Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 14 października 2018
O skałach i minerałach - Radosław Żbikowski

 

Po tej książce żaden kamyczek nie będzie już tylko zwykłym kamyczkiem. A już na pewno każdy ciekawy okaz będziemy brali pod lupę – bo a nuż okaże się jakimś cennym trofeum – jak choćby meteorytem, który spadł z wysokiego nieba wprost na naszą posiadłość. Kto wie? Może kiedyś? Radosław Żbikowski o skałach i minerałach wie wiele, a swoją wiedzą dzieli się w ciekawy i przystępny sposób. Obszarów do poznania w tej materii jest bardo wiele. Bo jak się okazuje: skała skale nierówna, piasek piaskowi również, nie mówiąc już o minerałach. Poznajemy zresztą nie tylko ich właściwości, cechy charakterystyczne. Autor przybliża również sekrety Ziemi jako planety – trzeciej od Słońca, jednej  z czterech planet skalistych w Układzie Słonecznym (obok Merkurego, Wenus i Marsa). Czy wiecie, że naszą kulę ziemską można porównać do czekoladowej pralinki? Nie zdradzę jednak, dlaczego. Co jeszcze tutaj znajdziemy – różne różności: np. kryształ jako podstawową jednostkę budowy skał, krzem – najbardziej obok tlenu rozpowszechniony pierwiastek na Ziemi. Całość podzielona została na następujące części tematyczne: minerały, skały magmowe, skały osadowe i metamorficzne. Mnóstwo ciekawostek, konkretnych informacji. Wśród minerałów – pospolite żelazo, które w tej chwili mam na swoim biurku w postaci spinacza biurowego; jak również prestiżowe: srebro i złoto (tu z obecnością na moim biurku już gorzej). Mniej znane szafir, rubin i także leksykalne dziwolągi jak (uwaga) tanzanit czy morganit. Oczywiście nie mogło w tym świetnym towarzystwie zabraknąć diamentów. Wiedzieliście, że w Arkansas w USA w pewnym parku można legalnie szukać diamentów do woli? Ponoć – co znajdziesz to twoje. I ponoć niejeden się nieźle obłowił po wizycie w tym miejscu. Na pewno fajnie dowiedzieć się czegoś o pospolitym kwarcu, czy żelazie. Jednak emocje wywołują tematy bardziej wyszukane. Kto wie, może po lekturze ktoś wyruszy na poszukiwanie ciekawszych i rzadszych okazów. Może ktoś kiedyś natrafi na obsydian, bazalt, pumeks, tuf,  albo piaskowiec, krzemień, wapień, , marmur , kwarcyt i wiele, wiele innych? Oczywiście nie wszystkie one są w zasięgu ręki. Jak je rozpoznać, jak je znaleźć, gdzie ich szukać? Dla mnie ciekawym dodatkiem były informacje o skalach radioaktywnych, na których nasza Maria Skłodowska-Curie straciła zdrowie, przesypując tony blendy uranowej. Co można znaleźć na dnie oceanu, na niebie, co jest zagrożeniem dla skał i minerałów, z czego zbudowane są skały mórz i oceanów, co mówią kamienne księgi, czy balansujące głazy kiedyś się przewrócą, słynne kamienne budowle, imponujące megality, święte skały, skamieniałe zwierzęta i drzewa, w końcu nasza duma – kamień z żywicy czyli bursztyn, wiek skał, nauka zbierania i rozpoznawania skał i minerałów: wiedza praktyczna. Sami widzicie, że wiele tego. Osoby zainteresowane tą tematyką na pewno będą zadowolone. Dodam, że teksty nie są długie. Myślę, że ideą tej książki było głównie zainteresowanie tematem. Wraz z wiekiem i rozwojem pasji trzeba będzie pewnie sięgnąć po inne lektury. Do tego mnóstwo ciekawych zdjęć, które pomogą początkującym przy identyfikacji okazów.

