł. A co będzie, gdy przyleci wróżka zębuszka? Ta mama, która w nocy powinna zbierać siły na ponowne zmagania z rzeczywistością, regenerować siły, ciągle się zamartwia. Zupełnie inne ilustracje niż w pierwszej części – tutaj zwrócenie uwagi na tło – zachodzące słońce, refleksy na wodzie.

Książka wydana w ramach serii: Poduszkowce. Na stronie Wydawnictwa czytamy: Seria przeznaczona jest dla dzieci młodszych. Znajdziecie w niej zbiory wierszy i krótkich opowiadań w sam raz na dobranoc. Poduszkowce przeniosą najmłodszych czytelników w świat marzeń, gdzie spotkają się oni z fascynującymi bohaterami i odkryją nowe tajemnice.


Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura 

piątek, 03 czerwca 2016
Kwiaty baroku - kolorowanka

Pokaźnych rozmiarów kolorowanka dla dorosłych (300 - 389 mm) - 32 motywy w dwóch wersjach. Jedna bardzo wyraźna, z konturami, druga w odcieniach szarości, do wykonania inną techniką. Iście barokowe bukiety, kapiące kwiatami, bujne, bogate.

Przepych w dawnym stylu. Ilustracje są na grubych kartkach, na papierze perforowanym. Można sięgnąć zatem po flamastry, farby, można dany motyw delikatnie wydrzeć z książki i wyeksponować w jakimś kątku - zakątku swojego mieszkania.

Każdej kolorowance towarzysze cytat znanych postaci. Wśród autorów: Daniel Defoe, Oscar Wilde, Mark Twain, Stanisław Jerzy Lec, Ryszard Kapuściński, Mario Puzo. 

Ciekawa odskocznia dla rodziców. O dobrych stronach kolorowanek napisano już tak wiele. Wato przekonać się na własnej skórze, czy to dobrodziejstwo również dla nas:) 

Wydawnictwo Olesiejuk

środa, 02 kwietnia 2014
To ona napisała Mary Poppins. Życie P.L. Travers - Valerie Lawson

O P. L. Travers zrobiło się ostatnio głośno za sprawą filmu „Ratując pana Banksa” z Emmą Thompson w roli głównej. Nic dziwnego, że w tych okolicznościach wzrosło zainteresowanie jej osobą. Taka książka musiała powstać, bo przecież w filmie o wielu sprawach nie powiedziano, wiele ominięto. Niektórzy – podobnie jak ja – najpierw szukają lektury, potem wybierają się do kina. W każdym razie Mary Poppins przeżywa renesans. I to zasłużenie. Bo to dobra seria, na której wychowały się nasze babcie i mamy (w Polsce Mary Poppins nadano nawet bardziej polskie imię … Agnieszka). Niania trochę … wojskowa, nie na nasze czasy. Jej metody dziś pewnie wielu rodzicom spędzałyby sen z powiek. A jednak miała wiele uroku. Ja traktuję jak ciekawostkę. Mary Poppins tylko spojrzała – i już wiadomo było jak trzeba się było zachować. Współczesne dzieciaki nie mogą w to uwierzyć – a jednak...

Jak tylko zaczęłam czytać biografię P.L. Travers szczególną uwagę zwracałam właśnie na … Mary Poppins. Ciekawa byłam ile jej było w życiu samej pisarki, czy był jakiś pierwowzór. A może jej rodzina, znajomi znaleźli swoje odbicie w wielu częściach o niani, którą przywiewał wiatr ze wschodu, a porywał wiatr z zachodu. W końcu szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie od zawsze pytanie (od czasów mojego dzieciństwa) – dokąd udawała się Mary Poppins, jak jej nie było, jak nagle znikała z życia Banksów?:))) Czarodziejka, dobra wróżka mająca w sobie tak wiele sprzeczności – surowość i wrażliwość, tajemnicę i pragmatyzm, w końcu dobro, ale takie czasem szorstkie i surowe. Autorka biografii – Valerie Lawson, już na samym wstępie zaznaczyła, że P.L. Travers nie lubiła zdradzać swoich tajemnic. Miała napisać do niej taki liścik:


Szanowna Pani Lawson! Nie lubię opowiadać o swoim życiu prywatnym, ale chętnie porozmawiam z Panią o swojej twórczości.”

