Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 31 sierpnia 2014

W dzieciństwie była kreskówka w telewizji. I choć podobnie jak książka nosiła tytuł: Porwanie Baltazara Gąbki, nie raz zachodziłam w głowę - dlaczego tak jest. Bo w kreskówce Smok Wawelski był zdecydowanie na pierwszym planie - profesor Gąbka gdzieś w tle. Ale lubiłam, i to bardzo - i Don Pedra - szpiega z Krainy Deszczowców, z jego tajemniczym Karramba! I kuchmistrza Bartoliniego i masę różnych postaci o dziwacznych i zarazem śmiesznych nazwiskach.

Z przyjemnością sięgnęłam po latach do przeszłości - razem z dziećmi. Z tą różnicą, że w przypadku progenitury - najpierw była książka - potem kreskówka. I zaczęły się dyskusje: a to było inaczej, a w książce Don Pedro wcale taki zły nie był i więcej tam było postaci samego Profesora (jeśli w ogóle może być kogoś więcej). Przecież to znamy - w filmowych albo bajkowych adaptacjach - bez porównań się nie obejdzie. Czytaliśmy z przyjemnością - długo, bo książka wagi słusznej. Wszak to trylogia - wyraz, który w Polsce zarezerwowany jest dla Sienkiewicza - tutaj dotyczy Smoka Wawelskiego właśnie i grupy jego wiernych przyjaciół.

Książka przygotowana przez Wydawnictwo Literackie liczy sobie ...ba... ponad 700 stron. Została wydana bardzo starannie - z ciekawą okładką, na której widzimy plejadę najważniejszych postaci. Na półce zachęcająco prezentuje się grzbiet - z tytułowym naukowcem Gąbką, który tak przekonująco opowiada o swoich badaniach, że jesteśmy skłonni uwierzyć w jego odkrywcze twierdzenia na temat żab latających i mypingów. W środku jest dużo ilustracji - kolorowych, wyraźnych, niekiedy na całą stronę albo pół. Trzy powieści w jednym: Porwanie Baltazara Gąbki, Misja Profesora Gąbki i Gąbka i latające talerze.

Dwie pierwsze powieści znane są dzięki kreskówkom. Natomiast ostatni tytuł może dla wielu czytelników okazać się absolutnym novum. Znajomi bohaterowie po długim śnie nagle przenoszą się w późne lata 70-te XX wieku. I choć w grodzie Kraka nigdy nie brakowało nowinek technicznych - że wspomnę już choćby kultowe autko sympatycznego Smoka - trzeba będzie zderzyć się z burzliwymi czasami, codziennością pełną współczesnych rekwizytów i postaci. Smok - jak to Smok - otwarty zawsze na przygodę - z ciekawością postara się sprostać temu wyzwaniu - podobnież jak i pozostałe postacie.

Książkę czyta się wyśmienicie. Powinnam napisać - książki (w liczbie trzech). To połączenie bajki, książki przygodowej, obyczajowej i historycznej. Dorośli na pewno znajdą tu wiele analogii do minionego systemu - aż prosi się o to chociażby czarny charakter z pierwszej części - słynny Don Pedro, który, potem o dziwo zmieni się o 180 stopni. Przygoda goni za przygodą. Wszystko okraszone inteligentnym humorem, sprawnymi dialogami. I mimo tego, że jest to powieść ... trochę staroświecka - gdzie wszystko toczy się swoim tempem, są tajemnice i niespodzianki na miarę dziecka, i dawka strachu o odpowiedniej temperaturze - to jest to zdecydowanie jej atut. Nie ma tu zbędnych dłużyzn - jeśli zdarzają się opisy krajobrazów i postaci, są one bardzo sugestywne, można łatwo sobie wyobrazić nieistniejące w rzeczywistości krainy, bohaterów.

