Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 23 września 2018

 

Ciekawe uzupełnienie do wszystkich części „Harrego Pottera”. Dla miłośników przygód czarodzieja i jego przyjaciół z Hogwartu. Dla tych, którzy w latach 90-tych i troszkę później, z zapartym tchem czekali na kolejną część i dorastali razem z Harrym, Hermioną i Ronem. Również dla tych, którzy właśnie dopiero odkrywają świat stworzony przez J.K. Rowling. Harry Potter nieźle narozrabiał w literaturze. 26 czerwca 1997 r. ukazało się pierwsze wydanie „Harrego Pottera i Kamienia Filozoficznego”. Pamiętacie, jakie to było szaleństwo? Zakupy nocne w księgarni, wypowiedzi różnych autorytetów, że Harry jest albo „cacy” albo „be”. Wracając do omawianej lektury - z jednej strony ta książka to podróż przez historię magii (jak wskazuje tytuł),  z drugiej zaś – możliwość poznania w skrócie losów Harrego Pottera i tematyki całego cyklu. Jak się okazuje – powstawanie tej książki było żmudnym i powolnym procesem. Na początku był pomysł, jaki pojawił się w głowie autorki w opóźnionym pociągu na trasie Manchester – Londyn – dojrzewał on powoli od 1990 roku. Książka oprócz smaczków w postaci rewelacyjnych ilustracji J. Kay’a zawiera korespondencję, streszczenia przygotowane dla wydawnictwa. Wydawca Bloomsbury postanowił skorzystać z recenzji najbardziej wiarygodnego recenzenta – dziecka, a dokładniej córki, która po przeczytaniu kilku stron domagała się dalszego ciągu. I tak to się zaczęło. Machina ruszyła. Ta książka przybliża postacie występujące w książce – nauczycieli i uczniów, zagadnienia związane z eliksirami i alchemią, zielarstwem, zaklęciami, astronomią, obroną przed czarną magią, opieką nad magicznymi zwierzętami. Nawiązuje to całej serii, szuka punktów odniesień w światowej literaturze – pokazując piękne ryciny, drzeworyty, ilustracje. Sięga do źródeł – wskazuje źródła mitów, jak choćby tego, dlaczego wiedźmę przedstawia się przy wielkim saganie nad paleniskiem. I są rysunki autorki. Szkicowała je podczas pisania. W ten sposób można zobaczyć, jak J.K. wyobrażała sobie swoich bohaterów – zanim nastała wersja ilustrowana książki i filmy. Dla miłośników „HP” – pozycja obowiązkowa.

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina

sobota, 22 września 2018

Ktoś może zadać pytanie: „No dobrze: Czytam sobie. Poziom 3” i co dalej? Tymczasem pojawiła się nowiuteńka, świeżuteńka seria dla bardziej zaawansowanych czytelników, właśnie takich, dla których wspomniany wyżej Poziom 3 to już żadna przeszkoda. Dzieci, które go opanowały, mogą w przypadku „Czytam z bakcylem” liczyć na rozbudowaną fabułę, zdecydowanie więcej stron. Nadal pozostaje poręczny format, który pasuje do mniejszych rąk, wiele ilustracji, dość szeroka interlinia, wyraźna czcionka. Te dwa elementy są niezwykle ważne – kilka dni temu mój 10-latek przyniósł do przeczytania lekturę szkolną. Chodzi o „Katarynkę” Prusa wydaną dawno temu – tego nie dało się czytać właśnie ze względu na mikroskopijną czcionkę i wąską interlinię – naprawdę groziło osłabieniem wzroku. Wracając już do serii „Czytam sobie z bakcylem” – do tej pory ukazały się dopiero dwa tytuły, ale mamy oczywiście nadzieję na więcej: opisywana właśnie „Tajemnica namokniętej gąbki” i „Maurizio. Kot w okularach” ( o niej wkrótce).

Zofia Stanecka wspomina, że do napisania „Tajemnicy …” zainspirowały ją wspomnienia sprzed lat – kiedy to jej bracia darzyli ją opowieściami o podobnej tematyce, mrożących krew w żyłach i wywołujących gęsią skórkę. Tajemnicę tej dawnej namokniętej gąbki z opowieści braci autorka postanowiła wyjaśnić po latach – po swojemu. Czy się udało? Mnie się wydaje – że tak (ciekawe tylko, co bracia na to?). W szkole Bratka zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Chłopiec wezwany za karę do tablicy bierze w dłonie kredę – o zzzrgozzzo, mokrą i śliską, o zielonkawej barwie. Na dodatek tego, z rąk nauczycielki wyślizguje się namoknięta do granic możliwości gąbka. I gąbka i kreda śmierdzą strasznie. W znalezionych trampkach pełno zielonych glonów. Bratek z Ziutkiem postanawiają wyjaśnić Tajemnicę Namokniętej Gąbki. Pewnego dnia Ziutek przechodząc koło szkoły zauważa w oknie jakiś cień tajemniczej postaci. Po żmudnym śledztwie okazuje się, że ten cień należy do…. No właśnie do kogo? Przyjaźń, przygoda, zagadki i tajemnice, szkolny klimat, wścibska siostra Klara – to wszystko znajdziecie w tej dosyć sporej książce. Warto – dla fajnej przygody, dla tajemniczych spotkań i dla ilustracji.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 21 września 2018

Zastanawiam się, jak to się stało, że ta książka ominęła mnie w dzieciństwie. Z ciekawości sprawdzam zasoby biblioteczne i jak się okazuje: elektroniczny katalog mojej miejskiej biblioteki wskazuje wydanie z 1971 r. Gdzieś mi umknęły po drodze – z jednej strony szkoda, z drugiej – cudnie taką perełkę odkryć po latach. Baśnie zawsze były moim ulubionym gatunkiem, zaczytywałam książki na śmierć, a teraz po latach wracam do nich przy nadarzającej się okazji. Bo z baśni się nie wyrasta – zdradzę, że pysznie smakują w jesienne i zimowe wieczory przy kominku:) A te pory roku zbliżają się wielkimi krokami.  

54 tytuły, z których trzy są powszechnie znane – wręcz mocno zakotwiczone w powszechnej świadomości – bo któż nie zna „Trzech małych świnek”, „O Jasiu i łodydze fasoli” i „Trzech niedźwiadków”? Pytanie: kto wie, że właśnie te tytuły, wielokrotnie ekranizowane, mające mnóstwo literackich wersji, mają właśnie korzenie angielskie. Wczytując się dokładniej w teksty i mając za sobą dziesiątki przeczytanych baśniowych tekstów: z Irlandii, Niemiec, Francji, Włoch, dalekiej Skandynawii – można doszukać się jakichś znajomych wątków, uniwersalnych motywów, charakterystycznych postaci. Ale głęboką analizę zostawię znawcom – ja jedynie oprę się na swojej prywatnej teorii – jako miłośniczka historii domyślam się, że na treść tych baśni miała wpływ historia Wysp, burzliwa, wojenna, podbojowa, szalona, którą tworzyły różne ludy, różne wpływy. To nakładanie się różnych kultur, tradycji, obrzędów, wierzeń. Ale to zjawisko, które ma miejsce nie tylko w przypadku baśni angielskich – ale chyba wszystkich, z jakimi miałam do tej pory do czynienia. Czytam baśnie polskie a gdzieś w głowie mi kołacze – gdzieś to już czytałam, skądś znam ten temat. Przy czym muszę przyznać, że akurat w przypadku baśni angielskich jest wiele tekstów oryginalnych, jedynych w swoim rodzaju, które właśnie dlatego przykuwają uwagę czytelnika, bo są nieprzewidywalne, nowe. Jak na przykład baśń do okładkowej ilustracji – bardzo dziwna i wesoła zarazem, kojarząca mi się trochę z dickensowskim poczuciem humoru. Ta baśń, zwłaszcza końcowa scena, wpisuje się w klimat powieści Dickensa. W książce jest mnóstwo świetnych tekstów, które bawią i uczą - pochodzą z epoki, w której literatura miała pewną misję do wypełnienia. Jednak bez obaw - nie ma w nich nadmiernego moralizowania - można wyczytać za to między wersami mądrość ludową, jest dawna Anglia, są baśniowe postacie, ale też zwykli mieszkańcy Wysp, których przygody, szczęścia i nieszczęścia dnia codziennego miały czytelników czegoś nauczyć - a nie tylko bawić.

