Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 31 października 2018

Jeśli lubicie podróże w czasie, to akurat w tej książce czeka Was niespodzianka. Współczesny Londyn i mały chłopiec z piłką na ulicy. Oczywiście można się domyśleć ciągu dalszego – pewnie pójdzie jakaś szyba. Tak, tak ofiarą jest zabite do połowy dechami okno starego teatru. Piłka rzecz cenna, więc chłopiec dostaje się do opuszczonego teatru i rozpoczyna poszukiwania. Przy okazji znajduje starą szafę z kostiumami. Chłopiec przymierza znalezioną pelerynę – dzieci lubią się przecież przebierać. Jest piłka, potem strzał w zasłoniętą kurtynę iiiiiiiiiiiiii…. nagle okazuje się, że nasz bohater jest na scenie teatru elżbietańskiego. A tu pojawia się wściekły pan William Szekspir (tak, ten Szekspir), który rusza w pogoń za małym piłkarzem. Tak, tak moi Państwo. Ni stąd ni zowąd mamy wiek  XVI. Szekspir ubrany w pludry i bogato zdobiony kubrak goni co sił chłopaka. A my mamy dobrą sposobność ku temu, by przyjrzeć się dawnemu Londynowi.

Tyle że dziecko nie wie, co to jest ten cały Londyn. Kim jest Szekspir. I nie ma sensu wbijać mu do głowy tych naszych dorosłych prawidłowości. Za to malec widzi chłopca potrzebującego pomocy i na swój sposób odczytuje tę historię. Ciekawa jestem jak – bo ilu czytelników, tyle również możliwych interpretacji. Ta przygoda bowiem nie ma żadnych słów. To czytelnik „odczytuje” scenki komiksowe na swój sposób. Dla dorosłego rozwścieczona postać będzie, wiadomo, Szekspirem. Dla dziecka zbójem, jakimś źle wychowanym dorosłym, który nie rozumie, że dziecko ma prawo do rojbrowania. My, dorośli, zobaczymy Tamizę, most londyński, słynne więzienie. Jakiś znawca tematu pewnie dopatrzy się jeszcze więcej szczegółów historycznych czy architektonicznych. Dopowie coś na temat dawnych teatrów budowanych na wzór rzymskiego Koloseum, umiłowaniu królowej Elżbiety I do przejażdżek wodnych, korzystania z usług kata w celu uciszenia buntowników. Dziecko spojrzy na tę historie zupełnie inaczej. A jest co opowiadać, bo jak już pisałam wcześniej, jest to komiks. Mnóstwo obrazków, bohaterów, ciekawych miejsc. Jest wątek ucieczki i pogoni zarazem, wywołujących u maluchów emocje, a może nawet i gęsią skórkę. Można dopowiadać: kto, co, co będzie za chwilę. Można się domyślać, tworzyć własne scenariusze, odgadywać myśli uciekinierów, goniącego, uwięzionego. Książka zdecydowanie „rozwiązuje” język i buduje relacje, pobudza wyobraźnie i wzbogaca mowę. Dostrzeżono jej atuty nagradzając ją wielokrotnie na całym świecie.

Wiek 3+

Wydawnictwo Literówka

wtorek, 30 października 2018

 

Wielka księga prawdziwych tropicieli – myślę jednak, że nie tylko dla tropicieli. Również dla nas, zwykłych zjadaczy chleba – trochę być może zbyt leniwych, zalatanych, by rzucić wszystko i „pójść w naturę”.  Za to tęskniących czasem, może nawet często, za światem przyrody. Światem, który dla wielu wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Zatem z jednej strony to arcyciekawy poradnik dla tych, którzy idą (lub chcą iść) przez życie śladami przyrody. Z drugiej zaś – to odskocznia dla nas, zwykłych mieszczuchów – za to niesamowicie uwrażliwiająca, ucząca empatii w stosunku do zwierząt i roślin i kierująca naszą uwagę na przyrodę wokół.  Bo wcale nie chodzi o to, by od razu bociek na naszej posesji wybudował gniazdo. Albo by spotkać na którejś z wędrówek żmiję lub węża. Bardziej o to, by dostrzec to COŚ:)) Też w maleńkim wymiarze, w szczegółach i szczególikach – czasem trzeba przyłożyć nos do kory drzewa, schylić się ku ziemi. Wielu z nas nie ma ogrodów, pola, ścieżki za domem, która poprowadzi w siną dal. Niekiedy nasz kontakt z zielenią, zapachem kwitnących drew, brzęczących pszczół ogranicza się tylko do kilku kroków: od klatki wejściowej bloku do samochodu stojącego na osiedlowym parkingu. Warto dostrzec uroki świata obok. I tego uczy właśnie Adam Wajrak – znany dziennikarz, autor poczytnych książek i filmów. Odkrywa mnóstwo tajemnic przyrody. A pisze o tym tak, że człowiek dostaje gęsiej skórki, zaczyna drążyć temat i stawia sobie pytanie: „Dlaczego wcześniej to mnie NIE interesowało? To przecież FASCYNUJĄCE!”. Wajrak podzielił książkę na cztery pory roku. To nie tylko zbiór dziesiątek cennych informacji. To również ciekawostki, ploteczki z lasu, łąki, pasa zieleni, plaży (te najbardziej oplotkowane ploteczki, nieformalne, na luzie lubimy najbardziej). To w końcu dzielenie się swoimi doświadczeniami – jako zaprawionego w boju tropiciela i obserwatora, potrafiącego przejść dziesiątki kilometrów dla jakiegoś rzadkiego gatunku zwierząt, mogącego leżeć godzinami pod jakąś norką, w krzakach – w mokrym, niewygodnym, chłodnym środowisku – dla jednego zdjęcia, czasem obrazu, który koduje się w głowie na długie lata. Autor podpowiada jak zachowywać się w określonych sytuacjach i warunkach, w zależności od pory roku, jak się ubrać, maskować  terenie, jak podczas wypadku kontaktować się z pilotem helikoptera, jak tropić zwierzęta, jaki sprzęt zabrać ze sobą na wyprawę. Tych porad jest naprawdę dużo – i pewnie najlepiej uczyć się na dobrych praktykach i … cudzych błędach. Oczywiście jest też mnóstwo wiedzy na temat, głównie zwierząt. Ale w tle są też informacje o roślinach, środowisku – różne różności. Np. w jaki sposób owce pomagają górskim krokusom, jak przygotować miksturę wabiącą motyle, jak wygląda Puszcza Białowieska nocą, ile lat tak naprawdę mają najstarsze dęby w Polsce, jak wygląda życie modliszek, dlaczego Mikołaj Rej (tak, tak ów znany pisarz i poeta) nie lubił dudków, jak się naprawdę sprawa ma z kontrowersyjnym kornikiem w Białowieży, jak się zachować podczas spotkania oko w oko z młodym zwierzęciem? Treść wzbogacona licznymi fotografiami.

Osobiście jestem też miłośniczką książek Lechosława Herza (warto je poznać – pokazują m.in. uroki małych wsi i miasteczek). To tam kiedyś wyczytałam, że Adam Wajrak uczył się obserwacji świata od swojego wujka, który od wielu lat zabierał małego Adasia na pierwsze wyprawy. Zresztą wujka wspomina również Wajrak  w tej książce: (Lechosław Herz) „wbił mi do głowy najważniejszą rzecz. Od niego wiem, że najciekawsze przygody i największe wyzwania dla prawdziwych tropicieli nie czekają gdzieś hen daleko, ale zupełnie blisko. Dosłownie tuż za rogiem.” I niech to będzie podsumowanie tej książki, z którą warto się zaprzyjaźnić.

