Archiwum
Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Nasze drugie urodziny

M. twierdzi, że kiedyś to były kobiety. I wzdycha. Ciasto na dobre podsumowanie mijającego tygodnia. I jeszcze do tego dwudaniowy obiad w sobotę, a w niedzielę to już na pewno – z deserem. No i ta gromadka dzieci plątająca się pod nogami, a kobitki były wyrobione. Nie tak jak teraz - jedno, dwójka, trójka. U nas dwójka. A ciasto rzadko i obiad dwudaniowy też. W ciągu tygodnia nie powiem, ale tu króluje moja Mama (we wrześniu to się kończy- buhahaaa). A mnie w weekend szkoda czasu na siedzenie w kuchni. Zresztą jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia. Mamy tyle zainteresowań. Każdy z nas. Współczesna kobieta bloguje. ..

Mnie od dwóch lat bawi pisanie o książkach dla dzieci. Zaczęło się przypadkiem. Pewnie z każdym z nas było podobnie. Natrafiłam przypadkowo na blog książkowy i spędziłam pół nocy na czytaniu recenzji. Do tamtej pory myślałam, że blogi piszą tylko i wyłącznie politycy i dziennikarze. Pojawiła się myśl: a może i ja spróbuję? Nie – nie wchodziło w grę. Tomek był mały, Mikołaj – zaledwie kilkumiesięcznym bobasem...

Jednak pewnego dnia odważyłam się nacisnąć klawisz enter – i dalej poszło łatwo. Najpierw powstał Brulion o książkach, które czytałam dla swojej przyjemności:) Pamiętam słowa psiapsiółki, gdy na świat przyszedł Tomek: No i  koniec z książkami. A ja się uparłam i pchałam wózek jedną ręką, a w drugiej trzymałam książkę i tak sobie chodziłam – wówczas swoimi ścieżkami po Puszczy Kampinoskiej. A że moje dziecko kochało spać, czasem to nawet niecierpliwiłam się, by już się obudziło, bym mogła nad wózkiem trochę ćwirzyć, ćwikać,ćwierkać, czyrkać, czykczyrikać, jak rasowa mama. Ale Tomek spał i spał. A ja sobie czytałam. Kiedy miał kilka tygodni i leżał u mnie na rękach przeczytałam mu na głos pierwszą książkę. Długą. Kubusia Puchatka.  Nic z tego nie zapamiętał, bo kilkanaście dni temu toczyłam boje o Kubusia. Ale tak to się w każdym razie się zaczęło...

Kiedyś pomyślałam – a może napiszę o tym, co przeczytaliśmy, albo co chcielibyśmy przeczytać? Najwyżej jedno kliknięcie i – po bólu, gdy się nie spodoba - zrezygnuję. Wytrwałam dwa lata. To duży plus – choć czasem mam przerwy w pisaniu – dłuższe, krótsze. Są przecież rzeczy ważniejsze. Dziś mam dzieci uzależnione od makulatury – daj Panie Boże, by tak pozostało. Życie z książką jest ciekawsze, piękniejsze… nie wiem czy łatwiejsze. Człowiek poznaje inny świat – w tym rzeczywistym ciągle mu czegoś mało…


A jaka to straszna kara w moim domu, gdy matka powie – Dziś nie ma czytania. Jaki jest ryk! Łatwiej naprawdę odmówić słodyczy – bo to ma jakieś chociaż uzasadnienie – zęby się psują. Brzuch zaboli, zemdli. Ale od czytania – co powiedzieć maluchowi, który wieczorem depcze człowiekowi po piętach z książką. Bo cóż to znaczy – nie czytamy? – Od tego zęby się nie psują, brzuch nie boli. Najwyżej matce gardło wysiądzie. Najgorzej jest jak coś obiecałam, a potem ze zmęczenia nie wiem, jak się nazywam:

–Obiecałaś Robin Hooda?

-Naprawdę? Ale tylko kawałek.

-Nieeee, całego!


No i te książki, których nie da się czytać, a które w jakiś dziwny sposób przypadają dzieciom do gustu. Jak Alladyn w schedzie po kimś tam. Ten Disney’a. W końcu schowaliśmy wrednie za książkami na najwyższej półce i skończyło się na tym, że Alladyn odleciał na czarodziejskim dywanie.

