Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 13 grudnia 2018

Marta Kisiel do tej pory kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z literaturą dla dorosłych. Tymczasem niespodzianka – i to jaka. Dawniej Niebożątko, teraz 10-letni Bożek z mamą i wujaszkami Turu i Konradem, mieszka w dziwacznym domu. Bo przecież tyle w tym domku kątków i zakątków gotowych przytulić jakiegoś kogosia.

Nie tak znowu dawno temu, bo zaledwie przed miesiącem lub sześcioma, a może jeszcze kiedy indziej, na skraju pewnego miasta stał dom. Stał tam od wielu lat, lecz mało kto o tym wiedział, a ci, którzy wiedzieli, rzadko o tym pamiętali. Nawet listonosz ciągle o nim zapominał, dlatego co rusz musiał się wracać.

Tak właśnie zaczyna się ta opowieść. Pięknie, prawda? Ale to nie wszyscy domownicy. Są tutaj również potwór, który umościł sobie legowisko pod Bożkowym łóżkiem, jest i anioł stróż, i upiory oraz topielce. I malutkie, pyzate Licho.  Chłopcu w takim towarzystwie żyje się szczęśliwie, niczego mu nie brak. Jednak tak jest do czasu, bowiem nadchodzi TEN moment w życiu, kiedy trzeba odejść spod opiekuńczych skrzydeł. A dokładniej – trzeba iść w świat, do ludzi, do … szkoły. Jednak czy dzieci zaakceptują inność chłopca? Bo Bożek jest inny, a ludzie nie lubią odmienności, inności.  No i jak tu iść do szkoły, skoro instytucja ta ma tyle minusów – tak skrupulatnie wyliczonych przez dorosłych: że lekcje są dość nudne; chyba, że nie są, ale to tylko czasem; trzeba słuchać pani; i siedzieć prosto w ławce …. Oj długo by wyliczać – zainteresowanych odsyłam na strony o nr. 55 i 56.

Książka w znakomity sposób, z wyczuciem i niesłychaną wrażliwością porusza temat szukania swojego miejsca na ziemi, akceptacji u innych i trudów dorastania. Dziecko zawsze czuje duży strach przed tym, co nowe i obce. Książka ma dużo uroku. Marta Kisiel cudnie opowiada swoją historię. Znajdziecie tu specyficzny humor, dużo magii, osobliwe postacie, mądre przesłanie i śliczne ilustracje Pauliny Wyrt.

Wiek 6+

Wydawnictwo Wilga

środa, 12 grudnia 2018

Dzieci chcą poznawać świat poprzez doświadczenia. Chcą zobaczyć, że coś działa i dzieje się naprawdę. Teoria teorią – ale przekonać się na własne oczy, to jest dopiero coś! Dzięki książce Krzysztofa Zięby mogą odkrywać tajemnice świata. Czasami – myślę, że mogę pokusić się o takie stwierdzenie, że na oczach osoby eksperymentującej dzieją się prawdziwe czary. Bo oto biały goździk zamienia się w czerwony, z mleka można zrobić guzik, z pomarańczy – fajerwerki, a z papieru szybę. Jednak po szczegóły tych doświadczeń odsyłam już do lektury. W książce znajdziecie ponad 40 różnych eksperymentów. Każdy z nich to kolejna rozkładówka. W części teoretycznej mamy do czynienia z przedstawieniem danego tematu. Jeśli dotyczy on np. wyhodowania diamentu z węgla (?!) Krzysztof Zięba najpierw przedstawia ciekawostki o samym diamencie – o tym w jakiej postaci występuje w naturze, jak trudno go znaleźć, jak wygląda, jakie ma właściwości, czym się różni  się od węgla, jaką ma wartość. Czy wiecie, że maleńki diamencik wielkości łebka od zapałki wart jest tyle, co samochód (!)? Następna część– empiryczna – dotyczy już konkretnego doświadczenia. W kolejnych punktach – krok po kroku przedstawione jest doświadczenie – co należy robić, żeby przeprowadzić je prawidłowo. Można bazować tylko na książce, bowiem wszystko jest pokazane na rysunkach, opisany i uzasadniony jest też wynik eksperymentu. Jednak czy nie warto pokusić się o zabawę w „domowym laboratorium”? Elementy potrzebne do przeprowadzania eksperymentów są raczej łatwo dostępne: liście czerwonej kapusty, jajko, mleko, ocet, ziemniaki, zapałki, oliwa, mydło, woda, małe fasolki. Dla chcącego nic trudnego. Niekiedy są bardziej wyszukane – jak choćby ałun, który można znaleźć w aptekach. Oprócz zabawy w naukowca, książka proponuje rozwój wiedzy, naukę pojęć, które pojawią się na lekcjach chemii, biologii czy fizyki w starszych klasach: cząsteczki, ciśnienie, temperatura topnienia, korozja, galwanizacja, gęstość, napięcie powierzchniowe, związki metali, przewodnik, izolator i inne.

Napisana zrozumiałym językiem rozbudza ciekawość świata. Do tego fajne ilustracje – szkoda, że tak nie wyglądają podręczniki dla dzieci.

Wiek 6+

Wydawnictwo Multico

wtorek, 11 grudnia 2018

Istne szaleństwo. Co też się dzieje w kwestii „kobiecej” literatury. Ale nie takiej, jaka zwykle kojarzy się z tym określeniem. Bo kobieca literatura to też książki, które podejmują tematykę kobiet – ich życiorysy i zasługi. Pokazują sylwetki słynnych pań. Wcześniej nie było takiego zjawiska – a jeśli już – to na pewno w mniejszym stopniu. Teraz zauważam wysyp takich książek. I pojawiają się wciąż nowe – wyrastają jak grzyby po deszczu.

Tutaj znajdziecie portrety 35 bohaterek z całego świata. A że autorką książki jest Polka, nie zabrakło i nazwisk właśnie z Polski. Mianowicie: można poczytać o Marii Skłodowskiej-Curie, Antoninie Żabińskiej (czytanie książki zbiegło się w moim przypadku z obejrzeniem filmu pt. „Azyl”, który jest wartościowym uzupełnieniem akurat tej biografii) i Wandzie Rutkiewicz. Panie różnej profesji, różnych pasji i zainteresowań. Wśród nich uczone z różnych dziedzin, artystki, sportsmenki, pisarki, działaczki społeczne i polityczne. Nazwiska znane młodszym czytelnikom jak: J.K. Rowling, Carrie Fisher czy Coco Chanel. Jednak myślę, że gros tych postaci raczej jest większości dzieci raczej nieznana. I to jest właśnie plus tej książki  - poznać nowe postacie, dowiedzieć się, jak przebiegało życie pań, na czym polegały ich sukcesy. Ta lektura daje siłę, motywację do działania. Pokazuje, jak kobiety żyjące w różnych czasach – bardziej nam bliskich, czasem jednak bardzo odległych – miały pod górkę. Z uwagi na płeć, pochodzenie miały często trudności ze zdobyciem wykształcenia. I tak każda kobieta przedstawiona jest w różnych kontekstach: społecznym, rodzinnym, zawodowym i politycznym. Ciekawym pomysłem jest nawiązanie do innych kobiet, które zajmowały się podobną dziedziną. W skrócie zostały przedstawione ich sylwetki – jeśli ktoś chce poszukać więcej informacji – myślę, że Internet okaże się w tej kwestii pomocny. Mnóstwo ciekawych historii, imponujące życiorysy – pełne konkretnych informacji, ciekawostek – nie tylko na temat tych bohaterek, ale też o czasach, w których przyszło im żyć. O panujących wówczas stosunkach społecznych, politycznych i historycznych. Książka jest pięknie wydana. Każdy z portretów w formie obrazu i tekstu przygotowany z niezwykłą starannością. Piękne portrety i ilustracje są zasługą Karoliny Matyjaszkowicz. Każdy w klimacie epoki i profesji danej pani – zdobienia i motywy oraz ornamenty. Znajdziemy tu zatem elementy sztuki maoryskiej, egipskiej, afrykańskiej, botanicznej i wielu innych.

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Książka pokazuje dzieciom, jak wygląda wieś. Nie wszystkie dzieci mają możliwość bliskiego kontaktu z wsią – a jest to temat bardzo wdzięczny i często opiewany w książkach dziecięcych. Maluchy „odwiedzają” tutaj typowe dla wsi zabudowania i elementy gospodarstwa: stodołę (w amerykańskim stylu), dom rolnika, silosy, grządki warzywne, pola. Poznają zwierzęta. Tutaj mogą odkrywać poszczególne okienka. Każde  z nich to fragment całości, jakiś mały element: np. ogon, sierść, dziób. Dopiero po otwarciu okienka można się przekonać, do jakiego zwierzaka ów element należy. Dalej są obrazki z maszynami rolniczymi, okienka z domkami zwierząt: stajnią, kurnikiem, budą, chlewem i stawem. Dzieci na fotografiach poznają uprawy z całego świata: obok rodzimych: pszenicy, rzepaku i słonecznika są tu herbata, ryż, bawełna, kakao, trzcina cukrowa. Dalej: zwierzęta z ich dziećmi. Fajnie, że są przykłady mniej znane, jak alpaka, osioł i indyk. Następnie owoce i warzywa, różne odgłosy na wsi – jakie dźwięki wydają krowa, owca, koń, kaczka, świnia, kura. Stodoła i narzędzia: kalosze, nawóz, widły, łopata, wiadro, taczka, grabie. Można odwiedzić i stajnię – zobaczyć jak wygląda podkowa, siodło, uprząż, szczotki czy czapka jeździecka. Dzieci mogą otwierać kolejne okienka. Dzięki nim poznają, skąd się biorą dżemy, jajka, chleb, wełna, mleko, miód, mozzarella i lemoniada. Książka ładnie wydana, obrazki i zdjęcia bardzo wyraźne. Dzieci poszerzają swoje słownictwo i zaspakajają ciekawość świata.

