Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli

Wspomnienia z dzieciństwa

sobota, 01 grudnia 2018

Pewnie, że czekamy na wiosnę. Wszyscy – bez wyjątku. Zima swe uroki ma, ale …. W Dolinie Muminków małe stworzenia powoli budzą się ze snu zimowego. Nie wiem, czy wiecie, ale Muminki oraz ich przyjaciele – zapadają w zimowy sen. Najpierw jedzą na kolację trochę igliwia świerkowego, a potem z napełnionymi żołądkami dobrze śpią w swoich łóżkach przez trzy długie miesiące.

W pewien wiosenny poranek o godzinie czwartej do Doliny Muminków przyleciała pierwsza kukułka. Usiadła na dachu niebieskiego domu Muminków i zakukała osiem razy, co prawda trochę ochryple, gdyż była to jeszcze bardzo wczesna wiosna.

Wiosna! Nareszcie! A ta przynosi z sobą wiele niespodzianek. Muminek, Włóczykij i Ryjek znajdują na szczycie góry Czarodziejski Kapelusz. Kiedy okazuje się, że nie pasuje na głowy domowników (za duży) Tatuś Muminka radzi, by przeznaczyć go na kosz do papierów. Nie muszę dodawać, że skoro kapelusz jest czarodziejski, zaczynają dziać się dziwne rzeczy: skorupki jajek przemieniają się w obłoczki, Muminek – w potwora, a woda w rzece – w sok. Historia bardzo wciąga, bo przygoda goni przygodę – czasem jest śmiesznie, czasem tajemniczo, a czasem strach zagląda w oczy. Paszczak zmienia swoje hobby, wszyscy wyprawiają się łódką na Samotną Wyspę Hatifnatów, w Dolinie pojawiają się Topik i Topcia, czarodziej oraz potworna Buka. Ta część bardzo podobała się moim dzieciom. A z jakim zainteresowaniem słuchał jej mój trzylatek:))) Polecam tym, którzy nie sięgnęli do tej pory po książki Tove Jansson – klasyka przez duże „ka”, nieśmiertelne, piękne teksty, gdzie z rozmów małych bohaterów, albo między słowami, można wyczytać tyle filozoficznych prawd. I ilustracje – wyśmienite.

I najpiękniejsza scena w całej książce: kiedy Muminek podczas zabawy chowa się pod Czarodziejskim Kapeluszem i przemienia w potwora, kiedy wszyscy jego przyjaciele nazywają go oszustem i chcą wypędzić z Doliny, pojawia się Mamusia Muminka. Wystarcza jedno spojrzenie:

-Tak, ty jesteś Muminek.

Każda mama rozpozna swoje dziecko, a Mamusia Muminka poznała swego synka po strachu w wielkich oczach.

P.S. Wciąga – wciąga – dorosłych też;) I tylko szkoda, że znów zbliża się jesień. W Dolinie Muminków oczywiście. Bo nasza wiosna ciągle przed nami.

Serię o Muminkach czyta wyśmienicie mistrz słowa Krzysztof Kowalewski. Prawie 4 godziny cudnej lektury (bez czterech minut). 

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 14 listopada 2018

Miś Paddington ma już 60 lat. Kolejne pokolenie dzieci poznaje go, bawi się przy ilustracjach, śledzi jego przygody. Niniejsza książka została wydana specjalnie z okazji tego jubileuszu – duży format, grubsze kartki, mnóstwo kolorowych kultowych ilustracji (jakżeby inaczej) Peggy Fortnum.

We wstępie czytamy: „Paddington był początkowo jedynie bazgrołem, posuniętą o krok dalej starą pisarską sztuczką, jaką jest bezustanne ostrzenie ołówków przed rozpoczęciem pracy. Ja uciekałem się do czyszczenia za pomocą wygiętej szpilki środka literki „o” na czcionce maszyny do pisania – to satysfakcjonująca odskocznia od pracy, choć nieco plami palce, ale pomagała mi w tych dawnych czasach, kiedy byłem niepełnoetatowym pisarzem zarabiającym jako operator w telewizji”.

Chciałam zwrócić uwagę m.in. na czyszczenie czcionki i poplamione palce – no tak, ponad pół wieku temu nie było jeszcze czyściutkiej klawiatury i komputera.  I pomyśleć, że początek przygód misia to „niewielki futrzany obiekt siedzący na półce nad kominkiem w moim (autora) jednopokojowym mieszkaniu w Notting Hill Gate w Londynie”.

Wydanie jubileuszowe to właśnie początek przygód Paddingtona. Jego przybycie na stację Paddington w „ciepły, letni dzień” W śmiesznym kapeluszu z szerokim rondem. Miś wyemigrował z mrocznych ostępów Peru, ponieważ jego ciocia Lucy, u której do tej pory mieszkał, poszła do domu dla emerytowanych niedźwiedzi. I tak oto miś znalazł się w domu u państwa Brown – sympatyczny, niezgrabny, żarłoczny, nieokrzesany. Długo by wymieniać. W tym wydaniu możecie poczytać tym, jak Paddington przybywa do Londynu, jak otrzymuje imię. Jest śmiesznie, kiedy Paddington je w restauracji, bierze kąpiel, próbuje okiełznać schody ruchome w kolejce podziemnej, robi zakupy, maluje obraz, udaje się z wizytą do teatru, świętuje swoje urodziny. Miś co rusz wpada w kłopoty, co jest nie lada wyzwaniem dla jego opiekunów, państwa Brown. Ach ta angielska powściągliwość i dobre wychowanie, kultura, bon-ton. Właśnie to mnie bawi najbardziej – reakcja ludzi na miśkowe rojbrowanie.

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

czwartek, 30 sierpnia 2018

Przygody Jonki, Jonka i Kleksa ukazywały się co jakiś czas w czasach mojego dzieciństwa w „Świecie Młodych”. Byłam szczęśliwą prenumeratorką tego czasopisma – a to dzięki mojej mamie. Po każdy numer „ŚM” leciało się „do teczki” jak na skrzydłach. A lekturę zawsze zaczynałam od końca – czyli od ostatniej strony, gdzie były komiks i stała rubryczka pt. „Uśmiech numeru” (nawiasem mówiąc: niektóre dowcipy w obiegu rodzinnym są wciąż obecne, żywe i nadal … śmieszne). Powiem  tak: już samo nazwisko autorki komiksu działało na wyobraźnię dziecięcą. Mówcie co chcecie, ale Szarlota Pawel w latach PRL-u brzmiało (przynajmniej dla mnie) baaaardzo egzotycznie. I wtedy – właśnie jako dziecko, nawet nie śmiałam marzyć o tym, by mieć przygody Jonki, Jonka i Kleksa w jednym tomie. Za to układałam skrupulatnie numery „Świata Młodych” na półce i co rusz wracałam do ciekawej lektury i oczywiście komiksów. Jonka i Jonek  to dwójka przyjaciół. Plus Kleks – niebieski kompan uwielbiający popijać atrament. Można wiele pisać o codziennych przygodach i perypetiach całej trójki, dalej: o wynalazkach, których autorem był nie kto inny jak Kleks właśnie. Świat bez przemocy, kolorowy, z inteligentnym humorem, a dla mnie osobiście – ciekawy obraz minionej epoki. PRL w pigułce: kolejka pod każdym sklepem, pustki sklepowych półek, opryskliwa pani sprzedawczyni, składanie reklamacji w książce skarg i zażaleń, budki telefoniczne na rogu ulicy, oszczędzanie w SKO na klasową wycieczkę, harcerskie i zuchowe zbiórki z tłumem dzieciaków. W tamtych czasach zwariowane pomysły niebieskiego Kleksa to było COŚ. Kleks potrafił czynić cuda – zrobić coś z niczego. I dużo przy tym było hałasu, i śmiechu, i chyba jeszcze czegoś – może nawet nazwę to swego rodzaju tęsknotą. Za czymś nieoczekiwanym, niekiedy głupim, raz z sensem a raz bez. Bo taki był Kleks, którego uwielbiałam. Jego bujanie w chmurach, spontaniczność w zderzeniu z dobry wychowaniem Jonki i Jonka. Wróciłam do lektury po latach z sentymentem i łezką w oku.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

środa, 25 lipca 2018

Cudowną sprawą jest czytanie o lecie w samym środku lata. Przenieść się do czarodziejskiej krainy z ulubionymi bohaterami. Muminki można „pałaszować” nie zważając na chronologię wydawanych tomików. Chwytasz za książkę i od razu przenosisz się tam, dokąd chcesz.

Część letnia wcale letnia nie jest. Wręcz przeciwnie – jest upalna i gorąca od przygód. Wybuch wulkanu, powódź, rozdzielenie rodziny, tymczasowa utrata domu i całego dobytku – emocji jest mnóstwo. I nerwów, by nikomu nic się nie stało. Ale to tylko po stronie czytelnika – bo ze strony Muminków czekają nas jak zwykle: optymizm, spokój i rozwaga - i spora dawka humoru jak na całkiem spory zestaw nieszczęść. Tatuś Muminka znajduje nawet inspirację do pisania sztuki teatralnej. Oprócz „starych” bohaterów: Malej Mii, Włóczykija, Panny Migotki, Muminka są i nowe postacie jak dozorca parku i szczurzyca teatralna Emma. Wnoszą nową jakość do tekstu – przez co jest ciekawiej.

