Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 29 października 2013

Chyba nietaktem byłoby przedstawiać Doktora Dolittle:) Tak, tego pana, z Puddleby nad rzeką Marsh, który bardziej rozumiał zwierzęta aniżeli ludzi. Rozmawiał z nimi w ich języku, pomagał im całym sercem, przeżywał najróżniejsze przygody. Pewnie kaczka Dab – Dab, papuga Polinezja, prosię Geb – Geb czy małpka Czi – Czi to niezapomniani bohaterowie wielu z nas. Ja najmilej wspominam pierwszą część serii Doktor Dolittle i jego zwierzęta (1920). Według Wikipedii w Polsce ukazało się dwanaście części całej serii. Ponoć Doktor Dolittle na Księżycu (1928 r.) miał zamykać cały cykl. Na szczęście czytelnicy nie dali za wygraną – i tak jak to było w przypadku Artura Conan Doyle'a i jego Sherlocka, to za sprawą ich próśb powstały kolejne części. Niektóre z nich ukazały się już po śmierci pisarza. Ta o Tajemniczym Jeziorze – została wydana u nas dopiero w 1987r. I chyba nie należy do najbardziej znanych, ale na pewno jest warta uwagi.

W tej części pojawia się Tomek Stubbins, który pełni rolę narratora. Jest sekretarzem Doktora – no cóż, ten oddaje się tylko i wyłącznie nauce i potrzebuje pomocy. Właśnie bada nasiona melona przywiezione z Księżyca. Pewnego dnia szarą codzienność przerywają zaskakujące odwiedziny londyńskiego wróbla Pyskacza. To on wspomina Tomkowi o starym przyjacielu Doktora – żółwiu Błotnistej Skorupie, który był tak stary, że pamiętał czasy arki Noego. Przed laty Doktor spisał wspomnienia żółwia do zeszytów, które powinny leżeć spokojnie w bibliotece. Sęk w tym, że cenne notatki te w dziwny sposób zniknęły, a żółw Błotnista Skorupa zaginął w nieznanych okolicznościach. Doktor rusza ze swoimi przyjaciółmi w długą i niebezpieczną podróż na ratunek przyjacielowi.

Klasyczna powieść, pełna przygód, która przenosi nas w egzotyczne zakątki dalekiej Afryki. To też podróż w czasie – bowiem Błotnista Skorupa opowiada o tym co działo się na Arce podczas biblijnego Potopu.

Jeśli szukacie książek dla dzieci o zwierzętach – to ta pozycja należy do tych ambitniejszych tytułów. Dobra proza, w której jest miejsce na ciekawą fabułę, mądre dialogi, refleksję i humor – to na pewno za sprawą wspomnianego już Pyskacza. Książka dla prawdziwych moli – liczy sobie 503 strony, w środku znajdziecie czarno – białe ilustracje Marii Gromek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Znak

 



niedziela, 27 października 2013

Wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością. Raz - to jedna z moich najukochańszych książek dzieciństwa, dwa – bardzo lubię charakterystyczny głos Agnieszki Kunikowskiej: dźwięczny, melodyjny, czysty (użyczyła swego głosu m.in. księżniczce Fionie w Shreku). Nawet gdy dzieciarni brak czasu (!!! - taaaaaaaak, takie rzeczy się zdarzają) na wysłuchanie audycji w Radio Dzieciom, dla czystej przyjemności, dla siebie, podsłuchuję z czystej sympatii panią Agnieszkę podczas porządkowania rozgardiaszu w naszym domu, jaki powstał wskutek całodziennej nad-aktywności moich synów. Książkę przeczytałam baaaaardzo dawno temu, po latach wypożyczyłam już strasznie sfatygowany egzemplarz na odkurzenie wspomnień. Kiedy jakiś czas temu Dwie Siostry wydały reprint książki Clare Compton (seria Mistrzowie Ilustracji), zaraz zakupiłam i podarowałam chrześniaczce, by również spróbowała nadziewanych daktyli:))) Po latach znów zajrzałam dyskretnie do książki dzieciństwa. No cóż – stara i prawdziwa miłość naprawdę nie rdzewieje. Trwa wiecznie.

Pewnie współczesne pokolenie tego nie zrozumie, ale kiedyś to właśnie taka Cukiernia to był dla mnie Zachód. Londyn brzmiał jak wyprawa w Kosmos. Trudno to teraz pewnie zrozumieć, gdy do stolicy Anglii można wybrać się bez żadnych problemów na wycieczkę weekendową. A więc sam Londyn, metro (tutaj nazywana podziemną koleją), fantastyczny klimat malutkiej cukierenki prowadzonej przez babkę cioteczną Zofię – trudno taką było znaleźć w cukierniach (wówczas państwowych molochach) w moim miasteczku. No i te słodko brzmiące nazwy tych wszystkich słodkości wypiekanych przez dziewczynkę. Nie uwierzycie, ale to dzięki tej książce zapadły mi w pamięć … daktyle. Gdy już jako dorosła osoba w końcu ich spróbowałam (przyznaję – na początku smak trochę mnie rozczarował), znów stanęła mi przed oczami tamta Cukiernia.

Książka jest o dwóch siostrach: jedenastoletniej Ani i sześcioletniej Kici, które muszą zamieszkać na pół roku u ciotecznej babki Zofii. Ich ojciec został oddelegowany do dalekiego Melbourne w Australii. Dziewczynki, z początku niezadowolone z tego faktu, wrastają dość szybko w klimat prowadzonej przez ciotkę Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami. Kicia i Ania oczywiście tęsknią, ale ciotka i ich druga opiekunka – Klocia, robią wszystko, by umilić pobyt dziewczynkom. Zwiedzają Londyn, pichcą najróżniejsze pyszności - gorące placuszki, chrupki czekoladowe, guziczki miętowe; zawiązują ciekawe przyjaźnie, a Ania zaczyna pracować w teatrze.

To taka trochę staroświecka powieść, gdzie wszystko toczy się w powolnym angielskim, niekiedy flegmatycznym, tempie. Ale na tym właśnie polega jej urok. Świat, którego już pewnie nie ma – Ania to dziewczynka w zaplecionych warkoczach, prasuje swoje kokardy do włosów, uwielbia dzieła Szekspira, nie buntuje się, jest grzeczna, od razu nawiązuje świetny kontakt z opiekunkami. Jej obraz w ogóle nie pasuje do współczesnych nastolatków. Mała Kicia wnosi wiele humoru do powieści – zwłaszcza wtedy, gdy przekręca wyrazy.

W książce pachnie wanilią, owocami, korzeniami, kawą – to pierwsza moja smakowita książka, gdzie w fabule pojawia się niby przypadkiem różne pyszności. Posłuchajcie koniecznie!

 

Czas trwania 5 godzin 21 minut

Ilustracje: Maria Orłowska - Gabryś

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry



sobota, 26 października 2013

Piękna i wzruszająca, mądra, pouczająca, wyzwalająca silne emocje. Coś w człowieku pęka podczas lektury. Nie zgadza się na takie traktowanie, takie (przecież nie swoje własne – ale czyjeś) życie. Ogarniają go wściekłość, współczucie,  gotowość do buntu. Bije się z myślami, a co by było, gdybym to ja była na miejscu Liny. Inaczej spogląda się na swoje życie, w którym przecież niczego tak naprawdę nie brakuje, a ciągle i tak się narzeka. Właśnie dlatego takie książki są potrzebne – by nie zapomnieć – to raz, i by nauczyć się może trochę pokory, wyrozumiałości względem swoich czasem bardzo wygórowanych marzeń i ambicji. By ostygnąć, nabrać tchu i cieszyć się – cieszyć z tego, co zostało nam dane. Z małych rzeczy również. Że żyje się teraz – w tym momencie, a nie wtedy.