(22 sierpnia 1994)

(str. 9)

Jej życie to na pewno pasmo sukcesów, ale też nieszczęść, czym za bardzo nie lubiła się „dzielić”. To niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, utrata ojca, jego choroba alkoholowa, kłopoty finansowe matki, błąkanie się i pomieszkiwanie u zamożniejszych krewnych – zwłaszcza u ciotki Ellie.

Ellie użyczyła swoich manier niejednej kobiecie z książek o Mary Poppins. Nie tylko wcieliła się w sztywną i zaaferowaną postać samej Mary Poppins, ale jej cchy można odnaleźć również w budzącej grozę pannie Duduś: niani pana Banksa – oraz pannie Skowronek , aroganckiej, ale romantycznej sąsiadce Banksów. Panna Duduś i panna Skowronek – die fikcyjne kbiety w pewnym wieku, które nigdy nie wyszły za mąż – reprezentowały dwie strony charakteru cioci Ellie, apodyktycznej i łagodnej”.

(str. 46)

Takich mary – poppinsowych śladów jest w całej książce mnóstwo. Można odnieść wrażenie, że nic w książkach o niani nie było przypadkowe, a samo dzieciństwo Lyndon, a zwłaszcza relacje z rodzicami, wywarło ogromny wpływ na dalsze życie i podejmowane decyzje.

Jest mnóstwo ciekawych epizodów, ba - etapów życia słynnej postaci. Jednym z nich to na pewno adopcja Camillusa. Chłopca z Irlandii mającego brata bliźniaka Anthony'ego – co zresztą skrzętnie przed nim ukrywała.

Autorka ciekawie pisze o relacjach z przyjaciółmi, zainteresowaniach, poglądach filozoficznych, dylematach sercowych i jej podejściu do wychowania przybranego syna. Często sięga po ciekawostki, przytacza wspomnienia, rozmowy, korespondencję. Nie ocenia swojej bohaterki – raczej powiedziałabym, zachowuje dystans do przedstawianych wydarzeń. I choć pisze też o różnych planach pisarskich P.L. Travers, główne miejsce zajmuje oczywiście Mary Poppins – kontakty z wydawcą, ilustratorką, również wspomnianym na samym początku czarodziejem z Hollywood – czyli Waltem Disneyem.

Każda opowieść o Mary Poppins ma coś z mojego własnego doświadczenia … w niektórych zawarłam moją nudną pokutę z czasów dzieciństwa, chodzenie na spacer. Ale również rozkoszne, pełne przebaczenia chwile w porze kładzenia się spać, kiedy nagle czułam się tak dobrze. Migotanie, kiedy rozpalano ogień i paliła się lampa, pokój dziecinny odbijający się w ogrodzie”.

(str. 186)

Mimo że całkiem dobrze znałam cykl o Mary Poppins, niewiele wiedziałam na temat jej autorki. Dopiero ta książka rozwikłała dla mnie tajemnicę okładkowych inicjałów. Pochodząca z Australii autorka naprawdę nazywała się: Helen Lyndon Goff. Tyle że nikt nie wołał na nią inaczej jak Lyndon. Irlandzkie imię, nadawane od dziesiątek lat w rodzinie ojca zarówno dziewczynkom i chłopcom, a oznaczające wodę i kamień. Kiedy postanowiła wydać książkę o Mary Poppins, przyjęła jako nazwisko imię swojego ojca: Traversa Roberta Goffa. Pamela twierdziła, że chciała wydać książkę o Mary Poppins anonimowo, ale wydawca wpadł w szał i umieścił moje nazwisko. Pierwotnie podpisałam się jako P.L. Travers, bo miałam wrażenie, że w owym czasie wszystkie książki dla dzieci napisały kobiety, a nie chciałam, żeby autorstwo przypisywano mężczyźnie czy kobiecie, tylko po prostu człowiekowi”.(Str. 189).

To rzetelna biografia, wzbogacona licznymi fotografiami, nienużąca, pokazująca jak skomplikowane może być ludzkie życie. Dla miłośników cyklu o kultowej niani – na pewno lektura obowiązkowa.