Wiek 8+

Wydawnictwo Agora

poniedziałek, 29 października 2018

Pewnie pamiętacie Kubę, który jakiś czas temu dostał na świadectwie złą ocenę z historii. Do akcji wtedy wkroczył dziadek i sytuacja znacząco się poprawiła. W tym roku niestety wpadła dwójka z geografii. Z wakacji przysłowiowe nici. Dziadek znów zakasuje rękawy . 23 korepetycje dla całej rodziny – bo i rodzice Kuby chętnie przysłuchują się opowieściom dziadka. Tym bardziej, że tacie przytrafiło się nieszczęście – noga w gipsie. Prawdziwy klops. Dziadek przybywa zatem z naręczem map, plansz i globusem i zabiera całą rodzinkę w podróż dookoła świata. Początek w Afryce – od kolebki ludzkości. Każde spotkanie ze starszym panem to okazja do poznania słynnych podróżników. Kuba śledzi kierunek ich wypraw, trasy na mapie i globusie. Próbuje spojrzeć na dawny świat oczami współczesnych, którzy długo jeszcze nie będą mieli pojęcia o tym, że Ziemia jest kulą. Fenicjanie, Grek Pyteasz z Massali, Wiking Eryk Rudy i jego syn Leif Eriksson, Benedykt Polak, Marco Polo, Jan z Kolna, Kolumb, Vasco da Gama. To tylko kilka bardziej i mniej znanych podróżniczych nazwisk. Wyprawy w nieznane zawsze przyciągały i pociągały ludzi. Co jest za linią horyzontu? Tę ciekawość tak czasem trudno zrozumieć nam, ludziom współczesnym. Dzięki opowieściom dziadka poznajemy tajniki owych podróży, fazę przygotowań, przeszkody i sukcesy, choroby. To mnóstwo informacji o życiu ludzi, ich pasjach i zainteresowaniach, dokonanych odkryciach. Dziadek ma wiedzę ogromną (pozazdrościć takiego dziadka): daty, ciekawostki, ploteczki – wszystko tu mamy na wyciągnięcie ręki.

Dlaczego Pacyfik został nazwany przez Magellana Morzem Spokojnym? Jak skończyły się poszukiwania tajemniczego Eldorado w Kolumbii? Czym się różni pirat od korsarza? Kto przywiózł tytoń do Europy? Ilu ludzi zwykle liczyły wyprawy i ilu członków załogi docierało do celu? Oprócz tych wartości poznawczych należy zwrócić przy tych historiach uwagę na coś innego: mianowicie świetny kontakt przedstawicieli trzech pokoleń. Rozmawiają ze sobą, spędzają razem czas, dociekają, śmieją się, uczą się od siebie, dzielą doświadczeniami. W erze smartfonów, odgradzania się młodych od starszych – to naprawdę świetna sprawa. Tylko brać przykład. Choć dwójki z „gegry” akurat nikomu nie życzę.

Oczywiście tak jak pisałam już wcześniej na wstępie – polecam wersję korepetycji z historii Polski (recenzja tutaj). I puszczam oczko do autora o korepetycje z historii powszechnej. Jednym słowem – biedny ten Kuba.

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura

W zalewie literatury angielskiej, amerykańskiej, nawet ostatnio skandynawskiej, naprawdę ciekawym przeżyciem czytelniczym jest książka słoweńska. Niewiele tytułów dla dzieci z krajów leżących nad Adriatykiem. Może dacie się skusić na inne klimaty:))) Tym bardziej, że często wybieramy Słowenię jako cel wakacyjny. Warto sięgnąć zatem po literaturę tego kraju. 

Ludmiła Kraśnicka jest śpiewaczką operową. Niedawno zamieszkała w nowym miejscu, gdzie nikogo nie zna. Pewnego dnia kobieta udaje się na jarmark i kupuje pierścień o ponoć magicznych właściwościach. Ludmiła niestety nie zdążyła się zbytnio nacieszyć nowym zakupem, ponieważ pierścień wyślizguje jej się z rąk i dalej turlać się przed siebie. Nie tak łatwo go złapać – mnóstwo ludzi z miasteczka rusza w pogoń za pierścieniem. Czy aby ten pierścień na pewno jest magiczny, jak go zachwalał sprzedawca? A jeśli tak, to na czym polega ta jego niezwykłość?  

Magiczny pierścień to nie tylko bajka. To również wyprawa do przeszłości - podejrzewam, że do początków wieku XX albo okresu przedwojennego. Tak mi się przynajmniej wydaje na podstawie ilustracji i samego tekstu: strojów bohaterów, figlarnych wąsików dżentelmenów pozwijanych w ślimaczki, rekwizytów antycznych sprzętów w postaci aparatu fotograficznego i cudu techniki – dwupłatowca czy kataryniarza z katarynką. Sama historia zawiera motyw lubiany przez dzieci: wyliczankę – powtarzankę znaną choćby z „Rzepki” Tuwima czy  „O kurce Złotopiórce i kogutku Szałaputku” Ewy Szelburg-Zarembiny. To też opowieść o szukaniu ludzi w dniu codziennym, kontaktów i relacji z nimi. Człowiek jest istotą społeczną, ciężko żyć w  samotności, czego zresztą doświadcza artystka. Mimo przeniesienia tej historii do przeszłości, jest ona aktualna właśnie dzisiaj. W dobie smartfonów, laptopów, tabletów, Internetu. Mamy dziesiątki znajomych (u niektórych idzie to w setki, tysiące), a tak naprawdę jakbyśmy nikogo nie mieli. Oszańcowujemy się w swojej prywatności, wolimy relacje na odległość niż bliski kontakt przy stole przy filiżance dobrej kawy czy herbaty. Dzieci nie spotykają się na dworze, gdzieś w ciekawym miejscu, ale wysyłają do siebie sms-y albo wiadomości na messengerze. Ludmiła wychodzi do ludzi, najpierw nieśmiało – o dziwo nie wykorzystuje swojej popularności. Tylko nieliczni miłośnicy opery ją znają i kojarzą. Tak jakby chciała, by ktoś dostrzegł w niej wartościowego człowieka bez tej całej otoczki celebryctwa i próżnego bywania w wyższych sferach. Trochę pomaga jej magia. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, przyjaciół. Zakończenie to też dowód na to, że razem można osiągnąć tak wiele, pokonać przeszkody, wszelkiej maści trudności.

Książka została wydana w ramach projektu: "Nasza Mała Biblioteka". O szczegółach możecie poczytać tutaj. 

Wiek 5+

Wydawnictwo Ezop

niedziela, 28 października 2018

Elmer to najbardziej znany słoń w kratkę na całym świecie. Są wersje dłuższe i krótsze jego przygód. Jakiś czasem temu pojawiły się kolorowe „kartony” dla najmłodszych dzieci. Kilka kart z przygodami słonia, zapoznanie się z książkowym przyjacielem, którego można bliżej poznawać z wiekiem dzięki lekturom dla troszkę starszych dzieci – mianowicie z dłuższym tekstem. Tutaj Elmer spotyka swoich najbliższych przyjaciół i znajomych. Jest ich całkiem spora gromadka: zebra, żyrafa, wąż, kangur, myszka, lew, sowa, niedźwiedź polarny i gepard. Każdy z przyjaciół jest „naj”. Bo na pewno tak w istocie jest – ale jest też „naj”, bo to doskonała okazja ku temu, by maluchy poćwiczyły stopień najwyższy przymiotnika: najbardziej kolorowy, najbardziej pasiasta, najwyższy, najdłuższy, najmniejszy, najbardziej skoczny, najgłośniejszy, najmądrzejsza, najbielszy i najbardziej cętkowany. Ważne też jest przesłanie: każdy z przyjaciół Elemra jest inny i Elmer to akceptuje - i to jest właśnie piękne. Książka zatem rozwija słownictwo i uczy tolerancji w stosunku do innych. Ilustracje bajecznie kolorowe – dobry materiał startowy do „rozwiązywania” języka, do opowiadania o tym, co widać na obrazku.

Wiek 2+

Wydawnictwo Publicat

sobota, 27 października 2018

 

Reksio pewnie jest Wam dobrze zanany – a to za sprawą kultowych kreskówek. Od jakiegoś czasu Reksio – jak i inni bohaterowie kreskówek sprzed lat, przeżywa swego rodzaju renesans. Również dzięki nowym, bogato ilustrowanym wydawnictwom. Przygody sympatycznego kundelka to też dobry sposób dotarcia do małego czytelnika z ważnym przesłaniem. Tak jest i w tej książce. Z jednej strony pojawiają się postacie znane z TV, z drugiej został opracowany tekst z ważnymi informacjami. Adaś – znany nam chłopiec o bujnej czuprynce, nazywany przez moje pokolenie nie inaczej jak „pan Reksia”, chciałby zostać wolontariuszem w miejskim schronisku dla zwierząt. Organizuje zbiórkę karmy i koców dla zwierzaków. Następnie planuje z Reksiem wizytę w schronisku. Niestety, przez nieuwagę Adasia drogi psiaka i chłopca rozchodzą się. Jeden gubi drugiego, zarówno jeden i drugi szukają siebie nawzajem. Na szczęście wszystko dobrze się kończy.

