Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 27 września 2011

Jak dobrze, że mamy w zwyczaju hucznie obchodzić rocznice – te związane z narodzinami sławnych ludzi, bądź upamiętniające zakończenie ich żywota w świecie doczesnym. Gdyby nie 400-letnia rocznica urodzin astronoma, pewnie dalej żylibyśmy w nieświadomości. Tymczasem stało się inaczej. Rok 2011 jest rokiem Jana Hewliusza i w związku z tym jest o nim (od czasu do czasu) głośno. Bo to, że wielkim astronomem był, pamiętam ze szkoły, ale szczegóły z jego życia, w dodatku szczegóły z życia codziennego współczesnej mu epoki – już nie. Z wielką przyjemnością od kilku już dni słuchamy audiobooka wydanego przez Bukę, który w świetnym tekście autorstwa Anny Czerwińskiej – Rydel zabrał nas w wędrówkę do siedemnastowiecznego Gdańska, kiedy to 28 stycznia 1611r. przyszedł na świat mały Janek. Wędrujemy z nim po niebie – od momentu, gdy wymykał się nocami przed dom i patrzył w gwiazdy, w podróżach po Europie, w rozmowach ze swoim mistrzem Krügerem. Widzimy go jako męża i ojca – najpierw Katarzyny, potem po jej śmierci - Elżbiety. Obserwujemy, jak pracuje  w swoim obserwatorium, które nazywa postrzegalnią. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że przez całe życie starał się pogodzić swoją pasję z fachem, którego nauczył go jego ojciec. Heweliusz był … browarnikiem, a jego piwo było znane w całym Gdańsku i okolicy. W tekście świetnie zinterpretowanym przez mistrza słowa – Jana Englerta mnóstwo innych szczegółów z życia naukowca, jego smutki, rozterki. Nie brak w nim humoru – jak choćby przekomarzania się ze swoją pierwszą żoną Katarzyną, a potem z ….ulubioną papugą. To tekst, który pokazuje najmłodszym, że warto mieć marzenia, bo te często się spełniają. Jednak trzeba im również pomóc. Doskonałym dopełnieniem nagrania jest tło muzyczne. Dzięki niemu na pewno można odczuć, że nagle znaleźliśmy się w zupełnie innej epoce. Do tego ma się wrażenie, że czuje się rytm miasta: stukanie chodaków służących biegnących na targ, krzątaninę uliczną, zgiełk podczas pożaru. Myślę, że autorce tekstu znakomicie udało się oddać klimat epoki. Do tego głos lektora i muzyka – wyszedł znakomity tercet. Buka jak zwykle dba o oprawę graficzną. Okładka audiobooka przyciąga uwagę – sprawili to Grażka Lange  i … Jan Heweliusz, gdyż to właśnie jego rysunki zostały tutaj wykorzystane. W środku – Słownik astronoma. Cóż to takiego Cynozura, czarna dziura, księżyc malejący, księżyc rosnący? Odpowiedzi szukajcie w małej mądrej książeczce.

Zawartość:

-dwie płyty CD (łączny czas: 80'45'')

-Słownik astronoma


 

Wiek 6+

Akademia Rozwoju Wyobraźni BUKA



Na podstawie książek G. Delahaye'a i M. Marliera

Miłośnicy Martynki w różnym wieku – również 3-, 4-, 5- i 6- latki mogą sięgnąć po zeszyty ćwiczeń, w których mnóstwo zadań do wykonania. Dzieci piszą, liczą, czytają krótkie teksty. W części dla siedmiolatków – oczywiście porcja trudniejszych zadań: utrwalenie nazewnictwa związanego z rodziną, dodawanie i odejmowanie, rozwijanie wyobraźni, zdolności analizy wzrokowej wyrazów, kształtowanie orientacji w czasie, wprowadzanie czasów gramatycznych, dwuznaki, słuchanie ze zrozumieniem, zjawiska przyrody, posługiwanie się kalendarzem, homonimy, dokonywanie pomiarów, podstawowe zasady interpunkcji, odczytywanie czasu z tarczy zegara, liczba pojedyncza i mnoga, kierunki świata, dobre nawyki poruszania się po drodze, miary i wagi, pojecie symetrii. W środku książki fioletowa wkładka: Uczymy się! – czyli materiał ćwiczeniowy dla siedmio – i ośmiolatków. A w nim informacje o naszym alfabecie, znakach interpunkcyjnych, synonimach i antonimach, rodzinach wyrazów, zabawy z językiem – nam przydały się bardzo podczas ćwiczeń logopedycznych, czytanki do samodzielnego czytania, edukacja ekologiczna: jak zachować się podczas spaceru do parku lub lasu, informacje o grzybach. Dalej - dobre maniery, cztery pory roku, bezpieczne gotowanie, proste potrawy, które można wykonać w kuchni razem z młodszym rodzeństwem, informacje o pieniądzach, trochę geometrii, domowe hodowle – czyli co zrobić i jak,  by wyrosły fasolka, groch, pietruszka, rzeżucha.  Uff dużo tego – w tak cieniutkiej książce. Nie wszystko wymieniłam. Podane w atrakcyjny sposób – z ilustracjami, które pewnie dzieci znają z różnych części książek o Martynce. Można fajnie spędzić czas z dziećmi. Ukazały się również zeszyty ćwiczeń dla 8-, 9- i 10- latków.