Tak mogłabym w skrócie podsumować  tę powieść i wrażenia polekturowe. A temat nie jest łatwy, bowiem to książka z katalogu książek łagrowych.

Lina ma dopiero 15 lat i całe życie przed nią. Ma wielki talent – pięknie rysuje i maluje, jest zafascynowana malarstwem Muncha, zwłaszcza jego obrazem: Krzyk. Bardzo przeżywa napad Sowietów na jej kraj – Litwę. W jej domu – gdzie ojciec był rektorem Uniwersytetu, często poruszano kwestię patriotyzmu, choć przed dziećmi unikano rozmów na tematy związane ze Stalinem i ZSRR. Przeżyła to, co znamy z historii i innych książek. Nagłe walenie do drzwi, wytargnięcie bolszewików do mieszkania, dwadzieścia minut na spakowanie się, wywózkę w wagonach bydlęcych na Sybir. Gdyby pisać o tym ogólnie – liczbach wywiezionych, zabitych, zagłodzonych na śmierć – to zawsze robi wrażenie. Jednak dopiero pojedyncze losy, osobiste tragedie pozwalają dokładniej zgłębić temat. Bo przecież podobnych życiorysów były tysiące, miliony. Tutaj uczucie współczucia wzmaga na pewno forma narracji. Lina opowiadana nam o tamtych wydarzeniach w pierwszej osobie – zupełnie tak, jakby siedziała obok i zwierzała nam się z największych tajemnic. Bo przez długie lata mogły być to tylko tajemnice. Nawet po opuszczeniu łagru za wspomnienie o tym co działo się na Syberii, groziła kara ponownej zsyłki. Sama książka – to ciekawe doświadczenie również z tego względu, że mogliśmy mieć możliwość poznania tamtych czasów z perspektywy Litwinki. Nie jest to historia prawdziwa. Autorka spędziła wiele godzin, dni na rozmowach z ludźmi, którzy przeżyli piekło na ziemi. Z tych różnych losów powstał wzruszający życiorys Liny, która wchodzi w dorosłość za kołem podbiegunowym. Poznaje co to miłość, tęsknota, strata najbliższych. Jak tylko nadarza się okazja zapisuje swoje wspomnienia w formie rysunków, które musi skrzętnie chować przed NKWD.

Ludzie  wywiezieni, którzy nazywani byli prostytutkami i złodziejami, zachowali swoją godność. Książka robi wrażenie.

Bardzo polecam!

Wiek 15+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



piątek, 25 października 2013

Kroniki, dosłownie połknęliśmy. Mimo późnej pory nie dawałam się za długo prosić o kolejny rozdział, bo mnie również ta książka wciągnęła. Cały cykl  traktuje o rodzeństwie w wieku szkolnym, które rozwiązuje różne zagadki. Rodzice Ani i Bartka są archeologami – stąd pewnie zainteresowania dzieciarni właśnie w takich tematach.  Rodzeństwo przyjaźni się paczką rówieśników z Anglii. Zainteresowania te same – a wzajemna pomoc – nieoceniona. Każdy tom traktuje o czymś innym. Na stronie wydawnictwa znalazłam pozostałe tytuły:  w pozostałych tomach pojawiają się Grecja, Chiny, Egipt i oczywiście Polska.

W tej części dzieciaki dostały zaproszenie od ciotki Barbary, która na Tasmanii jest dziennikarką. Przypadkowo natrafiła na ślady Diamentowej Doliny i szalonego Lorda. Jest tutaj krótka podróż do przeszłości – zwłaszcza na początku książki, kiedy to poznajemy 9-letniego Williama. Właśnie stanął przed sądem, gdyż został oskarżony o kradzież rodowej pamiątki – sygnetu z diamentem, należącego do lorda C. To u niego matka Williama jest pomywaczką. Rzekomo syn lorda, Artur, na własne oczy widział, jakoby William kradł sygnet ze szkatuły. Kiedy kolejny rozdział  przeniósł nas już do teraźniejszości, usłyszałam jęk zawodu. Tyle że całkowicie nieuzasadniony, bowiem to, co dzieje się w czasach współczesnych ma powiązania z minionymi wiekami i z niesłusznie osądzonym chłopcem który resztę swego życia miał spędzić w australijskim więzieniu.

Przygoda, różne niebezpieczeństwa, podróże w najbardziej egzotyczne miejsca Australii, dodatkowo wiedza na temat znanych ludzi, fauny, flory, zwyczajów  historii – podana niby z boku, ale będąca integralną częścią całości. Smaczku dodają czarne charaktery, których tu całkiem sporo. Co rusz czyhają na życie dzieciaków i ich opiekunów, chcą pokrzyżować ich plany. Ja tę serię porównuję trochę do Pana Samochodzika. Dzieją się tu rzeczy nieprawdopodobne – można jedynie pozazdrościć, że dwójka rodzeństwa ma możliwość uczestniczenia w niecodziennych wydarzeniach. Jednocześnie to sygnał dla młodego czytelnika, że przygoda czasami czyha za rogiem – tak jak tutaj.

Podsumowując – udana proza przygodowa, z mnóstwem ilustracji i informacji na marginesie.

Wiek 10+

Wydawnictwo Zielona Sowa



Dla najmłodszych – do oglądania, czytania i … dotykania. Bo można przecież maluszkom powtarzać, że owieczka jest puchata i ma miłą w dotyku sierść. Ale jaką będą miały one frajdę, gdy będą mogły się same o tym przekonać – kaczęta mają gładkie dzioby, króliczki puszyste ogony, a koty mięciutkie paseczki. Natomiast oko ucieszą: ciapki psa, zakręcony ogon świnki oraz błyszczące łuski rybek. Maluchy poznają różne faktury materiałów i związane z nimi doznania.

W dotykankach o kolorach znajdziecie lśniący wóz strażacki, długie marchewki i chropowatą skórkę pomarańczy, obok żółtego słonecznika puchowe kurczaki, dalej pasiastą zieloną gąsienicę i gładkie liście. Chłopców pewnie zachwycą turkoczący traktor i lśniący latawiec.

Do macania, dotykania, przytulania, głaskania – czyli książki angażujące oko, ucho, dłonie. W ładnych kolorach, na grubych kartonowych kartkach. Przygodą dla najmłodszych będzie penetrowanie i szukanie wszelkich wypukłości i dziurek wypełnionych zupełnie innymi materiałami aniżeli gładki karton.

 

Wiek 0+

 

Wydawnictwo Firma Księgarska Olesiejuk

czwartek, 24 października 2013

Książka na dzisiejsze czasy. W mediach co rusz słychać przerażające doniesienia o wojnie w Syrii. Giną dzieci, kobiety, starcy. Ciągle wraca pytanie o sens wojny. A właściwie jej bezsens. Isa Tutino Vercelloni, rocznik 1934, na własnej skórze przekonała się, co to takiego wojna. Generał Tomaszek to jej prywatny sprzeciw przeciwko jakiejkolwiek wojnie. Warto przeczytać tę historię dzieciom, bo oprócz wyraźnego nie dla wojny, kryje w sobie ważne przesłanie, że trzeba pozostać wiernym swoim ideałom, mimo że czasem idzie się pod prąd, mimo że ma się wszystkich przeciwko sobie.

