Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 29 września 2013

Oto rodzina Hogelmann: dziadek, mama, tata, Martyna, Niki i Wolfgang. Ten ostatni – dwunastolatek, opowiada o tym, jaka dziwna przygoda przydarzyła się w jego domu. Pewnie każdy by się zdziwił, gdyby pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, w kuchni pojawił się Król Ogór. Wcześniej mieszkał w piwnicy, ale poddani króla zbuntowali się i go przepędzili stamtąd. Długość tej dziwacznej postaci: ok. pół metra. Wygląd: z oczami, nosem, ustami, rękami, nogami. I w złotej koronie na głowie. Król, który przedstawił się domownikom jako: Króll Kumi – Ori Drugis, roda spod Schoda. Taki jest właśnie jego język: trochę połamany, ale bez problemu można go zrozumieć. Kumi – Ori w większości członków rodziny budzi baaardzo nieprzyjemne uczucia. Piszę w większości, bowiem, nie wiedzieć czemu, tato całkowicie podaje się woli Króla Ogóra, robi co ten zechce, jest w niego zapatrzony i nie zważa na uwagi rodziny, że trzeba go przepędzić z domu.

Książka (pierwsze wydanie – 1972r.) nie pozbawiona humoru – jednak pod warstewką żartów, śmiesznych scen kryje się prawda o istocie władzy, demokracji i polityce. Kto za tym stoi, jak manipuluje ludźmi – i dlaczego tak wielu daje się nabrać na sztuczki i gierki tych, którzy władzę sprawują i obiecują most tam, gdzie rzeki nie ma. Christine Nöstlinger za tę powieść otrzymała w roku 1973 prestiżową nagrodę Deutscher Jugendliteraturpreis. Książka, z tych ambitniejszych, którą naprawdę czyta się z przyjemnością. Mnie podoba się narracja – adekwatna do wieku. Zupełnie jakby opowiadał dwunastolatek. I ilustracje – bardzo dziecięce, śmieszne.

Christine Nöstlinger (rocznik 1936) jest znaną i cenioną pisarką austriacką. Ma na swoim koncie mnóstwo tytułów dla dzieci młodzieży.

Wiek 9+

Wydawnictwo Skrzat





sobota, 28 września 2013

Spoglądam na naszą półkę – nachodzi mnie taka myśl, że jak tak dalej pójdzie, to dzieci nie uwierzą, że są jakieś złe czarownice. A więc są tu: Malutka czarownica Preusslera (ponoć przed laty napisana dla córki autora właśnie w celach terapeutycznych), dalej szalona Winnie wraz z czarnym kocurem Wilburem. Jest czarownica wymyślona przez Emily Horn, którą kot Herbert dręczy pytaniami „czy aby jest prawdziwą czarownicą”. Nieźle wystraszyć mogą wiedźmy z serii Delaney’a – Kroniki Wardstone – ale na nie jeszcze czas. Zresztą po takiej lekturze i dorosły unika spoglądania w okno w godzinach wieczornych – bo a nuż widelec. W Gałce od łóżka zapędy do czarostwa ma niejaka panna Price, choć krzywdy dzieciom też żadnej w końcu nie wyrządziła, za to zafundowała za darmochę wyprawę na łóżku na koniec świata. Jak ma się do tego Czarownica ze Skrzyni Potworów wydawnictwa Tako?

Daleka jestem od straszenia dzieci wampirami, dziadem z worem, czy czarownicą właśnie. A jeśli pojawią się strachy – to trzeba zrobić wszystko, aby móc powiedzieć – strachy na lachy. Czarownica Enrica Llucha może właśnie spełnić taką rolę trochę terapeutyczno - rozrywkową. Bohaterka tej opowieści, o imieniu (baaaardzo sympatycznym) Marysia, pojawia się pewnego dnia w mieście, by rozmówić się z szefową wiedźm.  Już jej się znudziła baśń o Królewnie Śnieżce – pragnie odmiany, nowych wyzwań. Kiedy dostaje propozycję przeprowadzki do Jasia i Małgosi, wyraża zgodę, a tam…. – oj Maryśka narozrabia nieźle w tej baśni i całkowicie zmienia bieg powszechnie znanej historii.


Już pewnie domyślacie się, że ta czarownica naszych dzieci również nie przestraszy. Została nieźle ośmieszona w tej małej niepozornej książce. I znając życie tak szybko nie pojawi się w naszym mieście. Choć miejcie się na baczności …. jeśli tylko zobaczycie, że ktoś tajemniczo ukrywa się za chustką, to może być ONA. Włosy w nieładzie, haczykowaty nos, twarz odrażająca z licznymi brodawkami…

Dzieci ponoć lubią się bać. Zwłaszcza jak nie są w tym napędzaniu sobie stracha osamotnione. Moje lubią strachy stadne. Jak mama czyta, a one są obok. I najlepiej gdzieś w pobliżu jeszcze na dokładkę siedzi tato. I by wszystko było podszyte humorem. By śmiać się ze swojej gęsiej skórki i włosów stojących dęba. Tutaj  Marysię wystrychnięto na dudka, w dodatku ją samą zgubiło jej łakomstwo. Ciekawe, do jakiej baśni trafiła w ostateczności – a może nadal szuka nowych wyzwań?


Książka świetnie zilustrowana przez Óscara T. Péreza. Dzięki Tako mamy wgląd w to, co dzieje się na Półwyspie Iberyjskim. I niech tak zostanie. Czekamy na jeszcze.

Wiek 5+

Wydawnictwo Tako



piątek, 27 września 2013

Z przyjaźnią jest tak: raz z górki, raz pod górkę. Nigdy nie jest przez cały czas kolorowo. Tej prawdziwej towarzyszy cały wachlarz najróżniejszych uczuć. Najlepiej o tym wiedzą Cynamon i Trusia, którzy przyjaźnią się od ładnych paru (dokładnie: trzech) tomów. Ich przyjaźń przeżywa krótki kryzys. Na szczęście wszystko dobrze się kończy.


Wiersze, w których tyle uczuć: negatywnych i pozytywnych. Poplątane, pomieszane – jak w życiu. Radość ze smutkiem, ból i cierpienie z uczuciem euforii. Tutaj są też współczucie, śmiech, płacz, strach, zazdrość, żal, skrucha, samotność, szczęście. Dla dzieci wspaniałe przesłanie, że przyjaźń nie jest łatwa. Można pokłócić się o przysłowiową „pierdółkę”. Sztuką jest przebaczenie.

Cynamon łzami się zalewa:

-Życie bez Trusi sensu nie ma!

Wszystkie kolory stracił świat.

Potwornie mi tej Trusi brak.

 

A Trusia zasmarkana łka:

-Cynamon dla mnie był jak brat.

A ja dla niego jak młodsza siostra…

Nie zniosę tego.  To czarna rozpacz!

 

Cynamon idzie rakiem. Gdzie ona?

Trusia się cofa: Nie ma Cynamona.

Czy już na zawsze będą sami?

Wtem: ŁUP! Zderzają się pupami.

 

Jak tu się nie uśmiechnąć? No jak? Znane jest przysłowie: kto się czubi, ten się lubi. Kłótnia wzmocniła więzy przyjaźni dwójki sympatycznych bohaterów. A jak jest w życiu?

Książka ładnie wydana, w dużym formacie. Charakterystyczne postacie dwójki przyjaciół wymyślone przez Charlotte Ramel. Podczas lektury nachodzi nas zawsze ochota na ślimaczka cynamonowego, którego jeden z głównych bohaterów (a jakżeby inaczej – pewnie że Cynamon) ma wkomponowanego w smakowitą fryzurę.


O Wierszykach na okrągły rok pisałam tutaj

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

czwartek, 26 września 2013

Propozycja dla najmłodszych. Mama i tata czytają tekst, a maluch dokazuje z książką. To znaczy czyta po swojemu - dusi przyciski, ćwiczy oko, słucha różnych dźwięków i ma przy tym dużo radości i zabawy. Za każdym razem coś błyśnie, coś zapiszczy. Sam wierszyk aż się prosi, by go zabrać ze sobą na dywan – można się przy nim kręcić, podskakiwać, a potem wszyscy bęc ... na podłogę. Bez wyjątku. I duży i mały. Zobaczycie, że maluch będzie pękał ze śmiechu:

Kręcą się maluszki, zbierają kwiatuszki, a psik …. Więc wszyscy bęc!

Natomiast Świeć gwiazdko na niebie to propozycja na wieczór, wyciszenie się, przygotowanie do snu. Ot taka ciepła opowiastka - przytulanka. Przyciski bardziej stonowane - cicho pohukuje sowa, na niebie mignęła gwiazdka.

Świeć na niebie mała gwiazdko, obudź księżyc, gdyby zasnął. Może kiedyś cię odwiedzę, i opowiem o tym wszystkim ukochanym moim bliskim.

A gdyby tak ułożyć do tekstu melodię? - Będzie ładna kołysanka:)

Książki małego formatu, w miłej dla oczu pastelowej tonacji, z grubej tektury. Na pewno książka przetrzyma długo w małych rączętach.

Osobiście nie jestem miłośniczką grających książek. Tutaj na szczęście - dźwięki są krótkie, stonowane. Nie jak niektóre propozycje grające i świecące bez końca. Wybór oczywiście zostawiam Wam:) Ja to trochę staroświecka mama jestem - wolę książki tradycyjne.