Wydawnictwo Marginesy







niedziela, 16 lutego 2014
Tuwim. Wylękniony bluźnierca - Mariusz Urbanek

Tuwim istnieje w świadomości Polaków – na pewno przez literaturę dziecięcą. Nieśmiertelne, ciągle wznawiane, na nowo ilustrowane: Rzepka, Ptasie Radio, Lokomotywa., Okulary, Zosia Samosia. Mogłabym wymieniać długo. I pewnie jakbyśmy zrobili ranking najukochańszych wierszy – głosy byłyby tu podzielone i pewnie zwyciężyłyby te dla dzieci, choć twórczość Tuwima to przede wszystkim poezja poważna, piosenki kabaretowe i rewiowe i teksty polityczne. To też tłumacz. Na naszej półce stoją Bajki Puszkina – kupione wieki temu jeszcze za czasów licealnych – perełka, niesłychanie melodyczna poezja. To w końcu i brat Ireny Tuwimowej, poetki i tłumaczki. Któż nie zna jej nieśmiertelnego przekładu Kubusia Puchatka, książek Edith Nesbith czy cyklu o Mary Poppins.

Urbanek tym razem wziął pod lupę życie Wylęknionego bluźniercy, o którym śpiewała w piosence Grande Valse Brillante Ewa Demarczyk. Po lekturze książek Urbanka o Jerzym Waldorfie i Janie Brzechwie, wiedziałam, że mogę liczyć na solidne informacje, bez wielkich wystrzałów – bo Urbanek (i to na całe szczęście) nie szuka taniej sensacji, nie ma potrzeby dzielenia się z czytelnikami od dawna chowanymi po kątach rodzinnymi tajemnicami swoich bohaterów, właśnie co dopiero – dla zaspokojenia czytelniczej ciekawości - odkrytymi. Owszem jest mnóstwo informacji na temat życia rodzinnego, zawodowego. Jeśli autor podejmuje tematy: uczucia, małżeństwo, rodzina – robi to dystyngowanie, bez oceniania, szufladkowania, pozwalając nam czytelnikom na wyrobienie swojej własnej opinii na ten temat. Dotyczy to też kwestii politycznych, emigracji, życia w komunistycznej Polsce, kontaktów ze środowiskiem żydowskim. Lektura książki zbiegła się z pewnym artykułem prasowym o Tuwimie, gdzie nie zostawiono na nim suchej nitki za swego rodzaju służalczość wobec władzy komunistycznej. Urbanek przedstawia szeroki kontekst społeczny – historyczny. Oczywiście, że pojawiają się pytania: czy można było inaczej? Ale ta strefa to już prywatne odczucia czytelnika.

Mnie bardzo interesowało dzieciństwo Tuwima, jego lata młodzieńcze. Bo przecież interesując się literaturą nie można pominąć pytania – jak to się stało, że tak się to właśnie stało. Z jakich dzieci, z jakich młodych ludzi wyrastają takie osoby. A dzieciństwo Julka wcale nie wskazywało na to, że będzie to nestor polskiej poezji. Rojber jakich mało, pomiędzy jednym głupim pomysłem a drugim słuchał poezji, którą cierpliwie i z uczuciem czytała mu matka. Wiersze tak starannie przepisywane do osobistych kajetów, znane na pamięć, to niesłychanie ważna część dzieciństwa małego Julka. Relacje z młodszą siostrą Irenką, która często wspominała pierwsze rozstanie ze starszym bratem i jej płacz za szafą z tego powodu. W końcu relacje między rodzicami – niezbyt szczęśliwe. Lata szkolne, problemy z nauką (tak, tak), powtarzanie klasy. Głupia młodość, w której trzeba było nabyć nowych doświadczeń, zdobyć nauki, cieszyć się sławą, kłócić się z rodzicami o swoją przyszłość. Taki był życiowy strat Juliana Tuwima.

Tuwim, zbuntowany, ale z drugiej strony i wylękniony bluźnierca. Miłośnik książek. Autor kontrowersyjnych tekstów, za które nie zostawiano na nim suchej nitki. Słynna skandaliczna Wiosna wyuzdana, rozpustna, deprawująca młodzież i szerząca pornografię. Z drugiej strony sama słodycza – Dwa Michały, Kotek, Abecadło, Idzie Grześ, Słoń Trąbalski. Tuwim zbieracz – wszystkiego na temat ...szczurów i myszy. Potrafił tak się zorganizować, wykorzystać znajomości, by cały świat antykwaryczny w Europie wyszukiwał dla niego szczurologiczną literaturę. Takiego Tuwima nie znałam. W książce znajdziecie również kalendarium z życia poety, bogatą bibliografię i rozmowę z Ewą Tuwim – Woźniak, adoptowaną córką Tuwimów.

