Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 31 sierpnia 2011

Mam przyjaciela piłkarza to kolejna opowiastka z serii Mądra Mysz, która objaśnia dzieciom zawiłości tego świata. Do tej pory ukazało się 15 części tej serii prezentującej bogaty wachlarz najróżniejszych zawodów – od rolnika począwszy aż po kierowcę rajdowego czy ratownika medycznego skończywszy. Choć pewnie to nie koniec:)

Lusia i Kuba mają przyjaciela, który jest piłkarzem. Już to wystarczy, by usłyszeć ciche westchnienie małego czytelnika. Piłkarz - to jest przecież KTOŚ. Jest uwielbiany, otoczony wianuszkiem fanów i wielbicieli. Przyjaciel książkowych dzieciaków to prawdziwa gwiazda miejskiej drużyny – strzela gola za golem i jest baaaaardzo znany i popularny. Oprócz historii tej przyjaźni, dzieciaki poznają tajniki zawodu piłkarza – dbałość o formę i tężyznę, zdrowie, wyjazdy na mecze, zasady gry, atmosferę wśród kibiców podczas meczu, wywiady dla prasy. Przeżywają walkę o mistrzostwo, a tu emocji nie brakuje – jak podczas najprawdziwszego sportowego spotkania.  Faul, żółte i czerwone kartki, rzut wolny, remis, róg – to tylko kilka przykładów specyficznego słownictwa, jakie pojawia się w tej książce dla maluchów. Dzieci mogą same przekonać się co to znaczy być piłkarzem – poznają zwykły dzień pracy piłkarza, treningi, mecze. Mama Lusi i Kuby nie potrafi zrozumieć fenomenu tej całej piłkomanii. W związku z tym pewnego dnia wybiera się z dziećmi na stadion, by tam przekonać się, że piłka to całkiem fajna rzecz. Ta wizytacja stadionu przez mamę to okazja, by w prostych słowach wytłumaczyć z czym się je - tę całą piłkę nożną. Książka na pewno nie dla zaawansowanych miłośników kawałka skóry – lecz dla początkujących – tak jak książkowej mamy, której trzeba było dużo rzeczy wytłumaczyć.

Jest szansa, że każda mama po wspólnej lekturze ze swoimi dziećmi w końcu zrozumie, że futbol to najważniejsza z nieważnych spraw na świecie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina



Podsłuchańce domowe:

Tato z synkiem starszym oglądają mecz naszej drużyny. Czasem patrzą przez palce, bo nie chcą wierzyć w to, co dzieje się na boisku. W pewnym momencie Tomek mówi:

-Tato, wiesz czemu oni tak słabo grają?

-No nie wiem – pada odpowiedź.

-Bo mnie tam jeszcze nie ma.

Tak więc wątpliwości rozwiane. Gdzieś za około piętnaście lat doczekamy się zawodnika w naszej drużynie narodowej, który jeszcze światu pokaże, co to znaczy polski futbol. Ole!



Dla mnie to jest faktycznie fenomen, którego nijak pojąć nie mogę……. Nawet chyba nie próbuję 

wtorek, 30 sierpnia 2011

Drzewo zawsze pasowało mi do pokoju dziecięcego. Kolorowe. Na ścianie albo oknie. W końcu znalazłam wymarzoną bazę i naszyłam kolorowe listki. Chłopcy pewnie woleliby motyw piłkarski, ale korzystam póki mogę….. Pewnie nie na długo – choć na chwilę:)



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Beaumontowie to na pozór rodzina taka jak inne. Na pozór. Oczywiście – inaczej nie byłoby tej książki. Wszyscy – za wyjątkiem ojca, mają … smykałkę, czyli dar do czegoś. Co ciekawe – ta smykałka objawia się dopiero w dniu 13 urodzin. Do tego czasu dzieci chodzą normalnie do szkoły, a potem już nie. Bo otrzymany dar jest …. niesamowity i w związku z tym dzieją się tak dziwaczne rzeczy, że lepiej siedzieć i uczyć się w domu. Po pierwsze – trzeba odkryć samemu ów dar. Po drugie – trzeba nad nim panować, co czasem przychodzi z trudem. Dzieciaki nie tęsknią za szkołą, za przyjaciółmi – i tak ich nie mają – uchodzą za dziwaków mieszkających na odludziu i nie angażujących się w nic, mających swoje zasady. Rybka – starszy brat sprawia na przykład, że pogoda wokół niego szaleje. Kapiszon – kolejny starszy brat – jest naelektryzowany i potrafi robić z prądem to, czego tylko dusza zapragnie. Dziadek Bomba – tworzy z powietrza kolejne nowe miejsca, gdzie tylko zechce. Mama jest doskonała – wszystko, czego się tknie wychodzi jej picobello. I wcale nie jest jej z tym lekko. Missisipi, nazywana przez wszystkich Miś – narratorka – skończyła trzynaście lat i czeka na objawienie swojej smykałki. I właśnie wtedy kochany (zwykły) tata ma wypadek, po którym zapada w śpiączkę. Miś wierzy, że potrafi budzić różne stworzenia. Dlatego chce dostać się do szpitala, by obudzić tatę.  Czy na tym polega właśnie jej smykałka. Miś święcie w to wierzy. Ale czy tak jest w istocie?