Wiek 0+

Wydawnictwo Firma Księgarska J&K Olesiejuk



Jakiś czas temu zaprzyjaźniliśmy się z Winnie, sympatyczną czarownicą, która absolutnie nie przestraszy dzieci. A wręcz przeciwnie – rozbawi, wykrzywi zasmucone miny w radosne uśmiechy. Bo Winnie ma niesamowite pomysły. W tej części nadchodzi piątek 13 – ego pewnego miesiąca, kiedy to czarownica obchodzi swoje urodziny. Zaprosiła gości, przygotowała odświętną kreację, nagotowała pyszności. Jak cudownie mieć czarodziejska różdżkę – przy pomocy której największe rumowisko pełne śmieci  staje się pięknym ogrodem. Aż w końcu nadchodzi wyczekiwany dzień urodzin...

Zabawna obrazkowa książka, w której tak wiele się dzieje. Nie ma czasu na nudę, co rusz zmieniają się ujęcia: goście, prezenty, zabawy  – a  wszystko w wesołych kolorach. Trochę żal, że nasz ulubieniec kot czarownicy – Wilbur, akurat w tej części gdzieś tam na drugim planie. Ale jest – a to najważniejsze.

Książka świetnie nadaje się dla początkujących czytelników.

Wiek 3+

Wydawnictwo Publicat



poniedziałek, 23 września 2013

"Urodziłem się w Anglii, w hrabstwie Nottinghamshire. Ojciec był właścicielem niewielkiego folwarku i miał nas, synów, pięciu, a ja byłem trzecim z kolei. Początkowo moje wychowanie pozostawiało wiele do życzenia; nie obarczano mnie zbytnio nauką, a ja też nie garnąłem się do niej. Dni upływały mi bardzo przyjemnie wśród wiejskiej swobody i pięknej natury. Lubiłem też nade wszystko włóczyć się po lasach, łowić ryby, chwytać ptaki w sidła i tym podobne rozrywki."

 

Wiem, wiem - Guliwer większości z nas kojarzy się z lekturą szkolną. Albo mniej lub bardziej wiernymi kreskówkami. A skoro lektura to trzeba na nią spojrzeć krzywym okiem. Nie mam pojęcia jak teraz wygląda program szkolny, ale za moich czasów (ho ho dawno to było temu) mój polonista w LO wymagał, byśmy przeczytali powieść Swifta. Mam zresztą swoje stare, zniszczone do granic możliwości, kilkuczęściowe gazetowe (ależ dużo tych epitetów) wydanie z 1982 roku w przekładzie Jacka Bocheńskiego i Mariana Brandysa. Wersja dla dzieci została skrócona i uproszczona przez Cecylię Niewiadomską. Znajdziemy tu opis przygód Guliwera w krainie Liliputów i Olbrzymów (Podróż do Brobdignag). Przypomnę tylko, że oryginał z 1726 r. traktował też o innych egzotycznie brzmiących krainach: Laputa, Balnibarbi, Glubbdubdrib, Luggnagg i (do swojsko brzmiącej) Japonii, a ostatnia, czwarta część o  krainie rządzonej przez mądre konie, Houyhnhnmy.

Na pewno dorosły czytelnik  w Podróżach Guliwera dostrzeże więcej, aniżeli dziecko. Dla tego drugiego będzie to przede wszystkim powieść awanturnicza, opowiadająca o jakichś zamierzchłych czasach za króla Ćwieczka. Być może w małej głowie pojawi się refleksja: jak to jest raz być wielkim i silnym, a  za chwilę maleńkim i słabym? Przygody Guliwera, które przenoszą w dziwaczne miejsca, które trudno odnaleźć na mapie. Pobudzają wyobraźnię, skrzą humorem (ach ten nieposkromiony apetyt, który wprawiał w zachwyt Liliputów).

Duża czcionka i szerokie odstępy pomiędzy wersami na pewno zachęcają do samodzielnej lektury. Książka ciekawie, w nawiązaniu do klasyki, zilustrowana przez  Surena Vardaniana. Pewnie kojarzycie go z serią o panu Kleksie.

Wiek 8+

Wydawnictwo Skrzat

Znalazłam tutaj. Baaardzo mi się spodobało:)

niedziela, 22 września 2013

Moje serce skacze z radości!!! - jakżebym inaczej mogła zareagować na taką wieść, jak nie tytułem książki dla dzieci:))) Tadam tadam: eBUKA 2013 jest moja! Red Nacz dużego Ka - Grzegorz Raczek, na swoim FB i napisał:

"Laureaci eBuki 2013:

Najlepszy blog dla dorosłych:
- Tramwaj Nr 4

Najlepszy blog dla dzieci i/lub młodzieży:
- Półeczka z książkami

Nagrody REDnacza:
- Krytycznym okiem
- Dabudubida

Mała eBuka - nagroda Czytelników:
- Misja K.S.I.Ą.Ż.K.A.

Mała eBuka - statystyczna
- Książki mojej siostry

La DIPLĄ:
- Czechożydek
- Kopiec Kreta
- Poza psem
- Varia czyta
- More Julie
- Niedopisanie
- Z kamerą wśród książek
- aleKulturka
- Garaż ilustracji książkowych
- Magnolie
- Kombajn zakurzonej
- God save the Book
- Skulturowienie

Pełny komunikat konkursowy i relacja z finału w Katowicach już wkrótce na portalu duże Ka (dopiero wróciłem z targów).

A już dziś informuję, że można zgłaszać strony do kolejnej edycji eBuki, której finał może się odbyć w Krakowie lub Wrocławiu. Nazwy i adresy blogów wysyłajcie na adres ebuka@duzeka.pl
"

Gratulacje ode mnie dla wszystkich uczestników!

A ja - z tego względu, że godziny poranne i w dodatku niedziela, zapraszam na kubek gorącego kakao i chrupiące rogaliki. Chcę uczcić tę wiadomość:))))



 

sobota, 21 września 2013

"(...)  Więc niedziele, owe cudowne, bujne, pachnące, latowe niedziele, przepojone lasem i wonią łąk, słońcem i rzeką! Do Puszczykowa, oddalonego od Poznania o 14 kilometrów, jechaliśmy koleją w niedzielne poranki, skoro zapowiadała się pogoda, a tysiące innych wycieczkowiczów, zwłaszcza Niemców, jechało z nami. Ale było tu w lesie tyle ustroni, zakamarków, zapadłości, polanek i łąk, że tłumy szybko się rozpraszały, a my, krocząc knieją wzdłuż Warty w stronę Poznania, już po kilku minutach zachodziliśmy w zupełne pustkowie. Tak bezludne i dzikie pustkowie mogło się wydawać skrawkiem puszczy amerykańskiej (…)

Tymczasem matka na wzniesionym nieco brzegiem rzeki, gdzie zaczynał się młody bór sosnowy i wiele było piasku, rozkładała na kocu zapasy prowiantu, a wśród nich były zawsze dwie albo trzy butelki chłodzonego kakao. Boże, jak to matczyne kakao smakowało! Rzecz znamienna, że z tych lat jedynie smak dwóch napojów, owego kakao i babcinej kawy, utkwił mi w pamięci niby smak czegoś boskiego (...) ".

Łapiemy lato, czy może już jesień? Kalendarzowo – jesteśmy w lecie (jeszcze chwila). Ale zapach powietrza mówi coś innego. Nie, nie da się natury oszukać. Piękna pogoda sprzyja podróżom. Niedawno wspomniałam w jednej z recenzji o naszych odwiedzinach w Muzeum Pracowni Literackiej Arkadego Fiedlera. Było bardzo przyjemnie – dzieciarnia zadowolona. Dużo eksponatów zrobiło na nich wrażenie. Ja wspomnę olbrzymie pająki ptaszniki, piranię, zęby mamuta (wiek 15 tys. lat), kawałek meteorytu, skórę węża boa czy nietoperza wampira znad rzeki Madejra, który upuszcza ludziom i zwierzętom krwi. Co chwila słyszeliśmy ochy i achy, które niekiedy wyrażały zachwyt, innym razem przerażenie – jeszcze innym – obrzydzenie.

W Muzeum panowała fajna atmosfera – jest ono prowadzone przez rodzinę Arkadego Fiedlera. Dzieci zamęczały pytaniami synową pisarza o poszczególne zwierzęta, dociekały, czy można dotknąć (można było!!!), wysłuchały opowieści o wężu, który uciekł z domowego terrarium. Na szczęście został schwytany potem w ogrodzie i niestety, ze względów bezpieczeństwa, oddany do zoo. Zaciekawiła ich opowieść o panu, który wprawdzie nie był lotnikiem (jęk zawodu), ale napisał przebojową książkę o lotnikach (o tym za chwilę). I święty nie był w dzieciństwie, a w wyrósł na fajnego faceta.

 

Ojejku - to można napisać aż tyle książek? Dla porównania pająk ptasznik. Robi wrażenie, prawda?