Podsumowując - książka bardzo rodzinna - na długie wieczory czytelnicze. Dla rodziców - jako wspomnienie z dzieciństwa. Dla dzieci - dobra i spora dawka przygody na wysokim poziomie, bez zapierających w piersiach dech zwrotów w akcji (jak w amerykańskich filmach) ale trzymająca w napięciu, nie pozwalająca zakończyć na 20 minutach głośnego czytania dziennie - co to to nie;)

Wiek 5+

Wydawnictwo Literackie


środa, 27 sierpnia 2014

Miłe wspomnienie - dla tych, którzy właśnie wracają z wakacyjnych wojaży. A dla tych, którym nie było dane w tym roku poznać uroków europejskich zakątków - dobry pomysł na podróż palcem po mapie. Trochę historii, geografii, sztuki, literatury, polityki, przyrody - w pigułce i to już dla najmłodszych. Dzieci mogą kolorować, wycinać i składać modele budynków, bawić się naklejkami. Kolorowanka - choć nie do końca, której tematyka związana jest z mniej i bardziej znanymi miejscami w Europie. Postacie z bajek, stroje z dawnych epok, piękne zamki, islandzkie wulkany, charakterystyczne zabytki, potrawy, zabawki, dzieła sztuki, drzewa liściaste i iglaste, łodzie i statki. Dzieci odwiedzają Alpy, tulipanową Holandię, fińskie jeziora i Morze Śródziemne, Paryż, Pizę, Rzym, Moskwę. Europa wzdłuż i wszerz.


Kolorowanka, która nie tylko bawi ale i uczy. Dzieci rozwiązują proste zadania: segregują śmieci, szukają różnic, próbują znaleźć wyjście z labiryntu. Krótkie teksty zapoznają z danym miejscem. Gdzie mieszka Święty Mikołaj, kiedy została zbudowana pierwsza linia kolejowa w Anglii, jak wygląda holenderski krajobraz, jak wyglądają Alpy latem i zimą - to niektóre zagadnienia przybliżone w "Przygodzie z Europą". Dodam jeszcze, że książka jest dwujęzyczna - równolegle z językiem polskim jest wersja anglojęzyczna.


W książce znajdziecie: 75 naklejek, 4 rozkładane krajobrazy Europy, 4 modele budynków z grubego papieru do składania. Jeśli zatem pociechy się nudzą, przygotujcie kredki lub farby, nożyczki, długopis albo ołówek i do startu ...hop.


Wiek 3+

Zuzu Toys


wtorek, 26 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Gdybym miała krótko podsumować tę książkę, zrobiłabym to tak: o marzeniach i konsekwencjach tych marzeń. Na razie w wersji mini. Bo przecież marzeniem Emmy - małej małpki, która właśnie rozpoczęła szkolną edukację - jest tylko i aż ... grać jazz. Ale za chwilę pojawią się nowe, poważniejsze, bardziej odważne cele i dążenia. Własne wybory i decyzje, które mogą boleć, które mogą zasmucić najbliższych. Na razie niepozorne, delikatne - małe konflikty. W myśl zasady małe dzieci - ok, już nie gderam. Wszyscy znają...

 

Emma kocha muzykę, ma do niej talent. Właśnie z nią łączy swoją przyszłość. Chce grać jazz - to jej cel. Ale są inne obowiązki: szkoła, pomoc w domu. Nic z tego - małpka jest uparta. Ale gdyby tylko na tym się skończyło. Za chwilę poznaje skutki swoich wyborów: problemy w szkole z nauką, zaległości, które trudno nadrobić, konflikt z mamą. I choć na początku nasza bohaterka nie widzi problemu, sprawa z każda kolejną stroną lektury staje się coraz bardziej poważna. I na nic podwójne fikołki i śmiech. Życie ... no cóż to nie tylko zabawa.

Autor trafnie nakreślił osobowość małej Emmy - dziecka z marzeniami, ideałami, z wytyczonym celem. Pokazał też - bez nadętego moralizowania i wygrażania palcem - że każdego czeka w życiu ciężka praca zanim osiągnie swój cel. Porusza też cenne wartości jak odwaga i przyjaźń.

Książka bardzo energetyczna - dzięki ilustracjom. Na pewno rozładowują one gęstą atmosferę. Choć konflikt czai się w afrykańskim powietrzu, cała historia nabiera lekkości dzięki wesołym i soczystym kolorom, geometrycznej i wzorzystej przyrodzie i nietuzinkowym postaciom. Choć temat wcale nie łatwy - nie brak tu humoru i spojrzenia na całość trochę z przymrużeniem oka. Myślę, że i my rodzice, możemy dużo nauczyć się z tej lektury.

