Archiwum
Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 31 lipca 2013
Zabawny ptaszek - Jennifer Yerkes

Zabawny ptaszek ni to jest ni to go nie ma. Wtopiony w tło. Od czasu do czasu widoczna jest zaledwie jego jakaś część: dziób, oczy, nogi, też ślady pozostawione na ziemi. Nikt go nie widzi, a on tak bardzo chciałby być widoczny. Stroi się w piórka innych, bardziej widocznych – według niego piękniejszych, ptaków. Tylko po pewnym czasie okazuje się, że te jego działania są wymierzone przeciwko niemu samemu. Bowiem zwraca uwagę na siebie nie tylko nowych potencjalnych przyjaciół, ale również wrogów, którzy z przyjemnością schrupią go przy pierwszej lepszej okazji. Na szczęście okazuje się, że na przyjaciół może zawsze liczyć, a kto wie – może od czasu do czasu sprawić, że ci również staną się niewidoczni.

Książka o tym, że spełnienie marzeń może być początkiem kłopotów. Bo czyż niekiedy nie chcemy być bardziej naj, przebojowi, wyraziści, głośni, widoczni, charakterystyczni? Chowanie się po kątach nie jest w modzie, trzeba przepchnąć się łokciami i stanąć w pierwszym szeregu, w świetle. Tylko – jak się okazuje, bycie niepozornym i niewidocznym, pozostanie w cieniu też może mieć swoje plusy – czego uczy ta bajka. Książka, która uczy akceptacji siebie i innych takimi jakimi są.  

Zaskoczą Was ilustracje – bo jak tu narysować niewidocznego ptaszka. Udało się, to pewne. Ja prawdę powiedziawszy jestem pełna uznania za pomysł. Książka w 2012 roku została wyróżniona na Targach Książki Dziecięcej w Bolonii.

 

Strona autorki

Wiek 3+

Wydawnictwo Widnokrąg



wtorek, 30 lipca 2013
Tutlandia - Agnieszka Ginko/ il. Ewa Poklewska - Koziełło

Opowieści o pewnej rodzinie 2+2. Dzieci: mała Tutka i trochę starszy Tutek. I rodzice. I zwykła codzienność, z którą trzeba się zmierzyć. Która raz bawi i cieszy – innym razem martwi. Zastrzyk, nowa kuzynka – zynka i jej maleńki braciszek, wyprawa do teatru, zabawy, ale też rozłąka z ukochanym tatą, który wyjeżdża na dłuższą chwile, by zarobić pieniądze. Mądre refleksje nad tym, co najważniejsze – dużo tu miłości, ciepła, bezpieczeństwa, empatii. Dom, w którym rodzice wsłuchują się w dzieci i odwrotnie,  w którym dużo się rozmawia, wspólnie spędza czas, szuka się rozwiązania problemów. Raz z górki, raz pod górkę. Świat widziany z perspektywy dziecka, dziecięcy, ale absolutnie nie dziecinny. Świetnie zilustrowany przez Ewę Poklewską – Koziełło.

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina



piątek, 26 lipca 2013
Fistaszki zebrane 1963 - 1964 - Charles M. Schulz

Myślę, że wielu z mojego pokolenia ma swoje wspomnienia o Fistaszkach. Ja pamiętam polską wersję. Cieniutką książkę, która była, a której od dawna nie mogę znaleźć. Może kiedyś jeszcze pojawi się na horyzoncie. Wiem na pewno, że z dziecięcą gorliwością pokolorowałam w niej kilka czarno – białych obrazków. W każdym razie był to powiew Zachodu. Ameryka (ach to umiłowanie do baseballu, dmuchane przydomowe baseniki). Pamiętam też film w kinie i plakat go reklamujący, który na chwilę trafił w moje ręce.

Z Fistaszkami w naszym domu jest tak. Co rusz wyciąga je ktoś z regału – bo budzą ciekawość. Poszczególne tomy mają nietypowy grubaśny i podłużny kształt. Od razu rzucają się w oczy. Nie czyta się ich ot tak – od razu. Delektuje się nimi. I – tak jak te konkretne i prawdziwe peanuts – strasznie wciągają. Niby chce się przeczytać tylko jedną stronę (niby chce się zjeść tylko trochę), potem czyta się następne i następne (a potem sięga się po następne i następne do torebeczki). Co ciekawe zawsze można książkę otworzyć w obojętnie którym miejscu i zawsze na nowo wzbudzi ona zainteresowanie.

