Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 16 października 2011
Jesienna KIKIMORA:)

Już jest jesienna KIKIMORA. A w niej różności i oczywiście nasze recenzje:) Pozdrawiam:)

Kikimora

 

Król Maciuś Pierwszy - Janusz Korczak/ il. Marianna Oklejak

Król Maciuś Pierwszy Korczaka to lektura, którą dopiero teraz odkrywam razem z moimi dziećmi. Gdzieś w tle pamiętam książkę na bibliotecznej półce z ilustracjami Jerzego Srokowskiego, wiem, że miałam ją w rękach lata temu, przeglądałam, ale nie wypożyczyłam. Po latach – wznowienie książki, która swoją premierę miała, ba…. w 1923 roku.


Maciuś pewnego dnia zostaje samiuteńki na świecie – najpierw umiera jego mama, potem ojciec król. Zostaje sam jak palec – w wielkim pałacu, gdzie wszystko ma swój rytm, panują konwenanse, tradycja bierze górę nad rozsądkiem. Bo czy miło marznąć przez kilka godzin w sali tronowej – i to przez zarządzenie jakiejś prapraprababki królowej?  Maciuś żyje jak w klatce – mimo, że jest królem nie może robić wszystkiego, na co tylko ma ochotę (to najbardziej bulwersowało moje dzieci) – nie może chodzić na spacery do parku, nie może bawić się z rówieśnikami. Nad wszystkim czuwają ministrowie, służba i zagraniczny guwerner. Maciuś ma się uczyć, rządzą za niego inni. Nawet o wojnie dowiaduje się od Felka – syna plutonowego. Pewnego dnia Maciuś postanawia sam wyruszyć na wojnę. Nie chce być królem, który zna wojnę tylko z opowiadań. Chyłkiem wymyka się z pałacu i jako Tomek spędza kilka miesięcy w okopach z żołnierzami, którzy walczą za króla Maciusia. Słyszy tam tyle różności, również na swój temat, że z dziecięcą naiwnością postanawia zmienić świat. Po powrocie na tron, przeprowadza reformy, by uszczęśliwić poddanych. Jednak wkrótce zderza się ze smutną rzeczywistością. Nadal ma związane ręce, brakuje pieniędzy, a to, co jest dla jednych dobre, dla drugich – już niekoniecznie.

 

Jak odebraliśmy Maciusia? Książka bardzo smutna. Myślę, że obecność rodzica podczas lektury z mniejszymi dziećmi – mile widziana.  Są momenty, które rozweselają czytelnika – jak choćby list od Felka, z którym Maciuś próbuje się zaznajomić. Rozśmieszyło nas i  śmieszy nadal Felkowe: Ile razy będziesz potrzebował pomocy, gwizdnij tylko, a stawię się na pierwsze wezwanie. Weszło to nawet do naszego domowego słownika - Mamo, jak będzie obiad, to gwizdnij tylko, a my się zaraz zjawimy. Tylko że mi to gwizdanie niezbyt dobrze wychodzi. Korczak pisze o dzieciństwie bez dzieciństwa. Można odnieść to w jakiś sposób do czasów współczesnych, kiedy niektórzy z nas zbyt wiele kładą na barki maluchów. Angielski, karate, gra w tenisa – a gdzie czas na zabawę, na przyjaciół? Stąd też myślę, że wielu rodziców mogłoby w Maciusiu znaleźć pewną naukę dla siebie – odczytać między wierszami to, co nie zostało napisane wprost. Książka pokazuje małym, że wcale nie tak fajnie być dorosłym. Moje dzieci czasem mówią tak: Jak będę dorosłym, to zrobię tak i tak. Nagle okazuje się, że ten Maciuś stary – maleńki nie może wszystkiego, a samo bycie dorosłym nie jest przepustką do doskonałości i szczęścia. Książka pisana nieśpiesznie, autor pozwala rozwinąć się danej sytuacji, bohaterowie prowadzą długie dialogi, sceneria, która powinna spodobać się chłopcom – wojna, trochę polityki, beztroskie zabawy (w których Maciuś chciałby uczestniczyć). Często pojawiają się nieznane wyrazy – książka jest przecież prawie sprzed stu lat: wydawca wtedy wyjaśnia takie słownictwo: kajet, obstalunek, patrony, prowizja, plant.