Interpretacja Krzysztofa Kowalewskiego pasuje do klimatu powieści i charakteru Muminków. Jest spokojnie, harmonijnie – przez blisko 3 godziny można pobyć w czarodziejskiej krainie, z dala od zgiełku i stresów dnia codziennego – dla małych i dużych.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 03 czerwca 2018

Z książkowymi „Fistaszkami” jest tak samo jak z fistaszkami do jedzenia. Jak zaczniesz – przepadłeś. Nie można skończyć sięgać po ostatniego orzeszka, upssss – po ostatnią (wcale nie-ostatnią) historyjkę. „Fistaszki” mają chwalebną statystykę. Jeśli wierzyć „Wikipedii”  czytało je 355 milionów czytelników z 75 krajów, zostały przetłumaczone na 21 języków, ukazały się w ponad 2600 gazet, opublikowano 17 897 historyjek, a sam autor zarobił na „Fistaszkach” ponad miliard dolarów. Uff – trzeba przyznać: dużo tego i robi wrażenie. Niedawno ukazał się kolejny tom polskiego wydania. Zawsze zaczynam od fistaszkowym wspomnień, w jakie na początku jest zaopatrzony każdy tom. Bo jak się okazuje, „Fistaszki” odgrywały dużą rolę w życiu wielu ludzi. Czasem wcale nie zdajemy sobie z tego sprawy – dopiero czytając takie wspomnienia innych, zaraz przenosimy je na swoje podwórko. W tym tomie o swoich refleksjach związanych z lekturą opowiada Joanna Olech.

Już samo pisanie o „Fistaszkach” kończy się tym, że człowiek siada do laptopa, wraca do znanych historii, by o nich napisać  i….. zapomina o całym świecie. O napisaniu recenzji również. Przenosi się do świata starych  znajomych: są tu Charlie Brown, Snoopy, Lucy, Sally Brown, Marcie, Woodstock. Na pewno lektura i dla dzieci i dla dorosłych, zabawne scenki, dialogi, refleksje dotyczące codzienności, życia i świata (na szczęście bez polityki), przepychanki słowne, inteligencja, humor, bystrość umysłu wszystkich bohaterów. Takie coś musi się podobać. Można czytać strona po stronie, można wyszukiwać paski komiksowe dotyczące ulubionych bohaterów. Dużo z nich jest ze sobą powiązanych, tworzy odrębną pokaźną całość. Sally przez cały ten tom próbuje dać sobie radę w szkole. Z różnym skutkiem. Snoopy wziął się poważnie za pisanie. W wolnych chwilach aktywnie koresponduje ze swoim bratem Spike’em, który wiedzie samotne życie na pustyni. Snoopy w ogóle ma naturę filozofa – marzyciela. Obserwuje pogodę, niebo – i bierze wszystkie dobrodziejstwa losu na swoją psią klatę. Schroeder komponuje coraz trudniejsze kawałki.

 Ilu nas, czytelników i miłośników „Fistaszków”, tyle zdań na ich temat i wspomnień. Ja sama pamiętam jak wieki temu trafił mi się plakat kinowy promujący film o „Fistaszkach”. Cieszyłam się nim ogromnie i dłuuuuugo zdobił jedną ze ścian mojego pokoju. Teraz miło mi, że akurat w moim domu „Fistaszki” łączą pokolenia, bo sięgają po nie i duzi i trochę mniejsi.

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 15 kwietnia 2018

 

Czy wiecie, że Miś Paddington ma już blisko 60 lat? W tym roku, w październiku będzie obchodził swoje kolejne urodziny. Jakże zmienił się świat. Nawet mroczne zakątki Peru, ojczyzna Paddingtona, już nie są takie mroczne jak kiedyś. Pojawiły się gadżety, filmy, przewodniki, w których Paddington oprowadza po Londynie. Nawet do Peru można wyjechać ot, tak sobie, bez długich wielomiesięcznych przygotowań. Pamiętam Paddingtona z dzieciństwa i związany z nim … spokój. Teraz nastały szalone lata. Wystarczy wejść do sklepu zabawkowego: plecaki, kubeczki, zeszyty, breloczki. Umilacze dzieciństwa – kto wie, może będą ciepłym wspomnieniem z najmłodszych lat. Jednak pomijam już całe to zamieszanie wokół Misia, ponieważ osobiście wolę tego najzwyklejszego Paddingtona, czarno – białego, narysowanego przez Peggy Fortnum, bez maskotek, kubeczków itd. Najlepiej – oddać się w ręce wyobraźni. Pewnie jestem staromodna, ale, no cóż…. A więc, wracając do słowa pisanego - dla niewtajemniczonych  - na dobry początek  przyjaźni polecam książkę – jeszcze przed filmami – a czytania jest sporo, bowiem najnowsza książka licząca ponad 400 stron zawiera mnóstwo przygód, śmiesznych historyjek. Oprócz tej książki na rynku dostępne są również inne tytuły, a także kolorowe wersje dla najmłodszych. Można czytać wszystko z górki, co nam wpadnie w ręce. Kolejność raczej nie jest istotna, bowiem za każdym razem autor przemyca do tekstu ciekawostki i informacje z życia Paddingtona. Na pewno nic nam nie umknie.


Początki Misia związane są z pewną wigilią sprzed 50 laty, kiedy to Michael Bond kupił swojej żonie pluszowego niedźwiadka. Imię pochodzi od pobliskiej stacji metra Paddington. Czytając o Misiu ogarnia mnie zawsze fala ciepłych uczuć i wspomnień. Świat, którego już nie ma. Jak czułby się dzisiaj, gdzie trzeba mieć czasami silne łokcie, by wywalczyć swoje. Dobroduszny, gapkowaty, powolny, dziecięco naiwny – demaskuje nasze wady, stereotypy, dziwaczne przyzwyczajenia – też cwaniactwo, gruboskórność, krótkowzroczność. W tym tomiku dzieje się wiele: Paddinton m.in. odwiedza dentystę, idzie do szkoły i sądu, wyjaśnia tajemnicę pewnego manekina, pokazuje jak należy dbać o zdrowie, stara się zarobić własne pieniądze (co łatwe nie jest) w końcu … ma i kłopoty. Ale te są przecież wpisane w jego życie. Ciekawy jest również drugi plan: angielska rzeczywistość, opisy codzienności na ulicach, w  różnych instytucjach, w kręgu rodzinnym.


Czytam sobie Paddintona, przypomina mi się pierwsze spotkanie z nim wiele lat temu. Paddington broi, broni się, dyskutuje, tłumaczy. Podśmiechuję się do siebie pod nosem. Przypomina mi się cytat z Gogola – I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.  I coś w tym jest. Naprawdę, wierzcie mi.

Jeszcze na koniec taka informacja: na okładce widnieje zdjęcie Paddintona z filmu. To tylko zakładka, którą miłośnicy klasyki mogą zdjąć. Pod nią widnieje już ilustracja klasycznego Misia - którą ja osobiście bardziej lubię:) 

Wiek 5+

Wydawnictwo Znak

 

środa, 14 lutego 2018

Ósma odsłona kultowej serii „Poczytaj mi mamo”. I muszę przyznać, że za każdym razem otwarciu nowej książki towarzyszą spore emocje.  Bo przecież na tych książkach się wychowaliśmy – ja i moje rodzeństwo. Zilustrowane przez wybitnych polskich artystów: Wandę Orlińską, Jerzego Flisaka, Halinę Zakrzewską, Olgę Siemaszko, Mateusza Gawrysia, Annę Stylo-Ginter, Krystynę Michałowską (to właśnie ona zaprojektowała charakterystyczne znaczki serii „Poczytaj mi mamo). I oczywiście teksty, które nie tylko bawią, ale mądrze uczą w wielu aspektach codziennego życia.

Ze wszystkich tytułów zebranych w tym tomie najbliższy mi jest „Księżyc nad Warszawą” Hanny Łochockiej (ilustracje: Anna Stylo-Ginter). Czytana wielokrotnie przed laty pozwalała poznać stolicę od innej strony – nie podręcznikowej – w czasach gdy nie było Internetu to było COŚ. Potem po latach – już trochę starsza, szukałam z wypiekami na twarzy pomnika Jana Kilińskiego, kolumny Zygmunta, Zamku Królewskiego, Syrenki nad Wisłą.

(noc) „Zabrała księżyc pod pachę,

aby obdzielić stolicę,

wysrebrzyć nim dach za dachem,

okna malować księżycem”.

Chyba nie trzeba przedstawiać „Kaczki dziwaczki” (ilustracje: Olga Siemaszko) i „Kaczek” (ilustracje: Krystyna Michałowska)  Jana Brzechwy („Po podwórku chodzą kaczki…”). Teksty znane, śpiewane i recytowane z pamięci.

„Co liczy się naprawdę” – Zdzisława Nowaka (ilustracje: Wanda Orlińska). Spracowany śmiertelnie, ledwo żywy Salim wraca na swoim osiołku do domu. Po drodze trafia do bogacza Abbasa, który z okazji urodzin zaprasza gości na różne smakołyki. Głodny jak wilk stepowy Salim chce oczywiście skorzystać z okazji, ale napotyka na liczne przeszkody. Bo przecież kto wpuści takiego biedaka do domu? Ciekawe, co  z tej historii wyniknie.

Pewnie z przyjemnością przypomnicie sobie legendę „Pan Twardowski”  Artura Oppmana (ilustracje: Jerzy Flisak) – o polskim szlachcicu, który „pragnął posiąść wszystkie czarnoksięskie sztuki”. Będzie diabeł, karczma Rzym (słynne powiedzenie „ta karczma Rzymem się nazywa” – niekiedy kołatało mi w głowie – ale mole książkowe już tak mają), będzie porwanie Twardowskiego na księżyc – jakżeby inaczej.

„Bieg z przeszkodami” – to mniej znane opowiadanie Czesława Janczarskiego (ilustracje: Halina Zakrzewska), autora kultowego „Misia Uszatka”.  Temat na czasie, bo olimpiada w Pjongczangu trwa w najlepsze. A tu możecie poczytać o biegu z przeszkodami hucznie nazwanym „Olimpiadą w Zajączkowie”.

„Biuro paszportowe” Jerzego Kiersta (ilustracje: Olga Siemaszko) niesamowicie działało na wyobraźnię dziecka PRL-u. Po pierwsze cudnie wyjaśniała, co dzieje się z ptakami wędrownymi, które wyruszały późnym latem i wczesną jesienią w egzotyczne zamorskie podróże. Po drugie przywoływały obcobrzmiące pojęcia: paszport, wiza, formalności. Oj, były pytania do rodziców. I była tęsknota za światem, który był jednak baaardzo daleko.