Książka porusza problematykę wolontariatu w schronisku dla zwierząt. Dzieci poznają obowiązki wolontariusza: m.in. czyszczenie klatek, wyprowadzanie psów na spacery. Pokazują też sytuacje z „psiej” perspektywy. Jakiekolwiek dobre warunki panowałyby w schronisku, pieski i tak zawsze będą tęsknić za domem, który może stworzyć im odpowiedzialny człowiek. Niektóre z książkowych piesków są smutne, czekają aż ktoś je zabierze do siebie i otoczy opieką. Psie marzenia, przygody z czasów „przed schroniskiem”. Książka uwrażliwia i uczy dzieci empatii na niedolę czworonogów. A może zachęci do wizyty w schronisku, pracy wolontariackiej – a kto wie – do podjęcia dojrzałej decyzji i zaopiekowania się czworonogiem, który tęskni za domem?

Inne książki z przygodami Reksia znajdziecie tutaj

Wiek 5+

Wydawnictwo Publicat

piątek, 26 października 2018

Najpierw przyszła paczka ciesząca oko:)

W środku była książka:)


Bardzo chciałam zajrzeć do kuchni Iwaszkiewiczów. Zwłaszcza po lekturze biografii autorstwa Anny Król: Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie. Pięknie i nietypowo opisana codzienność mieszkańców domu w Stawisku. „Kuchnia” jest jakby dopełnieniem tamtej książki. I opowiadań Iwaszkiewicza, w których jedzenie ma często swoje przysłowiowe pięć minut. Zresztą o tym czytamy na samym początku „Kuchni”. Sama kuchnia może kojarzyć się wyłącznie z przepisami kulinarnymi. Nic bardziej mylnego. To też wspomnienia, anegdoty o samym jedzeniu, miejscach, ludziach. O jedzeniu nie tylko w związku z tradycjami Iwaszkiewiczów. Z zainteresowaniem przeczytałam choćby o tradycji serwowania dań na początku XIX wieku i o zmianach wprowadzonych w tym względzie przez carskiego ambasadora Kuragina. Albo o tradycjach kulinarnych za czasów królowej Jadwigi, Katarzyny Medycejskiej i Elżbiety Austriaczki. Po tych kulinarnych wyprawach w czasie i przestrzeni lądujemy w kuchni Iwaszkiewiczów, gdzie rodzinne smaki i zapachy. Gdzie wspomnienia o ojcu, który z zagranicznych podróży przywoził do poczytania menu. Gdzie notatki kulinarne – trzeba przyznać, że skąpe, bo: „Nie przywiązywaliśmy widać do takich drobiazgów wagi”. Całość podzielona na: dni powszednie (śniadania, obiady, podwieczorki) i święta (wigilia i Boże Narodzenie, Ostatki, Popielec, Wielkanoc). Pomiędzy są wspomnienia o różnych domach i mieszkaniach, kucharce Pawłowej, która gotowała dla rodziny przez długie lata – która, jeśli się już uparła, pewnych potraw nie gotowała (np. placków ziemniaczanych!!!). O świstających w korytarzu kulach w czasie przewrotu majowego. O kuchni, w której stałe przesiadywanie było zabronione. O kogucie, który spał na słomiance przed drzwiami i który zmarł śmiercią naturalną. O filiżance herbaty, o której ojciec Jarosław marzył zawsze przed snem, ale której nigdy nie dostał, bo … nie było takiego zwyczaju. O babach wielkanocnych, które potrzebowały spokoju do wyrośnięcia – stąd panowały: zakaz trzaskania drzwiami i nakaz chodzenia na paluszkach.

Wspomnienia pojawiają się jako wstęp do poszczególnych części lub przy wybranych przepisach: np. o Krzysztofie Baczyńskim przy kruchych babeczkach z owocami. To jest też językowa uczta. Bo któż dzisiaj w tym zabieganym świecie napisze tak o powidłach śliwkowych: (str. 187) „Do zrobienia powideł potrzebne są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub maju, gdy śliwy kwitną, pogoda w sierpniu i we wrześniu, gdy śliwki dojrzewają, drabinka, duży sagan, sprawny piec, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości do tegoż. Potem to już głupiostwo”. To „głupiostwo” mnie rozczuliło – naprawdę.

Same przepisy – aż chce się podsumować: ładnie i składnie napisane, niekiedy z wtrąceniami autorki: „Mój syn twierdził nowatorsko, że nawet dobrze dać sera rokpol i poczekać aż się w jajecznicy stopi”. Znajdziecie tu dania polskie i nie tylko, tradycyjne i te bardziej wyszukane: smażony ser z kminkiem z żurem obok kawioru z bakłażanem i kotletów cielęcych w Papielotach. Widać, że w kuchni Iwaszkiewiczów eksperymentowano, bo pojawiają się domowe wariacje a’la Iwaszkiewicz właśnie. Tak jest ze szparagami, sałatką z „płytkiego morza” czy kurą po literacku (ach, żeby od tego tak talent do pisania przyszedł). Łezka się kręci w oku czytając o dawnych tradycjach świątecznych. Dzięki przepisom z tej książki można cofnąć się nie tylko do przeszłości, ale pewne elementy wprowadzić we własnym domu.

Książka jest pięknie wydana – na eleganckim papierze, z ładnymi zdjęciami. To grubaśne tomisko, które może być ciekawym prezentem dla kogoś, kto lubi i czytać i gotować.

Wydawnictwo Znak

czwartek, 25 października 2018

 

Order Uśmiechu to odznaczenie przyznawane dorosłym przez dzieci. Medal znany przede wszystkim ze swej prostoty: uśmiechnięte słoneczko na niebieskim tle, którego autorką była dziewczynka: Ewa Chrobak-Szota. Właśnie w mijającym (toż za chwilę listopad) roku 2018 obchodził swoje 50-te urodziny. Kawalerami Orderu Uśmiechu – bo tak nazywa się odznaczonych – są 1024 osoby. Jaki jest warunek, żeby go otrzymać? Na pewno nie wystarczy się tylko ładnie uśmiechać. Trzeba działać na rzecz dzieci. A po wypiciu porządnej porcji soku  z cytryny należy się serdecznie się uśmiechnąć – od ucha do ucha.

Książka przybliża sylwetki 100 laureatów tego zaszczytnego odznaczenia – w kolejności alfabetycznej. Zaczyna Marta Bogdanowicz, którą ja osobiście cenię za książkę o masażykach dla dzieci a kończą trzej wychowankowie Janusza Korczaka. Zresztą od Starego Doktora Janusza Korczaka powinnam zacząć – o nim też jest tutaj mowa. Grono Kawalerów Orderu Uśmiechu jest liczne i różnorodne. Są tu lekarze, piosenkarze, muzycy, sportowcy, dziennikarze, twórcy literatury dla dzieci i młodzieży, pedagodzy, działacze społeczni, aktorzy, reżyserzy, artyści plastycy, politycy, arystokraci i osoby duchowne.