Wydawnictwo Iskry



środa, 17 lipca 2013
W Paryżu dzieci nie grymaszą - Pamela Druckerman

Rzadko sięgam po poradniki typu jak wychować dziecko, ażeby ono (czyli dziecko) sprostało moim oczekiwaniom. Już dawno zauważyłam, że autorzy takich książek – tzw. eksperci - swoje – a dzieci swoje. Polegam na intuicji. Podskórnie czuję, co jest dobre dla moich dzieci – i czasem jest lepiej, czasem gorzej. Czasem z górki, a czasem pod. Ten kto ma dzieciarnię, pewnie zgodzi się ze mną, że wychowanie nie jest rzeczą łatwą. Ba – by nawet nie powiedzieć – jedną z najtrudniejszych. No chyba, że się machnie ręką – i jakoś samo się kręci. Ale zaciekawił mnie tytuł – że niby w Paryżu dzieci nie grymaszą. Jak to – przecież dzieci zawsze grymaszą:)))) Nawet przed lekturą podpytałam siostrę, która była przez kilka lat w Paryżu podglądała ludziska, paryżanki i ich dzieci mniejsze i większe – i faktycznie coś w tym jest. Ale jaka jest tego tajemnica, powiedzieć już nie umiała. Tę zagadkową sprawę postanowiła zbadać amerykańska dziennikarka, która pewnego dnia uświadomiła sobie, że dzieci w Paryżu są zupełnie inne niż te, które mają jej amerykańscy znajomi. Baaa- inne niż jej amerykańskie dziecko wychowywane właśnie w Paryżu. I zaczęła drążyć. Efektem tego jest ciekawa, w wielu miejscach autoironiczna, ocena stanu wychowania nad Sekwaną i za Oceanem. Bo różnic autorka doszukała się sporo. Zupełnie tak, jakby w kwestii podejścia do ciąży, porodu i wychowania pisała o mieszkańcach dwóch różnych planet. Nie jest to typowy poradnik – że trzeba postępować tak i tak. Autorka bierze pod lupę kilkanaście zastanawiających ją zagadnień, analizuje je, stara szukać się odpowiedzi wśród Francuzów, sięga do literatury (zwłaszcza do filozofa Rousseau – ale nie tylko – bibliografia jest naprawdę pokaźna), drąży temat uparcie, szuka różnic kulturowych – bo takowe są na pewno – i stara się je po ludzku wyjaśnić. Czy jej się udało? 

Na początku napisałam, że nie jest to typowy poradnik. Jednak gdy ktoś zechce, może zastosować w swojej ciężkiej pracy wychowawczej kilka sposobów na okiełznanie dziecka. Przy czym nie ukrywam – gros metod odnosi się do najmniejszych dzieci . Już od pierwszych chwil można nauczyć dziecko … cierpliwości. Francuzi intuicyjnie stosując tzw. pauzę. Uczą dzieci czekania. Potem nie ma się co dziwić, że przy stole paryskie maluchy cierpliwie czekają na kolejne dania (pełna kultura – bez ładowania paluchów do talerza), gdy tymczasem ich amerykańscy rówieśnicy w tym samym czasie roznoszą całą restaurację i rozrzucają jedzenie gdzie tylko się da. Dzieci francuskie nie grymaszą przy posiłkach, jedzą od najmłodszych lat warzywa i sery najróżniejszej maści bez marudzenia, nie pojadają między posiłkami, które są zawsze o stałych porach. Warto przyjrzeć się też francuskim rodzicom, którzy nie wkręcają swoich pociech w wyścig szczurów, nie boją się żłobków, nie zmuszają dzieci do wcześniejszego opanowania umiejętności czytania, pisania i liczenia. Raczej „otwierają oczy” na świat, doznania. Uśmiałam się przy opisie lekcji nauki pływania. Świetnie widać różnice kulturowe – czego oczekują rodzice amerykańscy, a czego francuscy od nauczyciela. Jest kilka informacji o tym, dlaczego Francuzki nie tyją i jak nauczyć dzieci tego, że wieczór jest dla rodziców, którzy mają prawo do swojej prywatności.

Tytuł książki to pytanie, na które na pewno znajdziecie odpowiedź w środku. Lekko napisana, z humorem, jest wnikliwą analizą metod wychowawczych nad Sekwaną. Nie nakazuje, ale podpowiada. Nie neguje, ale porównuje. Mnóstwo przykładów z życia, prób wprowadzania metod na własnym podwórku. Jakby nie było – lektura skłania do refleksji nad tym, jak my wychowujemy dzieci, jak byśmy się zachowali w danym momencie. Książka, która na pewno pozwoli potraktować rodzicielstwo trochę z przymrużeniem oka, pozwoli dojrzeć w nim jasne strony. Nie – nie obiecuje, że będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie. Przygotowuje początkującego rodzica do tego, że wychowanie to żmudna i ciężka praca. Ale dająca też wiele satysfakcji. Rodzicielstwo – to też lepsze poznanie siebie, swoich reakcji i emocji. Jaki będzie tego efekt – z książki wynika, że pracuje się na niego latami – na relacje z dziećmi, z innymi członkami rodziny. I trzeba zacząć jak najwcześniej.

