Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
piątek, 30 sierpnia 2013

Na blogu Czytanki - przytulanki czytam, że w dzisiejszych czasach mało poezji. Trudno mi tutaj wyciągać wnioski w odniesieniu do innych, mogę powiedzieć jedynie o naszym przypadku. Tak – proza zdecydowanie góruje nad poezją. Nie mam nic z mamy Tuwimowej, która ponoć karmiła Julka liryką największego kalibru od rana do wieczora. No i nic dziwnego, że z takiego Julka wyrósł znany nam wszystkim i ceniony Julian Tuwim. A obecnie mamy przecież ułatwione zadanie – bo są świetne wydawnictwa, jest Internet. Pani Adela, z domu Krukowska, z benedyktyńską cierpliwością przepisywała te wszystkie wiersze do specjalnego zeszytu, który potem przed Irenką i Julkiem otwierała i na głos czytał. Mało poezji w naszym życiu, mało poezji w ogóle. Odnoszę wrażenie, że kiedyś ludzie potrafili z pamięci cytować dłuższe fragmenty, niekiedy całe poematy, ballady. W życiu niekiedy umieli odnaleźć się dzięki wierszom, błysnąć w towarzystwie jakimś cytatem, który świetnie pasował do danej sytuacji. Dziś niekiedy udaje się coś zacytować, choć do końca może nie wiadomo czyje to. Popularne jest: Jedzą, piją, lulki palą. Tańce hulanki swawole. Ale na tym koniec – dalej ni w ząb. Choć ostatnio podczas spotkania jedna pani wyrecytowała calutką Panią Twardowska, której nauczyła się – ot tak – jak przyznała – dla siebie. Bo bardzo jej się podoba. Oczywiście wielu zna Inwokację czy Koncert Wojskiego z Pana Tadeusza – wiadomo, trzeba było się uczyć w szkole. Podobnie z piosenkami – choć nie o nich chciałam tu pisać. Mój tato znał mnóstwo piosenek ludowych, jak bawił wnuki to bez przerwy im śpiewał – i nie jedną czy dwie zwrotki ale po pięć i siedem. I ten dziadek Stasio wiecznie moim synom kojarzy się ze śpiewaniem. W znajomości poezji to chyba dzieci przejmują pałeczkę. Te, którym dużo się czyta wierszy, po pewnym czasie potrafią zacytować całość bez mrugnięcia okiem. Lokomotywę, Na straganie, Stefka Burczymuchę.

W Podróżach po piórze Wanda Chotomska zabiera najmłodszych do krainy Fantazji i Marzeń, ale myli się ten, kto sądzi, że spotka tam masę przeróżnych dziwnych stworzeń, ba, nawet potworów. Spotkać tam można kanarka na dachu, wronę, która na wesele poszła bardzo wystrojona. Krawca Pętelkę goniącego za nićmi z kubraka. I siedmiu kwaśnych złodziei, co to nocy jednej zamiast złota ocet najzwyklejszy ukradli. I makaron włoski w gorącej wodzie kąpany. I dziadka przed telewizorem. I kundla, co to do rodziny, do Warszawy przybył. I prosię, co miało muchy w nosie. I babę, co placek piekła. I Staszka, co kaszę lubił nade wszystko. Dzięki poezji znajdziecie odpowiedź na kilka trudnych pytań. Jak choćby takich: Po co krowie rogi na głowie? Dlaczego ryby rozmów nie wiodą? Dlaczego ciele ogonem miele? Wiele z wierszy tłumaczy znane przysłowia i zwroty.

Podróże po piórze nie zabierają nas w odległe miejsca na świecie. Za to pozwalają dostrzec piękno i niezwykłość w codziennych przedmiotach i sytuacjach. Wiersz, jak się okazuje może traktować o wszystkim. A poezja może towarzyszyć w życiu codziennym, na każdym niemal kroku. O czym chyba jednak na co dzień zapominamy – a szkoda.

Zachęcam jeszcze do takich podroży – choć wakacje lada chwila się kończą.


Kto lubi podróże,

te małe i duże,

niech prędko korzysta

z okazji -

przez wiersze i rymy

na pewno trafimy

 w cudowną krainę

Fantazji.

 

Nie bujam, nie kłamię -

znam trasę na pamięć,

latałam tam często

na dłużej.

A czym tam latałam?

Pod ręką to miałam - zazwyczaj latałam

na piórze. (...)

 

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

 



czwartek, 29 sierpnia 2013

Dzieci interesuje świat dookoła. Potrafią wiercić dziurę w brzuchu o najmniejsze ziele, robaczka czy zjawisko na niebie. I choć ta książka nie jest dla dzieci, to myślę, że jak ją poczytamy dla siebie, a potem przekażemy co nieco mniejszym, będzie to naprawdę coś ciekawego, pożytecznego a zarazem … egzotycznego. 

Patrząc na siebie i swoje dzieci w osiedlowym markecie – łatwo zaobserwować jak świetnie się w nim odnajdujemy. Pewnie głupio to brzmi – ale tak jest w istocie. Świetnie – bardziej dotyczy organizacji czasu (tak cennego), niż samej przyjemności kupowania. Wystarczy zaplanować zakupy gdzie indziej – a zbieranie do koszyka tych samych produktów trwa o wiele wiele dłużej. Tak więc topografia sklepu, następnie identyfikacja nabywanych produktów do jedzenia. W koszyku nie może pojawić się inny ketchup jak nasz. Albo groszek. Albo chleb. No – z chlebem to już inna historia, bo ten musi być tylko od tego piekarza a nie innego. Potrafimy go od odróżnić od wielu innych – a gdy go brak – to zatęsknić. I pojechać na drugi koniec miasta – po bochenek ulubionego pieczywa. I masło, i mleczko do kawy.


Tak się tu rozpisuję o tych zakupach – bo faktycznie kapitalnie potrafimy identyfikować pewne produkty,a gdy staniemy na łące to najzwyczajniej w świecie głupiejemy. A to, co nam pierwsze przychodzi do głowy na określenie zielonego roztaczającego się przed naszymi oczami, to trawa, by nie pokusić się o mniej delikatne stwierdzenie – zielsko. Nie mówiąc już o występowaniu tego czegoś. Wiemy, na której półce w sklepie zawsze stoi ulubiony napój, ale gdzie spotkać taki gajowiec żółty albo powiedzmy na to oliwnik wąskolistny to już nie. Właściwie kto z nas zna te wszystkie nazwy? Mięta, szałwia, macierzanka, czarny bez i owszem. A czyściec, a lepiężnik, a kościenica wodna? Piszę, notuję myśli. I co chwila zerkam na monitor, czy aby system nie podkreśla błędów. Nie, nic z tych rzeczy. Zaczynam wierzyć Łukaszowi Łuczajowi, autorowi książki. Toto wszystko istnieje naprawdę.