Nie obawiajcie się, że język baśni angielskich trąci myszką. Oczywiście zdarzają się wyrazy rzadko używane, ale nie jest ich znów tak wiele. Właściwie nie mam żadnych zastrzeżeń do tłumaczenia Janiny Carlson i Kaliny Wojciechowskiej sprzed lat. Czyta się dobrze, język jest prosty i zrozumiały. Zwróćcie uwagę na datę powstania tych baśni - są one już nobliwymi staruszkami. Ich autor żyła na przestrzeni wieków: XIX i XX (1854-1916), one same ukazały się w 1890 r. (!!!). Naprawdę są w wyśmienitej formie mimo upływu lat. 

Książka ukazała się jako 26 tom serii "Mistrzowie ilustracji". 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

wtorek, 18 września 2018

 

Metoda Montessori od kilku lat wzbudza wielkie zainteresowanie – jako alternatywna forma edukacji. Ja sama z ciekawością podpatrywałam kiedyś poczynania niektórych mam blogerek, które konsekwentnie wprowadzały metody wychowania i nauczania na własnym podwórku. Zawsze byłam pełna podziwu, jak wiele musiały same przygotować: wycinane literki z szorstkiego papieru, liczydełka z koralików, obrazki, pomoce – krótko mówiąc cuda na kiju. Książka Montessori dla każdego zaznajamia w skrócie z tą metodą i proponuje różnego rodzaju pomoce dydaktyczne, które można wykorzystać w pracy z dziećmi – czy to w przedszkolu, czy w domu. Powiem krótko – to ułatwienie dla każdego, kto chce wnieść jakieś innowacje i ciekawe pomysły podczas zajęć. Nie trzeba przeszukiwać już Internetu w poszukiwaniu inspiracji – wiele rzeczy jest gotowych, do wykorzystania już. Praktycznie od zaraz. Na początku krótkie informacje na temat autorki metody i głównych założeń. Nie jest tego dużo – i warto poczytać. Dalej to już grubaśna księga pełna pomysłów: podzielona na działy: życie codzienne; zmysły, kształty, litery, język, matematyka i kosmos. Czegóż tutaj nie ma? Dzieci wodzą paluszkami po kształtach, literach, cyfrach – następnie robią to już przy użyciu kleju – a potem posypują piaskiem lub kaszą – powstałe szorstkości pozwalają dzieciom poczuć dany kształt. Następnie rozpoznają faktury materiałów: szorstki i gładki, wycinają i składają bryły, samolocik; piszą krótkie wyrazy (np. miś, kot itd.), łączą kropki w odpowiedniej kolejności, liczą przedmioty, krople deszczu, zwierzęta; poznają kontynenty, zwierzęta charakterystyczne  dla danego zakątka na świecie, flagi i kontury wybranych państw, żywioły, ptaki, budowa jajka ( drodzy dorośli: kto z nas wiedział, cóż to takiego jest „chalaza” w jajku?). Książka jest wykonana z grubych szorstkich kartek, po których dobrze się pisze i rysuje. Książka jest dużego formatu (23 cm x 27 cm), pomoce, zwłaszcza litery i cyfry są wystarczająco duże, by bawić się klejem i piaskiem. Myślę, że dla tych, którzy zainteresowani są metodą Montessori, ta lektura okaże się cenną pomocą. Na pewno nie spełni wszystkich oczekiwań i wtedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Jednak dla rodzica, który dba o rozwój swojego dziecka – to cenna pozycja – na początek. By złapać bakcyla i potem działać już w szerszych obszarach.

Wydawnictwo Znak

sobota, 15 września 2018

Bardzo mi się ta książka podoba. I treść, i szata graficzna, nawet papier. Ma też wartość sentymentalną, bo przez chwilę rodzinnie byliśmy związani z Warszawą. I teraz zdarza nam się zatęsknić – za poznanymi miejscami i ludźmi. A po lekturze chciałoby się tam pojechać i odwiedzić stare kąty. Tyle że za chwilę łapiemy się za głowę – za daleko, za gorąco, zaraz szkoła. Uff – dobrze że są takie książki. Lektura przybliża postacie najbardziej znanych warszawiaków. Oczywiście są wśród nich osoby mające mocną pozycję – w tym towarzystwie: Stanisław August Poniatowski, Chopin, Jan III Sobieski. Ale są i takie osoby, które nie-warszawiakom na pewno pozostają nieznane: np. Antoni Magier. Niektórzy związani z miastem przez chwilę, na jakiś krótki etap – inni na całe życie.

Każda postać przedstawiona jest tak, jakby obserwator właśnie spotkał ją na jeden z warszawskich ulic. Nie liczy się czas, epoka, data. Franciszek Fiszer, ponoć pierwowzór bajkowego Pana Kleksa, w tużurku z goździkiem w butonierce, wchodzi do Hotelu Europejskiego i zasiada przy stole. Maria Skłodowska-Curie spuszcza głowę i zaciska pięści – przecież nie lubi wystąpień publicznych. Mieczysława Ćwiklińska – aktorka – kroczy Marszałkowską na premierę do teatru. Zagra w sztuce „Drzewa umierają stojąc”. Król Jan III Sobieski cieszy oko suto zastawionym stołem. Czegóż na nim nie ma - same smakowitości. Za chwilę ktoś wzniesie toast na cześć władcy.

Zawsze pod tymi reporterskimi tekstami znajduje się nota biograficzna z konkretnymi informacjami na temat danej osoby. Niemniej mi osobiście podobają się fikcyjne sceny z życia warszawiaków, które mogły się zdarzyć naprawdę, a które pokazują też charakter danej postaci. Dzięki temu zabiegowi są one nam bliższe, odbrązowione, zdjęte z pomników. Do tekstów przemycono informacje z życia społecznego, artystycznego, z historii. Można dowiedzieć się o przywilejach szlachty polskiej, zamiłowaniu królowej Bony do lekkich dań z warzyw, o ucieczce pierwszego władcy elekcyjnego Henryka Walezego. Daty, legendy, znane miejsca i ludzie – którzy tworzą i tworzyli historię. Wszystko w ciekawej oprawie graficznej – w formie kolaży rysunków i fotografii, niekiedy z przymrużeniem oka. Ale czy tego właśnie nam nie potrzeba? Spojrzenia na swoją historię bardziej na luzie, z humorem, tak normalnie – bez nadętości, moralizowania? Dla mnie ta książka – jest bardzo na plus.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

czwartek, 13 września 2018

Z Janoschem jest tak – albo się go lubi albo nie. Zimno albo gorąco. Nie ma nic pomiędzy – ciepełko nie wchodzi w rachubę. Przygody Misia i Tygryska są specyficzne – często mają wymiar filozoficzny – o istocie życia, chorobie, przyjaźni, marzeniach. I to nie zawsze wyrażone wprost. Trzeba zatrzymać się nad tymi książkami – zastanowić, bo coś często zostało ukryte między wierszami. Przyjaciele mają swoje przyzwyczajenia: ulubione potrawy, zabawki, powiedzonka, przyjaciół i znajomych, niekiedy takie typki spod ciemnej gwiazdy. Czasem odnoszę wrażenie, że to doświadczeni życiowo dorośli osobnicy, innym znów razem, że to zaledwie para maluchów o tygryskowym i misiowym rozumku. Janosch jest tajemniczy, nieprzewidywalny, wodzi nas za nos, buduje świat, w którym dorośli czasem nijak nie potrafią się odnaleźć. Za to dzieci - często czują się w nim jak ryby w wodzie. Nie każdy lubi takie bujanie w obłokach. Kreska autora jest niespokojna, zwariowana. W domku przyjaciół często panuje bałagan, z dachu kapie na głowę, po kuchni turlają się polutowane gary i połatane poduchy, a pokój zdobi wyliniała kanapa. Antydisnejowska estetyka.   W książkach o Misiu i Tygrysku nie ma miejsca na ckliwe obrazki i historie. Takie jest życie – u Janoscha na pewno bez mejkapu.