Raczej to ja czytam dzieciom. Czasem mąż. Czasem dziadek. Ci dwaj to niestety zasypiają przy własnych interpretacjach. Potem wieczorne czytanie kończy się tak – tata śpi z otwartą książką, ą dzieci po nim skaczą. A to, o czym czytamy, opisuję najlepiej, jak potrafię. Również książki, na które moje maluchy są jeszcze za małe, a po które może w przyszłości sięgną.

Sama podczytuję kilka świetnych blogów o książkach – szukam tam czytelniczych inspiracji. Blogosfera wypełniła wielką pustkę – tak mało pisze się o książkach. w prasie, w ogóle. Gdzieś na końcu wydania.

Dziękuję za Wasze odwiedziny, komentarze, maile:)


To nasz placek urodzinowy. Po wielkopolsku – placek na młodziach. Nasz ulubiony, choć przyznaję, że nie jestem specjalistką akurat w tej materii. Przepis od sąsiadki jednak był rewelacyjny, a może to ręce małego cukiernika to sprawiły?

piątek, 27 sierpnia 2010
Konik na biegunach

Nie znaliśmy tego wierszyka Ewy Szelburg - Zarembiny. Wpadł w nasze ręce przypadkowo – z powodu intrygującego tytułu, w którym pojawia się konik na biegunach. Dziwne, bo wierszyk tak naprawdę traktuje o gumowej lalce, która poszła w świat, a jej przygody są spisane ku przestrodze, by to samo nie spotkało konika na biegunach.


Strzeż konika na biegunach,

by go bajka nie urzekła!

…Znałam taką lalkę z gumy,

co ożyła i uciekła.

 

Poszła sobie do ogrodu,

kędy były ludzi tłumy,

i chodziła po alei,

taka mała lalka z gumy!

 

Zrazu ludzie się dziwili,

wytykali ją palcami:

-Patrzcie,! Patrzcie! Lalka z gumy

spaceruje między nami.

 

Lecz że każdy miał swe sprawy,

pochowali szybko palce

I czym prędzej zapomnieli

o maleńkiej z gumy lalce.

 

A ta lalka zapomniana

wciąż chodziła i chodziła,

aż podobno się raz kiedyś

nie wiadomo gdzie zgubiła.

 

… Tak to było z ową laką,

co ożyła i uciekła…

Strzeż konika na biegunach,

by go bajka nie urzekła.

[ze zbioru „A…a…a… kotki dwa”]

Konika na biegunach nierozerwalnie kojarzy się z dzieciństwem. Moi chłopcy też mają takiego. Przyszedł na świat w fabryce, która sąsiadowała z Dziadkiem Genkiem przez płot. Pamiętam jak hałasowała ta mała fabryczka od 7,00 do 15,00, a przed Bożym Narodzeniem – pracowała całą parą całymi dniami i nocami. Denerwował mnie ten hałas. Ale tak właśnie przychodziły na świat pluszowe i drewniane konie na biegunach znane w całej Polsce. Kilka lat temu udało nam się kupić jeden z ostatnich egzemplarzy. I gdy odwiedzamy Dziadka, brakuje tego miarowego stuku – puku zza płotu.

 

Z konikiem na biegunach związanych jest mnóstwo emocji – i to takich, których człowiek dorosły nijak pojąć nie może. To jedna z najważniejszych zabawek i najmilszych wspomnień.


 

A to nasze koniki na biegunach z pokoju dziecięcego.