Rękopisy i narzędzia pracy Arkadego Fiedlera

Rozbawiła nas ta fotografia i dopisek na niej. Mamy nadzieję, że nasze urwisy też wyjdą na ludzi (odbija się lampa od aparatu, ale baaaardzo podoba mi się to szczerbate zdjęcie:)

 

"Nie, nie byłem święty, głupie figle płatałem ludziom. Że za plecami rodziców spuszczałem z trzeciego piętra na nitce skrawek papieru i nim majtałem po twarzy przechodniów na ulicy, to znany wisusowski psikus. Gorzej, gdy siedmioletni chłystek przerzucał przez Berlińską tatowy śrut i siał panikę wśród niemieckich urzędników i kupców, którzy tam po drugiej stronie ulicy pracowali przy otwartych oknach. Z jakichś przyczyn uważałem tych facetów za swych wrogów i przerażałem ich od czasu do czasu, gdy grad śrutu z groźnym terkotem wpadał im do pomieszczeń. Myśleli, że ktoś wśród gwaru ulicy do nich strzelał i alarmowali policję. Policja niezbyt wierzyła w strzelanie i nie mogła znaleźć sprawcy w naszym domu, a ten, ledwie odeszła, karał donosicieli pełniejszą garścią śrutu. Rzucał go zawsze z ciemnego, na pół przymkniętego okna".

Tuż obok starej willi, w której mieści się muzeum, stoi replika w skali 1:1 okrętu Kolumba Santa Maria. Można na nią wejść.

Kojarzycie? To posągi z Wyspy Wielkanocnej. Nie, nie oryginały - replika, skala 1:1

Nigdy nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieli możliwość zajrzenia posągowi z tajemniczej Wyspy Wielkanocnej do nochala. Dodam tylko: olbrzymiego:)


Mieliśmy szczęście – w Muzeum nasze chłopaki podbiegły do pewnego pana, który z pasją pokazywał i opowiadał coś innemu panu, jak się okazało Markowi Fiedlerowi, synowi Arkadego Fiedlera - podobnie jak ojciec - podróżnikowi i pisarzowi. Zakłopotani, chcieliśmy odciągnąć chłopców, ale nie przeszkadzali oni rozmówcom, zostali przypadkiem wciągnięci do przygody historycznej. Mogli posłuchać fascynujących opowieści o poszukiwaniach szczątków samolotów i dokumentów – i to zarówno w Polsce jak i na terenie Wielkiej Brytanii. Pan – nie znamy nazwiska – miał olbrzymią, imponującą wiedzę. A zaczęło się to dawno temu – kiedy jako mało chłopiec przeczytał Dywizjon 303. Książki naprawdę mogą zmienić życie.

 

I pomyśleć, że tylko tyle zostało z samolotów.


Dużą część stałej ekspozycji zajmują Indianie Ameryki Południowej. Ciekawe, co kryje się za rogiem....


Taka kara spotykała żądnych skarbów konkwistadorów. Kościotrup ma odstraszać potencjalnych złodziei.


Ciekawe co właściciele powiedzieliby widząc coś takiego. Ale ciekawość dziecięca naprawdę nie zna granic.


 

Liczba miejsc, które odwiedził Arkady Fiedler, jest naprawdę pasjonująca.

 

"(...) Ojciec trzymał mnie za rękę i gdzieś prowadził w lesie puszczykowskim. Kroczyliśmy przez las raczej nieprzyjemny, bo ciemnawy, gdy nagle wyszliśmy na polanę, na której rosła wysoka, wesoła trawa, pełno było barwnych kwiatów i pełno słońca, aż przyjemnie raziło. Na ten widok doznałem jakiegoś wstrząsu, czy to radości, czy rozkoszy, wstrząsu tak silnego i trwałego, że echo jego pozostało we mnie przez długie lata i przemieniło się z czasem w nieprzepartą tęsknotę za trawą jeszcze wyższą, niż była na tej polanie, za lasem bujniejszym, za słońcem gorętszym.

Miewałem uporczywe marzenia o dalekich, egzotycznych krajach i gdy później zacząłem realizować swe plany podróżnicze, dobrze sobie uświadamiałem, że moja kariera podróżnika i literata, rozmiłowanego w przyrodzie i w prostych ludziach w tej przyrodzie żyjących – nie była rzeczą przypadkową, nie powstała  dnia na dzień, lecz jak gdyby źródła swe wywodziła z zarania mego życia, może nawet takich chwil, gdy na słonecznej polanie ziarno zapadało do chłopięcej duszy (...)".



Kiedy pod koniec naszej literacko - geograficznej wyprawy poczuliśmy głód, swoje kroki skierowaliśmy do tawerny tuż obok, gdzie nas porządnie i smacznie nakarmiono. W międzyczasie zapytano jak nam smakuje, wytarto cierpliwie i ze zrozumieniem rozlaną (przeze mnie!) gruzińską lemoniadę. Miła pani powiedziała, że absolutnie mam się nie przejmować - najważniejsze, żebyśmy się u nich dobrze czuli. I było nam jak w niebie: przyjemnie i rodzinnie – nawet zachodziliśmy w głowę – że tak można. Na sąsiednim stole dla dzieci leżała do poczytania najnowsza książka Łukasza Wierzbickiego: Wróżby dla Kuźmy - czegóż chcieć więcej. Po nieprzyjemnych doświadczeniach nadmorskich – taka odmiana naprawdę mile zaskakuje.

Na replice ołtarza, na którym kładziono w czasach dawnych jeszcze bijące serce, my zostawiamy pieniążka - bardzo chcielibyśmy kiedyś tu jeszcze powrócić:)

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Arkadego Fiedlera Mój ojciec i dęby (wyd. Iskry 1973)



piątek, 20 września 2013

Przygód leśniczego ciąg dalszy. Jak zapewne pamiętacie Fryderyk Piątek przybył kilka miesięcy temu do Doliny Bagiennych Traw. Razem ze swoimi przyjaciółmi: Maurycym (krasnoludek z ogonkiem) i Ogryzkiem (szczurek) poznaje nadal swój las. Choć nie – gdyby przeczytał to moje stwierdzenie, pewnie zacząłby dyskutować, że przecież co ja tu wymyślam. On przecież zna swój rewir jak własną kieszeń. Choć życie nie raz uczy pokory. Piątek upiera się bowiem, że musi spełnić drugą prośbę swego poprzednika leśniczego Kobieli. W pierwszej nakrył i nieźle nastraszył kłusownika Kindziuka, natomiast po głowie nadal krążą mu myśli związane z sześcioptakiem. Dziwacznym cudem natury, który ponoć łączy w sobie cechy sześciu ptaków będących pod ścisłą ochroną: bielika, orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia, puchacza i cietrzewia.

W poszukawianu sześcioptaka Piątek zapuszcza się w odległe i bardzo dzikie ostępy leśne, które uświadomią mu, że tak naprawdę nic nie wie o lesie, który kryje w sobie jeszcze mnóstwo tajemnic. No i przeżyje jeszcze wiele przygód, bowiem spotka nowych i dziwacznych mieszkańców leśnych, o istnieniu których nie miał zielonego pojęcia. Pewnie Was interesuje, czy w końcu zobaczy osławionego sześcioptaka. Ale nie zdradzę Wam tajemnicy. Zachęcam do tego, by samemu przeczytać i się przekonać.

To pełna humoru opowieść, do której przemycono mnóstwo informacji na temat lasu i jego mieszkańców. Poruszono problem śmieci, hałasu, rozjeżdżania duktów leśnych. Uwaga – pojawia się wątek miłosny – pytanie tylko, czy Piątek przygotowany jest na związanie się kimś na całe życie. Choć Piątek podpadł mi w jednej sprawie – kupił telewizor. I po co? Po co się pytam?

Piątek należy do ulubionych bohaterów moich synów – taki sobie outsider w swoim środowisku. Widzi rzeczy i istoty, których miejscowi i robotnicy leśni nie widzą. Mają go za dziwaka, ale darzą sympatią, ponieważ co rusz daje im dowody na to, że dba o las i naprawdę go kocha.

Tutaj pisałam o wcześniejszych przygodach leśniczego Piątka.

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura



czwartek, 19 września 2013

"W Lönneberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. Był dziki i uparty, nie tak grzeczny jak ty. Chociaż, należy przyznać, robił miłe wrażenie, kiedy się nie awanturował. Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą, rumiana twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek. Ale pozory mylą". 

Wiele razy Astrid Lindgren wspominała, że pierwowzorem Emila był nie kto inny jak jej ukochany … ojciec Samuel August (1875-1969). To jego opowieści zainspirowały pisarkę do stworzenia Emila. A Samuel August – faktycznie wyszedł na ludzi. Był szanowanym obywatelem, przez długie lata też przewodniczącym rady gminnej. I ponoć spośród książek córki, te o Emilu podobały mu się najbardziej. Astrid czytała mu je na głos, zanim jeszcze zostały wydane. Jego uwagi były bardzo cenne – na przykład ile co kiedyś kosztowało. Niekiedy pisarka musiała wprowadzać zmiany. Gdy napisała ostatni rozdział, poleciały jej łzy: Okropne jest uczucie, że już nigdy więcej nie będę mogła spotkać Emila. ["Portrety Astrid Lindgren"] zastanawia mnie tylko, kto był pierwowzorem ojca Emila. Ależ to była osobowość (!!!) – wszyscy, którzy znają rodzinę Emila, wiedzą, o czym mówię. Dziadek? – raczej nie. Swojego dziadka Astrid Lindgren opisała w Dzieciach z Bullerbyn jako dziadziusia.