Mnie zaś gardło ściskało się, gdy czytałam opis wojny, w której Maciuś brał udział. Wojna pozycyjna, kopanie rowów, przeganianie nieprzyjaciela, obrzucanie go wyzwiskami i obelgami, wzajemne przekomarzanie się, nawet pokazywanie pewnej części ciała jako celu do strzału (to Felkowe działanie). Gardło się ściska, bo następna wojna miała wyglądać już inaczej. Nie mógł o tym wiedzieć Janusz Korczak pisząc tę książkę w 1923 roku. Nie mógł o tym wiedzieć, że sam stanie się częścią tej straszliwej, nieludzkiej historii.

 

Mądra lektura, przy której można z dziećmi poruszać różne tematy – co tak naprawdę jest ważne w życiu, jak funkcjonuje państwo. Zwróćcie też uwagę na ilustracje Marianny Oklejak. Wniosły wiele świeżości do lektury, rozjaśniły ją. Bardzo nam się podobają.

Dla miłośników Króla Maciusia - dobra wiadomość. Ukazała się druga część: Król Maciuś na Wyspie Bezludnej.


Wiek 7+

Wydawnictwo W.A.B



piątek, 14 października 2011
Niwidzialny Tonino - Gianni Rodari/ il. Agata Raczyńska

Ponoć człowieka mogą spotkać dwa nieszczęścia – pierwsze, gdy nie może dostać tego, o czym marzy, drugie, gdy to coś znajdzie się w jego rękach, gdy marzenie w końcu się spełnia. Coś w tym jest, a pokazuje to bardzo wyraźnie książka G. Rodariego, która kilka tygodni temu ukazała się po raz pierwszy w Polsce. Uczeń Tonino nie odrobił zadanej dzień wcześniej pracy domowej – teraz drży na lekcji historii, a przez głowę przelatuje mu myśl, jakby to było fajnie, gdyby tak nagle stał się niewidzialny. Marzenie się spełnia. Stety niestety – można pomruczeć pod nosem. Bo i ile można cieszyć się taką niczym nieskrępowaną wolnością. Chłopiec dosłownie szaleje na lekcji: szczypie kolegów, ciągnie ich za włosy,  obraca tablicę dookoła jej osi. Niewidzialny Tonino wywołuje niezłą awanturę w tramwaju, cukierni, a kiedy ma w końcu dość i tęskni za mamą, za ciepłem rodzinnego domu, okazuje się, że powrót do rzeczywistości wcale nie jest taki łatwy. Mogę zapewnić tylko, że  wszystko kończy się dobrze.