Strzeżcie swoich koników na biegunach, by ich bajka nie urzekła... Gdyby odeszły, byłaby wielka szkoda i zapanowałby smutek tak wielki...

czwartek, 26 sierpnia 2010
Ocalić Kubusia Puchatka


Wróćmy do Puchatka. Do tego prawdziwego. Do źródeł. Do tego przetłumaczonego przez Irenę Tuwim. Pewnie narażę się niektórym z Was, ale … no cóż…. Czy nie uważacie, że to, co ma miejsce aktualnie, to stanowczo zbyt wiele dla jednego biednego Misia o Bardzo Małym Rozumku? Dobrze, dobrze, nie marudzę. Tylko skrupulatnie wyliczam, co można znaleźć w moim domu: talerzyk, trzy komplety puzzle, jedna książka otrzymana w prezencie, której nie da się czytać. Była jeszcze piłeczka, ale wyniosły psy od sąsiadów i śladu po niej nie ma. I film, kupiony okazyjnie przez Babcię jako dodatek do gazety. Tak sobie myślę i mruczę głośno pod nosem, czy to aby wszystko? Nie, jeszcze miseczka do zupki od taty chrzestnego na pierwszą gwiazdkę. Nie powiem, przydała się. Tomek - niejadek śmigał łyżką w pomidorówce i koniecznie jak najszybciej chciał dotrzeć do Puchatka ukrytego na samym dnie pod napęczniałym ryżem. Maluch nabrał rumieńców i przynajmniej trochę przytył. Patrzę na listę powyżej i stwierdzam, że niczego sama do domu nie przyniosłam. To inni. (Przypomina mi to czytankę z Mam 6 lat o Witku Psotniku – To Witek! To Witek!)

Nic dziwnego, że trudno było mi zachęcić Tomka do zaprzyjaźnienia się z Puchatkiem książkowym – bo przecież wszystko już było ponoć wiadome i znane. Zresztą – sami wiecie, odwieczny dylemat- co najpierw: film czy książka? A skoro Puchatek jest wszędzie, to po co coś powielać. Jednak w końcu przeforsowałam Puchatka (trochę niewychowawczo) – coś w rodzaju – ja wybieram książkę do czytania, a potem będzie nagroda. Widzicie, do czego doszło w domu mola książkowego? Tak sobie myślę, że stała się wielka krzywda z tym Puchatkiem. Wspomnę choćby dygresję Tomka podczas czytania:

-A kiedy będzie Tosia? -  Prawdę powiedziawszy, zdrętwiałam.

- Jaka Tosia? - pytam

-No, superdetektyw!!!

-???!!!

Niestety, Disney robi z Kubusiem co mu się żywnie podoba, a A.A. Milne powinien z nieba pacnąć tych ważnych panów dobrze w nos. Ode mnie też. A tymczasem książka… I tu się rozmarzyłam. Czy czytaliście tego prawdziwego Kubusia? I Chatkę? Miód, delicja – pycha. Tytułowy bohater Miś łakomczuch, strachliwy Prosiaczek, który tak naprawdę wcale takim bojączką nie jest; fatalista i pesymista Kłapouchy, nerwowy Królik, Tygrys (obecny dopiero w Chatce), Kangurzyca z Maleństwem, Sowa Przemądrzała i Krzyś, syn autora. Wszystko dzieje się w Stumilowym Lesie, gdzie zwierzątka przeżywają swoje mniejsze i większe problemy – Kłapouchy gubi ogon, Puchatek tkwi w króliczej dziurze, wszystko zalewa woda, Maleństwo wpada do wody. Phi - żachnie się malec. Przecież każdy to wie. Ale jak to wszystko jest opisane. Ocalić w tłumaczeniu – czytałam kiedyś o przekładach literatury. Ten przekład to perła, klasyka. Jak tu się nie uśmiechnąć do siebie czytając plan porwania Maleństwa (akuku), albo o pułapce na słonie (Tomek do dzisiaj śmieje się ze: „Słoniocy”, zresztą czasem, gdy ucieka młodszemu bratu, wrzeszczy tak na całe osiedle)

Albo:

-Chwileczkę – przerwał jej [Sowie] Puchatek, podnosząc łapkę do góry. – Co mamy zrobić dla tego czegoś, coś powiedziała? Bo właśnie kichnęłaś w tej chwili, kiedy chciałaś to słowo wymówić.

-Mylisz się. Nie kichnęłam.

-Kichnęłaś, Sowo!

-Przepraszam Cię Puchatku, nie kichnęłam Niepodobna kichnąć, nie wiedząc o tym.

-Tak, ale nie można usłyszeć kichnięcia bez tego, żeby ktoś nie kichnął.