A w przypadku Tomaszka tak właśnie się zdarzyło. W rodzinie Tomaszka są bowiem tradycje wojskowe: dziadek walczył w Anglii, kuzyn mamy – w Afganistanie, stryj jako lotnik – gdzieś w Azji, a przodek taty brał udział w dwóch krucjatach. Nic dziwnego, że rodzina oczekiwała od Tomaszka, że będzie on pielęgnował z czcią i nabożeństwem rodzinne zwyczaje. Wysłano chłopca do odpowiedniej szkoły, gdzie miał takie przedmioty jak: broniologia, rakietyzm i prawa nalotów. Średnią ocen miał niską, bo militaria nic a nic go nie interesowały, nie brał też udziału w żadnej wojnie. Został generałem, ale jego żołnierze mieli za zadanie rozśmieszanie ludzi, granie z dziećmi w piłkę nożną (dla przegranych – stosy pączków nadziewanych). Awans można było otrzymać za dobry kawał. Tomaszek mimo presji najbliższych, płaczów matki, ciotek, namawiania wujów – pozostał wierny swoim marzeniom. Czasem nie było łatwo – ale za to jaka satysfakcja.

Książka została wydana po raz pierwszy 1965 roku – ale nadal aktualna. Urocze obrazki, ciekawe rozwiązania graficzne. Mnie podobał się zwłaszcza pomysł z charakterystyczną czcionką – tak jakby ta wierszowana opowieść została napisana na starej maszynie. Zresztą książka wygląda na straszą - to dzięki kartkom - troszkę pożółkłym, tak jakby nadgryzł je ząb czasu.

Wiek 5+

Wydawnictwo Bona

 



środa, 23 października 2013

Takie książki lubię. Wieloznaczne, można czytać na wiele sposobów. Można otworzyć w obojętnie jakim miejscu i kierować swoje kroki na prawo, bądź lewo. Do niczego nie zmuszają. Raczej dają czas na oswojenie się z nimi, własne interpretacje i własne znaki zapytania, pozostające czasem bez odpowiedzi. Może inaczej zrozumiane przez dzieci, może inaczej przeze mnie. Ta każe patrzeć przed siebie i za siebie. Uwalnia w czasie lektury bagaż doświadczeń, czego często brakuje najmłodszym, choć ci za to kryją w sobie niesłychane pokłady kreatywności i fantazji.

 

A wszystko to za sprawą starych nici, które nagle ożyły w sklepie z używanymi rzeczami. Mają twarze, kończyny, a po lekturze – wiem, że również serce i duszę. Wśród nich: dzieci, osoby dojrzałe, starsze. Potrafią współczuć, radować się, nieść nadzieję. Drobne mobile na szarych kartonikach, uczepione cieniutkich nitek. Są jak latawce szybujące po niebie. Łącznik przeszłości z teraźniejszością. Pomagierzy w codzienności. Dobre anioły, których nie widzimy. Tu nawlekają igłę, w innym miejscu podtrzymują sznur na bieliznę, na którym dziecięcą koszulkę chce zawiesić Korczak. To znowu przywiązały sznur do sanek, by dziecko mogło je swobodnie ciągnąć. I do rękawiczek, by się nie zgubiły. Nie poskąpiły nitki ptakowi na budowę gniazda, i roślinie, aby podwiązać ją do tyczki. Ani krowie, by mogła mieć wesoły dzwonek na szyi. Nitki – do zabawy, do pracy, do ratowania innych, albo tak po prostu do poplątania. Można każdej scenie dopowiedzieć swoją historię: jak choćby o zagadanych staruszkach na huśtawce, delektujących się kawą albo herbatą; albo o wieśniaczce ciężko pracującej przy żniwach. Poplątane, połączone losy ludzkie.

 

Zagadkowy jest tytuł. O tych, którzy się rozwijali. Właśnie teraz szyję sobie torebkę. Wyszywam wzory ludowe z mojego regionu na czarnym filcu. Nici zwinięte na szpulce są nieprzydatne. Może i cieszą oko, są ładne – ale nie mam z nich żadnych korzyści. Tylko tyle, że są. Spora kolekcja kupiona przed miesiącami schowana w głębokiej ciemnej szufladzie. Dopiero kiedy je rozwijam, nawlekam na igłę, wszystko robi się jeszcze piękniejsze. Ze zwykłej czerwonej nitki rodzi się kwiat, z zielonej: listek. Torebka jest coraz piękniejsza. Może to właśnie taki symbol nas – że być dla siebie, to takie trwanie w pustce. Jeśli będę się rozwijała – zwłaszcza dla innych – będę wartościowszym człowiekiem, pełniejszym, lepszym, piękniejszym....? Takie to moje pytania, na które nie dam odpowiedzi.

Jest jeszcze jeden aspekt, który pojawił się mi podczas spotkań z tą książką – bo to nie jest książka na jedno przeczytanie i odłożenie na półkę. Mówi się: „snuć wspomnienia”. Piękne to słowo: „snuć”. Nie wydaje Wam się, że „snuć” jest jak nitka. Mówicie jakiś wyraz i jego odzwierciedlenie macie przed oczyma. Ja, gdy mówię „snuć” – widzę „ nić”. Rozwiniętą – to ważne. Dłuuuuuuuugą. Snucie wspomnień kojarzy mi się z cieniutkimi niteczkami, takimi jak babie lato z małym pajączkiem, które właśnie snuje się po świecie. Zatem te nitkowe mobile to też postacie ze wspomnień, z przeszłości. Niekiedy mają twarze, innym razem nie. Bo są przecież osoby, które znamy dzięki wspomnieniom innych: babć, rodziców. Może dlatego też pomyślałam tu o tych niciach jako łączniku teraźniejszości z przeszłością. To też nasze osobiste korzenie, tożsamość, wartości.... Oj długo tak można..... Snuję – przędę, wyciągam nić z kłębka, pająk tworzy pajęczynę, snuję bajkę. Jestem dla innych, rozmawiam…. Ciekawe z czym Wam się te nici kojarzą…..

Wydawnictwo Media Rodzina



wtorek, 22 października 2013

Z przyjemnością przeczytałam ostatnią powieść Ewy Nowak dla młodzieży Bransoletkę. Opowiada ona o losach nastoletniej Weroniki, uczennicy ostatniej klasy gimnazjum. Jest w wieku dojrzewania, więc imają jej się problemy specyficzne dla jej wieku. Za chwilę wejdzie w dorosłość. Tymczasem życie szykuje dla niej wiele niespodzianek i dobrych i złych. Dziewczyna marzy o miłości i trochę naiwnie podchodzi do wszelkich nowych kontaktów z płcią przeciwną. Nic dziwnego, że wpadnie jak śliwka w kompot, gdy swoim zainteresowaniem obdarzy ją pewien przystojniak z klasy równoległej. Tyle że w działaniu Łukasza czai się podstęp. Chłopak ma niecny cel: bawi się uczuciami koleżanki i owija ją sobie wokół palca tylko dlatego, żeby dziewczyna pojechała za niego na warsztaty teatralne, a on dostał zwrot pieniędzy. Dziewczyna wyjeżdża, aczkolwiek niezbyt chętnie. Tyle że te czternaście dni spowodują wielkie zmiany w jej życiu. Weronika zupełnie inaczej spojrzy na swoich bliskich, na kolegów z klasy i przyjaciółki. I w końcu pokocha – szczerze i do końca, na dobre i złe. Z zimowych ferii wróci zupełnie nowa osoba.