Kto nie zna, niech nadrabia zaległości:

Dla moich chłopaków chciałabym słynną Emilową cyklistówkę

 

 

Całą prawdę o bohaterach swoich powieści i ich pierwowzorach zna tak naprawdę tylko Autorka:)


 

Czytelniczka mojego bloga poprosiła mnie o pomoc. Od dłuższego czasu poszukuje trzech książek dla swojego dziecka. Oto tytuły:

Pierwsze urodziny prosiaczka -  Aleksandra Woldańska-Płocińska

Mrówka wychodzi za mąż - Przemysław Wechterowicz
 
Wilczek - Gerda Wagener
 

Może ktoś chciałby odsprzedać? Podaję kontakt: carolinazeta@op.pl


Czyli – Czy zawsze będziesz mnie kochać?

Bardzo ciepła książka, o której można powiedzieć: czytanka - przytulanka. To rozmowa pomiędzy mamą i synkiem. Ten jest bardzo smutny – właśnie podarł kurtkę. Czy w związku z tym mama nadal będzie go kochać?

Mama cierpliwie i z miłością zapewnia go, że tak: nawet wtedy gdy będzie popełniać błędy i w życiu i w szkole, psocić, kiedy coś zniszczy.

-A kiedy ja przestanę cię kochać ?- pada pytanie.

-Wówczas nadal będę cię bardzo kochać - słyszy odpowiedź mamy.


Mądra książka o akceptacji dziecka takim, jakim jest. O miłości na dobre i na złe. Dziecko pełne jest obaw - mama powoli odsuwa wszystkie strachy od dziecka, uspokaja je, zapewnia o przywiązaniu. Szkoda, że nie ma po polsku, ale może kiedyś ktoś …..


Na ilustracjach pełno misia - absolutnie nie-świętoszka. Pewnie nasze dzieci odnalazłyby siebie w tej książce.

Lektura w klimacie książek Anity Jeram, gdzie też występują mama misiowa z synkiem. I jest tam też baaaardzo ciepło i bezpiecznie - i to nie tylko ze względu na herbatę z miodem i buzujący w piecyku ogień.

Wiek 3+

Wydawnictwo Michael Neugebauer Edition



środa, 18 września 2013

Jakiś czas temu pisałam o Przygodach Dory i Flory, słuchowisku, które przed laty zostało nagrane przez Polskie Radio na podstawie książki Erica Linklater'a pt. Wiatr z księżyca. O książce mogę powiedzieć tylko, że została ona Białym Krukiem. Jej ceny  na aukcjach sięgają stu złotych i więcej. Ja polowałam na nią od dłuższego czasu – szukałam daleko, znalazłam blisko. I choć znaliśmy losy Dory i Flory z płyty, chętnie przeczytaliśmy ciąg dalszy.

Słuchowisko nawiązuje tylko do części przygód sióstr, które co chwila od najbliższych słyszą, że są naprawdę niegrzeczne i niezdyscyplinowane. Twierdzą tak: mama, i tato major Palfrey, i guwernantka Panna Rozumek. Tymczasem, to dziwne, bo Dora i Flora zawsze starają się czynić dobro – a ciągle słyszą jak wiele im brakuje w kwestii znaczącej – czyli DOBREGO ZACHOWANIA. Moje dzieci kiwały tylko głowami, bo skoro Dora i Flora niby są takie niegrzeczne, to ja naprawdę mam powód, by czasem narzekać na moich synów;)

Powieść została wydana w 1944r. – czyli w okresie wojennym dla Europy i Wielkiej Brytanii. Pewnie był powód ku temu, aby promować pewne zachowania. Zresztą – to już druga strona medalu – co jak co – ale angielska etykieta – miała zawsze bogatą tradycję i sami Anglicy już dobrze wiedzieli, czego oczekiwać od dobrze wychowanych angielskich dziewczynek. Rok pojawienia się tej powieści tłumaczy też poniekąd jej treść – zwłaszcza w drugiej połowie, nie uwzględnionej przez autorów słuchowiska: tłumacza książki Andrzeja Nowickiego i Starszego Pana A Jerzego Wasowskiego (świetna muzyka, wspaniałe piosenki powstały do tego nagrania przed laty – naprawdę polecam!). Dużo tutaj tematyki wyzwoleńczej – brzmi to górnolotnie – ale treść książki absolutnie nie jest pompatyczna – bowiem Dora i Flora co rusz kogoś uwalniają. Natomiast postać złego księcia Hulagu panującego w krainie Bombardii nasuwa jednoznaczne skojarzenia z panem z charakterystycznym wąsikiem, który rozpętał piekło na ziemi. A Bombardia – czyż nie kojarzy się z bombardowaniem Anglii? Zresztą literacki kraj też dla mnie znaczył tylko jedno. Jest rok 1944, a Bombardia Linklater'a to kraina, w której panuje zupełna cisza – zły książę Hulagu ma wszędzie swoich szpiegów podsłuchujących wszystkich i wszystko. Kto jest przeciw – ten zostaje wtrącony do wiezienia, jest mordowany albo torturowany. Męczenie innych i prześladowania sprawiają wielką frajdę księciu Hulagu.


Jeśli wieje wiatr z księżyca to dzieją się dziwne rzeczy? Ojciec dziewczynek wyjeżdża na rok, z księżyca właśnie wieje, duje że aż hej – a dwie siostry zaczynają rojbrować. Twierdzą, że Wiedźma istnieje naprawdę – to od niej dostały niby czarodziejski eliksir, po wypiciu którego mogą zmienić swoją postać. Wybór pada na kangury, ponieważ te mają dużą torbę na brzuchu, w której może się pomieścić wiele dziecięcych skarbów, w tym buteleczka z eliksirem. Tylko że buteleczka ginie w tajemniczych okolicznościach i nie wiadomo, czy dziewczynkom uda się odzyskać ludzką postać. Wiele się dzieje w miejscowości Harmider. Dziewczynki jako kangury trafiają do miejscowego zoo. Tutaj demaskują złodzieja i uwalniają Sokoła oraz Pumę. Po powrocie do domu nijak nie potrafią wytłumaczyć się Pannie Rozumek ze swojej nieobecności...

W tym miejscu kończy się słuchowisko, a w książce zostaje jeszcze spora część do przeczytania. Dziewczynki są bardzo wrażliwe na krzywdę. Przyczyniają się do uwolnienia nauczyciela muzyki – pana Corvo, który kilka tygodni wcześniej został wraz całą Ławą Przysięgłych niesłusznie skazany w procesie sądowym. A kiedy siostry dowiadują się, że ich ojciec został wtrącony do więzienia przez księcia Hulagu, bez namysłu decydują się na pełną niebezpieczeństw podróż, która ma dać wolność ich ojcu. Zresztą dziewczynki, jak same przyznają, mają już na swym koncie kilka uwolnień i spore doświadczenie w tej dziedzinie.




Książka kończy się dobrze, księcia Hulagu spotyka zasłużona kara – choć opis jego śmierci hm... – nie należy do najdelikatniejszych. Czyżby znowu swe odbicie znalazły tutaj wojenna rzeczywistość, oswojenie ze śmiercią – także wśród najmłodszych, którzy byli świadkami tragicznych wydarzeń? Książka na pewno promuje dobro, pokazuje, że warto zrobić coś dla drugich. Lista tych, którym pomogły Dora i Flora, jest długa. W wielu miejscach sceny skrzą humorem (nie tylko typowym – angielskim), pewne sytuacje są absurdalne – jak choćby ta, kiedy to dziewczynki wracają szczęśliwe z uwolnionym ojcem, po czym dostają burę od Panny Rozumek (w słuchowisku popisowa rola Ireny Kwiatkowskiej), że opuściły tyle lekcji i mają mnóstwo zaległości.

Przyjemna książka – i puszczam oko do wydawców o wznowienie – bo jest trudno dostępna, a ci którzy chcą się jej pozbyć, z torbami puszczą pożądających jej moli książkowych. Choć muszę przyznać, że słuchowisko na podstawie tej powieści (właściwie jej części) to Mistrzostwo Świata. Bez wahania zaopatrzyłabym się w nie za każde pieniądze. Jednak do końca nie jestem pewna, czy sama książka zasługuje na aż tak wysoką cenę.

Wiek 7+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia rok 1971




Poszukałam w Internecie obcojęzycznych wydań książki Linklater'a.

I wersja szwedzka:)




Pałac w Śmiełowie nieodłącznie kojarzy się z Mickiewiczem. Spędził w nim kilka miesięcy, chciał się przedostać przez dziką granicę, by walczyć w Powstaniu Listopadowym w Królestwie Polskim.  I choć nic  z tego nie wyszło – to jednym z efektów wymiernych pobytu Wieszcza w Wielkopolsce był Pan Tadeusz. Przez niektórych kochany, innych wyśmiewany, jeszcze innych znienawidzony. Ja mam z lekturą miłe wspomnienia – to zasługa polonistki  z powołania w podstawówce, która tak nas zaraziła miłością do Pana Tadeusza, że wielu z nas chętnie przeczytało tego grubasa. Ponoć znawcy literatury w opisywanych widokach, pagórkach leśnych,  wschodach i zachodach słońca w Panu Tadeuszu doszukują się elementów krajobrazu wielkopolskiego. Faktem jest, że Mickiewicz w naszej okolicy w wielu miejscach bywał, a niektóre z nich dzięki temu próbują się dziś wypromować. Tam spał, tam siedział na kamieniu, gdzie indziej znów czerpał wodę ze studni. Śmiełów to niewątpliwie ważne miejsce na szlaku turystycznym, który powstał niedawno (a z którym mam poniekąd do czynienia zawodowo) – Podróże z Panem Tadeuszem.