Wiek 0+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 09 grudnia 2018

Współczesna literatura dziecięca daje możliwość wglądu dzieciom w różne kultury. Na półkach księgarskich i bibliotecznych można znaleźć mitologie i mity różnych ludów.

Atlas mitów jest kompendium wiedzy o herosach, bogach i potworach, które pochodzą z najróżniejszych zakątków świata. Niektóre nam bliskie ze względu na lekcje historii (np. bohaterowie greccy) czy kontekst kulturowy. Bo przecież całkiem blisko nam do wierzeń dawnych Słowian. Dzięki temu atlasowi możecie odwiedzić Polinezję, Japonię, Nepal i Indie, świat Indian Ameryki Północnej i Południowej. Są oczywiście i pradawni Słowianie.

Każdy świat mitów jest potraktowany osobno. Każdy rozpoczyna się wstępem – swego rodzaju wprowadzeniem do tematyki. Następnie mapa, na której znajdziecie wybranych przedstawicieli danej mitologii: z krótkim opisem na marginesie. Są i ciekawe opowieści przybliżające nam wybrane postacie. Na końcu zawsze jakieś osobliwe stworzenia i artefakty. Ach, zapomniałabym – wiele imion ma skomplikowaną wymowę. By ją nam ułatwić, zamieszczono też informacje dotyczące wymowy.

Zapraszam w takim razie na przykład do świata Janomamów. Raczej mało znane mity z terenów dżungli amazońskiej na pograniczu Brazylii i Wenezueli. We wstępie czytamy informacje o wierzeniach Janomamów i postrzegania świata, który np. według nich składa się jednocześnie z czterech części w kształcie dysków usytuowanych jeden na drugim. Na mapie owe cztery części dysku i bohaterowie mitów: Księżyc, który ponoć lubi pożerać ludzi. Słońce – odwieczny wróg Księżyca, chroni ludzi. Makoane – twórca nieba, ziemi, Księżyca, Słońca i ludzi. Czerwony Boa – niekiedy przyjmujący postać człowieka. Jeleń – pierwszy szaman, autor rytualnych pieśni. Są też Tapir, Pore, Xapiripe, Peta, Aligator, Ocelot, Jaguar, Sipina i Horonami. Przypatruję się tym nazwom bohaterów. Wszystko akurat dla mnie brzmi egzotycznie. Każdy krótki opis jest ponumerowany, można bez trudu odnaleźć odpowiednik na ilustracji. Następnie poznajemy opowieść z morałem o tragicznym ropuszym śpiewaniu. I historię, skąd zwierzęta wzięły ogień. Ciekawe są stworzenia i artefakty: duchy nocy, wodny potwór i wielka ryba z ludzkimi rękami – aun pana.

Książka daje możliwość poszerzenia wiedzy, poznania obcych kultur. Wiele wątków będzie pewnie nowych – ale za to ciekawych. Teksty nie są za długie, takie w sam raz. Dominują ilustracje. Mnóstwo tu ciekawostek i konkretnych informacji.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Mała świnka Tutu mieszka z mamą w chlewiku. Tutu jest jedyna w swoim gatunku – i to w całej wiosce. Bo żadna ze świnek nie ma tak jak Tutu całego ciałka w kropki. Prawdziwy piegusek z niej. Tutu uwielbia swoją opiekunkę Basię, która odwiedza Tutu każdego dnia. Jednak pewnego razu dziewczynka znika na kilka dni. Okazuje się, że była na kilkudniowej wycieczce. Opowiada Tutu, co zwiedziła, co widziała. I o filmie pt. „Wyspa Świnek”. Tutu nastawia uszu i uruchamia wyobraźnię. Od tego dnia nic nie będzie już takie samo, jakie było przedtem. Tutu chciałaby zamieszkać na takiej wyspie. Jednak nadchodzi dzień, gdy Tutu razem z mamą wywieziona zostaje na targ. Ona zostaje sprzedana do  „Małego Zoo”. Tutaj Tutu poznaje mnóstwo innych zwierząt. Jednak cały czas marzy jej się wyprawa na wspomnianą wyżej wyspę. Na dalekim morzu, bez domów ludzi, gospodarstw, za to ze świnkami w różowe i czarne ciapki – jak Tutu. Czy Tutu uda się zrealizować swoje marzenia?

Ta książka jest właśnie o marzeniach. Że się spełniają – nawet wtedy, gdy wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują na to, że nic z tego nie będzie. I jest jeszcze o przyjaźni. Świnka Tutu na swej drodze spotyka pokrewne dusze, prawdziwych przyjaciół spieszących z pomocą i dobrą radą. „Czas marzenia wprowadzić w czyn!” – warto zapamiętać motto szczura Radka, który odegra dużą rolę  w realizacji marzeń Tutu.

Celowo przytoczyłam dokładniej treść tej opowieści. Pewnie podczas lektury mogą zdarzyć się pytania: dlaczego Tutu została sprzedana, co dalej z jej mamą Tutu? Sama książka kończy się happyenedem – ale pewnie bez wiercenia dziury w brzuchu się nie obędzie. Więc  - decyzja należy do Was.

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

sobota, 08 grudnia 2018

 

Gra sprawdza się na naszym podwórku już od kilku miesięcy. Warunek – trzeba lubić historię, bo wokół niej wszystko się toczy. Jeśli ktoś nie ma odpowiedniej wiedzy – to spokojnie – nie jest to przeszkodą, ponieważ cel tej gry to również przyswojenie pewnych pojęć – i to poprzez zabawę i humor. U nas nie ma problemu – dzieci są fanami serialu Był sobie człowiek, a ta gra jest w jakimś sensie naturalną jego kontynuacją. Zasada jest taka - jak to zwykle w przypadku planszówek bywa: trzeba przejść przez wszystkie epoki od startu do mety, przy okazji nazbierać pieniążków – wygrywa ten, kto ma ich najwięcej. Na początku każdy z graczy otrzymuje pewien finansowy zapas – i w trakcie gry może go albo pomnażać albo zmniejszać. A nie jest łatwo – bowiem po drodze czyhają różne mniej lub bardziej przyjemne niespodzianki , jak : zapłata podatku, pojedynek, podjęcie ryzykownej gry z jakimś wybranym przez siebie przeciwnikiem, skrzynia skarbów, czterolistna koniczynka, a nawet zbój – a to spotkanie, jeśli nie ma się w zanadrzu karty rycerza bądź mistrza, może delikwenta drogo kosztować. Dzieci uczą się też inwestowania pieniędzy – można kupować karty mecenasów i otoczyć opieką jakiś znany i cenny obiekt sztuki. Każdy z uczestników gry wybiera sobie na początku swojego bohatera: żołnierza, damę, artystę, rewolucjonistkę (8 postaci do wyboru – 4 męskie i 4 kobiece). Każda z nich ma jakieś indywidualne cechy charakteru – w zakresie: sprytu, siły, inteligencji i talentu. Jest to ważne, bowiem niektóre z zadań do wykonania są związane właśnie z małymi figurkami znanymi z kreskówki. Co rusz uczestnicy losują karty z pytaniami historycznymi (tekstowe i obrazkowe). Można za nie zdobyć 100 albo 200 dukatów. Do wyboru zawsze trzy odpowiedzi – specjalny detektor pomaga przy trudniejszych zagadnieniach. Pytania – jak zwykle – jedne łatwe inne trudne. Skutek tego jest taki, że dzieci naprawdę szybko uczą się prawidłowych odpowiedzi i w ten sposób poszerzają wiedzę.  Dużo przy tej grze śmiechu, emocji, żalu (nikt nie lubi tracić pieniędzy). Świetny jest pomysł rzutów z dwiema kostkami – szybko przemykamy przez historię ludzkości, a dzieciaki ćwiczą dodawanie. Gra jest bardzo dobrze wykonana. Na planszy znajduje się mnóstwo miniaturowych scen z historii powszechnej – od samego początku przyciągały one oko graczy, rodziły pytania, na które dorośli musieli znaleźć odpowiedź. Nie lubię grać figurkami – w przeciwieństwie do moich dzieci. Figurki wybranych postaci są leciutkie jak piórko i przez to wywrotne. Można je zastąpić pionkami z innej gry – czego moje dzieci akurat nie lubią. Do gry dołączona jest instrukcja – bardzo czytelna, zrozumiała.