Wydawnictwo Skrzat

Ta książka to przede wszystkim ilustracje Innocentiego, którego znamy już z Pinokia czy Domu. Jest też tekst - bardzo oszczędny. Nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest on ... zbędny. Bo patrząc na miasto włoskiego ilustratora, śmiało można samemu opowiedzieć i dopowiedzieć tę historię, w której na próżno szukać baśniowego klimatu. Czerwonego Kapturka specjalnie przedstawiać nie trzeba - znamy wszyscy motywy: koszyczek ze smakołykami dla chorej babci, las, wilk, Babciu, a dlaczego masz taaaaakie duże zęby?, leśniczy. Tutaj przeniesiono baśń Grimmów do współczesności. Wielkie miasto - brudne, krzykliwe, pełne niebezpiecznych zaułków, anonimowe. Patrząc na sąsiadów rodziny dziewczynki w czerwonej czapeczce trudno uwierzyć w to, aby panowały między nimi dobrosąsiedzkie stosunki. Nie sądzę, by mama Sophii pożyczała sól albo cukier od opryszka w kapeluszu mieszkającego na parterze. Sophia pakuje ciastka, miód i pomarańcze do plecaka i udaje się do chorej babci. No właśnie: plecak zamiast koszyka, zamiast lasu - centrum miasta - bardzo uwodzicielskiego i zarazem odpychającego. Krzykliwa feeria barw, reklamy, nęcące wystawy, hałas, piski opon,  narzekania ludzi, smród spalin i koszy na śmieci, zapach spalonego tłuszczu z przydrożnych kiosków oferujących frytki hot dogi marnej jakości. I ostrzeżenia matki - te nic a nic się nie zmieniły - idź prosto do babci, nie rozmawiaj z nikim, nie zbaczaj z drogi. Ale tak jak u Grimmów - Sophia zapomina o słowie danym matce i sama wytycza swoją rutę przez dżunglę budynków, sklepów, galerii, ludzi. Trafia tam, gdzie trafić nie powinna. W końcu spotyka wilka....


Książka pokazuje uniwersalność starej baśni. To nie przeżytek. Można znaleźć jej motywy we współczesnym świecie. Ale baśń kojarzy nam się przecież ze specyficznym klimatem. Istnieje przymiotnik: baśniowy. Epitety typu: baśniowy świat, baśniowy klimat - wywołują pozytywne konotacje. Tutaj baśń została obdarta z tego - ilustracje Innocentiego są mroczne, pełne drażliwych motywów - niekiedy na drugim planie. Głodny bezdomny owinięty w  brudny koc, agresywne graffiti, śmieci walające się pod nogami, opuszczone i straszące budynki z czerwonej cegły. A może Innocenti uchwycił istotę baśni, która sama w sobie nie ma wiele wspólnego ze wspomnianym wcześniej przymiotnikiem baśniowy.? Kto czyta baśnie, ten wie, ile niekiedy w nich okrucieństwa, tragizmu, ale i prawdy o człowieku - jakkolwiek nieprzyjemnej. Moje prywatne przemyślenia pokazują, że książkę Innocentiego i Frischa można czytać na wiele sposobów, można czytać w różnym wieku. Gdybym pracowała ze starszą młodzieżą omówiłabym ją na lekcji w gimnazjum i szkle średniej. Baśń w wielkim mieście. Można znaleźć w niej tak wiele punktów zaczepienia, drugie dno,domysły i znaki zapytania. Zabawa z motywami, symbolami - literaturą w ogóle. I niech nie zmyli was Czerwony Kapturek w tytule - to nie jest książka dla małych dzieci:)


Jak już pisałam - ta książka to przede wszystkim ilustracje. Jestem ciekawa, co było pierwsze: tekst czy obrazy Innocentiego przedstawiające wielkie miasto wraz z jego wszystkimi bolączkami. Pełne szczegółów i szczególików, dopięte na ostatni guzik. Raz mroczne i odpychające. Innym razem jaskrawe i krzykliwe. Niekiedy trudno odnaleźć na nich czerwony punkcik - czyli kroczącego przez miasto Czerwonego Kapturka. Wtopionego w tłum, anonimowego.

Wiek 10+

Wydawnictwo Media Rodzina


 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wakacyjna opowieść - z tajemnicą. Autorka zastosowała dość powszechnie znany motyw w literaturze dziecięcej: otóż Marcel, rezolutny 10-latek, wakacje miał spędzić zupełnie w inny sposób. Kiedy dociera do niego, że będzie musiał całe dwa miesiące zostać u dziadków na wsi - nie jest zadowolony. Początkowa nuda zmienia się w intrygującą przygodę. Chłopiec podczas porządków w piwnicy natrafia na stary pamiętnik pradziadka. Z niego to dowiaduje się o skarbie rodzinnym. I tak po nitce do kłębka - chłopiec krok po kroku rozwiązuje zagadkę i odkrywa rodzinne tajemnice, których tu akurat nie brakuje.