Wiek 7+

Wydawnictwo Grupa Publicat



poniedziałek, 26 września 2011

Lektura przygodowa dla najmłodszych. Franek mieszka wraz z rodzicami i dwuletnią siostrą w starym domu z ogrodem. Pewnego dnia domownicy zauważają, że z ich ogrodem dzieje się coś dziwnego – ptaki omijają go szerokim łukiem, a liście i kwiaty oklapły i zwiędły, zieleń wcale nie jest zielona tylko jakaś taka szara i bura. Prawdopodobnie ma to związek z parkiem, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Franek słyszy to, czego inni nie słyszą. Nie daje mu to spokoju i próbuje oczywiście rozwikłać tę niepokojącą zagadkę. Pomagają mu w tym szpak Hubert i jego żona Lena, mysz Kubuś, wiewiórka Basia. Co sprawiło, że ogród zaczął się zmieniać, czy Franek go uratuje? Kim jest Drzewiej? Co kryje stary kufer na strychu? Jaką rolę w tej całej historii odegra dziewczynka z tajemniczego portretu?

Dużo tych znaków zapytania, prawda? Polecam tę książkę i wędrówkę do świata przyrody. Najmłodsze dzieci lubią, gdy bohaterami są zwierzęta. To one są tutaj wiernymi druhami chłopca. Jest też wyprawa do przeszłości – bo tam prowadzą ślady. Książka na pewno spodoba się najmłodszym – dzieje się tutaj dużo, bohaterowie prowadzą ciekawe dialogi. Dopełnieniem są ładne realistyczne ilustracje Alicji Rybickiej, która ma dobrą passę po Tajemniczym ogrodzie.  

 

Franek i duch drzewa to druga część powieści Czarodziejskie przygody Franka.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Skrzat



niedziela, 25 września 2011

Takiej książki było nam trzeba. Kiedy kilka dni temu pracowałam na tyłach naszego ogrodu umówiłam się z moimi dziećmi, że nikomu nie otwierają drzwi, tylko w razie czego - wołają mnie. Oczywiście dzieci – solennie przyrzekły, że nigdy, przenigdy i absolutnie. W każdym razie, gdy w moich pracach ogrodowych przesunęłam się na teren przed domem, coś mnie podkusiło, by zrobić eksperyment. Nadusiłam dzwonek i….. zaraz usłyszałam tupot małych stópek, zgrzyt przekręcanego klucza, uśmiechnięte miny i zdziwione – Mama, to ty? Bez żadnego – Kto tam? Mama jest w ogrodzie. Nic z tych rzeczy. Mimo, że uczyliśmy i powtarzaliśmy. Nie mówiąc już o obiecanym poinformowaniu mnie. Słuch mam dobry i żadnego – Maaaaammmmaaaa! też nie było, a zapewniam, że moje dzieci potrafią wrzasnąć porządnie. I wtedy w domu pojawiło się nowe wydanie baśni Grimmów. Kiedyś czytaliśmy ją już – wtedy była tylko baśnią. Dziś nabrała innego znaczenia. Wielu pewnie ją zna – mama koza wychodzi z domu do lasu. Wcześniej ostrzega dzieci przed wilkiem. Małe siedem koźlątek przyrzeka nikomu nie otwierać drzwi. Wilk oczywiście robi wszystko, by dostać się do koźlej chatki – zjada kredę a jego chrapliwy głos staje się aksamitny. Każe oblepić sobie czarną łapę ciastem i poprószyć mąką, by przypominała łapę kozy. Oczywiście osiąga to, do czego dążył, pożera sześć z siedmiu koźląt. Nie muszę dodawać, że na końcu spotyka go zasłużona kara.

Żarty się skończyły. Bajka uświadomiła dzieciom, że za naszymi drzwiami też mógł być Wilk, taki w ludzkiej skórze. Dlatego te drzwi powinny zostać zamknięte. Czy podziałało? Dzieci kiwają głowami, że rozumieją, że już nigdy i przenigdy. Oczywiście kusi mnie, by za jakiś czas powtórzyć eksperyment.