„Placek zgody i pogody” – Joanna Papuzińska/ ilustracje: Mateusz Gawryś

Rodzice dziewczynki właśnie się pokłócili, są obrażeni na czym świat stoi, zadzierają nosy do góry i nie dostrzegają tego, że ich córka cierpi. I właśnie wtedy do akcji wkracza Głowogonek, który podpowiada siedmiolatce, jak pomóc rodzicom pokonać ich złość. Kluczem jest tytuł, ale niech i tu rozwiązanie będzie niespodzianką.

„Domek zapomnienia” Lucyna Krzemieniecka/ ilustracje: Jerzy Flisak

Polny skrzat ma wielu przyjaciół, korzy – jak to zwykle bywa – mają swoje troski i kłopoty. Skrzat zmęczonym tymi bolączkami postanawia zbudować domek zapomnienia: „Ja zapomnę tam o wszystkich, wszyscy niech zapomną o mnie”. Ale czy naprawdę skrzat zrobi się nieczuly na kłopoty innych?

„Kurczak” Małgorzata Musierowicz/ ilustracje: Wanda Orlińska

 Tytułowy Kurczak to chłopiec z zerówki, przezywany tak ze względu na swoją delikatna posturę ciała. Krótkie opowiadanie dotyka ważnej tematyki dokuczania innym. Płynie  z tej książki ważna nauka, że „Nikt nie jest lepszy od nikogo”.

Książki skierowane są do różnych grup wiekowych – dla każdego coś dobrego. Wiersze Brzechwy można czytać już najmłodszym maluchom. Książka może „rosnąć” z dzieckiem.

Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

czwartek, 11 stycznia 2018
czwartek, 15 czerwca 2017

Akademia Pana Kleksa powstała podczas II wojny światowej. Za oknem było szaro, ponuro, niebezpiecznie, nieprzyjemnie.

„To była jakaś forma ucieczki przed rzeczywistością” – mówił Jan Brzechwa*. To świat, do którego uciekał autor. Może nie całkiem bezpieczny – ale było w nim miejsce na fantazję, marzenia, bajki. Zresztą w samej książce ponoć mnóstwo jest aluzji do II wojny światowej. Czyż nie przerażała Was horda wilków, o której opowiadał szpak Mateusz? Siała zgrozę w miasteczkach i wsiach, nie było na nią rady. Plądrowała, grabiła, mordowała. Nikt nie pomógł Mateuszowi, tak jak nikt nie pomógł Polsce w 1939 roku.


„Na koniec jednak wszystko jeszcze raz okazuje się baśnią. Okrutną, ale z dobrym zakończeniem. Szpak Mateusz zmienia się w „wytwornego pana w wieku lat czterdziestu, o włosach przyprószonych lekką siwizną”, czyli … Jana Brzechwę.

-Jestem autorem historii o Panu Kleksie – mówi elegancki pan. - Napisałem tę opowieść, gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je, sam bawię się znakomicie.”*

 

Akademia Pana Kleksa to kawał świetnej literatury i dobrze się stało, że znalazła się w kanonie lektur szkolnych. To też moje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa. Przygody Adasia Niezgódki i jego przyjaciół. I ta jedna myśl, która przed laty towarzyszyła mi podczas czytania – dlaczego ta sławna uczelnia była tylko dla chłopaków? Brzechwa w dzisiejszych czasach dostałby niezłego prztyczka w nos od feministek (śmiech). Mam przed sobą nowiutki, pachnący jeszcze farbą drukarską egzemplarz Naszej Księgarni. Książka wydana starannie, apetycznie. Zawiera w środku nie tylko „Akademię” ale i dwie dalsze części: Podróże pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa. Mniej znane, ale również zasługujące na uwagę.

Książka swego czasu robiła furorę dzięki udanej adaptacji filmowej. Jednak – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – książka oczywiście jest lepsza od filmu (nie odwołam).  Najnowsza wersja – z ilustracjami Marianny Sztymy, którą lubię za wiele ilustracji do innych tytułów. Na pewno ilustratorka zdawała sobie sprawę z tego, że podjęcie taaaakiego wyzwania, jakim jest stworzenie nowego wizerunku profesora Kleksa, to jest wyczyn nie lada. I że trzeba będzie zmierzyć się z opinią miłośników Szancerowego Kleksa. Tam – rozczochranego wariata – tutaj bardziej stonowanego, wyciszonego pana. Myślę, że Kleks pani Marianny ma szansę chwycić za serducho. Też z chochlikiem w oku, z zawadiackim uśmiechem, kolorowymi piegami spodoba się współczesnym – i dzieciom, i rodzicom, również tym, „skażonym" Szancerem.


Podróże Pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa powstały już w czasach powojennych. Kolejno lata: 1961 i 1965. Podróże, w których sławny mędrzec, dziwak i podróżnik, uczeń wielkiego doktora Paj – Chi – Wo, założyciel słynnej Akademii, Ambroży Kleks wyrusza na spotkanie ku przygodzie. W dalekim kraju – Bajdocji jego mieszkańcy piszą białym atramentem na białym papierze. Nikt nie zna sposobu zapisywania bajek, a kiedy niestety zawodzi system supełkowy, cały kraj pogrąża się w żałobie. I właśnie wtedy przed Wielkim Bajarzem staje pan Kleks, który przekonuje go do wyprawy na trójmasztowcu „Apolinarym Mrku” (mieszkańcy nie zali litery „u”) w celu dotarcia do składników czarnej i białej barwy. Tryumf pana Kleksa to z kolei przygody w krainie: Alamakota. Moim zdaniem to najsłabsza z trzech części – choć na pewno warta poznania. Dużo tu miejsca na przygodę, wyobraźnię i …. filozofowanie.


Klasyka dla dzieci – z nowym wizerunkiem kultowego dla wielu bohatera. Czy dacie mu szansę? Sama, przyzwyczajona do wizerunku autorstwa Szancera, już teraz polubiłam Kleksa pani Marianny. A w samej grubaśnej książce znajdziecie tyle przygód, że starczy na całe wakacje. A może natchną one dzieci do wspaniałych zabaw, zniechęcą choć trochę do komputera?


*- cytaty pochodzą z książki Mariusza Urbanka – „Brzechwa nie dla dzieci”


Wiek  8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

sobota, 03 czerwca 2017

 

Szare, bure i pstrokate

Wszystkie koty za pan brat.

Mają drogi swe i płoty

-po prostu koci świat!

 

Pamiętacie? Moje pokolenie, pewnie tak. Mnie w każdym razie łezka w oku się zakręciła. Kultowa bajka o czarnym Bonifacym, kochającym swój zapiecek, chwalipięcie jakich mało, takim kocim filozofie. I o Filomenie – małym białym kotku, z czarną plamką za uchem, naiwnym, ciekawskim i odważnym. Większość książek napisanych według kreskówek jest zazwyczaj na niskim poziomie. Powiem tak – ładnie wyglądają, ale czytać tego się nie da. Tymczasem Przygody są napisane starannym i barwnym językiem. Autorami są dwaj scenarzyści: Marek Nejman- można powiedzieć, ojciec kota Filomena i Sławomir Grabowski. Książkę zilustrowała Julitta Karwowska – Wnuczak, przy bajce odpowiedzialna za projekty plastyczne.

Takiej wsi, takiej chaty, w której żyją oba koty, w naszej okolicy już nie ma. Ale może gdzieś w Polsce… Dlatego warto sięgnąć po książkę już choćby dla odkrycia tego, co minęło. Zapiecek, wóz drabiniasty, gliniane dzbanki, puchowe pierzyny, ptactwo spacerujące dumnie po zagrodzie, płot ze sztachet, harcujące po izbie myszy, drewniane ławy, czy najprawdziwsza w świecie miotła. A przede wszystkim zapach dawnej wsi. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę. Wieś kiedyś pachniała inaczej. Rok temu razem z mężem mieliśmy coś w rodzaju dejavu. Wyjechaliśmy na zawody męża w Polskę i w przerwie między startami spacerowaliśmy po wiejskiej urokliwej okolicy. I nagle przechodząc koło pewnego domostwa, spojrzeliśmy automatycznie na siebie i razem stwierdziliśmy, że tak pachniała wieś naszych dziadków – i z mojej i z M. strony. Bez wielkohodowalnych zapachów, bez środków chemicznych, nawozów. I ja taką właśnie wieś odnajduję w tej książce. Książka z wielką czułością traktuje o tym, co polskie, zaprasza do odkrywania cudów świata, ale nie tego dalekiego, tylko świata na wyciągnięcie ręki. Są też polskie zwyczaje – Wielkanoc, Boże Narodzenie. Obok naszych bohaterów jest mnóstwo innych zwierząt, roślin, przedmiotów, które współtworzą ten koci świat. Są i przysłowia – już choćby to ulubione dziadkowe Masz babo placek, czy inne: Kto nie pracuje ten nie je, Żyć jak pies z kotem.

Książka zdecydowanie dla starszaków- rozdziały są dosyć długie, rozbudowane dialogi, z wyszukanym słownictwem, wymagają większej koncentracji. W książce znaleźliśmy 32 historie, które pochodzą z tomów Przygody Kota Filemona; Filemon i Bonifacy; Filemon, Bonifacy i Szczeniak. Powiem tak – jako dziecko bardziej lubiłam Filemona, za którym teraz przepada mój Tomek. Z wiekiem bliższy stał mi się Bonifacy – trochę leniwy, niezły maruda:) kochający wygody i ciepełko, z dystansem podchodzący do życia i doświadczony. Polecamy!

Wiek 5+ 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 04 maja 2017

 

Po „Cudach wiankach” kolejna książka Marianny Oklejak w ludowym klimacie. Tym razem zaskakująca opowieść o dwóch braciach szukających szczęścia w obcym świecie. Braciach, którzy po śmierci rodziców nie potrafią się ze sobą zgodzić. Kłócą się i kłócą. Trzeba znaleźć swoje miejsce na ziemi.  I wyruszają w podróż w poszukiwaniu szczęścia, w której towarzyszymy im my, czytelnicy. Dodajmy – z jednej strony podróż piękną, z drugiej niebezpieczną. Wojtek i Jasiek muszą przejść przez las, czarodziejski ogród, wioski, ukwiecone łąki, pola. Wędrują po gościńcu wiele dni.