O swoich Fistaszkach akurat w tym tomie opowiada we wstępie Leszek K. Talko. Dalej to już 314 stron charakterystycznych paseczków z lat 1963-1964. Charlie Brown, Lucy, Patty, umuzykalniony Schroeder, Linus, Snoopy. Z tekstem i bez. Całkiem krótkie, i całe serie na całą stronę i dluższe. Zabawy dzieciaków, w których czasem można zobaczyć siebie – ze wszystkimi wadami i przywarami. Humor, czasem nie do ogarnięcia przez młodsze pokolenie, scenki, do których zrozumienia czasem potrzebna jest wiedza z zakresu polityki czy kultury. Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach bohaterowie komiksu nie baliby się takiego Frankensteina, ale bardziej wyrafinowanego potwora. Nie oglądaliby slajdów, ale sięgaliby po aparaty cyfrowe i komputery. Przełączaliby kanały pilotem. Bo Fistaszki to też, a może i przede wszystkim, obraz zmieniającej się rzeczywistości.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 



czwartek, 25 lipca 2013
Niedźwiedź łowca motyli - Susanna Isern/ il. Marjorie Pourchet

Mamy na półce kilka książek traktujących w sposób baaardzo pozytywny o niedźwiedziach, misiach, miśkach – wszelakiej maści. Niedźwiedź z książki Susanny Isern to potwór o naprawdę dobrym sercu. Potwór? - źle się wyraziłam – powinno być: stworzenie, zwierz. W każdym razie niedźwiedzie literackie raczej krzywdy nikomu nie czynią. A ten tutaj ratuje życie innym. Ot, pewnego dnia przypadkiem natrafia na porzuconą przez kogoś siatkę na motyle. Każdy motyl, który nieszczęśliwie ląduje w wodzie, jest z niej tą siatką wyławiany, po czym następuje faza suszenia na niedźwiedzim nochalu. Gdy osobnik odkrywa, kim jest wybawca, z przerażeniem ulatuje w siną dal. Ze strachu. Nadchodzi jednak czas, że to niedźwiedź potrzebuje pomocy. A wszystkie uratowane motyle odwdzięczą się za niedźwiedzie dobro.

Najpierw ilustracje – baaardzo się podobają. Znacie już kreskę Marjorie Pourchet z Mamy bohatera – jednej z ważniejszych książek dzieciństwa moich synów. Na niedźwiedziu można policzyć wszystkie włoski z jego sierści – oczywiście to zadanie dla wytrwałych. Widać jak na dłoni chropowatość kory drzew, wyczuwalna jest delikatność motylich skrzydeł. Kiedy czytaliśmy tekst – padło pytanie oburzonego 5-latka – To niedźwiedź nie umie pływać? No właśnie. Nie, w tym akurat przypadku nie umie. I skąd motyle mają tyle siły? Ale czy można mieć o to pretensje? Bajka, to wszystko bajka – po to , by przekazać prawdę o przyjaźni i empatii. A jak wiadomo, w bajkach wszystko jest możliwe. Tak jak tutaj.

Wiek 3+

Wydawnictwo Tako

Strona Susanny Isern

Strona Marjorie Pourchet

 



środa, 24 lipca 2013
Zróbmy sobie arcydziełko - Marion Deuchars

Książka brytyjskiej graficzki i ilustratorki to doskonała alternatywa dla wszelakich komputerów, tabletów tudzież innych współczesnych gadżetów. Wakacyjny czas można spędzić kreatywnie – na tworzeniu. Na razie z pomocą książki, która, kto wie, może stanie się inspiracją do szukania własnych ścieżek? „Zróbmy sobie arcydziełko” jest dopiero początkiem przygody zwanej sztuką, która finał może mieć miejsce w galerii albo muzeum.