 

Łukasz Łuczaj był kiedyś mieszczuchem, który pewnego dnia uciekł w rodzinne strony. Doktor habilitowany biologii, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanik i ekolog – czytam na okładce. Noooo, myślę sobie, chyba można mu zaufać. I zjeść to wszystko, co u niego w książce. Choć siedzę na ganku przed domem – i patrzę na moją funkię w ogrodzie. Zjem cię – pojawia się pomysł. Nieeee, chyba się nie odważę. Może na wiosnę – bo ponoć właśnie wtedy najbardziej smakują młode liście. Choć są kwiaty – właśnie teraz. Nieśmiało wyciągam rękę i podszczypuję kawałek. Smaczne – można jeść na surowo. Może na wiosnę się skuszę na gołąbki albo sałatkę z musztardowym winegretem.

Książka zawiera przede wszystkim przepisy na różne potrawy z roślin dzikich. Niektóre z nich znamy – z nazwy, inne z widzenia. Wiele jest jednak tak egzotycznych, że człowiek kręci głową z niedowierzaniem. Krwawnik (jajecznica z liśćmi, podpiwek krwawnikowy, moskele), tatarak (cukierki, kompot), lipa (niby – czekolada lipowa, sałatka z liści), jarząb (focaccia z jarzębiną, cukierki, wątróbka z owocami jarzębu szwedzkiego). Ale bluszczyk kurdybanek (karpacka ziemniaczanka), ale jasnota (placuszki z pędów, zupa krem), podagrycznik (zupa, gulasz wołowy, gratin) czy czyściec błotny (frytki, kiszona wersja, po rzepnicku)? Autor opisuje każdą roślinę (alfabetycznie). Opis zawiera okres zbioru, znaki charakterystyczne – czyli gdzie szukać i jak rozpoznać, aby nie pomylić z inną rośliną. Następnie jadalne części, właściwości farmakologiczne, tradycyjne użytkowanie, współczesne zastosowanie i ciekawostki. Oprócz tego są informacje na temat składu roślin, kalendarza zbioru, przygotowywania jedzenia – czyli 8 cennych przykazań zbieracza. Na końcu znajdziecie bibliografię – to dla tych, którzy chcą zgłębić temat, dalej - indeks roślin, co pomoże w poszukiwaniach w samej książce oraz kalendarz zbioru dzikich i zdziczałych roślin jadalnych. Ciekawym elementem książki są felietony autora, w których wiele refleksji i czasem wręcz wycieczek filozoficznych na temat życia i odżywiania. Skłania to nas samych do refleksji nad tym co najważniejsze. Podczas takich rozmów dzieci naprawdę potrafią zaskoczyć. Książka jest bardzo solidnie wydana, w twardej oprawie, z mnóstwem zdjęć.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Jeszcze w ubiegłym wieku, wiele roślin, które pojawiły się w książce Łukasza Łuczaja, było składnikiem codziennej kuchni. Kilka lat temu, kiedy kupowałam książki w antykwariacie, sprzedawca dorzucił mi jako gratis cienką 26 – stronicową broszurkę po niemiecku gotykiem o dzikich roślinach w kuchni. Są opisy, przepisy, sposoby gotowania i przerabiania. To taka ciekawostka w naszej domowej biblioteczce. Nie mogę określić wieku wydawnictwa, ale datuję na oko na czasy przedwojenne.



niedziela, 25 sierpnia 2013

Na półkach mnóstwo nowości detektywistycznych dla dzieci. Dla tych najmłodszych seria ze Szwecji o Biurze Detektywistycznym Lassego i Mai. Dla trochę starszych - Pan Jaromir – tym razem z Austrii. Z naszego podwórka dobre recenzje zbierają Kroniki Archeo. Wymieniać mogłabym długo. Tymczasem warto sięgnąć też do staroci. Jak choćby tego tytułu – Emil i detektywi, który swoją premierę miał w 1929 roku. Książka więc liczy sobie – ho ho – 84 lata.

 

 



 

 



Ilustracje w książce są autorstwa Bohdana Butenki. On sam zawsze pasował mi do książek detektywistycznych. Posiada niezwykłą umiejętność rysowania podejrzanych typów – z nieogoloną facjatą, niespokojnym rozbieganym spojrzeniem, owłosionymi łapskami, do których wszystko się klei. Świetnie buduje klimat powieści – widać tu ruch, zdenerwowanie, pośpiech, strach, szybkie tempo. Niekiedy tylko fragmentaryczne przedstawienie postaci zostawia duże pole dla wyobraźni, budzi ciekawość i nadzieję, że rozwiązanie czai się tuż za rogiem, czyli na następnej stronie – że to, co zostało niby przypadkiem ugryzione, jakimś cudem odnajdzie się po przewróceniu kartki.

 

Na pierwszej rozkładówce mapa z miejscami, gdzie toczyła się akcja. Cudze chwalicie, swego nie znacie – zachwycamy się takim rozwiązaniem w Biurze Lassego i Mai, a tu – o proszę – taki pomysł miał już Butenko prawie 40 lat temu. Podobnież z krótką prezentacją i charakterystyką bohaterów na samym początku.

Emil miał kontynuację: Emil und die drei Zwillinge. Na stronie Wikipedii znalazłam informację, że książka ukazała się u nas przed wojną jako: Emil nad morzem. Ponoć nigdy więcej nie była wznawiana. Kto znajdzie – ten szczęściarz.

---------------------------------------------------------------------------------------------

A tak Emila widział Walter Trier, o którym często mówi się, że był ilustratorem książek Kästnera, podobnie jak Ilon Wikland w przypadku Astrid Lindgren.

 



Mnie podobają się obydwie wersje:)

P.S. Paznokcie pomalowało mi moje starsze dziecko w ramach przygotowań do klasy drugiej;)

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1975

 



sobota, 24 sierpnia 2013

Mama Mu znów w akcji. I na nic narzekania Pana Wrony, że ona jest tylko krową. Że krowom przecież nie wolno, nie powinny, że im absolutnie nie wypada. Mama Mu konsekwentnie realizuje się w swoim, wydawałoby się na pozór ograniczonym, krowim życiu. Nic bardziej mylnego – z zazdrością podpatruję jej poczynania i w duchu dziękuję Autorce, że na bohaterkę wybrała właśnie kobietę, a nie – powiedzmy na to – jakiegoś tam muskularnego byczka Mu Mu. Mama Mu robi takie rzeczy, o których nam się nie śniło. Potrafi wejść na drzewo – po to tylko, aby za chwilę z niego spaść. Ale to, czego się nauczyła, jakich doświadczeń nabyła – po prostu bezcenne. Dlatego Mama Mu na chandrę, na nadchodzące jesienne dni, na zły humor. Gdzieś wyczytałam, że niejeden psycholog dla poprawy humoru, pomysł na życie - przepisuje lekturę książek Małgorzaty Musierowicz. Mama Mu też by mogła znaleźć się na liście książek polecanych – Carpe diem. By niczego nie uronić, wiele spróbować, cieszyć się chwilą, nie przerażać się porażkami i guzem na głowie, we wszystkim znaleźć też dobre strony.