Wiek 10+

Wydawnictwo Multico

czwartek, 11 października 2018
Kicia Kocia i Nunuś. Pa, pa, smoczku! - Anita Głowińska

Nunuś chodzi ciągle ze smoczkiem. Nic dziwnego,  wielka jest siła przyzwyczajeń – kocich dzieci również. Co zrobić, by Nunuś w końcu zrezygnował ze smoczka?

Nunuś – to braciszek Kici Koci. Tak trudno mu obyć się bez smoczka. Tymczasem okazuje się, że  życie ze smoczkiem też wcale łatwe nie jest. Bo nie można śpiewać. Bo nie można zjeść jabłuszka. Bo nie można nic powiedzieć. Kicia Kocia – mądra starsza siostra – zabiera Nunusia na spacer. A tam? Ptaszek bez smoczka. I piesek również. I dzieci w piaskownicy. Czas pożegnać się ze smoczkiem. Sami już sprawdźcie – jak do tego doszło. Rozwiązanie dobre do sprawdzenia na swoich dzieciach, którym pewnie też niełatwo pożegnać się ze „smokiem”.

Wiek 1+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 09 października 2018
Czytam sobie. Strzała dla komendanta - Jarosław Górski/ il. Paula Dudek

Przenosimy się do roku 1918, do Lublina. Mietek jest mistrzem w rzucaniu papierowych strzał. Potrafi trafić nawet w lekko uchylony lufcik okna. Ba – w kok nauczycielki. I jest ku temu okazja – bo w powietrzu czuć, że za chwilę w mieście wydarzy się coś ważnego. Polscy żołnierze z hukiem przeganiają Austriaków tam, gdzie pieprz rośnie. Grupka dzieciaków – ich pasje i marzenia. Statki budowane z drewnianych ścinków przez przyszłego marynarza. Książki ukochane przez chłopca nieumiejącego czytać, oglądane z taką pasją. To oni są świadkami rodzącej się wolnej Polski – po 123 latach niewoli. Na ulicy, od przechodniów, mieszkańców co rusz słyszą jakiej ciekawostki z wielkiego świata: a to o rozbrajaniu niemieckich żołnierzy, a to o powstaniu Rady Regencyjnej czy uwolnieniu Piłsudskiego z więzienia. I o petycji, która ma być wysłana do komendanta. Dzieciaki chcą dorzucić swoje postulaty: by w szkole dla uczniów była gorąca herbata i by palono w piecach podczas lekcji. Ale to nie koniec ich pomysłów na „ulepszenie” Polski.

Kolejna część serii „Czytam sobie z kotylionem” jest przeznaczona wyraźnie dla starszych dzieci – i to nie tylko ze względu na wyżej postawioną poprzeczkę dotyczącą umiejętności czytania. Chodzi też o tematykę. Odnosi się ona do sytuacji w Polsce sprzed 100 – lat. Na pewno temat „podejdzie” bardziej dzieciom interesującym się historią.

Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5 - 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

O serii „Czytam sobie z kotylionem” pisałam już tutaj.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 08 października 2018
Nauka liczenia - Agnieszka Łubkowska/ il. Joanna Kłos

 

To z jednej strony poradnik dla rodziców małych dzieci, a z drugiej – ciekawy materiał poglądowy i ćwiczeniowy, który można z sukcesem wykorzystywać podczas domowej nauki liczenia. I mimo tego, że autorka głównie kieruje się do rodziców dzieci mających trudności z matematyką, myślę, że całość może być z powodzeniem stosowana przez wszystkich, którzy chcieliby od najmłodszych lat rozwijać matematyczne uzdolnienia swoich pociech. Nauka liczenia – podzielona na pięć części: dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie i różności matematyczne. Na początku wartościowe wskazówki metodyczne dla dorosłych – czyli jak pomagać dzieciom z trudnościami matematycznymi  (może i nauczyciele skorzystaliby ze wskazówek?) A potem już zaczyna się matematyka, która również nawiązuje do dnia codziennego: wykorzystuje dary natury z najbliższego otoczenia: kasztany, orzechy, fasolki, śliwki, kamyki. Dzieci uczą się rysować cyfry po śladzie, poznają pojęcia matematyczne: wynik, składnik, suma, odjemna odjemnik, różnica, czynnik, iloczyn, dzielna, dzielnik, iloraz. Są tu również zagadnienia związane z ułamkami, określaniem czasu i długości. Dzieci trenują matematykę w zabawach, eksperymentach, mnożą na paluszkach, tworzą tablicę mnożenia, poznają znaki: mniejszy i większy. Pomysłów jest bardzo dużo, autorka podpowiada jak tłumaczyć dzieciom trudniejsze zagadnienia, jak trenować matematyczne umiejętności. Wykorzystanie darów natury pozwala poczuć dzieciom tę matematykę dosłownie, poczuć wynik. To nie dodawanie w pamięci – ale dodawanie kasztanów, odejmowanie fasolek. To zupełnie inaczej aniżeli „suchy”, nienamacalny wynik jakiegoś działania.