Wydawnictwo Hippocampus

Co roku podczas planowania wakacji zastanawiamy się, gdzie zamieszkamy. I cieszymy się, że będzie to jakieś cudne, klimatyczne miejsce – jakiś pensjonat, hotel. Dzieci nie mogą się doczekać. A tymczasem 10-letni bohater tych obydwu książek chciałby z takiego właśnie hotelu … czmychnąć w siną dal. Może na swoje wymarzone wakacje? Bo (biedaczek) Jan-Albert Muszelka jest synem właściciela hotelu. I gdy turyści w najlepsze odpoczywają, zwiedzają, prażą się na słoneczku – on, Jan-Albert, musi dla nich pracować. To nie koniec wakacyjnych niedogodności. Ba, najlepsze pokoje przeznaczone są też dla gości. A sam chłopiec ma swój kąt w zwykłej suterenie, z tyłu domu, bez żadnych pięknych widoków. Chłopak jest zdolnym, inteligentnym uczniem. A jeśli pojawiają się jakieś problemy, to są one związane z lekcją wf-u. No ale cóż, nie można być dobrym we wszystkim. W każdym razie inteligencja i spryt chłopaka bardzo są pomocne w prowadzeniu hotelu, o czym się nie raz przekonacie podczas lektury. Oprócz chłopca na kartach opowieści przewijają się następujące postacie: Rózia, czyli wnuczka hotelowego ogrodnika. Tata, Henryk Muszelka, który lubi usłyszeć, że syn jest do niego bardzo podobny. Pan Józef – ogrodnik, nazywany przez wnuczkę Zefem, Greta – odpowiedzialna za porządek w hotelu, pani Stasia – kucharka i Ludwik Lulu – dwuletni synek Grety. Jest też mnóstwo gości, bez których nie byłoby tych książek. W pierwszym tomie głównie poznajemy domowników hotelu i samo miejsce. To taka codzienność hotelowa. Bo przecież trzeba się zatroszczyć o gości, przynieść świeże pieczywo z piekarni, warzywa z ryneczku. A sprawa się znacznie skomplikuje, gdy pani Stasia będzie musiała udać się do szpitala w celu zrobienia koniecznych badań lekarskich. Nikt przecież nie potrafi tak dobrze gotować. W dodatku w zlewie piętrzy się góra brudnych naczyń. Perypetie mieszkańców hotelu – tych stałych i sezonowych są opowiadane raz z perspektywy Rózi raz Jana-Alberta. Poznacie tajemniczych goście Dzięciołów, którzy tak bardzo wydają się dzieciakom podejrzani, że Rózia i Jan-Albert rozpoczną małe śledztwo. Znajdziecie tu przygody dnia codziennego, drobne kłótnie dzieciaków, gości ze specjalnymi upodobaniami (ach ta słynna skrzypaczka i jej dieta).


W tomie drugim pojawiają się nowi goście. Rózia starym zwyczajem drze koty z Janem-Albertem. Choć wiadomo: kto się lubi, ten się czubi. Po wymianie zdań tych dwoje zawsze znajduje wspólny język. Pani Stasia opowiada gościom tak straszne historie, że niektórzy nawet opuszczają przybytek. Dzieciaki próbują rozwikłać tajemnicę Tutwela, który ponoć jest mordercą, dusicielem, wyrywaczem paznokci i wyłupywaczem oczu. Jeden z gości po nocy ćwiczy ostro do zbliżającego się halloween, hotel odwiedza znana i lubiana z telewizji Sandra Puls, która jak się później okaże, do zbyt wychowanych osób nie należy. Zajrzycie z bohaterami jeszcze do tajemniczych podziemi i przeżyjecie niezapomniane Boże Narodzenie. Jednym słowem – w hotelu Muszelka ciągle coś się dzieje i nie ma czasu na nudę.

W obydwu tomach jest mnóstwo zabawnych, czarno-białych ilustracji. 

Wiek 8+

Wydawnictwo Znak

piątek, 07 grudnia 2018

Książka dla tych, którzy lubią zwierzęta i opowieści o nich. Mała pustułka jest przekonana, że potrafi już dobrze latać i dlatego opuszcza bezpieczne miejsce. Na szczęście są ludzie, którym zależy na tym, by małemu sokołowi nic się nie stało. Kotka Jodie wypadła z balkonu i złamała sobie łapkę. Potrzebna pomoc – natychmiast. Słoniowi Kacprowi z cyrku łzawi jedno oko. Coś mu tam wpadło i strasznie przeszkadza. Jak człowiekowi. Z tą tylko różnicą, że człowiek może się pozbyć paprocha. Dla słonia to ogromny problem. Kacper podczas wynoszenia śmieci i wyprowadzania psa na spacer znajduje w śmietniku karton z trójkolorową świnką morską. Papuga Pola … chyba oszalała. Zdenerwowana wrzeszczy i nie chce wejść do swojej klatki. Pani Ula znajduje pudełko z trzema kotkami. I co z nimi teraz będzie? Powiem krótko: na wszelkie kłopoty … redaktor Grzegorz i doktor Wojtek. Ten pierwszy prowadzi audycję w radiu „Klinika zdrowego chomika”. Ten drugi leczy zwierzęta, doradza, pomaga. Obaj panowie współpracują ze sobą, dają z siebie wszystko, by nikogo nie zostawić bez pomocy. A przecież niektóre przypadki są skomplikowane. Podpowiadają ludziom, jak dbać o zwierzęta, jak je pielęgnować. Oprócz głównych bohaterów,  w tle pojawia się plejada innych dwu- i czteronożnych zwierzaków. Na ich przykładzie dzieci poznają losy zwierząt, przygody, a także pomysły na rozwiązanie problemów. Książka uwrażliwia na losy zwierząt. Pokazuje zaangażowanie ludzi w ratowanie ich i otaczanie opieką. To naprawdę piękne przykłady zachowań, które warto pokazywać i o nich mówić. Reporter Radia Kraków, pan Karol, pomaga w drodze do pracy pustułce. Mama Karola godzi się, by bezdomna świnka znalazła dom właśnie u nich w mieszkaniu. Pani Ula angażuje się w poszukiwanie domu dla 3 małych kotków z kartonu.

Książka porusza oprócz przypadków złamań, chorób również inne ważne problemy. Gdzieś w tle pojawia się cyrk i protestujący ludzi. Dalej: pozostawianie zwierząt w kartonach w jakichś ustronnych miejscach, podrzucanie ich. O tym wszystkim można porozmawiać z dzieckiem podczas lektury.

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

Pojawienie się tej książki było właściwie kwestią czasu. Można by nawet pokusić się o pytanie: dlaczego dopiero teraz?  Od wielu lat w sezonie zimowym trwa u nas skoczkowe szaleństwo. Małyszomania, Stochomania – ciekawe co jeszcze przed nami. Nasi mistrzowie tak nas przyzwyczaili do sukcesów, że skoki bez medali chyba by nas zaskoczyły. Warto więc poznać tajemnice skoków i skoczków (choć pewnie każdy Polak w teorii jest świetny). Tymczasem książka Jarosława Kaczmarka w przystępny sposób opowiada o tej dyscyplinie sportowej, która przed Adamem Małyszem była raczej może nie „wyspą nieznaną”, ale dla przeciętnego rodaka znad Wisły na pewno mało znaną. Autor jest nie tylko miłośnikiem, obserwatorem z boku. Stara się być jak najbliżej skoczków, penetruje skocznie, stara się wczuć w rolę skoczka, który mknie w powietrzu z prędkością przekraczającą 100 km na godzinę, „wchodzi” między kibiców, by podsłuchać nastroje. Odkrywa tajemnice mocy skoczków, którzy po zdjęciu kombinezonów są niesamowicie szczupli, mają drobną budowę ciała. Przybliża sylwetki naszych skoczków: Kamila Stocha z Zębu, który w wieku 3 lat nie chciał oddać nart swojej siostrze Ani. I dobrze się stało mimo kłótni. Wojciecha Fortuny – trzeba przyznać, że z takim nazwiskiem był skazany na sukces. Urodzony skoczek pokazał swoją klasę  w 1972 roku. Autor wzruszająco przedstawia ikonę polskiego narciarstwa Stanisława Marusarza. Bycie narciarzem pomogło mu w ucieczce z więzienia. Został skazany przez gestapo na śmierć. Podczas ucieczki skakał, biegł slalomem, musiał wykazać się niesamowitą sprawnością fizyczną. Przeżył ucieczkę. Dalej - Adam Małysz – Orzeł z Wisły, który w 2001 roku zmienił polskie narciarstwo na zawsze. Odnosił niesamowite sukcesy. I pomyśleć, że miał zostać dekarzem. Nieśmiertelny Noriaki Kasai (rocznik 1972!) – skoczek … od zawsze. Planuje wystartować na olimpiadzie w Sapporo w 2026 roku. Będzie miał wtedy 54 lata. Twierdzi, że wtedy zdobędzie złoty medal. Simon Ammamn, Gregor Schlierenzauer, Peter Prevc, Robert Johansson (ach ten wąsik!!!). Wiele ciekawostek i ploteczek dowiecie się na ich temat.