By wykonać mobil a’la Alexander Calder, własny komiks, wzór na przygotowanej siatce, zwierzaki z odcisków palców i całej dłoni czy rekina w akwarium naprawdę nie trzeba jakichś wymyślnych materiałów. Wystarczą ołówek, tusz, węgiel, nożyczki, flamastry, kredki akwarelowe. Na samym początku jest ściąga z materiałów plastycznych mile widzianych przy poszczególnych projektach. Własne pomysły w tym zakresie nie wpłyną na jakość i pracy, i zabawy. Bo przecież o to tutaj chodzi – robimy arcydziełko, a ono ma cieszyć oko i sprawiać radość. A to, że przy okazji dzieci poznają Van Gogha, Leonarda da Vinci, Pabla Picassa, Henriego Matisse’a, Paula Klee, Pieta Mondriana, albo zaczerpną wiedzy z zakresu kubizmu, pop artu, op artu, rysunku i rzeźby, jest wartością dodaną całego przedsięwzięcia. Przy nazwiskach znanych artystów zawsze znajduje się krótka notka biograficzna. Gros książki to opis różnych technik plastycznych i instrukcje wykonania projektów. Wiele z nich to zaledwie wstęp do własnych odkryć – dzieci eksperymentują z kolorami, linią, światłem, figurami geometrycznymi, a efekty często wprawiają w zdziwienie i wywołują zachwyt.

Dla wielu sztuka to nuda, monotonia, jakieś wyszukane i nadęte interpretacje niezwykle ważnych znawców sztuki, czyli coś dla wybrańców, którzy jako nieliczni potrafili wznieść się na wyżyny, by spojrzeć krytycznym okiem na dzieło, mało tego – potrafili wyjaśnić co autor miał na myśli. Wybrać się do muzeum? Nie – odstraszają panie w ciemnych uniformach i dziwne kapcie-łapcie do polerowania drogocennych parkietów*. Takie stereotypy łamie książka Marion Deuchars. Sprawia, że nagle ta strrrrrraszna sztuka staje się bliższa, bardziej przystępna i zrozumiała. Jest na wyciągnięcie ręki. Jest w naszym domu. 224 strony formatu A4 gwarantują doskonałą zabawę i odskocznię od codzienności.

 

* Rzeczywistość się zmienia i coraz więcej takich placówek otwartych jest na małe dzieci. Choć mój syn ostatnio przeżył muzealną przygodę w kłopotliwych kapciach-łapciach.

Strona Marion Deuchars

Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

Recenzja ukazała się na portalu xiegarnia.pl



czwartek, 18 lipca 2013
Czarna książka kolorów - Menena Cottin/ il. Rosana Faria

Siedzimy na tarasie o zmierzchu. Jest wreszcie czas na wytchnienie. Na zatrzymanie się. Pośpiech w życiu, szybkie tempo nie pozwalają dostrzec tego, co jest wokół. Choćby taki zwykły trawnik. Tysiąc odcieni zieleni. Myślę o tych kolorach – świeżo po lekturze Czarnej książki kolorów. O białych pękatych głowach hortensji. Dojrzewającej malinowej czerwieni malin. I słońcu, na które nie mam czasu spojrzeć, ale czuję, że jest, bo aż skóra piecze. Setki, tysiące kolorów otaczają nas, są takie zwykłe i oczywiste, że trudno zrozumieć świat bez nich. Rzadko kto dopuszcza taką myśl na co dzień.

Tymczasem wspomniana już książka – nietypowa i jedyna w swoim rodzaju, daje sygnał, że może być inaczej. Bo świat Tomka – niewidomego chłopca, to pozornie właśnie świat czerni. Jednocześnie chłopiec potrafi zdefiniować dany kolor, ponieważ poznał go nie oczyma, ale innymi zmysłami. Dotyka go, czuje i smakuje. Brąz to szeleszczące pod nogami liście, zieleń – to zapach świeżo skoszonego trawnika. Czerwień jest kwaśna – jak truskawki ale jednocześnie słodka jak arbuz. Jednocześnie to sygnał, że niewidzenie w niczym człowieka nie ogranicza. Otwiera inne furtki, które my, widzący, a może widzący inaczej, z wygody, nie wiem, może nawet z lenistwa, a może tej kolorowej oczywistości, jaka nas otacza, dla nas samych pozostawiamy zamknięte na siedem spustów. Książka cała w czerni, ze srebrnym tekstem, z wypukłymi błyszczącymi ilustracjami. A może kazać dziecku zamknąć oczy i opowiedzieć mu o Tomku, który poznaje świat przez dotyk i węch. Pogładzić zarys piór, włosów, trawy, kropli wody. Przejechać po tekście napisanym alfabetem Braille′a. Spróbować doznać uczucia niewidzenia. Choć to nie to samo. Na pewno. ..