Świetna książka pełna przygód, w której niemałą rolę odegra okładkowy różowy autobus z napisem „Księgarnia Biblijna Heartland” – teraz pełen dzieciaków, które przypadkowo znalazły się w tym osobliwym pojeździe. Ta książka to nie tylko dobra zabawa i emocje związane z rozwiązywaniem zagadek i pokonywaniem trudności. Tak naprawdę to opowieść o przyjaźni, miłości, samotności, dojrzewaniu i odpowiedzialności. O tym, że każdy ma jakiś talent – niekoniecznie smykałkę takiego kalibru Beaumontowie. Trzeba ten talent w sobie tylko odkryć i zrobić niego użytek, co nie jest wcale łatwe. Mądra książka, zaskakująca, i dowcipna.

Wiek 11+

Grupa Wydawnicza Publicat S.A.



niedziela, 28 sierpnia 2011

Martynka ma swoich wielbicieli. Niektórzy zbierają wszystkie części całej kolekcji – a tych uzbierało się już całkiem sporo. Wśród miłośników z pewnością przeważają  dziewczynki. Bo Martynka to ich świat. Ale, chłopcy, jeśli tylko zechcą tu zajrzeć, znajdą też coś dla siebie.

Martynka jak każde szczęśliwe dziecko – brudzi się i nic a nic jej to nie przeszkadza, włazi w każdą dziurę, skacze po drzewach, łapie z dziadkiem dzikie króliki, jeździ na rowerze, idzie z frytką na spacer, nie boi się osła, jest naprawdę dzielna w szpitalu. Opowiada o pasji kuzynki – tańcu, odwiedza wesołe miasteczko, bawi się z rówieśnikami w teatr, biwakuje. W książce jest mnóstwo ilustracji – niektóre oddają klimat całej sceny, jak klatka po klatce w filmie. Wanda Chotomska opowiada prostym językiem poszczególne historie, tworzy dialogi. Właśnie opowiada – bowiem nie jest to tłumaczenie oryginału. Martynka, mimo że na kartach książki się nie starzeje – ma już swoje lata. Niektóre części pojawiły się w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Doskonale widać to w tytule Na biwaku. Klimat miasteczka, samochody, walizki, wreszcie dziecięca moda – marynarskie kołnierzyki przy bluzkach chłopców, falbaniaste sukienki dziewczynek – to czasy naszych rodziców. Albo drewniana balia w części pierwszej o małej fretce. Na żadnej z ilustracji nie ma – uwaga – telewizora (choć u sąsiadki – czarownicy jest zmywarka – i to całkiem nowoczesna:) Treść tych opowiadań – ciągle aktualna. Bo które dziecko nie lubi hasać na świeżym powietrzu, które nie lubi zwierząt, które nie odczuwa strachu przed nowym obcym miejscem? Martynka mimo wieku ma się dobrze i pewnie będzie tak jeszcze długo i długo. Pamiętam wydanie Martynki sprzed lat, które należy do mojej młodszej siostry.  A było to ho ho ho – dawno temu. Teraz ten sfatygowany egzemplarz służy kolejnemu pokoleniu i nadal się podoba.


Wiek 3+

Grupa Wydawnicza Publicat S.A.



sobota, 27 sierpnia 2011

Renata Piątkowska przyzwyczaiła nas do tego, że jej książki skrzą humorem na prawo i lewo, a buzie podczas lektury wykrzywiają się w uśmiechu. Stąd też byłam ciekawa, jaka będzie książka o Julce – dziewczynce ze sporą nadwagą. Tym bardziej, że niedawno pisałam o powieści dla młodzieży Ten gruby – Barbary Ciwoniuk, w której dużo było smutku i rozgoryczenia, ostrych słów i łez. Przedział wiekowy obu książek to nie żaden Kanion Kolorado nie do przeskoczenia, a jednak nietrudno zauważyć, że to, co niektórym spędza sen z oczu w okresie dojrzewania, dla dzieci nie jest najważniejsze. Choć pewnie również małe dzieci borykają się często z problemem nadwagi, zwłaszcza, gdy uświadamiają im to nie zawsze w miły sposób koledzy i koleżanki. W każdym razie Julka vel Wieloryb to przesympatyczna dziewczynka - największa i najgrubsza w klasie, niezwyciężona w przeciąganiu liny i w pojedynkach na rękę, w niedopinającym się na brzuszku sweterku. Oczywiście Julka zazdrości mniejszym i zgrabniejszym koleżankom, ale z całych sił stara się znaleźć w sobie mnóstwo pozytywnych cech i lubi siebie taką, jaką jest. Broni się przed wścibskim Witkiem, który jak może uprzykrza Julce życie. Świetnie jej się to udaje – za co wielkie brawo dla nie poddającej się dziewczynki. Książka Renaty Piątkowskiej pełna jest optymizmu i radości życia. Odzwierciedla to, co czuje osoba wyglądająca inaczej – tu z grubszymi boczkami, ale można przenieść to w inne sfery życia, gdzie dzieci są też napiętnowane – choćby za rude włosy, piegi na nosie, okulary. Dlatego też polecam Wieloryba wszystkim. Jednym ku pokrzepieniu serc, innym ku refleksji. W książce znajdziecie mnóstwo fajnych ilustracji Marcina Bruchnalskiego. Nie odpowiada mi tylko jego wizja Julki, która wygląda jak normalne, zdrowe dziecko. Gdzie ten Wieloryb, Panie Marcinie?