Odwiedziliśmy pałac przy okazji imprezy plenerowej, która miała miejsce na początku września. Mieści się tu Muzeum im. Adama Mickiewicza. Można zobaczyć oryginalne manuskrypty Mickiewicza, portrety z epoki, ilustracje do jego utworów, meble w stylu biedermeier, obrazy z okresu XVII – XIX w.

Tekla Markiewiczówna, rezydentka pałacu w Śmiełowie, pisała o przyjeździe Mickiewicza do pałacu:

"…w sierpniu 1831 roku (…) zajechał przed okazały pałac w Śmiełowie podróżny pojazd, z którego wysiadł brat pani Gorzeńskiej, Ksawery Bojanowski, a za nim młody człowiek z bujną czupryną, którego Bojanowski  przedstawił głośno witającym go u progu domownikom: ”Oto pan Adam Mühl, (jeden z pseudonimów używanych w Wielkopolsce przez Mickiewicza) nowy guwerner Antka i Władka” (synów Antoniny i Hieronima Gorzeńskich, właścicieli Śmiełowa). Mistyfikacja ta nie była nowiną, gdyż przyjazd był poprzedzony korespondencją Ksawerego Bojanowskiego z siostrą. W tym samym czasie zjechała do Śmiełowa siostra pani Gorzeńskiej, Konstancja z Bojanowskich Łubieńska z Budziszewa, żona oficera napoleońskiego, kobieta wielkiej nauki, biegła w literaturze”. 



Konstancja Łubieńska złamała serce Wieszczowi. To ją miał przed oczyma, gdy tworzył postać Telimeny. Miała wtedy 34 lata, 12 lat małżeństwa za sobą i pięcioro dzieci.

"Piękna jak bogini miała w obliczu wyrazu łagodności Diany, lecz raczej surowość Junony, należała do tych bóstw, co żądają od śmiertelników bezwarunkowego poddania. Ożywiona, wesoła, dowcipna i wymowna (…), z wielką swobodą w obejściu, humorem, werwą w konwersacji, bystrością i oryginalnością poglądów, umysłowymi zaletami podbijała tych, co się zdołali oprzeć jej zewnętrznym powabom. Ogólnie podziwiana, przedmiot uwielbień i cel tęsknych westchnień okolicznych dandysów, na których spoglądała z wysoka, zasmakowała w triumfach, wyrobiła w sobie pewną kokieterię, zdążającą do tego, aby przed zwycięskim rydwanem wieść szereg niewolników i paść ich jałmużną uśmiechu" – opisywali ją Wielkopolanie. 

 

Pierwodruk Pana Tadeusza, Paryż 1834

Ilustracje Szancera do Pana Tadeusza

Kamień pomalowany przez Helenę - córkę Mickiewicza

Oryginalna portmonetka Wieszcza

Kałamarz Mickiewicza - ponoć poeta miał go ze sobą w Turcji

Maria Chełkowska pisała:

"Widok z pokoju Mickiewicza: pagórki leśne, łąki zielone nad błękitną wówczas, szerokim korytem płynącą Lutynią rozciągnione, pola malowane były w sierpniu 1831r. zbożem rozmaitem, przepasane były miedzami, a grusze i drzewa owocowe utrzymane były przez czas mego 41- letniego mieszkania w Śmiełowie. Grusze zostały niestety przez Niemców wyrąbane. Taki był i jest krajobraz z okna pokoju Mickiewicza".

Jest w pałacu kawiarnia Śmiełowska. Tekla Markiewiczówna tak oto wspomina zapachy roznoszące się niegdyś po pałacu:

"W Śmiełowskim pałacu niepoślednie miejsce zajmowała podówczas kawiarnia. Był to rodzaj domowego znicza, ognisko palące się bez ustanku od świtu do nocy. Kapłanka tego przybytku, wdowa, rodzaj klucznicy, nazwiskiem Ciastowska, mająca na swe rozkazy dwie pomocniczki Polkę i Marynię (druga żyje dotąd), dawała im dyspozycje z powagą wodza stutysięcznej armii, stojąc przy ogromnym kominie, odgarniała śmietankę, aby się kożuszek nie przypalił, przelewała kawę z imbryka do imbryka, słowem całe dni spędzała na tym ważnym zajęciu , przyjmując odwiedziny gości i tocząc z nimi żwawe niekiedy rozprawy. Toteż specjalne wykształcenie i rzadką gorliwość wieńczył nadzwyczajny sukces: sporządzany przez nią napój słynął w okolicy i w zachwyt wprawiał smakoszów. Adam cenił wysoko mistrzostwo Ciastosi, często do jej rezydencji zachodził, wyciągał na rozmowę gadatliwą kobiecinę i miał ją niezawodnie przed oczyma".



W starym parku pałacowym wiele się działo. Podsumowując to popołudnie - cała nasza czwórka stwierdziła, że dawno się tak nie uśmiała. Tomka ponoć aż brzuch bolał. A to za sprawą prowadzących Zajazd - z humorem i ze swadą, z użyciem rubasznych zwrotów wyciągniętych z lamusa, opowiadali oni historię zajazdów w dawnej Rzeczpospolitej.

Zabawka z dawnych czasów, czy może ćwiczenie uczące dokładności i dobrego refleksu? W każdym razie - łatwo nie było.

Moneta z "dawnych czasów". Mamy taką w swoich zbiorach.

Było trochę huku i dymu.

Nie tak łatwo trafić z konia do celu.

Tak się ponoć dawniej bawiły dzieci. Siedziały na koźle i workami (Mikołaj i Tomek twierdzili, że lekkie toto było) waliły się po głowach. Wygrywał ten, kto utrzymał się bez podtrzymywania na grubym balu.

Widok na kościół w Brzostkowie i Szwajcarię Żerkowską

 

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Podróże z Panem Tadeuszem – autorstwa Andrzeja Kuźmińskiego





wtorek, 17 września 2013

Książka, która może wydarzyć się w każdym domu. Dziwne stwierdzenie, prawda? Ale czyż nie jest właśnie tak, że w momencie jakiegoś niewyobrażalnie wielkiego smutku dorośli starają się oddzielić dzieci od kłopotu. Od choroby, od śmierci, od rozmów poważnych, ich szeptów po kątach, organizowania życia po swojemu. By nie smucić, nie wywoływać płaczu, uczucia strachu.Tak jak w Chuście babci.

Babcia Biliama wraca ze szpitala do domu. I kiedy dorośli omawiają TE sprawy gdzieś na boku, odseparowują od nich dzieci, te szukają miejsca dla siebie. Tak, by mogły usłyszeć własne myśli. Bo przyznacie – w takim rozgardiaszu trudno poukładać je w sposób właściwy. Wszędzie pełno krewnych, inne dzieci, psy. Chłopiec wraz ze swoją najbliższą kuzynką szukają miejsca dla siebie najpierw na balkonie, potem w łazience. I kiedy dorośli krzyczą jeden przez drugiego, że koniec z wygłupami, że mają się ZACHOWYWAĆ, dzieci odnajdują miejsce ciche i spokojne pod chustą babci. Ta nakrywa ich kawałkiem materiału, tworzy coś na kształt ochronnego namiotu, pod którym można wreszcie robić co się chce – a zwłaszcza można porozmawiać. O tym, o czym się myśli: o nadchodzącej śmierci, o życiu bez babci i babci bez życia.

Lektura dla dzieci i dorosłych. Dla dzieci ważne przesłanie – mają prawo do swoich myśli, refleksji. Jakiekolwiek by one nie były. I mają też prawo do swojego miejsca na ziemi - mimo krzyków i protestów dorosłych. I do uczuć, znaków zapytania, wątpliwości, niezadowolenia, smutku. Według swojej recepty.

 

Trochę mi ta książka przypomniała mi scenę rodzinną sprzed kilku dni. Dzwonię do Tomka z pracy, by sprawdzić jak tam w szkole, jak się czuje itd.

-Co robisz? - pytam.

-Tak sobie siedzę i myślę – słyszę w słuchawce.

Nie, wcale się nie niepokoję. Po takiej książce?

Książka do filozofowania, rozmów z dziećmi. Świetne ilustracje Joanny Hellgren - świat z perspektywy dziecka. Czasem trzema mieć dużo odwagi, by spojrzeć na niego z wysokości 1,20m a może i mniej. A zrozumieć dziecięcy punkt widzenia - ho ho - warto spróbować.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

 



poniedziałek, 16 września 2013

 

Moja radość jest wielka!!! Dziś dowiedziałam się, że mój blog znalazł się wśród Finalistów konkursu eBuka 2013. Spośród ponad 100 zgłoszonych do konkursu blogów książkowych wybrano – na logotypie napisano: FINAŁOWĄ DZIESIĄTKĘ, ale dziwnym trafem jest nas więcej. Konkurs eBuka zorganizowany został po raz trzeci przez portal dużeka.pl.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali i trzymali za mnie kciuki:)

Kto choć raz przeczytał książkę Jacquelin Wilson, z ciekawością sięgnie po następną.

Sekrety to powieść o dwóch dziewczynkach i relacjach między nimi. India pochodzi z bogatego domu. Jej matka jest projektantką popularnej serii odzieżowej dla nastolatek. Dziwne, ale sama India nie cierpi jej ciuchów, nie przepada też za swoją rodzicielką. Ma inne priorytety w życiu – woli mieć w głowie, niż na sobie. Jest zafascynowana Dziennikiem Anny Frank, jej losami podczas II wojny światowej. Mierzi ją głupota innych, kwiki koleżanek na widok fatałaszków wymyślonych przez mamę. I nie ma przyjaciółki, z którą dzieliłaby zainteresowania.