Temat, wydawać by się mogło, na opasły tom - tymczasem autorka potraktowała go sprawnie i bez zbędnych dłużyzn i opisów. Raz dwa przechodzimy do kolejnego etapu rozwiązywania zagadki. Przy takim zabiegu jest miejsce na charakterystykę bohaterów i miejsc, budynków, są powroty do przeszłości - dużo tego, a przy takim sposobie pisania nie ma mowy o nudzie. Czyta się bardzo fajnie - historia wciąga, jest kilka niebezpiecznych momentów, które wywoływały zdenerwowanie u małego słuchacza. I choć taka książka jest skazana na happyend - było miło towarzyszyć Marcelowi przy szukaniu skarbu z przeszłości. Poza tym taka lektura inspiruje do stawiana pytań na temat własnej przeszłości, przodków. A nuż ktoś odkryje, że tak jak Marcel, pochodzi z hrabiowskiej rodziny. U nas padło pytanie na temat naszych (może:) arystokratycznych korzeni, ale stety niestety, mimo wysiłków umysłowych, nie doszukaliśmy się żadnego pra--pra-pra-pradziada Juliana hrabiego, i to ani z mojej strony ani z męża, a już tym bardziej dworu czy zamku, w którym można by szukać skarbów. Padło jeszcze pytanie, czy można tak sobie opukiwać mury w kościele - wiadomo - w jakim celu - tym bardziej, że po moim mieście krąży legenda o skarbie (rzekomo) ukrytym w murach kościoła farnego przez uciekiniera z Francji po rewolucji francuskiej. Tak więc drodzy rodzice - jeśli to czytacie - uważajcie na dzieci po tej lekturze, bo dziecięca kreatywność nie zna granic:)) Są gotowe nawet opukać mury w kościele aż po sam sufit - byle tylko przeżyć fascynującą przygodę:)


Bardzo fajna - jeszcze - wakacyjna - lektura. Okazuje się, że przygoda czeka na dzieci tuż za rogiem. Znajdą tutaj tajemnicę, humor (urokliwe ilustracje), czarny charakter, niespodzianki i powody do tego by zaszczękać z nerwów zębami - oczywiście wszystko w odpowiedniej dawce dla ośmiolatka +.

Wiek 8+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 19 sierpnia 2014

Sympatyczna kontynuacja przygód jeża Pepe. Poznaliśmy go jakiś czas temu, gdy wiewiórce zaczęły znikać orzechy. Teraz pies Muchomor ze smutkiem stwierdza, że zakopywane przez niego kości również znikają. Kiedy nie pomaga prywatne śledztwo podwórkowe - obserwacja najróżniejszych zwierząt, Muchomor postanawia poprosić o pomoc swojego (i naszego również) znajomego - jeża Pepe. Ten w mig rozszyfrowuje zagadkę.

Zagadki jeża Pepe skierowane są do młodszych czytelników. Do tej pory ukazały się już wspomniane "Orzechy". Wydawnictwo zapowiadało kontynuację - sprawdziłam na jego stronie, na razie na temat nowości - cicho sza. Ma się ukazać "Drzewo" - ale kiedy - nie wiem. W każdym razie czekamy:)

Książkę czyta się dobrze, dzieci angażują się w rozwiązanie zagadki, podają swoje "pewne" typy. I choć starsze dziecko mruczało pod nosem: kret, kret - młodsze do końca w napięciu czekało na odkrycie podwórkowego przestępcy, którym faktycznie okazał się kret:)

Mnie bardzo spodobały się ilustracje Angeliki Salskiej - i tak jak "Orzechy" były (bez porównań się nie obejdzie) płomiennie jesienne - tak "Kości" są wiosennie miętowe.

Wiek 4+

Wydawnictwo Raducha

czwartek, 07 sierpnia 2014

Kolejna książka Tullet'a, która tak bardzo zaskakuje, że chce się i śmiać i podskakiwać:) Bo takiej książki dla dzieci dawno nie widziałam, żeby sprawiała tak wiele niespodzianek i radości. Więc dlaczego sobie nie podskoczyć, albo nie zanucić pod nosem? Turlututu to dziwaczny osobnik z wielkim okiem i koroną na głowie. Zaprasza do wspólnej wędrówki: na biegun, na pustynię, na księżyc. Tam za zimno, tu za ciepło – nic to, wystarczy nacisnąć guziczek i już przenosimy się w inne miejsce.