Bardzo przydatny „pomocnik” matematyczny dla maluchów z ciekawymi ilustracjami Joanny Kłos.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 07 października 2018
Ilustrowany elementarz do nauki angielskiego i polskiego. Dla dorosłych i dzieci - Beata Pawlikowska

 

Od dawna wiadomo, że angielski święci swoje tryumfy i wypada go znać. I że Polacy nie gęsi, też angielski znają. A jeśli ktoś się ociąga (wciąż jeszcze) albo lenił się na zajęciach w szkole – może sięgnąć po Elementarz, który powstał z  myślą o osobach chcących się nauczyć i angielskiego i polskiego. Myślę, że to ciekawa propozycja np. dla Polaków mieszkających za granicą, a którzy chcieliby podsunąć jakiś podręcznik (ale nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu) do nauki języka przodków swoim dzieciom. Ach, odbiorców może być znacznie więcej. Zresztą – motywy do nauki i polskiego, i angielskiego są naprawdę różne. Ja jedynie podpowiadam, że cosik takiego fajnego na rynku już jest. Dla nas, Polaków, nie mających na co dzień do czynienia z jakąkolwiek metodyką nauczania naszego języka ojczystego, na pewno ciekawym doświadczeniem jest zapis wymowy polskich słów dla obcokrajowców: dziękuję (jen-koo-yeh) czy dzięki (jen-kee). Oj, nabrałam przekonania, że nasz język do łatwych nie należy i że lepiej „powalczyć” trochę z angielskim zamiast z polskim. Dlatego też skupię się bardziej na angielskim.

Autorka – znana podróżniczka i obieżyświatka, zapisała wymowę tak, jak się mówi. Oryginalna transkrypcja jest trudna do zapamiętania, dlatego Beata Pawlikowska zapisała tak jak słychać wymowę poszczególnych słów.  To na pewno duże ułatwienie. Nie trzeba co rusz sprawdzać jak powinno się wymawiać daną literę lub głoskę. Materiał od podstawowych zwrotów po bardziej wyszukane słownictwo, które pozwoli odnaleźć się w nietypowych, codziennych sytuacjach. Można też poczytać o różnicach w języku angielskim i wersji amerykańskiej. Elementarz będzie na pewno dobrą książka dla początkujących. Dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z angielskim. By się zmotywować do dalszych działań, a może i sięgnięcia po inne książki w celu rozszerzenia umiejętności językowych. Tutaj są podstawy, które po opanowaniu na pewno pomogą w podstawowej komunikacji z tubylcami. Elementarz został podzielony na poszczególne lekcje. Można sobie zaplanować pracę z książką – np. jedna lekcja regularnie na 1-2 dni. Zawsze jest na początku krótkie wprowadzenie teoretyczne – albo po angielsku dla uczących się polskiego, albo po polsku dla adeptów j. angielskiego. Co mnie się podoba w szczególności:

- Elementarz został przygotowany z myślą o dzieciach i dorosłych. Można uczyć się w pojedynkę, można i z pociechą. W grupce zawsze raźniej. A podczas wspólnej nauki można mieć wielką frajdę.