Piękna książka, która kieruje uwagę małych czytelników na osoby niewidzące. Starszych skłania do refleksji nad życiem – bo wszystko przemija – a my tak naprawdę nie mamy czasu, by delektować się szarością nieba przed burzą, albo bielą świeżutkiego śniegu. Nie dostrzegamy niuansów odcieni. Niebieski to w końcu niebieski. A to nieprawda. Są przecież – lazur, błękit, modrakowy, granatowy, lapis – lazuli, kobaltowy, indygo.

Książka zdobyła nagrodę New Horizons Award Bologna Children′s Book Fair 2007 na Targach Książki Dziecięcej w Bolonii.

Wydawnictwo Widnokrąg

 



środa, 17 lipca 2013
W Paryżu dzieci nie grymaszą - Pamela Druckerman

Rzadko sięgam po poradniki typu jak wychować dziecko, ażeby ono (czyli dziecko) sprostało moim oczekiwaniom. Już dawno zauważyłam, że autorzy takich książek – tzw. eksperci - swoje – a dzieci swoje. Polegam na intuicji. Podskórnie czuję, co jest dobre dla moich dzieci – i czasem jest lepiej, czasem gorzej. Czasem z górki, a czasem pod. Ten kto ma dzieciarnię, pewnie zgodzi się ze mną, że wychowanie nie jest rzeczą łatwą. Ba – by nawet nie powiedzieć – jedną z najtrudniejszych. No chyba, że się machnie ręką – i jakoś samo się kręci. Ale zaciekawił mnie tytuł – że niby w Paryżu dzieci nie grymaszą. Jak to – przecież dzieci zawsze grymaszą:)))) Nawet przed lekturą podpytałam siostrę, która była przez kilka lat w Paryżu podglądała ludziska, paryżanki i ich dzieci mniejsze i większe – i faktycznie coś w tym jest. Ale jaka jest tego tajemnica, powiedzieć już nie umiała. Tę zagadkową sprawę postanowiła zbadać amerykańska dziennikarka, która pewnego dnia uświadomiła sobie, że dzieci w Paryżu są zupełnie inne niż te, które mają jej amerykańscy znajomi. Baaa- inne niż jej amerykańskie dziecko wychowywane właśnie w Paryżu. I zaczęła drążyć. Efektem tego jest ciekawa, w wielu miejscach autoironiczna, ocena stanu wychowania nad Sekwaną i za Oceanem. Bo różnic autorka doszukała się sporo. Zupełnie tak, jakby w kwestii podejścia do ciąży, porodu i wychowania pisała o mieszkańcach dwóch różnych planet. Nie jest to typowy poradnik – że trzeba postępować tak i tak. Autorka bierze pod lupę kilkanaście zastanawiających ją zagadnień, analizuje je, stara szukać się odpowiedzi wśród Francuzów, sięga do literatury (zwłaszcza do filozofa Rousseau – ale nie tylko – bibliografia jest naprawdę pokaźna), drąży temat uparcie, szuka różnic kulturowych – bo takowe są na pewno – i stara się je po ludzku wyjaśnić. Czy jej się udało? 

Na początku napisałam, że nie jest to typowy poradnik. Jednak gdy ktoś zechce, może zastosować w swojej ciężkiej pracy wychowawczej kilka sposobów na okiełznanie dziecka. Przy czym nie ukrywam – gros metod odnosi się do najmniejszych dzieci . Już od pierwszych chwil można nauczyć dziecko … cierpliwości. Francuzi intuicyjnie stosując tzw. pauzę. Uczą dzieci czekania. Potem nie ma się co dziwić, że przy stole paryskie maluchy cierpliwie czekają na kolejne dania (pełna kultura – bez ładowania paluchów do talerza), gdy tymczasem ich amerykańscy rówieśnicy w tym samym czasie roznoszą całą restaurację i rozrzucają jedzenie gdzie tylko się da. Dzieci francuskie nie grymaszą przy posiłkach, jedzą od najmłodszych lat warzywa i sery najróżniejszej maści bez marudzenia, nie pojadają między posiłkami, które są zawsze o stałych porach. Warto przyjrzeć się też francuskim rodzicom, którzy nie wkręcają swoich pociech w wyścig szczurów, nie boją się żłobków, nie zmuszają dzieci do wcześniejszego opanowania umiejętności czytania, pisania i liczenia. Raczej „otwierają oczy” na świat, doznania. Uśmiałam się przy opisie lekcji nauki pływania. Świetnie widać różnice kulturowe – czego oczekują rodzice amerykańscy, a czego francuscy od nauczyciela. Jest kilka informacji o tym, dlaczego Francuzki nie tyją i jak nauczyć dzieci tego, że wieczór jest dla rodziców, którzy mają prawo do swojej prywatności.