Wydawnictwo Literackie 

niedziela, 22 kwietnia 2012
Nowy magazyn dla rodziców - Pobite gary:)

Ostatnio zaczytałam się – i to z przyjemnością w internetowym magazynie dla rodziców, który współtworzą właśnie .. . m.in. rodzice. Tematy, które zostały tam poruszone to:  Zabawa – Montessori – Sztuka. Na stronie znajdziecie też ciekawe linki do blogów. Warto tam zaglądać:))

Magazyn znajdziecie tutaj.



środa, 04 maja 2011
Dlaczego dzieci nie potrafią uczyć się matematyki - Edyta Gruszczyk - Kolczyńska

O Edycie Gruszczyk - Kolczyńskiej przeczytałam na blogu Znak Zorro. I choć mowa była o innej książce, wierzcie mi, nie było łatwo znaleźć czegokolwiek autorstwa tej pani. Rzuciłam się w wir poszukiwań. W końcu upolowałam (po długim oczekiwaniu w kolejce) w mojej małomiasteczkowej Bibliotece Pedagogicznej. Stan książki widać na zdjęciu – jest rozchwytywana, ciągle  w trasie. Aż dziw bierze, że nikt nie jest zainteresowany wznowieniem choć wybranych tytułów tej autorki. Teraz czekam w równie dłuuuugiej kolejce za  Dziecięcą matematyką. Czekanie urozmaicamy sobie zabawami matematycznymi: typu: Tomek miał pięć cukierków a Mikołaj trzy. Kto miał więcej? Reakcja Mikołaja to ryk, że starszy brat ma więcej. Są też wymyślanki związane  z tym co akurat u nas na topie: np. 10 nurków wypłynęło w morze. Trzech zjadł rekin. Ilu się uratowało? Przepraszam bardzo – zadanie wymyśliło moje dziecko, które od jakiegoś czasu wszystko zamienia na działania matematyczne. I choć nie wiem, czy po matce – humanistce można zostać geniuszem królowej nauk, wiem jedno – właśnie po lekturze książki Gruszczyk – Kolczyńskiej - warto zainteresować dzieci w wieku przedszkolnym matematyką – a z własnego podwórka mogę zaświadczyć, że zadania o wystrzelonych nabojach z pistoletu pewnego kowboja, zbiorach kukurydzy, złapanych złodziejach, posadzonych kwiatkach, odkrytych planetach, spadających gwiazdach wciągają tak, że od matematyki nie można się opędzić. Człowiek zaskoczony jest swoją pomysłowością, nie wspominając już o pomysłowości dzieci – choć tu czasem – by było śmieszniej, wymyślane są zadania absurdalne, podszyte niekiedy i czarnym humorem. Mój mąż stwierdził ostatnio, że nasze dzieci pójdą do szkoły utwierdzone w przekonaniu, że matematyka to wieczna zabawa. Jeśli trafią na dobrego nauczyciela – to będzie szczęście, a jeśli…. Ja moich matematyków nie wspominam dobrze. W każdym razie przypuszczam, że tej książki nie znali. I nie o mnie tu wcale chodzi. Ale co tam – wracam do zabawy z matematyką -  skoro ma to pomóc – czemu nie.

Ale teraz już na poważnie. Książka jest o tym co i jak zrobić, by pomóc dziecku w uczeniu się matematyki. Uczyłam przez wiele lat w szkole (nie, nie matematyki) i zdążyłam zaobserwować, że matematyka dla wielu uczniów to zmora okropna. I wcale nie chodzi tutaj o wypisywanie działań 2+2, gdy dziecko pozna cyferki. Według autorki tłumaczenie – Bo on to talentu nie ma- to szukanie jakiegoś usprawiedliwienia. Problem jest o wiele głębszy – i nie chodzi tu o to, by bez sensu wałkować program, albo przerabiać materiał do przodu. (Ponoć nie daje to żadnych efektów). Sama byłam zaskoczona, gdy przeczytałam, że do tego, by opanować dobrze matmę nie trzeba jakichś wielkich uzdolnień do tego przedmiotu. Niepowodzeń nie należy również szukać w mniejszej sprawności intelektualnej uczniów. Są owszem dzieci uzdolnione wybitnie w tym kierunku, ale …

