Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 31 października 2017

 

Myślę, że niejednemu czytelnikowi łezka się w oku zakręciła, gdy zobaczył wznowienie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Wydane ponad 100 lat temu – dokładnie w 1913 roku, teraz uwspółcześnione w aspekcie interpunkcji, odmiany wyrazów i pisowni w celu ułatwienia odbioru młodszym czytelnikom.

Obserwowałam jakiś czas temu aukcje dobrze zachowanych „Klechd” z lat 50-tych ubiegłego wieku - osiągnęły cenę kilkuset złotych, a walka o ich zdobycie była zażarta. Sądzę, że to właśnie starsi czytelnicy, wychowani na tych baśniach, chcieli zakupić je do domowej biblioteczki dla swoich dzieci, wnuków, a może i prawnuków. Ja też wychowałam się na tych baśniach - „Klechdy” to dla mnie powrót do dzieciństwa, podróż sentymentalna. Warto się w nią udać.

„Klechdy” pełne są „dziwów i cudów niezrozumiałych”, postaci pobudzających wyobraźnię, księżniczek o egzotycznych imionach, bohaterów o ponadludzkich możliwościach, strachów i potworów, które sprawiają, że dzieci słuchają tych utworów z otwartą buzią.

W środku znajdziecie 6 klechd:

„Baśń o rumaku zaklętym”, „Ali Baba i czterdziestu zbójców”, „Rybak i geniusz”, „Opowiadanie króla Wysp hebanowych”, „Baśń o Aladynie i o lampie cudownej”, „Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze”.


Najbardziej egzotyczną baśnią w dzieciństwie były dla mnie „Opowieści króla Wysp Hebanowych”. Budziły dreszczyk emocji, nieprzewidywalne, z paletą charakternych postaci. Otóż król Wysp Hebanowych miał żonę czarownicę – Chryzeidę. Sęk w tym, że nie wiedział, jak dwulicowa jest jego małżonka. Kochał kobietę z całego serca, natomiast sam obiekt jego uczuć wzdychał i czcił potwora Murzyna. To w jego karku, po odkryciu bezecności żony, król zatopił swój miecz, za co spotkała go sroga kara ze strony Chryzeidy. Został zaczarowany w posąg od stóp do pasa, a mieszkańcy królestwa zostali przemienieni w ryby.

„Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze” spodoba się miłośnikom baśni klasycznych, w których występują dzielne księżniczki. Taka jest właśnie królewska córka Parysada. Kiedy dwaj bracia wysłani po trzy dziwy: dąb – samograj, strugę – złoto smugę i ptaka Bulbulezara nie wracają z wyprawy, Parysada sama udaje się na ratunek najbliższym. Dzieci pewnie zaciekawi motyw soku żywicznego, który potrafi kamiennym posągom przywrócić ludzką postać.

Baśń o rumaku zaklętym pełna jest czarów. Król ogląda z zaciekawieniem magiczne wynalazki i czarnoksięskie odkrycia. Ale nic tak nie przykuwa jego uwagi, jak piękny, rzeźbiony w drzewie czarodziejski rumak. Syna króla sam chce wypróbować rumaka, jednak wyrusza na przejażdżkę nie wysłuchawszy wcześniej „instrukcji obsługi”. Królewicz trafia do krainy, gdzie spotyka piękną księżniczkę, zakochuje się w niej i nie kwapi się do powrotu. Tymczasem czarownikowi od zaklętego rumaka perski król lada dzień zetnie głowę, ponieważ jest przekonany, że królewicz nie żyje i to jego właśnie obarcza winą.


Patrzę za okno na mroźny świat za oknem. Wiatr wieje, nie chce się opuszczać miłych i ciepłych progów. „Winter is coming”. A to dobry klimat, by choć w wyobraźni przenieść się do dalekiej cieplutkiej Persji, gdzie przebogate pałace, latające dywany, cudowne lampy i zaklęte rumaki. Niektóre z klechd: o Ali Babie, Aladynie dzięki kreskówkom i filmom na dobre tkwią w powszechnej świadomości. Warto przeczytać utwory Leśmiana sprzed ponad 100 lat, by samemu się przekonać, jak wyglądać mógł pierwowzór i jak zmieniały się interpretacje, motywy, kanony piękna, treści i przesłanie, jakie niosły ze sobą te utwory.

Podoba mi się mała ilość ilustracji w tym wydaniu. Jest to pole do popisu dla dziecięcej wyobraźni, która zmotywowana pięknym tekstem stworzonym przez młodopolskiego pisarza, zaczyna biec swoim torem i tworzy obrazy w małych głowach.

Książka jest pięknie wydana. Pod kultową obwolutą kryje się książka w błękitnej płóciennej oprawie, szyta, na kremowym papierze.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 28 października 2017

Pamiętacie Krzysię, strażniczkę mieczy, która dba o zamkową białą broń? Na zamku, gdzie mieszka, ciągle się dużo dzieje, kręci się wielu ludzi, każdy ma jakieś zadanie do wykonania. Szlachcic Sir Walter Łysy, właściciel zamku Jutrzenki, wzywa wszystkich na dziedziniec. Ciekawe, jaka jest tego przyczyna? Może wybuchła wojna? Na szczęście powód jest inny. Lady Beta Znudzona ma wkrótce urodziny, w związku z tym uroczystości będą trwały aż 3 dni. Na tę okazję trzeba przygotować atrakcje dla gości: zabawy i turnieje dla rycerzy, bieg w workach, wyścigi na trzy nogi, przeciąganie liny dla gawiedzi. Oznacza to dużo pracy dla Krzysi, która jest odpowiedzialna za część rynsztunku. Polerowanie i ostrzenie mieczy – to zadanie odpowiedzialne i niełatwe. Zresztą wszyscy wpadają w szał przygotowań. W dodatku Sir Walter zadecydował, że również Krzysia ma wziąć udział w rywalizacjach. Przed Strażniczką spore wyzwanie: zawody łucznicze, walka na miecze, wyścig konny przez Mroczny Las. Tymczasem nadworny gołąb zwierza się Krzysi, że Sir Walter już go nie potrzebuje: nie wysyła poczty, nie grucha kołysanek, w dodatku podpatrzył, że jego chlebodawca ma nowego pupilka – jastrzębia. Jeśli jesteście ciekawi, jak się potoczą losy Krzysi, kto wygra turniej i jak zakończą się ptasie kłopoty gołębia – zajrzyjcie do szóstego tomiku serii o strażniczce mieczy.

To już ostatnia część przygód Krzysi. Do tej pory ukazało się 5 części. Krzysia i ptasie kłopoty to ostatnia część – serię przerwała śmierć ilustratora w roku 2013. To sympatyczna przygodówka, z której dzieci mogą dowiedzieć się jak wyglądało życie w dawnych czasach na dworze rycerza. Przystępnie napisana, z humorem, ciekawą akcją i bohaterami – powinna się spodobać.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literówka

piątek, 27 października 2017

Ewa i Paweł Pawlakowie mieszkają w sąsiedztwie ptaków. Jakich? Są tu i szpak, sikorki, słowik rdzawy, sroka, wilga, kos, dzięcioł zielony, pokrzewka, dudek, dzwoniec, szczygieł, makolągwa, sójka, raniuszka, mazurek, rudzik, kowalik, grubodziób i zięba. Dziewiętnaście ptaków, które może i Wy znacie z najbliższego otoczenia.

Bardzo przyjemnie czyta się i ogląda ów atlas. Pełno w nim naszych starych znajomych. Są więc głośne mazurki oblegające (dosłownie) wschodnią ścianę otuloną dzikim winem. Są i szpaki, które łakomie obżerają się gronami tego wina. Jest i sroka rozbójniczka, która zawsze robi wokół siebie wiele hałasu o nic, a którą tak zgodnie przeganiają małe ptaki – oczywiście w komitywie i w wielkiej gromadzie. Jest sikorka bogatka, którą widzę właśnie w momencie pisania tego tekstu na tarasie na odeszczonym stole. Skubie gronka winogrona i spaceruje po mokrej pergoli.

Rodzinnie lubimy ptaki i robimy dużo, by je zachęcić do odwiedzin. Niektóre zamieszkały na stałe (zaczyna brakować miejsca), inne pojawiają się sporadycznie. Dzięki książce wyjaśniła się (chyba) tajemnica zasadzonych dębów w dość specyficznych miejscach – przypuszczam, że to faktycznie sprawka sójki, która od czasu do czasu buszuje w naszym ogródku.


Z wielką uwagą i ciekawością zaglądam do atlasu Pawlaków – bardzo osobistego, bo opisującego swoje własne doświadczenia z różnym gatunkami. Szpaki mieszkające w dachu, sikorki, które zadomowiły się już na dobre, słowiki śpiewające wczesnym rankiem, kiedy dzieci jeszcze śpią. Książka jest wprawdzie dla dzieci, ale również i dorośli ucieszą swoje oko wycinankami z materiałów o różnych barwach i fakturach, jak również ilustracjami wykonanymi tradycyjnie – farbami. Pani Ewa znana ze swoich wycinanek z wielką precyzją powycinała te wszystkie ptasie drobiazgi: oczka, pazurki, piórka. Od czasu do czasu pojawiają się również rysunki małej Hanki Cisło. Również Paweł Pawlak, znany z charakterystycznej kreski, dobrze odnalazł się w rysunku realistycznym.