Ta książka to zbiór dłuższych opowiadań dla trochę starszych dzieci aniżeli wydania obrazkowe i wielkoformatowe. Tutaj 10 opowieści. Miłośników sympatycznej krowy nie muszę raczej przekonywać do sięgnięcia po lekturę. Polecam szczególnie tym, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać pozytywnie zwariowanej krowy.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

 




... albo Pitrysek, czyli pełne trosk losy prawdziwego krasnala

Upiekłam wczoraj ciasto. Szybkie – bez przepisu, z tego, co znalazłam w czerwonym kredensie. Na szukanie odpowiednich proporcji nie było nawet czasu. Mąka, jajka, masło, cukier, proszek – na oko. Ile mąka masła zabierze. Raz kozie śmierć - pomyślałam sobie. Wyjdzie – dobrze, nie wyjdzie – to może nie będzie pyszne, ale chociaż zjadliwe. Na wierzch ułożyłam delikatne i soczyste połówki wielkich śliwek. Toż to olbrzymy w porównaniu z węgierkami z ogrodu babci Basi. Takich śliwek już nie ma. Jeśli już – to w starych przydomowych ogródkach. Gdy dałam spróbować owoców mojej mamie, to odezwała się w niej jakaś nutka z przeszłości i wspomnienie śliwek z ogrodu matki chrzestnej – ciotki Frani. Uwielbiam takie stare rodzinne historie. Żeby było ciekawiej – dodam, że mama jadła owe śliwki przed laty i miała chętkę na więcej. A był to czas, kiedy zmarło się wujkowi Jankowi od Franciszki i w czasie jego pogrzebu bezczelny złodziej zakradł się do ogrodu i w najlepsze ogołocił ciotki drzewo z tych przysmaków. Wiedział, że w tym czasie nikt nie będzie mu przeszkadzał. Ta śliwkowa historia co jakiś czas jest w mojej rodzinie odgrzewana, bo te owoce były naprawdę grzechu warte. No, teraz już wiem. Skoro takie jak z działki dziadka Genia – też bym złodziejowi przez lata nie darowała. Można pokusić się o pytanie – kto z nas będzie tak wspomniał smaki z przeszłości. W każdym razie jest szansa, że moje dzieci podtrzymają tę tradycję, bo zapach pieczonych śliwek w puchowej kołderce bezowej powalił je z nóg (zapach chyba bardziej niż samo ciasto:) - choć kilka razy prosiły o dokładkę). A ja pomyślałam sobie, że nie dosyć, o śliwkach plotkują, to niektórzy kiedyś napisali jeszcze o nich książkę. A krasnal Pitrysek wprost oniemiał, gdy poczuł po raz pierwszy jak pachną śliwki. I był to początek jego wielkiej przygody. Początek miłości do Pipiny.



Och, jak mocna była ta woń! Została w powietrzu na długo, kiedy już śladu nie było po zaprzężonych w pasikoniki karetach, po hajdukach cwałujących szybko, po potężnych wierzchowcach kladrubskiego chowu.

-Nie pachnie tu gdzieś śliwkami? - zapytał na wszelki wypadek Pitrysek.

Król Pasibrzuch złożył ręce i odparł: -Och, gdyby tak raczej knedlami! Córeczko, naprawdę nie możesz przestać?

-Niestety, tatusiu – ozwał się dziewczęcy głosik – to pachnie samo.

W lewym rogu pudełka, tam, dokąd, zabłąkany promyk latarki już nie zdołał dotrzeć, coś się poruszyło. Było to blade, było to niebieskie i wokół głowy miało wianuszek zastępujących koronę złotych włosów. I kiedy Pitryskowi udało się poruszyć latarkę tak, aby cały snop światła padł na owe włosy, zobaczył księżniczkę o wielkich czarnych oczach, tak głębokich zarazem, że nie dostrzegłbyś za nic ich dna. Była to głębia niespotykana, szczególnie w oczach postaci tak małej, dużo mniejszej od wszystkich pozostałych lalek, ta drobna dziewczyna ginęła po prostu między nimi.

 



Kiedy przed laty zaczytywałam się w opowieściach o Pitrysku, nawet do głowy mi nie przyszło, by spojrzeć na tytuł czeskiego oryginału. A brzmi on mianowicie tak: PUTOVÁNI VETSKOVOU VŨNI ANEB PITRYSEK STRASTIPLNÉ OSUDY PRAVÉCHO TRPASILKA.

Jak muzyka, prawda?

Pitrysek żył sobie pewnego razu w książce Dwanaście bajek z całego świata. Razem z wielką i kłótliwą gęsią. Pewnego dnia, gdy babcia czytała dzieciom bajki na dobranoc, okulary spadły jej na otwartą stronę i Pitrysek – hop wykorzystując jej nieuwagę, wyskoczył do świata rzeczywistego. Może skusicie się na przeczytanie tej starej historii?

Wiek 6+

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1962

Tłumaczenie Ernest Bryll i Witold Rutkiewicz

piątek, 23 sierpnia 2013

Jeśli chcecie przeżyć na koniec wakacji jeszcze wakacyjną przygodę, to jesteście jak najbardziej we właściwym miejscu. Tyle że dla Leśnika Piątka początek owej przygody to tak naprawdę początek nowej (ciężkiej) pracy, która wcale nie zapowiada się kolorowo. Może i ciekawie – ale więcej pod górkę niż z górki. Bo choćby ta wiadomość o Leonie. Leon to niedźwiedź – nie brunatny, ale brutalny (ale ponoć idzie się z nim dogadać). Piątek przyjechał właśnie do Doliny Bagiennej Trawy. Leśniczy Kobiela po czterdziestu latach pracy w tym miejscu udaje się na zasłużoną emeryturę i przekazuje swoje stanowisko dużo młodszemu koledze. Zaczyna się nowy rozdział w życiu Piątka, w którym, jak zapowiada jego poprzednik, absolutnie czasu na nudę nie będzie. I święta racja – bowiem książka aż kipi od różnych perypetii (nie zawsze nazwałbym ich przygodami). Takich zwykłych i niezwykłych. Piątek musi poznać las, jego mieszkańców – a przewodnikami po tym miejscu będą wspomniany już Niedźwiedź brutalny Leon, Maurycy – czyli krasnoludek z ogonkiem i szczur Ogryzek. Ci ostatni od spraw trudnych i niezwykłych.

Zapewniam Was, że w książce będzie wiele się działo – czasem otworzycie usta ze zdziwienia (mieszkają tu i Wilkołak i strzyga Hela. Las kryje staw wodnika Mokrzyka, letnią rezydencję żabona Euzebiusza i chatkę dziwożony Zuzanny, aaaa prawda zapomniałabym o Draculi), czasem sparaliżuje Was strach, a naprawdę często będzie się śmiać od ucha do ucha, bo humoru w tej książce nie brakuje. Opisane sceny, dialogi, w końcu ilustracje - budują klimat tej książki. Całość doprawiona została szczyptą tajemniczości - bowiem w lesie ponoć żyje sześcioptak, dziwaczna krzyżówka sześciu ptaków objętych ścisłą ochroną gatunkową: bielika, orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia, puchacza i cietrzewia.