Tytuł książki to pytanie, na które na pewno znajdziecie odpowiedź w środku. Lekko napisana, z humorem, jest wnikliwą analizą metod wychowawczych nad Sekwaną. Nie nakazuje, ale podpowiada. Nie neguje, ale porównuje. Mnóstwo przykładów z życia, prób wprowadzania metod na własnym podwórku. Jakby nie było – lektura skłania do refleksji nad tym, jak my wychowujemy dzieci, jak byśmy się zachowali w danym momencie. Książka, która na pewno pozwoli potraktować rodzicielstwo trochę z przymrużeniem oka, pozwoli dojrzeć w nim jasne strony. Nie – nie obiecuje, że będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie. Przygotowuje początkującego rodzica do tego, że wychowanie to żmudna i ciężka praca. Ale dająca też wiele satysfakcji. Rodzicielstwo – to też lepsze poznanie siebie, swoich reakcji i emocji. Jaki będzie tego efekt – z książki wynika, że pracuje się na niego latami – na relacje z dziećmi, z innymi członkami rodziny. I trzeba zacząć jak najwcześniej.

Wydawnictwo Literackie 

poniedziałek, 15 lipca 2013
Biała księżna - Maria Durickova/ il. Miroslav Cipar

 

Miałam szczęście, że los obdarował mnie babcią, która znała wiele przeróżnych powiedzonek, opowieści, zagadek i bajek, i ze swadą opowiadała mi je przy przędzeniu, szyciu czy innej pracy. A mama nauczyła mnie mnóstwa piosenek. Ale to zasługa nie tylko tych dwu pań. W czasach mojego dzieciństwa cała nasza wieś żyła staroświeckim wiejskim życiem: w bliskim kontakcie z przyrodą, ale daleko od reszty świata i w całkowitym odcięciu od nowoczesnej techniki, żadnej elektryczności, radia, kina, telewizji – nic. Kiedy tak patrzę wstecz, to świat mojego dzieciństwa wydaje mi się mały, prosty i całkowicie zrozumiały, zupełnie jak świat bajek ludowych. No i ja ten mój świat dziecięcy przeniosłam w pamięci i w sercu do wielkiego i złożonego świata, i niekiedy do niego wracam. Zwłaszcza w bajkach A szczególnie w bajkach takich jak te. Zdarza się, że jestem w rozterce, jak to czy tamto opisać. Wtedy zastanawiam się, jak by to powiedziała moja mama? A ojciec? A babcia? I oni od razu przychodzą mi z pomocą, przez cały czas są gdzieś w pobliżu. Dlatego w bajkach czuję się jak w domu, to jest mój rodzinny obszar.

(fragment Zamiast posłowia)

Zbiór bajek słowackich, które pamiętam z dzieciństwa. W środku takie tytuły:

- Biała księżna
- Jasio Paluszek
- Narzeczony ze studni
- Oracz i olbrzymy
- Złota prządka
- Kluczyk na niebieskiej wstążce
- O wodniku i ślicznej Zuzannie
- Dzieci i smok
- Syroń i Atalenka
- Jasio Groszek
- Odważna Zocha
- Rada ojcowska
- Dziewczyna i kogut
- Królewna Szczebiotka
- O Jasiu Drewienku
- Dwie siostry
- Drzewo, co wszystko upiększa, woda, co wszystko ożywia i ptak, co wszystko odgaduje
- Ropucha
- Wilczygoń
- Krutometa
- Bogunki
- Trzeci brat
- Kobiece plemię
- Skrzat


Kupiłam na Allegro za ... 4 złote + przesyłka.

niedziela, 07 lipca 2013
Baśń o rumaku zaklętym - Bolesław Leśmian/ czyta Jarosław Kopaczewski

Słuchając z dziećmi tej baśni, przez myśl mi przeszło: czy to możliwe aby liczyła ona sobie dokładnie sto lat? Przypadkiem obchodzimy rodzinnie jej jubileusz – co sprawia nam ogromną frajdę. Czasem stare teksty są trudne w odbiorze – najeżone archaizmami, specyficzną składnią. Tutaj tego nie ma. Baśń ma niesamowity klimat – no tak: autor był przede wszystkim poetą. Mnie cieszy, że od czasu do czasu daje się nowe życie takim perełkom – bo to prawdziwa literacka uczta, podróż w czasie i przestrzeni. Chyba mogę bez kozery powiedzieć, że cała nasza trójka na blisko półtorej godziny przeniosła się w zupełnie inny wymiar. Do dalekiej Persji, gdzie pełno bogatych pałaców, czarowników, latających dywanów i pięknych księżniczek. Akurat zaczął się tam Nowy Rok. Tyle że w odróżnieniu od nas – ma on miejsce zawsze wiosną.