W przeciągu lat zmieniał się styl skoków narciarskich. Zmieniało się ubranie. Dawniej skoczkowie skakali tylko w wełnianych czapkach. Dopiero od 1976 r. w kaskach ochronnych. Dieta również ma ogromne znaczenie. Kiedy Adam Małysz zaczął odnosić wielkie sukcesy, wszyscy zaczęli go obserwować. Ktoś podpatrzył naszego mistrza, jak wcina bułkę z bananem. Banan od razu został „rozebrany” na czynniki pierwsze i stwierdzono, że faktycznie owoc ów może przyczyniać się powiększania zestawu medali, bowiem zawiera wiele składników odżywczych, mało tego – również serotoninę i norepinefrynę. Dalej: etapy skoków, sprzęt skoczków, słynne skocznie na całym świecie, strach, liczenie punktów, kalendarium imprez, upadki, kontuzje, tajemnice „mamutów”. Każdy chce być „naj”. Skoczkowie co rusz przekraczają granicę niemożliwego. Austriak Josef Bradl skoczył 100 metrów w 1936 roku. Fin Matti Hautamäki w 2003 roku odleciał na … 230 metrów.

Ciekawy jest rozdział o tym, jak  skoki mogą wyglądać za 100 lat. Fantastyczne dywagacje, co będzie – może. Ale tego już nie zdradzam. Można pokusić się o stwierdzenie, że i sam Lem by tego nie wymyślił.

Wiek 8+

Wydawnictwo Egmont

czwartek, 06 grudnia 2018

Wiedzieliście, że Kropka – taka zwykła i niezwykła zarazem, ze szkolonego zeszytu, ma rodzinę? Tak, waśnie tak – tatę i mamę. I cała trójka ma marzenia. Ot choćby takie jak to: żeby przenieść się do zeszytu w jedną linię albo w kratkę. Albo i do gładkiego. Na razie wszyscy mieszkają w zeszycie dla małych dzieci: mianowicie w zeszycie w trzy linie. Kropka ma też siostrę – Kreskę. I po wakacjach wybiera się do szkoły. Dziadek przepowiada, że „teraz dopiero się zacznie, koniec z nicnierobieniem, przyjdą obowiązki”. W tej opowieści jest przecież jeszcze Błąd. Przyplątał się kiedyś na stronę rodziny Kropki i mamie (jak to mamie) zrobiło się go żal, więc został. Choć nie powiem – bardzo odmienił życie całej rodziny, dał się nieźle też we znaki sąsiadom. Wszyscy, którzy dużo piszą (a są i tacy, dla których pisanie jest czynnością taką „od czasu do czasu”). Wiedzą, że taka Kropka czy Kreska, nie mówiąc już o Błądzie (Błędzie?), mogą nieźle w tekście narozrabiać. Zwłaszcza jeśli ktoś pisze odręcznie, ołówkiem lub długopisem. Pisząc na komputerze system nam podpowiada, co należy zrobić, żeby było dobrze, co i jak poprawić. Ta książka to niecodzienne przygody Kropki i Błąda. Pewnego dnia Kropka wszczyna poszukiwania. Błąd znikł. W tym celu wyskakuje z niebieskiego zeszytu i odwiedza m.in. szary zeszyt Pawła. Przy okazji tej wyprawy poznaje inne znaki interpunkcyjne, matematyczne, muzyczne. Pojawiają się w tej opowieści Cudzysłów, Iksy i Igreki, Klucz. Kropka sprawdza leżące w jej okolicy zeszyty, książki, notesy, kalendarz. Miłe to, bo raczej nikt w swoich pracach błędów (Błądów) nie lubi. A tu takie przywiązanie do Błąda. Czy Kropka odnajdzie swojego nowego przyjaciela? Kogo jeszcze spotka?

Nietuzinkowa, oryginalna książka dla dzieci poruszająca dziecięcą wyobraźnię. Spójrzcie sami – zwykła kropeczka w zeszycie i błąd stały się inspiracją do takiej opowieści. Książka ładnie wydana na grubych szorstkich kartkach z oryginalnymi ilustracjami, na których Kropka wygląda jak mała dziewczynka z warkoczykami, a Błąd jak piesek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 05 grudnia 2018

Cztery małe wilczki pod nieobecność matki opuszczają bezpieczną kryjówkę. Nęci je las: zapachem, dostojeństwem swoich drzew, nieznanymi i tajemniczymi miejscami. Zwierzęta poznają smak przygody, po raz pierwszy widzą swe odbicie w tafli niewielkiego jeziora, zażywają kąpieli, spotykają innych mieszkańców leśnych: sarnę i sowę, a nawet myśliwego. Wilczki chłoną zapachy, dźwięki i obrazy wszystkimi zmysłami. Poznają świat, który jest ich domem. Na razie to wszystko jest nowe, ale z każdym dniem będzie bardziej znane , spowszednieje. W chwili obecnej wyczuwa się euforię wilczków i radość z nowych doznań.

Kilka lat temu, kiedy poznawałam dopiero wraz z moimi małymi dziećmi literaturę dziecięcą, z zazdrością śledziłam zagraniczne wydawnictwa Józefa Wilkonia. Pamiętam wyjazd do Warszawy i upolowanie „Wilczka” Gerdy Wagener. Na „Kleine Wölfe – dunkle Nacht” musiałam długo czekać. Ale w końcu są. Przepiękne ilustracje (a swoją drogą, czy tylko mi się zdaje, że Wilkoń lubi ilustrować wilki?), jakby przypadkowe plamy, wzięte w ryzy przez mistrza ilustracji, zabawa tuszem ze świetnym  efektem końcowym. Wydawać by się mogło, że trudno namalować noc w lesie. Ściana ciemnych drzew, czasem widoczny zaledwie zarys konturu, wierzchołki drzew na tle jaśniejszego nieba. Wilkoniowi udało się stworzyć niesamowity klimat. Połączenie naturalnego  z baśniowością. Bo w tekście nie ma baśniowego klimatu. Nawet przeszło mi przez myśl, że tekst czytany na głos świetnie wypadłby w interpretacji Krystyny Czubówny, która świetnie czyta filmy przyrodnicze. Autorka trzymała się realnego świata. Starała się pokazać prawdziwa naturę małych wilków. To ilustracje wnoszą do tej wilczej opowieści swego rodzaju tajemniczość. Słychać trzask łamanej gałązki, pohukiwania sowy, skowyt wilka. Troszkę czarnej grozy, rozświetlonej białymi pniami drzew. Efekt robi wrażenie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 04 grudnia 2018

 

Osoby, które były świadkami stanu wojennego w Polsce, mają pewnie swoje osobiste wspomnienia związane z tym smutnym wydarzeniem. Ja pamiętam poranek zimowy 13 grudnia – strasznie śnieżny i mroźny. Moja mama zdenerwowana słuchała obrad sejmu w radiu. Potem zapłakana powiedziała, że wprowadzono stan wojenny i w jakiś dziecięcy sposób próbowała wyjaśnić, co to znaczy. Przypomniałam sobie ten obrazek sprzed lat właśnie przez „Wilczka”. Gdy przeczytałam o rozbitym kubku kakao pod nogami zapłakanej mamy Wiktora (zwanego Wilczkiem).  To chłopiec, który żyje w rodzinie zaangażowanej. Zarówno mama jak i tata są działaczami opozycyjnymi. Często dokądś idą, wtedy Wilczek zostaje pod opieką niezliczonej liczby różnych cioć i wujków. Zresztą jedna z tych cioć nadała chłopcu właśnie ten tytułowy przydomek „Wilczek”. Wilczek mieszka z nimi w akademiku. Przysłuchuje się przemówieniu „pana w okularach”. To określenie znało wtedy tyle dzieci. Organizowane są strajki, obowiązuje godzina milicyjna. W drodze do babci Wilczek jest świadkiem rewizji maminej walizki. Jest to smutne przeżycie i przygnębiający widok. Wyłączone telefony, brak kontaktów, przyczajony wron w kącie, nerwowe czekanie na powrót taty, wyłączenie ogrzewania w akademiku. I gdzieś pomiędzy tym małe dziecko. Dziecko, któremu zimno, ciągnięte ze spotkania na spotkanie, rozumiejące świat po swojemu, tęskniące za wciąż nieobecnymi, zaangażowanym ojcem. Jest to wzruszająca opowieść o grudniowych wydarzeniach z perspektywy przedszkolaka. Trudne decyzje, trudne wybory rodziców, rozstania. I to smutne mądre stwierdzenie: „Wszystkie wojny wyglądają tak samo”. Dzieci czasem mają swoje wyobrażenie na temat wojny. Chcą traktować ją jako przygodę. A tak nie jest – i doświadczenia Wilczka ze stanu wojennego to pokazują. Historia ta wydarzyła się naprawdę. Katarzyna Ryrych wspomina tu siebie – jako "gitarową ciocię", która zaprzyjaźniła się z mamą Wilczka.

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura

 

poniedziałek, 03 grudnia 2018

Prywatnie cieszę się z takich lektur, które pokazują, ile dokonały kobiety. Jak się okazuje – w dziedzinie nauki: wiele, bardzo wiele. Temat i tak wybiórczo potraktowany, bo przecież nikt nie jest w stanie opisać wszystkich zasłużonych pań. Myślę, że takie książki dają siłę i motywację do działania.