 

Nowe wydanie pojawiło się w kolekcji Mistrzowie Klasyki Dziecięcej. Ósma część – jak zapowiada Wydawnictwo na swojej facbookowej stronie - zarazem ostatnie (niestety). Świetne, wierne tłumaczenie Elizy Pieciul – Karmińskiej, o którym głośno było kilka miesięcy temu z okazji wydania wszystkich baśni braci Grimm. W tych wydaniach pojedynczych wybranych baśni niewątpliwą gwiazdą za każdym razem są …. ilustracje. Jest ich wiele: i do baśni Andersena i do baśni Wilhelma i Jakuba. Baśnie Grimmów często są pomijane przy domowym czytaniu. Wielu znawców uważa, że niesłusznie. W części o siedmiu koźlątkach jest działanie, jest skutek, a kara dla wilka bolesna. Zło ląduje na dnie studni z brzuchem wypełnionym kamieniami. Ilustracje Ewy Poklewskiej – Koziełło nadają tej baśni lekkości. Malutkie frywolne kózki pomalowane żywymi kolorami. Jest ich pełno w  całej książce. Zło – zdecydowanie w ciemnych kolorach – czarne, granatowe, szare i bure. Dzieci od razu wyczuwają, że zaraz stanie się coś niedobrego – barwy przyjmują tu na siebie podobną rolę, jak muzyka w filmie. Przy czym wszystko jest potraktowane jakby ….z humorem. Nawet ten wilk nie taki znowu straszny, jak go malują. Zresztą sami zobaczcie. Do książki dołączona jest płyta z nagraniem baśni. Czyta oczywiście - Jerzy Stuhr - wyśmienicie oczywiście.


 

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

 



piątek, 23 września 2011

Bardzo mi się podoba:) Choć brakuje na nim taty. U nas zdecydowanie to ja więcej czytam dzieciom:((( Pewnie dlatego tak utożsamiam się z tym obrazem. A U Was kto częściej czyta dzieciom?

Autorka Alessandra Cimatoribus - zilustrowała m.in. Żółwia,który chciał spać. Pisałam o nim wczoraj. 

czwartek, 22 września 2011

Ciepła historia o żółwiu, który szykuje się do zimowego snu. Za każdym razem, kiedy już wygodnie leży w swoim przytulnym łóżeczku, ciszę przerywa nagłe PUK PUK. Żółwik jest dobrze wychowany – więc myje pyszczek i pancerz do czysta, w piżamie przecież nie wyjdzie – to rzecz oczywista.  Pod drzwiami ciągle znajduje upominki od swoich przyjaciół – to wełnianą czapeczkę, to ciasto gruszkowe, innym znów razem fioletowy kocyk. Kiedy zjawia się przyjaciel lew – zasmucony, że nie stać go na kupno prezentu, żółwik wyjawia mu, że tak naprawdę marzy o ….. ciszy i świętym spokoju. Historyjka na spokojny i kolorowy sen oraz na odegnanie wieczornych staruchów – dla najmłodszych – o przyjaźni i poczuciu bezpieczeństwa, które dają najbliżsi. Do tego śliczne ilustracje Alessandry Cimatoribus. Zielone zwierzątko od razu zyskuje sympatię dzieci i budzi ciepłe uczucia. Prosty tekst, łatwo wpadający w ucho – świetny pomysł z powtórzeniami, swego rodzaju celebracją wieczoru – pasiasta piżamka, zęby umyte, poducha wyklepana, tykanie zegara. Dzieci lubią celebrować swoją codzienność, są wręcz nieszczęśliwe, gdy coś lub ktoś zakłóca ich rytm – więc na pewno docenią ten żółwikowy. Poza tym nie zdziwmy się, gdy po kilku czytaniach maluch sam wyrecytuje: umył pyszczek i pancerz do czysta…. Samo wpada w ucho. Można czytać na okrągło. Ale spokojnie – maluch po takiej lekturze na pewno słodko zaśnie…..

Wiek 2+

Wydawnictwo Tako

środa, 21 września 2011

Ta książka to doskonała lektura nie tylko dla dzieciaków. Hm….. Myślę, że dorośli wychowani na przygodach tej rezolutnej panienki z dwoma warkoczykami i za dużymi butami wiedzą, co mam na myśli. To powrót do dzieciństwa – i muszę przyznać, że fajne to uczucie, gdy podczas lektury obserwuję moje pociechy słuchające tych starych, zwariowanych, sprawdzonych i klasycznych tekstów szwedzkiej pisarki z otwartą buzią. Dla nich to żadna fikcja. Co to to nie. Ależ! Pippi naprawdę jest tak silna, że podnieść konia to dla niej pestka. Nie ma lęku wysokości – śmiga po dachu jak wiewiórka (w końcu też ruda). Jest bogata – ma torbę złotych monet (Mamo,  a gdzie jest nasza torba pełna pieniędzy? – To Mikołaj. No właśnie, gdzie jest?)  A scena z rekinem, kiedy mu grozi, że ten (tzn. rekin) ją jeszcze popamięta, gdy tylko będzie się jej naprzykrzał, wzbudziła tak wiele emocji i zachwytu, że opisać tego prostymi słowami nie zdołam. Pippi to bohaterka pełną … buzią. Pyskate toto, zdarza jej się mówić nieprawdę (coraz rzadziej – już o to starają się Annika i Tommi), lubi ryzyko, robić na przekór. Jednak ma wielkie serce – jak się przyjaźni to tak do końca – na dobre i złe. Pewnie, że włosy dęba stają jak się czyta o tym wszystkim – jaka zadziorna, niepokorna, samodzielna. Jednocześnie samotna, czasem bardzo refleksyjna  i wręcz filozoficznie nastawiona do świata. Czy wiecie, że gdy Astrid Lindgren wysyłała Pippi do wydawnictwa napisała: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi". Bo koleje Pippi bywały różne. Dopiero przed kilku laty Pippi ukazała się po raz pierwszy we Francji w wersji nieocenzurowanej. Taki strach budziła w przemądrzałych dorosłych. Bo Pippi pokazuje, jacy jesteśmy my, dorośli – zadufani w sobie, wciśnięci w jakiś ciasny gorset konwenansów, zasad, dziwnych praw ustanowionych przez nas samych i tradycji. A gdzie wolność? Gdzie radość życia? Tego właśnie uczy nas Pippi. A że czasem kłamie? No cóż…. Każdemu się zdarza. I nie zamierzam gderać, ani narzekać na tę istotę, bo mi się zaraz od niej po nosie dostanie.