 

Persowie kochają słońce i kwiaty i dlatego rozpoczynają swój rok wówczas, kiedy na świecie jest dużo słońca i dużo kwiatów. W dniu owym na całej ziemi perskiej odbywa się wielkie święto. To bardzo przyjemnie, kiedy nadchodzi wielkie święto i dzieją się rozmaite czary.

 

I właśnie takie czary mają tu miejsce. Król ogląda z zaciekawieniem magiczne wynalazki i czarnoksięskie odkrycia. Ale nic tak nie przykuwa jego uwagi, jak piękny, rzeźbiony w drzewie czarodziejski rumak. Syna króla: Firuz – szach sam chce wypróbować rumaka, jednak wyrusza na przejażdżkę nie wysłuchawszy wcześniej „instrukcji obsługi”. Królewicz trafia do krainy, gdzie spotyka piękną księżniczkę, zakochuje się w niej i nie kwapi się do powrotu. Tymczasem czarownikowi od zaklętego rumaka perski król lada dzień zetnie głowę, ponieważ jest przekonany, że królewicz nie żyje i to jego właśnie obarcza winą.

Tekst przeczytał aktor filmowy i teatralny Jarosław Kopaczewski. Słucha się go z przyjemnością. Naśladuje różne głosy – inaczej mówi król, inaczej czarnoksiężnik, jeszcze inaczej księżniczka. Ciekawym dodatkiem jest muzyka Weroniki Ratusińskiej.


Na stronie wydawnictwa można wysłuchać fragmentu książki, mało tego: można jej wysłuchać w całości, można ją również samemu przeczytać. Czyli – prawdziwa uczta dla mola książkowego. Jeśli ktoś się zdecyduje na zakup – też dobra wiadomość: cena audiobooka nie jest wygórowana. W środku gustowna wkładka: Z serdecznymi życzeniami – podpowiadam zatem pomysły na upominek dla najbliższych i znajomych.

 

Szczerze zachęcam do odwiedzin na stronie jeszcze mało znanego wydawnictwa. Znajdziecie tam perełki literatury dla dzieci: Są tu m.in.: Kipling, Goethe, Kraszewski, Andersen, Bechlerowa, Barrie, Conrad. Nie sposób wymienić wszystkich – książki w wersji tradycyjnej i do słuchania. Nazwa wydawnictwa Festina Lente – znaczy tyle, co spiesz się powoli. To ważne w dzisiejszym świecie. Kiedy wszyscy gnamy za czymś. Książki pomagają się zatrzymać i dobrze spożytkować czas. A kto wie – może kiedyś, gdy ktoś spyta nasze dzieci – A do czego służy komputer/ laptop itd.? Odpowiedzą: Do słuchania książek. Wówczas cel Festina Lente i wielu innych wydawnictw oferujących audiobooki zostanie osiągnięty. I o to tu chodzi:)

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Festina Lente

Czas nagrania mp3- 01:27:11

 



sobota, 06 lipca 2013
Brzechwa nie dla dzieci - Mariusz Urbanek

Dla wielu Brzechwa to przede wszystkim autor bajek wierszem. Mało kto zna chyba jakiś przykład wiersza poważnego (w domyśle – dla dorosłych). Nie wykluczam, że są takie osoby, ale w obliczu popularności takich perełek literackich jak choćby Na straganie, śmiem wątpić, że tamto się liczy. Ulubionym wierszem moich synów: pięciolatka i ośmiolatka jest Leń. Całkiem pokaźnych rozmiarów – mogą wyrecytować nawet wybudzeni z głębokiego snu z pamięci. Dzieci znajomych też opanowały coś z bajek wierszem. Sama pamiętam – Samochwałę, Na straganie, Na wyspach Bergamutach. Taki jest Brzechwa w naszej świadomości. Tymczasem bajki dla dzieci zaczął pisać późno, bo krótko po czterdziestce, nie mając żadnego doświadczenia z takim (bardzo wymagającym skądinąd) czytelnikiem, jakim jest właśnie dziecko. Bo prawda jest taka, że jak się nie podoba – to coś zostaje odrzucone w kąt. I nie pomogą żadne uzasadnienia typu, że przecież Brzechwa wielkim poetą był. Dzieci są najbardziej szczerym i prawdziwym krytykiem. Tymczasem Kaczka dziwaczka, Opowiedział dzięcioł sowie są z nami już tak dawno. I będą – co jest baaaaaaardzo pewne. To właśnie dzięki nim poeta stał się nieśmiertelny.