Książka podoba mi się pod wieloma względami – to taka trochę staroświecka opowieść z morałem – o tym, że najważniejsi są przyjaciele, a samemu źle. Jest dobrze napisana – wszak to sam mistrz Gianni Rodari, laureat Nagrody im. Hansa Christiana Andersena, zwanej Małym Noblem. Nic dodać nic ująć. (Na okładce znalazłam smakowite informacje, że w przygotowaniu Bajki przez telefon i Opowieść o Cebulku). Pamiętam podobne książki z dzieciństwa – w których autor prowadził fabułę niespiesznie, koncentrował się na szczególe, nie wysilał się, by przykuć uwagę czytelnika tanim efekciarstwem. Nie gnał też od atrakcji do atrakcji. Świat Rodariego to świat nieskażony gadżetami, rozpasaną techniką, gryzącą w uszy nowomową (drażni to często w książkach dla młodzieży, gdzie wszystko jest Ok i cool). Liczy się człowiek i przesłanie, a to jest tutaj wyraźnie podkreślone na końcu książki – co pewnie zdziwi współczesnych czytelników nie przyzwyczajonych raczej do takich zabiegów w dzisiejszej literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Wspaniale pasują do tekstu czarno – białe ilustracje Agaty Raczyńskiej. Nie wyobrażam sobie inaczej. Ciągle krążę wokół stwierdzenia – książka staroświecka, książka wspomnienie (choć u nas to nowość). Może dlatego tak mi pasuje ta delikatna i nienachalna kreska ilustratorki. Odzwierciedla wszak świat, którego już nie ma – gdy w klasie królowały drewniana czarna tablica i biała kreda, nauczyciel wymagał i nie znosił sprzeciwu, a szczytem bezczelności (i może odwagi) było puszczenie po klasie papierowego samolociku i ukradkowe wyjadanie z kieszeni mundurka słodkich miętówek. A z  tyłu książki – perełka, czyli coś, co wydawcy (w przeważającej części, bo jeszcze można, na szczęście, spotkać) schowali do lamusa – czyli Posłowie napisane przez Monikę Woźniak, która wykłada język i literaturę polską na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie. Czytanie informacji na temat twórczości autora, jego życia – to dla moli książkowych prawdziwa gratka. Nie wiem, może wydawcy (dosłownie jakby się zmówili) w dobie Internetu stwierdzili, że i tak sami do wszystkiego dojdziemy – i po co nam takie Posłowie. W razie czego – mówię głosem nie tylko swoim – warto wrócić do tradycji.

Bardzo polecam tę książkę. Myślę, że spodoba się uczniom w szkole podstawowej. Zachęcają do tego krótkie rozdziały, duże litery i poręczny format. Poznają szkolę i dzieciństwo swoich rodziców. Myślę też, że rojbrowanie Toniniego nie zaszkodzi dzieciom (to anioł w porównaniu choćby z takim…. Koszmarnym Karolkiem), a jego niecne czyny wywołają uśmiech i rozbawią. A ja między wierszami wyczytałam jeszcze jeden morał – owszem, przyjaciele są ważni, ale uwaga na marzenia – te często się spełniają…

Wiek 7+

Wydawnictwo Bona



Ilustracje Alessandry Cimatoribus

Kilka dni temu pisałam o bardzo fajnej książce dla najmłodszych – O żółwiu, który chciał spać. Myślę, że każdego od razu zauroczą ilustracje Alessandry Cimatoribus. Poszłam jej tropem i w Internecie znalazłam mnóstwo ciekawych jej prac. Zobaczcie zresztą sami. Zachęcam do buszowania i do odwiedzin na stronie ilustratorki.

środa, 12 października 2011
Z wizytą w Mieście Książek

Jakiś czas temu zostałam zaproszona przez Padmę - autorkę jednego z najpopularniejszych blogów literackich do ... złożenia jej wizyty. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o moich fascynacjach literackich, ulubionych książkach - zapraszam na stronę Miasta Książek.