Człowiek po lekturze tych książek zupełnie inaczej spojrzy na las. Pierwsza reakcja – to chęć rzucenia wszystkiego i natychmiastowego udania się w wiadomym kierunku. A każde drzewo to potencjalna kryjówka jakiegoś osobnika, który wplącze Was za chwilę w jakąś przygodę. Paweł Wakuła do swojej sympatycznych opowieści przemycił mnóstwo informacji o przyrodzie i ekologii. Zrobił to w sposób naturalny, zgrabnie powiązał z fabułą – nie ma tu żadnej sztuczności i jakiegoś wymądrzania się.

Absolutnie udanym pomysłem jest mapa na pierwszej rozkładówce książki. Moi chłopcy mogą ją długo analizować. A gdy zaczyna się kolejny rozdział i coś dzieje się w nowym miejscu – nie ma co – trzeba natychmiast odszukać, zanalizować, znaleźć sąsiadów, ścieżki, korelacje.

 

Skutek czytania tej książki jest taki, że jak wybieramy się na wycieczkę rowerową po okolicy i spotkamy coś ciekawego – jak ostatnio bociana kroczącego dostojnie po łące, pada pytanie:

Mamo, on też gada? (w domyśle: jak czarny bocian Gerwazy, który opowiadał o Afryce).

Dalsze losy mieszkańców Doliny Bagiennej Trawy i leśniczego Piątka w książce:


 

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

 



czwartek, 22 sierpnia 2013

U nas w rodzinie przewaga ciotek – młodszych i starszych. I ze strony taty i mamy – ciocie jak okiem sięgnąć. Kobiety górą. To one zabierają na wycieczkę, do kina, przynoszą cukierki, ocierają łzy i przylepiają plastry na rozbite kolana, a w razie s.o.s w pracy - odbierają w ostatniej chwili z przedszkola. Dlatego z dużą życzliwością traktuję książkę o cioci Jadzi, której to trzecia cześć niedawno się pojawiła. Bo przyznacie – raczej niewiele książek dla dzieci, w których przewijają się ciocie.

Tym razem tematyka kręci się wokół szkoły. Ciocia Jadzia właśnie ogłosiła nowinę – od września będzie pracowała w szkole swojej rezolutnej bratanicy jako woźna. Dziewczynka czuje się raźniej, razem z ciocią poznaje szkołę – może zajrzeć do wielu kątków i zakątków, które na co dzień dla zwykłego śmiertelnika są raczej niedostępne – jak choćby do kotłowni ze skomplikowaną plątaniną rur. Ale nie tylko – dzięki tej książce dzieci poznają zwykłą codzienność szkolną, w której nie brakuje problemów – jak niezdrowe jedzenie w sklepiku, krzyki i szurania krzeseł podczas lekcji, doklejone wąsy Chopina, perypetie podczas wycieczki klasowej. Na pewno lektura oswaja tematy okołoszkolne – na luzie i z humorem.

Nie podoba mi się jedynie, że Eliza Piotrowska ciocię Jadzię przedstawiła w tej części jako wiecznie umorusanego czymś ciemnym (sadzą?) Kopciuszka. W sferze ilustracji, bo jeśli chodzi o słowo – to animuszu Jadzi nie brakuje. Ciocia w peerelowskim fartuchu (kitlu?) i chustce na głowie? Jak z filmów Barei. Z okazji Dnia Dziecka w szkole mojego syna zorganizowaliśmy Piknik Rodzinny. Gdzieś tam w tle przemykały po korytarzach panie sprzątające - naprawdę nie miały nic wspólnego z wyglądem cioci Jadzi. Ufryzurowane, umalowane, w eleganckich fartuszkach. Ciocia Jadzia wyglądałaby przy nich jak woźna z innej planety.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina



środa, 21 sierpnia 2013

Ruszyła kolejna - 3. edycja konkursu na najlepszy blog książkowy. Konkurs e – buka 2013 organizowany jest przez portal dużeka.pl

W tym roku do konkursu zgłoszono 108 blogów, które traktują o książkach dla większych i mniejszych. Mój blog należy do tej drugiej kategorii. Jeżeli lubicie zaglądać w moje progi, inspiruję Was, zachęcam do lektury – uśmiecham się o głos. Należy napisać na adres mailowy ebuka@duzeka.pl w temacie wpisując nazwę: Półeczka z książkami. Jeśli czyjeś serce jest rozdarte i ma więcej ulubionych blogów – to nic, głos można oddać na 5 różnych blogów, natomiast nigdy po raz drugi na tę samą stronę.

Pozdrawiam serdecznie moich czytelników;)

 

Tutaj więcej informacji na temat konkursu.



Piątka dzieciaków powraca. Minął rok od perypetii z Piaskoludkiem*, dziatki ciut podrosły, nadeszła jesień, a wraz z nią i nowe przygody i psoty. Właśnie fajerwerki puszczone w dziecięcym pokoju zniszczyły dywan. Ale co tam – nazajutrz szczęśliwym trafem zjawia się handlarz dywanów. Szkoda zostaje naprawiona, na dodatek z niespodzianką, bowiem zwinięty w rulon dywan kryje w sobie niespodziankę – tajemnicze jajo. Czary mary – to nie zwykłe jajo, bowiem wykluje się z niego Feniks, a dywan okaże się dywanem latającym, który przeniesie piątkę dzieciaków w najodleglejsze zakątki świata.

Starodawna powieść angielskiej pisarki Edith Nesbit mimo swojego wieku (po raz pierwszy ukazała się w 1904 roku) – może nadal cieszyć i bawić. W książce bowiem nie brak przygód i humoru. Stało się to pewnie za sprawą świetnego tłumaczenia Ireny Tuwim, która w swoim dorobku ma również nieśmiertelny przekład Kubusia Puchatka. Do tego klasyczne ilustracje, podobnież jak i w pierwszym tomie, Marii Orłowskiej Gabryś. Świetnie oddają klimat powieści z początków XX wieku. Szczegóły ubioru chłopców i dziewcząt: kamizelki, surduty, wełniane getry, falbaniaste sukienki i koronkowe kołnierzyki, wielkie kokardy wplecione we włosy.

Książka świetnie wpisuje się w kanon lektur, w których pojawiają się czarodziejskie przedmioty i magia. Zastanawia też motyw podróży, który zazwyczaj w książkach dziecięcych ma jakiś cel. Czy dzieci nauczą się czegoś nowego podczas tych niebywałych wypraw do innych światów, czy zmienią się na lepsze?