[Kubuś Puchatek]

 

Albo:

Puchatek dreptał po białej ścieżynce leśnej i, idąc, wyobrażał sobie, że zastanie Prosiaczka w domu, grzejącego sobie pięty przy kominku. Ale jakże się zdziwił, gdy zobaczył, że drzwi jego mieszkania są otwarte. Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.

[Chatka Puchatka]

 

A piosenka o śniegu? –bim-bom?

[Chatka Puchatka]

 

Kubusia - tego najprawdziwszego z prawdziwych przypomniała Nasza Księgarnia z okazji swoich 90 urodzin. Oczywiście ze świetnym tłumaczeniem Ireny Tuwim (nie myślcie, że to aby jedyny przekład. Ponoć w latach 80 pojawiła się wersja o dość specyficznym tytule – „Fredzia Phi – Phi ”(?!), ostatnio chyba wznowiona zresztą, z mądrym wstępem, że pewne przekłady się starzeją (!!!) Cierpnie mi skóra tak samo, gdy słyszę o kolejnym nowym tłumaczeniu Fausta) Ja zawsze, gdy wracam do Kubusia, albo Chatki zastanawiam się, czy tłumaczka konsultowała od czasu do czasu swoje pomysły ze starszym bratem, Julianem? Może tak, może nie. Któż to wie – była utalentowaną poetką i tłumaczką (Mary Poppins, książki Edith Nesbit, Baśnie bajki bajeczki, Gałka od łóżka) Wreszcie ilustracje – E. H. Sheparda. Nieśmiertelne. Zapadające w dziecięcą pamięć. Zresztą sami popatrzcie.

Jubileuszowe wydanie książek Milne’a na papierze o ciekawej fakturze daje posmak starego, czegoś, co minęło. Przypomniał mi się stary elementarz. Takie same odczucia. Miłe. Ciepłe. I niech ktoś nie myśli, że my tak łatwo zapomnimy o tym prawdziwym Kubusiu – ma swoje lata (84), ale ciągle jest młody. I nie zaszkodzą mu ani lukrowane piłeczki, klocki, długopisy, piórniki, koszulki, śliniaczki dla niemowląt, pościel czy firanki. Tylko szkoda, że niektórym dzieciom - otocznym przecież ze wszystkich stron umęczonym Kubusiem, nie będzie dane poznać tego prawdziwego Puchatka. Do książki warto wrócić – już choćby w celu znalezienia odpowiedzi na pytanie dziecięcia:

-Mamo, a dlaczego Puchatek nazywa się Puchatkiem?

No właśnie, dlaczego?


 

Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka to nasze książki sierpnia.

 

P.S. Ciekawam bardzo Powrotu do Stumilowego Lasu – dalszego ciągu napisanego po latach przez kogoś innego, i przetłumaczonego też (z wiadomych względów) przez kogoś innego. Może uda mi się napisać o tej książce.

 

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Tajemnica gazety - Martin Widmark/ il. Hellena Willis

Przyznam się, że ja sama zawsze z niecierpliwością czekam na kolejny tom przygód Mai i Lassego. Gdy znajdzie się już w naszym posiadaniu, rzucamy wszystko i dawaj – czytamy. To książka na jedno popołudnie albo wieczór – gdy czytają rodzice. Jeśli dziecko samo czyta, trwa to trochę dłużej – ale nie za bardzo, bo przecież trzeba rozwiązać kolejną zagadkę. Zresztą znacie ten smak, gdy sami czytacie kryminał – koguty pieją, a Wy czytacie, by się w końcu dowiedzieć, kto jest zabójcą. W książkach Widmarka nie ma na pewno aż takich poważnych spraw do wyjaśnienia – morderstw itp., ale gdy malec połknie bakcyla, za lat kilka przybędzie kolejny wielbiciel Mankella albo Agaty Christie, bez dwóch zdań. Książka jak najbardziej nadaje się do samodzielnego czytania – rozdziały długie w sam raz, wielka czcionka, ciekawe ilustracje czarno – białe. Poza tym wartka akcja, napięcia i emocji w odpowiedniej dawce dla siedmiolatków (i ich rodziców), zakończenie jak zwykle zaskakuje, autor pokazuje tym samym – co to znaczy myśleć analitycznie – czyli po nitce do kłębka. A co dzieje się w ósmej części serii? W Valleby pojawiły się w lokalnej gazecie dziwaczne artykuły. Ich autor oczernia poważanych mieszkańców miasteczka – Maja i Lasse biorą oczywiście sprawy w swoje ręce.