Teksty czyta się przyjemnie – są one krótkie, takie w sam raz do pierwszego czytania, informacje niedługie ale cenne dla początkującego ornitologa. Litery zostały starannie wykaligrafowane. Każdy opis opatrzony jest też fotografią, są i piórka (nie przy wszystkich gatunkach).

Książka na pewno poznaje ze światem przyrody, zachęca też do swoich własnych obserwacji. Może podczas wyprawy do parku, lasu czy ogrodu uda się odnaleźć jakieś zgubione piórko albo wypatrzeć jakiś gatunek opisany w książce, albo i nowy. Może warto pokusić się o stworzenie własnego albumu ptaków żyjących w sąsiedztwie. Ilustracje malej Hani są takie piękne. To doskonały przykład na spędzenie wolnego czasu kreatywnie.

Wiek 3+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 26 października 2017

To moje pierwsze spotkanie z Kęstutisem Kasparavičiusem. W Polsce, z tego co można wyczytać w Internecie, ukazała się do tej pory jeszcze „Mała Zima”. Książki tegoż autora ukazują się dzięki wydawnictwu Ezop. Cieszę się bardzo, bo zawsze z ciekawością słucham o tym, co w książkach piszczy u naszych sąsiadów. Jest mnóstwo tytułów na półkach księgarskich z krajów Europy Zachodniej i Północnej, Ameryki – a najmniej właśnie z np. Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Litwy czy Rosji. Nie wierzę, że w literaturze dziecięcej nic się tam nie dzieje.

Książka litewskiego autora i ilustratora to prawdziwa perełka. Otwieram stronę znanej międzynarodowej księgarni, wpisuję dane i natychmiast ukazuje mi się długa lista książek o pięknych okładkach, zachęcających tytułach. Chciałabym, by choć kilka w przyszłości ukazało się i u nas (puszczam oczko w stronę Wydawcy).

Profesor Adalbert to rasowy dżentelmen: pies z rodu Labradorów retrieverów. Ma jedną wielką pasję, którą jest sztuka. Właśnie do swojej kolekcji zakupił piękny obraz pt. „Pies na łańcuchu”. Z tej to okazji zaprosił do siebie najznamienitszych obywateli miasteczka. Są wśród nich niedźwiedź Bernard – lekarz medycyny, kozioł Dezyderiusz – doktor nauk humanistycznych, mecenas Ildefons, świnia i dama zarazem hrabina Szarlota, konsul Maurycy z żoną Jasminą – goście z dalekiego Syjamu, lis Fuks – inspektor i czarny kret – agent Ulf. Na wszystkich czeka wielka uczta dla oka – dzieło niderlandzkiego mistrza, jak i dla podniebienia – czyli olbrzymi i pyszny zarazem tort truskawkowy, z którego słynie kuchnia profesora. Obserwując zabrane towarzystwo z boku, ma się wrażenie, że goście zjawili się w gościnnych progach profesora właśnie bardziej dla tego tortu aniżeli obrazu. Choć nie do końca jest to prawdą, bowiem wśród zebranych znalazł się koneser sztuki do tego stopnia zainteresowany obrazem, że pozwolił sobie na jego … kradzież.  

Obecny inspektor Fuks zaczyna śledztwo. I co ciekawe, moim zdaniem nie najważniejsze jest tu rozwiązanie tej zagadki: kto i dlaczego. Choć pewnie młodszych czytelników ten wątek będzie trzymał w napięciu. Autor zaskakuje nas na końcu potraktowaniem samego dzieła sztuki i jego głównego bohatera – czyli psa na łańcuchu. Ten od samego początku budzi współczucie. Biedny, brudny psiak w niewoli. Tymczasem chętnie zdradzę, że historia będzie miała dobre zakończenie i wartościowe moralne przesłanie.

Podobają mi się ilustracje litewskiego artysty i jego styl pisania: trochę prześmiewczy, zadziorny, ironiczny. Ukryta satyra na współczesne społeczeństwo, ukazująca nasze wady i braki. W tekście można doszukać się wielu żartobliwych wpisów, jak choćby tych, które dotyczą zaproszonych gości:  

O lekarzu Bernardzie czytamy: Jeden z leczonych przez niego pacjentów w cudowny sposób uszedł z życiem.

A świnia Szarlota, którą podziwiamy na wielu ilustracjach? Hrabina bywała na wszystkich różnych balach i wieczorkach, chociaż przeważnie nikt jej nie zapraszał.

Literatura na wysokim poziomie, która skłania do refleksji, bawi i jednocześnie wychowuje.

Wiek 6+

Wydawnictwo Ezop

środa, 25 października 2017

Miłośnicy serii Miroslava Šaška „Oto jest…” mają powody do zadowolenia. Właśnie ukazała się szósta część – tym razem o najsłynniejszym mieście na wodzie – mianowicie o Wenecji (po: Paryżu, Londynie, Rzymie, NY i Monachium). Obrazkowa wyprawa do miasta z lat 60-tych ubiegłego wieku – klimatyczna, z klasycznymi ilustracjami, do miejsc, które w ciągu ostatniego półwiecza na pewno uległy zmianie – o czym wydawca zresztą skrzętnie na końcu książki informuje.

Wertuję kartki tam i z powrotem wiele razy. Lubię takie ilustracje sprzed lat – na aksamitnym, miłym w dotyku papierze (nie, spokojnie – nie kredowym!). Te tutaj doprawione dużą porcją humoru: gołębie lądują na głowach  turystów, wazon z kwiatami ustawiony na romantycznej gondoli kołysze się wśród fal, turyści i mieszkańcy brodzą po kolana w wodzie w zalanym mieście, inni poruszają się na specjalnie poustawianych drewnianych praktykablach, olbrzymie dekoracje transportowane są do teatru za pomocą długich gondoli. Na moment można odwiedzić znane miejsca: Bazylikę Frari, Pałac Dożów, Plac św. Marka, Loggettę, pomnik Carla Goldoniego (uwielbiam za „Sługę dwóch panów” z rolą Kobuszewskiego w warszawskim Teatrze Kwadrat), słynne mosty, kamieniczki, drzwi tak oznakowane, że można dostać numerycznego zawrotu głowy, gondole, Canale Grande. Nie sposób wszystkich atrakcji wymienić.


Dowiadujemy się wielu ciekawostek o mieście. Z konieczności niektóre musiały zostać zaktualizowane (na końcu książki), bowiem dziś jest tylko 500 gondoli (w XVI wieku – 10 000), już nie można karmić gołębi (zakaz wprowadzony w 2008r.). Także konie zniknęły z krajobrazu miasta. Słychać za to jak dawniej gwar przekupek, gondolierów, fotografów. Turyści są dosłownie wszędzie, szukają pamiątek w postaci weneckiego szkła i  koronek.

Książka jest cudownym uzupełnieniem kolekcji. Jest też zachętą do wypraw w świat. A jeśli nie uda się nam w Wenecji znaleźć ciałem, to może chociaż ta książka będzie namiastką wyprawy do miasta tak opiewanego w literaturze i filmach.


Mój młodszy syn zobaczywszy okładkę książki stwierdził, że widnieje na niej nasz klasztor. Po trosze to prawda. Otóż w mojej miejscowości miał powstać zupełnie inny budynek – wzorowany mianowicie na barkowym krakowskim kościele Świętych Piotra i Pawła. Prace zostały rozpoczęte. Na placu budowy pojawiał się sam fundator świątyni: Adam Florian Konarzewski. Biedak, tak bardzo się zaangażował w pilnowanie prac, doglądanie i robotników i robót, że pewnego dnia … spadł z rusztowania. Po jego śmiertelnym wypadku wdowa po mężu – pani Zofia z Opalińskich Konarzewska, wyjechała do Włoch, by odzyskać spokój ducha. I tam olśnienie – zobaczyła piękno weneckiej świątyni Santa Maria Della Salute (dźwięczy przyjemnie w uszach?:). Kazała wstrzymać prace w Gostyniu (ciekawe jak to zrobiła – przecież nie było telefonów:))) Napisała list, który musiał dostarczyć posłaniec?) a sama udała się do włoskiego architekta Baltazara Longheny, by przygotował projekt takiego samego kościoła budowanego pod Gostyniem. Udało się – mamy teraz trochę Wenecji w mojej rodzinne miejscowości – perłę baroku i pomnik historii.