Feniks i dywan wydany w poręcznym formacie. Zmieści się bez trudu w małych dłoniach. Ale uwaga - jest dość grubaśny. To dobra wiadomość dla moli, że akurat ta przygoda tak szybko się nie skończy.

 

* „Pięcioro dzieci i coś”

 

 


Edith Nesbit żyła w latach 1858 - 1924. Jednak mimo tego, że w jej książkach tyle przygód, trudno nazwać te książki tylko i wyłącznie przygodowymi. Pod płaszczykiem wypraw, perypetii z magicznym Feniksem i dywanem wiele można nauczyć się o tym, co znaczą takie wartości jak przyjaźń, rodzina i miłość.  Dziś często tematy niemodne. Może dlatego warto sięgnąć po takie lektury.

Wiek 8+

Wydawnictwo Znak



wtorek, 20 sierpnia 2013

Przedszkole Żyrafki to seria dla najmłodszych dzieci. Przedział wiekowy 2 lata – 6 lat. Osobne zestawy da każdej grupy wiekowej. Na naszej półce znalazły się zestawy dla naszego Mikołaja – dla 5 – i 6-latków. W każdym komplecie po trzy zeszyty ćwiczeń w teczce formatu A4.

5 latki mają do dyspozycji zabawy językowe i plastyczne oraz zgadywanki. Dzieci kolorują, wycinają, dorysowują brakujące elementy, rysują po śladzie, doklejają obrazki, odpowiadają na pytania, opowiadają krótkie historyjki, poprawiają błędy, szukają różnic, ćwiczą pamięć i koncentrację. Hitem na pewno są naklejki, których w zestawie jest 200. Za prawidłowe wykonanie ćwiczeń – na każdej stronie nagroda - też naklejka.

Dla 6-latków już zadania trudniejsze. Zestaw zawiera zeszyty: litery i sylaby, cyferki i szlaczki. Dzieci poznają cyfry do 10, liczą na paluszkach, dorysowują łaty żyrafce, liczą elementy na obrazkach, łączą obrazki z taką samą ilością elementów, łączą punkty od 1-10, poznają poszczególne litery alfabetu, nazywają obrazki i dopasowują do poszczególnych liter, tworzą sylaby, szukają wyrazów zaczynających się na poszczególne sylaby, szukają odpowiedzi do zagadek. Podoba mi się zeszyt ze szlaczkami. Szlaczki to stara metoda ćwiczenia ręki. Pamiętam z dzieciństwa, że nie za bardzo za nimi przepadałam. Tutaj trochę szlaczki nietypowe: każdy szlaczek to krotka historyjka, a jego dorysowanie przyczynia się do szczęśliwego zakończenia. I tak jeśli dziecko narysuje drzewa, będzie można narysować drogę, po której żyrafka będzie mogła przejść bezpiecznie przez las. A kiedy Żyrafka chce dojść do stawu na wieczorny koncert żab, trzeba narysować szlaczek (bez odrywania ręki), którym ma pójść. Tutaj dzieci mają do dyspozycji 206 naklejek.

Z własnego podwórka donoszę, ze nuda wakacyjna w dni upalne i słotne została szczęśliwie przegnana. Ot – takie zwykłe niezwykłe połączenie przyjemnego z pożytecznym.

 

Wiek 2-6 (tu opisałam wiek 5 i 6 lat)

Wydawnictwo Firma Księgarska Olesiejuk

 



W podmiejskim białym dworku, który nazywa się „Żółta Wilga”, mieszka pewna starsza pani. Na imię jej Benta. Ma już przeszło sześćdziesiąt lat. Ktokolwiek przechodzi drogą i widzi ją siedzącą na werandzie z koszyczkiem do szycia na kolanach i okularami w złotej oprawie na czubku nosa, myśli sobie:

Jakże smutno tak mieszkać samej na tym pustkowiu”.

Otóż myli się. Pani Benta jest najszczęśliwszą ze wszystkich babuń, bo mieszka z nią najmilsza z wnuczek, Lucia, dziewczynka o zadartym nosku, którą wszyscy nazywają po prostu: Narizinia*. Narizinia ma siedem lat, śniadą cerę, przepada za pipoką i umie już robić doskonałe babeczki z mąki kukurydzianej.


Odkryłam jakiś czas temu w bibliotece książkę, którą czytałam w dzieciństwie kilka razy. Owa Narizinia, wnuczka Benty, pewnego dna spotyka księcia Łuskowatego, władcę Królestwa Jasnych Wód. To książę i król w jednej osobie. On to, wyraźnie zauroczony dziewczynką i jej lalką Emilią, zaprasza obydwie do swego królestwa. Narizinia z ochotą przyjmuje zaproszenie do krainy baśni, pełnej dziwów i bajecznych stworzeń, gdzie czas płynie inaczej i tyle się wydarzy. Koralowe lasy, pola wodorostów, kępy żywych gąbek, muszle najdziwniejszych kształtów i barw, stosy olbrzymich pereł – w takiej oto scenerii rozgrywa się ta opowieść. A bohaterowie? Pani Pajęczyca, znakomita i słynna na całe królestwo krawcowa, pochodząca z samego Paryża, szyjąca prześliczne sukienki. Kłótliwa i złośliwa pani Karaluszyna. Major Chaps, któremu książę kazał połknąć za karę sto okrągłych kamyków. Doktor Ślimak ze swoim zapasem cudownych pigułek. On to sprawił, że lalka Emilia po połknięciu gadającej pigułki zaczęła wyrzucać z siebie słowa jak z karabinu maszynowego. W końcu markiz Kikutek zalecający się do Emilii. I wiele innych.


W książce co rusz pojawiają się postacie z innych bajek i baśni: Śnieżka, Piotruś Pan, Tomcio Paluch, Ołowiany Żołnierz, Jaś i Małgosia. W krainie tyle się dzieje, jej mieszkańcy na co dzień przeżywają różne przygody, rozwiązują swoje większe i mniejsze problemy.

Lektura akurat na teraz – to w końcu czas beztroskich wakacji, zabaw bez końca. To opowieść o bezpiecznym dzieciństwie – bo takie odczucia się pojawiają, gdy czyta się opisy dworku babci Benty, gdzie ciepło rodzinne, miłość i zrozumienie.


Książka z 1976 roku. Wyblakłe i pożółkłe kartki. Niektóre ilustracje zniszczone przez jakiegoś gorliwego pseudomiłośnika książek – porysowane ołówkiem – chyba chciał przerysować niektóre postacie przez kalkę. Szkoda, że dziś nie wznawia się takich książek.

 *Narizinia – od słowa: narizinho (czyt. narizinio) – nosek.

 

Autor Narizinii żył w latach 1882 - 1948. Czytając tę książkę naprawdę nie chce się wierzyć, że za lat siedem będzie miała 100 lat.