Ewa Nowak już nie raz pokazała, że jest świetną obserwatorką życia młodych ludzi. Książkę czyta się wybornie – od problemów może faktycznie głowa zaboleć, przy czym autorka nie wprost, ale poprzez zachowania swoich bohaterów podpowiada niektóre rozwiązania. Poruszyła problem braku akceptacji, braku porozumienia, kompleksów, działania w zespole a nawet stosunek do zwierząt. Świetnie widać stan przeciętnej polskiej rodziny – zabiegani rodzice, którym często brakuje czasu dla dzieci, zwłaszcza tych dorastających. Tutaj na pewno zwraca uwagę mama, która niby słucha a jednak nie słucha. Ojciec wiecznie dogryzający córce. I brat – Kuba, który Kubą staje się pod koniec książki, bowiem wcześniej był tylko wstrętnym i odpychającym Bazyliszkiem.

Można wypróbować podany w powieści sposób na naukę (oj, można się pośmiać – ale czemu nie spróbować rozwiązania z tajnymi kompletami. Absolutnie niczego nie zdradzę).

Polecam i młodym i rodzicom. Myślę, że dzięki takim książkom można lepiej zrozumieć ich świat. A to dla nas rodziców, niezwykle cenne.

Wiek 15+

Wydawnictwo Literackie



Nagroda ebuka 2013 za najlepszy blog książkowy (o książkach dla dzieci i młodzieży) - przyznana mi przez portal duzeka.pl dotarła do mnie szczęśliwie. Po naradzie rodzinnej, dokładnym oglądnięciu i nacieszeniu się nią do syta - wspólnie podjęliśmy decyzję, że najlepiej ebuka czuć się będzie wśród książek. I takie miejsce dla niej znaleźliśmy - na regale z koleżankami:) I tak podczas każdych odwiedzin w domowej bibliotece - nadal cieszy moje oko:) Dziękuję raz jeszcze:)

 

poniedziałek, 21 października 2013

To moja pierwsza książka Tiny Oziewicz i baaardzo mi się podoba. Autorka tworzy jakby swoją odrębną wizję książki dla dzieci – i to na wielu płaszczyznach – tekstu, ilustracji, powiązań z innymi dziedzinami sztuki. Dodajmy – wizję bardzo dojrzałą. Już tym samym zdobywa moją sympatię. Traktuje młodego odbiorcę bardzo poważnie. To literatura dziecięca ale nie dziecinna. Bardzo dojrzała, wymagająca, ambitna. Takie jest zresztą zadanie całej serii: mały koneser. Balansuje na granicy sztuki, opowieści nieprawdopodobnej, może nawet fantastycznej, zachęca do własnych odkryć. Właśnie – zachęca do patrzenia na obraz i interpretowania go, tworzenia swojej własnej wizji. Już przez to książka ta prowokuje. Taka trochę nie nasze czasy. Amerykańska malarka Georgia O'Keeffe napisała kiedyś: „Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni.” Taka lektura – na dzisiejsze zabiegane czasy, a właściwie na brak czasu. Do obrazu polskiego artysty Wilhelma Sasnala została opowiedziana historia. Ale ta historia jest właśnie – jakaś. Sztuka jednak nie wprowadza żadnych ograniczeń. Nie poucza. Każdy czytelnik patrząc na charakterystyczną plamę na początku książki może widzieć zupełnie coś innego. Bo tylu ilu nas – tyle sposobów patrzenia. Oziewicz jedynie coś podpowiada. I można się z tym zgodzić lub nie. Można poznać tę fascynującą historię o siewkach wieży Eiffla, które sparaliżowały życie paryżan, ale można dorobić swoją wersję.

Pewnego dnia na ulicach Paryża pojawiają się dziwaczne maleńkie metalowe kolce. Dla turystów i zwykłych mieszkańców jest to prawdziwa męka – bo i jak chodzić po czymś takim. Okazuje się, że symbol Paryża, żelazna wieża Eiffla, rozsiewa swoje nasionka. Wyglądają one jak małe spadochrony z cieniutkich metalowych nitek. Oczywiście fenomen ów zaczynają badać najbardziej tęgie głowy znad Sekwany. Takie nasionka mają to do siebie, że potrafią czasem przebyć baaaardzo długą drogę. Jedna maleńka wieża Eiffla kiełkuje na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. Druga – w naszym polskim Kazimierzu nad Wisłą – i to w dodatku w ogrodzie babci Heni. I gdy w Paryżu ścięto wszystkie eifflowe kiełki, wnuki babci walczą o to, by babciną samosiejkę ocalić.

Na okładce dominuje brudny różowy. Tak jakby z przekory – bo przecież róż wielu kojarzy się z czymś takim – róż, lukier, sama słodycza. Kto pokieruje się kolorem będzie zawiedziony – mam nadzieję, że mile. A w środku hulaj dusza. Swego czasu samą wieżę traktowano jako symbol nowoczesności, nowych czasów. Podobnie można potraktować ilustracje i rozwiązania graficzne. Nawiązujące do przeszłości i wybiegające w przyszłość. Jacek Ambrożewski – ilustrator i grafik zadbał o to, by ta pamiątka z Paryża była jedyną w swoim rodzaju. Taka, która na pewno na długo zostanie w pamięci.

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Dwie Siostry



niedziela, 20 października 2013

Opowiadania na dobranoc to duża różnorodność – w zakresie autorów, ilustratorów, a zwłaszcza tematów. Zacznę od tych ostatnich: wachlarz bardzo szeroki:jest tu księżyc z odtrąconym dolnym rogiem, jest spacer na latających poduszkach, i zegarmistrz, który został z podrzuconym kukułczym jajem, i żyrafa w kapeluszu z palmowych liści, i sznureczkowe lalusie na saneczkowej górce, i bamboszki dokazujące nocą że hej, i nietoperz bujający się na żyrandolu, i kłębek wełny, który przeistoczył się w kolorowe rękawiczki dla malucha, i wybredna królewna szukająca męża, i mały pingwin Pik – Pok z Wyspy Śniegowej, i kucharz Kuba przygotowujący dania dla Jej Wysokości Cesarzowej Japonii, i piekarz Piotrek, którego syn wrzucił samochodzik o ciasta chlebowego, i pulchna królewna Florentynka, i herbaciana wróżka, i smutny chochlik Figiel, i księżyc odwiedzający trzy samotne chałupy, i Weronika i jej pies Kaktus przygarnięty ze schroniska, i czarownica - sąsiadka, nawet tajemnicza pani Potworkowa z ogrodu babci i dziadka Janiny Papuzińskiej.

Razem 30 tekstów – nie za długich, nie za krótkich – takich w sam raz: nadających się na czytanki – zasypianki. Wiele z tych tekstów to opowiadania z innych książek wydanych przez Literaturę: Nasza mama czarodziejka, Jak się koty urodziły, Mały pingwin Pik – Pok, Lalusie, Na wszystko jest sposób. Wśród autorów: Renata Piątkowska, Wojciech Widłak, Rafał Witek, Kazimierz Szymeczko, Barbara Gawryluk, Joanna Papuzińska, Irena Landau, Grzegorz Kasdepke, Adam Bahdaj, Paweł Wakuła, Paweł Beręsewicz, Katarzyna Ziemnicka, Natalia Usenko,, Wanda Chotomska, Beata Ostrowicka i Agnieszka Frączek. Ilustratorzy to: Katarzyna Bajerowicz, Iwona Cała, Jona Jung, Mikołaj Kamler, Magdalena Kozieł – Nowak, Ewa Poklewska – Koziełło, Jola Richter – Magnuszewska.