Pojęcia matematyczne – nawet te najprostsze – twierdzenia i język matematyki mają charakter operacyjny. Tym samym rozumowanie, które jest podstawą rozwiązywania problemów matematycznych, musi być utrzymane w konwencji operacyjnej. Również nauczanie matematyki – kształtowanie w umysłach dzieci podstawowych pojęć i umiejętności – opiera się na rozumowaniu operacyjnym. Nietrudno więc wysnuć wniosek, że aby dziecko było zdolne do uczenia się matematyki, musi posługiwać się rozumowaniem operacyjnym. Tylko w ten sposób może zrozumieć sens pojęć matematycznych.(str. 14)

Jak rozwijać rozumowanie operacyjne u dzieci, dlaczego dzieci mają tak wielkie problemy z rozwiązywaniem działań matematycznych, jaką rolę odgrywają emocje przy rozwiązywaniu zadań, co to takiego blokada emocjonalna, w jakiej mierze precyzyjne spostrzeganie i sprawność rąk są ważne przy uczeniu matematyki, czy istnieje takie zjawisko jak: dzieci uzdolnione matematycznie. Polecam rozdział: W jaki sposób można pomóc uczniom nie umiejącym sprostać szkolnym wymaganiom z matematyki.  – jak kształtować orientację przestrzenną, rozwijać dziecięce liczenie, kształtować metody operacyjnego rozumowania i wiele wiele innych ciekawych i ważnych zagadnień. Dla mnie najcenniejsze były informacje, jak można w domowy i prosty sposób przygotować dziecko do uczenia się matematyki. Świetny jest rozdział poświęcony dziecięcemu liczeniu. Propozycje zadań można realizować już z trzy- czterolatkami – Liczenie guzików przy płaszczyku, dziurek. Układanie samochodów na półce od największego do najmniejszego. Podczas układania klocków: układanie według kolorów, liczenie poszczególnych kolorów. Przy wyciąganiu warzyw z koszyka – liczenie marchewek, jabłek, pomidorów. Tworzenie zbiorów. Najwspanialszą porą do liczenia jest jesień: tyle wtedy kasztanów, liści, żołędzi.

Przepis autorki na spacer:

W trakcie spaceru można także znakomicie łączyć ćwiczenia ruchowe z liczeniem. Dorosły proponuje taką zabawę: cztery liczone kroki i podskok. Po kilku ćwiczeniach dorosły zmienia umowę: Teraz należy liczyć kroki: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i wymach rąk, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć i wymach rąk wraz z rozkrokiem (akcentuje się krok piąty, dziesiąty, piętnasty i dwudziesty)(str. 125)

Znalazłam też fajne ćwiczenia dla molików książkowych:

Sprzątamy biblioteczkę. Dorosły pyta: Ile jest książek na tej półce? Dziecko liczy i ustala liczbę książek. Dorosły zmienia układ liczonych książek i pyta: Czy teraz, po tej zmianie, nadal jest dwadzieścia siedem książek, policz… Następnie odejmuje kilka książek (przestawia je na drugą półkę) i znowu pyta: Ile jest teraz, po tej zmianie, książek na półce? (str. 123)

Te przykłady i mój opis to kropla wody w morzu informacji, jakie znajdziecie  w tej książce. Polecam i rodzicom i nauczycielom.

P.S. Po czym rozpoznać podczas niedzielnego spaceru po parku, że jakaś mama/ jakiś tato są po lekturze książek pani Gruszczyk - Kolczyńskiej:)))

Zajrzyjcie koniecznie tutaj:

Małe i większe formy

Znak Zorro

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, Warszawa 1989



poniedziałek, 28 czerwca 2010
Po co nam wiedza o książce dla dzieci?