Przedstawiam Pippilottę Wiktualię Firandellę Złotomonettę Pończoszanke w trzech odsłonach – w jednym tomie: Pippi Pończoszanka, Pippi wchodzi na pokład i Pippi na Południowym Pacyfiku. Z genialnymi ilustracjami Ingrid Vang-Nyman. 312 stron doskonałej lektury. Dużo śmiechu, dużo zabawy. Dla całej rodziny.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



wtorek, 20 września 2011

Może Was zdziwi, że o tej książce piszę właśnie tutaj. A czynię to z dwóch powodów – po pierwsze - piszę o niej dla rodziców z myślą o dzieciach (i nie tylko). Po drugie – dzieci interesuje wszystko to, co dzieje się wokół nich, fascynuje je świat przyrody. Potrafią poświęcić mnóstwo swojej uwagi biedronce uczepionej listka, pająkowi budującemu sieć w najciemniejszym kącie ogrodu, mrówce niosącej długą łodyżkę trawy albo zdechłemu chrabąszczowi. W tej lekturze znajduje się mnóstwo informacji na temat naszego najbliższego otoczenia – dzięki nim można przekazać informacje, zaciekawić, zaplanować wycieczkę. A przede wszystkim znaleźć odpowiedź na te wszystkie pytania, którymi nasze dzieci wiercą nam dziury w brzuchu: DLACZEGO? No właśnie … dlaczego? Pewnie znacie to z własnego doświadczenia. Oczywiście wiele informacji nie nadaje się do uszu dziecka i zaspakaja tylko i wyłącznie naszą ciekawość, tej wiedzy jest tu tak wiele, że starczy dla każdego. Warto samemu poczytać, by potem w prostych słowach wytłumaczyć świat…

 

Zanim napiszę, co można znaleźć w tej książce, powiem Wam jak mi się ją najlepiej czyta. Lubię to uczucie, kiedy nadchodzi weekend. Jest sobota wcześnie rano. Szósta, czasem wcześniej. Dzieci jeszcze śpią. Osiedle również. Robię sobie kawę z mlekiem, harcują ptaki, a dokładniej wróble, które wychowaliśmy w trzech (!!!) gniazdach na naszym nowym (!!!) dachu. I wtedy najlepiej mi się czyta – szczególnie książki, które cieszą również oko – albumy z ilustracjami, książki popularno – naukowe, z dużą ilością zdjęć. Pasują mi do tej mojej wczesnej kawy z mlekiem. Czasem ciszę przerywa cichutkie tuptanie któregoś Tulisia, który z przyzwyczajenia, zbyt wcześnie podniósł się z łóżka. Fajnie oglądać i czytać takie książki stadnie.

Bardzo lubię całą serię – Ocalić od zapomnienia. Każda z poszczególnych części skupia się na tym, co w naszej kulturze jest szczególnie cenne. W części o przyrodzie znajdziecie informacje o drzewach i krzewach, ziołach, grzybach i paprociach, owadach, płazach i gadach, ptakach, ssakach i jeden z ciekawszych rozdziałów – z krainy baśni – czyli o zwierzętach fantastycznych: kłobukach, smokach, syrenach. Jest mnóstwo ciekawostek, nawiązanie do literatury i historii, mitologii, Pisma Świętego, malarstwa. Książka nie jest w klimacie naukowych wywodów na temat gęsi, niedźwiedzia, dzięcioła, winorośli, fiołka, leszczyny itp. To raczej opowieści, często gawędy wręcz, które sięgają do ludowych wierzeń, medycyny. Ostatnio podczas spaceru po lesie na dębowych liściach znaleźliśmy kuliste narośla. Ciekawiły nas od dawna – dopiero teraz wiemy, że to galasy. Przekonaliśmy się też do konfitur z czarnego bzu, zachciało nam się zasadzić kolejne drzewa w naszym niezbyt dużym ogrodzie, bladym świtem udaliśmy się na grzybobranie, udaliśmy się nad stawy poobserwować żaby. Oto skutki czytania książek. Właśnie takich książek.