Miś i Tygrysek mieszkają razem w małym domku. Nic im do szczęścia nie brakuje. Cieszą się tym swoim szczęściem, powodzeniem w życiu. Jednak pewnego dnia ich spokój zostaje zburzony. A wszystko przez drewnianą skrzynkę wyłowioną z rzeki, pachnącą tak smakowicie bananami. I napis: PANAMA. Ach, jak cudowna musi być ta Panama!!! Jak pięknie byłoby tam się udać, odnaleźć ją, zamieszkać. Tam to dopiero żyłoby się pełnią szczęścia. I Tygrysek z Misiem wyruszają w daleką podróż, która wiele ich nauczy. Tego, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Że czegoś szuka się daleko, tymczasem to coś jest bardzo blisko.

Książki Janoscha bawią mądrze, skrzą się absurdalnym humorem i każą przyjrzeć się dokładniej nam samym. Pewnie niejeden z nas odnajdzie się w Misiu albo Tygrysku – a jakie wnioski z tej nauki wyciągnie? – niech to już zostanie naszą słodką tajemnicą.

Miś i Tygrysek – te postacie pojawiają się nie tylko w książkach dla dzieci. W Niemczech swego czasu rozpędzono wielką machinę gadżetową – i dwójka przyjaciół była dosłownie wszędzie (zresztą nadal jest popularna, choć konkurencja nie śpi) – na ręcznikach, piórnikach, kubkach, breloczkach. Myślę, że wielu z nas chciałoby poznać tego innego Janoscha – buntownika, zagubionego, uzależnionego od alkoholu, bojącego się kobiet, samotnika, który uciekł przed światem na Teneryfę. Czy wiecie, że jego prawdziwe nazwisko brzmi Horst Eckert i urodził się w 1931r. w jednej z dzielnic Zabrza? Jaki jest ten Janosch, jak wyglądają jego inne rysunki? Janosch – rysownik z przypadku. Na swój literacki debiut wybrał imię Janusz – dawno temu niemiecki zecer przekręcił litery. By zarobić na chleb zaczął do swoich rysunków układać tekst...

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

środa, 12 września 2018

W komiksie Mieczysława Fijała przenosimy się w czasy a’la średniowieczne, gdzie królowie, księżniczki i … smoki.  Właśnie panuje książę Nieład. Jego włości robią wrażenie – są naprawdę i piękne, i rozległe. Pewnego dnia w  krainie mlekiem i miodem płynącej pojawia się smok. Oczywiście władca główkuje nad tym, jak tu pozbyć się poczwary. Klasyczne rozwiązania w postaci wysłania do smoczej jamy dzielnego rycerza, niestety nie przynoszą spodziewanego efektu. A może rozwiązania należy szukać u czarownika Monrou? Przy  jego pomocy pokonanie gada to będzie błahostka. A jednak nie. Sam wróżbita szuka sposobów i wtedy nachodzi go pewna myśl. W poszukiwaniu ratunku, udaje się do przyszłości i sprowadza stamtąd dwóch nastolatków: Oskara i Fabrycego, którzy w czasach współczesnych biorą właśnie udział w wycieczce klasowej do starego zamku. Dwaj dzielni śmiałkowie (hi hi) ze smart fonami w ręku właśnie się chwalą, że pokonali smoka? Chyba domyślacie się, o jakiego potwora tu chodziło. No ale cóż, Monrou nie miał pojęcia o grach komputerowych. Całość okaże się dziwnym zbiegiem licznych okoliczności, pomysłów, sztuczek, strachów, śmiesznych scenek. Bo ta wspomniana wyżej dwójka z przyszłości będzie musiała poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Jak nic na myśl przychodzi francuski klasyk filmowy, świetna komedia: „Goście, goście” (dla starszych). Znajdziecie tutaj humor słowny i sytuacyjny, mnóstwo zwrotów akcji, charakternych bohaterów, świetne komiksowe ilustracje. Oskar i Fabrycy nieźle narozrabiali – w obydwu wymiarach. W jednym walcząc ze smokiem, w drugim – psując klasie wycieczkę do zamku. Szczegóły i dobra zabawa – już w komiksie.

 Wiek 6+

Wydawnictwo Egmont

wtorek, 11 września 2018

Być może dane Wam było przekonać się na własnej skórze, że przypadkowe spotkanie zaważyło na Waszym dalszym życiu. Tak jest właśnie w przypadku małej Tereski, która na swojej drodze spotyka elfa. Osobnik dziwny, osobliwy opowiada o FarMagii. To świat, który istnieje gdzieś obok, równolegle obok naszej rzeczywistości. Świat, w którym czas biegnie inaczej. Świat, w którym mieszkają bajkowe postaci – na stałe lub na chwilę. Te na chwilę, najczęściej potrzebują pomocy Opiekunki – w przypadku ran i skaleczeń. Opiekunka udziela pierwszej pomocy, troszczy się o chorego osobnika, dodaje mu otuchy.  Jest pewien problem: dawna Opiekunka osiągnęła pełnoletniość i nie ma wstępu już do FarMagii. Baśniowe stwory: pegaz, syrena, jednorożec, elfy, chimery – kogóż tu nie ma? Tylko jak mała dziewczynka może stać się Opiekunką nie znając tajników medycyny i farmacji. Skąd ma wiedzieć jak przygotować napary, maści, balsamy? Skąd ma znać zioła przynoszące ulgę i ukojenie? Liczą się chęci, gotowość do niesienia pomocy, dobre serce – a tego Teresce nie brakuje, i oczywiście szczypta magii. Bo chyba domyślacie się, że spotkanie Tereski z elfem miało swój ciąg dalszy, i że to właśnie ona zostanie Opiekunką w baśniowej krainie.

Dzieci lubią w książkach przenosić się do cudownych miejsc, gdzie wszystko jest możliwe. FarMagia jest taką właśnie krainą – mają do niej dostęp tylko wybrańcy. Jak się okazuje - wśród ludzi jest wielu takich, którzy służyli baśniowym postaciom. Tereska odkrywa przecież, że również jej lekarka była kiedyś Opiekunką w FarMagii.