wtorek, 11 października 2011
Skrzaty - Wil Huygen/ il. Rien Poortvliet

Jeśli sądzicie, że skrzatów nie ma to….. się mylicie. Dowód? Przeczytajcie książkę Wila Huygena. Zaczynam naprawdę wierzyć w słowa Axela Munthe’a, który powiedział: „Ku mojemu zdumieniu doszły mnie słuchy, że podobno są ludzie, którzy nigdy nie widzieli skrzata. Jestem przekonany, że mają po prostu słaby wzrok." Zresztą nie tylko ja. Moje dzieci też baczniej obserwują rzeczywistość, bo a nuż gdzieś podczas spaceru wyskoczy zza drzewa skrzat leśny, w ogrodzie przestraszy nas skrzat ogrodowy, na wsi – wiejski, a w naszym domu – zwykły i najukochańszy, bardzo nam bliski – skrzat domowy. Autor potraktował skrzaty jako oczywistą oczywistość. Ich istnienie nie podlega dyskusji – skrzaty były, są i będą. Książka, która bardzo przypomina opracowania popularnonaukowe traktujące o pewnych istotach i zjawiskach, działa tak przekonująco na czytelniczą świadomość, że po lekturze nikt już nigdy nie powie, że skrzaty to zwykła bujda. Cóż ja piszę - toż to opasłe dzieło naukowe opisujące skrzaci ród w najdrobniejszych szczegółach. To wynik obserwacji, doświadczeń i dwudziestoletnich studiów nad tymi stworzeniami, których wzrost wynosi gdzieś ok. 15 cm. Ile waży dorosły skrzat, gdzie żyją – w Polsce i w Europie, czym charakteryzuje się ich strój, wygląd zewnętrzny,  jakie ślady zostawiają, jak wyglądają układ szkieletowy i mięśniowy, na co chorują, jakie rodzaje skrzatów występują i jak długo żyją? To tylko niektóre zagadnienia, które zostały tutaj potraktowane z niezwykłą powagą i wnikliwością. Autor wraz ilustratorem przedstawiają w szczegółach obrzędy: zaręczyny, ślub, skupiają się na wychowaniu dzieci – a trzeba dodać, że zawsze jest to parka bliźniąt; można zajrzeć do malutkiego domku, usytuowanego zawsze na osi północ – południe, pod korzeniami dębów lub buków, można śledzić jeden dzień z życia skrzatów – zajrzeć do łazienki, do garnka, skrzynki z narzędziami, apteczki. Uroku dodają legendy skrzacie i nuty i teksty piosenek.

Bardzo spodobała się nam ta książka – dzieci kartują, oglądają ilustracje, których jest tu całe mnóstwo. Mają niesamowitą frajdę przy rozdziale o dziwacznych stworzeniach – o trollach, koboldach, krasnoludach, elfach, nimfach. Mnie przy takich lekturach zawsze nachodzi jakaś nostalgia za tym, co było i co… nigdy nie wróci. Fajnie móc czytać taką książkę z dziećmi.  Niewątpliwym bohaterem drugoplanowym tych opowieści jest przyroda, wielki szacunek do niej. Została tu pięknie i wyraziście przedstawiona w realistycznych ilustracjach. Książka może oczarować – cieszę się, że znalazła się na naszej półce właśnie jesienią. Pasuje do długich wieczorów, mgieł za oknem, swego rodzaju tajemnicy, jaką niesie z sobą ta pora roku. Książka ma klimat, czaruje – jest pociechą dla tych, którzy lubią się zadziwić, zatrzymać, którzy kochają przyrodę i … skrzaty.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Bona

 

 

 



poniedziałek, 10 października 2011
Dzieci a polityka

Oglądamy wieczorne wiadomości – oczywiście – dominuje tematyka powyborcza. Pojawia się m.in. temat Marszałka Sejmu. Co jakiś czas dziennikarz mówi: Marszałek to, Marszałek tamto. Na to nasze starsze dziecko, które w kącie zajęte jest (ponoć) zabawą, woła:

-Mamo, czy w telewizji mówią o tym panu, od którego kupujemy chleb??????

 

Dodam, że takie nazwisko nosi nasz miastowy piekarz, a chleb piecze przepyszny.

 



środa, 05 października 2011
Dar totemów. Baśnie indiańskie - Vladimir Hulpach/ il. Josef Kremlacek