A tak Narizinię przedstawił Rogerio Coelho. Mnie bardziej bliska sercu jest wizja podwodnego królestwa Julitty Karwowskiej - Wnuczak.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia rok 1976

 



sobota, 17 sierpnia 2013

Czasem gdy otwieram książkę dla dzieci, przemyka mi przez myśl – już to gdzieś widziałam. No cóż zdarzają się naśladownictwa, nawet plagiaty, z małymi unowocześnieniami. Tymczasem takie zwierzaki jak u Delphine Bournay – spotkalam pierwszy raz w życiu. Dwójka przyjaciół – żaba i królik. Miętus i Chrupek – każdy z nich inny, z głowami pełnymi zwariowanych pomysłów. I pomysł na książkę również oryginalny – o czym za chwilę. Dwie okładki: na Dzikich zwierzętach – jakżeby inaczej – dzikie zwierzęta. Szczerzą zawzięcie swoje zębiska, ale nie tak wcale strasznie. Od razu można wyczuć, że chodzi tylko o narobienie dzieciarni strachu, że to jakiś żart a i tak wszystko skończy się happyendem. We Wrażliwcach – siedzą oparci plecami, uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Mają wady i zalety, czasem zachowują się jak nasze dzieci, niekiedy można w nich dostrzec siebie – dorosłego ze swoimi pseudo - wspaniałymi pomysłami. Bo jak to zwykle w książkach o zwierzętach bywa – to istoty, w których kryjemy się my ludzie.

Każda z książek zawiera kilka historii. W Dzikich zwierzętach Chrupek i Miętus z pasją przyglądają się pewnej mapie, na której szukają swojego lasu (Mapa), Miętus próbuje po swojemu uporządkować las (Spis), a w ostatnim rozdziale zamierza ugotować srokę na obiad zamiast kurczaka (Dzikie zwierzęta). We Wrażliwcach znajdziecie cztery opowieści – Miętus próbuje przegonić Chrupkowe strachy nocne (Ciemność), Miętus szuka natchnienia poetyckiego w lesie (Wieczór poetycki), Miętus uczy Chrupka pewności siebie (Kapelusz), nawzajem doświadczają tego, że w przyjaźni może być raz lepiej raz gorzej(Księżyc).

Razem spędzają czas, bawią się, poznają świat i życie. Książka w formie krótkich historyjek obrazkowych. Tekstu również niewiele. W sam raz dla początkujących czytelników. Sekwencja każdego z bohaterów w innym kolorze, co na pewno pozwoli najmłodszym czytelnikom rozpoznać aktualnego mówcę. Partie narratora wyszczególnione czarnym drukiem. Natomiast partie zwierzaków w formie pisanej – takiej jaką znamy z zeszytów dzieci klas początkowych. Tutaj estetycznie i starannie napisane (jakbyście usłyszeli westchnienie mojego Tomka drugoklasisty – wyrażające oczywiście uczucie zazdrości).

Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 



wtorek, 13 sierpnia 2013

Pamiętacie Asiunię? Opowieść Joanny Papuzińskiej o wydarzeniach sprzed lat, kiedy to jako mała dziewczynka sama doświadczyła wojny? Była tam scena kiedy do domu wraca ojciec Asiuni.

 

Ale wreszcie nadeszła wiosna. Można było biegać boso po trawie i nie martwić się o buty. Zbliżał się koniec wojny i zaczęło się wielkie czekanie na rodziców. Ci rodzice, którzy przeżyli wojnę i Powstanie, przychodzili po swoje dzieci, nieraz z bardzo dalekich stron. I któregoś dnia przyszedł także nasz tato.

 

Mój tato szczęściarz to swego rodzaju uzupełnienie tamtej książki. Opowieść o ojcu, którego sama Autorka nazywa szczęściarzem. Choć patrząc z boku na jego życie, dziwne bolesne perypetie, rękę złamaną aż w trzech miejscach, można by pokusić się o stwierdzenie – a może jednak … pechowiec. Jednak nie – tyle ludzi straciło życie w 1944 roku – i wojskowych i cywilów. To naprawdę musiało być szczęście. Asiunia oprowadza małych czytelników po Warszawie – tam - gdzie toczyły się walki, tam - gdzie był jej tato. Właz na rogu Nowego Światu i Wareckiej to nie jakiś zwykły właz. Właśnie tam Tato Asiuni opuścił kanały. Dużo w tych opowieściach osobistych wspomnień, emocji. Nie sposób czytać tej książki i nie wzruszyć się. Jakby słuchało się uczestnika tamtych wydarzeń, który nie gloryfikuje przeszłości, nie unika trudnych tematów. Przejść kanałami – czy dzieci współczesne mogą sobie wyobrazić, co to znaczyło?

 

- Czy tam bardzo śmierdziało? - pytam, spoglądając podejrzliwie na metalowy krąg.

- No! - odpowiada ojciec – jak w starym nocniku.

 

Powstańcza szara rzeczywistość: rany, smród, głód, brud, brak broni, naloty, szpital powstańczy, paczka, która nigdy nie nadeszła, barykady, samochód bojowy Kubuś, Harcerska Poczta Polowa, teatrzyki dla dzieci. Ta książka to skarbnica wiadomości na temat wydarzeń sprzed lat, pięknie opowiedzianych i pokazanych dzięki ilustracjom Macieja Szymanowicza. Historia poniekąd zatacza koło i w tej kwestii. Maciej Szymanowicz stworzył też ilustracje do gry o Powstaniu Warszawskim, w którą gramy. Wszystko doskonale się uzupełnia, dzieci od razu wszystko kojarzą, łączą fakty, przypominają miejsca, które pojawiają się również w grze – a teraz dzięki książce poniekąd nakładają się na siebie.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura i Muzeum Powstania Warszawskiego

 



Właśnie czytamy do poduchy. Poszperałam w necie. Pippi jak się okazuje ma różne twarze:)

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Pamiętam tę opowiastkę Kiplinga. Czytałam ją przed laty - wydanie z charakterystycznymi ilustracjami Butenki. Jakiś czas temu mignęło mi stare wydanie na bibliotecznej półce. Sama opowieść o upartym kocie, który chciał zachować wolność wchodziła w skład książki Takie sobie bajeczki, które ukazały się po raz pierwszy w 1902 roku, a w Polsce zaledwie rok później. Jeśli szukacie opowiadania o zwierzętach – mądrego, nieinfantylnego, dobrze napisanego – to trafiliście pod właściwy adres.

Przenosimy się w odległe czasy – kiedy człowiek był dziki i dzikie były zwierzęta: Pies, Koń, Krowa, Owca i Kot. Mężczyzna spotyka kobietę i przenoszą się do jaskini. Powoli organizują swoje codzienne życie w nowym i bezpiecznym miejscu. To nie tylko kwestia urządzenia nowego kąta i posiłków. Co jakiś czas ich gospodarstwo bogaci się o jakieś nowe oswojone zwierzę. Tylko Kot chadza własnymi drogami po Wilgotnych, Dzikich Lasach, wymachując swym dzikim ogonem i przechadzając się po swych dzikich drogach. Kobieta zawiera pewnego dnia układ z Kotem. Ale na czym polegał – już nie zdradzę.