Ciekawe, że niekiedy ilustrator ma zupełnie inną wizję danego tekstu, aniżeli jego kolega/ koleżanka. Tak jest w przypadku choćby Czarownicy Renaty Piątkowskiej, tutaj zilustrowanej przez Mikołaja Kamlera. W zbiorze opowiadań Na wszystko jest sposób ilustracje popełnił Artur Gulewicz.

Ciekawy eksperyment antologii tekstów znanych współczesnych pisarzy dla dzieci. A może się zdarzy, że jakieś opowiadanie zachęci do sięgnięcia po cały tekst źródłowy, z którego został zaczerpnięty, do czego zachęcam jak najbardziej – na dobranoc.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

Kiedy wczoraj kładłam moje starsze dziecko spać, usłyszałam jak mówi z wyrzutem:

-A ja też mam TWARDE łóżko.

Twarde łóżko - przemknęło mi przez myśl. Boże kochany, jakie znowu twarde łóżko? Myślę, myślę, myślę. Intensywnie myślę. I skąd to "też"?

Syn widząc wielki znak zapytania wymalowany na mojej twarzy, dodał:

-No takie twarde, jak u tej małej Sary z poddasza.

(To tak a propos Małej Księżniczki. Wytłumaczyłam spokojnie synowi, że JEGO twarde łóżko jest na pewno dobre dla JEGO kręgosłupa:) I z taką myślą był zakupione:)))

czwartek, 17 października 2013

Albert jest ciutkę młodszy od mojego syna. Może dlatego (Mikołaj - nie Albert:) tak wspaniale się rozumie ze swoim książkowym kolegą. Stąd skala problemów, doświadczeń – na pewno jest wspólna albo przynajmniej porównywalna.

Jak choćby ta – czasem brakuje kolegi do zabawy, a rodzic zabiegany – tutaj tato – nie zawsze ma czas, by towarzyszyć w zabawie. Nie ma z kim dzielić swoich radości i smutków. Albert znalazł na to sposób: wyobraża sobie, że ma niewidzialnego kolegę Molgana. Rozmawia z nim, spędza czas, rojbruje. Tato – jak zwykle rozumie potrzeby syna – i jak najbardziej respektuje takie zachowanie. Do tego stopnia, że w tramwaju siada za chłopcami, bo przecież obok Alberta miejsce jest zajęte przez Molgana. Przed niewidzialnym Molganem tato też stawia talerz, aby chłopiec mógł z Albertem spożyć razem posiłek. W tej części tacie ginie fajka – za czym zresztą kryją się Albert i Molgan. Nigdzie  nie może jej znaleźć – ani w domu, ani w pracy. I choć pewnie gdzieś pojawia się myśl: A może to Albert? – nie rzuca podejrzeń, nie złości się. Od taty Alberta można się wiele nauczyć – a fajkę można mu naprawdę wybaczyć. Książka powstała w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to walka ze zgubnym nałogiem dopiero przybierała na sile. Koniecznie trzeba wspomnieć dziecku o minusach palenia podczas lektury.

 

Kiedy nie ma towarzysza zabaw – zawsze można go sobie wyobrazić. Ot choćby takiego – Molgana, którego widzi Albert, a inni nie widzą. Ale przyznajmy – lepszy taki przyjaciel z krwi i kości. I takiego kolegę Albert spotyka. Chłopcy bawią się razem – w zgodzie budują wysoką wieżę z klocków, Albert oddaje nowemu przyjacielowi większe ciastko. Ale do czasu – po bliższym poznaniu się i oswojeniu, chłopcy rojbrują, a nawet się leją – jak w życiu, prawda? Zresztą kto się czubi, ten się lubi. Wspaniały tom o wartości przyjaźni - na dobre i złe.

 

Albert jest jeszcze mały, ale nie wcale najmniejszy. I …hm… sprytu mu nie brakuje. Skoro i babcia i dwójka kuzynów uważają go za malucha, chłopiec korzysta z pewnych przywilejów: wyjada ciastka, podczas, gdy babcia z wnukami gra w karty. Ale Albert też chciałby zagrać. Na pewno by sobie poradził. Kiedy przychodzi czas podwieczorku, okazuje się, że w pudle zostało jedno malutkie, ostatnie, ciasteczko. Albert robi niewinną minkę malucha i tłumaczy swoje zachowanie przed rodziną. To motywuje pozostałych, aby przyjęli chłopca do swojego grona i do bardziej dorosłych zabaw.

Kolejne bardzo wyczekiwane części serii o małym szwedzkim chłopcu Albercie Albertsonie, który tak naprawdę liczy sobie już około 40 lat. Bardzo wyraziście odzwierciedlają to, co w duszy Alberta gra – co sprawia mu przyjemność, a co wywołuje smutek. Podoba mi się tato Alberta – jest baaardzo wyrozumiały, ma wiele ciepła w sobie.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki


Do tej pory ukazały się:

Nieźle to sobie wymyśliłeś Albercie

Pospiesz się, Albercie

Dobranoc, Albercie Albertsonie.

O tej serii pisałam już tutaj.

 

Muszę pokazać tę zapowiedź - piękna, prawda?

A w środku znajdziecie:

 

Joanna Papuzińska, Pod bajdułem

Gustaw Morcinek, O tym, jak głupi Zeflik był mądrym Zeflikiem
Bronisława Ostrowska, Madej
Roman Zmorski, Sobotnia góra
Jan Kasprowicz, Ucieczka
Artur Oppman, Złota kaczka
Kazimierz Wójcicki, Dąb albo barani kożuszek
Roman Zmorski, Przeklęte jezioro
Adolf Dygasiński, O zajączku sprawiedliwym
Stanisław Wasylewski, O Skarbku, co się w kopalni pokazuje

Oskar Kolberg, Diabelski most
Roman Zmorski, Strach
Roman Zmorski, Skarb ukryty
Hanna Januszewska, Żelazne trzewiczki
Józef Ignacy Kraszewski, O królewnie czarodziejce
Antoni Gliński, O królewiczu kmiotku, piesku, Szczeczku i kotku Mruczku

Antoni Gliński, O mądrym kmiotku i głupim diable
Zuzanna Rabska, Helskie dzwony
Kazimierz Wójcicki, Twardowski



środa, 16 października 2013

Oj chodzi mi ten Gabryś od wielu dni po głowie. Zapomniany (przynajmniej w naszym przypadku) - niedawno przypomniany z wielkim hukiem przez Dwie Siostry. Reprint z ilustracjami Henryka Tomaszewskiego. Takie książki to perełki. I mimo że interpretacja Naczynia Glinianego zaintrygowała mnie: autorka czytanek - przytulanek szukała drugiego dna i znalazła - ja dopatruję się tu wyłącznie sztuki dla sztuki - czyli dla mnie ten wiersz to faktycznie apel do Gabrysia, aby ten się w końcu zmiłował nad udręczonymi dorosłymi (rodzicami, dziadkami ciociami i wujkami) i przestał kaprysić. Aktualny, świetnie odzwierciedla zachowanie dzieci - przynajmniej niektórych. A jak zachodzi potrzeba - to i do dorosłego pomruczeć można - Gabryś nie kapryś - i do małżonka, i do szefa (tu po cichu), i sąsiada. Przekorny, śmieszny, denerwujący (kto takiego Gabrysia w domu ma - ten wie w czym rzecz). Ale czy życie z takim Gabrysiem nie jest ciekawsze? Chyba bym zaniemówiła nagle, gdyby moje dzieci na prośby, żądania od razu powiedziały - tak, ok, już się robi. Jest jak z Gabrysiem: latem jest ochota na białe, zimą na zielone. Proponujesz książeczkę - oni wolą auto (autentycznie), na wycieczce chcą w inną stronę, lecz nie w tamtą. Wypisz wymaluj - Gabryś czai się wszędzie - w naszym sąsiedztwie też. To plaga jakaś - dzięki Woroszylskiemu wreszcie udało mi się to ogarnąć słowem. A więc tak chodzę po domu i gderam Gabryś nie kapryś. I lepsze to literackie gderanie aniżeli: bo ty zawsze, bo ty ciągle i znów. a nie mówiłam.