Masz ochotę pomalować ścianę na zielono? Nic prostszego – trzeba tylko dobrze wymieszać żółtą farbę z niebieską. Ściana jest mokra – to podmuchaj. Masz dobry humor - pośpiewaj w języku Turlututu. Pukasz do drzwi, włączasz światło, głośno wołasz, robisz psikusa czytającej osobie, wypowiadasz magiczne zaklęcia, szukasz Turlututu w różnych pudełkach, sprawiasz, że rośnie on i ciągle rośnie. Czy to możliwe?

Ależ oczywiście, że tak. Ta książka to nie tylko doskonała zabawa, to też niesamowite pole do dziecięcej wyobraźni, która jest bezgraniczna. Dużo śmiechu i tajemnic, pułapek i zagadek – i dla małych i dla dużych. Propozycja wspólnej zabawy Tulleta to również ciekawa kontrpropozycja dla książek interaktywnych inaczej  – które gęsto zapełniają księgarskie półki. Ale nie ma tak łatwo – nie odezwie się tu gotowy dźwięk – trzeba go wytworzyć samemu. Nie zaświeci się światło – trzeba sobie to wszystko wyobrazić. I to jest właśnie siła tej książki. Kreatywność górą.

Wiek 4+

Wydawnictwo Babaryba

 

Daleka jestem od wplątywania książki dziecięcej w wielką politykę. Ale dziś przypadkiem natknęłam się na coś takiego. Ze wszystkich strony bombardowani jesteśmy: jabłka, jabłka, jabłka. Skojarzenie mogło być tylko jedno. I takie było.

 

 

Zdjęcia znalazłam na stronie Rymsa.  Wpis absolutnie niepolityczny - a dotyczący sympatycznej książki: Słodkie abecadło. Pod jot - oczywiście - JABŁKA - a te są niestety ostatnio bardzo polityczne :(



 

wtorek, 05 sierpnia 2014

Przy ulicy Astronomów,

w jednym z bardzo wielu domów,

mieszkał sobie razem z żoną

roztargniony pan Astronom.

W domu nie widziało go się,

bo wciąż błądził po Kosmosie,

przez ogromne teleskopy,

których zresztą miał na kopy, przez soczewki i lunety

badał gwiazdy i planety.

 

Znaliśmy dzięki Bajkom Grajkom - gdzie głosów użyczyli m.in.: Krzysztof Kolberger, siostry Winiarskie, Jerzy Bończak, Bożena Dykiel, Jerzy Tkaczyk. I choć powinnam pisać o książce, nie sposób wspomnieć tamtej produkcji - z lat 80-tych. Bardzo optymistyczna historia pewnej rodziny. Właśnie tak wyobrażam sobie familię,w  której KTOŚ ma pasję - tutaj tato bez przerwy spogląda w niebo. Nic dziwnego, że jego dzieci: Teleskopek i Teleskopka idą tą samą drogą. Dzieci są zajęte wieloma codziennymi sprawami: karmieniem kota, obserwacją świata dokoła, ale psocą niesamowicie,a przy okazji przemycają do tekstów mnóstwo informacji na temat Słońca, Księżyca,planet, Kopernika, gwiazdozbiorach, gwiazdach. Nie ma tu absolutnie czasu na nudę. Ktoś kiedyś powiedział: aby zapalić innych, samemu trzeba płonąć. Od pana Astronoma bije tak wiele optymizmu i pozytywnej energii, że nie sposób nie dać się porwać i zainteresować żywo tematem. Z tej opowieści można naprawdę wiele się nauczyć.

Dzieci wiercą dziurę w brzuchu, czyli zadają pytania, a  tato cierpliwie odpowiada. I to jak:

Dlaczego Słońce świeci?

To jasne jest od razu.

jeśli się wie, że Słońce

to wielka kula gazów.

Te gazy wciąż są w ruchu

i żarzą się i prażą

w słonecznym wielkim brzuchu.

Słońce to kula gazów,

to gwiazda rozżarzona,

stąd właśnie płynie światło,

stąd płynie ciepło do nas.