Kipling zwraca się bezpośrednio do czytelników swego opowiadania. Mówi wprost: Słuchaj, Kochanie. Tak jakbyśmy siedzieli obok autora i słuchali jego gawędy o świecie zwierząt. Taki zwrot buduje pewien klimat intymności i bliskości.

Ilustracje Małgorzaty Flis kojarzą się z oświetloną jaskinią naszych przodków – ludzi pierwotnych. Dużo dzieje się tu w blasku ogniska i pochodni. Oświetlony jest pewien fragment strony, kąty pozostają w ciemności.Jak w rzeczywistości.

Dlaczego koty to zwierzaki specyficzne (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i dlaczego tak się dzieje, że lubią chadzać swoimi ścieżkami (mieliśmy okazję przekonać się o tym u naszych warszawskich znajomych podczas jesiennej wizyty)? Odpowiedzi szukajcie w tej niepozornej książce.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Fundacja Festina Lente



niedziela, 11 sierpnia 2013

Jestem wręcz pewna, że dzięki tej książce można oswoić szachy. Autorki wybrały baśniową metodę nauczania. Stworzyły krainę o znamiennej nazwie Szachogród. Mądry Król właśnie zastanawia się, komu pozostawić swoje królestwo. A że jest władcą sprawiedliwym, wpada na pomysł, aby jego synowie bliźnięta książęta: Biały i Czarny, stoczyli bitwę o koronę. A ten, kto okaże się lepszy – zostanie w przyszłości królem. Nie muszę chyba dodawać, że planowana bitwa to pojedynek szachowy. Po kolei zostają omówione pole walki, wojsko: dwa zastępy rycerzy w czarnych i białych zbrojach. Przestaną być tajemnicą sam Król, Wieża, Goniec, Hetman, Skoczek, Pionek. Z książki dowiecie się, jak mogą poruszać się poszczególne figury, dla ułatwienia zostały zaprezentowane specjalne diagramy wizualizacje. Dalej – jak silne są poszczególne bierki, jak słabe i które mają taką samą wartość.

Na pewno podczas lektury przyda się pudełko szachów, aby od razu analizować i ćwiczyć poszczególne ruchy.

Nawet jeśli nie do końca opanuje się podstawy gry, to sama książka stanowi solidną porcję wiedzy, którą zawsze można wzbogacić drążąc temat dalej – najlepiej u osoby grającej dobrze w szachy. Sam pomysł książki bardzo mi się spodobał – można w przystępny i przyjemny sposób posiąść sporą dawkę, nie zawsze łatwej, wiedzy. Lektura bogato ilustrowana, przykłady pojedynków, na końcu słowniczek terminów szachowych. Autorki to utytułowane zwyciężczynie różnych zawodów i mistrzostw szachowych. Warto się od nich uczyć.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Publicat



sobota, 10 sierpnia 2013

Miniaturowe wariacje wierszem o poszczególnych literach rodzimego alfabetu. Od A do Z. Niektóre na cztery wersy, inne trochę dłuższe. By zapadły w pamięć, by od razu kojarzyły się z konkretną literą. Do tego uszyte ilustracje z różnych materiałów przez Beatę Zdębę. W wierszykach zaznaczone poszczególne litery. Tekst wydrukowany dużą czcionką – może posłużyć jako element ćwiczebny do pierwszych prób czytelniczych.

Tematyka bardzo wdzięczna dla najmłodszych, bo te przepadają za zwierzętami. A tych jest tutaj bardzo dużo – przewijają się we wszystkich rymowankach.

 

Wiek 2+

Wydawnictwo Literatura



piątek, 09 sierpnia 2013

 

Zabawne historie o parze przyjaciół. Przyznam się, że w pierwszej chwili pojawiła się myśl: czy to możliwe, aby taka przyjaźń w ogóle była możliwa? Ona Tola, to zajączka. On Felek - lis. Pod względem charakterów: ogień i woda. Ale w końcu w bajkach wszystko jest możliwe. Razem dziesięć przygód akurat na lato. A wszystko kręci się wokół malutkiego jajka, które ktoś podrzucił sowie Heniowi. Felek i Tola leżakują na słońcu i plotkują o tym, co dzieje się wokół. Ich myśli skierowane są do sąsiada Henia, któremu ktoś podrzucił jakiś czas temu jajko. Jajko, które zdeterminuje całkowicie tę opowieść. Wiadomo – pojawienie się dziecka zawsze wywraca świat do góry nogami, i nigdy nic nie jest już takie jak przedtem. Mimo że książka w wielu miejscach jest wybitnie śmieszna i oryginalna, nie zmienia to faktu, że opowiada o wielu problemach, które dotyczą nas ludzi. Bitwa o dziecko stoczona przez Henia z prawdziwymi rodzicami kurczaczka może niejednemu być znana z własnego podwórka. A traktowanie Ko w kurniku – dziobanie przez inne kury i wyskubywanie jej piórek? Jak nic Felek i Tola, Henio i kurczakowa rodzinka to my - przeniesieni do bajki. Bo jakże często ludziom zaakceptować odmienność i poglądy innych. Można tu znaleźć niejeden element naszej rzeczywistości. Zwierzęta z książki próbują zaradzić problemom, nie uciekają od nich, razem starają się żyć w zgodzie i pokoju. To też ważna lekcja, podana gdzieś na dokładkę, nienachalnie bez zbędnego moralizatorstwa i wygrażania palcem.

Książka bogato ilustrowana przez Thé Tjong – Khinga (od Gdzie jest tort). Duże litery i dość szeroki odstęp między wierszami zachęcają do samodzielnego zmierzenia się z teksem.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 





czwartek, 08 sierpnia 2013

 

Na początku myśleliśmy, że Bobo to mysz. Potem okazał się koszatką (?). Nie znaliśmy, ale właśnie poznaliśmy. Dobry pomysł, bo w wielu książkach dla najmłodszych przewijają się znane zwierzaki: wiewiórki, lisy, koty, psy. A tu koszatka. Prawdę powiedziawszy musieliśmy nawet poszukać informacji, bo niewiele wiedzieliśmy o tym zwierzątku. Bobo jest koszatkowym dzieckiem i właśnie poznaje świat. Ale nie w takim baaaardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Chodzi o to, że nie wybiera się nagle w podróż dookoła świata, w odległe kątki zakątki. Nic z tych rzeczy. Poznaje swoje najbliższe otoczenie i pewnie to wyjaśnia fenomen tej książki. Również łatwo przeczytać ją od deski deski. A stron jest 125. Fiu, fiu, to niezła sumka jak na pierwszoklasistę. Każda rozkładówka to cztery sceny z życia Bobo, podpisane krótkim tekstem: czasem jest to dialog, niekiedy zdanie oznajmujące, innym znów razem pojedynczy wyraz. Całość składa się na codzienną codzienność Bobo, który próbuje rano sam wstać, otworzyć drzwi, spakować walizkę, który odwiedza ukochaną babcię, przeżywa zwykłe przygody na wakacjach na wsi, idzie do cyrku, na pływalnie i na końcu wraca do domu. Scena z ostatniej strony wyjaśnia wiele, może właśnie tę Bobową popularność. Bowiem sympatyczne dziecko jest przeszczęśliwe, że nareszcie znów jest w swoim łóżku. Wypisz wymaluj mój młodszy syn. Nie tylko w tym aspekcie odnalazł siebie. Bobo to nasze dzieci – ma podobne odczucia, emocje, strachy, ambicje, marzenia.