Razem 50 kobiet – uczonych, badaczek, wykładowczyń, laureatek prestiżowych nagród. Z całego świata, z różnych epok i krajów. Choć patrząc na spis treści, który zawiera nazwiska i daty narodzin oraz śmierci, jakiś ruch w tej dziedzinie rozpoczął się dopiero w XIX wieku. Wcześniej za wyjątkiem paru nazwisk, które policzyć można na palcach jednej ręki – totalna posucha. Jakby kobiety w wiekach wcześniejszych w ogóle nie istniały. Wiele z tych nazwisk było mi wcześniej nieznanych. Z polskich kobiet jest tylko Maria Skłodowska-Curie. Ale to raczej zrozumiałe, skoro autorka jest z zagranicy i musiała „ogarnąć” cały świat. Ja mam taką cichą nadzieję, że publikacja o podobnym charakterze obejmie kiedyś nasze rodzime podwórko – bo mamy wspaniałe panie, które warto poznać. Rachel Ignotofsky zaczyna od Hypatii, która żyła w czasach starożytnych i była astronomką, matematyczką oraz filozofką. Życiorysy wielu tych postaci fascynują. Gros z nich miało pod górkę, działało wbrew przyjętym porządkom i konwenansom. Wiele z notek biograficznych naprawdę czyta się z ciekawością. Jak choćby o Marii Sibylli Merian, która połączyła naukę ze sztuką i została autorką ilustracji naukowych. Są wśród pań poetki, astronomki, matematyczki w jednym. Często łączą kilka pasji i we wszystkich są dobre i odnoszą sukcesy. Kolekcjonerka skamielin i paleontolożka Mary Anning, matematyczka i pisarka Ada Lovelace. Lekarka, inżynierka, wynalazczyni, psychoanalityczka, genetyczka, edukatorka, fizyczka, chemiczka, botaniczka, wulkanolożka, geolożka, neurolożka, sufrażystka, działaczka. Piszę i piszę, a system podkreśla mi niektóre formy jako błędne. Jeszcze do niedawna nie było w ogóle w naszym języku żeńskich form. Na tym gruncie jest jeszcze sporo do zrobienia. Wiele z opisywanych kobiet było pionierkami w swojej dziedzinie i przetarły szlak innym kobietom chcących wykonywać poważne i męskie profesje. Jak pomyślę, że w wiekach wcześniejszych nawet czytanie było uznawane za niebezpieczne dla kobiet – to aż mnie niemiły dreszcz po plecach przechodzi. Ciekawym elementem książki jest oś czasu obrazująca ważne momenty w dziejach kobiet. Dalej narzędzia laboratoryjne, które przez tak długie lata były niedostępne dla pań – teraz to może być krótka ściąga dla dziewczynek, które marzą o karierze naukowej w przyszłości. Są i (niestety) niechlubne statystki – ale myślę, że to może być akurat element mobilizujący do działania. Na końcu słowniczek trudniejszych pojęć – też dla przyszłych naukowczyń. Ta książka może świata nie zmieni (choć kto to wie?), ale świetnie pokazuje, w jaki sposób kobiety zmieniały i nadal zmieniają świat.

Wiek 9+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 02 grudnia 2018

Bajka o Aurelce, która pewnego dnia otrzymała swoje Maleńkie Królestwo. Dziwnie to brzmi, prawda? Ale wyobraźcie sobie coś takiego: Wasze Królestwo przychodzi zupełnie nieoczekiwanie pocztą. Niby się wydaje takie malutkie. Tymczasem za sprawą czarodziejskiego psikacza, można stać się tak małym, że hop i można wejść do swojego Królestwa.

Samo Królestwo jest czymś zupełnie nowym dla Aurelki. Dziewczynka do tej pory znała życie królewien i księżniczek wyłącznie z bajek. „Aurelka Pierwsza, królewna Maleńkiego Królestwa”, musi sobie szybciutko przypomnieć, co robiły te wszystkie królewny w bajkach. I kiedy jej rozkazy wydają się jej samej troszkę nierozsądne (np. „Zawieście tron na drzewie! Chcę się na nim pobujać!”) Aurelka asekuracyjnie myśli: „Jutro powiem coś mądrzejszego”. Troszkę przypomina mi tym stwierdzeniem Scarlett z „Przeminęło z wiatrem”, która lubiła znajdować wyjście z trudnych sytuacji dzięki stwierdzeniu: „Pomyślę o tym jutro”. Tymczasem Aurelka doświadcza tego, że Królestwo to wielka odpowiedzialność, a prawdziwe życie królewny mało przypomina bajkowe życie z książek. Bo przecież jakieś nieprzemyślane zarządzenie może spowodować chaos. Jak choćby takie, że wszystko wolno. A skoro wolno, to Wielki Ochmistrz nie pojawia się i nie woła na kolację. Dama dworu zamiast kłaniać się w pas, skacze na skakance. A kucharka nie podaje posiłków, tylko (o zgrozzzzzzzo) obojętnie wzrusza ramionami.

Mądra, nie pozbawiona humoru opowieść o tym, że życie królewny ma swoje jasne i ciemne strony. I wcale nie jest takie słodkie, jak się powszechnie wydaje. Aurelka czasami ma serdecznie dość, bo musi podejmować decyzje wagi państwowej, odpowiadać na trudne i męczące pytania, nie ma czasu na zabawę. A przecież tak bardzo chciałaby być normalną, zwykłą dziewczynką. Tyci-tyci Królestwo też może sprawiać kłopoty, o których, jak i o licznych przygodach, przeczytacie w tej pięknie wydanej i zilustrowanej książce. Została doceniona przez czytelników. To zwyciężczyni pierwszej edycji konkursu Empiku: „Przecinek i Kropka”. Znajduje się też na Złotej Liście Fundacji ABCXXI – „Cała Polska czyta dzieciom”.

Wiek 5+

Wydawnictwo Bajka

sobota, 01 grudnia 2018

Trzy siostry tracą swoich rodziców i zostają wbrew swojej woli przeniesione do Krainy Elfów. Półelfka Vivi i dwie bliźniaczki – śmiertelniczki: Taryn i Jude. Są wychowywane przez Madoka, zaufanego króla, pierwszego męża matki, człowieka okrutnego i gotowego zabić, żeby tylko osiągnąć swój cel. Kraina Elfów w tej książce to nie słodka kraina, jaką być może znamy z bajek dla dzieci. Dziewczyny nie zostały ciepło przywitane w  elfiej krainie. Tak jak i inni śmiertelnicy, są obywatelami drugiej kategorii – są poniżane i wyśmiewane. Zresztą nie posiadają jedynych w swoim rodzaju elfich umiejętności. Za to muszą bardzo uważać, by nie paść ofiarami magii i czarów. Najstarsza Vivi unika kontaktu ze światem. Porwana jak dziewięciolatka dużo pamięta. Tęskni za dawnym życiem, dżinsami, centrami handlowymi, lodami. Znalazła sposób, by od czasu do czasu wrócić do równoległego świata śmiertelników. Dzięki czarom i łodyżce krwawnika udaje jej się zabrać swoje siostry do krainy zwykłych ludzi. Właśnie, a co z siostrami? Porwane jako małe dzieci w ogóle nie pamiętają dawnych czasów. Znają tylko życie w Krainie Elfów i cały czas mimo licznych trudności próbują się jakoś dostosować, znaleźć tutaj właśnie swoje miejsce w Elysium. To nie podoba się oczywiście najstarszej siostrze. Jednak zarówno Jude jak i Taryn mimo swoich starań, zawsze są wyszydzane, zwłaszcza przez najmłodszego z synów króla – księcia Cardana i jego przyjaciół. Dzięki koralom z jarzębiny ukrytym pod strojem udaje im się unikać klątw, zaklęć, które elfy chętnie rzucają w ich stronę. Zwłaszcza wtedy, gdy dziewczynom coś się udaje, gdy są lepsze od kogoś z nich, np. podczas zajęć w elfiej szkole. Nadchodzi jednak czas, kiedy Jude zaczyna się buntować. Widzi wielką niesprawiedliwość w ich traktowaniu i nie godzi się z tym. Coś w niej pęka, rodzi się wola walki o swoją godność i honor. Odważnie podnosi czoło do walki, patrzy prosto w oczy Cardanowi. Czuje się silna, bo świetnie radzi sobie z mieczem. Marzy o tym, by zostać w przyszłości rycerzem. Czy jej marzenia się spełnią?

Udana powieść fantasy dla młodzieży autorki kultowej serii „Kroniki Spiderwick”. Stworzyła świat, w którym panują określone zasady, z charakterystycznym nazewnictwem (tłumacz musiał się nieźle natrudzić, by sprostać i nazewnictwu i neologizmom). Mnie podobało się pokazanie całej machiny władzy. Dwór z konwenansami i ustalonym porządkiem. Te wszystkie intrygi, knowania, układy – życie na dworze naprawdę nie ma nic wspólnego z tym znanym z bajek dla dzieci. Jude rzuca wyzwanie i ponosi tego konsekwencje, już taką ma naturę, że wybiera sobie drogę pod górkę. Żadne skróty w ogóle nie wchodzą w grę. Ciekawe, jak potoczą się jej dalsze losy, bowiem „Okrutny książę” to pierwsza część trylogii.