Wiek 4+

Wydawnictwo Dwie Siostry

wtorek, 24 października 2017

Niełatwo w dzisiejszych czasach być nastolatką. Wszędzie panuje kult pięknego, wysportowanego ciała. Szczupłość i piękno (często podretuszowane za pomocą programów komputerowych) biją po oczach z okładek magazynów, portali internetowych i filmów. A gdy człowiek – trochę mniej lub trochę bardziej przy kości – chce żyć po swojemu, w zgodzie z nadprogramowymi podarunkami natury, to i tak zdarzyć się może, że ktoś i tak wbrew twojej woli wyciągnie owe „trochę za dużo” na światło dzienne. By się pośmiać, zabawić cudzym kosztem i poniżyć. Tak jak to miało miejsce w pewnym francuskim prowincjonalnym miasteczku. Chamski typek, młodzieniec z miejscowej szkoły średniej, od kilku lat organizuje swój prywatny konkurs na najbrzydszą i najgrubszą dziewczynę roku. Ani władze szkolne, ani rodzice, ani same uczestniczki owego konkursu – nie mogą nic zrobić. Wszystko jest ponoć zgodnie z prawem. W roku bieżącym zaszczytny tytuł „pasztetów” przypadł trzem sympatycznym skądinąd dziewczynom: Mirelle, Astrid i Hakimie. Z początku zastraszone i zawstydzone dziewczęta dzięki charyzmatycznej i energicznej Mirelle postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce – i znaleźć na swój sposób wartość dodaną niechlubnego zwycięstwa. Biorą się w garść i postanawiają pokazać i sobie i światu (choć na początku tylko najbliższemu otoczeniu), że wcale nie najładniejsza buzia jest w życiu najważniejsza. Środkiem do celu ma być kilkudniowa wyprawa rowerowa do stolicy na święto zdobycia bastylii w dniu 14 lipca. Wielkie i głośne wejście, by zagrać niektórym osobom na nosie. Każda z dziewczyn ma swoje prywatne sprawy, tajemnice, sekrety, które przy okazji wyprawy do Paryża chciałyby załatwić i wyjaśnić. W każdym razie – finał na Polach Elizejskich zapowiada się naprawdę obiecująco. Sam plan zaskoczy wszystkich – uczestników wyprawy, obserwatorów, rodziców i opiekunów. Nic nie jest przewidywalne – do samego końca wszystko będzie jedną wielką niewiadomą. Z każdym kilometrem bardziej poznajemy uczestników (jest i brat Hakimy – uczestnik wojna, niepełnosprawny na wózku inwalidzkim), odczytujemy, co zaprząta myśli, co budzi strach i wątpliwości. Zadajemy sobie pytanie: czy każdy postąpi według wcześniejszych ustaleń i planów. I im bliżej końca jesteśmy, tym bardziej jesteśmy przekonani o tym, że te osoby mają dla nas jakąś niespodziankę. A może same idą na żywioł – co będzie, to będzie. To opowieść nie tylko o jakiejś tam wyprawie do Paryża. To nie zagranie rozpieszczonej dzieciarni czy foch. To opowieść o podróży w głąb siebie. Wiele kilometrów trzeba było przepedałować, wielu różnych ludzi trzeba było spotkać na tej drodze, by zrozumieć siebie, by dokonać rewizji swoich poglądów i przekonań. Sprawy niełatwe, skomplikowane, często niezależne od nich samych.

Pasztety do boju to błyskotliwie napisana powieść dla młodzieży, z ciętą ripostą, zaskakującymi zwrotami akcji, charakternymi bohaterami. Na przemian – można przy niej się śmiać, płakać, wkurzać, delektować intelektualnymi przemyśleniami. Jedyny minus tej lektury jest taki, że kiedyś się kończy. Zdecydowanie za szybko.

Wiek 14+

Wydawnictwo Dwie Siostry

poniedziałek, 23 października 2017

 

O Yeiti wszyscy mówią, ale nikt go nigdy nie widział. Tymczasem okazuje się, że rodzina Yeitich istnieje, ma się całkiem dobrze i wysoko na jednym z himalajskich szczytów prowadzi hotel. Wiedzieliście o tym? Żaden człowiek nigdy nie postawił tam swojej stopy. Każdy dzień ma swój rytuał: ciepły posiłek i piękna piosenka dla gości, krótki spacer, piosenka pośniadaniowa. Wśród gości (liczne grono) wywołana zostaje dyskusja na nasz temat – ludzi. Wielu z obecnych ma doświadczenia bardziej i mniej osobiste. Niektórzy spotkali człowieka, widzieli. Komarzyca Bzybzy, mysz Pipilotta, sowa Nihuhu, wilk Chaps, kotka Furkotka, leniwiec Lulu, kapucynka Kiki, rekin Szczęki. Opinie o nas nie są zbyt pochlebne. Od tych nieprzychylnych narzekań aż w głowie się kręci. Jak się zachowujemy w różnych środowiskach i sytuacjach, co jemy, jak myślimy, jak wyglądamy, jak się odzywamy. Zwierzęca satyra na nas samych a prawda nie zawsze jest miła. Choć  ciekawe to doświadczenie usłyszeć, co myślą o nas inni i jakie wady w nas widzą. Zakończenie jest zaskakujące – bo naprawdę w górach pojawia się człowiek. Ciekawe, jak po tych wszystkich opowieściach hotelowych gości Yeti zachowa się w stosunku do zagubionego himalaisty. W każdym razie – czytelnik z tej historii może się wiele nauczyć.


Współczesna, ciekawie zilustrowana opowieść – patrzę na książki wydawane przez Dwie Siostry. Ich oferta dotyczy i książek klasycznych – wznowienia tytułów, które ukazały się wiele lat temu – jak i całkiem nowych, niekiedy wręcz awangardowych.  Dodam jeszcze, że książka Marzeny Matuszak otrzymała wyróżnienie w konkursie Jasnowidze.


Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 22 października 2017

Na pewno pamiętacie Mamę Mu. Jakiś czas temu, po dość długiej przerwie, powróciła w wielkim stylu – w formie komiksu.

W środku cztery zabawne historie, w których spotykamy dwójkę starych przyjaciół: Mamę Mu i Pana Wronę. Dwie różne osobowości, jak ogień i woda. A wiadomo nie od dziś, że ładunki różnoimienne się przyciągają – co zresztą przypadek krowy i wrony potwierdza. Dwa silne charaktery, również dwie recepty na życie. Mama Mu to osobowość optymistyczna, realizująca w swoich przedsięwzięciach maksymę Horacego „Carpe diem”- Chwytaj dzień. Mama Mu widzi tylko jasne strony życia, wiecznie uśmiechnięta, potrafi znaleźć z każdej sytuacji wyjście, dla niej szklanka jest zawsze do połowy pełna. Pan Wrona – krzykacz jakich mało, niesamowicie głośny i roztrzepany pesymista. Dużo w jego życiu NIE. Tego nie można, nie wypada, kto to widział – ciągle kłapie tym swoim dziobem. Choć nie można mu odmówić uroku.

Mama Mu chce pojechać na wycieczkę. Marzy o tym, by rozłożyć kocyk na skraju lasu, nad jeziorkiem i pochrupać świeżutką trawkę. Jest jedno „ale”. POGODA - NIEPOGODA. Wielki przeciwnik wyprawy, Pan Wrona, na wiadomość o drożdżówkach dla niego nie zazna już spokoju. I nie da spokoju swojej przyjaciółce. I to do ostatniego okruszka smakowitego wypieku.

W historii „Sto szczeniaków” Pan Wrona znów narzeka na świat wokół: szczeniaczki to mają dobrze, a żony gospodarzy to złe kobiety. Całe pyszniutkie jedzonko trafia przecież do psiej miski a nie do jego dzioba. Jest coś, co ugłaszcze na szczęście Pana Wronę. Także zdanie na temat tych niby złych żon się zmieni.

Ostatnia historia z listy tytułów traktuje o przyjaźni. Mama Mu odwiedza domek Pana Wrony. Wszak do tej pory to on zawsze odwiedzał krowę w oborze. Pan Wrona czyni jej z tego powodu wyrzuty. Wniosek z tej historii taki, że ścieżki, którymi się nie chodzi, zarastają. Trzeba pamiętać o bratnich duszach, trzeba pielęgnować przyjaźń – w przeciwnym razie wszystko stanie się byle jakie. Jeśli nie wierzycie, że krowy potrafią się wspinać, zajrzyjcie do książki.

I na koniec – środkowa historia o staniu na jednej nodze  i chodzeniu po linie. Oczywiście w roli głównej Mama Mu. Moim zdaniem to najważniejsza historia w tym tomiku – dlatego zostawiłam ją na deser. O tym, że jeśli mamy ochotę coś zrobić – zróbmy to. Nawet jeśli nie leży to w naszej naturze, nawet jeśli wszyscy dookoła będą oburzeni (Pan Wrona!). To nasze życie i my decydujemy, jak przez nie przejdziemy.