Ukradłam tytuł mojego wpisu Qlturce, na strony której zaraz Was skieruję. Ja tylko tak króciutko tytułem wstępu. Zachęcam do przeczytania wywiadu z dr Małgorzatą Cackowską, która specjalizuje się w społecznych i kulturowych aspektach edukacji, a także w tematyce książki obrazkowej. Dlaczego rodzice i nauczyciele powinni interesować się tym, co w książkach piszczy? Odpowiedź na stronach wspomnianej już wcześniej Qlturki. Pierwszy raz spotkałam się z takim odważnym i publicznym stwierdzeniem, że obowiązkiem naszym jest zgłębianie tajników okołoksiążkowych. Otwarcie przyznam, że jest to zatem chyba jeden z najmilszych obowiązków, jakie przyszło mi wypełniać każdego dnia – bo jakoś nie wyobrażam sobie dnia bez książki, obcowania z nią  wspólnie z moimi dziećmi, rozmów o niej. I pomyśleć, że do tej pory robiłam to właściwie intuicyjnie - coś mi w środku mówiło, że muszę to robić:) Jak pewnie wielu z Was, którzy odwiedzają moją stronę, bądź sami piszą o książkach, reakcjach dzieci na dany tytuł, tekst, ilustrację. Nie wspomnę już o tym, że ten obowiązek jest o wiele milszy niż inne obowiązki - opłaty za gaz, energię, zakupy w hipermarkecie (Ach jeszcze jedno – pamiętajcie, że pieniądze wydane na książki to nie wydatek, ale inwestycja – to nie moje zdanie. Chyba znalazłam je w Zapachu cedru). Ten artykuł to trochę naukowe uzasadnienie naszej aktywności w tej dziedzinie – gadanie o książkach, pisanie o nich, wymiana opinii, szukanie rzeczy wartościowych wśród tak rozbuchanej oferty na rynku, nie jakiś tam wybryk kolejnej nawiedzonej mamy, ale mamy świadomej. Bądź świadomego taty. Po lekturze wywiadu po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, że zakup książki dziecięcej w naszym kraju najczęściej nadal przypomina slalom gigant na oblodzonym stoku. Trzeba się namozolić, dobrze kombinować, by nie walnąć w poustawiane na stoku tyczki. Mało się mówi, pisze o książkach dla dzieci. Zanim nie odkryłam blogosfery, zanim sama nie wybrałam się na poszukiwania ciekawej książki dziecięcej, pochłaniałam łapczywie artykuły, które niestety tylko sporadycznie pojawiały się w prasie. Nie mówiąc już o recenzjach książek dla dzieci – i to na płaszczyźnie tekstu, ilustracji, wydania. Na szczęście ostatnio chyba się coś zmieniło. Między innymi dzięki ciekawym portalom internetowym. Nie wspomnę też o paniach z księgarni, które chciały być pomocne, ale pomocne nie były. Zresztą czasem widzę, co polecają, gdy zagubiona babcia, mama nie wiedzą co kupić. I nie chodzi tutaj o żadne moje wymysły typu – ja to się lepiej znam. Bo się po prostu nie znam. Tylko szukam, próbuję, czytam o książkach, testuję z dziećmi. Szukam w szufladkach pamięci tego, co kiedyś mi się podobało. Choć kto jak kto, ale pani z księgarni powinna wiedzieć pewne rzeczy – ot choćby, że oprócz Andersena czy Lindgren są jeszcze inni pisarze jak Erlbruch, Annie M.G. Schmidt czy Widłak. A spotkałam się, że nie widziały. To trochę tak, jakby w sklepie spożywczym pani ekspedientka znała tylko jeden rodzaj mąki, a o tortowej, ziemniaczanej i krupczatce nie miała pojęcia. To w końcu jej praca. Nie wiem może się mylę. Bo przecież na Brzechwie i Tuwimie, jakkolwiek są wspaniali, bo są wspaniali – i chyba już nieśmiertelni – i Bogu niech za to będą dzięki, świat jednak się nie kończy. Małgorzata Cackowska nie zostawia suchej nitki na słodziutkich kiczowatych książkach dla najmłodszych, o których mówi harlequiny dla dzieci. Osobiście bardzo mnie ucieszył ten wywiad. Rozmówczyni bada, analizuje rynek książki dziecięcej, czasem nie zostawia na nim suchej nitki, patrzy krytycznym okiem i wyjaśnia, dlaczego pewne rzeczy o książkach wiedzieć warto. Reasumując – artykuł połknęłam, wydrukowałam i umieściłam w teczce, na której widnieje napis: Rzeczy ważne. Polecam.