Książka mówi o ważnych rzeczach, na które zazwyczaj nie mamy czasu w naszej zabieganej codzienności: przyjaźń, bezinteresowność, empatia. Porusza ważne problemy, nie pokazuje tylko wzorowych bohaterów – trzeba poznać, że sama Tereska ma buntowniczą i odważną naturę i ma też sporo … za uszami. Książka nie tylko dla dzieci. Świetnie nadaje się do wspólnego rodzinnego czytania.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zysk  i S-ka

poniedziałek, 10 września 2018

Któż nie zna Kubusia Puchatka? Aż nie śmiem pytać. Tymczasem w Stuwiekowym Lesie pojawia się Krzyś. Ale nie jest to ten sam chłopiec, którego znamy z książek dla dzieci. Nic z tych rzeczy – to już dorosły mężczyzna, w eleganckim kapeluszu i płaszczu. Można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że imię Krzyś, jakim po latach powitał go kochany Kubuś Puchatek, w ogóle do niego nie pasuje. Krzyś (Krzysztof?) przybył po latach do miejsca, które kiedyś było mu bardzo bliskie, gdzie byli jego wierni przyjaciele. Tymczasem tyle się zmieniło. I Krzyś się zmienił – jest jakiś smutny, mówi tylko o tym jak ważne są Ważne Rzeczy.  Krzyś inaczej postrzega Las – jako bardziej ponury niż dawniej, a on sam czuje się w nim bardzo zagubiony. Patrzy na świat oczami dorosłego człowieka. Nie widzi drobiazgów. Zresztą cały czas powtarza: „Nie jestem dzieckiem”. I kiedy mężczyzna chce pozbierać rozsypane papierzyska, Kubuś znika. Krzyś wędruje po Stuwiekowym Lesie i chce działać, chce szybkich efektów. Ale jakby powiedział Kubuś: „Czasami jedyna rzecz, którą powinniśmy zrobić, to NIC nie robić”. Krzyś zaczyna właśnie … nic nie robić. I sprawy znajdują rozwiązanie. Kubuś się odnajduje, a Krzyś z pomocą swoich dawnych przyjaciół zmienia się: staje się radośniejszy i nawet jest skłonny uwierzyć, że na świecie istnieją hefalumpy. Po prostu odnajduje w sobie….kiedyś zagubione dziecko.

Książka dla dzieci, ale też i ważna lektura dla dorosłych. Ile dziecka masz w sobie? Gdzie są twoje dziecięce ideały, marzenia? Czy koniecznie wszystko musi być widoczne dla oczu? Dzieci odnajdą w tej lekturze swoich starych przyjaciół znanych z kreskówki i książek.

Baaardzo podoba mi się klimat tej książki. Kojarzy mi się z latami 50-tymi i 60-tymi ubiegłego wieku. Moda na kapelusze i długie płaszcze u mężczyzn, twarz Krzysia jak na reklamach w stylu vintage.

Wiek 5+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 07 września 2018

Myślę, że Minecrafta – tej niezwykle popularnej gry, nie trzeba specjalnie przedstawiać. Jako dodatek do niej wydawane są regularnie książki – uzupełnienia, dzięki którym można lepiej wykorzystać potencjał i gry, i samego gracza.

Minecraft. Rocznik 2018 informuje o wprowadzonych aktualizacjach, nowościach – przez co gra staje się jeszcze ciekawsza. I tak znajdziecie tu np. opis przedmiotów, dzięki którym można lepiej przygotować się do wypraw: zaklęty diamentowy miecz, diamentowa zbroja, oswojone wilki, tarcza, koty, koń, dynia. Każdy z tych elementów jest krótko opisany – i tak noszenie dyni na głowie może uchronić przed … atakiem endermana. Ciekawą częścią książki są wybrane doświadczenia osób związanych z powstawaniem tej gry. Osoby te zdradzają tajniki swojej pracy i samej gry. Jak się okazuje, tworzenie gry i wprowadzanie nowości – to nie takie zwykłe hop siup. Zespół Mojanga zaznajamia z trybem przygody, projektem REALMS – gdzie znajdziecie specjalnie wyselekcjonowane światy i mapy przygód. Podpowiadają jak zbudować park wodny, przetrwać w opuszczonej kopalni, prezentują funkcję ADD-ONS – dzięki której można zmienić wygląd świata oraz zachowanie mobów.

To tylko zaledwie kilka propozycji. Ci, którzy czytają recenzję, a nie znają gry, łatwo zauważą, że są tu słowa klucze dla osób będących w temacie. Te wszystkie hasła, niekiedy brzmiące egzotycznie, szybko oswoją i właściwie odczytają miłośnicy Minecrafta. Znajdą tu dużo ilustracji, wskazówek, schematów – a przykład z własnego podwórka pokazuje, że są one zrozumiale wyjaśnione. Znam też dzieci, które nie znając wersji komputerowej gry, chętnie zaglądają do książki i też się dobrze przy tym bawią. Choć połączenie gra + książka dopiero daje efekty. Gra oczywiście w odpowiedniej i rozsądnej dawce.

Wydawnictwo Egmont

środa, 05 września 2018

Kostka Rubika liczy sobie już prawie … No właśnie: ile lat? Pamiętam jaki to był szał, gdy się pojawiła. Kolejki pod sklepikiem, żeby kupić upragnioną zabawkę. Autor, profesor architektury, był skazany na międzynarodowy sukces. Już w dzieciństwie niezwykle kreatywny miłośnik łamigłówek – w 1974 r. stworzył pierwszy prototyp kostki. A ile było zachodu, by pokazać tę zabawkę szerszemu światu? W komunistycznych Węgrzech to nie było takie hop siup. Książka przybliża postać autora kostki, jej historię. Jak się okazuje – kostka niejedną ma twarz. Większość z nas zna bowiem klasyczną kostkę w formie sześcianu: 3x3x3 . A przecież są jeszcze kostki: 2x2x2, wieża, 4x4x4, 5x5x5, wąż Rubika, Magia Rubika i próżnia Rubika. Nie wszystkie z nich są autorstwa Ernö Rubika. Po prostu świat zwariował na punkcie kubików i po Rubiku pojawiło się kilku naśladowców. Mimo tak wielu odmian kostki książka skupia się na klasycznej wersji 3x3x3. Podpowiada, jak ułożyć kostkę w całości – gdzie skręcić, jak skręcić i jak nie … spanikować. Bo ten, kto próbował ułożyć kostkę w całości, pewnie nie raz chciał rzucić nią o ścianę. Ruchy do wykonania, przekręcanie ścianek, skręty, obroty, wzory, algorytmy. Jest też wersja dla początkujących – potem  to już jest tylko z górki. Oprócz „przepisu” na ułożenie kostki są tu liczne ilustracje i schematy, ciekawostki np. o rekordach świata z układania kostki: jedną ręką, z zawiązanymi oczami, z najmniejszą liczbą ruchów. Mówię Wam – szaleństwo. Ale fajnie jest.

Wiek 10+

Wydawnictwo Egmont

wtorek, 04 września 2018

Bajka, baśń dla trochę starszych dzieciaków, nastolatków – może bardziej dziewczynek – które jeszcze nie do końca wyrosły z księżniczek i zamków, czarów, magicznych krain. Jednocześnie dla osób, które zaczyna interesować coś więcej, i oczekują od książek bardziej rozbudowanej fabuły, wielowarstwowych bohaterów i … niekoniecznie słodkiego happyendu. W końcu książek, przy których się dobrze bawi, ale skłaniających do refleksji, i które zostają w pamięci na dłużej. Myślę, że takim już bardziej wygórowanym oczekiwaniom może sprostać cykl Akademia Pennyroyal (do tej pory ukazały się 3 części). Rzecz dotyczy pewnej uczelni, do której mogą zgłaszać się odważne dziewczęta chcące zostać księżniczkami, a także śmiali chłopcy marzący o karierze rycerza. Ale ich życie nie będzie polegało na życiu jak księżniczka z bajki.