Wesołe historie, z których można się wiele nauczyć, podpatrzeć, co ważne, a czym sobie nie zaprzątać głowy. Świetne są te relacje Mamy Mu z Panem Wroną. W dobie smartfonów, tabletów, gdy kontakty z drugimi sprowadzają się do rozmów przez telefon, wysyłania sms-ów, jesteśmy tu świadkami życiowych, emocjonalnych interakcji. Taaaak – Mama Mu i Pan Wrona wiedzą, że żyją.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

sobota, 21 października 2017

Kolejna część serii Czytam sobie została poświęcona najbardziej znanej Polce Marii Skłodowskiej-Curie. Tyle już napisano na jej temat – że można pokusić się o stwierdzenie – czy aby już nie dosyć? Przeczytałam kilka tytułów związanych z podwójną Noblistką (również tych dla dzieci) i muszę przyznać, że bardzo przyjemnie czyta się tę krótką opowieść Ewy Nowak. Wciągnęły mnie lapidarne opisy zawierające kwintesencję, zaciekawiły. Napisane tak prosto, wyjaśniają wiele znaków zapytania z życia pani naukowiec, przekazują informacje o jej życiu, zaznajamiają z wiedzą z dziedziny fizyki i chemii. Autorka skupiła się na najważniejszych momentach z życia Marii, bez zbędnych dłużyzn. Po lekturze – ma się nieodparte wrażenie, że dobrze poznało się osobę Skłodowskiej-Curie. Ewa Nowak napisała m.in. o narodzinach malutkiej Marysi, śmierci matki, nauce na pensji, zaangażowaniu w Latającym Uniwersytecie, wyjeździe na prowincję do państwa Żorawskich, nieszczęśliwej miłości do Kazimierza, wyjeździe z materacem do Paryża, biednym życiu na 6 piętrze, małżeństwie z Piotrem, pracy w laboratorium, przerzucaniu ton ziemi, otrzymaniu Nagrody Nobla z fizyki i chemii, pracy na uniwersytecie, wyjeździe do Stanów, chorobie, zaangażowaniu w pracę dla żołnierzy podczas I wojny światowej. Dzieci mogą na przykładzie tej biografii ćwiczyć czytanie, przy okazji dowiadują się mnóstwo ciekawych rzeczy o Marii. Przyznam się, że w kilku miejscach lektura mnie wzruszyła – ot taki produkt uboczny czytania:)


Książka została wydana w ramach serii „Czytam sobie”, poziom 3 (połykam strony). Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5- 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

piątek, 20 października 2017

Rodzina 14-letnie Faith opuszcza swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i udaje się na maleńką wyspę Vanne. Dziewczyna nie zna dokładnych powodów owych nagłych przenosin. Podsłuchane rozmowy, lektura dokumentów oraz pojawiające się w stosunku do jej ojca określenia: kłamca i oszust, pozwalają przypuszczać jedynie, że przyjazd na wyspę to swego rodzaju ucieczka przed konsekwencjami niecnych działań jej ojca – zasłużonego męża nauki w kwestii skamielin. Dość senny początek, zatopiony w obfitych strugach deszczu, rozwija się stopniowo w trzymającą w napięciu intrygę, pojawiają się tajemnicze i mroczne motywy, a punktem kulminacyjnym całości staje się śmierć ojca rodziny. Faith nie wierzy, że to właśnie wypadek był jej przyczyną i dlatego stawia dość śmiałą tezę o morderstwie i zrobi wszystko, by udowodnić swoje podejrzenia. W tym momencie całość nabiera rozpędu, pojawia się mnóstwo ciekawych wątków, postaci. Stopniowo wyjaśniane są zagadki, w tym również ta z tytułowym drzewem kłamstwa, które nie jest tutaj przenośnią, ale jak najbardziej obiektem materialnym – w dodatku mającym ogromną siłę sprawczą.

Drzewo kłamstw to wciągająca i mroczna powieść przenosząca czytelnika ok. 150 lat wstecz do epoki wiktoriańskiej. Ma specyficzny klimat. Mieszanina wielu gatunków: powieści obyczajowej, kryminału, historycznej, przygodowej, science fiction i thrillera. W skrócie można by się pokusić o takie podsumowanie: skamieniałości, falsyfikaty, morderstwo i wiara w siłę nauki. To powieść wielopłaszczyznowa. Ciekawa obyczajówka ukazująca realia życia w XIX wieku, stosunki panujące w rodzinie mieszczańskiej w konserwatywnej Anglii. To też ciekawy obraz społeczeństwa tamtej epoki – zainteresowanego przyrodą. To był prawdziwy boom – umiłowanie natury zapanowało w najróżniejszych kręgach. Znalazło ono odbicie w zakładanych słynnych ogrodach angielskich, podróżach egzotycznych i zbieraniu litografii z motywami zwierząt i roślin, kolekcjonowaniu skamielin i dziwacznych okazów ze świata fauny i flory.

Epoka wiktoriańska to czas, w którym kobiety nie miały wiele do powiedzenia. Generalnie wszystko sprowadzało się do tego, że to mężczyźni są mądrzejsi niż słaba płeć (co za określenie!). Takie zdanie jest też zaprezentowane w powieści. Faith musi zderzyć się ze ścianą. Niemile widziane jest prezentowanie swojej wiedzy w tzw. towarzystwie, przedstawianie swoich racji, naukowych pasji. Kobieta ma w życiu codziennym określone zadanie do spełnienia, ale nie jest to na pewno angażowanie się w sprawy nauki. Dlatego Faith czuje się jak outsiderka. To osoba wykraczająca poza epokę: ma ambicje, marzenia, chce sama o sobie decydować. Tyle, że na to akurat brakuje społecznej zgody. Mało tego – takie podejście do życia nie znajduje zrozumienia również u rodziców dziewczyny. Faith mimo swojej wiedzy i pasji nie urośnie do rangi parterki do rozmów z ojcem, powierniczki jego tajemnic. To ciekawy obraz, zwłaszcza dla współczesnej młodzieży, która może nie mieć wystarczającej wiedzy na temat minionej epoki. Może to w czytelniku rodzić bunt i emocje, chciałoby się potrząsnąć bohaterką i zawołać: weź się garść, dziewczyno. Kobieta w epoce wiktoriańskiej nie mogła o niczym decydować – ani o majątku, ani o przyszłości swojej i dzieci. Była jak bluszcz owijający się wokół swojego małżonka.

Książkę można czytać na różne sposoby – mnie bardzo zainteresowała kwestia roli kobiety w tamtych czasach – co pewnie widać po mojej recenzji. Wyjaśnienie morderstwa, śledztwo prowadzone przez Faith było ciekawym elementem fabuły, aczkolwiek najbardziej interesowała mnie postać głównej bohaterki – zwłaszcza to, jak się odnajdzie w nowej sytuacji, jak pokieruje swoim życiem. Ciekawie zostały przedstawione inne kobiety z wyspy. Właściwie żadna nie wzbudziła mojej sympatii, brakowało mi tu kobiecej solidarności. Czy był to zabieg celowy czy przypadek?  Zostaję sama z tym pytaniem, nie potrafię na nie odpowiedzieć. Polecam bardzo powieść Frances Hardinge – została ona nagrodzona prestiżową nagrodą Costa Book Award. Myślę, że zasłużenie.

Wiek 14+

Wydawnictwo Czarna Owca

czwartek, 19 października 2017

Tytuł od razu skojarzył mi się z postacią Ryszarda Lwie Serce. Król Anglii brał udział w wyprawach krzyżowych i do dziś jego bohaterstwo i męstwo są opiewane w bajkach, filmach i książkach.  Nasz bohater tymczasem też jest dzielnym człowiekiem, który przeżywa mnóstwo przygód i musi stawić czoła niebezpieczeństwom. Co ciekawe, to właśnie mały czytelnik może zadecydować o losach rycerza, posłać go tam, dokąd uważa za słuszne. Czasem prowadzi go przez wiele kartek, miejsc – a tu – bach – trzeba wrócić do początku. Tak więc, niech Was nie zmyli cienka grubość lektury, bo ta akurat o niczym nie świadczy. Powroty do punktu wyjścia, w sam środek wyprawy, powodują, że czytanie zaczynamy od początku. I nawet jeśli pojawi się u dziecka irytacja, za chwilę jest radość, że oto znów udało się przejść kolejny etap.

Oprócz rycerza pojawiają się inni bohaterowie – i dobrzy, i źli: Jelonek Rogacz (ten jest baaaardzo nieuprzejmy), Pstrągowa Dama (oj, budzi grozę), hrabia Królik, ciemny pies czy grzeczny (!!!) diabeł. Drogi prowadzą do wielu ciekawych miejsc: w głąb drzewa, do sali herbowej, na turniej rycerski, do labiryntu pełnego schodów, jaskini lwów, dziwnego lasu. Można poza książką z dzieckiem porozmawiać o tych miejscach. Może przyjdą im do głowy jakieś ciekawe opisy.