A na koniec podaję wierszyk, który ułożyła dla Julki jej przyjaciółka Agata:

Na górze róże,

na dole dęby,

kto ci dokuczy,

dostanie w zęby.

 

I tak trzymać, no nie?

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura



piątek, 26 sierpnia 2011

Kolejna książka z serii Akademia Bezpiecznego Dziecka. Tym razem – Bezpieczni w górach. Dla nas bomba – tym bardziej, że tato wybiera się ze starszym synem w góry na męską wyprawę. My z Mikołajem będziemy tęsknić:)). Sympatyczne rodzeństwo – Tomka i Majkę poznaliśmy już jakiś czas temu (można przeczytać o nich tutaj). W prosty i przystępny, ciekawy sposób opowiadają o swoich przygodach jednocześnie przemycając do swoich opowieści olbrzymią i cenną wiedzę – niezbędną wręcz dla małego podróżnika. Schronisko, szlaki oraz ich oznakowanie, czytanie mapy, czas orientacyjny przejścia danego odcinka, przewodnik, odpowiedni strój, niezbędny ekwipunek, burza w górach, GOPR i TOPR, telefony alarmowe, górski savoir – vivre (tak tak:) oraz 10 przykazań górskiego turysty. Na końcu książki legitymacja Klubu bystrych dzieciaków, znaczki do naklejenia – szczyt zdobyty i savoir vivre na 6, a dla małych moli książkowych – zakładka zdobywcy górskich szczytów.

Całość świetnie zilustrowana przez Olgę Reszelską. Miłośnicy jej ilustracji na pewno od razu rozpoznają jej charakterystyczne pogodne ilustracje – okulary zawieszone w próżni, wąsy powykręcane w zabawne esy floresy, opalone jak przez sitko – piegowate buzie i wystające kolanka i kostki. 

Obowiązkowa lektura dla tych, których celem są góry! I nie tylko dla dzieci:) Zachęca bardzo przystępna cena.

Wiek 6+

Wydawnictwo Wilga



czwartek, 25 sierpnia 2011

Do pewnej wypożyczalni pełnej książek przyszedł pewnego dnia mały chłopiec. Jednak nie chciał książek. Chciał … wypożyczyć sobie babcię. Zdziwiona pani z Wypożyczalni obiecała coś w tym kierunku zrobić. A gdy się wieść o tym rozniosła – zjawili się też inni: Większy i Duży. Oni również chcieli mieć babcię. Autorka trafiła w sedno sprawy – dzieci tęsknią za babciami, dziadkami. Rodzice zalatani, zapracowani, zajęci tyloma sprawami, dla dzieci często nie mają ani czasu ani cierpliwości. Ale za to babcia …. hm – ta poczyta, pójdzie na plac zabaw i do parku, przytuli, opowie bajkę, coś pysznego ugotuje, wysłucha. I nigdy nie spojrzy nerwowo na zegarek. Historia kończy się happyendem, bo Jasna z Wypożyczalni spełni marzenia chłopców. Jak? Zajrzyjcie do tej cieniutkiej książeczki. Piękna historia o potrzebach małego dziecka, które najbardziej na świecie potrzebuje od kogoś CZAS-u – czyli cierpliwości, zachwytu, akceptacji i szacunku. Autorka podpowiada nam dorosłym, co zrobić, by dziecko było szczęśliwe. A taka babcia – jeżeli jej faktycznie nie ma, może być przecież w każdym z nas. 

Bardzo udana i mądra pozycja Marii Marjańskiej – Czernik ze świetnymi ilustracjami Justyny Mahboob.

A tak na marginesie – dla chcącego nic trudnego. W małym miasteczku niedaleko mojego miejsca zamieszkania studentki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku postanowiły same założyć taką Wypożyczalnię babć. Nazwały to Babcinym pogotowiem. W miasteczku pojawiły się plakaty:

„Drogi rodzicu! – jeżeli musisz dłużej pozostać w pracy, masz pilny wyjazd, wizytę u lekarza, czekają na ciebie prace polowe – a nie masz komu powierzyć opieki nad dziećmi wieku przedszkolnym lub z klas I-III? Zadzwoń do nas!”.