Tu czai się diabeł Rokita w rosochatej wierzbie, tam straszna wiedźma. Tu dziwne drzwi, które należy otworzyć. Gdzie indziej znów bracia głowią się na rozstajach dróg, bo wybrać odpowiednią drogę – czy w lewo czy w prawo wcale łatwo nie jest. Wszędzie czekają na nich niespodzianki. By pójść dalej muszą  zmierzyć się z różnymi magicznymi postaciami: na ich drodze stają wiedźmy, diabeł, różne zwierzęta, wróżki. Muszą pokonać je sprytem, kreatywnością, wiedzą o świecie. Kolejny krok bracia mogą wykonać tylko wtedy, jeśli rozwiążą zagadkę. Pomóc mają im w tym najmłodsi szukając po kawałku chleba na drogę dla Jaśka i Wojtka, dalej – upierzonych ptaków, tłustych ślimaków dla ptaków, pierścienia innego niż wszystkie (a jest z czego wybierać, oj jest), grzybów, zwierząt skrytych za zasłoną zmroku, węży czających się w trawie, magicznego kwiatu paproci, klucza do drzwi, konika bez pary, drogi do lisiej nory.


Książka mnie zachwiała. Pewnie dlatego, że od dziecka lubię takie ludowe klimaty. Wychowana na starych piosenkach i przyśpiewkach, za jej sprawą trochę wracam do czasów dzieciństwa. Tutaj w klimacie starej ludowej baśni, książka Marianny Oklejak jest niczym opowieść mająca swój zamknięty początek i koniec. Bracia szukają swojego miejsca na ziemi. Odwieczne marzenie człowieka – odnaleźć szczęście. Prowadzi do niego wyboista i kręta droga, którą pięknie zilustrowała autorka. Marianna Oklejak garściami czerpie z kultury ludowej. Koniki, ptaszki, koguciki, pawie, motywy florystyczne, stroje ludowe, nawet takie drobiazgi jak malowane dzbany i firanki – wycinanki. Żywe i energetyczne kolory, ciekawe zestawienia czerni z innymi barwami. Mieszanka folku w nowoczesnym ujęciu w połączeniu ze starymi baśniami – przewijają się tu motywy kwiatu paproci, diabła skrytego w starej wierzbie, wiedźmy przemienionej w ropuchę, krasnoludków. Każda strona to inne motywy i kolejne zagadki do odgadnięcia.

Książka cieszy oko  małego i starszego czytelnika. Myślę, że każdy przeczyta ją po swojemu.  Dzieci ucieszą się mnóstwem zdań do wykonania. Dorośli pewnie zachwycą się ilustracjami. Mnogością motywów – może znanych z rodzinnych stron. A to rodzi wspomnienia:)


Wiek 5+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 20 lutego 2017

 

Zima jeszcze trwa, a najlepiej zimą smakują baśnie. To pora roku, gdy mamy więcej czasu dla siebie, dzieci, rodziny i znajomych. Ogród śpi, dni krótkie, w domu ciepło. Nic, tylko zatopić się w lekturze – a to czytając, to znów słuchając audiobooków. Baśnie Andersena - bo to one występują dziś w roli głównej w nowym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej. Tłumaczka wróciła w swoim przekładzie do korzeni, do języka mówionego baśniopisarza. Faktycznie, porównując nowy przekład ze starymi wersjami (było ich naprawdę wiele), widać różnicę.

Sam Andersen napisał: „W stylu miało być słychać, że ktoś baśń opowiada, dlatego język musiał się zbliżać do powieści ustnej”. Za jego czasów tylko wybrane dzieci miały dostęp do książek. Bieda, panujący analfabetyzm sprawiały, że książkowe wersje znali nieliczni. Baśnie za to żyły swoim życiem: opowiadano je na spotkaniach towarzyskich, na rogach ulic inscenizując dla najmłodszych teatrzyki, baaa – specjalnie zapraszano autorów do bogatych domów, gdzie przed widownią popisywali się swoimi utworami. Sam Andersen wykorzystywał w tym swoje wycinanki, grę cieni.

Na pewno baśnie Andersena do najłatwiejszych nie należą. Mimo uwspółcześnionego przekładu stanowią jednak niemałą trudność w odbiorze w przypadku dzieci najmłodszych. Długie opisy, wyszukane słownictwo. Jest to wyzwanie nawet dla kogoś oczytanego, a przyzwyczajonego do współczesnej literatury dziecięcej (patrz ¾ dialogów i liche opisy). Dlatego wtedy właśnie świetnie sprawdzają się audiobooki albo wspólne rodzinne czytanie (to zdecydowanie lepsze, ale nie zawsze możliwe).

Audiobook zawiera 19 baśni – mniej i bardziej znanych: Latający kufer, Narzeczeni, Ojciec wie najlepiej, Wzgórze elfów, To pewna wiadomość, Krasnoludek u kupca, Księżniczka na ziarnku grochu, Calineczka, Głupi Jaś, Krzesiwo, Nowe szaty cesarza, Mały Klaus i duży Klaus, Świniopas, Śniegowy bałwan, Kwiaty małej Idy, Słowik, Brzydkie kaczątko, Pasterka i kominiarczyk, Dzielny cynowy żołnierzyk. Niektóre baśnie pewnie znacie pod innym tytułem: dla mnie (niekiedy niereformowalnej istoty) zwłaszcza ostatnia baśń zawsze będzie „Dzielnym ołowianym żołnierzem”.

Baśnie Andersena polubił zwłaszcza mój młodszy syn. Do jego ulubionych tytułów należą: „Nowe szaty cesarza” (zakończenie zawsze wywołuje tubalny i szczery śmiech – jak również zdziwienie, że dorośli tak łatwo dali się nabrać parze oszustów) i „Krzesiwo”. Zwłaszcza ta druga baśń często rozbrzmiewa w naszym domu. Pewnie ze względu na żołnierza – głównego bohatera.

Myślę, że do interpretacji Jerzego Stuhra namawiać nie trzeba. Jego gra głosem sprawia, że nagle zaczyna robić się ludno od postaci. Łatwo rozróżnić charczącą wiedźmę, hardego żołnierza, niepewny głos ministra, który zastanawia się, czy na rozłożonych krosnach aby na pewno widzi delikatną tkaninę na szatę cesarza.  

Czy namówiłam was do baśniowych rodzinnych wieczorów?

Czas nagrania 4 godziny 20 minut

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 25 stycznia 2017

 

Dziecięce serducha są niesamowite. Starcza w nich miejsca na miłość dla wszystkich misiów tego świata. Zastanawiam się, czy jest jeszcze ktoś, kogo nasze maluchy obdarzyły taką wielką, bezgraniczną, altruistyczną miłością. Miłością, która aż kipi od emocji, parzy wręcz. W dodatku trudno mówić tu o jakichkolwiek kryteriach tej miłości - każdy miś jest inny, ma odmienny charakter, inaczej wygląda. Jedne mają mniejszy inne troszkę większy apetyt, jedne mądre, inne przemądrzałe, a inne to reprezentanci gatunku o bardzo małym rozumku. Są piękne i wywołują w nas jedynie ciepłe uczucia. A wszystko w myśl hasła - Wszystkie misie są nasze i należy je kochać.


Bo czemu nie lwy, czemu nie słonie, hipopotamy, zebry, kangury? Pojedyncze, podwójne, ba, potrójne egzemplarze, to i owszem, zdobyły popularność ale sami przyznacie, że miśki i tak biją cały zwierzyniec o głowę i najbardziej na świecie kojarzą się z dzieciństwem. Co więcej, niektóre stały się ambasadorami krajów swojego pochodzenia. Puchatek, Paddington – mroczne zakątki Peru/ Anglia, Coralgol – Francja, Miś Kuleczka – Rosja, Miś Uszatek – Polska.


Jestem ciekawa, czy ktoś wie, dlaczego Miś Uszatek ma oklapnięte uszko? Przyznaję się, ja nie wiedziałam. Szukajcie odpowiedzi w „Misu Uszatku”. To kultowa książka, z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego. Krótkie opowiastki o przygodach pewnego misia ze sklepu z zabawkami i jego przyjaciół. O tym, co się dzieje wokół nas - o mrozie na szybach, bałwanku, bocianie, śmigusie-dyngusie, pociągu, cyrku, dzięciole, spadających liściach. W krótkich historyjkach dzieci znajdą odpowiedzi na tyle nurtujących pytań. W starych, liczących ponad 50 lat opowiadaniach, ukrytych jest wiele prawd – jak choćby te, że warto mieć przyjaciół, że do szczęścia wiele nie trzeba, a zachwycić może mała biedronka i czerwone nogi bociana. W dodatku książka inspiruje i zachęca dzieci do zabawy. Latawiec, hulajnoga, polewanie się wodą, chlapanie w deszczu, pociąg, pieczenie ciasta, saneczki, konik na biegunach, lepienie bałwana. Jakże inne zabawy i zainteresowania – niż komputer, tablet, telewizor.


Jubileuszowe wydanie opowiadań o Misiu Uszatku – niedźwiadku z klapniętym uszkiem. Niniejszy zbiór zawiera „ Przygody i wędrówki Misia Uszatka”, „Nowi przyjaciele Misia Uszatka” i „Gromadka Misia Uszatka”. Interesujący wstęp Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o perypetiach misia w filmie i książkach – w Polsce i za granicą. Kultowe ilustracje Zbigniewa Rychlickiego – przygodowe, w ruchu, wesołe. Krótkie historyjki z gromadką wiernych przyjaciół: Zajączek, Kruczek, Kogucik, Różowy Ryjek. 


Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

sobota, 14 stycznia 2017

Do czytania wierszy Brzechwy specjalnie zachęcać nie trzeba. Baaaa, co ja piszę? -Też mi coś - "do czytania". Wielu zna je wręcz na pamięć. Pamiętam mojego tatę, który swoim wnukom cytował z pamięci: "Na Wyspach Bergamutach", "Zoo".