Dziecko, chcąc przejść do kolejnego etapu, musi rozwiązać pewne zadania: odnaleźć hełm Jelonka Rogacza, różnice w herbach, instrumenty ukryte w jaskini, klucze, rybkę. Dzieci na pewno poradzą sobie z tymi wyzwaniami.

Książka ma ciekawą szatę graficzną, wyraziste choć nieprzeładowane kolory. I moim zdaniem ma wiele plusów. Po pierwsze: ćwiczy kreatywność. Dziecko musi trochę nagłowić się, którą drogę wybrać. Nie wie, co go czeka na kolejnym etapie. Może w małej główce analizować różne za i przeciw. Po drugie: ćwiczy spostrzegawczość: ta przyda się w poszukiwaniu rozwiązań do postawionych zdań. Po trzecie: uczy cierpliwości: zanim mały czytelnik dojdzie do mety trochę wody w rzece upłynie. Kilka razy dziecko będzie musiało zawrócić i zaczynać od nowa. Po czwarte: dziecko uczy się, że jest działanie – jest i konsekwencja. Każda decyzja niesie z sobą brzemienne skutki. Nie są one zawsze miłe. Po piąte: dziecko uczy się przegrywać. W drodze do mety czekają różne niebezpieczeństwa, nie wszystkie etapy uda się przejść z tarczą. Każda porażka czegoś uczy. Ważne: co nas nie zabije to nas na pewno wzmocni. Po szóste: buduje relacje z rodzicami. Bo tę książkę najlepiej czyta się  kimś. Można dyskutować, spierać się, śmiać się, dopowiadać historie. Czy może być coś piękniejszego?

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 18 października 2017

Nie jest łatwo ugotować jajko na miękko. Wstrzelić się w owe kultowe 3-4 minuty (ponoć w zależności od rozmiaru). I ani sekundy czy dwóch dłużej – bo wszystkie starania na nic. Bo nie uzyska się konsystencji  idealnej. Wiedzą o tym ci, którzy lubią kucharzyć i oczywiście przepadają za jajkami na miękko właśnie. Ale gdy się jest królem – jak Gromoryk – to trudniej jest jeszcze bardziej, bowiem wiadomo nie od dziś, że król ma ważniejsze sprawy na głowie, a w dodatku raczej ma wszystko podane na tacy pod nos. Jajka na miękko też.  Jest więc usprawiedliwiony, że nie ma pojęcia o tym, jak się owe jajka gotuje. Oj, jest dużo śmiechu przy lekturze o najnowszych perypetiach króla Gromoryka. Bo wyobraźcie sobie króla w kuchni. No, wyobraźcie sobie. Już na samą taką myśl buzia wykrzywia się w słodkiego rogala. Przewodnikiem kulinarnym jest nie kto inny jak kot Gaduła. I znów buzia wykrzywia się w rogala. Równolegle do ich „kuchennych” przygód dzieją się inne ciekawe rzeczy: matematyczne, ściśle mówiąc, trenujące spostrzegawczość, kreatywność maluchów. Dzieci mogą kolorować ptaki, doklejać brakujące postacie, ćwiczą pojęcia związane ze stopniowaniem przymiotników – mierzą dżdżownicę, słoiki, próbują odnaleźć w milionach schodów te właściwe, napełniają słoiki różnymi wiktuałami, ozdabiają naczynia kuchenne. To tylko niektóre z zadań. Można wykorzystywać swoje umiejętności, można sięgnąć po naklejki z końca książki. A w ramach serii „Wielkie umysły” spotkacie wielkiego filozofa i matematyka Kartezjusza. Podoba mi się takie połączenie książki dziecięcej z poważniejszą tematyką.

Pełna humoru książeczka (choć staram się unikać tego zwrotu) – która pomoże przy nauce czytania (duże litery, szeroka interlinia), matematyki – moim zdaniem świetna propozycja na podróż albo do długiej kolejki. By zabić nudę (jak to brzmi!) i wykorzystać czas i przy okazji się czegoś nauczyć.

Wiek 5+

Wydawnictwo Egmont

 

wtorek, 17 października 2017

Siedmioletni Bartek i jego mama spędzają tygodniowe wakacje w USA. Przewodniczką po Waszyngtonie jest przyjaciółka mamy. Syn Anny nosi imię „Lincoln”. Przy okazji rozmów oboje amerykańscy przyjaciele wyjaśniają, dlaczego chłopiec właśnie jest Lincolnem. Jak się okazuje to na pamiątkę prezydenta USA – Abrahama Lincolna, szesnastego prezydenta stanów Zjednoczonych, symbolu zniesienia niewolnictwa po wojnie secesyjnej. W pigułce przedstawiono losy biednego chłopca, który dzięki swojej ciężkiej pracy, samokształceniu, ambicji i marzeniom zajął najważniejszy urząd w państwie. Oprócz postaci samego Lincolna dzieci dzięki tej małej książeczce poznają charakterystyczne budowle: Biały Dom, Kapitol, pomnik Tadeusza Kościuszki, mauzoleum Lincolna. Zasmakują trochę wiedzy o USA – pojęcie stanów, niewolnictwa, abolicjonizmu, plantacji bawełny, konfederacji, wojny secesyjnej. Na końcu książki jest oczywiście słownik trudnych wyrazów – w przystępny sposób opisano tam wszystkie nowe pojęcia.

Książka została wydana w ramach serii „Czytam sobie”, poziom 3 (połykam strony). Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5- 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 15 października 2017

Taaaak, na pizzy można świetnie ćwiczyć matematykę. I nie tylko na niej. Jak się okazuje – matematyka jest wszędzie – nawet w świecie ślimaków, podczas przeprawy przez rzekę i tańca, jedzenia spaghetti, układania klapek parkietowych, w ulach pszczelich, na obrazie Leonarda Da Vinci. Nie odnosi się tylko do lekcji matematyki, które przebiegają zazwyczaj według utartego schematu – dlatego nudzą. Nie ma na nich czasu na ciekawostki, niesztampowe i zwariowane zadania, informacje o wielkich umysłach matematycznych. Bo program, po podstawa, testy, sprawdziany, egzaminy. Tymczasem Anna Ludwicka stara się pokazać inną twarz matematyki (jakkolwiek to brzmi). Matematyka może być zagadką, tajemnicą, zabawą. Może fascynować, intrygować, niepokoić. Może motywować do myślenia, szukania swoich rozwiązań, projektów, pomysłów. Ostatnimi czasy ukazało się mnóstwo matematycznych książek dla dzieci. Nie typowych podręczników, ale pozycji, które chcą ukazać atrakcyjność królowej nauk. Nie jest to łatwe, bowiem wiadomo nie od dziś, że matematyka do najłatwiejszych nie należy. Bo matematyka to nie tylko obliczenia, ciągi, potęgi, równania, zbiory. To również rysowanie rozmaitych figur bez odrywania ołówka, kreskowanie  mazakiem powierzchni w jednym kierunku. To pojęcia, które brzmią jak muzyka: fraktale, krzywa  Jordana, wstęga Möbiusa, topologia, spirala Fibonacciego. A wzrost wykładniczy? Figury jednobieżne? Od razu kojarzą mi się ze studiami matematycznymi? Tymczasem Autorka przybliża te pojęcia już starszym dzieciom.  Czasem brzmi ta matematyka jak nie z tego świata, ale czy przez to nie jest właśnie intrygująca? Spróbujcie matematycznej pizzy, razem z dziećmi pobawcie się matematyką. Mam nadzieję, że uda Wam się okiełznać potwora matematycznego – właśnie dzięki tej książce.

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

sobota, 14 października 2017

Pojawienie się książki „Idol. Frida Kahlo” zbiegło się z otwarciem wystawy meksykańskiej malarki w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Jeżeli ktoś się wybiera do stolicy Wielkopolski, to książka ta będzie cennym uzupełnieniem, pamiątką wydarzenia – zwłaszcza wtedy, jeśli towarzyszyć w tej wyprawie będą młodsi miłośnicy sztuki. Jeśli nie – wówczas książka Justyny Styszyńskiej może stać się chociaż namiastką obejrzenia oryginałów i ciekawym źródłem informacji na temat życia i twórczości malarki. A życie to było – trzeba przyznać już po lekturze -  bardzo burzliwe, nie wolne od trosk i różnych wypadków. Justyna Styszyńska skrupulatnie wybrała najważniejsze wątki, zwłaszcza te, które zadecydowały o tym, że Frida w ogóle poświęciła się sztuce. Poważna choroba, wypadek, dom rodzinny, związek z Diego Riverą. Do tego informacje na tematy związane z malarstwem: niezbędne przyrządy, wyjaśnione pojęcia jak: podobrazie, sztaluga, szpachla, pastele, pigmenty itp. Autorka pomaga w interpretacji wybranych dzieł sztuki, ale zostawia też otwartą furtkę do własnej oceny – a potrzebne są do tego dobre chęci i wyobraźnia. W książce jest też coś w rodzaju kursu malowania i rysowania. Z pomocą krótkich wskazówek autorki samemu można stworzyć portret i martwą naturę. Są i naklejki – one pomogą wyposażyć pracownie malarskie, odwiedzić znane na całym świecie galerie sztuki, zorganizować wystawę prac Fridy, oraz … ubrać malarkę w tehuany – czyli słynne stroje – suknie, które też można podziwiać na autoportretach.