To działa. Warto skorzystać z pomysłu:)

Wiek 5+

Wydawnictwo Stentor

środa, 24 sierpnia 2011

Kiedy czytałam tę książkę nie opuszczała mnie jedna myśl. Tak często się zastanawiamy z mężem, na kogo wyrosną nasze dzieci, kim zostaną w przyszłości. Pewnie, że my – rodzice, mamy marzenia, pewnie, że nasze dzieci również je mają. Czasem śmiejemy się z tych małych wielkich marzeń, traktowanych przez dzieci bardzo poważnie. Nurek, kosmonauta, w naszym domu nawet ostatnio pojawił się w planach … powstaniec warszawski (! – ale to skutek czytania pewnej książki i śpiewania pewnych piosenek, o których może wkrótce napiszę:) David Sheff – też miał takie marzenia. Jego syn – Nic – również. Chłopiec niezwykle uzdolniony, kreatywny, wysportowany. Już w dzieciństwie można było zauważyć, że będzie z niego w przyszłości świetny – może sportowiec, może aktor, może literat, czy dziennikarz. Miał aż tyle talentów. Wybór jednej dziedziny mógł oznaczać niepowetowaną stratę dla pozostałych. Miał pójść na studia, na dobrą uczelnię… Kiedy skończyło się dzieciństwo – zaczęły się narkotyki. Najpierw niewinnie – trawka, alkohol podebrany rodzicom. Potem już bardzo niebezpieczna metamfetamina, która według najnowszych doniesień jest jednym z najpopularniejszych narkotyków za oceanem i jednym z najniebezpieczniejszych. Zaczyna się walka o syna. Długa droga - pełna błędów, wyrzutów sumienia, słów, łez. Sheff zaczyna swoją opowieść od dzieciństwa Nika. Rozwód z jego matką, batalia w sądzie, przeprowadzka na drugi kraniec USA, dzielenie się opieką nad chłopcem. Niby wszystko było – po amerykańsku – ok, ale coś nie zaskoczyło. Sheff szuka przyczyn, chce odpowiedzieć na dręczące go pytanie – dlaczego? Idąc tym tropem trafia do ludzi zajmujących się depresją dziecięcą, uzależnieniami. Opisuje batalię o swoje dziecko, które jest coraz starsze i coraz bardziej się stacza na samo dno. To wstrząsająca książka – pokazuje jak ten miły chłopiec zmienia się w cień dawnego Nika – teraz przygnębiony, cichy i jednocześnie agresywny, wychudzony, często głodny, znikający na wiele dni, nawet tygodni, gotowy na wszystko.  Kolejne kuracje odwykowe, kolejne powroty do dawnego życia na ulicy. Autor pisze, jak choroba syna (tak traktuje to  uzależnienie) zmieniła życie jego nowej rodziny. A co to było za życie? Wieczny strach, zawód na drugim człowieku, kłamstwa, wyrzuty, kradzieże, włamania. Było w tej książce wiele momentów, które zwykłego szarego człowieka, który nie miał nic wspólnego z narkotykami, po prostu stawiały do pionu. Jak choćby wypowiedź jednej matki, która cieszyła się z tego, że jej córka jest w więzieniu, ponieważ dzięki temu była pewna, że jest tam w miarę bezpieczna.

David Sheff – z zawodu dziennikarz popełnił książkę, która, jak się później okazało, dała wielu ludziom uzależnionym i ich rodzinom siłę w walce z nałogiem. Autor mówi o swoich doświadczeniach – ale nie na zasadzie – zróbcie tak i tak, bo ja wiem lepiej. Przyznaje się szczerze do błędów, pomyłek. Niestety cudu w tej książce nie ma. Nic jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie wyzdrowiał. Do końca życia zostanie narkomanem i alkoholikiem. Ciągle walczy o siebie. Jak będzie dalej? Tego nie wie nikt.  

Książka bardzo szczera, wstrząsająca, rzetelna. Wszystko zaczęło się od artykułu na temat uzależnienia Nika opublikowanego w czołowym amerykańskim dzienniku. Odzew czytelników był ogromny. Sheff zrozumiał wówczas, że powinien napisać książkę. Nie bez obaw. Bo to przecież niezwykle trudne – obnażyć się ze swoich słabości i skrzętnie skrywanych sekretów rodzinnych. Co pomyślą przyjaciele, znajomi, rodzina dalsza i bliższa? Ta książka zbliżyła go do innych, pozwoliła zrozumieć i wyjaśnić wiele trudnych kwestii, w końcu pomogła mu odnaleźć drogę do … samego siebie

Czytanie Cudownego chłopca zbiegło się z dyskusją na temat legalizacji narkotyków w naszym kraju. Zawsze byłam przeciw – teraz tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Tutaj można znaleźć więcej informacji o książce i autorze.