W książce mnóstwo ilustracji, rycin, zdjęć, reprodukcji  - naprawdę cieszą oko.

Wiek – dla rodziców (i nie tylko - ale na pewno nie wszystko!)

Wydawnictwo Muza






Wydawnictwo Muza

poniedziałek, 19 września 2011

Buba wcale nie ma na imię Buba tylko….. hm. Wiedziałam, ale zapomniałam. Tak jakoś przylgnęło do niej to przezwisko, że nie tylko najbliżsi myśleli o niej nie inaczej jak „Buba”. Na pewno gdzieś było wyjaśnione co i dlaczego. Buba jednak to Buba i nie wyobrażam sobie inaczej. I mimo, że 16-latka od samego początku ma się za przeciętną osóbkę – ot nic takiego w kwestii urody, mądrości, zdolności – to jednak…. Macie coś takiego, że jeśli kogoś bardzo lubicie, wydaje Wam się od razu taki jakiś … piękny, lepszy? Ja tak w każdym razie mam. Pewnie to sztuka patrzeć na kogoś duszą, a nie oczami. Mimo tych całych Bubowych fałdek tłuszczu, dla mnie Buba to chodząca piękność, która w nosie ma wcięcie w talii. Najważniejsze to to, co ma w głowie. A Buba ma wiele – mądra dziewczyna z dużym poczuciem humoru, która w życiu codziennym ma nieźle pod górkę. Ot – choćby tacy rodzice nie-rodzice. Znani i lubiani. Matka – autorka książek dla kobiet wątpliwej wartości literackiej, tato – człowiek telewizji, gwiazda programu. Mają dziecko, a jakby go nie mieli. Niedojrzali, zapatrzeni w siebie, bardzo egoistyczni. Nie mają dla Buby czasu - ani na rozmowę, ani na przytulenie. A Buba tak chciałby się wygadać: o szkole, swoim uczuciu do Adasia, który uczucia ulokował  gdzie indziej, o tym co lubi a czego nie. Jest za to dziadek – świetny kompan i przyjaciel, trochę zwariowany, którego cięte riposty sprawiały, że przy książce śmiałam się w głos:))))

Świetna książka dla młodzieży, ironiczna, nie pozostawiająca na współczesnym społeczeństwie suchej nitki: liczy się mieć a nie być. Ciągła gonitwa za czymś tylko za czym? Kryzys rodziny, wartości, celebryci, ale też wielka tęsknota za normalnością – to wszystko znajdziecie tutaj. Czyta się wybornie – polecam!

 

Wiek 15+

Wydawnictwo Literatura

niedziela, 18 września 2011

Wodnika Szuwarka oglądałam jako bajkę na dobranoc wiele lat temu. Pewnie dlatego z sentymentem wracam do niego – tyle że teraz w wersji książkowej. Przesympatyczne stworzenie - całe zielone – w końcu to Wodnik, z charakterystycznym dużym nochalem i wielkimi uszami. I tak jak niezbyt chętnie serwuję moim dzieciom książki napisane do kreskówek – tym razem naprawdę miłe zaskoczenie – Wodnik to dobrze zrealizowany pomysł literacki, książkę czyta się wybornie, zupełnie jakby był tylko i wyłącznie tworem literackim – i to od zawsze. Ci, którzy czytali literaturę napisaną według filmu lub kreskówki – wiedzą o czym mówię. I nie tylko książki dla dzieci mam na myśli. W tym przypadku jestem zdania, że Wodnik się obroni. To zasługa Jaromira Kincla, który zgrabnie wszystko opisał i Zdenka Smetany – animatora i scenarzysty, który stworzył wizerunek Wodnika wiele lat temu (jest też ojcem Żwirka i Muchomorka).          

Szuwarek mieszka w stawie, ale nie takim zwykłym, jakich wiele. To Szmaragdowy Stawik, gdzie dzieje się bardzo wiele przedziwnych i magicznych rzeczy. Szuwarek ma dobre serce i pomaga wszystkim tym, którzy potrzebują pomocy. W tej części wszystko dzieje się na niebie – wśród gwiazd. Do krótkich baśniowych opowieści autorzy przemycili istotne informacje o tym, co dzieje się na niebie. Bohaterami tych opowieści są m.in. Gwiazdeczka Polarna, Wielki Wóz, Mały Wóz, znaki zodiaku, Droga mleczna, Księżyc, promienie Słońca. Gwiezdny Smok bawi się w kółko graniaste – czworokanciaste, Rak Wawrzyniec – porozumiewa się ze swoim gwiezdnym bratankiem Rakiem nadajnikiem międzyplanetarnym, a gwiazdy na niebie zapala co wieczór panienka Latarenka. Czeski humor (jakżeby inaczej), mądre przesłanie – że dobro zło zwycięża, ciekawe historie, w których dzieją się niesamowite rzeczy. W dodatku piękne ilustracje, zupełnie jakby ktoś bawił się stemplami z listków, traw, piór i mchu – czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Wilga