Zaletą te książki jest to, że nie ma w niej przesytu informacji, natomiast zostały wybrane te, które są istotne dla poznania życia Fridy i interpretacji jej dzieł. Dużym plusem jest zaangażowanie dzieci do współtworzenia tej książki. Podczas lektury przydadzą się ołówki, kredki i farby.

Wiek 9+

Wydawnictwo Widnokrąg

czwartek, 12 października 2017

W książce „AUTOCHODY” każdy miłośnik motoryzacji znajdzie coś dla siebie. I ci, którzy nie przepadają za nowinkami, bo są tu klasyczne pojazdy: jeep, motocykl, taczka, skuter śnieżny, wóz strażacki. I ci, którzy z wypiekami na twarzy śledzą, co w świecie auto-moto piszczy.  Od tych technicznych nowości aż głowa boli. Czegóż tu nie ma? Jajowóz turystyczny, kamieniołaz, pędząca struna. Ba – jest tu coś takiego jak wyniosłe auto, mobilne okno na świat, parojazd, monokołobil. Mam nadzieję, że przy zapisywaniu tych nazw nie popełniłam jakiegoś błędu:)

Nawet miłośnicy książek znajdą tu coś dla siebie: ciekawe, czy możecie sobie wyobrazić coś takiego jak księgarówka? A czy widzicie przed oczyma pojazd, jakim porusza się wielbiciel frytek, malarstwa, Mondriana, matematyki, kamelii? Jeśli nie starcza Wam wyobraźni zajrzyjcie do książki.

Autor  zaskakuje nas z jednej strony swoimi pomysłami, z drugiej zaś - zachęca do wymyślania swoich wynalazków. A rozkładówka aż się kusi (choć nie wiem na pewno, czy taki był zamysł Wydawnictwa), by chwycić za kredki i samemu pokolorować świat, w którym od różnych pojazdów, aut i maszyn aż w głowie się kręci.

Jednym słowem – książka z dziesiątkami różnych miniaturowych pojazdów – do oglądania, studiowania, porównywania. I do śmiechu, bo niektóre techniczne rozwiązania i nazwy rozkładają na łopatki:)))

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

środa, 11 października 2017

 

 „Psociniec” to zbiór wierszy o kociej i psiej tematyce. I moim zdaniem to doskonała odskocznia od zabieganej rzeczywistości. Ciągle narzekamy na brak czasu, gonitwę za karierą, pieniędzmi. Psociniec to miejsce, w którym mieszkają mistrzowie psot – czyli pies i kot. I wierzcie mi – zalatany człek XXI wieku z przyjemnością odpocznie w towarzystwie tej menażerii. A co te zwierzaki wyprawiają, ho, ho! Faktycznie, psocą na całego. Fajnie oderwać się od rzeczywistości , zapomnieć o troskach dnia codziennego: dwójce w szkole, kłopotach w pracy. Już ilustracja do tytułowego wiersza to swego rodzaju obietnica tego, co nas czeka podczas lektury całości. Zanurzamy się w tę zieleń po uszy, krzaki, wylegujemy się wygodnie na słońcu. Myślimy przy tym o niebieskich migdałach i oczywiście przyglądamy się temu, co w Psocińcu piszczy. O przepraszam: miałam napisać : szczeka i miauczy.

Pod schodkiem przysiadł mały kotek. Bez domu, bez imienia. Och, jaka wielka ochota w małym człowieku, by to stworzenie przygarnąć. Mama na pewno się zgodzi.

Koty chodzą swoimi ścieżkami. Wybornie odzwierciedla to wiersz pod znamiennym tytułem: „Gość”. Kocur pojawia się i znika. Dokąd idzie? Gdzie tak długo przebywa? Skąd wraca? Nikt tego nie wie.

Pewnie spodoba się Wam „Kocia kołysanka” – jak nic kojarząca się od razu z kultowym: „A-a-a kotki dwa”. Tyle że ciąg dalszy już inny, nastrojowy. Jeśli ktoś ma maluszka – to koniecznie do nauki na pamięć i do szeptania do uszka podczas zasypiania. Będzie to miłe wspomnienie z dzieciństwa. To dla kociarzy. A jeśli ktoś ma psiaka – jest i psia wersja:)

Wiersze różne pod kątem nastroju – senna „Kocia kołysanka”, energiczna i śmieszna „Samochwała”.

Wiecie, jest coś, co mnie baaaaardzo zaskoczyło. Mianowicie – wiersz o rottweilerze. Ha, ha – kto by pomyślał, że i ten psiak znajdzie swoje miejsce w poezji. A jednak. A tu proszę – w dodatku jaki tekst – „rottweiler w Pruszkowie spał zawsze z kotem na głowie”. Zabawi Was artysta, który trenuje na konkurs piosenki”, i mądrala ze Zgierza  co to myśli  „co jest cięższe: tona stali czy pierza”. A może wiersz „Gra”? podsunie Wam pomysł na zabawę „Zlaprękawek”.

Dużo inspiracji, dużo zabawy, odprężenia od codzienności. Takie podglądanie zwierzaków, ich zachowań, zabaw.

Nie mamy ani psa ani kota – za to jesteśmy posiadaczami chomiczki Szarusi. Zawsze, zanim bladym świtem udam się do pracy, chwilę spędzam przy jej klatce. Wyprawia takie rzeczy, że od razu dzień staje się weselszy. Taki Psociniec pod naszym adresem:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura

 

Nastoletnia Gwen przez wiele lat żyła w cieniu swojej kuzynki Charlotty.  Tamta była pępkiem świata, ciągle w cieniu zainteresowania całej rodziny. A to ze względu na gen poszukiwacza czasu, którego posiadaczką miała być niby Charlotta. Od dziecka przygotowywana na podróże w czasie do różnych epok, dodatkowe lekcje, zajęcia, długie rozmowy, specjalna troska. I oczekiwanie na TEN moment, kiedy będzie można wyruszyć do przeszłości. Tymczasem los spłatał figla i okazało się, że to właśnie ta szara myszka, zwykła dziewczyna z sąsiedztwa – 16-letnia Gwen została obdarzona rodzinną przypadłością. Darem czy raczej przekleństwem? Gwen przez tyle lat przyzwyczaiła się, że to nie ona jest wybranką losu. Dlatego też, jak tylko pojawiły się pierwsze mdłości i dziwna acz niespodziewana eskapada w zupełnie inne czasy – dziewczyna jest naprawdę przerażona, nie wie co zrobić. Szuka nawet odpowiedzi na pytanie, czy dwie osoby mogą nosić ów gen. Można sobie wyobrazić, co będzie się działo. Bo takie przenoszenie bohatera w zupełnie inny wymiar czasowy daje wiele możliwości. Osobiście zawsze lubiłam wędrówki w czasie bohaterów książkowych. Zwłaszcza w literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Wspominam doskonale przygody Andy z „Godziny pąsowej róży” (też miała 16 lat) czy Małgosi z powieści Ewy Nowackiej. Ale to już temat na kolejny wpis.

Co ma w sobie książka Kerstin Gier?

Po pierwsze okładka.  Ja się śmieje nawet, że jeśli wejdziecie do księgarni lub biblioteki i spojrzycie na porozkładane książki, to właśnie ta okładka Was sama znajdzie. Przyciąga oko. Wprawdzie moja babcia Marianna mawiała: Ładna miska jeść nie daje, ale „Czerwień rubinu” na pierwszym spotkaniu oko w oko może tylko zyskać. Ciąg dalszy Waszej oceny będzie zależał już tylko od tego, czy dacie się skusić i zajrzycie do środka.

Po drugie: motyw wędrówki. Już wspominałam, bardzo lubię. I lubię tę mieszaninę współczesności z przeszłością. Tę swego rodzaju nieporadność bohaterki, jej gapowatość. Gwendolyn znajdzie się w zupełnie innej epoce i musi poradzić sobie z wieloma przeszkodami dnia codziennego, które ja tu tak górnolotnie określę jak (chociażby) konwenanse, język, wątki kulturowe.

Po trzecie: główna bohaterka. Tutaj zupełnie nieprzygotowana do roli, jaką ma odegrać. To kuzynka Charlotta od małego wychowywana była świadomości, że oto któregoś dnia przyjdzie jej się zmierzyć z takim wyzwaniem jak podróż w czasie: inni ludzie, inna otaczająca rzeczywistość. Taka konstrukcja bohaterki daje autorowi naprawdę wiele możliwości. Kerstin Gier wiedziała jak tę wartość dodaną wykorzystać.