Baśnie wpisują się doskonale w klimat długich jesiennych i zimowych wieczorów. Na dworze robi się szaro, dzieci szybko wskakują do łóżek – jest tak jakoś cicho, melancholijnie, nic tylko czytać baśnie – i dzieciom i sobie. Może baśnie indiańskie? Właśnie pojawiły się – w kolekcji baśni z całego świata, w charakterystycznym (prawie) kwadratowym formacie – grube, pięknie zilustrowane. Indianie fascynują. Świat, którego już nie ma. Te baśnie to prawdziwa skarbnica informacji na temat kultury indiańskiej. W końcu miały tłumaczyć świat: 32 dwa teksty zebrane w tym tomie, to zbiór baśni z różnych plemion. Pojawiają się Dakotowie, Irokezi, Szoszoni, Czejenowie, mniej znani Krikowie, Foksowie, Pieganie i inni. Opowiadają o tym skąd się wzięli na ziemi Indianie, jak to się stało, że otrzymali konie, dlaczego konie indiańskie były mniejsze od tych, które dosiadały blade twarze, jak wygląda przejście do Krainy Wiecznych Łowów, dlaczego Indianie mają czerwony kolor skóry. Przekazują mądrość Indian, mówią o związku człowieka z przyrodą, opiewają czyny indiańskich bohaterów. Podoba mi się w tym wydaniu egzotyka tych baśni. Jeśli czytaliście baśnie norweskie, niemieckie to na pewno uderzyło Was to, jak wiele motywów się powtarza, jak wiele można znaleźć również podobnych elementów w naszej rodzimej literaturze – tyle że trochę zmienionych, pod inną nazwą. Tymczasem wydanie indiańskie jest bardzo oryginalne.

Pisałam już – świat, którego nie ma. Dziś na ulicy dzieci nie bawią się w Indian. Mają swoich bohaterów i z nimi chcą się utożsamiać. Można chyba po cichu nawet powiedzieć – Sorry Winetou, ale coś się skończyło.  Książki takie jak ta pozwalają na poznanie tego innego świata. Pobudzają ciekawość, bo dzieci zaczynają pytać, chcą dowiedzieć się więcej. Może warto odświeżyć tematykę, która fascynowała naszych rodziców? Pamiętacie Dzieci z Bullerbyn? Tam chłopcy bez przerwy bawili się  w Indian. Ciekawym dodatkiem do książki jest mapa na okładce, na której zaznaczono miejsca zamieszkałe przez plemiona indiańskie, dalej słowniczek wyrazów mało znanych: mokasyny, piroga, potlacz, tragi, umiak, wamlum i Posłowie, gdzie rozwinięto informacje na temat samych baśni i terenów zamieszkałych przez Indian. Do tego świetne ilustracje czeskiego grafika – Josefa Kremlacka. Nawiązują do sztuki indiańskiej, są niebywale kolorowe, kipią od odważnych barw, cechuje je misterność. Mimo, że to baśnie Indian Ameryki Północnej, często ilustracje kojarzą się również ze sztuką Indian Ameryki Południowej. Ilustrator zwraca uwagę na szczegóły: precyzyjnie odtwarza elementy ozdób, ubrań, totemów. Zresztą zobaczcie sami….


 

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina



wtorek, 04 października 2011
Marchewka z Groszkiem - Aleksandra Woldańska - Płocińska

Pojawienie się tej książki w naszym domu zbiegło się z dniami warzywnymi w przedszkolu. Dziś nawet w drodze do przedszkola przypomniało się nagle Tomkowi, że miał przynieść dwa okazy z wielkiej rodziny warzyw. W tył zwrot, pisk opon – i do najbliższego sklepu po ziemniaka i marchewkę. Gdybym wiedziała wcześniej – byłby może nawet oryginalny bakłażan, a tak…?

Ja - Tomek, potrzebujesz coś na jutro do przedszkola?

Tomek – Nieeeeeeee – Nic.

I masz babo placek. Nuuuudne te warzywa – stwierdziło moje starsze dziecko – Bo ile można opowiadać o tych marchewkach i burakach. Przecież ja to wszystko znam. Tak było jeszcze rano, a potem…. A potem okazało się, że temat warzywowy – jak z kolei mówi moje dziecko młodsze – wcale nie został wyczerpany i absolutnie nie jest nudny. Sama się wciągnęłam w tę historię – i pomruczałam pod nosem – noooo – dobry pomysł aby zachęcić do kupowania tego co nasze, swojskie, polskie.