 

sobota, 17 września 2011

To już trzecia odsłona z życia rodziny Różyczków. Kolejna zabawna historia, podszyta absurdalnym humorem. Na tym etapie można mówić już o pewnych stereotypowych zachowaniach członków rodziny – my jednak zawsze czekamy w napięciu, co będzie w nowej odsłonie – a przyznać muszę, że zaskakuje nas wiele, i śmieszy też. I tak: czy tato Różyczko znów przyjdzie z pracy tak zmęczony, wymiętolony i urobiony po pachy jakby go kto przepuścił przez maszynkę do mięsa? Jaki zwariowany pomysł podsunie dzieciakom niezastąpiony sąsiad pan Rurka – który poprzez swoje wspomnienia z dzieciństwa inspiruje trójkę rodzeństwa do działania: Olafa, Konstantego i Annę – Marię? Cóż tym razem najmłodsze dziecko – wspomniana już Anna – Maria, zabierze na wycieczkę? Nadmienię tylko, że zawsze jest to coś tak absurdalnego a zarazem oryginalnego, że człowiek zachodzi w głowę, jak można było w ogóle wpaść na taki pomysł.  No bo wziąć z sobą na wyprawę koszyk piknikowy i koc to co innego, a taki na przykład maszt flagowy to…. No właśnie. Co zadziwi na końcu książki mamę dzieciaków?

Ta część całej serii – iście jesienna. Rodzinka (jak zwykle bez mamy – a co tam, niech się kobieta realizuje:) wybiera się do lasu na grzyby. Czeka ich tam mnóstwo przygód, ciekawe spotkanie z …. pewnym potworem i dobra zabawa. Jak zwykle w tej serii – dużo śmiechu, przekręconych wyrazów sepleniącej małej Anny – Marii. Znak rozpoznawczy tego odcinka – nowe stare auto i powiewające na wietrze tatowe gacie w ciapki. A co? A jak? I dlaczego? – to już musicie sami odkryć.

 

Wiek 3+

 

Wydawnictwo Bona



środa, 14 września 2011

Dym przeczytałam od razu, jak tylko pojawił się w naszym domu. Kilka dni temu. Łapię się na tym, że czasem, nagle w ciągu dnia, coś mi się  przypomina. Jakiś obraz. Fragment tekstu. Siedzi w głowie – mocno, głęboko. Warto po tę cieniutką książkę sięgnąć, ale z powodów opisanych powyżej, na pewno nie jest to lektura dla każdego. I zdecydowanie nie dla dzieci. Wstrząsająca. Wzruszająca. Niesamowicie smutna. Dopełnienie tego, co już wiem, co słyszałam, co zawsze bardzo przeżywałam i …. czego tak do końca nigdy nie rozumiałam. Co innego zdać sobie sprawę z tego, że Holocaust miał miejsce, co innego podjąć próbę wytłumaczenia  – dlaczego? Tutaj: obóz koncentracyjny oczami dziecka – Na dworcu jest dużo ludzi z walizkami. Idziemy jeden za drugim. Nic nie mówimy. Pilnują nas żołnierze. Z jednej strony wstrząsająca relacja ze świata za drutami kolczastymi, z drugiej – jakiś dziwny spokój. Siła tej książki tkwi w jej prostocie – krótkich i prostych zdaniach, lapidarnych opisach. Powolne dojrzewanie do śmierci. Wyzbywanie się swojego dzieciństwa – pełnego beztroskich zabaw, śmiechu. To przerażające przeczucie – że nigdy nic nie będzie już takie jak dawniej. Tutaj – codzienna walka o przeżycie, jedzenie, krótka wielka radość ze spotkania ojca, strach przed lekarzem, który nie pomaga. W końcu strach przed śmiercią. Tytułowy dym. Coś gryzie w gardle podczas czytania tej książki, całości dopełniają obrazy polskiej ilustratorki Joanny Concejo. By wywrzeć wielkie wrażenie na czytelniku nie potrzeba wielkich słów, nie trzeba wstrząsających opisów śmierci. Większe wrażenie robi to, co niedopowiedziane, to co między wierszami, co samemu trzeba sobie wyobrazić i dopowiedzieć – tak jak w tej książce. Pewnie sięgniemy po tę książkę, kiedy pojawi się temat Holocaustu. Kiedyś tam. Nie wcześniej. Do tej książki też trzeba dojrzeć – bo takich książek nie czyta się ot tak sobie. Trzeba najpierw porozmawiać o tamtych wydarzeniach, by pomóc w odbiorze tej lektury. Warto sięgnąć po nią przy omawianiu tematyki Holocaustu ze starszą młodzieżą.