Po czwarte: książkę czyta się lekko i przyjemnie. Mieszanina bajki z powieścią obyczajową. Jest coś dla tych, co to lubią łezkę uronić. I dla tych, którzy rozkoszują się humorem sytuacyjnym czy językowym. Jest i wątek miłosny.

Słuchajcie, Kochani – jesień się zaczęła, ciepła herbatka do rąk, dobra książka do tego, ciepluchny koc – i wieczór będzie udany. Dodam jeszcze, że książka się sprawdzi i jako lektura dla nastolatków, i dla dorosłych, zwłaszcza dla tych, którzy lubią pewne sprawy potraktować z przymrużeniem oka.

Wiek 12+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 10 października 2017

Zaczyna się jak w filmie sensacyjnym … dla dzieci oczywiście:) Irenka z całej siły kopie stojak na rowery. No tak – klucz został w domu – trzeba wracać ze szkoły na piechotę, rower zostaje. Poznajcie wspomnianą już Irenkę – dziewczynkę energiczną (co wiadomo już od samego początku), o bogatej wyobraźni, wychowywanej przez mamę. Jest uczennicą w pobliskiej małej szkole. Czy ma przyjaciół? Trudno powiedzieć. Niby jest Zosia, ale dziewczynka nie zdała egzaminu z przyjaźni. W życiu Irenki jest również tata, ale tak naprawdę to też go nie ma. Jest mama – kochająca Irenkę ponad wszystko. Dalej – tytułowa Nieja. Dziewczynka, która sprawi, że w życiu Irenki i jej mamy nastąpią duże zmiany.

Ale zanim do tego dojdzie Nieja pojawia się w najmniej spodziewanym momencie na starej maszynie do pisania. Nieja – ni to krasnoludek, ni wróżka, może duszek? Choć nie, to ostatnie określenie wyraźnie ją oburza. Przybywa z „równoległej rzeczywistości, z innego wymiaru”. Nieja dodaje tej historii klimatu, tajemniczości, zagadki. Z pojawieniem się Nieji wyjaśniają się do razu dziwne niespodzianki związane z niewytłumaczalnym zniknięciem musztardy lub ketchupu. Dalej, kogo my tu mamy: jest pan Panek, który od samego początku nie wzbudza ciepłych uczuć. Coś jest nie tak, wyczuwamy instynktownie, że Irenka i jej mama powinny go unikać. Koniec książki pokaże, że przeczucie nas nie okłamywało.

Nieja i ja to debiut Antoniny Kasprzak. Pokazuje dzieciństwo pełne tajemnic i przygód. Świat Irenki, w którym żyje, nie jest wolny od trosk. Dziecko przeżywa, gdy nie ma przyjaciół, gdy czuje się opuszczone przez najbliższych (ojciec). Jednocześnie czuje, że ma wsparcie ze strony mamy, Nieji i nowego przyjaciela Franka, który chętnie pomaga w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Właśnie ta tajemnica jest dużym plusem tej opowieści. Irenka dzięki Nieji może odbyć podróż w czasie i poznać mało znaną historię rodziny. Podglądnąć swoich przodków, przekonać się na własne oczy jak wyglądali i jak żyli. Ho ho – to naprawdę ciekawe przeżycie. Przeżycie, które na pewno będzie kosztowało Irenkę, jej mamę i czytelników troszkę nerwów. Bo wiadomo – z rodzinnymi tajemnicami już tak jest – wywołują emocje, ale jednocześnie niesamowicie zaciekawiają. Ten wątek sprawia, że książkę trzeba po prostu doczytać do samego końca – na jednym wdechu.

Ilustracje bardzo mi się podobają. Zresztą popatrzcie sami.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Bis

sobota, 07 października 2017

Bardzo byłam ciekawa tej książki. Znałam wcześniej strrrrraszne opowieści Poe’go i korciło mnie, by sprawdzić, czy w istocie można tę książkę polecić młodszemu odbiorcy. Książka zawiera cztery tytuły: Czarny kot, Maska czerwonej śmierci , Żaboskoczek i Upadek domu Usherów. Moje pierwsze spostrzeżenie: nie jest to na pewno lektura łatwa – panuje tu klimat grozy tajemnicy i mroku, są elementy przemocy. Drugie – ilustracje Grimly’ego wprowadzają do sfery czytania niesamowicie dużo luzu, odprężenia i humoru. Przez jego wizję świata opowieści amerykańskiego poety można potraktować z przymrużeniem oka. Ilustracji jest naprawdę mnóstwo. Niektóre dokładnie odzwierciedlają stan ducha, wnikliwie analizują nastroje: jak w filmie klatka po klatce. Świetnie wyrażają emocje: strach, złość, mroczne wizje i plany. Ale w tym wszystkim jest miejsce na humor, ironię, sarkazm. Czarny kot – sprawca wielu nieszczęść w pierwszej opowieści – tak naprawdę śmieszy. Świetnie został przedstawiony ten typ spod ciemnej gwiazdy – i w sferze tekstu i obrazu – przebiegły osobnik, który konsekwentnie realizował swój plan.


Z czterech opowieści najbardziej podobała mi się druga o czerwonej śmierci. Poe doskonale zobrazował strach przed epidemią, zatracenie w zabawach, hulankach, swawoli, jedzeniu bez umiaru, próbę odgrodzenia się od chorych, morowego powietrza. Wszystko na nic – śmierć i tak dociera do uciekinierów, którzy schronili się na zamku.

„Opowieści tajemnicze i szalone” zostały skrócone i uproszczone dla potrzeb młodszego odbiorcy. Było to konieczne – ale myślę, że zabieg ten się udał. Czy podsunąć tę książkę dzieciom? Decyzję zostawiam rodzicom i wychowawcom. Pewnie wiele zależy tu od wrażliwości i przygotowania odbiorcy. Można czytać wspólnie, można najpierw o lekturze porozmawiać. Generalnie …. dzieci lubią się bać. Lubią opowiadania koszmarne, z horroru żywcem wzięte. Zatem….. może się zdecydujecie podsunąć młodym. Świetnie odnajdzie się tu w lekturze również starszy czytelnik – dla niego będzie to naprawdę uczta literacka.


Wiek 12+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 06 października 2017

Uśmiałam się, gdy czytałam o KOT-cie. Nie, nie pomyliłam się. To nie o zwykłego kota chodzi, ale o… KOT-a. Czyli: Kompletowanie Obsady Teatralnej. Takie czasy, że trzeba motywować młode talenty, zza kwiatków wyciągać, z różnych kątków i zakątków – by chciały się zaangażować w sztukę. W tym temacie spore doświadczenie ma pani Ela. Już ona sama wie, gdzie zajrzeć, gdzie szukać „chętnych”. Wprawdzie jeszcze niezbyt przekonanych do nowego zadania – ale to tylko kwestia czasu. Kółko teatralne „Konewka” zamierza wystawić sztukę o Konwencji praw dziecka, która została przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych z dnia 20 listopada 1989 roku. W Polsce została przyjęta w 1991 roku. I teraz w tym momencie chciałabym uspokoić, że nie ma tutaj nudnych wywodów, wykładów na ten temat – to zapis spontanicznych rozmów, jakie odbywały się podczas prób do przedstawienia, reakcje młodych ludzi, interpretacje pewnych ustaleń i zapisów. Dużo się dzieje, jest głośno, wesoło, czasem pyskato. Wiadomo, młodzi ludzie chcą dojść swoich racji, chcą uzasadnić, dowiedzieć się. W każdym razie – nie można się nudzić.

Przerobić ten temat na książkę, które będą miały czytać dzieci, na pewno jest wyzwaniem. Autor wplótł różne zagadnienia do rozmów aktorów z opiekunką teatru. Stworzył scenki, w których pojawiają się ważne pojęcia. Jednocześnie nie ucieka się do monotonnych definicji, ale próbuje wyjaśnić problem właśnie poprzez dyskusję – prowadzone ot tak sobie, mimochodem. Dodam, że jest bardzo twórczo i kreatywnie.

Pomijając już tematykę przedstawienia, Kasdepke ciekawie pokazuje relacje między dziećmi (choć pewnie niektórzy z nich nie byliby zadowoleni z tego określenia). Często my, dorośli, narzekamy, że media społecznościowe, dostęp do tabletu, Internetu zabija te relacje, psuje. Dzieci mają potem problemy w nawiązywaniu kontaktów, wypowiadaniu się. Tymczasem w tej książce wygląda to wzorcowo: rozgadana dzieciarnia, współpracująca ze sobą, dążąca do tego samego celu, z  dystansem traktująca problemy, szukająca rozwiązań, dyskutująca z dyrektorem. Naprawdę mi się podobało. W końcu  ma do tego prawo, co po tej lekturze jest dla nas oczywiste:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

czwartek, 05 października 2017

Skąd takie imię Ronja? Ponoć Astrid Lindgren wzięła książkę telefoniczną, wybrała dwie nazwy firm, z każdej po jednej sylabie, i proszę. A Ronja dzięki takiemu zabiegowi jest dziś znana na całym świecie.