Występują tu dwie grupy bohaterów. Najpierw nasze rodzime warzywa. Ot zwykły opiaszczony Burak, Ziemniak, Cebula, Koper, Sałata, Por, Szpinak itd. I druga grupa – to przybysze z dalekich krajów. Ach te nazwy, które od razu wywołują uśmiech na twarzy: Elpomidor, Kartoflak, Ogórras, Los Burakos, Kala de Fior. Zupełnie jak z filmu sensacyjnego. Zagraniczniaki są takie jakieś …. egzotyczne. Bo niby takie zwykłe: marchewka, pomidor, ogórek – ale za to większe, ładniejsze, świecą w ciemności, w wodzie nie toną, pachną czymś, co odstrasza nawet królika - największego pożeracza marchewek. W ich mniemaniu pestycydy pachną, a tam skąd przybyły, warzywa mieszkają  w …. szklanym domu. Dziecku starszemu szczęka opadła, bo teraz z tymi warzywami już wie, że tak naprawdę  nic nie wie – i nie wystarczy rozróżnić marchewkę od pietruszki. Warto uświadomić sobie – co się je i dlaczego? Książka doskonale wpisała się w temat ochrony środowiska, odżywiania, ekologii. Dzieci przy okazji poznają takie poważne wyrazy jak: pestycydy, wegetarianin, plantacja. Niewątpliwym bohaterem tej książki są ilustracje - pełne uroku, śmieszne, kolorowe. Świetnie wpisują się w klimat tej iście sensacyjnej historii, gdy pewnego dnia obok jednej z grządek pojawia się tajemniczy potwór i przybysze z daleka. Nie zdradzam za wiele. W każdym razie książka pokazuje, że nawet najbardziej zwyczajny temat jak … WARZYWA – może zostać potraktowany nietuzinkowo, z pomysłem, oryginalnie. A to udało się tutaj zarówno w sferze tekstu jak i ilustracji. 

I tak warzywa  z działki dziadka Stasia stały się bohaterem dnia – być może trochę brzydsze, mniejsze, czasem robaczywe, ale za to na pewno zdrowsze i ten smak…..

Książka chcąc nie chcąc wywołała wspomnienia – gdy studiowałam kilka lat temu, starsza pani – wykładowca z Niemiec, powiedziała, że takiej marchewki jak Polsce nie jadła nigdy w życiu, i że zawsze będzie tęsknić za tym smakiem. Obrazek drugi – kilka lat temu byłam świadkiem, jak młode dziewczę z Francji robiło w warzywniaku fotki buraczkom. Narobiła przy tym tyle wrzawy i harmidru – tyle tam było pełnego euforii świergotania i tirlirania, że człowiek aż uwierzyć nie mógł, że zwykły opiaszczony burak polski może choć na chwilę zosyać celebrytą. Może, może….. Dzięki książce Aleksandry Woldanskiej – Płocińskiej warzywa, nasze warzywa oczywiście, mają swoje pięć minut.  I niech tak będzie jeszcze długo, długo…