Wiek 15+

Wydawnictwo Jaguar

Pewnie, że czekamy na wiosnę. Wszyscy – bez wyjątku. Zima swe uroki ma, ale …. W Dolinie Muminków małe stworzenia powoli budzą się ze snu zimowego. Nie wiem, czy wiecie, ale Muminki oraz ich przyjaciele – zapadają w zimowy sen. Najpierw jedzą na kolację trochę igliwia świerkowego, a potem z napełnionymi żołądkami dobrze śpią w swoich łóżkach przez trzy długie miesiące.

W pewien wiosenny poranek o godzinie czwartej do Doliny Muminków przyleciała pierwsza kukułka. Usiadła na dachu niebieskiego domu Muminków i zakukała osiem razy, co prawda trochę ochryple, gdyż była to jeszcze bardzo wczesna wiosna.

Wiosna! Nareszcie! A ta przynosi z sobą wiele niespodzianek. Muminek, Włóczykij i Ryjek znajdują na szczycie góry Czarodziejski Kapelusz. Kiedy okazuje się, że nie pasuje na głowy domowników (za duży) Tatuś Muminka radzi, by przeznaczyć go na kosz do papierów. Nie muszę dodawać, że skoro kapelusz jest czarodziejski, zaczynają dziać się dziwne rzeczy: skorupki jajek przemieniają się w obłoczki, Muminek – w potwora, a woda w rzece – w sok. Historia bardzo wciąga, bo przygoda goni przygodę – czasem jest śmiesznie, czasem tajemniczo, a czasem strach zagląda w oczy. Paszczak zmienia swoje hobby, wszyscy wyprawiają się łódką na Samotną Wyspę Hatifnatów, w Dolinie pojawiają się Topik i Topcia, czarodziej oraz potworna Buka. Ta część bardzo podobała się moim dzieciom. A z jakim zainteresowaniem słuchał jej mój trzylatek:))) Polecam tym, którzy nie sięgnęli do tej pory po książki Tove Jansson – klasyka przez duże „ka”, nieśmiertelne, piękne teksty, gdzie z rozmów małych bohaterów, albo między słowami, można wyczytać tyle filozoficznych prawd. I ilustracje – wyśmienite.

I najpiękniejsza scena w całej książce: kiedy Muminek podczas zabawy chowa się pod Czarodziejskim Kapeluszem i przemienia w potwora, kiedy wszyscy jego przyjaciele nazywają go oszustem i chcą wypędzić z Doliny, pojawia się Mamusia Muminka. Wystarcza jedno spojrzenie:

-Tak, ty jesteś Muminek.

Każda mama rozpozna swoje dziecko, a Mamusia Muminka poznała swego synka po strachu w wielkich oczach.

P.S. Wciąga – wciąga – dorosłych też;) I tylko szkoda, że znów zbliża się jesień. W Dolinie Muminków oczywiście. Bo nasza wiosna ciągle przed nami.

Serię o Muminkach czyta wyśmienicie mistrz słowa Krzysztof Kowalewski. Prawie 4 godziny cudnej lektury (bez czterech minut). 

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Ostatnio przeczytałam, że drastycznie spada liczba motyli. Mój ogród latem jest tego zaprzeczeniem, ale ja mam mnóstwo lawendy, ziół, róż – nic dziwnego, że jest ich pełno. Ach, zapomniałabym – jest też budleja, za którą motyle wprost przepadają. Ale może coś jest w tym smutnym stwierdzeniu? Jako dziecko pamiętam, że co rusz gdzieś napotykaliśmy na gąsienice, kokony – teraz już nie. Choć jakoś nie umiem sobie wyobrazić świata bez motyli. O nieeee….

O motylach napisano już tak wiele. Ale nigdy dla dzieci nie było chyba takiej książki. Mnóstwo informacji, ciekawostek podanych w tak atrakcyjny sposób. I to nie tylko oczywiste oczywistości, które wielu z nas pamięta ze szkoły – np. o cyklu rozwojowym motyli. W 45 rozdziałach Krzysztof Pabis – na co dzień związany z Katedrą Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego, z prawdziwą pasją znawcy tematu i miłośnika, dzieli się wiedzą o łuskoskrzydłych. Dlaczego użyłam takiego określenia? Odpowiedź oczywiście znajdziecie w książce, ale założę się, że tak jak i ja nie wiedzieliście, że w ten sposób można określić motyle. A czy wiecie może, że ćmy to również motyle? Znam ludzi, którzy twierdzą, że ćma to … ćma, a nie motyl. I że przepiękny pawik składa jajka na pokrzywie – aż dziw, że go nie parzy, prawda? Że jeśli znajdziecie kokon po motylu i zajrzycie do środka, zobaczycie w nim skórkę gąsienicy. I że serce motyla przypomina rurkę z otworami, i że motyle potrafią zachowywać się jak ludzie. Potrafią też udawać liść lub gałązkę. Motyle można znaleźć dosłownie wszędzie. W cieplejsze dni zimowe ponoć obserwator – uparciuch zaobserwuje gąsienice barczatki napójki.  Motyl kaktusowy pomaga w dalekiej Australii walczyć z kaktusem opuncją, którą nieopatrznie sprowadził na ten kontynent brytyjski kapitan statku. I faktycznie – prawdą jest, że gąsienice motyli mogą spałaszować naszą ulubioną czekoladę. Mowa tu o białych gąsieniczkach omacnicy spichrzanki. Wybrałam zaledwie kilka ciekawostek. A jest ich tu całe mnóstwo. Autor przekornie nadaje podchwytliwy tytuł kolejnego rozdziału – w formie pytania. Następnie stara się albo obalić tezę, albo ją potwierdzić. Autor pyta np.: Po co motylowi skrzydła? Co się dzieje, gdy gąsienice hałasują przy stole? W jaki sposób motyl udoskonali swój smartfon? Prawda, że same pytania są już zaskakujące? Atrakcją są wyśmienite ilustracje Marty tęczy. To połączenie tekstu z obrazem, przekorne swego rodzaju „zaczepianie” nas, czytelników, jakimś pytaniem, powoduje, że tę książkę chce się wertować, czytać.  I co najważniejsze – chce się obserwować przyrodę wokół nas.

Wiek 8+

Wydawnictwo Multico

piątek, 30 listopada 2018

Po przeczytaniu tej historii, inaczej spojrzycie na każde drzewo. Bo jak się okazuje drzewo to nie tylko zwykłe drzewo. To świadek tego, co się dzieje wokół niego. A każde drzewo może nosić w sobie jakąś tajemnicę podobnie jak …. Drzewo życzeń to pewien Dąb – duży, dość stary (liczy sobie 200 lat), rośnie koło szkoły. Quercus rubra – dąb czerwony – gatunek często spotykany w Ameryce Północnej. Co roku staje się drzewem życzeń. Ludzie z miasteczka zdradzają mu swoje marzenia – wieszają skrawki papieru, na których spisują marzenia i pragnienia. Akurat ten Dąb wiele już w życiu się nasłuchał, wielu rzeczy był świadkiem. Pewnego dnia do miasteczka przybywa 10-letnia Samar. Dziewczynka swoje przeżyła, nadszedł czas na wyciszenie i zapomnienie tego, co było w jej życiu niedobre. Nieśmiałe dziecko o wieczornej porze wymyka się do ogrodu, siada pod drzewem i zaprzyjaźnia się z najbliższym otoczeniem. I ona ma jedno ważne życzenie: Samar chciałaby znaleźć prawdziwego przyjaciela. Jednak nowi mieszkańcy nie zostali przez wszystkich przyjęci ciepło i w przyjazny sposób. Ktoś obrzucił domek przybyszów jajkami. Ktoś inny wrzeszczał w ich kierunku: „Muzułmanie do domu!”. Pewnego dnia ktoś wyciął strasznie ohydny napis na korze drzewa.