Kim są laureaci na co dzień, dlaczego właśnie im dzieci przyznały ten zaszczytny tytuł? Poczytajcie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

środa, 24 października 2018

Pierwsza część matematycznej serii, którą ja nieświadomie zaczęłam od kontynuacji: „Bakterie do kwadratu, czyli matematyka jest wszędzie”. Znów wracamy tu do Filipa i jego dziadka. Dziadka, który jest matematykiem emerytem. Po 40 latach pracy w szkole (przez jego ręce przewinęło się około 4800 uczniów) ma trochę problemy ze słuchem (szkolny hałas i wieczne pytania i narzekania uczniów). Za to posiada duże pokłady cierpliwości do wnuka, czas i świetne matematyczne podejście do życia. A to ostatnie oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze: dziadek matematyk widzi matematykę dosłownie wszędzie. Po drugie: potrafi w przystępny sposób wyjaśnić różne zagadnienia matematyczne, z  czego korzysta nie tylko wnuk Filip, ale również czytelnicy  (i ich rodzice – bowiem wiele rzeczy jest tu naprawdę ciekawych). Matematyka pokazana jest tu jako nieodłączny element naszego życia. Sprowadza się nie tylko ona do lekcji w szkole. Jakiś nieznaczący na pozór moment, przypadek i jest okazja ku temu, by pociągnąć dziadka za język. Tak było np. z Mohammadem – biednym Arabem, który przybył do Europy w poszukiwaniu lepszego życia. Dziadek opowiada o przeszłości Arabów, ich ogromnym  wkładzie w rozwój matematyki. I tak z Filipem dzieci poznają tajniki liczydła, systemu pozycyjnego czwórkowego, działań w nawiasach, pułapki dzielenia przez zero, alfabetu Morse’a, systemu dwójkowego, różnych pomiarów, liczb absurdalnych, złotej liczby etc. A to zaledwie tylko kilka przykładów zawartości tej książki.

Matematyczny świat z mnóstwem ciekawych historii, anegdot. Wiedza, na którą często w szkole nie ma czasu. Dobrze, że jest taki książkowy dziadek, który sprawia, że matematyka jest przyjemniejsza i mniej „straszna”. Okazuje się nauką emocjonującą i pełną niespodzianek.

O kontynuacji: „Bakterie do kwadratu, czyli matematyka jest wszędzie” można poczytać tutaj.

Wiek 10+

Wydawnictwo Adamada

wtorek, 23 października 2018

 

Zawsze było więcej o królach. Zdecydowanie. Królowe polskie, władczynie polskie – przeważnie pozostawały w cieniu – swych mężów królów, choć były zdecydowanie ciekawszymi osobami, niekiedy skuteczniejszymi. Nosiły koronę, jeszcze musiały być matkami, opiekunkami, powierniczkami królewskich tajemnic i sekretów. Odpowiedzialne za wychowanie królewskich dzieci, przyszłość córek i synów – w służbie narodu. Zajęcie nie powiem, barrrrdzo stresujące. Niestety – męski świat – taki  właśnie był przez długie wieki – to mężczyźni rozdawali karty, ustalali zasady gry. No chyba że już zdarzyła się taka charakterna „babeczka” jak Włoszka Bona Sforza. Można na jej temat znaleźć naprawdę wiele informacji. Mało tego - może nie wiecie, ale to właśnie dzięki niej (choć niektórzy twierdzą, że to mit) ponoć zadomowiło się w naszym języku codziennym pojęcie włoszczyzny dodawanej jak Polska długa i szeroka do zupy. Czas zatem skończyć z przekonaniem, że królowe polskie były cichymi bohaterkami drugiego planu. Pomóc mogą w łamaniu stereotypów takie publikacje jak ta: prezentująca 25 sylwetek kobiet związanych z tronem Polski. Stąd i z daleka, bo tamten świat z przeszłości rządził się swoimi prawami – niewiele małżeństw było zawieranych z miłości. Liczyły się układy, plany możnowładców i samego króla. Gdy tylko na świecie pojawiało się dziecko królewskie już planowano jego przyszłość – która niekiedy zmieniała się w zależności od opcji politycznych. Uff, dobrze, że te czasy dawno już minęły. 25 portretów – dosłownie – bo wielkie i kolorowe, odważnie pokazujące ludzką i kobiecą stronę władczyń. W lazurach, różach, pomarańczach, zieleni, żółci, czerwieni. Patrzę na te „babeczki” i oczu od nich oderwać nie mogę. Z krwi i kości, nie żadne zapatrzone w dal sztywne i posągowe postacie z pomników albo portretów Matejki. Nic z tych rzeczy. Popatrzcie na twarz Ludwiki Marii Gonzagi – aż ma się wrażenie, że zaraz puści do czytelnika oczko. Z drugiej strony to też portrety opisowe. Każda z bohaterek opowiada o sobie – ale nie ma tu żadnego klucza, że wszystkie podejmują tę samą jedną tematykę. Jedne bardziej skupiają się na kraju pochodzenia i swojej rodzinie. Inne więcej opowiadają o polityce. Wspominają dzieciństwo, rodzinne strony, ich pierwsze wrażenia po przybyciu do Polski, starania o ich rękę, urządzenie dworu, przyjaciele, ocena polityki męża, zwyczaje i panujące konwenanse. To one są na pierwszym planie, choć bohaterem drugoplanowym niewątpliwie są epoki, czasy, w których przyszło im żyć – z ich opowieści można dowiedzieć się wiele na temat życia w średniowieczu, renesansie czy baroku.

Wśród kobiet są znane postacie jak: Marysieńka, Barbara Radziwiłłówna, Jadwiga Andegaweńska, Bona Sforza czy Anna Jagiellonka.  Jednak zdecydowana większość jest mniej znana: raczej przeciętny czytelnik nie wie za dużo na temat: Marii Józefy, Anny Cylejskiej czy Agnieszki Babenberg.  

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

poniedziałek, 22 października 2018

Ileż to już razy złapaliśmy się na tym, że coś wydawało nam się „takie samo”, a tymczasem okazywało się „prawie takie samo”. Często nie widzimy na pierwszy rzut oka różnicy – dopiero inna nazwa wskazuje na to, że jednak mamy do czynienia z innymi rzeczami, obiektami, zwierzętami, roślinami etc. Królik - zając/ pingwin – alka/ pasikonik – szarańcza/ mewa srebrzysta – mewa śmieszka. W moim przypadku np. mandarynka – klementynka. Jak się okazuje, przykładów jest bardzo wiele – a myślę, że i tak temat jest jeszcze otwarty – choćby w kwestii roślin. Tutaj – 52 pary , które różnią się od siebie, ale które są do siebie tak bardzo podobne, że często je mylimy. A które – jak obiecują autorzy, już zawsze będziemy potrafili od siebie odróżnić. Wybrane hasła dotyczą dziedzin: zwierzęta, jedzenie, geografia, garderoba, ciało i miasta. Niektóre hasła wydawały mi się wybrane niepotrzebnie, bo nie wiem, jak można pomylić np. Antarktydę z Arktyką. Ale tak sobie myślę – to, co nie sprawia problemu jednemu, może siać niepokój w głowie drugiego – i odwrotnie. Tak więc mamy tutaj pary zwierząt, zjawisk, rzeczy, potraw – bardzo podobnych. I tak jak pewne rzeczy wypada wiedzieć (wspomniana już Antarktyda – Arktyka, gwiazda – planeta, stalaktyt – stalagmit) – to pewne rzeczy warto wiedzieć. Choć moja ocena w tej kwestii jest naprawdę subiektywna – co jest dla mnie ważne, już dla kogoś innego niekoniecznie. W każdym razie na pewno fajnie poznać różnicę – by zabłysnąć w szkole, dla własnej satysfakcji.

Każda rozkładówka to para innych haseł – krótkie porównanie, wskazanie różnic, cech charakterystycznych, ciekawostek związanych z tematem. Do zapoznania się z tekstem zachęca ciekawa szata graficzna – bardzo przejrzysta, usystematyzowana. Pod każdym graficznym kółeczkiem - ilustracją znajdują się ciekawostki do danego tematu. Albo koncentrują się one na jednym haśle albo dokonują porównania dwóch haseł. Często dotykają też luźno powiązanych tematów. Np. przy rzece i strumieniu  poruszono również zagadnienia związane z energią elektryczną, podziałem rzeki na kategorie (przez wędkarzy), najdłuższą rzeką na świecie (Nil czy Amazonka?).

Podsumowując: książka dla małych i dużych chcących poszerzać w atrakcyjny i bezbolesny sposób swoją wiedzę. Ładnie wydana, nowoczesne ilustracje, stonowane kolory, ciekawa treść. Czyta się z  przyjemnością. Na końcu podaję kilka przykładowych par haseł opisanych w tej książce: zarodek – płód, afro – loki, bakteria – wirus, autobus – autokar, dziennik – magazyn, morze – ocean, tornado – cyklon, Niderlandy – Holandia, słoń indyjski – słoń afrykański. Miłej lektury!