Cudne są te wiersze, na których wychowuje się kolejne pokolenie. W tej książce znajdziecie zbiór (ponoć) wszystkich wierszy, jakie tylko Jan Brzechwa napisał dla dzieci. Są wśród nich te najpopularniejsze, które i mi towarzyszyły w dzieciństwie. I oczywiście mniej znane utwory- choć czytając je, zastanawiałam się, dlaczego jedne z nich chwyciły za serce od razu, urzekły, wpadły w ucho, przez co stały się niesamowicie popularne. Inne - mniej. Ale i one mają mnóstwo uroku.

 

W "Kruku i krowie" znajdziecie odpowiedź na pytanie "dlaczego krowę nazwano krową". "Kot" to pretensje przemiłego futrzaka skierowane do Autora, że do tej pory nie napisał niczego o tygryskowym zwierzęciu. Przy lekturze "Nudów" wcale nudno nie jest. "Kapce" za to uzmysławiają , że wcale nie tak łatwo kupić kapcioszki dla babci. Szóstka w "Szóstce oszustce" ma niesamowite przygody. A znaki przestankowe: myślnik, dwukropek, średnik, kropka mają swoje problemy. "Dwie gaduły" to rodzajowa scenka z miasteczka, która mogła zdarzyć się wszędzie i zawsze.


Brzechwa w swych wierszach rozśmiesza, bawi się słowem, prowadzi do ciekawego i zaskakującego punktu kulminacyjnego. Wykorzystuje potencjał słowa, jego różnorakich znaczeń. Pokazuje tym samym możliwości rodzimej mowy. Nie każdy tak potrafi żonglować słowem, nie każdy. Ale Brzechwa to mistrz słowa. 


Techniczna strona języka to jedno, znaczeniowa - drugie. Natomiast jest też trzeci aspekt wierszy poety - wprowadzanie dziecka w świat cudów, gdzie niemożliwe staje się możliwe. W bajkowe klimaty, do królestwa, w którym król "pijał mleko i jadał dużo kaszy". Do zoo - gdzie małpy, zebra, renifer, krokodyl. Brzechwa dostrzegał w każdym potencjał do stania się bohaterem - choć czterowersowym. Po lekturze tej książce zwykła igła z nitką już nigdy nie będzie zwykłą igłą z nitką. Pięknie wydana, ze świetnymi ilustracjami Artura Gulewicza. Zresztą popatrzcie sami.


Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

piątek, 30 grudnia 2016

 

Księga siódma kultowej serii „Poczytaj mi mamo”. Jednak zanim pojawiły się grube księgi – pięknie wydane, w twardych oprawach (Pierwsza księga – wydana w 2010r.), każda z 10 tytułami w  środku, były malutkie kwadratowe książeczki.

Każda z nich stanowiła odrębną całość. Każda osobno do kupienia . Tutaj zebrane w całość i takie tytuły do literackiego smakowania:

- Ten dziwny Eryk – Danuta Wawiłow, ilustracje: Maria Uszacka

Co się dzieje w przedszkolnej grupie, gdy nagle pojawia się nowy? Na dodatek nieznośny i złośliwy. Ale czy to do końca tylko jego wina?

-Dlaczego nagle pada deszcz – Ryszard Marek Groński, ilustracje Danuta Konwicka

Czy można odpowiedzieć na to pytanie? I co się dzieje, gdy nagle krople zaczynają padać na głowę przewodniczącego, pani Janki, pana kioskarza, pani Hortensji, pana Andrzeja? „Może w tej chwili, małej jak kropla, spełnia się czyjeś WIELKIE MARZENIE”.

-Pałac, którego nie było – Zdzisław Nowak, ilustracje Mirosław Pokora

Opowiastka o władcy Buchary uczy, ze pomysł bez sensu nikomu nie przynoszą pożytku. By się o tym przekonać warto prześledzić budowę pewnego pałacu na niebie.

-Bracia Miesiące – Ewa Szelburg-Zarembina, ilustracje Zdzisław Witwicki

Krótkie wierszyki o poszczególnych miesiącach. Jest akurat grudzień, więc przytaczam tekst właśnie o nim:

Biegnie żwawy Grudzień

Z brzękiem łyżew, nart;

-Dalej za mną, dzieci!

Kto żyw – ten na start!

Jak mi żal takich zim, jakie są przedstawione w tej książeczce.

-Gorąca skorupa – Danuta Wawiłow, ilustracje Hanna Czajkowska

Codzienność przedszkolaków, przeplatana łobuzowaniem, zabawą, opowiadaniem ciekawych historii. Wawiłow bardziej znana jako poetka, tutaj w krótkim opowiadaniu pokazuje dziecięcy świat.

-Legenda  o Złotej Kaczce – Barbara Lewandowska, ilustracje Krystyna Michałowska

Jedna z wielu wersji legend warszawskich. Tym razem niejaki Kasper chce odnaleźć skarby strzeżone przez Złotą Kaczkę.

-Poczytaj mi - Barbara Lewandowska, ilustracje Bohdan Butenko

Czy zapracowana mama znajdzie czas, by poczytać córce Kasi? A może siostra dziewczynki? Albo brat? A może warto samemu nauczyć się literek?

-Legenda o tarczy i mieczu – Hanna Łochocka, ilustracje Anna Stylo-Ginter

Warsz i Sawa – zgodne małżeństwo, prowadzą nad Wisłą gospodę dla podróżnych. W rzece harcuje mała syrenka. Pewnego dnia bałwany porywają jej przyjaciółkę rybkę. Syrenka spieszy na pomoc. Jaki prezent otrzyma od króla Bałtyku?

-Samo się – Jadwiga jasny

Wcale nie tak łatwo pomagać. Nawet wtedy, gdy jest się przekonanym, że wszystko potrafi się zrobić jak najlepiej. A tu śmietana się wylała, kubek w kwiatki się stłukł, rozlała się woda. Czy to aby na pewno samo się zrobiło?

-Tygrys na osiem pięter – Barbara Lewandowska, ilustracje Bohdan Butenko

Tak się kończą magiczne zabawy. Stało się. Z cylindra zamiast sałaty wyskoczył … tygrys. Od momentu jego pojawienia się życie mieszkańców w pewnym bloku diametralnie się zmieniło. Wszystkim pojawienie się tego zwierzaka wyszło na dobre. A dlaczego?

Wiek 4-99

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

piątek, 11 listopada 2016

„Fistaszki” wielu z mojego pokolenia nie zostawią obojętnym. Mamy takie swoje fistaszkowe prywatne wspomnienia. Moja pierwsza wersja komiksu była cieniutka. Z dużym zaangażowaniem pokolorowałam też charakterystyczne czarno–białe ilustracje, bo wychodziłam z założenia, że takie wcale być nie powinny i że to wynikało raczej z PRL-owskiego skąpstwa farby drukarskiej dla wydawcy niźli z wyższej konieczności. Dopiero po latach dotarło do mnie, że oryginalne „Fistaszki” właśnie takie mają być. Może spowodowała to kolorowa już tym razem kreskówka zaprezentowana jednorazowo w ramach DKF-u w naszym miasteczkowym domu kultury? Nie wiem. Powiew Zachodu na prowincji dzięki niepozornej książce. A to Charles by się zdziwił.  

O swoich Fistaszkach akurat w tym tomie opowiada we wstępie Andrzej Poniedzielski. Dalej to już 314 stron charakterystycznych paseczków z lat 1977-1978. Charlie Brown, Lucy, Patty, umuzykalniony Schroeder, Linus, Snoopy. Z tekstem i bez. Całkiem krótkie, i całe serie na całą stronę i dłuższe. Zabawy dzieciaków, w których czasem można zobaczyć siebie – ze wszystkimi wadami i przywarami. Humor, czasem nie do ogarnięcia przez młodsze pokolenie, scenki, do których zrozumienia czasem potrzebna jest wiedza z zakresu polityki czy kultury. Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach bohaterowie komiksu byliby ukazani inaczej. Nie spędzaliby tyle czasu na dworze - zwrócę uwagę na fakt, że nie straszna im zła pogoda: śnieg czy deszcz. Pewnie częściej występowaliby ze współczesnymi gadżetami, których nazw nawet nie jestem w  tej chwili zacytować. „Fistaszki” to niezwykle ciekawy obraz społeczny – to świat, którego już nie ma. Pomijam całe tło przeszłości – np. czarne telefony z tarczą itp. To też cudowne wchodzenie w częste interakcje z rówieśnikami: bez wtrącania się dorosłych, rozwiązywanie problemów po swojemu, mówienie o nich, spędzanie razem wolego czasu, rozwijanie wspólnych zainteresowań. Widząc teraz często puste podwórka i ulice – bez bawiących się dzieci, które są – a jakże pochowane po domach przed monitorami miałabym wielką ochotę pokazać im świat naszego dzieciństwa – z prostymi zabawami, konkretnymi zasadami postępowania. Nie oglądaliby slajdów, ale sięgaliby po aparaty cyfrowe i komputery. Przełączaliby kanały pilotem. Bo Fistaszki to też, a może i przede wszystkim, obraz zmieniającej się rzeczywistości.

Andrzej Poniedzielski wspomina:

Fistaszkowe filmiki nie są długie. Kilka obrazków – klatek. Zaabsorbowanie odbiorcy – na chwilę. Fistaszki nie wyciągają ręki po obszerne fragmenty mojego czasu. Zdają się mówić: „Przystań na chwilę”. „Zastanów się” Albo właśnie: „Nie zastanawiaj się. Jest tyle ludzi i obszarów twojego życia wymagających zastanowienia. Odetchnij przy nas. My nie jesteśmy filozofią. My filozofujemy. A nawet filozujemy jedynie”.