Piękna i mądra książka o nietolerancji i braku akceptacji. O szukaniu swojego miejsca na Ziemi. O złości, strachu, radości i przyjaźni. Wszystkie możliwe emocje – bo taka sytuacja może rodzić różne stany uczuć. Do czytania przez dzieci, młodzież i dorosłych, bo wszyscy potrzebujemy tej książki. Choć zachodzę w głowę, czy będzie miała okazję trafić właśnie do rąk tych, do których trafić powinna? Jest w tej książce swego rodzaju dostojność – może wynika to z racji wieku Dębu? Jest mądrość, którą niesie ta historia, i do której musi odnieść się czytelnik. Bo nie wierzę, by opowieść o Samar nie wzruszyła, pozostawiła bez refleksji. Jeśli szukacie mądrych książek pod choinkę, to jest to jak najbardziej trafny wybór. I na dodatek ta okładka! Śliczna.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

czwartek, 29 listopada 2018

Tę książkę mogłabym czytać i czytać. Po pierwsze - swego czasu też lubiłam zagłębiać się w „Ballady i romanse”. I drugi powód: dzięki objaśnieniom Emilii Kiereś, jej interpretacjom, można czytać romantyczne utwory z większym zrozumieniem. Powiem nawet: to, co wydawało się trudne, teraz jest łatwe. Mało tego, wartość dodana tej książki jest taka, że ona właśnie uczy czytać dawną literaturę – nie tylko romantyczną, ale również z innych epok. Odkrywanie poszczególnych wersów krok po kroku, jak obieranie cebuli – pod niby suchą łuską, kryje się soczysty środek. Emilia Kiereś przyznaje się do wielkiej pasji, zamiłowania do tych utworów – i to wszystko tutaj wyraźnie widać. Podoba mi się, w jaki sposób autorka buduje relacje z nami, czytelnikami. Zwraca się do nas: „Widać różnice, prawda?”, „Jak się wkrótce przekonacie”, „Spróbujmy sobie wyobrazić”, „Na pewno nieraz słyszeliście”. Już we wstępie autorka stara się nas przekonać do swego zamiaru okiełznania Mickiewicza. Widać swego rodzaju nieśmiałość – bo czy ją zrozumiemy? Emilia Kiereś ma nadzieję, że przeczytamy książkę z przyjemnością. Ja mogę powiedzieć tylko o swoim odbiorze. Lektura jest REWELACYJNA. Wśród utworów te najbardziej znane: „Świteź”, „Świtezianka”, „Powrót taty”, „Pani Twardowska”, „Lilije”, „Romantyczność”. Są i te mniej znane: „Pierwiosnek”, „Kurhanek Maryli”,  „Dudarz”, „Rybka”. Razem 14 ballad i romansów. Pierwszy raz ujrzały one światło dzienne w 1822 roku.  Za cztery lata będziemy obchodzić ich 200-tny jubileusz. Nic dziwnego, że ich lektura może współczesnym sprawiać trudności. Zmienił się język, nie wszystek kontekst kulturowy, społeczny, topograficzny jest wszystkim jasny. A przecież ma to wpływ na odbiór tej poezji. Książka wygląda tak: najpierw przytoczony jest każdy z utworów Mickiewicza. Zaraz po nim następuje interpretacja Emilii Kiereś. Jej omówienia są jak gawędy, których słucha się naprawdę z przyjemnością, które czyta się z przyjemnością – powinnam właściwie napisać. Wprowadza nas do świata, który na pierwszy rzut oka wydaje się być nieprzystępny, obcy. Bo nie rozumiemy pewnych słów, które przecież wyszły dawno z użycia. Albo kontekstu – społecznego, historycznego, politycznego, kulturowego albo i biograficznego. Bo jak się okazuje, niektóre rzeczy należy czytać właśnie w oparciu o prywatne życie i doświadczenie samego poety. Dzięki komentarzom autorki poznajemy ludzi, miejsca, miejscowe legendy, fakty z życia poety, ludowe tradycje i obyczaje, które akurat w przypadku „Ballad i romansów” odgrywały niezwykle ważną rolę. I nie sięga przy tym po jakiś wyszukany język, ale tłumaczy przystępnie, zrozumiale, a co najważniejsze – ciekawie. Jest takie przysłowie: jeśli chcesz zapalić innych, sam musisz płonąć. Ta miłość do poezji Mickiewicza jest tu widoczna. Jest też mnóstwo ciekawostek, o których milczą podręczniki: zasuszony listek podarowany Adamowi przez Marylę, który ten przechowywał w swoim biurku do końca życia. Informacje o wstręcie Mickiewicza w czasie dzieciństwa do … pisania. Musiał ćwiczyć kaligrafię na deszczułkach. I o tym, że nasz wieszcz był … figlarzem, który np. w nietypowy, poetycki sposób podpowiadał koledze na lekcji historii.

Książka została pięknie zilustrowana przez Mariannę Sztymę. Jej prace świetnie budują klimat, tajemniczość, baśniowość utworów. Natomiast sama okładka z tytułem w odcieniu ostrym – żółtym to strzał w dziesiątkę.  Do tego sama czcionka, krój liter – jakby podrygiwały one w rytm jakiejś muzyki. To też swego rodzaju potraktowanie tematu na luzie, odbrązowienie Mickiewicza i ukłon w stronę współczesnego czytelnika. Jakby ktoś dodatkowo chciał powiedzieć – Mickiewicz jest naprawdę dla ludzi! Młodych ludzi  też – gwoli ścisłości.

Wiek 14+

Wydawnictwo Egmont

Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek. Tak od kilku już lat zaczynają się krótkie opowiastki małego prosiaczka o imieniu Wesoły Ryjek. Towarzyszą mu zawsze mama, tata i żółw przytulanka. Nadeszła jesień. Wesoły Ryjek cały czas poznaje świat, który przecież zmienia się wciąż, a już na pewno z nadejściem każdej pory roku. Pewnego dnia jesień podrzuca mu mały liść. To doskonała okazja do tego, by zrobić jesienną dekorację na ścianę. A może nawet napisać do kogoś prawdziwy list? Wesoły Ryjek próbuje po swojemu wytłumaczyć ciemność. Czyżby ciemność wszystko pożerała? Prosiaczek chce wołać mamę, ale rezygnuje. Jak się okazuje - ciemność wcale nie jest taka ciemna. Ciekawe, dlaczego? I zawsze jest pogoda na spacer, nieważne, że pada deszcz, a słońce właśnie schowało się za chmurami. Trzeba tylko dobrać odpowiedni strój: kalosze i pelerynę. I jeszcze, że szarlotki nie robi się szybko – ot tak szast-prast. Nieeeee, nic z tych rzeczy. Trzeba poczekać, sprawdzić, czy są wszystkie składniki . Piękne jest w tej książce dziecięce postrzeganie świata. Dorośli otoczeni przez tysiące liści, z trudem dostrzegają ten jeden jedyny, który upadnie koło ich stóp. Kto z dorosłych ma czas zastanawiać się nad istotą ciemności? I że czasem czekanie na przyjemność samo w sobie też jest przyjemne. Wesoły Ryjek uczy dzieci i dorosłych dostrzegać rzeczy mało widoczne, ale ważne. Czasami czekamy na coś spektakularnego w naszym życiu. Tymczasem ważne są też rzeczy małe, nic nie znaczące momenty – zapach jesiennych liści, szarlotki, padającego deszczu, grzybowego lasu. Właśnie takie cuda znajdziecie w tej niepozornej książce. Wesoły Ryjek uczy też więzi rodziców z dziećmi. W rodzinie prosiaczka zawsze panuje atmosfera wzajemnej miłości, szacunku i zrozumienia. Oni po prostu lubią ze sobą być. O każdej porze roku.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 28 listopada 2018

Kolorowa książka przybliżająca maluchom świat. Działy tematyczne: Mój dzień, W domu – tutaj poznają przedmioty związane z dziecięcą aktywnością. Są kredki, klucze (te dzieci uwielbiają), kubeczek, fotelik, nóż, widelec. Podoba mi się strona „Przed snem”. Pokazuje wszystkie elementy wieczornych rytuałów związanych z pójściem spać: wanienkę, gumową kaczuszkę, kapcie, nocnik, piżamkę, misia, karuzelkę, którą powiesza się nad łóżeczkiem. I oczywiście książkę do czytania. Bez książki przecież nie ma kolorowych snów. Dalej: kolory, jedzenie. Fajnie, bo tu znalazły się same zdrowe rzeczy, które potem przemieniają się w figury geometryczne. Chłopcy (a pewnie i dziewczynki również) ucieszą się z różnych pojazdów. Spodoba się Wam strona z cyframi od 1-9. W okienkach ukryte są różne przedmioty – oczywiście w ilościach odpowiadających danej liczbie. Maluchy po otwarciu okienka mogą ćwiczyć liczenie. Są dzikie zwierzęta i zwierzaki domowe, gospodarskie ze swoimi dziećmi, ulubione zabawki i przeciwieństwa. Na końcu w koronie drzew ukryty jest test: ile słów dziecko zapamiętało. Nie liczyłam, czy faktycznie jest tu 100 słów – ale jest ich na pewno wiele. Kolorowe obrazki mogą motywować i stymulować dzieci do opowiadania, rozwijania mowy. Jest też mnóstwo okienek do odkrycia. Kryją one w sobie liczne niespodzianki. Książka jest (o dziwo) dość dużego formatu (wymiary: 27 cm x 27 cm). Przed zamówieniem egzemplarza nie sprawdziłam jego wymiarów. Okazuje się, że lektura jest całkiem duża. Ale to naprawdę miła niespodzianka – bo ilustracje są dość duże i wyraźne. Kartki nie są najgrubsze – ale na pewno sztywne. Nie tak łatwo je zniszczyć od częstego wertowania tam i z powrotem (Przy czym nie są to typowe grubaśne kartony). A widząc atrakcyjną zawartość, można przypuszczać, że dziecko będzie po książkę często sięgało.

Wiek 0+

Wydawnictwo Egmont

Zakamarki tak nas przyzwyczaiły do literackiego kalendarza adwentowego, że gdyby nie pojawił się w okolicy listopada jakiś nowy tytuł w ramach adwentowej serii – byłabym nie tylko ja zdziwiona. Podczytując książkowe fora, strony – wiem, jak wielkie w tym temacie były oczekiwania. A pojawienie się w księgarniach „Kosmicznych świąt” sprawiło wielu ogromną radochę. I prawdę mówiąc – kamień spadł mi z serca. Kalendarz adwentowy polega na tym, że codziennie otwiera się tylko jedno okienko z czekoladową niespodzianką. Kalendarz literacki to 24 rozdziały – do czytania po jednym każdego dnia – zaczynając od 1 grudnia na 24 grudnia kończąc. To jak delektowanie się delicjami. Powolne. Ale tak wyczuwa się doskonały smak.