Dziewczyna bez imienia i chłopak Remington spotykają się pewnego dnia w zaczarowanym lesie. Obydwoje uwięzieni w chacie przez okropną staruchę – próbują uciec, bo co innego im pozostało. Bo cóż mają do stracenia – wiedzą, że za chwilę mogą umrzeć i muszą zaryzykować. Ucieczka powiedzie się, a dwójka nastolatków kieruje swe kroki do Akademii Pennyroyal. Chcą spróbować szczęścia w życiu. Oszołomieni nową sytuacją, warunkami, towarzystwem – pragną znaleźć swoje miejsce w  życiu. Ale znają swoją wartość. Zwłaszcza Evie – dziewczyna bez imienia, która pewnego dnia je w końcu otrzymuje i poczuje się tak, jakby odnalazła jakąś dawno zagubioną część siebie. Sama instytucja Akademii przypomina jak najbardziej szkołę z internatem – wraz z jej wszelkimi plusami i minusami. Trzeba przyzwyczaić się do nowych nauczycieli, nowych koleżanek. Te ostatnie potrafią być wścibskie i nadepnąć na odcisk. Są osoby, które polubimy od razu, są czarne charaktery, które potrafią zepsuć krwi nie tylko Evie. Sama bohaterka musi pokonać wiele przeszkód, często ma pod górkę. Dziewczyna bardzo chce wypełniać dobrze swoje obowiązki względem wolnych ludzi, chce ich bronić. Zamierza dużo ćwiczyć, być odważną i zdyscyplinowaną. Będzie niełatwo – ale o tym doczytacie już w książce. Jeśli lubicie przygodę z elementami baśniowymi, nawiązującą do twórczości braci Grimm – to będzie to książka dla Was.

Wiek 9+

Wydawnictwo Mamania

poniedziałek, 03 września 2018

Moja ulubiona seria dla dzieci – Czytam sobie. Tym razem coś z mitologii nordyckiej. Pojawiają się dwie mityczne postacie: Thor i Loki. Dwaj bracia – różni od siebie jak ogień i woda. Thor – bardziej dostojny, poważny. Loki to stary spryciarz, psotnik, szaleniec wręcz. Właśnie wpadł na pomysł, by obciąć włosy ukochanej Thora – Sif. Przyłapany, musi odkupić swoje winy. Nowe włosy mają zrobić dla Sif karły. Jednak Loki nie byłby sobą, gdyby nie spróbował trochę narozrabiać. A co zrobi? – o tym doczytacie już w tej malej książce. Małej – nie małej – muszę dodać. Bo sama książka przypomina poważną lekturę dla dorosłych – samodzielny egzemplarz z ponumerowanymi stronami. Zamknięta całość, książka – której przeczytanie od deski do deski na pewno cieszy. Starsi czytelnicy też odczuwają satysfakcję po lekturze kolejnej książki. Przeczytać całą książkę – dla niejednego dziecka to wyczyn nie lada.

Akurat ta historia moim zdaniem przeznaczona jest dla bardziej zaprawionych w boju czytelniczym. Gdy dziecko przeszło już na poziom drugi serii „Czytam sobie” na początek poleciłabym prostsze historie, a tę podsunęłabym dziecku, które jest bardziej rozczytane. Tytułów jest cała masa – jest z czego wybierać. W opowieści o Thorze i Lokim pojawia się więcej trudnych wyrazów, nazw, imion: Skidbladnir, Mjollnir, Frejr czy Gungnir.

Historia wciąga, zapoznaje z inną kulturą. Czcionka jest duża, co ułatwia czytanie. Jest mnóstwo ilustracji, charakternych bohaterów, dużo się dzieje. Na końcu książki „Dyplom sukcesu” oraz sześć tematycznych naklejek.

Poziom 2 to składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

sobota, 01 września 2018

Siedem tytułowych księżniczek i zarazem … siedem sióstr. Wszystkie o oryginalnych imionach: Melodia, Liczydia, Leonia, Igiełka, Dalia, Otylia i Tycjanna. Każda z dziewcząt inna. Każda ma swoją pasję. Dużo zdradzają tutaj imiona bohaterek. Oczywiście, kto zna trochę naturę kobiet, córek, koleżanek może sobie wyobrazić, że w takim towarzystwie często jest jak w ulu: głośno i … burzliwie. Dlaczego? Bo siostry – księżniczki czasem się kłócą, spierają, dyskutują. Pewnego dnia ich kłótnia sięga zenitu – każda z dziewcząt wycofuje się do swojego świata, swoich zainteresowań. Jednak po niedługim czasie każda z nich przekonuje się, że nie było warto. Cisza i samotność daje się wszystkim pannom we znaki. Same dziewczęta stwierdzają, że tęsknią za sobą, że czegoś im brak. Historia książęcej kłótni na szczęście nie trwa długo i kończy się happyendem. Jednocześnie uczy, że po burzy wschodzi słońce i nie warto się kłócić. Ale skoro kłótnie w rodzeństwie są nieuniknione książka uczy też, że warto się godzić.

Kto się lubi ten się czubi – kłótnie w rodzeństwie zdarzają się często i zawsze. I nie chodzi tutaj o to, by wymuszać swoje racje i poglądy, sposób na życie. Właśnie inność – taka jak wśród sióstr – powoduje, że życie jest ciekawsze i piękniejsze, a od innych można się tak wiele nauczyć. Bardzo dziewczęca książka nie tylko ze względu na ilustracje – mnóstwo tu ozdobników, które często cieszą oko: np. kwiatków i listków. Różowy wcale nie jest dominującym kolorem. Tematyka związana z księżniczkami bardziej pasuje do dziewcząt i akurat ta lektura może być ciekawym erzacem dla landrynkowatych wydań disnejowskich. Choć oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by historię o siedmiu księżniczkach poznali również chłopcy.

Jest jeszcze jeden powód, by poznać tę książkę. To propozycja z Chorwacji, a jak sami przyznacie nieczęsto książki stamtąd pojawiają się na naszym rynku.

Wiek 4+

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 31 sierpnia 2018

Katarzyna Dowbor na koniach się zna jak mało kto. Nie raz w wywiadach z nią napotkać można było dużo odniesień do jazdy konnej i koni w ogóle. Nic dziwnego, że powstała Stajnia pod tęczą. Do tego dochodzi Marcin Kozioł z lekkim piórem i talentem do opowiadania ciekawych historii. Tak więc mamy duet, który wspaniale się uzupełnia. I trzecią część serii – tym razem „Wojna na miny”. (Do tej pory ukazały się: Czary na komary, Maść na maść )

W Stajni pod tęczą pojawia się mały gość – Maja. Ciekawe czy odgadniecie któż to taki: ma cewki, łyżki, sukienkę i lusterko. Nie wiecie? To części ciała małej sarenki, która skaleczyła się nogę i przechodzi w stajni rekonwalescencję. Oczywiście wszystkie zwierzęta zaraz otaczają Maję opiekę. Mało tego – zaczynają się nawet spierać, u kogo Maja ma spać. Tak więc w tej części serii wszystko kręci się wokół Mai. Ale wizyta w stajni to oczywiście doskonała okazja do tego, by lepiej poznać to miejsce i jej mieszkańców. Każda część zdradza tajniki koni, jazdy konnej, stajni. Pojawia się typowe słownictwo: kantar, uwiąz, boks, padok i inne.  Dzieci mogą poznać końską mowę. Koń oczywiście mówić nie potrafi, ale doskonale sygnalizuje swoje emocje i potrzeby np. uszami. I tak z położenia uszu można naprawdę wiele odczytać: czy są rozluźnione, usztywnione, czy oklapłe na boki. Czy skierowane do tyłu, do przodu, czy na boki. Podobnie ogon: pokaże on czy koń jest przestraszony, rozdrażniony czy podekscytowany. Ilustracje w książce będą świetnym przewodnikiem po końskiej mowie. Przez lekturę przewija się wiele zwierząt, wiele się dzieje – historie opowiedziane są lekko, z polotem i humorem. Na końcu zadania dla czytelników: trzeba coś narysować, poobserwować, by zdobyć dyplom Tęczowej odznaki. Oczywiście tematyka zadań – końska.