- Podział na lekcje, które można rozpisać sobie w formie osobistego planera do nauki języka obcego. W ramach postanowień – nie-noworocznych powiem sobie: „Ok. Nauczę się angielskiego. Zamierzam pracować CODZIENNIE przez 15-20 minut. Regularnie. Dla siebie. Dla satysfakcji. Z uśmiechem jak banan”. Zresztą książka przez swoje słoneczne barwy oddziałuje tylko optymistycznie.

- Goethe powiedział, że iloma językami mówisz, tyle razy jesteś człowiekiem. Pewnie warto zatem zgłębić obcy język dla swojego rozwoju. Bo ucząc się obcego języka, zauważamy moc rzeczy, na które wcześniej nigdy byśmy nie zwrócili uwagi.

- Akurat przy tej książce można wykorzystać zasadę maleńkich kroczków. Materiału w poszczególnych lekcjach nie ma aż tak wiele, by się/ lub dziecko zniechęcać. To dobra wiadomość dla tych, którzy pracują i nie mają zbyt wiele wolnego czasu dla siebie.

- Prezentacja materiału przejrzysta i zrozumiała.

- Wymowa „od razu”. I taka dla przeciętnego człowieka – bez zbytecznych mądrości i zakrętasów, które podawane w tradycyjnej transkrypcji normalnie, po ludzku zniechęcają „na wejściu”.

- Spora liczba ćwiczeń. Wiele z nich do tłumaczenia. Ja akurat lubię tę formę sprawdzania wiedzy.

- Przejrzysta prezentacja nowego słownictwa na żółtych marginesach – od razu z wymową.

- Ciekawa forma graficzna. Nawiązująca do obcych kątków i zakątków na świecie. Aż chce się uczyć. Dodam tylko - ilustracje Autorki. 

- Na końcu – klucz do ćwiczeń. Można się sprawdzić. A to, co dobrze zrobione, można powtarzać, powtarzać i jeszcze raz powtarzać. A potem już stosować i cieszyć się ze swoich małych kroczków. I wielkich sukcesów. 

Wiek – dla każdego

Wydawnictwo Edipresse

sobota, 06 października 2018
Mała Księga Mądrości Kubusia - wybór Brittany Rubiano/ il. Mike Wall

 

Kubuś Puchatek – książki jak i kreskówki zdobyły sobie rzesze wiernych fanów z różnych powodów, o których teraz nie chciałabym się bliżej rozpisywać. Jednym z nich w moim akurat przypadku są liczne mądrości, których jest całe mnóstwo – do przeanalizowania, refleksji, w  końcu do zastosowania. Mądrości te (mniej lub bardziej mądre, a nawet przemądrzałe) wygłaszane są co rusz przez licznych bohaterów: samego Kubusia, Prosiaczka, Kłapouchego i innych. Sama łapię się na tym, że niektóre tak weszły mi w nawyk stosowania, że traktuję je jak swoje. Inne – po zapoznaniu się z książką – stosowałam, choć nie wiedziałam, że źródło tkwiło właśnie w „Kubusiu Puchatku” lub „Chatce Puchatka”. Moim najulubieńszym od lat jest cytat, którego niestety nie znalazłam w omawianej książce - Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. (używam, gdy długo szukam czegoś/ kogoś bez skutku)

Ale są i inne, które pewnie znacie – a które teraz zebrane w małej poręcznej książce posłużą za źródło inspiracji do używania w dniu codziennym. Kilka przykładów – więcej wraz z ilustracjami bohaterów znajdziecie już w książce, która zmieści się w torebce albo tornistrze.

A więc cytując KLASYKÓW zapamiętajcie, że:

„Jeśli nie ma tego Tutaj, to znaczy, że jest Tam” (Kubuś)

„Czasami najlepiej zrobić Nic. Z takiego Nic może wyniknąć naprawdę Coś” (Kubuś)

Kocham Prosiaczkowe: „Och jej, jak dobrze być w domu”

„Nie da się kichnąć i tego nie zauważyć” (Kubuś)

„Czas coś przekąsić” (Kubuś)

„Czasami odrobina uprzejmości wiele zmienia” (Kłapouchy)

(*Mądrości w tłumaczeniu Eweliny Gładkiej)