Książka ma dwa minusy – kończy się zdecydowanie za szybko, choć po moim Tomku widzę, że i tak cały czas siedzi jak na gorących węglach – bo już chce wiedzieć, kto i dlaczego. Co za niecierpliwe pokolenie – nie wiem, czy Wasze dzieci też tak mają? Przeciągać całą tę historie – faktycznie nie ma sensu – i tak za pierwszym czytaniem bronię jak lew ostatnich stron, bo przecież toto rzuca się na książkę jak drapieżnik na swoją ofiarę, by choć z ilustracji wyczytać, kogo komisarz zakuje w kajdanki. Tak jest za każdym razem:)  Drugi minus – bo zgubiłam wątek – szkoda, że w każdej części jest opisana tylko jedna zagadka. Cena książek nie jest niska. Ale taki był zamysł autora – w Szwecji ukazało się już blisko 20 części – i są to książki baaaaardzo popularne. Nam też się bardzo podobają. Świadczy o tym fakt, że gdy pojawia się kolejny tom w naszym domu, moje starsze dziecko na chwilę (powtarzam – na chwilę) zarzuca wymarzony zawód rolnika i chce zostać DETEKTYWEM.


Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

W pierścieniu ognia - Suzanne Collins

Podobnie jak przy pierwszej części – tak i teraz przepadłam. Gdyby ktoś nie wiedział, co mam na myśli to krótko sprecyzuję - zaczynam czytać wieczorem, a potem nagle stwierdzam, że właściwie na dwie godzinki nie opłaca się iść spać, bo i tak zaraz muszę iść do pracy – tylko jak tu przeżyć dzień bez krzty snu? W dodatku po pracy, zamiast się położyć, jestem na pełnych obrotach przy dwójce rozrabiaków. Ot, ciężki bywa żywot mola książkowego.

W pierścieniu ognia jest świetną propozycją dla starszej młodzieży i dla dorosłych. Przenosi nas do przyszłości jakiegoś dziwnego państwa - tworu, które powstało na ruinach Ameryki Północnej. Co roku Kapitol organizuje Igrzyska Śmierci. Katniss i Peeta zwyciężyli w 74 rozdaniu – po raz pierwszy zdarzyło się, że przeżyło dwóch zwycięzców. Myliłby się jednak ktoś, że oto dwójka młodych ludzi zrobiła swoje, wróci do domu i będzie pędzić sielankowy żywot. Kapitol nie śpi, tym bardziej, że zachowanie głównej bohaterki, spowodowało falę protestów i niechęci. Katniss i Peeta szykują się do objazdu dwunastu dystryktów, a podczas tej podróży zobaczą więcej niż mieli zobaczyć, zaczną rozumieć pewne fakty i zaczną dojrzewać do podjęcia bardzo trudnych decyzji.

Mimo tego, że świat z książek Suzanne Collins to czysta fikcja literacka, nie sposób myśleć o pewnych rzeczach, które się jednak zdarzają – może nie w stu procentach pokrywają się, ale może … kto wie. Jak choćby scena z przyjęcia, podczas którego goście prowokują wymioty, by za chwilę znów obżerać się w nieskończoność smakołykami ze stołu.  Gdy tymczasem setki tysięcy cierpią straszny głód. Czasem nawet zadaję sobie pytanie – dokąd zmierza świat… Właściwie człowiek interesujący się zmianami gospodarczymi, historią, polityką pokusiłby się o kolejne wątki, które pasują do tego, co dzieje się w poszczególnych dystryktach, a potem na arenie. Bo Katniss w tej części znów wróci na pole walki – ale dlaczego i jak się skończą 75 igrzyska – nie zdradzę. Czy ja napisałam może: Jak się skończą? Jak skończy się druga część trylogii? Wszyscy, którzy są już po lekturze, czekają na kolejny tom, bo po kolejnej części więcej pytań niż odpowiedzi. Świetnie napisana, świetnie przetłumaczona, pełna zwrotów akcji, niespodzianek, a przede wszystkim emocji – POLECAM!