Z Fistaszkami w naszym domu jest tak. Co rusz wyciąga je ktoś z regału – bo budzą ciekawość. Poszczególne tomy mają nietypowy grubaśny i podłużny kształt. Od razu rzucają się w oczy. Nie czyta się ich ot tak – od razu. Delektuje się nimi. I – tak jak te konkretne i prawdziwe peanuts – strasznie wciągają. Niby chce się przeczytać tylko jedną stronę (niby chce się zjeść tylko trochę), potem czyta się następne i następne (a potem sięga się po następne i następne do torebeczki). Co ciekawe zawsze można książkę otworzyć w obojętnie którym miejscu i zawsze na nowo wzbudzi ona zainteresowanie.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

 

środa, 03 sierpnia 2016

Miłe wspomnienie, wspaniała dziecięca literatura, najlepsi autorzy, piękne ilustracje. Myślę, że jeśli ktoś z mojego pokolenia sięga po te książki, ma … gęsią skórkę. Hahaha. Młodzi mają szansę poznać literaturę ich babć i mam. Teksty wielkiej dbałości o słowo, wartości moralne, dobra zabawa i rozrywka. Kiedyś wydawane w oddzielnych tomach, teraz zebrane siedem tytułów w jedną książkę. Po drodze niektóre z nich doczekały się nowych wydań, niekiedy nowych ilustratorskich (niekoniecznie ciekawych) wizji. Jednak to te stare właśnie wywołują niekiedy łezkę w oku, nadal zachwycają, przywołują wspomnienia, kiedy to zaszywało się z książką w jakimś miłym kącie w domu.

Tygrys o złotym sercu szuka przyjaciela. Ale to wcale nie taka łatwa sprawa. Bowiem kto widzi drapieżnika, zaraz zmyka gdzie pieprz rośnie. Przyjaźń z Króliczkiem, który Wszystkiemu Wierzy będzie trwała o wiele dłużej niż bajka.


Dzięki suczce Wawie pewne rodzeństwo trafia do poparzonego Marcinka. Piesek od dłuższego czasu w ten sposób sprowadza dobrych i prawdziwych przyjaciół do domu przy ulicy Kasztanowej. Można powiedzieć, że ma naprawdę szczęśliwą łapkę do dobrych ludzi.


„Kot w Butach” Hanny Januszewskiej  to już klasyka. Moja ulubiona wersja z ilustracjami Janusza Grabiańskiego. Literacka delicja – ot co.


Losy biednego Jasia Kapelusznika chwycą każdego za serce. Ani ojca, ani matki, ani klientów. Na szczęście jego zły los wkrótce się odmieni. A za czyją to sprawką?


Kultowy „Pilot i ja”. Ta książka uczy, że w dziecięcych ilustracjach kryją się nie tylko fantazja i czary, ale i marzenia mające moc sprawczą. Wystarczy trochę wyobraźni, by przeżywać podniebne przygody. Niemożliwe staje się tu możliwe.


Również w „Apolejce i osiołku” czarów moc. To bajka dla złaknionych nadzwyczajnych i niewiarygodnych dziwów. A wszystko zaczyna się od kominiarczyka, który napił się wody z zaczarowanej studni. Konsekwencje żałosne  - na szczęście jest dobre zakończenie – jak to w bajkach bywa.


Grupka zwierząt cierpiąca głód chce się dowiedzieć, jak nazywa się dziwne drzewo, które rodzi równie dziwne owoce. W tym celu co rusz wysyła jednego ze swych przedstawicieli do króla lwa. Jednak nikt nie potrafi zapamiętać trudnej – oczywiście dziwnej – nazwy. Dopiero powolny żółw Alojzy potrafi przekazać dobre wieści od króla.

W drugim tomie możecie znaleźć następujące tytuły:

Adam Bahdaj "Pilot i ja" z ilustracjami Danuty Konwickiej

Czesław Janczarski "Tygrys o Złotym Sercu" z ilustracjami Józefa Wilkonia

Hanna Januszewska "Kot w butach" z ilustracjami Janusza Grabiańskiego

Lucyna Krzemieniecka "O Jasiu Kapeluszniku" z ilustracjami Antoniego Boratyńskiego

Maria Krüger "Apolejka i jej osiołek" z ilustracjami Zdzisława Witwickiego

Jan Edward Kucharski "Wawa i jej pan" z ilustracjami Hanny Krajnik

Irena Tuwim "Pampilio" z ilustracjami Ignacego Witza

Wydanie „Księgi drugiej” jak najbardziej nawiązuje do historycznych egzemplarzy sprzed lat: a to za sprawą m.in. charakterystycznej wyklejki w pionowe, dwukolorowe pasy. Były na nich okienka z bohaterami występującymi w danej opowieści. Również dziś zastosowano dużą czcionkę, duży format A4. Każda z książek to małe dzieło sztuki ze wspaniałymi ilustracjami. Dla nas rodziców to wręcz wzruszające wspomnienie z dzieciństwa – dla współczesnych najmłodszych możliwość zaznajomienia się z wyśmienitą literaturą dla dzieci. Czasem odnoszę wrażenie, że w  tamtych książkach nikt nie silił się na zdobycie łatwej popularności u czytelników. Bez taniego humoru, gagów. Niespieszna narracja, w której wszystko płynęło niezmącenie, swoim tempem. Nikt nie pędził przed siebie, za rogiem nie czaiło się jakieś sensacyjne i głośne hurra, szybkie tempo akcji, które miały powodować zawroty głowy. Delektowano się słowem, chwilą. Były to mądre i przemyślane książki, często z jakąś nauką moralną.

„Księga druga” niesie oczywiście nadzieję na kolejne części. Redaktor Katarzyna Piętka wspomniała w księdze pierwszej o kilkudziesięciu tytułach najwybitniejszych autorów polskich i zagranicznych. W tym miejscu oczywiście zaczynamy marzyć o tym, co nam przyniesie „Księga …. kolejna”, na którą – już prywatnie się cieszę.

Wiek 4 +

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

sobota, 09 lipca 2016

Najpierw był film – pod tym samym tytułem – w 1956 roku, dopiero potem książka. Film jest udostępniony na YT: czarno-biały, trochę niewyraźny, ale ma swój klimat. Niestety jest tylko w języku szwedzkim. Nic to, można pokusić się, by zobaczyć bohaterów. Książka miała swoją premierę w rok później – i oczywiście od razu podbiła serca czytelników. I jest do tego znakomita – a to naprawdę rzadkość jeśli pojawia się taka oto kolejność: 1. Film 2. Książka.

Głównym bohaterem tej powieści jest Rasmus Persson, o czym nie omieszkuje powiadomić na początku sama Astrid Lindgren. To wiadomość dla tych, którzy są po lekturze „Rasmusa i włóczęgi” albo „Detektywa Blomkvista i Rasmusa”. To taka wskazówka, by uniknąć pomyłki.

Wróćmy zatem do Rasmusa Perssona: ma zaledwie 11 lat, mieszka w prowincjonalnym miasteczku Västanvik. Jest synem policjanta. A ojciec lubi chwalić się swoją pociechą przed innymi:

„-Mój Rasmus jest pupilkiem wszystkich nauczycieli”.

Jednak prawda jest taka, że wielu z owych nauczycieli wielce zdziwiłoby się słysząc te słowa. Rasmus ma przyjaciela Pontusa i ukochanego psa Tokera. Wszyscy w tej historii odegrają swoją ważną rolę. Jest również Pricken – starsza siostra, pyskata prymuska. Właśnie zaczęła chodzić z synem najbogatszego obywatela w mieście. Przystojniak chwali się, że posiada album ze zdjęciami byłych dziewczyn. Pricken zadziera nosa i twierdzi, że ONA nigdy się w tym albumie nie znajdzie. Kiedy jednak dostaje kosza od chłopaka, Rasmus z przyjacielem zrobią wszystko, by odzyskać zdjęcie siostry. Przypadkowo będą świadkami prawdziwego włamania złodziejaszków do domu bogacza. I tu się zaczyna właściwa historia: Rasmus z Pontusem sami poprowadzą prywatne śledztwo. Stawka jest bardzo wysoka: odzyskanie psa Tokera, którego z sobą zabrali złoczyńcy.

Książka mimo swoich lat ma się naprawdę dobrze. Astrid Lindgren plastycznie opisuje rzeczywistość lat 50-tych unikając zbędnych dłużyzn. To czasy, kiedy dzieci zafascynowane były np. wesołym miasteczkiem, które kilka razy w roku rozbijało się na przedmieściach miasteczka. To w końcu niby nudna prowincja – na której jednak wiele się dzieje. Można rzec – niebezpieczeństwo i przygoda czają się za rogiem. Historia wciąga, wiele się dzieje. Chłopcy mają w sobie coś takiego, że bez wahania ładują się w kłopoty, włażą do podejrzanych miejsc: jakby ktoś w ich głowach wyłączał przycisk: uważajcie na siebie. Nie brak tu brawury, pochopnych decyzji – ale jest na szczęście happyend, do którego prowadzi długa i wyboista droga. Jednym słowem – klasyka mimo swojego wieku ma się naprawdę dobrze.

Ciekawym doświadczeniem jest móc zobaczyć z perspektywy czytelnika, jak wyglądała ówczesna rzeczywistość: szkoła, stosunki rodzinne, fascynacja karuzelami. A zdjęcie siostry, od którego zaczęła się ta kryminalna historia? Dzisiaj na różnych portalach społecznościowych publikujemy co rusz swój wizerunek, pociech, sympatii – i nikogo to raczej nie dziwi. A w książce: zdjęcie na wagę złota. Takie coś to tylko w starej lekturze – ale z charakterem i pazurem. Jak tutaj właśnie.