Tymczasem Teodora to zupełnie inny świat. Wychowywana tylko przez matkę, co chwila zmienia miejsce zamieszkania. Kiedy kolejny facet mamy bije ją i rani sprzączką od paska w głowę, z radością wyprowadza się do swojej babci. Tylko, że ani matka ani dręczyciel nie chcą iść na taki układ. Będą próbowali za wszelką cenę doprowadzić do powrotu dziewczynki do domu (jeśli jest to w ogóle dom). I wtedy India wpada na szalony pomysł: ukryje koleżankę u siebie w domu. Podobnie jak to zrobili przed laty ludzie z żydowską dziewczynką. Między nimi zawiązuje się przyjaźń.

Choć jestem daleka od dzielenia książek na damskie i męskie, wydaje mi się, że Sekrety raczej wpisują się w prozę dla nastolatek. Już tytuł na to wskazuje: Sekrety. Pewnie znacie to uczucie: mniejsze i większe tajemnice, które dzieliło się z psiapsiółkami ze szkolnej ławy albo podwórka. Wilson mądrze przedstawia tok myślenia dorastających dziewcząt, pisze o ich zainteresowaniach, uczuciach i oczekiwaniach. Bardzo podobał mi się obraz babci – nauczycielki tańca country – która miała bardzo dobry kontakt z wnuczką.

Książka ma ciekawą konstrukcję: narracja jest raz z perspektywy Indii, kolejny rozdział z perspektywy Teodory.

Wiek 13+

Wydawnictwo Media Rodzina



niedziela, 15 września 2013

Książka Rosie Dickins wprowadza w świat sztuki. Przedstawia dzieła różnych artystów, po czym zachęca do twórczej aktywności poprzez naśladownictwo. Są wśród nich obrazy – te w szczególności, rzeźby, mobile, a nawet kafelki irańskie i maski afrykańskie. Każde dzieło jest krótko przedstawione, następnie jest zaprezentowana ciekawostka z nim związana lub z pasją artysty. I tak Alberto Giacometti namiętnie obserwował będących w ruchu przechodniów na ulicy – w książce można zobaczyć jego rzeźbę z brązu – pięć osób spacerujących po miejskim placu. Natomiast inny artysta James Abbott McNeill Whistler pokłócił się ze znanym krytykiem sztuki o swój obraz: Nokturn w czerni i złocie, który ten drugi uznał za niechlujnie namalowany. Na końcu – krótka nota biograficzna. Jak się okazuje niektórzy artyści zaczęli tworzyć w późniejszym wieku, często przez przypadek, niekiedy o ich losie decydował przypadek – jak choćby choroba (Henri Matisse).

Znajdziecie tutaj bardziej i mniej znane dzieła sztuki: Lilie wodne. Poranek Moneta, Tancerki w błękicie Degasa, Wirujący obraz Hirsta, Lawendową mglę Polloca, Gwiaździstą noc van Gogha, Poliszynela z gitarą Picassa i inne. Razem 22 dzieła sztuki.  

Jednym z ciekawszych elementów tej książki jest część kreatywna – autorka podpowiada jak zrobić coś swojego zainspirowane dziełem wielkich ze świata sztuki. Każde dzieło przedstawione w książce – to pomysł na domową sztukę. Jednocześnie – prezentowane są różne techniki przy użyciu najrozmaitszych materiałów plastycznych. Można tworzyć przy użyciu palców, słomki do zimnych napojów, gąbki, gumki do ścierania, skrawek gazet i watki. Ciekawe jest spojrzenie na sztukę współczesną - i pytanie, które od czasu do czasu się pojawia: Czy to jest sztuka? Prezentacja części twórczej następuje krok po kroku – pokazane są kolejne etapy pracy. Książkę można wykorzystywać już z najmłodszymi dziećmi – tutaj przyda się na pewno pomoc rodziców, którzy przedstawią dane dzieło i objaśnią technikę wykonania pracy.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Publicat

sobota, 14 września 2013

Frederick Morgan (1847-1927)

 

Lubię każdą porę roku – ale jesień i zimę w szczególności. Pewnie dlatego, że więcej wtedy czasu dla siebie, dzieci. W ogrodzie jakoś spokojniej. Jak przypomnę sobie lato, kiedy po powrocie do domu zaraz biegłam do ogrodu – to naprawdę cieszę się na jesień. Albo tupot dziecięcych nóg, który sygnalizował tylko – ot, chłopcy pojawili się na chwilę w domu, by coś zjeść, napić się, by biec szybko do kolegów. Późne powroty znad jeziora, przesiadywanie do północy, pielenie zielska. Teraz, kiedy dzień krótszy  - wszystko przycichło, uspokoiło się. Siedzimy wieczorem przy stole, dzieci coś rysują, bawią się, rozmawiamy w nieskończoność. Fajnie – niedługo zaczniemy palić w kominku. Lubimy siedzieć przy dużych oszklonych drzwiach i gapić się na świat za szybą – coraz częściej w odcieniach szarości, spowity mgłą. No i jest więcej czasu na lekturę, gry planszowe, słuchanie audiobooków. Jak tu nie lubić tych dwóch pór roku.

Po raz pierwszy mamy poważne zbiory z naszej jabłonki. Pisząc poważne – mam na myśli – kilka czerwonych kształtnych jabłuszek, które lada dzień będą gotowe do zbioru. Dużo czasu minie aż z jabłonki zrobi się jabłoń. Zbieramy ostatki pachnącego groszku. Tajemnica jego bujności tkwi w oszczypywaniu gałązek z kwiatami. Im częściej je ucinasz i wkładasz do wazonu, tym lepiej i wyżej rośnie. Jak tylko zakwitł, tak przez cały czas stał u nas na stole w jadalni. Wymienialiśmy tylko świeże kwiatki.  Gdzieniegdzie można znaleźć jeszcze maliny, pomidory pstrykotki – tak moje dzieci mówią o pomidorkach koktajlowych, które tak śmiesznie strzelają im w buzi przy rozgryzaniu zerwanych z krzaczków owoców.



Carl Larsson (1853-1919)

Carl Larsson (1853-1919)

Frederick Hendrik Kaemmerer (1838 - 1902)

Camille Pissarro (1830-1903)

czwartek, 12 września 2013

Chętnie zagłębiamy się w lekturę takich i podobnych książek popularnonaukowych. W przystępny i przyjemny sposób przekazują mnóstwo informacji o świecie. Nas interesuje zwłaszcza historia.

Część Odkrywanie świata traktuje o jednych z najstarszych marzeń ludzkości, które towarzyszyły nam od zarania dziejów. Ciekawość jest przecież wpisana w naturę ludzką. Wystarczy przyjrzeć się współczesnym czasom. Kiedy wszystko, bądź prawie wszystko (ponoć do spenetrowania pozostały jedynie przepastne otchłanie mórz i oceanów) zostało odkryte tu, na Ziemi, oczy marzycieli coraz częściej skierowane są ku niebu, ku gwiazdom i innym planetom. Bo człowieka zawsze gdzieś gnało, niosło – za horyzont, za góry. Może dlatego z taką ciekawością czyta się tę książkę – bo jest o ludziach i ich pasji. Co ciekawe – traktuje o odkrywcach, których znamy z lekcji historii, ale też i takich mniej znanych, a których wkład w poznawanie świata jest również decydujący. Ot choćby taki Grek Pyteasz – chyba niewielu go zna, a to jeden z najważniejszych odkrywców starożytnych. Prawdopodobnie dotarł aż do dzisiejszej Norwegii. A Battuta? Przez 28 lat przemierzył ponad 120 000 km. – czyli to tak jakby Ziemię okrążył 3 razy.


Książka traktuje temat chronologicznie. Od pierwszych mieszkańców Ziemi, którzy na prymitywnych tratwach dotarli do wybrzeży Australii po wiek XX, kiedy to ludzie stanęli na najwyższym szczycie. Przedstawiony jest krótki biogram odkrywcy, organizowanie wyprawy, zdobywanie środków na nią, przebieg i efekt końcowy. To jest ciekawe – nie zawsze organizator – marzyciel wracał cały i zdrowy do domu. Tak przecież było z Magellanem i Cookiem. W książce znajdziecie mnóstwo ilustracji, które pomogą trochę dziecięcej wyobraźni. Zmieniały się epoki, stroje, ludzie, wyposażenie statków i odkrywców. Ciekawym pomysłem są mapy, na których zaznaczono szlaki, jakie przebyli odkrywcy.

A jeśli ktoś połknął haczyk i zamarzy mu się odkrywanie świata – dla niego ważne informacje na końcu w krótkim rozdziale – Co zostało do odkrycia? Być może kiedyś ktoś….

Dostępne są dwie wersje - w okładce miękkiej i twardej

Lektura książki zbiegła się z rodzinną wyprawą do Puszczykowa k. Poznania, gdzie znajduje się Muzeum Pracownia Literacka Arkadego Fiedlera - znanego podróżnika i autora książek. Część wystawy jest poświęcona Indianom Ameryki Pd. Można zobaczyć też Kolumba przy stole z inkaustem. Ale największą atrakcją jest replika słynnego okrętu Santa Maria. To był hit. Słychać było tylko tupanie na pokładzie, pod pokładem. W końcu machnęliśmy ręką, zeszliśmy na ląd i cierpliwie czekaliśmy, aż dzieciarnia napływa się po bezkresnych morzach. Santa Maria okazała się niewielką skorupką, na której ocean przepłynęło 39 żeglarzy.