Wiek 6+

Wydawnictwo Adamada

niedziela, 21 października 2018

Książki Minecraft podpowiadają, jak grać w grę komputerową, jak wzbogacić swój „stan posiadania” na swoim koncie. Tak sobie czasem myślę, że minecraft … to stan umysłu. Dzieciaki dużo rozmawiają na temat gry, swoich poczynań, porażek. „Podręcznik farmera” podpowiada jak poradzić sobie w świecie minecrafta – by przetrwać, utrzymać się przy życiu, docierać do nowych miejsc i żywności. Gracze w tej części dowiadują się, jak uprawiać przydatne rośliny, hodować zwierzęta. W tym celu potrzebne są leje, gdzie przechowuje się plony. Z czerwonego kamienia można zbudować maszyny rolnicze. Książka podpowie, skąd wziąć światło do wzrostu roślin, jak usprawnić proces hodowli i upraw, by być efektywnym farmerem. Całość została podzielona na części: uprawa roślin, hodowla zwierząt, hodowla wrogich mobów, produkcja bloków. W każdym rozdziale krok po kroku omówiono możliwości techniczne gry – wraz z korzyściami dla gracza. Tak sobie myślę, że to duży plus tej gry dla dzieci, które nie znają wsi. Oczywiście z tą prawdziwą wsią nie ma co porównywać, jednak dobrze wiedzieć, że ziemniaki i buraki rosną na polach, że z buraków robi się barszcz, a dzięki nawożeniu mączką kostną przyspiesza się wzrost roślin. Dzieci uczą się gospodarowania. Muszą planować, by osiągnąć sukces. Myślą do przodu – inaczej coś się nie powiedzie, a tego unika każdy szanujący się farmer – nawet w takiej grze, jaką jest minecraft. Zatrudnianie pracownika, przygotowanie pola i nasion, karmienie zwierząt – to kilka zagadnień, które pomogą okiełznać grę.

Wydawnictwo Egmont

 

Melody Campbell dawno temu straciła oboje rodziców. Od wielu lat wychowuje ją babcia Fay. Obie mieszkają w starym pensjonacie dla turystów. Dziewczynka nie ma wielu przyjaciół – z wyjątkiem chłopca z sąsiedztwa. W dodatku sytuacja w jej klasie nie wygląda zbyt różowo. Melody nie należy do popularnych dziewczyn. Liczą się sylwetka modelki, uroda celebrytek – a tego (ponoć) Melody nie ma. Codziennie spogląda w lustro i widzi: rude włosy, zielone oczy, bladą skórę i piegowatą buzię (mnie się podoba). I choć sama nie ma nic przeciwko takiemu wyglądowi, jest często poniżana i wyśmiewana. Zwłaszcza bożyszcze gawiedzi szkolnej – Ashley, daje się jej we znaki. Jest jeszcze inny ważny powód, dlaczego szkolna piękność nie lubi Melody. Jako córka miejscowego bogacza, podobnie jak ojciec, marzy o tym, by przejąć pensjonat Fay. Tak – babcia Melody ma poważne kłopoty finansowe. Jej stary pensjonat lata świetności ma już za sobą i grozi mu bankructwo. Dręczy ją pan McLusky, któremu wydaje się, że może mieć wszystkich w kieszeni. Tylko czeka, by noga babci się powinęła. Wtedy on będzie mógł przejąć smakowity kąsek – intratną działkę, na której mógłby wybudować luksusowy hotel dla „nadzianych” turystów. Oczywiście jego planom sekunduje mu córeczka.

Książka porusza wiele problemów, które dotyczą współczesnych nastolatków: wyobcowanie w szkole, przemoc i prześladowanie. Liczy się „mieć” a nie „być”, ładny wygląd i idealna sylwetka. W szkole prym wiedzie grupka dzieciaków bogatych rodziców – wydaje się im, że im wszystko wolno. Zresztą zachowanie niektórych nauczycieli w tej kwestii zostawia naprawdę wiele do życzenia. Melody musi szybko dorosnąć. Wprawdzie babcia cały czas się uśmiecha i stara się nie wtajemniczać wnuczki w szczegóły swoich problemów – jednak Melody, jak każda rozsądna dziewczyna, nie jest ani ślepa ani głucha. Melody musi znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Czy jej się uda?

Rozpisuję się, a Wy pewnie się zastanawiacie – co z tym wszystkim mają tytułowe gryfony. Nie zdradzam. Dodam tylko, że ta książka to połączenia różnych gatunków. Znajdziecie też tu odrobinę magii i fantazji, nawiązanie do dawnych celtyckich legend, trochę historii i dawnych wierzeń. Książka, która traktuje o pięknej przyjaźni, dobrych relacjach ze starszymi, braku tolerancji i bogaceniu się kosztem innych.

Wiek 9+

Wydawnictwo Adamada

sobota, 20 października 2018

 

Do tej pory „gościło” u mnie tylko biuro detektywistyczne Lassego i Mai ze Szwecji. Teraz czas na Norwegię. Para dzieciaków: ona - Tiril, on – Oliver. Obydwoje od zadań specjalnych, zachęcają do skorzystania z ich usług. Ponoć „tajemnicze sprawy” to ich specjalność.  Dziadek Olivera wyruszył 10 dni temu na poszukiwania Królowej Dżungli. Para przyjaciół ma podlewać kwiatki i dbać o mieszkanie starszego pana. Tymczasem Oliver otrzymuje od dziadka dziwnego SMS-a z pewną wskazówką. Mają z Tiril przesunąć „wazon z różami”. Cokolwiek to znaczy – jest to początek przygody, której finał będzie w egzotycznych tropikach. Kim jest owa Królowa Dżungli? Dlaczego dziadek Franz znalazł się w opałach? Co oznaczają zaszyfrowane wiadomości? Kim jest tajemniczy pasażer, który śledzi przyjaciół? Czy uda się odnaleźć dziadka całego i zdrowego? W końcu: jakie przygody i niebezpieczeństwa czekają Tiril i Olivera?

Ta książka to nie tylko detektywistyczne śledztwo. To również przygoda, niespodzianki, nagłe zwroty akcji, emocje, gęsia skórka z wrażenia. To też typy spod ciemnej gwiazdy – bo jak wiadomo one zawsze dodają smaczku i pikanterii detektywistycznym historiom. To również śledztwo, które prowadzą sami czytelnicy. Strona po stronie rozwiązują zagadki. Jednym słowem - trzeba mieć oczy szeroko otwarte – bo wskazówki ukryte w tekście okazują się bardzo przydatne. Bogato ilustrowana historia z tropami i radami – co dalej. Książka nadaje się do trenowania czytania – pomogą w tym duża czcionka i dość szeroka interlinia.

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 19 października 2018

Byłam ostatnio w Poznaniu w Empiku i ciągle gdzieś migały mi przed oczyma dzieciaki z „Kicią Kocią” w ręku. Nic dziwnego – Kicia Kocia ma wielu miłośników, też w mojej rodzinie i wśród znajomych. Kicia Kocia i Nunuś to seria kartonowa przygotowana z myślą o najmłodszych dzieciach. Kicia Kocia z Nunusiem wybierają się do pani Kwiatek. A Nunuś jak to klasyczny maluch, co chwila stawia to samo pytanie (skąd ja to znam?): „Czy tu mieszka pani Kwiatek”? I za każdym razem Kicia Kocia odpowiada cierpliwie (co za cudowna starsza siostra) braciszkowi:: „Nie. Mieszka tutaj inna fajna rodzina”. Można otwierać liczne okienka i drzwi, można zajrzeć do środka. A tam liczne sceny z życia rodzinnego wielu ludzi: małych, dużych, młodych i starych. Czasem widać tylko pewne rekwizyty – wiertarkę, lalkę, jakiś instrument. To okazja, by dopowiedzieć swoje historie do napotkanych osób. Każde okienko może być wstępem do opowiadania o kimś. Nic nie jest tu do końca powiedziane – to z dziećmi można nadawać imiona, nazwiska, wymyślać przebieg dnia,  zgadywać co wydarzyło się wcześniej. Książka na pewno pomoże „rozgadać” maluchy na dobre.