Wiek 6+

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

czwartek, 30 sierpnia 2018

Przygody Jonki, Jonka i Kleksa ukazywały się co jakiś czas w czasach mojego dzieciństwa w „Świecie Młodych”. Byłam szczęśliwą prenumeratorką tego czasopisma – a to dzięki mojej mamie. Po każdy numer „ŚM” leciało się „do teczki” jak na skrzydłach. A lekturę zawsze zaczynałam od końca – czyli od ostatniej strony, gdzie były komiks i stała rubryczka pt. „Uśmiech numeru” (nawiasem mówiąc: niektóre dowcipy w obiegu rodzinnym są wciąż obecne, żywe i nadal … śmieszne). Powiem  tak: już samo nazwisko autorki komiksu działało na wyobraźnię dziecięcą. Mówcie co chcecie, ale Szarlota Pawel w latach PRL-u brzmiało (przynajmniej dla mnie) baaaardzo egzotycznie. I wtedy – właśnie jako dziecko, nawet nie śmiałam marzyć o tym, by mieć przygody Jonki, Jonka i Kleksa w jednym tomie. Za to układałam skrupulatnie numery „Świata Młodych” na półce i co rusz wracałam do ciekawej lektury i oczywiście komiksów. Jonka i Jonek  to dwójka przyjaciół. Plus Kleks – niebieski kompan uwielbiający popijać atrament. Można wiele pisać o codziennych przygodach i perypetiach całej trójki, dalej: o wynalazkach, których autorem był nie kto inny jak Kleks właśnie. Świat bez przemocy, kolorowy, z inteligentnym humorem, a dla mnie osobiście – ciekawy obraz minionej epoki. PRL w pigułce: kolejka pod każdym sklepem, pustki sklepowych półek, opryskliwa pani sprzedawczyni, składanie reklamacji w książce skarg i zażaleń, budki telefoniczne na rogu ulicy, oszczędzanie w SKO na klasową wycieczkę, harcerskie i zuchowe zbiórki z tłumem dzieciaków. W tamtych czasach zwariowane pomysły niebieskiego Kleksa to było COŚ. Kleks potrafił czynić cuda – zrobić coś z niczego. I dużo przy tym było hałasu, i śmiechu, i chyba jeszcze czegoś – może nawet nazwę to swego rodzaju tęsknotą. Za czymś nieoczekiwanym, niekiedy głupim, raz z sensem a raz bez. Bo taki był Kleks, którego uwielbiałam. Jego bujanie w chmurach, spontaniczność w zderzeniu z dobry wychowaniem Jonki i Jonka. Wróciłam do lektury po latach z sentymentem i łezką w oku.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 26 sierpnia 2018

Autorka od samego początku buduje klimat tej historii. Przenosi nas do świata, którego już nie ma. Mała miejscowość, która już nie należy do Polski, a która przed wojną znajdowała się w granicach Rzeczpospolitej. Obok siebie mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi. I domów jak ten, w którym mieszkała Kazia Łobodziec, też już nie ma. A może są (po tegorocznej letniej wyprawie na Wschód Polski jestem skłonna uwierzyć, że takowe jednak są), tylko wydaje nam się, że są one takie rzadkie, egzotyczne wręcz – w zestawieniu choćby z ofertą IKEA czy BRW. Małe okienka z mirtem w donicach, bambetel do siedzenia i spania, ściany pełne świętych obrazków, sąsiedzi różnych wyznań, kultur i tradycji. Jeszcze jest spokój, jeszcze jest radość z tego, że święta w tych stronach obchodzi się podwójnie. Autorka pokazuje codzienność życia na Kresach – często ubogą ale szczęśliwą i spokojną. „A potem przyszła wojna” – czytamy. Okupacja Niemców, koniec przyjaźni z Ukraińcami, wywózka Żydów, koniec podwójnego świętowania, bieda, smutek, rozpacz. Losy Kazi – jak można się domyśleć – tragiczne. W końcu przychodzi czas na trudną decyzję – czy zostać w granicach ZSRR czy jechać w nieznane – do Polski. Rodzina wybiera to drugie i przybywa do Żarek na Dolnym Śląsku. Tak toczy się ta historia – jeden życiorys, który pasuje do tysięcy innych. Jeśli jesteście gotowi zmierzyć się z tym tematem – poczytajcie razem z dzieckiem, porozmawiajcie. Do Dolnego Śląska mam niedaleko. Kilka lat temu brałam udział w szkoleniu – obok mnie mieszkańcy z tamtych właśnie rejonów. Z ciekawością przysłuchiwałam się temu, jak gdzieś od czasu do czasu pojawiały się wspomnienia. O tym, jak wojna zmieniła ich rodziny i ich losy. Ciotki i babki, które pół życia przesiedziały na walizkach, bo w każdej chwili trzeba będzie gdzieś indziej pojechać. Zaniedbane domy, bo nie warto zbyt wiele robić, bo przecież Niemiec może wrócić. W tych opowieściach pojawiało się młode pokolenie, które dopiero teraz czuje się u siebie. Jeździmy rowerami kilka razy w roku po Dolinie Baryczy i widzimy jak wszystko tam zmienia się na plus. A ta książka pomaga zrozumieć tak wiele spraw – i społecznych i kulturowych.

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura

sobota, 25 sierpnia 2018

W książce dla dzieci można się zaczytać na zabój. A ten tytuł jest tego dobrym przykładem. Joanna Olech pielęgnuje tradycję dobrych powieści detektywistycznych, których autorami byli Bahdaj, Nienacki, a po które też sięgali chętnie dorośli. I tak jak dama klasycznych powieści tego gatunku, czyli słynna Agatha, umieściła akcję swojej najnowszej powieści na zapyziałe prowincji, na której wszyscy wszystkich znają, a jak ktoś komuś dzień dobry na ulicy nie powie, to pamiętają o tym następne dwa pokolenia. Nic dziwnego, że wszyscy śledzą przybycie miastowego dziwoląga na wakacje – chudzielcowatego nastolatka, który obnosi się w swoich spodniach na kant i wypucowanych butach. Ale jakże pozory mylą – nikt tak jak niby – nudziarz Karolek nie zna się na komputerach. Jest jeszcze Tarantula – charakterna pankówa, której wujem jest sam burmistrz mieściny – człowiek dobrego serca. I jest straszliwy pies – powsinoga, bez pana – Herkules. Ktoś włamał się do muzeum, ktoś zginął w wypadku, kto od blisko pół wieku nie żyje. Po okolicy roznosi się plotka o ukrytym skarbie. Ktoś znika nagle bez wieści, ktoś podsłuchuje baaaaardzo interesujące rozmowy. Oj, w Witkowicach dzieje się tak wiele. Jeśli szukacie dobrej książki dla trochę starszych czytelników, książki, od której oderwać się nie można - polecam ten tytuł. A może też sami się skusicie na małe książkowe – co – nieco. Warto!