Zdjęcia zrobiliśmy w Muzeum - Pracowni Literackiej Arkadego Fiedlera w Puszczykowie

Wiek 8+

Firma Księgarska Olesiejuk



poniedziałek, 09 września 2013

Wardęga to określenie dla włóczęgi. Do takich miejsc, których nie zauważa się podczas wakacyjnych planów. Człowiek szturmuje Zakopane, Gdańsk, Mikołajki, a te pomija konsekwentnie. Tymczasem wystarczy zjechać z drogi głównej, w jakiś trakt leśny, polną kurzawkę, wybrać się rowerem wzdłuż meandrującej rzeki, by zobaczyć rzeczy ciekawe. Często są obecne od pokoleń, dla wielu jednak mało znane. Niby coś jest - pałac, dwór, park, las - ale mało o nich wiadomo. Jest i to wystarczy - a gdyby tak zagłębić się w historię....?

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długi Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino… (1)



O Kasprze Miaskowskim usłyszałam niedawno. Wstyd przyznać się – bo przecież jego rodzinna wieś to 15 minut samochodem od mojego domu. Rowerem trochę dłużej. Ale zaprzyjaźnieni poloniści po krótkim wywiadzie przyznają, że sami dowiedzieli się o nim na studiach, albo całkiem niedawno, kiedy to ruszyła akcja konkursu recytatorskiego, kiedy to zaczęto podejmować działania mające na celu odkrywanie podobnych perełek z przeszłości. Poeta barokowy – dawniej bardzo znany – ponoć tak popularny jak sam Jan Kochanowski. Chyba miał pecha, że nikt nie zajął się jego spuścizną podobnie jak tą poety czarnoleskiego. Może dziś zamiast Trenów czy Pieśni czytalibyśmy  Na śklenice malowaną? Może większe byłyby starania, by ślad po nim nie zaginął? Może… może. Może dwór w Smogorzewie stałby do dziś… a tak… Ponoć nic tam nie ma. Ponoć, bo niczego nie odnaleźliśmy w gęstwinie. Wiem – dużo tutaj tych ponoć, może…. Ale to rozbudziło tylko naszą ciekawość.



Kasper Miaskowski urodził się w 1549 albo 1550 roku w Smogorzewie (Wielkopolska). Na skraju wsi przy świetlicy wiejskiej postawiono wielki głaz polodowcowy z tablicą pamiątkową. Szukamy śladów poety. Pod wiejskim sklepikiem pytamy napotkanego mieszkańca o dwór. A jakże – był kiedyś, za jego (t.j. mieszkańca) młodości. Służył ZMW jako miejsce spotkań, potem zamieszkali ludzie. Nikt o to nie dbał i z dworu zrobiła się ruina. Strach było tak żyć.Wyburzyli i pozbyli się kłopotu. Park trafił w prywatne ręce. A że ciekawość nas zżera, nagle budzi się w nas duch awanturniczy i mała nadzieja, że jakiś ślad, choćby najmniejszy, domostwa dawnego poety odkryjemy – brniemy z dziećmi w nieznane, które usłyszawszy, że ponoć nie wolno, tym bardziej rzucają się w zieloną ścianę, na pierwszy rzut oka, nie do przebicia. Po wskazówkach tubylca i jego żalach nad teraźniejszością (na wójta, na politykę, na zaniedbania właściciela, na świetlaną przeszłość parku i dworu) korzystamy z faktu, że park nieogrodzony i przedzieramy się przez takie chaszcze, jakich dawno nie widziałam.



O parku słyszałam, że kiedyś wzbudzał podziw i wiele w nim rzadkich gatunków roślin, które sprowadzano z daleka i które same z natury w naszych stronach nie rosną. Faktycznie. Wrażenie robią olbrzymie dęby i lipy. Zadzieramy wysoko głowy, by dojrzeć wierzchołki pięknych i zdrowych drzew. Dawno nie widziałam takich okazów. Gdzieniegdzie przecinają się wąskie ścieżki, w parku ciemno, słońce z trudem się przeciska przez gęste korony drzew. Niekiedy strach mnie oblatuje i myślę sobie, czy jakiś duch nam nie wyjdzie, albo dziki zwierz nie wyskoczy. Dzieciaki szaleją i chcą iść dalej. Wracamy do drogi, gdzie zostały rowery – z nadzieją, że może ktoś kiedyś zrobi w tym miejscu porządek, może odbuduje dwór. Udało mi się zrobić tylko zdjęcie dawnej zabudowy dworskiej – może spichlerza. Znalazłam też informacje, że kiedyś w parku stał warowny zamek, a samo Smogorzewo było wsią rycerską.

Gdzieś na uboczu stoi jakiś stary zaniedbany folwarczny spichlerz. Naprawdę ładny budynek.

Jedziemy dalej. W pobliskim lesie chwilę odpoczywamy przy dębie, o którym się mówi Dąb Kaspra Miaskowskiego. Ma ponoć 350 lat.

Moje młodsze dziecko robi z nami masę kilometrów na starym wysłużonym Wigry 3 po cioci Monice. Rower liczy sobie 18 lat, nie ma przerzutek, a mój 5 – latek śmiga na nim że hej. Pod największe górki i pagórki nawet wyprzedza. Cuda jakieś czy cóś? Już raz się zdarzyło, że historyczny składak podczas jazdy prawie sam się złożył. Dobrze, że było to w wiosce, gdzie poratował nas pewien mieszkaniec i użyczył nakrętki i podkładki.

Wjeżdżamy do Szwajcarii Godurowskiej, bardzo urokliwego miejsca. Odwiedzamy je często w okresie zimy i jesieni. Na wiosnę często nie można tędy przejść. Roztopy powodują, że niewielka rzeczka Dąbrówka, dopływ Obry, dosłownie szaleje. Staje się głęboka, dzika, a jej nurt bardzo niebezpieczny. Mamy nadzieję, że nie skończy się tak, że połknie ona kiedyś fragment duktu leśnego i nie będzie można już tędy przechodzić. Rzeczka meandruje w ślicznym parowie. Ponoć jeszcze w ubiegłym wieku można było pić wodę i łowić w niej ryby. No i były raki.

W Godurowie przy pięknym dworze (w tej chwili prywatna własność) zatrzymujemy się na chwilę przy figurze Maryi Panny, którą ufundowano w 1883r. w 200 – rocznicę zwycięstwa Jana III Sobieskiego nad Turkami w dniu 12 września 1683 roku. Rocznica tuż tuż:)

Nasza wardęga kończy się we wsi Strzelce Wielkie. To tutaj poeta ponoć został pochowany. W kościele znajduje się epitafium - ponoć treść autorstwa samego Miaskowskiego. Poezja ma być główną przepustką do pamięci ludzkiej - bo "co dowcip dał mu był niepodły | Słowieńskim bluszczem Muzy to obwiodły".

Poezja Miaskowskiego nie należy do najłatwiejszych. Nie, nie męczę moich synów przed snem czytaniem ze Zbioru rytmów. Niech na razie wiedzą tylko, że taki ktoś tu żył. A może kiedyś sami sięgną po jego wiersze?

(Trasa liczyła dokładnie 27 kilometrów) 

 

To prawda, że na pejzaż, zwłaszcza nizinny, trzeba być uwrażliwionym. Trzeba jakby specjalnego rodzaju „słuchu”, który reaguje na najmniejsze drgnienie powietrza, na te wszystkie tony, półcienie, niuanse, którymi pejzaż potrafi nagrodzić i obdarzyć. Warto jednak „uciszyć się w sobie” i poszukać tego, co przecież jest , jeno wstydliwie skryło się gdzieś w głębi naszego ja, schowane za przybraną tak chętnie maską i kostiumem mieszkańca dużego miasta.

 

Niekiedy warto niespiesznie pójść taką zapomnianą trochę drogą ginącą w oddali, we mgle spowijającej horyzont, przepadającą w szarościach lasu, który potrafi być tajemniczy, jak lasy z dziecięcych lektur. Warto tam w sobie poszukać zagubionej w miejskim gwarze ciszy i zawieruszonego gdzieś spokoju.(2)

 

1,2- Lechosław Herz – Wardęga. Opowieści z pobocza drogi. Wydawnictwo ISKRY

piątek, 06 września 2013

Moja pierwsza zapamiętana książka. Mama kupiła mi ją na półgórce koło szkoły. Szłyśmy na piechotę do dentysty do peerelowskiego ośrodka zdrowia – z obskurnym gabinetem i lamperiami pomalowanymi  musztardową farbą olejną. Dość długo czekałyśmy na swoją kolejkę – dzięki temu przeglądałam Bajeczki  w nieskończoność. Na tej książce nauczyłam się czytać. Swój egzemplarz zaczytałam na śmierć, mimo że był w czerwonej twardej oprawie. Po latach postanowiłam nabyć dla moich dzieci, co nie był łatwe. Jeśli ktoś śledzi na aukcjach tę książkę wie, że ceny szaleją i oscylują koło setki. Mnie udało się zakupić kilka miesięcy temu za całkiem rozsądną cenę. I choć okładka niezbyt zadbana – to środek zdecydowanie mniej zniszczony. Nie ukrywam,  serce mi drgnęło, gdy po latach znów spotkałam moich starych ulubionych bohaterów. Szczególną sympatią darzyłam opowiastki Pod grzybem, Myszkę i ołówek oraz Kto powiedział miau. Nigdy nie mogłam przekonać się do ostatniej: Co to za ptak.