czwartek, 12 lutego 2009
125 baśni do opowiadania dzieciom- Władysław Kopaliński

Nie potrafię się przekonać do tej książki. Bożonarodzeniowy prezent dla Mamy i Taty w celu budowania cudownych więzi z dziećmi, jakoś nie wypalił. Sam pomysł, jest niczego sobie. W krótkim wstępie zostaliśmy zachęceni do opowiadania dziecku baśni własnymi słowami z pamięci, oczywiście po wcześniejszym zapoznaniu się z tekstem. Jednak baśnie napisane przez Kopalińskiego są …  trochę jak wysuszone sucharki, brak im polotu, tajemnicy, magii, krótko mówiąc- posmaku dobrej baśni. Władysław Kopaliński, znany autor najróżniejszych słowników, w podobny sposób potraktował baśń, która jest chyba gatunkiem bardziej wymagającym. A może się mylę- to tylko moja opinia:) A to co autor uznał za cnotę swego zbioru- jest według mnie raczej przywarą- baśń to w końcu nie hasło do wyjaśnienia.

(…) dążyłem w tym wyborze do podawania treści baśni w sposób zwięzły, esencjonalny, bez sentymentalnych opisów, aby nie rozpraszać uwagi słuchacza, nie nadwyrężając zarazem pamięci współczesnego wajdeloty.

Kopaliński wybrał baśnie z najróżniejszych kręgów kulturowych i epok. Są te znane na całym świecie- Calineczka, Tomcio Paluch, Kot w butach i, dla mnie przynajmniej, całkiem nowe. To niewątpliwie zaleta tej książki- po swoim dziecku widzę, że pewne postacie już mu się osłuchały i znudziły.


 

poniedziałek, 27 października 2008
Zostań nawiedzoną nauczycielką - Joanna Białobrzeska

Książkę tę kupiłam dla siebie, jako nauczycielki i jako rodzica. Uczę wprawdzie przyszłych maturzystów, a książka raczej obfituje w pomysły dla nauczycieli dzieci najmłodszych- jednak gdy zaczęłam czytać, to się okazało, że z propozycji autorki mogą skorzystać wszystkie osoby, które mają do czynienia na co dzień z dziećmi. O Joannie Białobrzeskiej przeczytałam dobrych parę lat temu- jeśli się nie mylę w Wysokich Obcasach- z serii Portrety. Osoba pełna entuzjazmu, autorka podręczników dla dzieci, a przede wszystkim urodzona nauczycielka- z zapałem, świetnymi pomysłami, bardzo twórcza, pełna energii, kochająca to co robi, emanująca optymizmem i entuzjazmem. I taka właśnie jest ta książka. W kraju, gdzie tyle się narzeka na system oświaty, na nauczycieli, na szkołę polską- jest to takie światełko w tunelu. Początek tej lektury skierowany jest faktycznie dla nauczycieli- autorka przedstawia zalety bycia w zawodzie nauczycielskim i zachęca do tego, by mimo coraz chudszego portfela- zostać "nawiedzoną nauczycielką" po prostu dla samej siebie. Radzi, by motywować do nauki, by pomagać uczniom uwierzyć we własne możliwości. Pisze, by siebie polubić, poznać, zrozumieć i wreszcie zaakceptować. Zwraca uwagę na ważny aspekt- rola szkoły, przedszkola nie może ograniczać się tylko do roli przekazywania wiedzy- lecz i do wychowania. Daje rady- jak nie dać się nauczycielskiemu stresowi. Zapoznaje z nauczaniem efektywnym i omawia strategie przyspieszonego uczenia się. A co najważniejsze- pisze, że powinniśmy być optymistami, wizjonerami przyszłości, a naszym optymizmem winniśmy zarażać innych. Dla tych, którzy poczują niedosyt wgłębienia w temat- tytuły dalszych lektur. W części drugiej następuje omówienie cudownych lat przedszkolaka- a więc rozwój dziecka, propozycje - co robić z naszymi pociechami. Już same nazwy tych zajęć zdradzają nam nietuzinkowe pomysły na oryginalne spędzenie czasu z dziećmi- Kuchcikowo, Ciaptakowo, Supełkowo, Mały budowniczy, Bajdurkowo i inne. Część III to niezwykła szkolna codzienność- festiwale, imprezy, projekty.  Ta książka pokazała mi, jakie powinno być naprawdę dobre przedszkole i jak powinna wyglądać praca z małymi dziećmi w tej instytucji. Prawdę powiedziawszy- cudownym pomysłem byłoby obdarowanie każdego przedszkola w Polsce właśnie tą książką. Zastanawiam się , czy nie pożyczę tej lektury do poczytania mojej stażystce- by zarazić ją optymizmem i entuzjazmem, jakie biją od tej książki:)

Wydawnictwo Didasko

 
1 , 2