Dla rodziców i starszej młodzieży

Wydawnictwo Media Rodzina

 



niedziela, 21 sierpnia 2011

Miałam problem z recenzją – czy opublikować ją tutaj, czy na moim drugim blogu o książkach, które czytam dla siebie. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie - dorastająca nastolatka i jej mama. Małgorzata Gutowska Adamczyk pomieszała ze sobą losy kobiet w różnym wieku. Dominuje oczywiście szesnastoletnia Paulina, nazywana przez wszystkich Linką. Ojciec odchodzi od niej i od matki, w planach sprzedaż wspólnego dotąd mieszkania i podział majątku. Linka z mamą chcąc nie chcąc przeprowadzają się do starej willi – pałacu, gdzie mieszkają babka z prababką – Musia i Bunia. Cztery kobiety, cztery pokolenia, cztery charaktery. Z tego musiała wyjść po prostu dobra książka. Dzieje się mnóstwo w życiu każdej z nich. Autorka umiejętnie wszystko ze sobą łączy, splata, czasem wychodzi niezły misz masz, a na końcu – zakończenie, które niewiele mówi, niewiele wyjaśnia, zostawiając tym samym duże pole do popisu dla naszej wyobraźni. To taka rodzynka w świecie książek dla młodzieży. Bo albo jest tak dobrze, że brakuje tylko fajerwerków, albo bardzo beee. Znając już dość trudny charakter Linki można spodziewać się, że pod dachem pałacu wydarzy się jeszcze wiele.

Linka nie może pogodzić się z zaistniałą sytuacja. Czuje olbrzymi żal do ojca, nie może dogadać się z matką, nienawidzi pałacu, w którym kaflowe piece nie są w stanie dogrzać starego przedwojennego budynku, gdzie sufit (dosłownie) wali się na głowę. W dodatku przyjaciółka zawodzi, obiekt westchnień nie reaguje, w szkole nie idzie tak jakby chciała. Matka też próbuje ułożyć sobie życie od nowa. Szuka odpowiedzi – dlaczego, próbuje dać sobie radę sama, stara się też budować dobre relacje ze starszymi paniami z pałacu. Pojawiają się wspomnienia, zwierzenia, odkrywanie rodzinnych tajemnic, skrywanych skrzętnie przez długie lata. Dużą rolę w tej historii odegra lekarz - autor pewnego bestselleru żony.

Książka o trudnych wyborach, o tym, że w życiu nie jest łatwo, o wybaczaniu, smutku i radości, o przemijaniu, marzeniach, starości, chorobie, miłości, przyjaźni, relacjach rodzinnych. Wielowątkowa powieść, dobrze napisana – tutaj chyba Autorka specjalnych rekomendacji nie potrzebuje. To w końcu jej Cukiernia pod Amorem bije rekordy popularności.

Wiek 14+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



wtorek, 09 sierpnia 2011

Łukasz jest jednym z czwórki dzieci Maślonków. Razem mieszkają w kiepskiej prowizorce w miejscowości Ryki.  Ona próbuje stworzyć swoim dzieciom w miarę normalne dzieciństwo. On pije, jakby za kołnierz wylewał. Rodzina z trudem wiąże koniec z końcem. Gdy pojawiają się jakieś pieniądze w domowej kasie, ojciec i tak wszystko zaraz wydaje w pobliskiej mordowni – Lagunie. Łukasz nie jest aniołkiem – okrada sklepik szkolny, co drugie słowo to kurka to kogucik, a jednak ma w sobie wielki potencjał dobra. Dba o rodzeństwo, zwłaszcza najmłodszą Kingę, pomaga zgwałconej dziewczynie, ratuje na koloniach topiącą się małą dziewczynkę, organizuje jedzenie dla matki i Kingi, pracuje przy zbiorze truskawek, by on i jego rodzeństwo mogło wyjechać na kolonię. Zderza się z twardą rzeczywistością – niechęcią innych do dzieci pijaka, swego rodzaju szkolnym ostracyzmem – bo przecież Heńki choćby nie wiem jak się starali to i tak są najgorsi. Bicie, wyzwiska, ucieczki przed pijanym ojcem są na porządku dziennym. To prawdziwa gehenna, jaką przeżywa cała rodzina. Do tego dochodzi jeszcze choroba matki.

Książka Leny Wilczyńskiej to bardzo mocny obraz życia dorastającego chłopca  gdzieś na mazowieckiej biednej prowincji. Pokazuje życie na marginesie – w rodzinnym piekiełku, gdzie silniejszy i starszy ustanawia swoje prawa i zasady. Ciężkiej atmosfery nie są w stanie rozładować pojawiające się od czasu nawet śmieszne dialogi bohaterów. Ta książka jest podszyta wielkim smutkiem, a tytuł sugeruje, że za chwilę stanie się coś bardzo, bardzo niedobrego.  I gdzieś serce się ściska, gdy podczas lektury nachodzi refleksja, że to wszystko mogło zdarzyć się naprawdę. Opowieść o wielkiej krzywdzie, kiepskim starcie w dorosłe życie i niesprawiedliwości społecznej.Także o marzeniach, które niestety nie wszystkim się spełniają.