Tymczasem moje dzieci…. No właśnie.... Hm... Znacie to uczucie – lubicie coś, tęsknicie, chcecie zdobyć dla pociech, by również posmakowały, uwielbiły? A one pozostają ... zimne. W przypadku Bajeczek właśnie tak jest. Od samego początku było wiadome, że ta książka została zakupiona wyłącznie dla mnie. Dzieci ignorują ją zupełnie. Dodam, że książka leży długo na półce – tak więc wiekowo była dobrze dobrana. Nie chwyciło – ani teksty, z których można wiele się nauczyć. Ani ilustracje, które długo potrafiłam analizować przed laty. Najbardziej lubiłam chatkę myszki na samym początku książki (ilustracja powyżej). Wydawało mi się, że biją z niej niesamowicie ciepło i bezpieczeństwo. Intrygował mnie samowar z herbatą. I półka na talerze. Po latach zawiesiłam podobną w mojej jadalni. Ot, taki sentyment z dzieciństwa. A książki się nie pozbywam – zachowam dla wnuków;)



Wiek 3+

Wydawnictwo Lubelskie 1989r.

wtorek, 03 września 2013

Z własnego podwórka wiem, że im większy sekret, im większa tajemnica – to tym większa ciekawość dziecka. No i oczywiście stwierdzenie, że im bardziej nie wolnoto tym bardziej trzeba – sprawdza się co do joty. Zakazane kątki i zakątki w domu są najczęściej odwiedzane. Dziwaczne kryjówki, o których istnieniu dorosły zazwyczaj w ferworze codziennych obowiązków zapomina, z niezwykłą skrupulatnością są odkrywane przez najmłodszych.  Mało tego: są najczęściej odwiedzane podczas domowych zabaw w chowanego czy berka. Nic zatem dziwnego, że książki z okienkami, w których kryje się TO COŚ, wywołują takie zainteresowanie. Oczywiście te wszystkie książkowe okienka można otworzyć, nawet trzeba. Tym razem całkowicie bez obaw, że ktoś przegoni, zabroni albo zamknie na klucz. Forma w przypadku serii Sprawdźcie sami … to tylko jedna strona medalu. Druga to treść. Myślałby kto, że takie tematy jak ludzka głowa, kosmos, czy nauka nie są dla dzieci. Tymczasem można już najmłodszym przekazać wiele ciekawych, często wcale niełatwych, informacji. Tutaj  są one poparte mnóstwem ilustracji, niekiedy z przymrużeniem oka. Spokojnie – to nie podręczniki akademickie.

Autorzy zadali sobie wiele trudu, by sprawić, aby dzieci zrozumiały te wszystkie procesy zachodzące wokół nas. I tak neuron, którego zadaniem jest przesyłanie informacji, jest sympatycznym stworzeniem, o gruszkowatym kształcie, kolorze maliny, z nóżkami i rączkami, który, jak gdyby nigdy nic, wędruje sobie po ludzkim organizmie. Dorośli czytający z dziećmi takie książki – też uszczkną coś dla siebie, przypomną sobie wiedzę ze szkoły – mało tego – nawet ją zweryfikują. Bo nauka ciągle się rozwija. Właściwie dzięki fascynacji dzieci niebem i Kosmosem i dość częstym zaglądaniem do książek o takiej tematyce, dowiedziałam się, że Pluton nie jest już planetą. A za moich czasów szkolnych przecież nią był. Tak więc Układ Słoneczny ma teraz 8 planet, a nie – jak dawniej 9 (od 2006 roku).


W książce o Nauce informacje na temat ciał niebieskich, organizmów żywych, najmniejszych cząstkach: komórkach, mikroczipach, atomach; dalej – energii, pierwiastkach. Ważny jest rozdział o roli nauki do rozwoju ludzkości  i naukach, które badają najróżniejsze fascynujące zjawiska: Kosmologia, Entomologia, Dendrologia, Psychologia i inne. Może pociecha odnajdzie się w którejś z nich?

Co się dzieje w mojej głowie odkryje tajemnice mózgu, zmysłów, chorób umysłowych. Okazuje się, że można czytać w myślach innych ludzi, a mózg nadal nie do końca został zbadany. Kryje przed nami jeszcze mnóstwo tajemnic – wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi. Na końcu ciekawy eksperyment do przeprowadzenia w warunkach domowych – by samemu przekonać się, jak działa mózg.

Część o Kosmosie obok obszernej wiedzy w sam raz dla najmłodszych kryje ponad 50 okienek do odkrycia oraz mapę nieba. Tutaj wszystko zaczyna się od Wielkiego Wybuchu. Dalej - przestrzeń kosmiczna, historia odkryć astronomicznych, Droga Mleczna, Układ Słoneczny, podróże kosmiczne oraz obserwacja nieba.

Seria budzi i zaspakaja ciekawość najmłodszych. Książki mają sztywną okładkę i kartki wewnątrz. Nic im się zatem nie stanie podczas długich podróży najmłodszych do świata nauki. Spora ilość wiedzy kryje się w malutkich okienkach. Jak byłam mała, w pamiętnikach, na rogach zawijaliśmy sekret. Tam pisaliśmy: Kto tu zagląda – to tak wygląda. Albo: Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Akurat w tym przypadku – to stopień do lepszego poznania świata. A to dzieci naprawdę to lubią.

Wiek 5+

Wydawnictwo Firma Księgarska Olesiejuk



niedziela, 01 września 2013

Do przeczytania zachęcił nas sam Jarosław Iwaszkiewicz, który w liście do swojego wnuka Maciusia na początku książki napisał tak:

A na razie, kochany, przeczytaj sobie tę śliczną książkę i niech wzbogaci ciebie o nowe wiadomości i uczucia. A przeczytawszy, podziękuj pięknie panu Fastowi w dalekiej Ameryce, że ją tak ładnie wymyślił, a staremu przyjacielowi twojego dziadka, Józefowi Brodskiemu, że ją tak ładnie przetłumaczył – dla ciebie i dla wszystkich polskich dzieci. A może i dla dorosłych.

 

I okładka Olgi Siemaszkowej. Kolor i ilustracja przedstawiająca uciekającego chłopca.

 

Skoro zachęca Iwaszkiewicz. Ten Iwaszkiewicz. I wplątany jest w tę całą historię Brodski – to jak tu nie przeczytać. (Choć akurat przesłodki styl tego fragmentu nie przypadł mi do gustu)

 

Tomek Mac Tavish Levy mieszka na Mott Street, na Manhattanie. W charakterystycznej wąskiej kamienicy z czerwonej cegły. Rodzice chłopca ciężko pracują, czekają na lepsze czasy i nie mają cierpliwości do dzieci. Zwłaszcza ojciec. A Tomek jest rasowym chłopcem – co oznacza, że co rusz przynosi naganę w dzienniczku, włazi we wszystkie kąty i dziury, nie usiedzi w domu, ciągle gdzieś go niesie. Nic dziwnego, że pewnego dnia odkrywa w parkanie zaczarowaną furtkę. Furtkę, która przenosi go do przeszłości – do czasów pierwszych osadników, kiedy to wyspę Manhattan zamieszkiwali Indianie ze szczepu Weskestików. Furtka prowadzi do farmy Holendra Petera van Dobena. Tomek w związku ze swoimi podróżami do przeszłości ma niemało kłopotów,bo wiadomo – nikt nie wierzy w jego historyjki – ani rodzice, ani nauczycielka. Dopiero stary doktor Forbes daje wiarę jego słowom.

 

Książka została wydana przez Iskry w 1956 roku. Moje starsze dziecko było zainteresowane lekturą – choćby z tego względu, że bohaterem był jego imiennik. Drugi powód – to historia Indian, która fascynuje (jeszcze czasami) małych chłopców – choć czasem patrząc na idoli współczesnych dzieciaków - aż ciśnie się na usta: Sorry Winnetou, ale twój czas minął. Tymczasem ja z perspektywy mamy czytającej tę historię na głos mogę stwierdzić, że książka najzwyczajniej w świecie mnie znudziła. Temat nie do końca wykorzystany – zresztą patrząc na potencjał – zaczarowana furtka, świat sprzed wieków, Indianie, konflikt współczesność i przeszłość - i jednocześnie porównując jej grubość (całość to naprawdę cienka książka) – człowiek zachodzi w głowę – jak autorowi uda się to wszystko ogarnąć na raptem 79 stronach.

No i nie udało się. Książka w wielu miejscach traktuje temat pobieżnie, niekiedy pewne wątki są nudno przegadane. Ciekawie zostały przedstawione relacje Tomka ze starszymi, którym chłopiec stara się udowodnić, że naprawdę przeżył niesamowitą przygodę. Tyle, że sama przygoda nie do końca wciąga.

Mnie osobiście bardziej spodobał się wstęp Iwaszkiewicza. No cóż, nawet tu dał się poznać jako rasowy literat, który z pasją opisuje swoje książkowe peregrynacje. Jeśli faktycznie był to list do wnuka Maciusia – to można jedynie pozazdrościć. Bo niewielu chyba dziś dostaje takowe od swoich dziadków.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Iskry – rok 1956