Popatrzcie naokoło:

to wszystko, co widzicie - świat roślin, ludzi, zwierząt -

Słońcu zawdzięcza życie.

 

W środku znajdziecie sympatyczne ilustracje Marty Kurczewskiej, która jest autorką wizerunku wikinga Tappiego;)

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

 

 

poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Trochę to karkołomne w połowie wakacji namawiać was na sięgnięcie po taką książkę, ale - spróbuję:) Zastanawiam się czy dla autorki jest jakiś temat tabu, którego, mówiąc po ludzku, by nie była w stanie ogarnąć. Owe "ogarnąć" w ogóle nie ma nic wspólnego ze światem poetyckim, jaki znajdziecie w książkach Małgorzaty Strzałkowskiej. Czytaliśmy przecież jej wiersze o jesieni, przyrodzie, przepisach kulinarnych, był bąk, co spadł na strąk i dzięcioł, który w lesie pień ciął. A tu rzeczownik, przysłówek, wykrzyknik, przymiotnik, spójnik, czasownik, przyimek, zaimek, partykuła i liczebnik. Przyznajmy, że niekiedy te części mowy podczas czasów szkolnych spędzały nam sen z oczu:)

Autorka za pomocą wiersza pokazuje dzieciom (i dorosłym:)))), że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Co tam odmiana przez przypadki albo osoby, czasy, tryby, strony, przymiotniki - te zwykłe i te niestopniowalne (!), stopniowanie przysłówków: regularne i nie, opisowe, zaimki rzeczowne i zwrotne, przymiotne, i liczebne, i przysłowne.

Jakkolwiek demonicznie to brzmi, zapewniam, że Strzałkowska odczarowuje te zagadnienia - stają się przyjemne dla ucha, zrozumiałe i do okiełznania. Układa wierszowane definicje, które łatwo zapadają w  pamięć:

Bo któż z nas tak od razu - przy porannej kawie (właśnie się delektuję:) - potrafi - na raz dwa trzy- podać definicję wykrzyknika, albo partykuły?

 

Wykrzyknik

Wykrzykniki wyrażają różne stany uczuciowe,

naśladują różne dźwięki, wzbogacają naszą mowę.

 

Partykuła

Partykuły bardzo dobrze wypełniają swe zadania,

Ożywiając ciut wypowiedź i zmieniając wydźwięk zdania.


Spójnik

Nic spójników nie zastąpi, bo spajają, czyli łączą

zdania albo części zdania, chociaż raczej zdań nie kończą. Np. i, lub, więc.

 

Każdy nowy tytuł to też moc wierszowanych przykładów:

Stopniowanie nieregularne

Dobry uczeń Jaś ma dzisiaj zły poranek,

bo otrzymał gorszy stopień niż Stefanek,

wprawdzie lepszy niż najgorszy uczeń Kryspin,

ale przecież Jaś najlepszy jest we wszystkim.

 

Każdy z przykładów jest zaznaczony grubą czcionką, co uwydatnia daną problematykę.

 

Na końcu książki znajdziecie Części mowy - kurs skrócony na dwie strony - czyli wszystko to, co w książce, ale tym razem w pigułce.

 

I choć autorka mnie nieodłącznie kojarzy się z łamańcami językowymi - tutaj jej wiersze w tym zakresie jakby złagodniały. Bo ideą jest nie pokazanie możliwości naszego języka (cóż to za wyzwanie dla obcokrajowców), co przekazanie też w przyjemny sposób wcale nie łatwej wiedzy. Choć i zdarzają się trudne momenty, przy których jęzor wywija się w buzi na wszystkie strony. Strzałkowska nie oszczędza człowieka - jakby na złość panującym modom w wirtualnym świecie, gdzie omija się wszystkie ogonki i zmiękczenia - tu każe pleść, zjeść, śnić, robić, brykać, fikać.dziewczęta, męstwo, dębowy. Jakby chciała pokazać piękno naszego języka - trochę z przekory i na złość tym wszystkim, którzy chcą iść drogą na skróty (choć o złośliwości autorki absolutnie nie podejrzewam).