Wiek 9+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

środa, 06 lipca 2016

Każdy ma ulubione książki z dzieciństwa. W moim przypadku jest to na pewno Śpiewająca lipka. W czasach PRL-u wypożyczałam ją z biblioteki notorycznie, a potem dostawałam upomnienia za przetrzymywanie. Mało tego, odbijałam przez cieniutki papier śniadaniowy ilustracje Heleny Zmatlikovej. Biedę na piecu potraktowałam nawet kalką, tylko źle ją podłożyłam i Bieda pojawiła się na stronie poprzedzającej. Jak to moja mama zobaczyła… Oj, dostałam burę i już nigdy więcej tak nie zrobiłam:)

Ta książka - to doskonała alternatywa dla tych, którym już osłuchały się wszechobecne i w coraz nowszej szacie Kopciuszki, Czerwone Kapturki, Koty w Butach. Jak czytamy w podtytule – to bajki Słowian Zachodnich, czyli: z terenów Polski, Czech, Słowacji i Łużyc (te leżą na terenie wschodnich Niemiec) Książka pojawiła się na rynku w latach 70-tych i od tej pory w każdym z rzeczonych krajów jest od czasu do czasu wznawiana i zawsze cieszy się olbrzymią popularnością. To wydanie, które zostało wznowione u nas, ma tę samą szatę graficzną co wyżej ciepło wspominane i taszczone z uporem do domu „na górach”:) Dobra wiadomość dla miłośników słuchania bajek – dostępne jest wydanie audio (w formacie mp3)

Bajki są nieocenionym źródłem wiedzy o tym, jak żyło się dawniej – dzieci co rusz odkrywają wyrazy – archaizmy, jak: mielerz, talary, komnata. I mimo, że jak to w bajkach bywa, miesza się tu świat rzeczywisty ze światem fantazji, jest to pełna przygód wyprawa do dalekiej przeszłości, kiedy to wszystkie zwierzęta żyły ze sobą w wielkiej zgodzie – i wilczek i liszka i gąska i kurka; kiedy to Pan Bóg chodził sobie po tym naszym padole, a w wierzbach rosochatych kryły się diabły rogate, w szuwarach stawu czyhały na nas utopce, a każda ropucha była wielką niewiadomą – pocałować toto, czy nie? A nuż jest to jakiś zaklęty książę. Fajnie zabrać dziecko w taką podróż, z której tak potem trudno wrócić do zwykłej bułki z masłem, kiedy tam z królem jadało się gołąbki przy stole, do drewnianego konika, kiedy tam gnało się w wichrze na rumaku zaklętym, do strachów mniejszych i większych, jakie maluchom spokoju nie dają, kiedy w świecie bajek pokonywało się i czarty najsroższe, rycerzy z czterech stron świata, a Biedę wystrychnęło się na dudka. Zachęcam do takiej podróży, z której wspomnienia zostają na długie lata, o czym sama mogłam się kiedyś przekonać.

Wersja do słuchania zawiera 39 bajek w świetnej interpretacji Jerzego Stuhra. 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 31 maja 2016

Otwieram książkę na stronie z pierwszą bajką i już ożywają wspomnienia, bo „Opowiedział dzięcioł sowie” to bajka mojego dzieciństwa. Pamiętam doskonale książkę z ilustracjami (trochę zapomnianej) Anny Gosławskiej – Lipińskiej – z biblioteki, zaczytaną, długo i s specjalnie przetrzymywaną. Mimo że Jan Brzechwa napisał dużo bajek  wierszem, to właśnie ta najukochańsza bajka. A w tym grubaśnym tomie (rozmiary słuszne) – jest ich mnóstwo, niektóre z nich dawno niewznawiane, zapomniane. Uporządkowane w leśne bajanie, cykl o panu Soczewce, od baśni do baśni, oto bajka. 26 utworów, ponad 300 stron wyśmienitej lektury. Na każdej stronie ilustracje: niekiedy na całą stronę, innym razem tylko w  formie małych ozdobników.  Bajki poety, pisarza, który chciał być przede wszystkim czytany przez dorosłych. Jednak to właśnie utwory dla dzieci zadecydowały o długiej, kilkupokoleniowej zbiorowej pamięci. Myślę, że w pewnym sensie marzenie poety się ziściło. Bo wiersze, bajki, powieści Brzechwy czytają dziś wszyscy – również dorośli. Jako miłe wspomnienie dzieciństwa. Czytamy sobie, dzieciom, podrzucamy innym, wspominamy, znamy całe wiersze, fragmenty.


W tej książce znajdziecie takie tytuły: Szelmostwa lisa Witalisa, Pan Doremi i jego siedem córek, Pan Soczewka w puszczy, na księżycu, na dnie oceanu, Baśń o korsarzu Palemonie, Przygody rycerza Szaławiły, Magik, Baśń o stalowym jeżu, Wyprawa na „Ariadnie”, Pan Szczuka, Za króla jelonka, Trzy wesołe krasnoludki, Krasnoludki w ciepłych krajach. Nowe przygody trzech wesołych krasnoludków, Pan  Drops i jego trupa, Panieneczka z pudełeczka, Dwa koguty, Depesza, Przygoda Króla jegomościa, Poszła w las nauka, Latający pogrzebacz, Pchla Szachrajka, Psi pazur, Baśń o Rudobrodym Koźle, Kanato.


Niektóre z tych tytułów faktycznie brzmią obco. Warto zatem poznać coś nowego.

Tak się złożyło, że czytane bajek Brzechwy zbiegło się z lekturą „Chaty Magody” w której odnalazłam ilustratorkę Jolę Richter- Magnuszewską – na końcu świata, w Bieszczadach. W miejscu magicznym, gdzie (Jola)” wraz z dwoma synami i gromadką zwierząt mieszkają w drewnianym domu na górce i tam właśnie tworzą swoją bajkę. (…) Jola i Maciek mają czyste powietrze, spokój, piękno na wyciągnięcie ręki i pracę, z której utrzymują rodzinę. Kiedy na nich patrzę, widzę spełnionych, szczęśliwych ludzi” (str. 193).


Tak dzięki innej książce poznałam ilustratorkę, do której poczułam dużo sympatii. Jola Richter-Magnuszewska prowadzi zresztą blog „Z innej bajki”, na którym wyznała, że przygodę z ilustracjami do książki Brzechwy zaczęła równo rok temu. A Bieszczady? Pewnie dlatego pani Jola tak chętnie sięga w swoich pracach po elementy  natury. Wynika to z tekstów Brzechwy i środowiska, w którym ilustratorka żyje. Liście drzew, krzewy, zwierzęta, a przede wszystkim paleta jasnych kolorów– z tej książki bije dużo optymizmu. A niebo z „Pana Soczewki na księżycu” to niewątpliwie niebo bieszczadzkie, na którym widać o wiele więcej gwiazd niż na niebie w innych regionach naszego kraju.


Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 09 lutego 2016

Był piękny dzień lipcowy. Pachniało wokoło zielem, truskawkami, miodem i różnymi kwiatami.

Siedziałam sobie na wsi na ławeczce i patrzyłam, jak z boku, na zielonej trawce, wiatr rozdmuchiwał dmuchawce.

A było bardzo ciekawie patrzeć, jak to robił.

-Wiuuu – dmuchnął raz lekko i już jednemu, drugiemu i piątemu dmuchawcowi spadał z głowy puszek wydmuszek, srebrny, zwiewny kapelusik.


Dla mnie to kultowy początek. O takiej wartości jak co dla niektórych: „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong”*. Nasza rodzinna książka dzieciństwa. Nie wiedzieć czemu prawa do jej posiadania przypadły mojej starszej siostrze Kasi. Co my się o tę książkę nakłóciłyśmy, ile ją sobie z rąk nawyrywałyśmy. Taaak – bo były takie czasy, gdy dzieciaki sobie wyrywały nie tablety i komórki, ale książki właśnie.


Opowieść o krasnalu Hałabale, który mieszka w lesie, na głowie ma kasztankową czapeczkę, zimą futereczko krecie. Krasnal pomieszkuje w lesie (całe dzieciństwo wierzyłam, że w moim, niedaleko domu), ma mnóstwo przyjaciół – i co rusz przeżywa jakieś przygody i troski codzienności. Nam się wydają te troski takie „krasnalkowe” i „małe” właśnie, ale Hałabale sen z oczu spędzają: a to goście nie dotarli na spotkanie mimo obietnic, a to z borsukiem trudno się wybrać na wspólny spacer, to znów trzeba pomóc wiewiórce odnaleźć orzechowe kryjówki. Hałabała pomaga, doradza.


Książka jest miłym wspomnieniem dla rodziców i nadal atrakcyjną lekturą dla najmłodszych – mimo swojego wieku. Aż trudno uwierzyć, że za lat 20 będzie obchodziła 100-urodziny – w 2036:)


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

*-„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

 

wtorek, 02 lutego 2016

Klasyka dla maluchów - o spełnionych marzeniach, bezinteresownym czynieniu dobra dla innych. Mały Wojtek chce zostać strażakiem, jednak jego prośba wywołuje tylko uśmiech na twarzy komendanta straży- ni krzty zrozumienia. Ma zgłosić się za lat kilka, gdy zmieni się z Wojtusia w Wojciecha. Gdy pewnego dnia piorun uderza w zagrodę wiejską, Wojtek bije na alarm i wynosi z płomieni małego Heniutka. Po tym zdarzeniu- chłopiec zostaje strażakiem.


Ulubiona książka małych chłopców – już od pokoleń. Ci często się nie mogą zdecydować,  kim zostać w przyszłości: strażakiem, rycerzem, czy może ... opiekunem dinozaurów(!). Wszystko zależy od tego, jaka książka jest akurat na topie:)

A wracając do omawianej lektury – na domowej półce inne wydanie Wojtka, ale z ilustracjami Dariusz Żejmy. Tam na ilustracjach – jakaś zawierucha i mentlik, by nie powiedzieć bałagan.

Całość zlewa się dziwnie – nie robi dobrego wrażenia. Tu wszystko poukładane jak w klasycznych dawnych książkach. Mnie osobiście – bliżej właśnie do takiego świata przedstawionego. W końcu to Marianna Sztyma – jedna z moich ulubionych ilustratorek, która łączy nowe ze starym – jak lubię.


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 31 stycznia 2016

Są ukochane lektury dzieciństwa i „Mała księżniczka” niewątpliwie do nich należy. Niedawno została wydana w ramach doskonałej serii „Mistrzowie ilustracji”. Czarno-białe ryciny Antoniego Uniechowskiego na pewno na długo pozostały w świadomości niejednej czytelniczki, do których swego czasu i ja należałam. Wydawnictwo po raz nie wiem który (sprawdziłam – po raz 24-ty) sprawiło miłośnikom książek wielką niespodziankę. Perełka literatury, znakomicie zilustrowana trafia do naszych rąk – powodując pewnie nie raz i drżenie rąk i wzruszenie. 