Niepozorna cienka książka – zwróćcie na nią uwagę! 

Wiek 16+

Wydawnictwo Skrzat



poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Cuda zdarzają się bajkach. A czy w życiu? Są tacy, którzy twierdzą, że i owszem. Jednak w powieści Beaty Wróblewskiej cud się nie zdarzył. Jak choćby w znanej bajce Marii Krüger, do której nawiązuje ta książka. Tam królewna powodowana miłością do przemienionego w osiołka królewicza gotowa była pójść na koniec świata, gotowa była oddać swoją cenną koronę. Magiczne zaklęcie zadziałało i osiołek znów stał się pięknym chłopcem. W Jabłku Apolejki cudu nie ma. Mimo że siostry Jaśka i jego mama tak wiele robią, starają się z całych sił. Jest za to dużo miłości i dużo zrozumienia dla inności. I może właśnie dlatego ta książka robi tak wielkie wrażenie. Bo napisało ją samo życie, bo jest taka prawdziwa?

Kiedy kilka dni temu wybrałam Jabłko Apolejki na lekturę do poduszki, ani przez minutę nie pomyślałam, że tak mnie ta książka porwie, że będę nad nią siedziała dopóty, dopóki nie skończę. Musiałam dowiedzieć się, czy tato trójki dzieciaków – maturzystki Kasi, sześciolatki Oli i dwunastoletniego Jaśka – znów się pojawi na horyzoncie. A jeśli tak, to dlaczego tak głupio i nieodpowiedzialnie się zachował? Jak dzieciaki zaaklimatyzują się na prowincji – u babci? Przecież musiały zostawić całe swoje dotychczasowe życie i zaczynać wszystko od nowa. Nowa szkoła, koledzy, przyjaciele, praca. Nawet inny widok za oknem. I nowe oswajanie sąsiadów i znajomych z dziwnym zachowaniem Jaśka, którego delikatny organizm tak a nie inaczej zareagował na zmiany. Czy inni są w stanie to zrozumieć i zaakceptować? Czy mama tej trójki da sobie radę z górą problemów mniejszych i większych, które nagle się na nią zwaliły?

Książka porusza wiele tematów – to zmiana miejsca zamieszkania, poszukiwania swojego kąta nie tylko w starym domu babci, ale też w klasie. Autorka w szczegółach opisuje życie klasowe Kasi. Zwłaszcza jednej barwnej postaci, która wnosi dużo humoru – klasowego jajcarza Gondola. Jedynie mam zastrzeżenia do tego, że  w tych klasowych scenach zabrakło mi właśnie Kasi. Tak jakby była, a jednak jej nie było. Więcej Kasi w życiu rodzinnym, w rozmowach z młodszą Oleńką, z Jaśkiem. Więcej Kasi dla samej siebie – w jej refleksach nad życiem, nad swoim zachowaniem, nad przyszłością. Znajdziecie tu przyjaźń i miłość. Autorka  mądrze prowadzi czytelnika pokazując mu co tak naprawdę w życiu jest ważne. Łamie też stereotypy - okaże się, że łysole to też wartościowe chłopaki. Pokazuje również autyzm od podwórka – nie sposób przejść obok tego problemu obojętnie.

Czytało się świetnie – co wrażliwsi – proszę przygotować chusteczki

Wydawnictwo Stentor



sobota, 06 sierpnia 2011

Niedawno ukazał się letni numer KIKIMORY, a w nim m.in. dział  o książkach  dla dzieci przygotowany przeze mnie. Polecam!

czwartek, 04 sierpnia 2011

Brandon Mull zabrał nas w podróż do bajkowego świata, w którym pełno magicznych istot, które...istnieją naprawdę. Dziś, w świecie współczesnym. I to w na pozór najzwyklejszym lesie. Wystarczy tylko wypić mleko, by nagle zobaczyć coś więcej – te wszystkie magiczne istoty, od których w książce aż się roi. Nakreślone tak, jakby były obok nas, na wyciągnięcie ręki, baśniowe a jednocześnie bardzo realne. Trzeba uważać tylko, by satyr nie wystrychnął nas na dudka, albo wróżka nie uszczypnęła w nos – bo ponoć są złośliwe i … próżne. Ale od początku…