 

Wydawnictwo Media Rodzina


niedziela, 03 sierpnia 2014

Autorkę określiłabym – z dużą dozą sympatii – naczelną biografką kraju. Wprawdzie od czasu do czasu pojawiają się książki o znanych postaciach, ale nikt inny spośród polskich autorów dla dzieci nie ma na swoim koncie aż tylu tytułów w tej dziedzinie co Anna Czerwińska-Rydel. Farenheit, Schopenhauer, Korczak, Chopin, Czochralski, Tuwim, Heweliusz, Skłodowska-Curie, a ostatnio Wieniawski, Fredro, Makuszyński, Lutosławski i Wedlowie.

Każda biografia z długiej listy tytułów to zarazem inny pomysł na przedstawienie głównego bohatera. W książce o Lutosławskim autorzy udzielają głosu uczennicy Ani, która przy okazji klasowego wyjścia do filharmonii, ma przeprowadzić wywiad z mistrzem. Mała Ania to nie kto inny jak sama Anna Czerwińska-Rydel, która w przyszłości napisze pracę magisterską o aleatoryzmie kontrolowanym w utworach Mistrza. Z jednej strony to książka bardzo osobista, z drugiej udana próba wytłumaczenia dzieciom, jak powstaje współczesna muzyka i czym różni się ona od uporządkowanych i miłych dla ucha utworów Bacha czy Chopina. Podobnie jak w innych książkach Czerwińska-Rydel pokazuje swoich niezwykłych bohaterów jako zwykłych ludzi z pasją, którzy poświęcili swoje życie na realizację marzeń. Ale robi to bez zbędnych wielkich słów, huku, sensacji.

W przypadku Lutosławskiego koncentruje się na jego twórczości i tym, co związane z muzyką. Zabrakło mi tutaj informacji na temat życia prywatnego. Moja uwaga wynika oczywiście z porównania z innymi tytułami. W większości z nich autorzy poświęcili dużo miejsca właśnie tej tematyce. Tutaj, jeśli takową podejmują, i tak wszystko kręci się wokół nut i dźwięków. Rodzina Mistrza była zakochana w muzyce – ten grał, tamten śpiewał. Jeśli ktoś przebywał w takim środowisku, od samego początku był skazany na muzykę.

W książce o Lutosławskim ilustracje przypominają abstrakcyjne obrazy, są jakby w ruchu, jak rozedrgane dźwięki w utworach Mistrza. A może wyobraźnia pozwoli Wam usłyszeć nawet muzykę?

 

Recenzja na stronie Xiegarnia.pl

U mnie można zajrzeć do środka:)

I wyklejka. Pisałam już, że baaardzo lubię?:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Muchomor

Autorkę określiłabym – z dużą dozą sympatii – naczelną biografką kraju. Wprawdzie od czasu do czasu pojawiają się książki o znanych postaciach, ale nikt inny spośród polskich autorów dla dzieci nie ma na swoim koncie aż tylu tytułów w tej dziedzinie co Anna Czerwińska-Rydel. Farenheit, Schopenhauer, Korczak, Chopin, Czochralski, Tuwim, Heweliusz, Skłodowska-Curie, a ostatnio Wieniawski, Fredro, Makuszyński, Lutosławski i Wedlowie.

„Moc czekolady” to przede wszystkim wycieczka w czasie. Dodajmy, że wycieczka miła dla podniebienia i kubków smakowych, bo jak książka gruba i szeroka co rusz jest słodko i smacznie. Ot – lektura, przy której ślinka cieknie. Legenda odkrycia cacaotal, czyli drzewa kakaowego, plantacje kakaowe konkwistadora Corteza i czekolada jako lekarstwo – taki jest wstęp do historii rodziny Wedlów. A sama historia? Jest rok 1845 – Karol Wedel decyduje się na przeprowadzkę do Warszawy do zaboru rosyjskiego, gdzie założy fabrykę czekolady. Zaczyna od cukierni razem ze swoim wspólnikiem. Autorka pisze o pierwszych reakcjach warszawiaków na ofertę Wedlów, działania reklamowe i czekoladowe wynalazki, jak choćby czekolada apteczna z rozmaitemi przyprawami podług przepisów doktorskich, karmelki leczące i łagodzące wszelkie cierpienia piersiowe.