Wiek - dla starszej młodzieży/ dla dorosłych

Wydawnictwo TAKO

niedziela, 11 września 2011

Kiedy koleżanka ostatnio poprosiła mnie o polecenie jakiejś wciągającej książki dla uczennicy szkoły podstawowej – na tak zwanym poziomie – bez wahania wymieniłam przygodową serię Afrykańskie przygody Martine. Miała być antidotum na te wszystkie książki typu – Jak zostać modelką itp., by córka wiedziała, że są też inne książki. Afrykańskie przygody? – Żachnęła się X. Po Sienkiewiczowskich opisach puszczy i pustyni Afryka odpada. To nie przejdzie. – usłyszałam. A że ja uparta istota jestem, wcisnęłam jej Ostatniego lamparta – z ostrzeżeniem, że pozostałe części będą musiały albo dokupić albo upolować w bibliotece. No to zobaczymy – rzekła X z przekąsem. Teraz już wiem, że polują na całą serię:)

 

Ostatni lampart to trzecia część Afrykańskich przygód Martine – dziewczynki z Anglii, która pewnego dnia straciła rodziców. Kiedy zastanawiano się nad tym, co począć z dzieckiem, okazało się, że Martine ma babcię. Ale nie taką zwykłą - grzejącą nogi przy wiktoriańskim kominku i popijającą herbatkę z ukwieconej porcelanowej filiżanki. Jej babka mieszkała w ….Afryce, a o jej istnieniu dziewczynka nie miała pojęcia. Martine musiała się przenieść na Czarny Ląd – do rezerwatu dzikiej przyrody na Zachodnim Przylądku RPA. Oczywiście była z tego powodu niezadowolona. Czekało na nią tam wiele niespodzianek, wiele przeszkód, które wydawały się  być nie do pokonania. A jednak….. Warto zacząć czytać tę serię oczywiście od początku, jednak nie zawsze istnieje taka możliwość. Nawet jeśli dzieci sięgną po późniejszą część – odnajdą się w niej, bowiem są tam informacje o wydarzeniach z przeszłości. Wam mogę zdradzić, że Martine i babcia – początkowo traktujące się z rezerwą, zaprzyjaźnią się, a dziewczynka pokocha ten egzotyczny świat pełen dzikich zwierząt, dziwacznych roślin, ludzi o innej kulturze i mentalności. Spokojnie – jest Afryka i opisy jej krajobrazów – ale oczywiście zupełnie w innym klimacie niż te co w „W Pustyni i w puszczy” (choć uważam, że tamte są piękne – choć inne). Zebry na wyciągniecie ręki, jazda na białej żyrafie, słonie tuż obok. W części o lamparcie Martine wraz z babcią i chłopcem o imieniu Ben, jadą do Zimbabwe – Sadie, jedna z babcinych przyjaciółek, miała wypadek i potrzebuje pomocy. Trafiają w okolice Parku Narodowego Matopos i angażują się w ochronę dzikich zwierząt, w tym tytułowego lamparta. Książka napisana tak, że chce się od razu przeżyć jakąś przygodę, zaraz wyruszyć w daleki świat, czytać kolejną część. Ostatni lampart to nie tylko przygoda – to też próba przekazania młodemu człowiekowi ważnych prawd na temat poszanowania każdego życia, każdej istoty. A gdy u czytelnika pozostanie niedosyt, spokojnie, jeszcze trochę i będzie można sięgnąć po jedną z najpiękniejszych książek o Afryce, która zaczyna się od słów znanych wszystkim dorosłym molom książkowym - Miałam farmę w Afryce u stóp gór Ngong. Wiecie o czym mówię, prawda?

Część pierwsza – Biała żyrafa

Część druga – Pieśń delfina

Część trzecia – Opowieść słonia

 

Wiek 10+

 

Wydawnictwo W.A.B.



piątek, 09 września 2011

Ta książka spodobała się moim dzieciom z kilku powodów:

- po pierwsze – właśnie teraz jesienią jest miłym wspomnieniem słonecznych (niestety w naszych okolicach niewielu) dni, naszych wypraw nad pobliskie jeziora i baraszkowania w wodzie

- po drugie – tematyka jest nam znana. Właściwie Pan Brumm w tym przebraniu nurka bardzo przypomina mi moje dzieci, które potrafią ni stąd ni zowąd zniknąć na kilka minut w garderobie, by pojawić się w kąpielówkach, okularkach i płetwach (taty!) – pora roku obojętna – lubią pływać, lubią wodę – w związku z tym, że zimą jesienią i wiosną jej brakuje, nic nie przeszkadza w  tym, by rzucać się w (niewidoczne) fale naszej zimnej (brrrrrrrr) podłogi. Ale w końcu od czego są takie książki (a ta inspiruje, że ho ho) i … wyobraźnia.

- po trzecie – ta część jest wyjątkowo śmieszna. Jak zwykle Pan Brumm działa według ustalonego porządku – w poniedziałki kąpie się ze swoim przyjacielem Kaszalotem. I jak zwykle popełnia jakąś gafę, mimo że miało być zupełnie inaczej. Co zrobi tym razem niesforny misiek i kim jest tajemniczy Wkurzacz, który czyha na dnie jeziora?  