Obydwie części zdobyły serce wielu w mojej rodzinie:)

 

Zachęcam do przeczytania pierwszej części – Igrzyska śmierci.

Wkrótce kolejny tom!

Wiek 14+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 08 sierpnia 2010
Patchwork z łodziami Wikingów

Ostatnio byłam baaardzo pracowita. Uszyłam patchwork z łodziami Wikingów. Aplikacje przyszyłam ręcznie. Pomysł łodzi zaczerpnęłam ze strony Sandry Monat, której jestem cichą wielbicielką. Zajrzyjcie tam koniecznie – jest wiele fajnych rzeczy do podglądnięcia.

Chłopcom się podoba, a ja znów pozbyłam się niepotrzebnych łatek i nici. W patchwork chciałam wkomponować jeszcze Wikingów. Są zresztą już gotowi, ale psuli mi całą kompozycje – więc postanowiłam wykorzystać tylko łodzie. Na brodatych osobników mam inny pomysł. Jak go zrealizuje, to pokażę.

Wreszcie skończyłam i idę na zasłużony spacer z dziećmi:)

Zainteresowanie Wikingami to skutek czytania książek o takowej tematyce:)


piątek, 06 sierpnia 2010
Był sobie człowiek - Albert Barille

Jak ja długo kręciłam się koło tego cuda. Odstraszała cena. Brałam z półki i odkładałam. Wolałabym pocięte na poszczególne odcinki za mniejsza cenę. Jednak ostatnio wróciłam z BWK – czyli z Bardzo Ważnej Konferencji, właśnie z kolekcją tych filmów. Pamiętam jak kiedyś sama czekałam na kolejne odcinki w tv. Kiedy teraz widzę mojego Tomka, jak zachwycony gapi się w ekran, stwierdzam, że był to strzał w dziesiątkę. Jeśli ktoś mnie podczytuje wie, że nie pozwalam gapić się mojemu dziecku za długo w ekran. Jednak w tym przypadku ja sama gapię się w ekran i mój mąż gapi się w ekran – tylko Mikołaj ma wszystko w nosie i woli w tym czasie swoje traktorki. To kultowy film – 26 odcinków na 6 płytach DVD, 10 godzin filmów (!!!) – ale warto. Moje dziecko interesuje się historią, a tej jest tutaj mnóstwo – w dodatku tak przystępnie przedstawionej – śmieszy oczywiście super duo rzezimieszków – dwóch czarnych charakterów, którzy pojawiają się w każdym odcinku.

 

Zastrzeżenia mam do jakości. Czasem obraz jest niewyraźny – za taką cenę oczekiwałbym czegoś więcej. Dubbing – świetny. Za moich czasów chyba w tle było słychać francuski – a może się mylę? Może ktoś pamięta lepiej. Dla chcących wydać więcej niż ja (100 zł) informacja, że jest jeszcze seria biologiczna - Było sobie życie, fizyczna – Była sobie Ziemia i Był sobie kosmos, a jeśli ktoś ma za mało historii – Byli sobie wynalazcy.

środa, 04 sierpnia 2010
Śpiewająca lipka - Bajki Słowian Zachodnich/ il. Helena Zmatlikova


Każdy ma ulubione książki z dzieciństwa. W moim przypadku jest to na pewno Śpiewająca lipka. W czasach PRL-u wypożyczałam ją z biblioteki notorycznie, a potem dostawałam upomnienia za przetrzymywanie. Mało tego, odbijałam przez cieniutki papier śniadaniowy ilustracje Heleny Zmatlikovej. Biedę na piecu potraktowałam nawet kalką, tylko źle ją podłożyłam i Bieda pojawiła się na stronie poprzedzającej. Jak to moja mama zobaczyła… Oj, dostałam burę i już nigdy więcej tak nie zrobiłamJ