Wiek 2+

Wydawnictwo Media Rodzina  

czwartek, 18 października 2018

Kolejna wyprawa do ciekawego miejsca w ramach serii „Mądra Mysz” to opera. Pewien chłopiec ma przyjaciółkę Paulę - śpiewaczkę operową. To ona pewnego dnia proponuje mu poznanie opery „od kuchni”. Wiadomo – artystka z opery może pokazać wszystkie kątki i zakątki. Chłopiec zajrzy tam, gdzie zwykły śmiertelnik wstępu nie ma.  A więc po kolei: foyer, kasy, widownia, scena, nawet blat reżyserski, który, gdy spektakl jest gotowy, znika z widowni, tzw. „kieszenie” do przechowywania elementów dekoracji, rekwizytornia, przebieralnie dla artystów. Książka ma pewnie odpowiedzieć na pytania związane z zawodem śpiewaczki, ale dzieci przy okazji mogą poznać też inne zawody związane z operą czy teatrem: gdzieś w różnych pomieszczeniach przemykają reżyser teatralny, akompaniator, muzycy, dyrygent, inspicjentka i scenograf.  Dzieci mogą zobaczyć jak wygląda próba na scenie, próba śpiewu z akompaniatorem. Poznają różne trudniejsze pojęcia, które są nierozerwalnym elementem życia artystycznego: premiera, partytura, dekoracje, próba generalna, skupienie i koncentracja. Po tej lekturze najmłodsi przekonają się, że śpiewać na scenie to nie takie hop siup. A może kogoś ta lektura zainspiruje do tego, by w przyszłości zostać śpiewakiem operowym/ śpiewaczką operową? Kto wie.

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 17 października 2018

Jak tu zmierzyć się z legendą? Bo przecież znane wielu czytelnikom wydanie „Małego Księcia” – jest czytane i ukochane od tylu już lat? Myślę, że każdy z nas pamięta swoje pierwsze spotkanie z „Małym Księciem” – czarno-białą książką, malutkiego formatu (tak naprawdę to wielkiego formatu), kiedy jeszcze nie była „nakazaną z góry” lekturą szkolną. Ja pamiętam pewne wakacje przed laty, w Bawarii, ciepły dzień, wygodny leżak i orzeźwiający napój miętowo - cytrynowy. To takie moje osobiste książęce wspomnienie. I ten słynny „kapelusz” zaraz na początku. Myślę, że treść wielu jest znana, więc nie będę jej tu zbytecznie opisywać. Legenda, legenda… Paweł Pawlak zmierzył się z trudnym zadaniem. I moim skromny zdaniem – udało się. Książka (dosłownie) dużego formatu – na przekór tradycji i czytelniczym przyzwyczajeniom. Rozmiar słuszny – waga też. Bowiem kartki są grube, wyraźnie czuje się je w palcach. Cudne, kolorowe ilustracje, kojarzące mi się osobiście z malarstwem Miro – ale może tak tylko mi się wydaje. Geometryczne figury: kółka, trójkąty,  odważne barwy.

Sam Pawlak w wywiadzie do Gazety Wyborczej krytykuje tamte, stare ilustracje. W wywiadzie z Agnieszką Sowińską z dnia 28 sierpnia 2018 r. mówi:

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

Na stronie Wikipedii znalazłam ciekawe informacje dotyczące przekładów „Małego Księcia”. Aż 18 różnych tłumaczy podjęło się do tej pory przekładu książki na język polski. A sam język polski to po języku angielskim pierwszy język na świecie, na który przełożono „Małego Księcia”.  W najnowszym wydaniu wykorzystano znane już tłumaczenie Henryka Woźniakowskiego. Ja zawsze przyklaskuję nowym pomysłom – lubię awangardę, lubię, gdy ktoś łamie stereotypy. Dlatego chciałabym, by właśnie ten „Mały Książę” odniósł sukces. Trzymam za niego kciuki.

Wiek 12+

Wydawnictwo Znak

wtorek, 16 października 2018

 

Książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel zawsze mają w sobie to coś. Niby bajki, a jednak nie bajki do końca. Niby dla dzieci – ale i dorosły znajdzie w nich też coś dla siebie. Tak jak w najnowszym jej tytule – o Jeleniu. Dzieci odczytają go inaczej, dorośli – jeszcze inaczej. A takich, powiedzmy pracowników korporacji, wbiją w fotel. Pytanie – czy wyżej wspomniani mają szansę na dotarcie w ich zabieganym życiu właśnie to tej książki? Może przez dzieci właśnie? Proszę nie brać mi tych moich refleksji za czystą złośliwość – bo gdyby się uprzeć, może i każdy dorosły znalazłby w Jeleniu (jakkolwiek to brzmi) – coś z siebie i dla siebie – i ja też? Bo człowiek w  pewnym wieku zaczyna się gubić w powinnościach, obowiązkach, konwenansach, ustalonych z góry porządkach. I tak głupio rzucić wszystko i wyjechać, zamieszkać w chacie z drewnianych bali w jakiejś puszczy na końcu świata. Ale może nie od razu – tak radykalnie. Może pomyślmy najpierw o tym, co w życiu najważniejsze? Może Jeleń zmotywuje nas do mniejszych albo większych rewolucji? W relacjach z innymi, w spędzaniu wolnego czasu, traktowaniu rzeczy posiadanych. Może ułatwi odpowiedź na pytanie: czy lepiej być czy jednak mieć? Sama postać Jelenia, która w języku polskim z jednej strony kojarzy się z dostojnym zwierzęciem, z drugiej od razu nasuwa skojarzenia z niewybrednymi żartami: „robić za jelenia”, „znaleźć sobie innego jelenia”, „jeleń z ciebie” – ma w lekturze niezwykle ciekawą konstrukcję. Tutaj Jeleń ma klasę – to postać elegancka, dobrze ustawiona finansowo, posiadająca wygodne mieszkanko, świetny samochód, pracę. I życie na tip top zaplanowane i uporządkowane, ustalone trasy – którymi Jeleń się porusza: biblioteka, praca, pralnia, sklep. Nawet miejsce parkingowe zawsze jest gotowe na przyjęcie auta Jelenia. Jednak pewnego dnia owo miejsce parkingowe jest zajęte (Ach ten nielubiany sąsiad Muflon!), co oznacza poszukiwania wolnego miejsca dla auta. Jeleń objeżdża nowe rejony, opuszcza znane kątki, zakątki – najpierw osiedla, potem miasta. Dociera do daleko położonego lasu, gdzie poczuje zew ….. czegoś cudownego, znanego od dawna. Odzywają się w nim jakieś atawizmy – zagłuszone dotąd przez wielkie miasto. I to one biorą górą. Okazuje się, że z tego Jelenia to jest super gość, a nie żaden tam … jeleń.

Klimat tej opowieści świetnie oddają ilustracje Grażyny Rigall. Są nowoczesne, w odcieniach szarości. Kolor na topie – jak mieszkanie Jelenia z nowoczesnym dizajnem, układ apartamentowców w mieście, plątanina nowoczesnych dróg. Ma się wrażenie, że jest się w tym miejscu, słychać klaksony spieszących się właścicieli pojazdów – gwar, hałas, nadmiar bodźców zagłuszających zwykłe i proste tęsknoty i marzenia.

 

Wiek 5+
Wydawnictwo Bajka

poniedziałek, 15 października 2018

Krowa Matylda nie chce się kąpać. Nie pomagają zachęty gospodyni – a trzeba przyznać, że akurat w tej dziedzinie kobieta jest naprawdę pomysłowa  – jednak Matylda, podobnie  jak jej daleki kuzyn osioł, jest niezwykle uparta. Ucieka, kryje się po krzakach i za budynkiem  – jednym słowem robi wszystko, by uniknąć wody. Liczne ilustracje pokazują gospodynię i krowę jak ze sobą walczą, przeciągają linę, chcą przekonać siebie nawzajem  do swoich racji – niekiedy nawet siłowo, ale i podstępem. Śmieszna historia pokazująca dalsze perypetie krowy Matyldy. Dzieci mają możliwość poznania życia na wsi z przymrużeniem oka – widać sprzęty, maszyny, inne zwierzęta. Jest dużo szczegółów do odkrywania, pokazywania – na pierwszym planie oczywiście główne bohaterki, które w końcu dochodzą do konsensusu.  I jest oczywiście okazja do tego, by porozmawiać o higienie na co dzień. A może wśród małych czytelników jest ktoś, kto podobnie jak Matylda, też stroni od kąpieli?