Wiek 10+

Wydawnictwo Literatura 

piątek, 24 sierpnia 2018

Bolek i Lolek to bohaterowie mojego dzieciństwa. I muszę przyznać, że z niejakim podziwem patrzę na próby zaprzyjaźnienia z nimi współczesnego pokolenia. W świecie, gdzie tyle różnych bodźców, gadżetów, programów, kreskówek, filmów – to chyba dość karkołomne działanie. Bolek i Lolek pochodzą bowiem z czasów, gdzie były raptem dwa czarno-białe programy telewizyjne, niewiele poza tym. Na sobotnią dobranockę z ulubionymi bohaterami czekało się z utęsknieniem i niecierpliwością. I co tu dużo mówić – Bolek i Lolek mieli swoją WIERNĄ publiczność. Czy uda im się przebić do świadomości współczesnych dzieciaków? Na pewno polecać ich będą rodzice, dziadkowie, którzy pamiętają tę dwójkę chłopaków z chochlikiem w oku z dawnych czasów. Myślę, że warto – a nie kierują mną tylko i wyłącznie pobudki sentymentalne. Zachęca do tego tematyka – niewiele książek dla dzieci o polskim obszarze kulturowym. A nawet jeśli – to raczej dotykają one elementów bardzo znanych. Tymczasem tu spotkamy i powszechnie znane pisanki i ormiański gandżabur, o którym, przyznaję, nie miałam zielonego pojęcia. Chłopaki wędrują po Polsce, spotykają ludzi, próbują, podziwiają, pytają, biorą udział w lokalnych wydarzeniach – i opowiadają o tym  - niezbyt długo, by nie zanudzać. Każda krótka historyjka wyjaśnia, co się kryje pod danym hasłem. A przyznam szczerze – niektóre z nich stanowiły i dla mnie niemałą zagadkę: pita z powiatu bolesławieckiego, święto Jordanu z Przemyśla, język kaszubski, haft kujawski, straże grobowe z Podkarpacia, wspomniane już pisanki z powiatu opoczyńskiego, śmiergusty z Wilamowic, redyk z Podhala, kwietne dywany ze Spycimierza, Lajkonik z Krakowa, malowane chaty z Powiśla Dąbrowskiego, bal tatarski z Białegostoku, radomskie oberki, karaimskie kybyny z Warszawy, kurpiowskie wycinanki, drewniane zdobienia z Podlasia, święcenie zwierząt z Mikstatu, kozioł wielkopolski, święto Bambrów z Poznania, łowickie pasiaki, muzyka romska z Gorzowa Wielkopolskiego, ormiański gandżabur z Wrocławia, żywieckie zabawki, siwaki z Podlasia południowego, tkaniny dwuosnowe z Podlasie, koronki z Koniakowa, obiad na Górnym Śląsku, łemkowska cerkiew w Beskidach, obrazy malowane na szkle z Podhala ,Chanuka z Łodzi. Na końcu książki zagadki dla najmłodszych – sprawdzą, ile zapamiętało się z lektury.

Wiek 6+

Wydawnictwo Znak

czwartek, 23 sierpnia 2018

 

Pamiętacie Serafinę? Ma dwanaście lat i jeszcze trzy tygodnie temu o jej istnieniu wiedziało niewiele osób. Kilka tygodni wcześniej Serafina razem ze swym przyjacielem Braedenem pokonali niebezpiecznego mężczyznę w czarnym płaszczu. Czas na kontynuację losów dziewczynki. Znów mamy trzymającą w napięciu lekturę. Jest rok 1899, Biltmore w Karolinie Północnej. Serafina po niedawnych wydarzeniach (opisanych w I tomie „Serafina i czarny płaszcz”) nie musi już się  dalej skrywać w piwnicach olbrzymiej posiadłości Vanderbiltów. Jednak cały czas wzywa ją zew natury, górę w jej życiu bierze dzikość – godzinami wędruje po okolicy, szczególnie upodobała sobie las. Główna Łowczyni Szczurów – w skrócie GŁS – tak zwykł o niej mówić ojciec – pan złota raczka, który w posiadłości odpowiedzialny jest za naprawienie każdego mechanizmu i urządzenia. Tytuł GŁS, z którego Serafina jest baaardzo dumna. Nocne stworzenie – nie zwykłe, normalne dziecko. Tęskni za Braedenem, którego nie widziała od wielu dni. Podczas nocnej wyprawy Serafina widzi zaprzęg koni ciągnących powóz po drodze w kierunku wielkiej posiadłości. Dlaczego ktoś jedzie do Biltmore w nocy? Kim jest ten KTOŚ? Dlaczego wszystkie ptaki uciekają z przestrachem z okolicy? Dziwny powóz – bez woźnicy na koźle. 

Kolejna tajemnica do wyjaśnienia. Oj, są emocje podczas lektury. Napiszę krótko – nie raz miałam gęsią skórkę podczas czytania. Już na samo wspomnienie o tym pustym koźle – również czuję ciarki na plecach. Robert Beatty umie tworzyć klimat i budować napięcie. Pokazał to już w pierwszym tomie serii. Podoba mi się to, że autor tyle miejsca poświęca opisom stanu ducha głównej bohaterki – można poznać jej myśli, obawy i zamierzenia. Zwraca uwagę również na otoczenie, które akurat w tej opowieści jest równoprawnym bohaterem pierwszego planu. Bez tych wszystkich ciemnych zakątków w lesie, uciekających ptaków, pokrętnych korytarzy w wielkiej posiadłości nie byłoby takiego klimatu i tylu emocji. To te opisy właśnie działają na wyobraźnię: las, po którym chodzi nocne dziecko. Gdzieś w dali zarys wielkiej mrocznej budowli. Trzaskająca gałązka pod stopami. Łopot ptasich skrzydeł. Spodoba Wam się.

Wiek 10+

Wydawnictwo Mamania 

środa, 22 sierpnia 2018

Cudowna, ciepła, bardzo przyjazna historia o tym, jak w rodzinie pojawia się nowy członek. Tym kimś nowym jest nie kto inny – jak tytułowy pies Fafik. A więc jest kundel, który kręci się koło furtki małego domku. Dalej – Nelka, dziewczynka, która zrobi wszystko, by piesek zamieszkał pod ww. adresem.  Jest  i tata, który od samego początku darzy sympatią psiaka i jest bardzo na tak w kwestii powiększenia rodziny. Jest mama, którą trzeba urobić – i która na początku nie chce, ale tak naprawdę bardzo chce. Jest i starszy brat – Stefek – wielki entuzjasta, nie widzący żadnych minusów w pojawieniu się psiaka na podwórku. I tak toczy się ta historia – opowiedziana w taki sposób, by mogli ją poznać początkujący czytelnicy. W tym przypadku jest to poziom 2 (składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania). Do tego dochodzą ilustracje, które mnie osobiście od samego początku baaardzo zauroczyły. Trochę kojarzą mi się z ilustracjami z dawnych książek – elementarza Falskiego itp. Takie sentymenty się odezwały.

Inne plusy: duża czcionka, szeroka interlinia, dyplom sukcesu na końcu, sześć tematycznych naklejek. W ogóle – sama książka, która kojarzy się z odrębnym dorosłym egzemplarzem.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

wtorek, 21 sierpnia 2018

Coś mi się wydaje, że Terry Deary znalazł sposób na to, by młodego człowieka zainteresować historią. Historia nudna? Ta historia, ma się rozumieć? Taaak? W takim razie koniecznie zajrzyjcie do strrrasznych historii. Mamy na półce trzy tytuły: To okropne średniowiecze, Ci rewelacyjni Grecy, Ci okrutni Wikingowie.

Wiem, wiem, klasycy zgrzytają zębami, łapią się za głowę, rwą sobie włosy całymi garściami. Autor sięga z jednej strony po fakty znane z lekcji historii, po ciekawostki – już nie znane z lekcji historii (zazwyczaj nie ma na to czasu w szkole), a  z drugiej - posługuje się dość atrakcyjnym dla współczesnego człowieka narzędziem. Język, jakiego używa do opowiadania o drabinie feudalnej, różnych dynastiach, szkole średniowiecznej, relikwiach (wiem, wiem – już słyszę – jakie to nuuuudne) to język  współczesny, prosty, ze śmiesznymi wstawkami, choć  czasem … są i mocniejsze akcenty. Czyż historia nie obfitowała jednak w takie wydarzenia? Bitwy, zmiany na tronie, potężne głowy koronowane - ale też zwykłe – choć jednak dzisiaj odbierane jako – niezwykłe, życie codzienne. Nagle człowiek sprzed wieków staje przed nami, widzimy go – rycerza, faceta z krwi i kości, który musiał coś zjeść, w coś się ubrać, jakoś się leczyć, czasem iść do szkoły i … do wc. Deary każe swoim bohaterom pisać listy, pamiętniki, przytacza wiadomości z prasy (!!!), podaje przepisy (jak choćby na kapuśniak średniowieczny, pudding różany (ponoć uwielbiany smak  w odległych czasach), udziela porad – jaka powinna być grecka żona idealna,  podaje przykładowe testy na belfrów, odkrywa tajemnice greckich wyroczni, zabobonów. Bardzo lubiłam historię i myślę, że miłośnik historii świetnie się w nich odnajdzie.