Ta książka - to doskonała alternatywa dla tych, którym już osłuchały się wszechobecne i w coraz nowszej szacie Kopciuszki, Czerwone Kapturki, Koty w Butach. Jak czytamy w podtytule – to bajki Słowian Zachodnich, czyli: z terenów Polski, Czech, Słowacji i Łużyc (te leżą na terenie wschodnich Niemiec) Książka pojawiła się na rynku w latach 70-tych i od tej pory w każdym z rzeczonych krajów jest od czasu do czasu wznawiana i zawsze cieszy się olbrzymią popularnością. To wydanie, które zostało wznowione u nas, ma tę samą szatę graficzną co wyżej ciepło wspominane i taszczone z uporem do domu „na górach”:)

W ciekawym wstępie do najnowszego wydania Tomasz Derlatka zadaje ważne pytanie, czy dziś, w okresie tak wielkiego postępu technicznego, wielu zmian w różnych obszarach życia, bajki te, mają również rację bytu, czy mogą spodobać się małym czytelnikom (i dużym;) czy są w stanie stanąć w szranki z nowoczesnymi mediami – jak Internet, gry komputerowe, telewizja? Jak się ma sprawa z Zachodnimi Słowianami, których bajki znalazły się w zbiorze Śpiewająca Lipka? Mądrzy tego świata łamią sobie głowę nad poszukiwaniem odpowiedzi na te wszystkie pytania, a ja z własnego podwórka mogę tylko powiedzieć, że u nas te bajki mają się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Nowoczesne media w moim domu akurat (w chwili obecnej) nie są zagrożeniem – największą karą dla moich dzieci, nie jest wcale zakaz telewizji, ale słowa matczyne – Oj chyba nie będzie bajki przed snem (telewizji właściwie u nas nie ma, nie dorobiliśmy się jeszcze własnego telewizora, ciągle szkoda jest nam na niego pieniędzy. Nasz obecny odziedziczyliśmy po cioci mojego męża, ciągle się coś psuje, w tej chwili wysiada na dodatek antena, są cudne pasy, które uniemożliwiają oglądanie obrazu, można jedynie posłuchać – jakoś nikt nie kwapi się, by to naprawić). Może kiedyś T i M będą bardziej interesować się nowoczesnym mediami – gdy dorosną i nie będą chcieli słuchać bajek – ale wtedy – tak sobie myślę i mruczę pod nosem, będą te bajki mieli już we krwi i pewnie będą ciepłym wspomnieniem z dzieciństwa.

Bo tak naprawdę świat się nie zmienia – i te bajki to w wyraźny sposób odzwierciedlają. Zmieniają się tylko gadżety, ale my w środku, ciągle pozostajemy tacy sami - chcemy, by dobro zwyciężyło zło, by świat był sprawiedliwy, prawy, pełen miłości. Treści tych bajek są uniwersalne i w każdym czasie można znaleźć odniesienia do otaczającej rzeczywistości.

Bajki są nieocenionym źródłem wiedzy o tym, jak żyło się dawniej – dzieci co rusz odkrywają wyrazy – archaizmy, jak: mielerz, talary, komnata. I mimo, że jak to w bajkach bywa, miesza się tu świat rzeczywisty ze światem fantazji, jest to pełna przygód wyprawa do dalekiej przeszłości, kiedy to wszystkie zwierzęta żyły ze sobą w wielkiej zgodzie – i wilczek i liszka i gąska i kurka; kiedy to Pan Bóg chodził sobie po tym naszym padole, a w wierzbach rosochatych kryły się diabły rogate, w szuwarach stawu czyhały na nas utopce, a każda ropucha była wielką niewiadomą – pocałować toto, czy nie? A nuż jest to jakiś zaklęty książę. Fajnie zabrać dziecko w taką podróż, z której tak potem trudno wrócić do zwykłej bułki z masłem, kiedy tam z królem jadało się gołąbki przy stole, do drewnianego konika, kiedy tam gnało się w wichrze na rumaku zaklętym, do strachów mniejszych i większych, jakie maluchom spokoju nie dają, kiedy w świecie bajek pokonywało się i czarty najsroższe, rycerzy z czterech stron świata, a Biedę wystrychnęło się na dudka. Zachęcam do takiej podróży, z której wspomnienia zostają na długie lata, o czym sama mogłam się kiedyś przekonać.

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Media Rodzina