Kolejne achy i ochy kieruję w stronę Henryka Tomaszewskiego. To co zrobił z tym wierszem – przechodzi najśmielsze oczekiwania. Pomieszał różne style i techniki i powstał artystyczny misz – masz, który zaspokoi najwykwintniejsze gusta.


Wiek 4+

Wydawnictwo Dwie Siostry



wtorek, 15 października 2013

Ciekawski George na pewno bardziej znany jest z kreskówek aniżeli z książek. Tymczasem najpierw była książka, dopiero potem bajki w telewizji i gra komputerowa. George ma już swoje lata – pierwszy raz ujrzał światło dzienne w latach 40-tych ubiegłego wieku. To wyjaśnia też wygląd tej sympatycznej książki – to w końcu reprint. Musi być  charakterystyczny żółty kolor, musi być ten format  i miękka okładka.  Bez tego wszystkiego ciekawski George nie byłby TYM ciekawskim Georgem.  Nie znam aż na tyle realiów amerykańskich, ale śmiem przypuszczać, że małpka u nich ma swoje zasłużone miejsce wśród literackich bohaterów. Może jest takim amerykańskim Misiem Uszatkiem. Może panem od zaczarowanego ołówka. Do czego zmierzam – pewnie dla wielu dorosłych Amerykanów Ciekawski George oznacza ich dzieciństwo, ulubioną lekturę sprzed lat. Bo George’a nie można nie lubić. Małpka rojbruje, że hej. A potem kiedy chce naprawić szkody, rojbruje jeszcze bardziej.

Akurat tutaj powód jest błahy. George odbiera od listonosza list – i choć nie umie czytać i pisać, nachodzi go olbrzymia ochota, by samemu napisać list. George rozlewa atrament i zrobi wszystko, by pozbyć się granatowej plamy z podłogi – co, jak się potem okaże, wcale nie będzie łatwe. Zakończenie Was zaskoczy, bo z amerykańskiej wsi, trafimy do muzeum z dinozaurami i przestrzeni kosmicznej. Rozpiętość fabularna jest zaiste baaardzo imponująca.

George to przede wszystkim stare czasy – co odzwierciedlają charakterystyczne ilustracje: samochody z poprzedniej epoki, urządzenia, maszyny. I fascynacja Kosmosem, kiedy to najpierw wysyłano w rakietach zwierzęta, dopiero potem ludzi. Świat, którego już nie ma.

Książka pełna humoru, bogato ilustrowana – na każdej stronie krótki tekst i obrazek. Duża czcionka na pewno zachęca do samodzielnego zmagania się z tekstem.

Wiek 4+

Wydawnictwo Modo



poniedziałek, 14 października 2013

Znam tę dziecięcą radość na spanie GDZIEŚ, w tzw. świecie: u babci, kolegów, kuzynek, koleżanek. Gorączkowe szykowanie piżamy i papci, szczoteczki do zębów, stan dziecięcego podniecenia – na rozmowy w ciemności, opowiadanie sobie strrrrasznych historii albo kawałów. I znam też tę wielką radość, którą widać w oku na drugi dzień – że się znów jest u siebie, że lepsze stare i wygodne łóżko, niż materac u kogoś, albo ciasnota we dwójkę. I lepsza bułka zrobiona przez ręce mamuśki, i herbata (w naszym przypadku koniecznie Lipton yellow tea) – ciepła w sam raz i z odpowiednią ilością herbacianej esencji i cukru (nie za dużo).  I dobre stare kąty, do których trafi się nawet po ciemku. Bo prawdziwe jest stare przysłowie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. I książka o Soni to potwierdza.

Dziewczynka ma spędzić noc u swojej nowej przyjaciółki Celestyny. Wszystko jest tu nowe: smaki, zapachy, ludzie: bezzębna staruszka i wyrośnięty brat. Także pies z olbrzymim guzem. Nawet zachowanie koleżanki, która wcale grzeczna dla gościa nie jest: serwuje sobie więcej lodów i pakuje do wygodniejszego łóżka, choć – wiadomo – tak nie wypada. Noc na dodatek wyzwala uśpione za dnia strachy i lęki ze wzmocnioną siłą. Trudno poruszać po nieznanym obszarze, trudno odnaleźć Celestynę, która nagle gdzieś zniknęła.

Pija Lindenbaum znakomicie odzwierciedliła stan ducha małej Soni – która nie do końca czuje się bezpiecznie w obcym domu. Gdzieś zatraca się różnica pomiędzy światem realnym a snem, co pokazują jakby wydłużone drzwi i postacie. Nie wiadomo do końca – co dzieje się na jawie, a co ma miejsce w głowie dziewczynki. W każdym razie, kiedy ojciec rano odbiera dziewczynkę, ta jest szczęśliwa, że wraca do swojego domu.

Tak jak pisałam – książka pozwala zrozumieć jego lęki i strachy przed czymś nowym, nowymi miejscami ludźmi, przeżyciami. Dzięki temu dziecko może wczuć się w rolę małej Soni, która również ma problem z akceptacją nieznanego. Dziecko doświadczy tego, że w swoich odczuciach nie jest osamotnione. To coś zupełnie naturalnego, wiele dzieci tak ma i nie ma się czego wstydzić. Pytanie – czy książka zachęci do tego, by takie spanie u kogoś kontynuować. Ta interpretacja zależy pewnie od podejścia do tej książki: nieznane jest ciekawe, zawsze można się czegoś nauczyć. Dlaczego zatem nie spróbować?

Wiek 4+

Wydawnictwo Zakamarki



Książka pojedzie do abieli:)

Proszę o kontakt na nata442@op.pl

Dziękuję wszystkim za udział:)

Tagi: konkurs
07:47, be.el
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 października 2013

Gdyby zapytać o baśnie, to pewnie usłyszelibyśmy: Andersen, Grimm, Perrault, baśnie z naszego podwórka. Włoskie – zdecydowanie mniej znane, albo w ogóle – tym większą budzą ciekawość. Kiedy przed laty na aukcji znalazłam Baśnie włoskie Italo Calvino z ilustracjami Majchrzaka, i zobaczyłam ich cenę, ruszyłam na poszukiwanie do biblioteki. Nic z tego. Dlatego też z ciekawością wypatrywałam wznowienia po latach. Teraz nadszedł czas na tom drugi, a w nim 70 tytułów, ładnie wydanych, w kwadratowym formacie, z grafikami Giuseppe Marii Mitelliego, artysty żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku.