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 14 października 2018

 

Po tej książce żaden kamyczek nie będzie już tylko zwykłym kamyczkiem. A już na pewno każdy ciekawy okaz będziemy brali pod lupę – bo a nuż okaże się jakimś cennym trofeum – jak choćby meteorytem, który spadł z wysokiego nieba wprost na naszą posiadłość. Kto wie? Może kiedyś? Radosław Żbikowski o skałach i minerałach wie wiele, a swoją wiedzą dzieli się w ciekawy i przystępny sposób. Obszarów do poznania w tej materii jest bardo wiele. Bo jak się okazuje: skała skale nierówna, piasek piaskowi również, nie mówiąc już o minerałach. Poznajemy zresztą nie tylko ich właściwości, cechy charakterystyczne. Autor przybliża również sekrety Ziemi jako planety – trzeciej od Słońca, jednej  z czterech planet skalistych w Układzie Słonecznym (obok Merkurego, Wenus i Marsa). Czy wiecie, że naszą kulę ziemską można porównać do czekoladowej pralinki? Nie zdradzę jednak, dlaczego. Co jeszcze tutaj znajdziemy – różne różności: np. kryształ jako podstawową jednostkę budowy skał, krzem – najbardziej obok tlenu rozpowszechniony pierwiastek na Ziemi. Całość podzielona została na następujące części tematyczne: minerały, skały magmowe, skały osadowe i metamorficzne. Mnóstwo ciekawostek, konkretnych informacji. Wśród minerałów – pospolite żelazo, które w tej chwili mam na swoim biurku w postaci spinacza biurowego; jak również prestiżowe: srebro i złoto (tu z obecnością na moim biurku już gorzej). Mniej znane szafir, rubin i także leksykalne dziwolągi jak (uwaga) tanzanit czy morganit. Oczywiście nie mogło w tym świetnym towarzystwie zabraknąć diamentów. Wiedzieliście, że w Arkansas w USA w pewnym parku można legalnie szukać diamentów do woli? Ponoć – co znajdziesz to twoje. I ponoć niejeden się nieźle obłowił po wizycie w tym miejscu. Na pewno fajnie dowiedzieć się czegoś o pospolitym kwarcu, czy żelazie. Jednak emocje wywołują tematy bardziej wyszukane. Kto wie, może po lekturze ktoś wyruszy na poszukiwanie ciekawszych i rzadszych okazów. Może ktoś kiedyś natrafi na obsydian, bazalt, pumeks, tuf,  albo piaskowiec, krzemień, wapień, , marmur , kwarcyt i wiele, wiele innych? Oczywiście nie wszystkie one są w zasięgu ręki. Jak je rozpoznać, jak je znaleźć, gdzie ich szukać? Dla mnie ciekawym dodatkiem były informacje o skalach radioaktywnych, na których nasza Maria Skłodowska-Curie straciła zdrowie, przesypując tony blendy uranowej. Co można znaleźć na dnie oceanu, na niebie, co jest zagrożeniem dla skał i minerałów, z czego zbudowane są skały mórz i oceanów, co mówią kamienne księgi, czy balansujące głazy kiedyś się przewrócą, słynne kamienne budowle, imponujące megality, święte skały, skamieniałe zwierzęta i drzewa, w końcu nasza duma – kamień z żywicy czyli bursztyn, wiek skał, nauka zbierania i rozpoznawania skał i minerałów: wiedza praktyczna. Sami widzicie, że wiele tego. Osoby zainteresowane tą tematyką na pewno będą zadowolone. Dodam, że teksty nie są długie. Myślę, że ideą tej książki było głównie zainteresowanie tematem. Wraz z wiekiem i rozwojem pasji trzeba będzie pewnie sięgnąć po inne lektury. Do tego mnóstwo ciekawych zdjęć, które pomogą początkującym przy identyfikacji okazów.

Wiek 10+

Wydawnictwo Multico

piątek, 12 października 2018

Te bajki powstały dzięki najmłodszemu bratu Basi – Frankowi. Od dawna daje się we znaki całej rodzinie wieczorową porą – za nic w świecie nie chce spać. Hałasuje, płacze  - wszystkich boli  głowa. Aż w końcu sama Basia znajduje sposób na małego nocnego marka. Dziewczynka zaczyna opowiadać bratu bajki. I to jest właśnie TO – Kochani, najlepszy sposób na usypanie to bajki. Ta część serii o Basi pewnie zaskoczy jej miłośników, ponieważ do tej pory każda książka traktowała o jakimś ważnym elemencie życia Basi: szkoła, zajęcia baletowe, korzystanie z tabletu, gwiazdka. Tymczasem tu mamy bajeczki wymyślone przez członków całej rodziny: bajki Basi, dziadka, babci, mamy, taty i Janka. Psssst… ciiii Franek po nich szybko zasypia i naprawdę słodko śpi. 24 opowieści w bajkowym i baśniowym klimacie, ale dotykające również codzienności.  Jak na przykład ta o małej dziewczynce, która tak bardzo ukochała żelki, że po wprowadzeniu zakazu żelkowego w domu tak się zezłościła, że z tej złości zamieniała się w niedźwiedzia. Żelki pojawiają się w kolejnej bajce – widać, że są one ważnym elementem dzieciństwa (choć w nadmiarze – oczywiście szkodzą). Wizyta pewnej dziewczynki w Krainie Żelkow najpierw wydawała się spełnieniem najskrytszych marzeń. Tymczasem czym ugasić pragnienie, skoro w strumieniu płyną żelki? I kolejna bajka: chłopiec dostaje psa – znajdę Burego. Mały śmierdziuszek, „kupka nieszczęścia”. Jednak pewnego dnia znika. Chłopiec postanawia odnaleźć przyjaciela po … zapachu. I kolejna: rycerz Franek Kolanek poradzi sobie w każdej sytuacji – nawet w takiej niby bez wyjścia. Pojawia się tam, gdzie są większe i mniejsze nieszczęścia. Ciekawe, co się stanie, gdy rycerz ów wyruszy w podróż w nieznane?

Te opowiastki są naprawdę urocze. Krótkie, z bohaterami z rodziny Basi. Oczywiście mały Franek pojawia się również – i to w najróżniejszych rolach. Maluchy to uwielbiają – móc słuchać o swoich przygodach. Każda bajka czegoś uczy, każda zawiera jakąś lekcję, ale z nienachlanym morałem.

Oczywiście można czytać i naszym dzieciom bajeczki wymyślone prze rodzinę Basi. Jednakże ja sądzę, że sama lektura może też być inspiracją dla nas samych. Bo przecież i my możemy pobawić się w wymyślanie rodzinnych bajek. A może ktoś w rodzinie spisze takie rodzinne bajeczki, na pamiątkę, dla potomności?

Wiek 3+

Wydawnictwo Egmont

czwartek, 11 października 2018

Nunuś chodzi ciągle ze smoczkiem. Nic dziwnego,  wielka jest siła przyzwyczajeń – kocich dzieci również. Co zrobić, by Nunuś w końcu zrezygnował ze smoczka?

Nunuś – to braciszek Kici Koci. Tak trudno mu obyć się bez smoczka. Tymczasem okazuje się, że  życie ze smoczkiem też wcale łatwe nie jest. Bo nie można śpiewać. Bo nie można zjeść jabłuszka. Bo nie można nic powiedzieć. Kicia Kocia – mądra starsza siostra – zabiera Nunusia na spacer. A tam? Ptaszek bez smoczka. I piesek również. I dzieci w piaskownicy. Czas pożegnać się ze smoczkiem. Sami już sprawdźcie – jak do tego doszło. Rozwiązanie dobre do sprawdzenia na swoich dzieciach, którym pewnie też niełatwo pożegnać się ze „smokiem”.