Jakie CV musiałby napisać błazen, by dostać posadę na dworze, co było średniowiecznym smakołykiem, co mówili zakonnicy i księża na temat mody – odpowiedź znajdziecie w książce To okropne średniowiecze. Jak to było z Troją naprawdę, czy demokracja jest sprawiedliwa, co jadano w starożytności i inne – w książce – Ci rewelacyjni Grecy. Tytuły oddają ducha epok. Średniowiecze - brrr - dobrze, że żyjemy w dzisiejszych czasach:))) Wikingowie byli (ponoć) okrutni, Grecy rewelacyjni. Autor udowadnia – skutecznie, że ma rację.

Ilustracje czarno - białe, najczęściej w formie komiksu. Mnie się bardzo podobają. Wiadomość dla tych, którzy mieli do czynienia z poprzednimi wydaniami. Nowości są większe – dzięki temu litery większe, a teksty w dymkach narracyjnych bardziej czytelne. Więc format na plus – zdecydowanie.

W ramach serii ukazały się jeszcze: 

- Ci wredni Rzymianie

- Ci paskudni Aztekowie 

- Ci niewiarygodni Inkowie 

Swego czasu ukazały się części dotyczące historii Polski. Na aukcji osiągają strrraszne ceny. Mam nadzieję, że i one zostaną wznowione. 

Wiek 9/10+ 

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Lektura dla najmłodszych. Historyjka wierszem o pewnej głodnej gąsienicy. Wiadomo – gąsienice to żarłoki przeogromne. Ta książkowa wędruje sobie po świecie i szuka czegoś do schrupania – co rusz napotyka na jakiś smaczny kąsek i stworzenie, które uświadamia ją, że jednak gąsienice tego czegoś nie jedzą. Bo nie dla gąsienic jabłuszko, gruszka, truskawka, cytryna, bakłażan, grzyb, papryka, kasztan, wisienka. Dopiero mądra żabka informuje gąsienicę, że najlepsze dla niej są soczyste listki. Maluchy poznają naturę gąsienic – jej przeogromny apetyt, cykl rozwojowy – od gąsienicy, poprzez kokon do pięknego motyla. Oczywiście całość można tłumaczyć starszym dzieciom, małe dzieci już od pierwszych dni można przyzwyczajać do lektury – obrazki są kolorowe, nie zawierają wielu elementów. Ciekawym pomysłem jest coraz mniejsza dziurka, która pewnie strrrrrasznie zaciekawi małych czytelników. I połączenie nowoczesności z vintage. Dzieci poznają też nazwy owoców, roślin i zwierząt. Gąsienica przebywa sporą drogę, a na niej ma też dużo przystanków i napotkanych ciekawych osobników: ślimak, osa, mrówka, ważka, komar, świerszcz, pszczoła, żabka. Całość wykonana solidnie – z grubej tektury. Można oglądać książkę tam i z powrotem – na pewno nic jej się nie stanie.

Wiek 1+ i jeszcze wcześniej:)

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 19 sierpnia 2018

Książka dla tych, którzy już lubią komiksy i dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że lubią komiksy. A w świecie komiksowym tyle się dzieje: wznawiane są tytuły sprzed lat, ukazują się smaczne kąski nowości. I uwaga! – jest jeszcze sporo miejsca dla nowych autorów. Kto wie, może ta książka zainspiruje kogoś do aktywności komiksowym polu działania i za lat kilka ukaże się jakiś komiksowy przebój, którego początkiem będzie właśnie „Zrób sobie komiks”. Dwójka autorów komiksu: Piotr Kasiński i Robert Trojanowski  postanowiła podzielić się swoimi doświadczeniami i zachęcić do tworzenia swoich dzieł. Znajdziecie tu trochę historii komiksu – ale nie są to żadne długie i monotonne wywody znawców tematu. A więc czasy prehistoryczne, starożytny Egipt, Rzym, freski średniowieczne, skryptorium, gdzie ręcznie przepisywano księgi – wszystko podane lekko, oczywiście w formie komiksu. To wciąż nie były jeszcze komiksy, ale całość pokazuje, że człowieka ciągnęło do rysowania. W końcu nadchodzi czas druku – przełomowego wynalazku Gutenberga. Oczywiście mowa tu również o ojczyźnie komiksu – USA, gdzie zrodzili się tacy ponadczasowi bohaterowie jak Superman, Batman, Kapitan Ameryka. Dowiecie się jakie upodobania komiksowe mają różne nacje: co czytają Włosi, Francuzi, Belgowie. Wielu z bohaterów komiksowych zdobyło zresztą międzynarodową sławę: Tintin, Asterix i Obelix, Lucky Luke, Thorgal. Oczywiście autorzy pochylili się nad polskim komiksem – zwrócili uwagę na rok 1919, kiedy to narodziły się „Przygody szalonego Grzesia”. Choć nie ukrywajmy najbardziej znane nasze rodzime komiksy to „Przygody Koziołka Matołka” i dużo młodsze: „Tytus, Romek i A’Tomek”, Kajko i Kokosz, Kleks.

Sama książka podpowie naprawdę dużo praktycznych porad w kwestii tworzenia swojego komiksu: poznacie tu: język, kadry, odstępy, dymek narracyjny, onomatopeje, kreseczki lub smugi, by wyrazić drżenie, bieg. Dalej: zawody związane z komiksem – niektóre nazwy brzmią iście egzotycznie: inker, kolorysta, liternik. Jak zacząć rysowanie komiksu – jedną osobę, grupę osób, scenariusz. Jak stworzyć bohatera komiksu, wygląd, charakter, mieszkanie dla niego i pojazd. Generalnie wszystko sprowadza się do ćwiczeń. Sprawdza się tu stara maksyma, że bez pracy nie ma kołaczy. Chcesz być dobry, musisz często chwytać za ołówek. Warto mieć swój własny egzemplarz tej książki, ponieważ w środku znajdziecie tu miejsce do ćwiczeń – własnych pomysłów i prac. Ćwiczenia z rysunku, pisania, uruchamiania wyobraźni i kreatywności. Wizyta w świecie komiksu jest szczególnie miła, gdy ma się tak sympatycznych przewodników jak Pik i Robi. Nie ma czasu na nudę i jest MOC do działania.

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

sobota, 18 sierpnia 2018

 

Rekin Nudojad ma ciągle ochotę na zabawę. Bryka w wodzie, tapla się, wciąż gdzieś go niesie. Pewnego dnia znajduje świetne miejsce na zabawę – to stary, zatopiony wrak. Pech, że jego płetwa utknęła w szczelinie. Na szczęście w okolicy jest krab ratownik, na którego zawsze można liczyć w trudnych sytuacjach.

Książka jest kolejnym tytułem, który ukazał się w serii „Czytam sobie”. Jedynka przeznaczona jest dla czytelników, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z czytaniem – a więc składają słowa, w tekście mają do czynienia z ograniczoną liczbą wyrazów w liczbie od 150-200, zdania są krótkie i zawierają 23 podstawowe głoski.  Autor nie stroni od trudniejszych wyrazów. Są więc tutaj: kadłub, obluzowuje, gmera, baryłkowaty. Książka przypomina lekturę dla dorosłych: tym bardziej sukces czytelniczy cieszy. Na końcu zadania do wykonania, które sprawdzają czytanie ze zrozumieniem, naklejki – nagroda oraz dyplom sukcesu.

Książka jest kolorowa, dużo się dzieje na obrazkach, myślę, że to niezła przygoda spotkać się oko w oko z rekinem.

Wiek 6+

Wydawnictwo Egmont


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77