Wiele z tych baśni jest jak zupełnie nieznana potrawa – inny region świata, inny smak, zapach. Podobne wrażenie robią obcobrzmiące imiona bohaterów, egzotyczne nazwy miejscowości, czasem rekwizytów w tle. Liombruno, Nino, Giuanni. Poziom baśni włoskich – wysoki. Często kryją jakąś intrygę, doprawione szczyptą satyry, wątkami politycznymi, komizmem. Jako że to region śródziemnomorski można spotkać tu nawiązania do arabskiej opowieści o Sindbadzie, mitu o Odyseuszu i Polifemie, o Perseuszu i innych. Autor w przypisach wyjaśnia, że ta sama baśń może mieć kilka różnych wersji – w zależności od regionu. I tak Zapalczywy garbusek ma inne, aczkolwiek podobne, swoje siostry w Piemoncie, Lombardii, Friuli, Toskanii, Lacjum, Kalabrii, Trydencie Górnej Adydze, Ligurii i na Sycylii.

Na samym końcu tej książki znajdziecie informacje na temat baśni zebranych w tym tomie: można przeczytać, kto opowiedział autorowi daną baśń: a to jakaś wdowa, a to jakiś chłop, a to znów ciosacz albo staruszka. Autor tłumaczy popularność wybranych tekstów, wyjaśnia korzenie i motywy, szuka podobieństw do tekstów z innych regionów. Wśród opowiadaczy baśni króluje niejaka wdowa Luisa Ginanni. Na przykład baśń O głupcu, który nie wiedział, co to strach została opowiedziana przez niejaką „Paolinę Sarti, która zasłyszała ją w Livorno i opowiedziała w wielkim roztargnieniu”. Widać, jak kiedyś baśnie żyły – w przekazie ustnym, często wśród prostych ludzi. Od razu kojarzy mi się to trochę z takim baśniowym klimatem – w długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy nie było telewizorów, ludzie spotykali się przy stole, może przy kominku, by porozmawiać, by posłuchać ciekawych opowieści – w tym i baśni. Niektóre z baśni przypominają nasze rodzime motywy. Podarunek Północnego Wiatru od razu skojarzył się nam baśnią o kijach samobijach. A Ptak Zielonopióry to trochę inna wersja Trzech ptaszków braci Grimm.

Zdecydowanym minusem – na pierwszy rzut oka małe litery i wąska interlinia, trochę za gruba czcionka. (Zaczynam dostrzegać to tylko dlatego, że mój starszy syn zaczyna samodzielnie zmagać się z tekstami). Na pewno takie rozwiązanie sprawi trudność młodszym czytelnikom. W naszym przypadku – ja czytałam na głos. Ale to jedyny minus, bowiem całość to prawdziwa uczta dla ucha i oka.

Teraz czekamy na tom trzeci:) (baśnie 136-200).

Większość z baśni z całego cyklu została po raz pierwszy przetłumaczona na język polskim. To 150 tytułów. Pozostałe 50 zostały spolszczone przed laty przez Jerzego Popiela.

Wiek 5+

Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca

piątek, 11 października 2013

Tym razem podsłuchańce nie moje, a koleżanki z pracy. Kiedyś była na pewnym weselu, na którym to państwo młodzi zażyczyli sobie zamiast kwiatów książek. Koleżanka owa w kolejce z życzeniami do państwa młodych usłyszała następujący komentarz pewnych gości:

-Boże kochany, a po co im tyle książek???? (i tu było westchnienie wyrażające ogromne współczucie)

Pewnego dnia Piotrek, czyli Pinio, znajduje na strychu małego porcelanowego słonia. Wcześniej słoń ów stał w oknie wystawowym apteki Pod słoniem. Pinio przenosi go do swojego pokoju i stawia na półce z książkami. Rodzice Pinia są bardzo zmartwieni faktem, że chłopiec jest niskiego wzrostu i dlatego bez przerwy faszerują go witaminami. Pinio tymczasem wrzuca pigułki do słoniowej trąby, by przekonać się, czy witaminy mają faktycznie wpływ na jego wzrost czy nie. Chłopiec sobie i tak rośnie bez witamin, a Dominik rośnie że ho ho. Z niego to się zrobił dopiero porcelanowy olbrzym. Prawdziwy słoń słoniowy. Śmieszna historia o słoniu w wielkim mieście. Między Dominikiem a Piniem i jego rodzicami zawiązuje się serdeczna przyjaźń. Zakończenie jest bardzo pouczające - są rzeczy, których nie można kupić za żadne pieniądze. Ten kto książki nie zna, niech się cieszy na nieprzewidywalny the end.

Słuchaliśmy z prawdziwą przyjemnością. Co jakiś czas pojawia się kwiatek z poprzedniej epoki – a to milicja, a to kronika filmowa. Solidna literatura dla dzieci. Kto tak dzisiaj pisze, proszę słonia? Książka, w której jest mnóstwo miejsca na wewnętrzne refleksje Dominika. Nie ma jakiejś zwariowanej akcji tak charakterystycznej dla książek współczesnych. Wszystko toczy się tempem słoniowym - dostojnie i powoli.

Książka ma swoją długą historię. Została wydana w 1964 roku z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego.  Tutaj okładka została zaprojektowana przez Daniela de Latour.

Interpretacja Anny Seniuk, naszej znakomitej  aktorki, bardzo nam się podobała. Mam sentyment do tego ciepłego i spokojnego głosu znanego mi już z Czytelniczki znakomitej (to już lektura dla dorosłych).

Czas: 5 godz., 31 min

Wiek 4+

Wydawnictwo Literówka



wtorek, 08 października 2013

Kolejna część z serii Odkrywanie świata. Tym razem Średniowiecze. Ulubiona epoka najmłodszych – pewnie z tego względu, że to czasy rycerzy i księżniczek, zamków i krucjat. Baśniowo tu, rzeczywistość przeplata się z legendami. Nie sposób nie ulec czarowi tej epoki. Choć życie w tak odległych czasach wcale nie było łatwo. Co rusz pojawiał się jakiś nowy wróg, znikąd pomocy, ludzie padali jak muchy od niegroźnych dziś chorób.

Książka została podzielona na następujące grupy tematyczne:

- Czasy średniowiecza – w skrócie przedstawiono obraz Europy po upadku zachodniego cesarstwa rzymskiego w 1453, ramy czasowe tej epoki oraz wyobrażenia mieszkańców kontynentu na temat reszty świata.

- Życie gospodarcze – to surowce, rolnictwo i hodowla, rzemieślnicy, kramarze i kupcy, targ, pieniądze, transport, zbóje na traktach, odkrycia geograficzne i wynalazki.

-Życie na wsi – traktuje o warunkach mieszkaniowych, sytuacji chłopów, ich buntach, mieszkańcach miast, ich rozrywkach i głównych zajęciach. Najmłodszych na pewno zainteresuje sytuacja średniowiecznych dzieci, które dość wcześnie musiały zaczynać naukę zawodu. Kto to senior a kto wasal? – pewnie niejednemu rodzicowi spędzało sen z  oczu w czasach szkolnych – teraz z pociechami można nadrobić zaległości. Pamiętacie: Wasal mojego wasala nie jest moim wasalem?:))))) To również giermkowie i rycerze, turnieje, łowy, uczty, codzienne życie na zamku, moda dworska i etykieta.

-Życie wojskowe –to najemnicy, zamki obronne, broń i machiny oblężnicze.