Wiek 1+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 09 października 2018

Przenosimy się do roku 1918, do Lublina. Mietek jest mistrzem w rzucaniu papierowych strzał. Potrafi trafić nawet w lekko uchylony lufcik okna. Ba – w kok nauczycielki. I jest ku temu okazja – bo w powietrzu czuć, że za chwilę w mieście wydarzy się coś ważnego. Polscy żołnierze z hukiem przeganiają Austriaków tam, gdzie pieprz rośnie. Grupka dzieciaków – ich pasje i marzenia. Statki budowane z drewnianych ścinków przez przyszłego marynarza. Książki ukochane przez chłopca nieumiejącego czytać, oglądane z taką pasją. To oni są świadkami rodzącej się wolnej Polski – po 123 latach niewoli. Na ulicy, od przechodniów, mieszkańców co rusz słyszą jakiej ciekawostki z wielkiego świata: a to o rozbrajaniu niemieckich żołnierzy, a to o powstaniu Rady Regencyjnej czy uwolnieniu Piłsudskiego z więzienia. I o petycji, która ma być wysłana do komendanta. Dzieciaki chcą dorzucić swoje postulaty: by w szkole dla uczniów była gorąca herbata i by palono w piecach podczas lekcji. Ale to nie koniec ich pomysłów na „ulepszenie” Polski.

Kolejna część serii „Czytam sobie z kotylionem” jest przeznaczona wyraźnie dla starszych dzieci – i to nie tylko ze względu na wyżej postawioną poprzeczkę dotyczącą umiejętności czytania. Chodzi też o tematykę. Odnosi się ona do sytuacji w Polsce sprzed 100 – lat. Na pewno temat „podejdzie” bardziej dzieciom interesującym się historią.

Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5 - 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

O serii „Czytam sobie z kotylionem” pisałam już tutaj.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 08 października 2018

 

To z jednej strony poradnik dla rodziców małych dzieci, a z drugiej – ciekawy materiał poglądowy i ćwiczeniowy, który można z sukcesem wykorzystywać podczas domowej nauki liczenia. I mimo tego, że autorka głównie kieruje się do rodziców dzieci mających trudności z matematyką, myślę, że całość może być z powodzeniem stosowana przez wszystkich, którzy chcieliby od najmłodszych lat rozwijać matematyczne uzdolnienia swoich pociech. Nauka liczenia – podzielona na pięć części: dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie i różności matematyczne. Na początku wartościowe wskazówki metodyczne dla dorosłych – czyli jak pomagać dzieciom z trudnościami matematycznymi  (może i nauczyciele skorzystaliby ze wskazówek?) A potem już zaczyna się matematyka, która również nawiązuje do dnia codziennego: wykorzystuje dary natury z najbliższego otoczenia: kasztany, orzechy, fasolki, śliwki, kamyki. Dzieci uczą się rysować cyfry po śladzie, poznają pojęcia matematyczne: wynik, składnik, suma, odjemna odjemnik, różnica, czynnik, iloczyn, dzielna, dzielnik, iloraz. Są tu również zagadnienia związane z ułamkami, określaniem czasu i długości. Dzieci trenują matematykę w zabawach, eksperymentach, mnożą na paluszkach, tworzą tablicę mnożenia, poznają znaki: mniejszy i większy. Pomysłów jest bardzo dużo, autorka podpowiada jak tłumaczyć dzieciom trudniejsze zagadnienia, jak trenować matematyczne umiejętności. Wykorzystanie darów natury pozwala poczuć dzieciom tę matematykę dosłownie, poczuć wynik. To nie dodawanie w pamięci – ale dodawanie kasztanów, odejmowanie fasolek. To zupełnie inaczej aniżeli „suchy”, nienamacalny wynik jakiegoś działania.

Bardzo przydatny „pomocnik” matematyczny dla maluchów z ciekawymi ilustracjami Joanny Kłos.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 07 października 2018

 

Od dawna wiadomo, że angielski święci swoje tryumfy i wypada go znać. I że Polacy nie gęsi, też angielski znają. A jeśli ktoś się ociąga (wciąż jeszcze) albo lenił się na zajęciach w szkole – może sięgnąć po Elementarz, który powstał z  myślą o osobach chcących się nauczyć i angielskiego i polskiego. Myślę, że to ciekawa propozycja np. dla Polaków mieszkających za granicą, a którzy chcieliby podsunąć jakiś podręcznik (ale nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu) do nauki języka przodków swoim dzieciom. Ach, odbiorców może być znacznie więcej. Zresztą – motywy do nauki i polskiego, i angielskiego są naprawdę różne. Ja jedynie podpowiadam, że cosik takiego fajnego na rynku już jest. Dla nas, Polaków, nie mających na co dzień do czynienia z jakąkolwiek metodyką nauczania naszego języka ojczystego, na pewno ciekawym doświadczeniem jest zapis wymowy polskich słów dla obcokrajowców: dziękuję (jen-koo-yeh) czy dzięki (jen-kee). Oj, nabrałam przekonania, że nasz język do łatwych nie należy i że lepiej „powalczyć” trochę z angielskim zamiast z polskim. Dlatego też skupię się bardziej na angielskim.

Autorka – znana podróżniczka i obieżyświatka, zapisała wymowę tak, jak się mówi. Oryginalna transkrypcja jest trudna do zapamiętania, dlatego Beata Pawlikowska zapisała tak jak słychać wymowę poszczególnych słów.  To na pewno duże ułatwienie. Nie trzeba co rusz sprawdzać jak powinno się wymawiać daną literę lub głoskę. Materiał od podstawowych zwrotów po bardziej wyszukane słownictwo, które pozwoli odnaleźć się w nietypowych, codziennych sytuacjach. Można też poczytać o różnicach w języku angielskim i wersji amerykańskiej. Elementarz będzie na pewno dobrą książka dla początkujących. Dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z angielskim. By się zmotywować do dalszych działań, a może i sięgnięcia po inne książki w celu rozszerzenia umiejętności językowych. Tutaj są podstawy, które po opanowaniu na pewno pomogą w podstawowej komunikacji z tubylcami. Elementarz został podzielony na poszczególne lekcje. Można sobie zaplanować pracę z książką – np. jedna lekcja regularnie na 1-2 dni. Zawsze jest na początku krótkie wprowadzenie teoretyczne – albo po angielsku dla uczących się polskiego, albo po polsku dla adeptów j. angielskiego. Co mnie się podoba w szczególności:

- Elementarz został przygotowany z myślą o dzieciach i dorosłych. Można uczyć się w pojedynkę, można i z pociechą. W grupce zawsze raźniej. A podczas wspólnej nauki można mieć wielką frajdę.

- Podział na lekcje, które można rozpisać sobie w formie osobistego planera do nauki języka obcego. W ramach postanowień – nie-noworocznych powiem sobie: „Ok. Nauczę się angielskiego. Zamierzam pracować CODZIENNIE przez 15-20 minut. Regularnie. Dla siebie. Dla satysfakcji. Z uśmiechem jak banan”. Zresztą książka przez swoje słoneczne barwy oddziałuje tylko optymistycznie.

- Goethe powiedział, że iloma językami mówisz, tyle razy jesteś człowiekiem. Pewnie warto zatem zgłębić obcy język dla swojego rozwoju. Bo ucząc się obcego języka, zauważamy moc rzeczy, na które wcześniej nigdy byśmy nie zwrócili uwagi.

- Akurat przy tej książce można wykorzystać zasadę maleńkich kroczków. Materiału w poszczególnych lekcjach nie ma aż tak wiele, by się/ lub dziecko zniechęcać. To dobra wiadomość dla tych, którzy pracują i nie mają zbyt wiele wolnego czasu dla siebie.

- Prezentacja materiału przejrzysta i zrozumiała.

- Wymowa „od razu”. I taka dla przeciętnego człowieka – bez zbytecznych mądrości i zakrętasów, które podawane w tradycyjnej transkrypcji normalnie, po ludzku zniechęcają „na wejściu”.

- Spora liczba ćwiczeń. Wiele z nich do tłumaczenia. Ja akurat lubię tę formę sprawdzania wiedzy.

- Przejrzysta prezentacja nowego słownictwa na żółtych marginesach – od razu z wymową.

- Ciekawa forma graficzna. Nawiązująca do obcych kątków i zakątków na świecie. Aż chce się uczyć. Dodam tylko - ilustracje Autorki. 

- Na końcu – klucz do ćwiczeń. Można się sprawdzić. A to, co dobrze zrobione, można powtarzać, powtarzać i jeszcze raz powtarzać. A potem już stosować i cieszyć się ze swoich małych kroczków. I wielkich sukcesów. 

Wiek – dla każdego

Wydawnictwo Edipresse

 
1 , 2