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 



sobota, 01 października 2011
Przygody Sajo i małych bobrów - Grey Owl

Czytałam różne opinie na temat tej książki. Nie znalazłam ich dużo, ale na pewno nie zachęcały do zdjęcia jej z wysokiej półki. Że nudna, że wszystko się wlecze i mało się dzieje. Tymczasem to piękna książka o przyjaźni człowieka ze zwierzętami, szacunku do przyrody, wartościach – dziś nie na czasie, o świecie, którego nie ma. Nic się nie dzieje? Ależ – cały czas jesteśmy świadkami rodzącej się sympatii, prawdziwej przyjaźni – takiej na dobre i złe, do dwóch małych bobrzaków. Pewnie można by to opisać raz dwa – w kilku słowach: żyli długo i szczęśliwie…  Przyzwyczajeni jesteśmy do życia w szybkim tempie. Poniekąd oczekujemy tego od telewizji, książek, rozrywek komputerowych. Zniecierpliwieni pewną jednostajnością, nicniedzianiem się, potrafimy się nieźle sfrustrować, że coś się wlecze w nieskończoność, nie spełnia naszych oczekiwań. Tymczasem Grey Owl – Szara Sowa, zabiera nas w podróż do kanadyjskich lasów na długo i snuje swoje opowieści. Koncentruje się na otaczającej przyrodzie i reakcjach człowieka. Nie będzie tu wielu zaskakujących zwrotów akcji. To co nas oszołomi, to spokój, który daje obcowanie z taką przyrodą, z takimi miejscami. Wielka cisza, przerywana od czasu pohukiwaniem sowy, wyciem wilka. A miłośników emocji mogę zaspokoić, że tych tu nie brakuje – jak choćby scena, gdy bobrzy dom zostaje zaatakowany przez wydrę lub gdy handlarz odbiera Sajo i Saphianowi bobra Chikanee. Właściwie można by się pokusić o stwierdzenie, na przekór tym wszystkim negatywnym i zniechęcającym opiniom, – któż dziś tak umie pisać? Książka ukazała się po raz pierwszy w 1935 roku. Jeszcze trochę i będzie miała sto lat. W jakiś sposób ta data usprawiedliwia tę nieśpieszną narrację, przeznaczoną dla słuchaczy i czytelników nie znających telewizora, radia, komputera – ludzie umieli słuchać, koncentrować się na szczególe, dostrzegać rzeczy małe. To cechy, które pomogą dostrzec niezwykły artyzm tej książki. Piękno tej lektury ujawnia się podczas głośnego czytania. Mały czytelnik nie przebrnie sam przez długie opisy przyrody. Chyba, że już wychowaliśmy sobie pasjonata takiego świata na uboczu, z dala od drogi, znajdującego wielką radość w pięknie wyrazu:). Wieczór, spokój, cisza. Kojącą lektura przed snem. Cóż może być lepszego?

Indianin Wielkie Pióro udaje się na swoje łowiska, by sprawdzić, co się tam dzieje i czy nie działają kłusownicy. Jest świadkiem ataku wydry na bobrzy dom, a podczas powrotu do domu wyławia z rzeki parę małych bobrów, które bez jego pomocy nie przeżyłyby w odmętach Rzeki Żółtych Brzóz. Zabiera bobrze dzieci do domu i przekazuje je pod opiekę Sajo – swojej córce i Saphianowi – swojemu 14 – letniemu synowi. Między tą czwórka rodzi się wieka przyjaźń. Co ciekawe bobry bardzo  swoim zachowaniu, nawet odgłosach przypominają ludzi. Wielkie Pióro ma jednak długi. Pewnego dnia w chatce Indianina pojawia się biały człowiek, który zabiera jednego z bobrów do miasta. Sajo tęskni za małym przyjacielem. Rzeka podpowiada jej, że powinna udać się do miasta i odnaleźć małego Chikanee. Rodzeństwo postanawia wyruszyć w długą i niebezpieczną podróż…

Ciekawa jest sama postać autora. Patrząc na zdjęcie Szarej Sowy można by rzec – prawdziwy Indianin. Tymczasem naprawdę nazywał się Archibald Stansfeld Belaney (1888-1938) i był Anglikiem,  który stał się Indianinem… na własne życzenie. Twierdził wprawdzie, że jest dzieckiem Szkota i Indianki z plemienia Apaczów. Jednak podczas podróży po Anglii – już jako znany (rzekomo) indiański pisarz, został rozpoznany przez …własną ciotkę. To zresztą nie koniec sensacji z życia autora. Choć czy to ważne? No właśnie. Znów górę wziął we mnie człowiek XXI wieku, który jak nie w książce, to chociaż w osobie pisarza doszuka się kolejnej ciekawostki i sensacyjki….. Ja zachęcam do sięgnięcia po Sajo i jej bobry –  poniekąd jako antidotum na współczesne bolączki. Ach – i jeszcze ważna wiadomość – wiele lat temu ta książka pojawiła się jako: Sejdżio i jej bobry. Można kupić ją na pewnej aukcji już od 1,85 i więcej.

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Polityka SP/ Fundacja ABCXXI – Cała Polska Czyta Dzieciom, Warszawa 2008