Wiek 6+

Wydawnictwo Egmont  

piątek, 05 października 2018
Czytam sobie. O Zofii, co zbierała kolory - Angelika Kuźniak/ il. Maciek Blaźniak

Do Oli przyfrunęła kartka, na której widniała osobliwa para: krakowiak i krakowianka w tradycyjnych strojach. Mało tego, postacie z kartki zaczęły mówić. Za pomocą jakiejś magii Ola nagle przeniosła się do dawnego Krakowa, gdzie spotkała autorkę ilustracji: siedmioletnią Zosię Stryjeńską. Dziewczynka z przeszłości jest akurat z ojcem na rynku w Krakowie. Miasto bure i szare, ale Ola zaczyna patrzeć na całe otoczenie oczami Zosi, która wyraźnie ma artystyczną duszę. Feeria barw: zabawki, owoce i warzywa na straganach, kwiaty, stroje mieszkańców. Można dostać oczopląsów. Nagle Zosia wpada na pomysł, że ona te wszystkie kolory pozbiera.  Ciekawe, jak to zrobi? Dalej Ola widzi Zofię bawiącą się w teatr, marzącą o studiowaniu malarstwa. Emocje budzi jej wyjazd na akademię za granicę i … udawanie chłopaka. Bo studia dla kobiet były wtedy zakazane. Jak wyglądało dalsze życie znanej malarki? Jak skończy się wyprawa Oli do Krakowa? To ciekawy obraz ludzi, dawnej sytuacji społecznej i kulturalnej. Podoba mi się, że bohaterką serii „Czytam sobie” została właśnie Zofia Stryjeńska (1891-1976), znakomita malarka, która walczyła o swoje miejsce na ziemi, pozycję w środowisku artystycznym. Na początku XX wieku nie było to łatwe.

Ta książka to Poziom 2. Zatem jest przeznaczona dla dzieci, które już sobie lepiej radzą z czytaniem. Poziom drugi oznacza bowiem składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania. Na końcu jak zwykle Dyplom sukcesu dla czytelnika i naklejki – tym razem niepodległościowe – w formie kotyliona. I właśnie na ten kotylion chciałabym tu zwrócić uwagę – i jak na nazwę serii „Czytam sobie z kotylionem”. Alfred Znamierowski, autor książki „Orzeł biały. Znak państwa i narodu”, pisze o „kokardach narodowych”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”, a które mylnie nazywane są właśnie „kotylionami”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią tak naprawdę biało – czerwone kokardy. Zatem i tu pewnie powinna się pojawić nazwa „kokarda” – przynajmniej tak twierdzi znawca i autorytet w kwestii heraldyki i weksykologii.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

Mam przyjaciela rolnika - Ralf Butschkow

Maciej jest rolnikiem. Odwiedza go mały chłopiec, który w przyszłości pragnie zostać rolnikiem. Wiadomo – dzień pracy w gospodarstwie rolnym jest ciężki – ale co innego wiedzieć, co innego doświadczyć wszystkiego na własnej skórze. Chłopiec przede wszystkim musi wstać z kurami – czyli baaardzo wcześnie. Obserwuje w oborze dojenie i karmienie zwierząt, dowiaduje się, co dalej dzieje się ze zwierzęcymi odchodami. Ma możliwość poznania ekologicznych rozwiązań – bo z jednej strony odchody wykorzystywane są jako naturalny nawóz, z drugiej zaś – jako biomasa do wytwarzania energii w biogazowni. Dalej chłopiec poznaje smak żniw – koszenie zboża i przerób słomy na bele (u nas nazywane … balotami). Następnie wylewanie gnojówki do gruntu, orkę i pracę siewnika.  Obserwuje też pracę kombajnu ziemniaczanego – czyli jednym słowem jest świadkiem kiedyś bardzo popularnych w szkole (przepadały lekcje) wykopków. Na kolację szczęśliwy Gość Kasi i Macieja zajada ziemniaczki purre i jajko sadzone. Ale to nie wszystko – jest jeszcze wizyta u owiec i kóz, bo przecież bez zwierzaków nie ma prawdziwej wsi. Tak sobie myślę, że strasznie dużo działo się tego jednego dnia – znam trochę wieś i połączenie tych wszystkich robót, elementów żniw i wykopków to nie lada wyzwanie. Autorowi pewnie chodziło o przedstawienie jak najwięcej prac związanych z prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Myślę, że przyszli rolnicy będą ukontentowani. Tym bardziej, że wszystko zostało ładnie i ciekawie pokazane na realistycznych ilustracjach.