Rzecz dzieje się w czasach średniowiecznych, gdy po lasach grasują prawdziwi zbóje. W starym zamku warownym Mattisa przychodzi na świat słodkie dziewczę Ronja. Tej nocy piorun uderzył w zamek i przepołowił go na dwie części. Można sobie wyobrazić, jakie zmiany nastąpią na zamku po pojawieniu się wśród zgrai zawszawionych zbójów małej dzieciny. Ronja rośnie sobie zupełnie nieświadoma profesji wykonywanej przez ojca i jego kompanów. W dodatku do drugiej części zamku wprowadza się śmiertelny wróg Mattisa – Borka wraz ze swoją zgrają i synem Birkiem. Między dziewczynką i chłopcem rodzi się przyjaźń.

To jedna z najpiękniejszych książek. Jest tyle ważnych wątków, na które warto zwrócić uwagę. Przede wszystkim przyjaźń – na śmierć i życie, oddanie wierność, bycie ze sobą na dobre i złe. Młodość, z całym jej szaleństwem, buntem, wybuchami. Jest powolne odchodzenie od rodziców, są trudne, czasem bolesne wybory. Jest w końcu miłość ojcowska – spontaniczna, zaborcza, ale też pełna strachu i troski o dziecko. Jest miłość matczyna – trochę cicha, z boku, ale jakże mądra, wzruszająca, wyrozumiała, altruistyczna. Wielkim bohaterem tej książki jest dziewicza przyroda, rozległe lasy, rzeka, jeziora pełne zwierzyny. Ronja i Birk kochają i szanują wszystkie dary natury, nie istnieje dla nich rozgraniczenie: Las Mattisa czy Las Borki. 

Książka, którą można czytać w różnym wieku – bo za każdym razem odkryje się w niej coś innego. Młodsze dzieci na pewno zwrócą uwagę bardziej na przygody Ronji i Birka, ich kłótnie, przekomarzania, w końcu przyjaźń. Starsze- odkryją aspekty relacji między ludźmi, moralności i rzeczywistości. Ja – słuchając teraz głosu Wojciecha Malajkata zupełnie zatopiłam się w opisach przyrody, które gdzieś mi umykały podczas kontaktu z papierową książką. Były jak balsam na duszę.

Mojego młodszego syna bardzo wciągnęła ta historia – pięknie zresztą zinterpretowana przez Wojciecha Malajkata. Słuchał, i słuchał…. aż minął dzień. Tak to jest z dobrymi książkami.

Wiek 8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 04 października 2017

Pewnie nie raz spotkaliście się z opinią: „Ja w twoim wieku….”. I potem następowała cała lawina przykładów czego to rodzice, dziadkowie i ciocie z wujkami w naszym wieku (ponoć) nie robili. Tymczasem, gdyby tak przenieść się wehikułem czasu do przeszłości, rzeczywistość wyglądałaby inaczej. Ach, mieć taką możliwość i podejrzeć tych wszystkich narzekaczy, którzy ponoć byli czyści jak łza, bez wad. Sama słodycza – a ta, jak wiadomo, w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. I właśnie tym tropem poszedł Paweł Beręsewicz, który w zabawny sposób prześledził losy pewnego powiedzonka w rodzinie Maćka.

„Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!”

Od współczesności do czasów Polski pod zaborami. Choć spokojnie – to informacja dla tych, którzy nie lubią zbyt historii. Autor skupił się tu na relacjach rodzinnych i pewne daty zapalające światełko: oho: czasy powstania styczniowego czy listopadowego, naprawdę niewiele tu wnoszą. Raczej pozwalają usytuować dane wydarzenie w czasie. A więc przenosimy się do czasów pra-, prapra-, praprapra- i prapraprapradziadka. Wszystkie pokolenia chłopaków rodziny Maćka, ich figle, żarty i komentarz dorosłych, którzy, jak się okazuje, wcale lepsi od niego nie byli.  Każdy rozdział to kolejny pan z rodziny – w relacji z rodzicami. Jakiś zwariowany pomysł, który powodował, że rodzice przez pół nocy przez dziecko nie spali. I słynne powiedzonko, które już cytowałam, jako podsumowanie zachowania. I znów wyprawa w czasie – tym razem autor powiedzonka w akcji – tyle że ze swoimi rodzicielami.

Książka może skłoni do rodzinnych wspomnień, szukania podobnych historii. To też doskonała okazja, by przenieść się do przeszłości, czasów lamp naftowych, długich sukien, cylindrów i meloników, gazet, zabaw podwórkowych do zmroku. Ktoś kiedyś powiedział, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka pozostaje taka sama. Pewnie psoty i figle – drodzy Rodzice, są wpisane w naturę małych dzieci. I nic tego nie zmieni. Co świetnie udowodnił Paweł Beręsewicz.

Książka bardzo się podobała mojemu młodszemu synowi. Oj, było wesoło podczas lektury.

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 03 października 2017

 

Tak, tak, kochani. Mamom zdarza się chorować. A gdy już jakaś mama położy się do łóżka (co, pewnie wiecie z własnego doświadczenia, łatwe wcale nie jest) – wówczas wszystko w domu „leży” też. Basi i Jankowi jest z tego powodu bardzo przykro. Więc – kiedy tata proponuje wyjście na basen radości nie ma końca. Cała trójka udaje się do nowoczesnego obiektu kąpielowego, gdzie czekają na nich różne fantastyczne atrakcje. Na przykładzie Basi i Janka najmłodsi poznają to miejsce, uczą się odpowiedniego  zachowania. Bieganie po mokrej powierzchni może skutkować nieprzyjemnym wypadkiem – takim, jaki spotkał główną bohaterkę.

Czas na basenie – dla Basi, Janka i taty to pięknie spędzony czas. I choć ojciec z tęsknotą spogląda na jacuzzi – to widać, że tak naprawdę jest w swoim żywiole, tapla się w wodzie z przyjemnością ze swoimi pociechami. Pływanie, zabawy, coś dla ciała przy barze. Na szczęście chora mama dochodzi do siebie. Po powrocie okazuje się, że stan jej zdrowia idzie ku lepszemu, natomiast tata ….. wykończony, zasnął. Ale ciii – cytując książkę – sen to najlepszy lekarz.

Kolejna „Basia” oswaja maluchy z codzienną rzeczywistością. Udana część, dzięki której maluchy nie znające basenu mogą go poznać, rozwijaj słownictwo o wyrazy „około basenowe”. Basię zawsze polecam gorąco.

Wiek 3+

Wydawnictwo Egmont

 

poniedziałek, 02 października 2017

Ostatnimi czasy ukazało się kilka ciekawych lektur dla młodych miłośników motoryzacji. „Ale auta” niewątpliwie do nich należą. Gdy jeszcze do tego dodam, że ilustracje są autorstwa Macieja Szymanowicza – można już tylko westchnąć – to naprawdę musi być „niezła bryka”. Historia samochodu napisana niesztampowo, zaskakująco, ze wszystkimi smaczkami – czyli również towarzyszącymi im opowieściami o serach cheddar i roquefort (ale o tym sza). Żarty na bok. Choć nie sposób je tu pominąć, bo choć z jednej strony książka przekazuje naprawdę dużo informacji na temat przeszłości samego samochodu, sprzętu, imprez z nim związanych, to zostało to przekazane w sposób niezwykle lekki, niekiedy z przymrużeniem oka, a często właśnie z dużym poczuciem humoru. A wspomniane sery mają swoje zaszczytne miejsce w jednej z samochodowych historii.

Wprawdzie autor nie zaczyna od samego początku – czyli jak to z kołem było, ale sięga do dawnych czasów, kiedy jeżdżące maszyny pojawiły się na drogach Europy, czym budziły przestrach wśród mieszkańców ale i zaciekawienie. Uruchamianie pojazdu na korbę, sygnalizowanie skrętów rękoma, światła – od karbidowych lamp po dzisiejsze diodowe cudeńka,  historia znaków drogowych, czy różnego rodzaju dodatki do aut: jak trąbki, maskotki, termometry, reflektory itp. W kilku miejscach pojawia się tematyka produkcji samochodu – od długiego cyklu trwającego kilka tygodni, potem dni , by osiągnąć w końcu cel: czyli nowoczesna hala produkcyjna, w której auto powstaje w ciągu kilku godzin.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie: bo mowa jest też o modzie samochodowej, znanych kultowych modelach, reprezentantach polskiej motoryzacji. Można zobaczyć jakimi samochodami jeździło się w czasach PRL-u. Powiało również nowoczesnością, bowiem dzieci dowiedzą się, z jakich materiałów produkowane są współczesne auta, poznają tajemnice bolidów.

Książka jest świetnie zilustrowana. To swego rodzaju wędrówka po różnych epokach – a tej wyprawie towarzyszy oczywiście główny bohater – samochód. Szymanowicz celująco uchwycił klimat czasów długich sukienek i skórzanych pilotek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

 
1 , 2