-Życie religijne – najmłodsi dowiedzą się, że religia była ważnym elementem tamtej epoki. To czasy szerzenia wiary chrześcijańskiej, nawróceń, pielgrzymek, krucjat,  cudów, świętych – ale też i czarownic i rekonkwisty.

-Sztuka i kultura – ten rozdział koncentruje się na szkolnictwie, książkach, literaturze, medycynie, budownictwie, rzeźbie i malowidłach.

Najważniejsze daty to wybrane zagadnienia z historii powszechnej – wiadomo obejmujące lata 476 – czyli upadek zachodniego cesarstwa rzymskiego po 1453 – czyli podbój Konstantynopola przez Turków otomańskich. W skrócie przedstawiono 22 wydarzenia, które miały decydujący wpływ na losy Europy; jak choćby powstanie pierwszych uniwersytetów, epidemie dżumy, , wynalezienie drukarni typograficznej przez Gutenberga.

Wszystko opisane bez zbędnych dłużyzn. Często tekst stanowi odpowiedź na wcześniej zadane pytanie: np. na jakich instrumentach grano w kościele, albo czy w średniowieczu było dużo wilków i czy domy miały dużo pomieszczeń. Bogato ilustrowane kompendium wiedzy dla dzieci już od pierwszych klas podstawowych. Każdy temat opracowany został na jednej, bądź góra – dwóch stronach. Może służyć jako uzupełnienie wiedzy na lekcjach historii.

Wiek 6+

Wydawnictwo FK Olesiejuk

 



poniedziałek, 07 października 2013

Jeśli ktoś chce wzbogacić swoją domową bibliotekę o książkę Iwony Chmielewskiej - zapraszam do konkursu.

W komentarzach pod tym wpisem proszę umieścić trzy tytuły książek wydanych przez Media Rodzinę. Uwaga - tytuły nie mogą się powtarzać! W najbliższą niedzielę wylosujemy zwycięzcę. Warto - to piękna książka:)

Czytelnicy z Facebooka mogą wpisywać się na stronie FB. Zapraszam:)

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz konkursowy:)

Jakiś czas temu mieliśmy gości z Torunia. Przyjechali do nas z pięknym podarkiem: książką, którą narysowała i napisała również torunianka - Iwona Chmielewska. Historia miasta zamknięta w ludzkich losach. Nie żadne suche fakty, mnogość dat czy nazwisk. Cztery strony czasu to zaproszenie do czterech różnych mieszkań skupionych wokół toruńskiego ratusza. Początek tej opowieści to rok 1500- ny. Zmieniają się ludzie, na świecie toczą się wojny, miasto nawiedza powódź, coraz nowsze sprzęty pojawiają się w każdym z mieszkań, zmienia się też moda – a miasto stoi, mury starych domów są niemymi świadkami historii kilkorga ludzi. Koniec następuje w roku 2000. Właśnie na rynku w Toruniu trwa zabawa sylwestrowa, ludzie się cieszą, bawią, piją szampana. I znów za sto lat zmienią się mieszkańcy, rekwizyty. Ktoś umrze, ktoś się narodzi. Bo historia ukazana bardzo ogólnie, powierzchownie nie robi żadnego wrażenia. Kiedy skupiamy się na jednostce, poznajemy życiorysy poszczególnych ludzi, o konkretnej twarzy, te na pewno bardziej zapadają w pamięć, łatwiej pomagają zrozumieć ludzkie dramaty, radości i smutki. Tak jak tutaj. A rzecz dzieje się na przemian w pierwszym mieszkaniu – czyli wschodniej kuchni. W drugim - południowej pracowni. Trzecim, zachodnim – w pokoju dzieci. Wreszcie czwartym, północnym – w salonie. I tak co sto lat. Dzieci, dorastają, stają się babciami, prababciami. Stają się świadkami historii, które dziś nas zadziwiają, tutaj tymczasem jakże zwyczajne. Mały Mikołaj patrzy z pasją w rozgwieżdżone niebo, cukiernicy pieką słynne w całej Europie pierniki, miasta nie oszczędzają choroby, epidemie nawet, bieda zagląda zmęczonym licznymi wojnami mieszkańcom do oczu.

Tymczasem ludzie z tych czterech pomieszczeń oddają się codziennym czynnościom: kucharka podziwia przyniesioną przez rybaka Ulryka rybę, introligator Wilhelm czeka na dostawcę koziej skóry do oprawiana książek, ktoś przytula śpiące niemowlę, ktoś się żegna, Łucja piecze babkę z kopy jaj, szewc Teofil naprawia komuś buty, ktoś trze chrzan do szynki. I tak po dziś dzień: w kuchni pozostały ślady niedawnej wigilii, ojciec wrócił zza granicy, młodzi cudzoziemcy poznają miasto. Zaglądamy z ciekawością do pracowni autorki książki, która przez okno obserwuje zabawę na rynku.

Pierwszy raz spotkałam się z tak niekonwencjonalnie opowiedzianą historią miasta. Nie przez pryzmat wielkich i hucznych wydarzeń, jakich raz więcej raz mniej w miejskich annałach. Ilustracje jak kolaże. Wycinanki, rysunki. Czasem gdzieś brak końca, innym razem: początku. Tak jakby dalsza część ilustracji mieściła się na innej stronie – może w innej epoce, albo innym mieszkaniu. Doszukać się można motywów z historii wielkiego malarstwa, elementów florystycznych, scenek rodzajowych, wycinanek ze starych katalogów modowych i gazet. Przeszłość łączy się z teraźniejszością: nowe na pewno zastąpiło stare, ale autorka od czasu do czasu pozwala sobie na żart: ot jak choćby ten, nowoczesne żelazko ( jak bliźniaczy brat z mojej garderoby) za chwilę wyprasuje sukienki jakby z innej epoki, eleganckie ubranka dla chłopców, koronkowe pantalony dla panien na wydaniu. Taki trochę chichot z ludzkiego losu: czy coś – bo i tak wszystko przemija, czasu się nie zatrzyma, a zostanie po nas tylko..... no cóż, parę rekwizytów, nic nie znaczących przedmiotów.

Taka dedykacja to skarb:)

Wydawnictwo Media Rodzina

Książka dla najmłodszych – można czytać, opowiadać, można też się bawić. Bowiem lektura zaopatrzona została w baaaardzo atrakcyjny element – miniaturową ciuchcię, która jeździ po specjalnych torach, które są na każdej z rozkładówek. Do wyboru różne tematy: łąki, lasy, jezioro, osiedle domków, w końcu zoo. Pociąg mija mnóstwo ludzi, którzy są w najróżniejszych miejscach: zrywają owoce w sadzie, jadą na rowerach, kąpią się, spożywają posiłek na świeżym powietrzu, przypatrują się egzotycznym zwierzętom. Obrazki są świetnym materiałem stymulującym do mówienia, opowiadania – dokąd jedzie pociąg, kogo/ co mija?

Książka bardzo kolorowa, z dużą ilością szczegółów do odkrycia. Można śledzić losy wybranych osób: od momentu wejścia do ekspresu jadącego do zoo. Jak choćby bliźniaki z marsowymi minami. Ciekawe, czy do końca podróży poprawią się im humory? Cztery trasy na bardzo grubych kartkach tekturowych – na pewno wytrzymają częsty kontakt z rączkami małych książkowych podróżników.

 

Wiek 2+

Wydawnictwo FK Olesiejuk