Pan Brumm idzie się kapać to dalsza część serii o misiu uwielbiającym rytuały – w sobotę wieczór telewizyjny, w niedzielę kosztowanie miodu. Świetna kreska znanego za Odrą rysownika – Daniela Nappa i duża doza humoru – do tego niezła porcja emocji – w ilości odpowiedniej dla trzyletniego czytelnika. Trzyma w napięciu tak, że maluchy zaczynają obgryzać paznokcie – kończy się, jak to zwykle w przypadku Brumma, gromkim śmiechem i happyendem. Każdą część można czytać oddzielenie, o każdej porze dnia i nocy -  od wyboru do koloru. Na końcu zawsze pojawia się kolejne pytanie. Ciekawe co potem? Co robi Pan Brumm zawsze we wtorki? Na odpowiedź musimy jednak jeszcze troszkę poczekać.

 

Wiek 3+

 

Wydawnictwo Bona



wtorek, 06 września 2011



 

Dla małego Włodka świat wraz z wybuchem wojny stracił barwy. Stał się czarno – biały, smutny, ponury. W dodatku nikt z najbliższego otoczenia nie wymawia głośno słowa wojna. To tylko taki wyraz na „w”, który zmienia ludzi – sprawia, że wszyscy dookoła milkną, zamykają się w sobie. Jak czarnoksięskie zaklęcie. Jakby za dotknięciem magicznej różdżki. Rusinek stworzył tajemniczy klimat wydarzeń sprzed lat – niby trochę … baśniowy, nie do końca rzeczywisty. Nie pada tutaj słowo: Niemcy. Są za to Czarni i Biali Panowie. Doświadczenie każe od razu dokonać właściwej oceny i klasyfikacji – ci są źli, tamci dobrzy. Tak jak czerń i biel – ta pierwsza nieprzyjemna, ta druga czysta, bezpieczna. I choć dzieci od razu zaczynają świetnie się orientować w tej wojennej szarej rzeczywistości, są momenty, gdzie nic nie jest jasne – czy czarne do końca jest złe, a białe – dobre?

Do tego szarego świata autor przemyca mnóstwo informacji o wojnie – tajna organizacja, ważne rozkazy przemycane w zaproszeniach ślubnych, akcja dywersyjna z torebką cukru na warszawskiej ulicy. Życiorys Włodka to życiorys, jakich było wiele podczas ostatniej wojny. Siła tej niepozornej szaro – burej książki, rozjaśnianej co rusz jakimś mocniejszym akcentem czerwieni albo pomarańczy, polega na jej … normalności. Nie ma tu opisów gwałtów na ludziach, scen batalistycznych, nie ma też wielkich słów i pretensji. Wojna wkradła się w życie małego chłopca, który musiał nagle dorosnąć. Dzieciństwo odeszło na zawsze. Wojna to bieda, niedostatek, zimno – to rozłąka z matką i siostrą. Siła tej książki tkwi w tym, co nie zostało do końca powiedziane. W emocjach, które są w czytelniku. W pytaniach, jakie zadają dzieci po jej lekturze. Dlaczego? No właśnie, dlaczego? Dobrze by było, aby dorośli choć od czasu do czasu przeczytali, co czują dzieci w obliczu wojny. Może wtedy…… No właśnie – to takie moje marzenia…..

 

To już trzecia książka wydana wspólnie przez Muzeum Powstania Warszawskiego i Literaturę. Tym razem napisana przez Michała Rusinka. Hmmm …. rocznik podobny do mojego – może nawet stąd ta wizja wojny czarno – białej, szarej, ponurej. Kiedy byłam mała mieliśmy w domu czarno – biały telewizor. A były to czasy, kiedy filmów wojennych było od groma – wspomnę znanych wszystkim pancernych, potem Polskie drogi, Gdzie jest generał, Godzina „W” i takie tam. W każdym razie – kto się tam kiedyś przejmował tą całą wojną – co drugi pies na ulicy wabił się Szarik, dzieciaki biegały po kałużach z patykami udającymi karabiny, wojenne filmy miały wzięcie, a z kolonii wróciłam ze świetną znajomością trzech zwrotek piosenki Pałacyk Michla.  Moje wyobrażenie o wojnie też było czarno – białe i bardzo ponure. Miałam wrażenie, że w czasie jej trwania w ogóle nie świeciło słońce, ludzie byli tylko smutni, a tak w ogóle to nad nasz kraj nadciągnęły czarne chmury. Jakież było moje zdziwienie jak babcia Marianna powiedziała zupełnie coś innego. Pamiętam jak dziś – Ja na białej, dopiero co pomalowanej na biało olejną farbą, drewnianej kuchennej ławce – babcia wałkuje makaron, który potem ostrym nożem kroi na cieniutkie wstążeczki.

-Nieeee. Ależ nieeee – przeciąga tak jakoś dziwnie – aż musi się zadać podwójnie do tego makaronu – We wojnę szaro? U nas to były takie gorące i słoneczne lata, że nigdy potem takich już nie pamiętałam.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura, Muzeum Powstania Warszawskiego

 



piątek, 02 września 2011

Potrzebna taśma malarska i do startu hop.....