Czerwińska-Rydel nie szczędzi też szczegółów z życia rodzinnego. Przyznam, że rozbawiła mnie historia młodziutkiego Jana Wedla, syna założyciela fabryki, który jako doktorant chemii, absolwent studiów mechanicznych na politechnice, ze znajomością kilku języków, zaczyna karierę w fabryce ojca jako… zwykły robotnik. Dopiero po ośmiu latach dostąpi zaszczytu reprezentowania interesów firmy, która odtąd miała się nazywać „Emil Wedel i Syn”. Takich smaczków w książce jest więcej. Na pewno niewielu wie na temat działalności Wedla podczas okupacji, kiedy to dożywiał Warszawę, wysyłał paczki dla więźniów w stalagach, oflagach i obozach koncentracyjnych. Niestety – finał tej historii nie ma happy endu. Sama pamiętam, jak mama opowiadała nam, że czekolada 22 lipca tak naprawdę kiedyś była czekoladą Wedla. A my próbowaliśmy zrozumieć te wszystkie skomplikowane zawirowania dziejowe na przykładzie małej słodkiej tabliczki. Ta książka to nie tylko historia pewnej rodziny – to również ciekawy obraz naszego społeczeństwa na przestrzeni wieków – w tle pojawiają się różne informacje o dawnej obyczajowości, stosunkach społecznych i sytuacji historyczno-politycznej. Nie brak tu humoru – na pewno uśmiechniecie się czytając stare wedlowskie reklamy zamieszczane w „Kurierze Warszawskim”. A może też wzruszycie się czytając o człowieku „dobrym jak czekolada”. Na końcu gratka dla miłośników czekolady – czyli przepisy kulinarne na truskawki w czekoladowych mundurkach, milongę czekoladową, maślane bałwanki i suflet czekoladowy. I jak tu się nie oblizywać?

Książka zilustrowana bardzo nowocześnie i odważnie. To sprawia, że temat trudny i związany z przeszłością nabiera nowego wymiaru i świeżości. Ciekawe są szczególnie połączenia kolorów, zabawa z wyobraźnią małego czytelnika, ze starymi fotografiami i logo firmy. 

Baaardzo smakowita lektura:)

Recenzja na stronie Xiegarnia.pl



Wiek 7+

Wydawnictwo Muchomor

piątek, 01 sierpnia 2014

O tym, że warto filozofować z dziećmi - przekonywałam już nie raz. Również przy okazji serii: Dzieci Filozofują. Do tej pory ukazały się trzy części - o życiu, uczuciach, dobru i złu. Ta najnowsza skupia się na - Ja. Co jak co, ale ta tematyka powinna zainteresować najmłodszych.

Książka dotyka wielu aspektów, które nurtują małego człowieka: wolności, wyglądu, rodziców, różnic, wieku i zwierząt. 

Punktem wyjścia zawsze jest ...pytanie. Przypomina to antyczne szkoły filozofii. Tam też szukanie prawdy miało swój początek w pytaniu, czyli problemie. 

Czy jesteś zwierzęciem, czy cieszysz się, że rośniesz, czy jesteś taki jak inni, czy jesteś coś winien swoim rodzicom, czy lubisz przeglądać się w lustrze, czy sam decydujesz o tym, kim jesteś? 

Autor dzieli przysłowiowy włos na czworo. Ogląda medal z każdej strony - bo pytania wyjściowe rodzą kolejne pytania, a te kolejne. Są jak domino, które ruszając jeden klocek, wprawia w ruch inne. Mało tego - ten proces naprawdę trudno zatrzymać. Autor prowokuje - mówiąc: dobrze, a skoro jest tak, to dlaczego nie może być inaczej - i znów prowokuje podając zupełnie inny przykład. Małe (i duże) głowy myślą, drążą dziury w brzuchach - i oto właśnie chodzi. Książka, która wspaniale uczy myślenia, motywuje do wypowiedzenia odważnie swojego zdania, uczy uzasadniania swoich wyborów i postaw. 

Filozofowanie zwykle kojarzy się nam jako czynność niesamowicie poważna. Tymczasem ta książka często śmieszy - a to za sprawą m.in. wesołych ilustracji. Jedne większe, inne w wersji mini, przedstawiają człowieka w rożnych sytuacjach życiowych -w  których - kto wie - pewnie nie raz - odnajdą się i dzieci i dorośli. Filozofowanie jest dobre dla każdego - na pewno wzmacnia relacje, przyczynia się do lepszego poznania innych, skłania do refleksji w zabieganym dniu codziennym, w końcu budzi ciekawość - a z tego ostatniego elementu potrafią powstać rzeczy naprawdę wielkie. 

Wiek 7+

Wydawnictwo Zakamarki