Sam Jan Wiktor Lesman (ur. 1898r - poeta wykorzystał rozgardiasz powojenny w dokumentach i się odmłodził. Zawsze podawał rok 1900 jako datę urodzenia. Takowa widnieje również na jego grobie) – adwokat z wykształcenia, chciał być poetą – i to poetą poważnym. Pisał poezję, teksty do kabaretów: piosenki, skecze (jako Szer-Szeń). I żył w cieniu swojego, ponoć bardziej zdolnego, kuzyna – Bolesława Leśmiana, który pewnego dnia stwierdził, że przecież nie może być dwóch poetów Lesmanów i wymyślił dla młodszego o lat dwadzieścia Janka pseudonim.

-Pomyśl – przekonywał krewniaka – jakie to piękne: opierzona część strzały.

I tak zostałem Brzechwą na całe życie”.

Punktem wyjścia książki Michała Urbanka są rodzice. On: Aleksander, inżynier po Instytucie Technologicznym w Sankt Petersburgu. Ona: Michalina Lewicka, była już po trzydziestce, gdy zdecydowała się podjąć trudy tułaczki i nudnego życia po rosyjskiej prowincji.

"Co parę lat wnoszono do domu wielkie kosze i skrzynie, do których pakowano nasze meble i rzeczy" - wspominała po latach siostra poety. "Zamieszanie i harmider, towarzyszące przeprowadzce, stanowiły dla nas wielką atrakcję". Nowe miejsce oznaczało nowych ludzi, nowe znajomości, nowe przygody.

Książka przedstawia różne aspekty życia Brzechwy – jego próby twórczości, często krytykowane przez kolegów po fachu, odrzucane przez wydawców.

-Synku, niedobre są te wiersze – powiedział mu kiedyś Tuwim, choć, jak wspomniał, „z wyrazami najwyższego zakłopotania”.

Jako prawnik wsławił się jako obrońca praw autorskich, działał aktywnie w Związku Literatów Polskich i ZAIKS-ie.

Dużo tu informacji na temat życia prywatnego, jego miłostek i małżeństw. Ciekawie przedstawiono czasy okupacji. Pewnego dnia został wyciągnięty siłą przez szmalcowników z cukierni i zaprowadzony na gestapo. Podczas przesłuchania stwierdził, że jest mu wszystko jedno – że nie jest Żydem, ale i tak mogą go zabić, bo kobieta, którą kocha, go nie chce. A życie bez niej nie ma sensu (chodziło o Janinę Serocką, którą poeta w końcu poślubił po wojnie. Była jego trzecią żoną). Niemcy rozbawieni tym, puścili go wolno. Mało tego, za chwilę ryknęli śmiechem, kiedy po kilku minutach zauważyli powracającego mężczyznę, który dopiero na dole przy wyjściu przypomniał sobie, że nie zabrał przecież swojego torcika mocca.

Książkę Urbanka – pełną szczegółów z życia, ciekawostek, wspomnień, anegdot czyta się jednym tchem. Autor zajął się też współczesnością – a to co z tym się wiąże – tematami trudnymi. Pamiętacie burzę wywołaną jakiś czas temu, żeby Brzechwa przestał być patronem naszych szkół i ulic? Bardzo ciekawa jest rozmowa z Krystyną, córką poety, o ich trudnych relacjach. Na samym końcu – bogata bibliografia, która zachęca do własnych dalszych poszukiwań.

Przez cały czas chciałem być poetą lirycznym. No, ale stało się inaczej” - powiedział pod koniec życia Krystynie Nastulance. „Przydarzyło mu się bowiem to, co się czasem poetom przydarza (…) złote jabłko znalazł nie tam, gdzie początkowo szukał”. (Ryszard Matuszewski)

 

Wydawnictwo Iskry



 
1 , 2