Kendra i Seth właśnie stracili ukochanych dziadków – rodziców mamy. W testamencie dokonali dość osobliwego zapisu, by wszystkie ich dzieci, a więc również rodzice wspomnianego wyżej rodzeństwa udali się w rejs statkiem – ale… bez dzieci. Rodzeństwo skazane jest zatem na przymusowe wakacje u rodziców ojca, dziadków im obcych i zupełnie nieznanych.  Las jak las – ale wokół dzieją się dziwne rzeczy. Pomocnik dziadka wszędzie rozstawia miseczki z mlekiem, dziadek jest dziwnie srogi i tajemniczy, babcia gdzieś zniknęła i nikt ani nie chce ani nie potrafi wyjaśnić gdzie się w chwili obecnej znajduje. W dodatku co chwila dzieci słyszą tylko – tego nie wolno, to trzeba – same zakazy i nakazy, setki przestróg, których nie sposób zapamiętać. Najważniejsza z nich – zakaz wstępu do lasu. Pewnie domyślacie się, że brat i siostra ani myślą brać sobie tych wszystkich rad do serca. W przeciwnym razie nie byłoby tej książki. A tak dzieje się dużo, bowiem każdy rozdział odkrywa kolejną tajemnicę, a dziadek okazuje się całkiem przyjaznym facetem. Noc hulanek zmienia jednak wszystko – rodzeństwo będzie musiało ponieść konsekwencje swojego zachowania i zdać egzamin z odpowiedzialności i dojrzałości. Czy im się uda?

Piszę rodzeństwo – jednak brat i siostra znacznie się od siebie różnią.  Pomiędzy bratem a siostrą są znaczne różnice charakteru. Chłopak rozrabia więcej. Mówi TAK – choć z góry wie, że zrobi całkiem odwrotnie. Kendra to ułożona nastolatka i dla świętego spokoju chce spełnić prośby dziadka, choć zżera ją ciekawość. Działa w myśl zasady – nie chcę, ale muszę, bowiem widząc zachowanie brata idzie za nim w ogień – by zminimalizować szkody. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ciekawy pomysł, przy czym BM prochu nie odkrył. Wiadomo, że jak działa duet, to najlepiej ukazać go na zasadzie kontrastu.

I pomyślałby kto, że można napisać książkę o wróżkach, skrzatach i gnomach dla nastolatków +.  Że to niby dla dzieci? Nic bardziej mylnego. Książka, przy której również dorośli będą się dobrze bawić. Z pewnych rzeczy się nie wyrasta.

Na koniec dobra wiadomość dla tych, którym książka się podoba – w planach – kolejne części.  

Wiek 9+

Wydawnictwo W.A.B.

 



środa, 03 sierpnia 2011

Wychowałam się na książce Nowy kiermasz bajek, która pełna była bajek i legend ludowych. A lud lubował się w opowieściach o diabłach. Stworzenia te siedziały w rosochatych wierzbach, czaiły się w szuwarach, tańcowały z wiejskimi dziewuchami i tak jakoś bezrefleksyjnie dawały się robić w trąbę mazurskim chłopom. Aż żal było patrzeć jak ci zakładali się  z nimi o wielkie skarby, walczyli o duszę, a czarty - głupie że aż strach, zawsze źle kombinowały i całe te mazurskie szachrajstwa przyjmowały za dobrą monetę. Bo w dobrej bajce dla dzieci – diabeł – uosobienie zła – zawsze przegra z kretesem. Dobra bajka to taka, gdzie Dobro zwycięża Zło. I w Małym Asmodeuszu wcale nie jest inaczej – choć od samego początku tak jakoś nam serce się rwie do tego cichego malucha, który, gdyby nie te dwa rogate guziołki na głowie, pewnie mógłby uchodzić za anioła (tego prawdziwego – z aureolą, bo wiadomo, że diabeł to anioł upadły). Ciekawa byłam tej szwedzkiej wizji piekła i diabelskiej istoty. By porównać wspomnienia sprzed lat, które siedzą w głowie dość mocno. Asmodeusz nie klnie, nie mówi brzydkich wyrazów, nie drażni się  z innymi, nie beka, nie pluje, nie kłuje diabelskich kuzynek widelcem po tyłkach. Co to za diabeł? Takie same refleksje nachodzą ojca diabełka – Władcę Ognia i Westchnień, który wysyła Asmodeusza na ziemię. Ma on zwieść jakąś pokusą choć jedną duszę na manowce. Niby mu się to udaje, bowiem Asmodeusz staje przed ojcem z Krystyną, gotową oddać swą duszę za zdrowie małego braciszka. Tylko, że dla ludzi działających w imię Dobra, Miłości, w  piekle nie ma miejsca. A z bajki płynie przesłanie: warto poświęcić się dla drugiego człowieka, warto czynić Dobro, warto kochać. Te wartości wzmacniają, a diabły, choćby nie wiem jak się wysilały, stawały na tych swoich dwóch rogach, choćby oferowały najbardziej kuszące promocje na świecie i tak nie mają szans. Stara prawda, podana w bardzo sugestywny sposób. Obok piekła Wilkonia nie sposób przejść obojętnie. Ilustracje ciemne, czarne, robią wrażenie. Tekst pełen humoru rozładowuje, co tu mówić, dość ciężką atmosferę. Bo co innego o piekle mówić, co innego to piekło zobaczyć. Z ciekawości podpatrzyłam wydanie szwedzkie, które ściągnęli też Niemcy  na swoje podwórko. Już na pierwszy rzut oka widać, że wydanie oryginalne w jasnej pomarańczowo - żółtej otoczce ma zupełnie inny klimat. A to Wilkona ……………hm,hm. Człowiek zaczyna się nawet w pewnym momencie zastanawiać, czy aby Mistrz tego miejsca na pewno nie widział:) Pewnie i mnie zaraz się dostanie po głowie, że jak tu zachwycać się piekłem, skoro Wydawnictwo już ponoć dostaje telefony z burą za promocję diabła i ciemnych otchłani (polecam wywiad z  dyrektorem Media Rodzina - B. Kledzikiem ). Gdzie, w którym miejscu? Przejrzałam książkę tysiąc razy w lewo i w prawo. Tekst, obrazy (nie, nie obrazki! – zwracam na to szczególną uwagę) I nic. U dzieci też nie zauważyłam jakiegoś nagłego poruszenia polekturowego. Jakiejś fascynacji mocami piekielnymi - w niepokojącym znaczeniu i nasileniu. Owszem –  jest respekt, poprawa zachowania (Chyba tylko chwilowa:) i jakaś taka ...powaga, mimo że tekst śmieszy. W końcu piekło to piekło, a Wilkoń nadał mu tu odpowiednią rangę.  Dzieci same zauważyły, że pewne zachowania są w piekle mile widziane, a rogacizna aż zaciera ręce z uciechy jak któremuś  się wymsknie słowo na "de", albo podłubie w nosie. A przesłanie książki jest również jasne i czytelne. Lektura spodoba się zarówno w treści jak i w obrazie. A ciemną noc, rozjaśnioną jasną plama księżyca najchętniej powiesiłabym w ramce nad łóżkiem.