Powieść wielokrotnie filmowana, ilustrowana, przenoszona w świat kreskówek. Gdzieś wyczytałam,   że autorka Frances Hodgson Burnett drogo okupiła swoje powieści i sławę, jaką niewątpliwie przyniosły jej właśnie opisywana „Mała księżniczka” i „Tajemniczy ogród”. Tak poświęciła się pisaniu, że nie miała czasu na ratowanie swojego małżeństwa. Ile w tym prawdy – trudno powiedzieć. Ale wróćmy do powieści.

Siedmioletnia Sara jest dzieckiem bogatego człowieka, który decyduje się umieścić małą córkę na znanej pensji w Londynie – u panny Minchin. Właśnie razem przybyli do Londynu. Wita ich charakterystyczna pogoda: „Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to był wieczór, mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miast, siedząc w powozie przy boku swego ojca”.

Zmierzają oczywiście do zacnej edukacyjnej instytucji. Slogan reklamowy zachęca niezdecydowanych (choć w dzisiejszych czasach na pewno brzmi śmieszne): Pierwszorzędny Zakład Naukowy Dla Młodych Panien. Sara od razu staje się ulubienicą nauczycieli i właścicielki pensji. Jednak tak jest do czasu. Po niespodziewanej śmierci kapitana Crewe’a Sara staje się biedaczką i zostaje przeniesiona na poddasze pensji, gdzie jest biednie i chłodno. Od tego czasu Sara będzie służącą, a sympatia mieszkańców pensji uchodzi w siną dal. Dziecko jest pozostawione samej sobie. Na szczęście są dobrzy ludzie na świecie, którzy nie zapominają o biednej dziewczynce i niosą jej pomoc.

Książka jest bardzo ładnie wydana. Wspomniałam już o ilustracjach – wielu z nas właśnie na nich się wychowało. Mam duży sentyment dla Antoniego Uniechowskiego (1903-1976), który zilustrował kilka książek na mojej półce. Stąd po latach niewielkie rozczarowanie, że jednak tych ilustracji w całej „Małej księżniczce” nie jest za wiele (5). Chcąc nie chcąc porównuję z „Lalką” Prusa, gdzie jego kreska cieszy oko w wielu miejscach.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

piątek, 22 stycznia 2016

Nasza Księgarnia konsekwentnie wydaje kolejne tomy: „Poczytaj mi mamo”. Niedawno ukazała się księga szósta, a w niej: jak zwykle w jednym tomie, 10 mini – książeczek, jakie ukazywały się przed laty z osobna. Odnalezione po latach, odkurzone przypominają o tym, co kiedyś czytały dzieci (co czytaliśmy:)). Dobrzy polscy autorzy, wyśmienici ilustratorzy, małe tomiki, które były samodzielnymi książkami – a przecież przeczytać samodzielnie książkę to dla początkującego czytelnika był wyczyn nie lada. Taki wielki mały (ale tylko z formatu książki) sukces czytelniczy. Ja osobiście w każdej części odnajduję jakieś miłe wspomnienie, ale też i nowe. Tych książeczek były dziesiątki, nie wszystkie były dostępne w bibliotece. Jednak kiedy będąc dziećmi w bibliotece spoglądam na półkę z tymi książkami w wersji mini, widzę, że i miały, i nadal mają wzięcie. Niektóre z nich są dosłownie „zaczytane” na śmierć. Ratowane mimo wszystko przez panie bibliotekarki – sklejone taśmą, podklejone papierem, ładnie i starannie owinięte. Skarb nie zawsze musi od razu błyszczeć.

W szóstej części znajdziecie takie tytuły:

Babcia też człowiek: autor: Irena Landau, ilustracje: Zdzisław Byczek

Potworek: autor: Marta Tomaszewska, ilustrator: Wanda Orlińska

Wiosenna wędrówka: autor: Helena Bechlerowa, ilustracje: Mieczysław Kwacz

Hihopter: autor: Małgorzata Musierowicz, ilustracje: Stanisław Rozwadowski

Kropka szczęścia: autor: Barbara Lewandowska, ilustracje: Hanna Grodzka-Nowak

Niezwykła podróż Ali Baby: autor: Zdzisław Nowak, ilustracje: Mirosław Pokora

Wielka przygoda małym miasteczku: autor: Barbara Eysymontt, ilustrator: Zdzisław Witwicki

Nikt się nie trzęsie: autor: Maria Terlikowska, ilustracje: Mateusz Gawryś

Ali Baba i pasterz: autor: Zdzisław Nowak, ilustracje: Mirosław Pokora

Dziewczynka z tęczy: autor: Hanna Łochocka, ilustracje: Hanna Krajnik

Wśród nich cudna opowieść o babci, która pewnego dnia strajkuje, choć może to nieodpowiednie słowo. Chce poleżeć i poczytać, a nie tylko sprzątać i gotować. W każdym razie zachowanie babci bardzo zastanawia dwójkę wnuków. A co? Przecież babcia to też człowiek. W „Potworku” został poruszany problem przezywania. No cóż – Potworek to naprawdę niezbyt miłe przezwisko. Co może wyniknąć z przezywania? – o tym w opowiadaniu Marty Tomaszewskiej. Właśnie minęła zima: Kuklik – kasztanowy ludzik ma zniszczone ubranie. Chciałby nowy płaszczyk i nową czapeczkę. Ale skąd – skoro na świecie zapanowała wiosna? Trochę czasu upłynie zanim zrozumie, że on sam należy do jesieni. Małgorzata Musierowicz natomiast bacznym okiem obserwatora opisała scenkę rodzajową, która może zdarzyć się zawsze i wszędzie. I pewnie tak jest, a powodem tego nie zawsze jest tytułowy „hihopter”. Wyśmiewanie innych, stawanie w obronie słabszych – można z tej historii wiele się nauczyć. Kropka szczęścia to zaskakujące opowiadanie o samotności dziecka w szpitalu. Trudną sytuację ratuje malutka biedronka, która ląduje na kołdrze Jasia. Historia z happyendem. Ali Baba natomiast od razu kojarzy się ze słynną baśnią o Sezamie i rozbójnikach. Stąd pewnie miłym zaskoczeniem będą dwie książeczki Zdzisława Nowaka, w których poznamy zupełnie innego Ali Babę. Czy to ta sama postać? – trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne – ten Ali Baba to człowiek o szczerozłotym sercu. Natomiast taki czarodziej, jaki pojawił się w pewnym małym miasteczku powinien niewątpliwie pojawić się w wielu miejscach na świecie. Może pomógłby walczyć z wandalami, jacy i tu niszczyli miasteczko. W „Nikt się nie trzęsie” został poruszony problem zazdrości o małego brata. Nieszczęśliwa awaria w bloku pomoże Markowi zrozumieć wiele spraw, które zaprzątają mu głowę. Natomiast po opowiadaniu Hanny Łochockiej zupełnie inaczej spojrzycie na tęczę. A może też będziecie szukali dziewczynki z tęczy?

Wśród nazwisk ilustratorów znalazłam dwóch, którzy zilustrowali moje dwie ulubione książki dzieciństwa: Hanna Krajnik od „Majki z Siwego Brzegu” i Mieczysław Kwacz od „Jacka, Wacka i Pankracka”. Obydwie zresztą Książki Miry Jaworczakowej. Jeśli ktoś śledzi całą serię to z pewnością zauważył, że wiele z nazwisk i autorów i ilustratorów się powtarza. Mało tego można już z łatwością rozpoznać charakterystyczną kreskę Mirosława Pokory, Zdzisława Witwickiego, Wandy Orlińskiej. Całość wydana z niezwykłą starannością.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



poniedziałek, 11 stycznia 2016

„Sto bajek” Brzechwy to pozycja nieśmiertelna, lubiana przez kolejne pokolenia. I jak każdy, kto czyta wiersze Brzechwy, zaraz zabieram się do wspominania. Do ulubionych utworów, wydań, ilustracji, przedstawień szkolnych i przedszkolnych moich dzieci, które wykorzystują te wiersze w edukacji. W przypadku Brzechwy (i Tuwima) to nieuniknione.

Pojawiają się tu i ówdzie poetyckie „nowalijki”, jednak klasyka ma tak wysoki poziom, że naprawdę trudno ów poziom osiągnąć. A może to kwestia przyzwyczajenia? Może za głęboko siedzą w człowieku te ryby, żaby i raki, oto miś, na straganie w dzień targowy, nad rzeczką opodal krzaczka, entliczek pentliczek, czerwony stoliczek. A nowe przecież też ciekawe, warte uwagi. Jednak w poezji Brzechwy jest coś takiego, co przyciąga już kolejne pokolenie. To swego rodzaju „pokoleniowy” łącznik. Młodzi poeci muszą sobie na taką renomę jeszcze zapracować.


„Sto bajek” to trochę mylący (na naszą korzyść) tytuł, bowiem w środku znajduje się sporo ponad stu obiecanych wierszowanych bajek. Wśród nich są poetyckie tuzy, wiecznie młode, przytaczane w setkach tysięcy domów i piaskownic.

Są i perełki mniej znane, gdzieś zasłyszane, ale nie w pamięci. Jest to, co w krajobrazie dzieciństwa najważniejsze: przyroda z roślinami, zwierzętami, wymyślonymi postaciami. Jesteśmy w końcu my – przedstawieni w  krzywym zwierciadle: ziewający,  zaspani, skarżący, porywający się z motyką na słońce, plotący androny. Może to jest właśnie tajemnica sukcesu wierszy. Brzechwa uczył jak spojrzeć na siebie z poczuciem humoru, jak śmiać się z wad. Tego czasem nam Polakom brakuje. A tu proszę – edukacja na całego od małego.


Książka jest ładnie wydana z ilustracjami Ewy Podleś. Czcionka - duża i wyraźna, szeroka interlinia - co ważne nie tylko dla początkujących czytelników, ale i czytających wnukom dziadkom i babciom. Sztywna oprawa, dobrej jakości papier. 

Wiek 2+

Wydawnictwo Skrzat

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6