Do tej pory ukazało się w ramach adwentowej serii pięć tytułów: „Wierzcie w Mikołaja”, „Prezent dla Cebulki”, „Święta dzieci z dachów”, „Hurra, są święta” i najnowszy. Książki te mają adwentowy, świąteczny klimat, „cieplutko” wprowadzają nas w atmosferę świąt, choć na dworze często mróz i zimno. W moim przypadku wartość dodana lektury tytułu: „Wierzcie w Mikołaja” jest taka, że zamarzyła mi się w oknie tarasowym wielka błyszcząca gwiazda. I powiem krótko: JEST! Ale wracamy do książki.

W domu Rutki trwają adwentowe przygotowania. Jutro rodzina chce zapalić pierwszą świecę adwentową. Rutka na wszystko musi czekać, co jej się oczywiście nie podoba. Ale czy Adwent nie jest czasem …oczekiwania? W domu Rutki zauważono, że giną ciągle jakieś rzeczy. Tak jakby domownikom ktoś celowo robił psikusy. Młotek, nóż do sera, nożyczki. Tymczasem Rutka, zachęcona przez mamę, zabiera się do pisania listu do Świętego Mikołaja. Lista zawiera tylko 3 punkty: Przyjaciel, prawdziwy pies, pies z wystawy w sklepie metalowym. Nie zdradzę nic więcej, bo nie chcę psuć przyjemności z czytania lektury, ale myślę, że lista, okładka i tytuł i tak dużo już odkrywają. Przy czytaniu literackiego kalendarza adwentowego będziecie mieli dużo frajdy. Jak przy odpakowywaniu ukrytych w tekturowych okienkach czekoladek. Każdy rozdział kończy się w najmniej spodziewanym momencie. Aż korci, by natychmiast zahaczyć o kolejny.

W książce poruszono ważny temat przyjaźni. Pokazano tutaj troskę o inną istotę. Ta opowieść uczy też dawania – Rutka wydaje swoje wszystkie oszczędności ze skarbonki na jedzenie dla Kosmy – przybysza z Kosmosu. Pojawiają się przygotowania do świąt – tutaj dzieci doświadczają zwyczajów i tradycji szwedzkich. Można je oczywiście porównać z polskimi.

Mnie bardzo spodobała się scenka wyjaśniająca, czy Święty Mikołaj istnieje naprawdę. Muszę ją tu przytoczyć:

„Anton wziął głęboki oddech, zanim zaczął mówić dalej.

-Bo mój starszy brat powiedział, że nie ma Świętego Mikołaja – wyszeptał. – Ale to przecież nieprawda, no nie?

Pani się uśmiechnęła.

-Moim zdaniem Święty Mikołaj istnieje dla tych, którzy w niego wierzą – odpowiedziała.”

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 27 listopada 2018

Są pokolenia dzieci, które wychowały się na „Fasolkach”. Fasolki – to zespół dziecięcy, który pojawił się w 1983 r. – razem z programem „Tik – Tak”. Dla wielu współczesnych rodziców i dziadków to miłe wspomnienie dzieciństwa: wielki charakterystyczny zegar, zwariowani prowadzący ubrani w jeszcze bardziej zwariowane stroje. Zwłaszcza Ewa Chotomska „szalała” w tej dziedzinie: fryzury, nakrycia głowy, kolorowe fatałaszki. „Szalała” oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z tej książki dowiedziałam się po latach, że dzieciakom chciała się kojarzyć jako polska wersja Mary Poppins. Zatem przypominamy sobie prowadzących tego programu jak i autorów książki: Ewę Chotomską (nie unikniemy tego – to córka Wandy Chotomskiej), Andrzeja Marka Grabowskiego  i Krzysztofa Marca. Pani Ewa wspomina: „Zostaliśmy jedną wspaniałą wielką rodziną, która rośnie jak ciasto drożdżowe. Jest nas coraz więcej i więcej. I wszyscy zgodnym chórem twierdzimy, że „nie ma jak Fasolki, na deszcz, na pogodę”. Ta książka to prezentacja najpopularniejszych tekstów piosenek „Fasolek”. Przy każdym z nich pojawia się jakieś wspomnienie, geneza powstania. Kto by przypuszczał, że za kultowym wersem ”Witaminki, witaminki. Dla chłopczyka i dziewczynki” stoi pewien chłopiec – przedszkolak, który baaardzo nie lubił owoców. Przy tym miał wagę słuszną i nie lubił sportu. Widząc taki smutny widok, Ewa Chotomska od razu zareagowała i postanowiła działać. Z kolei do napisania „Każdy ma jakiegoś bzika. Każdy jakieś hobby ma, a ja w domu mam chomika, kota, rybkę oraz psa” kryje się domowa menażeria Ewy – a dokładniej miłość jej córki do zwierząt.

Wspomnienia, teksty piosenek, płyta CD z nagraniami i bajecznie kolorowe ilustracje, w  których pojawiają się bohaterowie pionek i ich autorzy. Oj przypominają się wspomnienia Tik-Taka sprzed lat. Ale jakże to miłe uczucia.

I jeszcze jedna dygresja na koniec recenzji. Jakiś czas temu czytałam biografię Wandy Chotomskiej (Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia/ Wyd. Marginesy) autorstwa Barbary Gawryluk. Jedna rzecz bardzo mnie w tej książce zaskoczyła – stosunek słynnej poetki do swojej córki. Ponoć relacje między nimi nie były zbyt bliskie i ciepłe. Sławna mama odmawiała talentu swojej córce. Wyobrażam sobie, jak to musiało boleć Ewę – usłyszeć od pierwszej nauczycielki taaakie słowa. Myślę, że jednak najsprawiedliwszymi oceniającymi dorobek pani Ewy Chotomskiej jesteśmy my, czytelnicy, w każdym wieku, a zwłaszcza dzieci. Uwielbiamy te wiersze, piosenki. Wiele z nich znamy na pamięć, nucimy pod nosem – dla siebie, dzieciom, wnukom. I jestem pewna, że w tej ocenie nie jestem osamotniona.

Książka z płytą CD

Wiek 3+ 

Wydawnictwo Literatura 

poniedziałek, 26 listopada 2018

Ewah jest synem myśliwego. Chłopak może imponować. Mimo młodego wieku – ma poukładane w głowie. W przeciwieństwie do kowalskiego synalka Noroga, który często szuka pretekstu do zwady i bójek. Ewah chętnie pomaga rodzicom, nie boi się pracy, swój wolny czas wykorzystuje na pożyteczne zajęcia. Jednym słowem – wymarzony syn. Kowal, mający silną pozycję w wiosce, wykorzystuje ten fakt i próbuje uprzykrzyć życie zarówno myśliwemu jak i jego synowi. Ewah oczywiście buntuje się, tym bardziej że i on, i Norog są zainteresowani tą samą dziewczyną z sąsiedztwa. Tymczasem wiosce grozi wielkie niebezpieczeństwo. Słowa: Żelazny Kruk budzą strach wśród najodważniejszych . Olbrzymie, potworne ptaszysko, które pojawia się niewiadomo skąd, z olbrzymią ilością wojska, które morduje, plądruje i porywa w niewolę. Kilka dni temu ojciec Ewaha zauważa na niebie złowrogi cień. Potem następuje atak, w czasie którego w ciągu kilku chwil Ewah traci prawie całą rodzinę. Chłopak postanawia odnaleźć bestię i zemścić się za śmierć bliskich.

W tej powieści bohaterem pierwszoplanowym jest wspomniany już Ewah: odważny, honorowy, mimo licznych przeciwieństw i ciosów od losu chce podjąć wyzwanie od losu. 14-latek musi szybko dorosnąć, podejmować wybory i decyzje, które go niekiedy przerastają. Czuje odpowiedzialność za innych, zwłaszcza za malutką ocalałą w napadzie na wieś siostrzyczkę. Droga do Żelaznego Kruka nie jest łatwa. Tym bardziej, że wydaje się, że temat ten skrywa jakaś dziwna zmowa milczenia. Nikt nic nie wie, nie widział, nie chce mówić na ten temat. Podczas wyprawy na Ewaha czają się liczne niebezpieczeństwa, rzezimieszki, źli ludzie i tajemnicze niespodzianki. Chłopak nie raz musi dobywać miecza.

„Żelazny Kruk” to połączenie przygody z fantasy. Raczej niewiele książek tego typu właśnie dla młodzieży znalazłam wśród polskich autorów.  Dla Rafała Dębskiego musiało być to również swego rodzaju wyzwanie, bowiem do tej pory nie specjalizował się on  w tego typu „młodzieżówkach”. Powiem tak: przeczytałam z młodszym synem i bardzo nam się podobało. Teraz czekamy na ciąg dalszy. W planach jeszcze dwie kolejne części.

Wiek 11+

Wydawnictwo Jaguar

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77