Tutaj możecie zobaczyć warsztat Józefa Wilkonia i prace nad tą książką.


Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina



wtorek, 02 sierpnia 2011

-Mamo, możemy bajkę?

-Ok, ale dopiero jak posprzątacie w pokoju. (do którego wejść nie można – przypis autora)

-Łeeeee, to nie!

I tyle ich widziałam. Zrezygnowali, uciekli na podwórko i biegali cale popołudnie dookoła garażu, grali w piłkę, a porządek, to znaczy bałagan mieli w nosie. Unikali mnie, jak diabeł święconej wody. Żebym tylko znów o coś się nie upomniała. Może porządek powinien być przepustką do wyjścia na dwór? Qurczę, zaczynam gderać. Niedobrze, niedobrze…

Bałagan jest chyba wpisany w dzieciństwo. Często z nim walczę, tłumaczę, daję dobry przykład, zachęcam, stawiam warunki (najpierw porządek – potem dobranocka) – i tak w koło Macieju. Z lepszym i gorszym rezultatem. Czasem czuję się jak Don Kichot – osamotniona w walce z wiatrakami. Mąż ma więcej luzu i wyrozumiałości – potrafi rzucić wszystko i wyjść z dziećmi na spacer, wyprawę, na basen. Bo są ważniejsze rzeczy. Porządek? Posprząta się. A tu ładna pogoda, bezchmurne niebo. Jedziemy pod namiot, nad jezioro, do dziadka, do lasu. A ja tak bym chciała mieć ten komfort psychiczny – wychodzę i owszem – ale nie chcę myśleć o tym, co jest do zrobienia … potem. Chcę po powrocie usiąść wygodnie na tarasie, na ławeczce, sączyć dobrą kawę – i nie myśleć co mnie czeka za drzwiami domu. Tymczasem podglądam ilustracje do książek i tam czasem panuje … bałagan. Nawet całkiem niezły. Mega – bałagan. A jego sprawcy czują się w nim jak ryba w wodzie, są szczęśliwi, uśmiechnięci, dzieci rozwijają się zdrowo i dobrze. Zachodzę w głowę czy do przysłowia – szczęśliwe dziecko to brudne dziecko, ktoś nie wymyśli: szczęśliwe dzieciństwo w bałaganie. I zaraz pojawia się światełko w głowie: czego Jaś się nie nauczy…. Choć ja i tak się nie dam przekonać. Będę dalej tłumaczyć, namawiać, narzekać, obiecywać i … gderać:)

Mistrzynią odtworzenia dziecięcego bałaganu jest moja ulubiona ilustratorka Ilon Wikland. U Astrid luz - blues i wielka wyrozumiałość. Jak zwykle. A Szwedzi przecież uchodzą za porządnickich. Wystarczy popatrzeć na blogi szwedzkie. Wszystko poukładane, posprzątane, na swoim miejscu. A tu coś takiego:)



Ja też chcę mieć rodzeństwo

Ja też chcę chodzić do szkoły

Ja nie chcę iść spać

Pippi to się niczym nie przejmuje:)))

U Mai i Lassego w biurze detektywistycznym bałagan - bym powiedziała - twórczy;)

Bałagan Janoscha to misiostwo świata!

Kot Prot narozrabiał, ale przynajmniej posprzątał po sobie!

Jaki subtelny ...hm nieporządek w Martynce. Te parę jabłuszek rozsypanych na podłodze i rozściełana słoma - to naprawdę jest nic  w porównaniu z ....