Bobo po raz pierwszy ukazał się blisko 30 lat temu. Autor napisał i narysował tę książkę razem ze swoją malutką córeczką. W Polsce ukazały się do tej pory dwie części przygód sympatycznego zwierzątka. Również: Bobo. Historyjki obrazkowe dla najmłodszych.

 

Wiek 0+

Wydawnictwo Hokus Pokus



wtorek, 06 sierpnia 2013

Kolejna udana część filozoficznej serii dla najmłodszych i rodziców. Każdy posiadający dziecko – własne, bądź w rodzinie czy w sąsiedztwie, wie, że przechodzi ono przez tzw. etap pytań. Albo będziemy dziecko zniechęcać do zadawania kolejnych znaków zapytania – poprzez zdawkowe odpowiedzi, bądź ich unikanie, albo będziemy w dziecku rozwijać ciekawość świata, pomagali mu w poszukiwaniu drogi do siebie, najbliższych i otoczenia. Książka francuskiego filozofa jest takim kluczem, który może otworzyć wiele drzwi. Produktem ubocznym jest czas spędzony w gronie najbliższych, budowanie więzi rodzinnych, lepsze poznanie dzieci i siebie, a co najfajniejsze – to że często jest przy tym dużo śmiechu i mądrych dziecięcych refleksji. Druga część traktuje o …. życiu właśnie. Całość została podzielona na sześć rozdziałów: szczęście, ambicja, nieszczęście, istnienie, sens życia i śmierć. Autor prowokuje stawiając rożne pytania. Podsuwa odpowiedzi. Ale znów nasuwają się kolejne pytania i kolejne odpowiedzi. I można tak bez końca, bowiem książka wychodzi poza utarte schematy. Lektura staje się punktem wyjścia do rodzinnych rozważań i refleksji o tym, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Czy będziesz kiedyś mistrzem? Dlaczego życie bywa ciężkie? Dlaczego istniejemy? I dlaczego umieramy? Tematy trudne, zmuszające do zastanowienia się. Dzięki takim rozmowom można dziecku uzmysłowić, że życie to coś poważniejszego – a nie tylko zabawa. I że kolor czarny to też element ludzkiej egzystencji. Książka charakterna, w niektórych momentach śmieszna – ot choćby dzięki ilustracjom Jérôme Ruilliera. Sprawiają one, że że na wiele spraw można spojrzeć z dystansu, z przymrużeniem oka, dodają lekkości. Bo nie ukrywajmy – takie tematy jak śmierć, nieszczęście do łatwych nie należą.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

 



"Dzieje literatury dziecięcej(...)na pewno by wykazały, że bajka (...)zawsze
była sednem i podstawą duchowego pokarmu małolatków (...).Dzieci bzdurzą
i(...)chcą być bzdurzone. Potem im to przechodzi. Któremu nie przejdzie -
zostaje poetą" (J.Tuwim) 

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Piąta część baaardzo nietypowej lekcji historii. Były już: Powstanie Warszawskie, Odsiecz Wiedeńska, wojna z Rosją 1920 i bitwa pod Grunwaldem. Tym razem Papcio Chmiel podjął temat wojny o niepodległość Ameryki. Dzielni harcerze znani z innych komiksowych części tutaj przeobrażają się w dzielnych wojaków walczących przy boku Kościuszki i Pułaskiego. Tytus de Zoo ma zaszczyt być osobistym ordynansem Tadeusza Kościuszki, dzięki czemu możemy poznać prywatne życie jego pana, w którym nie brak było i miłostek, i niebezpieczeństw i sensacji.

Autor frywolną kreską i dużym poczuciem humoru konsekwentnie odbrązawia dwie postacie znane z podręczników historii. Przenosimy się parę wieków wstecz - do Polski, która znalazła się pod panowaniem zaborców, do Paryża, gdzie Kościuszko kształcił się w Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby, do Baru – miejsca zawiązania słynnej konfederacji, by wylądować za oceanem i walczyć z Brytyjczykami o niepodległość Stanów Ameryki. Nasi bohaterowie oczywiście zachowali swoje cechy charakteru tak znane z poprzednich części komiksów: kłócą się, buntują, działają po swojemu, zaskakują, rozśmieszają. Papcio Chmiel podejmuje wiele wątków znanych z historii: jak choćby budowę fortyfikacji i zabezpieczeń i bitwy. Język – jak najbardziej młodzieżowy – uratowanie Filadelfii to dla Kościuszki małe piwko, kilka stron dalej sięga po wyrażenie: w porząsiu. Waszyngton rozkazuje Tytusowi nabujać Anglików, że Amerykanie są wycieńczeni, a zaalarmowana milicja amerykańska woła: Zwieje Skurczygnat. Historia w książkach Papcia Chmiela to nie nadęta panna, która oczekuje, że się ją będzie traktować z nabożną czcią i estymą. To przygoda, która zdarzyła się trzem harcerzykom, o przepraszam, teraz już żołnierzom, gdzie raz z górki raz pod górkę. Są emocje, które powodują, że człowiek w takich chwilach nie zachowuje się jak fircyk na salonach – czyli ą, ę, bułkę przez bibułkę. Ponosi energia, złość, pojawiają się strach, bezsilność. Tytus, Romek i A'Tomek działają, wikłają się w kolejne histonie (i związki), wplątują w zasadzki (nawet sidła miłości), próbują rozwikłać problemy – a to, wierzcie mi, na pewno łatwe nie jest. Papciowy pogląd na niektóre historie tego świata – bądź z naszego podwórka, czy też historii powszechnej, to ciekawa alternatywa dla tych, którzy twierdzą, że historia to nuuuuuuudna jest. Można ją naprawdę polubić. Trochę zwariowana, trochę na poważnie. Ciekawa mieszanina, przy której można się nieźle pobawić, a przy okazji.... (nie wiem, czy wypada pisać we wakacje) czegoś nauczyć.


Na okładce czytam, że Tytus, Romek i A'Tomek przycupnęli w pracowni Papcia i czekają na dalsze rozkazy. Czyżby w planach była jakaś kolejna historyczna wyprawa?A więc wypatrujemy na Chorym Zoncie nowej części.

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka



czwartek, 01 sierpnia 2013