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 04 października 2018
Nie bój się i pocałuj mnie - Nastja Holtfreter

 

Jeśli myślicie, że w bajkach już nic więcej Was nie zaskoczy – to się mylicie. Zwłaszcza w kwestii bajkowych pocałunków. A zwłaszcza w kwestii całowania żabek. Bo w klasycznych bajkach żabka zawsze zamienia się w księcia. Tymczasem tutaj…. Nieeee, nie zdradzę. Warto na pewno zapamiętać sobie, że pycha to nic dobrego, i że za bycie pysznym, zadufanym w  sobie – może spotkać kara.  Tak jak to było w przypadku pewnego księcia, który był niezbyt miły dla napotkanej Wiedźmy. Na reakcję czarownicy długo nie trzeba było czekać – raz, dwa, hokus-pokus – książę przemienia się w kumkającą żabkę. I gdy czytelnik w najlepsze oczekuje klasycznego dalszego ciągu, następują niefortunne  zdarzenia, a sam książę pakuje się w ciągle to nowe tarapaty.

Sympatyczna, wierszowana historia z morałem – że trzeba być miłym dla innych. I że czasem coś nie idzie po naszej myśli. A nasze zachowanie może mieć niemiłe konsekwencje. Grube kartki tekturowe – na pewno przetrzymają niejedno spotkanie malucha z książką. Można wertować tam i z powrotem wiele razy.

Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Okropny rysunek - Johanna Thydell/ il. Emma Adbåge

 

Cudna książka, która od razu trafiła do mojego serducha. Dotyczy ona tak wielu aspektów w relacjach między rodzeństwem. Jakich?

Jest tu Starszy Brat, który (ponoć) lepiej i ładniej rysuje. Jest młodsza siostra, Inka, która (ponoć) jeszcze nie ma takiej wprawy w rysowaniu jak jej Brat. Rysunki Inki są (ponoć) gorsze – tak twierdzi Inka.

Jest tu chęć dorównania Starszemu Bratu. Za wszelką cenę.

Jest odgradzanie dwóch światów – własnymi rękami – tu jest moje, a tam jest twoje. A przekroczenie granicy grozi wybuchem konfliktu na skalę międzynarodową.

Jest tajemnica, której nie można zdradzić, bo druga strona zaraz cosik spapuguje.

Jest charakterystycznie zadarty języczek – wystający z dziecięcych usteczek – ukazujący zatracenie się w robocie, pasji. Pokazujący wielkie zaangażowanie małego człowieka w to, co robi.

Są opuszczone rajtuzki – bo kto by tam pamiętał o podciąganiu garderoby, gdy trzeba tworzyć rzeczy wielkie – w postaci dzieła sztuki dorównującemu dziełu Brata.

Jest płacz. Nieee, właściwie ryk przez duże „eR”. Kiedy rysunek nie wychodzi tak dobrze, jak dziecko by sobie życzyło. I ta świadomość: Brat jest jednak lepszy.

Jest złość, którą trudno opanować.

Jest kłótnia ze Starszym Bratem – i wyzywanie od „głupich”.

Jest darcie, cięcie obrazka na kawałki.

Są wypieki. Jest buraczana twarz – czerwień z emocji.

Jest niespodzianka i rozejm – przynajmniej na jakiś czas. Prezent dla młodszej siostry od Starszego Brata. Czyż to nie piękne?

Któż tego nie zna z własnego podwórka? Tylko nie wiedziałam, że to taki wspaniały temat na książkę. To samo życie. Obudziły się wspomnienia. Pięknie zilustrowana – bardzo dziecięco. 

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki