Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 31 lipca 2011

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie i za szperanie w nowościach ZNAKu. Spośród jedenastu zgłoszeń wylosowaliśmy dwa:

-elzbieta – ela,

-rykam

Proszę o kontakt z adresem na maila: nata442@op.pl Do tych osób wysyłam komplety książek – Własny pokój i Ten gruby, za które dziękuję wydawnictwu ZNAK. Pozdrawiam!

 

 



Tagi: konkurs
22:58, be.el
Link Komentarze (2) »
sobota, 30 lipca 2011

Trzeba myć ręce i zęby. Prawda, może nie znana jak świat, bo starożytni i późniejsze ludy nie przykładały do tego aż tak wielkiej wagi. W każdym razie, kiedy w obecności malucha pojawiają się takie górnolotne stwierdzenia, że coś trzeba, dziecko zadaje nam bobu i od razu atakuje – A dlaczego? Coś wiemy, że bakterie, wirusy, że niebezpiecznie, próchnica, salmonella i inne dziadostwo, ale dziecku zazwyczaj to nie wystarczy. Bo skoro są bakterie, to gdzie one są, skoro ich nie widać? Nie widać – znaczy – nie ma. A jak nie ma, a mama upiera się, że jednak SĄ – to pewnie mama … kłamie;) Dziecko psika – Zakryj buzię, bo rozsiewasz zarazki – i tak w koło Macieju, bo przecież nic nie widać. Akademia dziecka – Moje ciało to seria książeczek popularno – naukowych dla najmłodszych. W prosty sposób wyjaśniają  i odkrywają tajemnice, tego, co się dzieje wokół małego człowieka.


Dlaczego musimy się myć, skóra, jak dobrze umyć ręce, bakterie i wirusy, rozsiewanie zarazków, skaleczenia i zadrapania.

 


Jaka jest rola zębów, jakie mają kształty, różnica - mleczaki i zęby stałe, budowa zęba, próchnica, jak prawidłowo umyć żeby, dlaczego cukier szkodzi zębom, jak je wzmacniać i pierwsza wizyta u stomatologa - takie informacje znajdziecie w tej części. Zabrakło mi tutaj zdjęcia bakterii, które atakują zęby - tak jak to miało miejsce w przypadku skóry. Nic tak nie zachęca dzieci do mycia zębów jak konfrontacja - oko w oko z jakimś potworem wywołującym próchnicę.

Na końcu obu książeczek Słowniczek z najważniejszymi pojęciami, Uwagi do rodziców i wychowawców oraz Indeks – jak na porządną ważną książkę przystało.

Książki są kolorowe z mnóstwem zdjęć, obrazków. Godna polecenia jest zwłaszcza część - Spróbuj i ty. Dziecko może przeprowadzić pierwsze badania naukowe i obserwacje i to za pomocą najprostszych przyrządów. Rozciera krakersy między łyżeczkami, by się przekonać, jak zęby rozcierają pokarm, obserwuje jajko zalane octem, plombuje ziemniakiJ przy pomocy gęstego cukru pudru, obserwuje swoje zadrapania i strupki, umyte włosy.

Akademia dziecka na pewno pomoże, gdy pojawi się pytanie – Dlaczego?

Podaję link do ciekawego wpisu o myciu rąk, do którego w metodzie Montessori przykłada się olbrzymią wagę. Warto przeczytać.

Wiek 4+

Wydawnictwo Wilga

 



wtorek, 26 lipca 2011

Mnie się podoba - bardzo:) Oddaje klimat tej powieści. Temat w końcu mroczny, tajemniczy. Z niecierpliwością czekam na premierę - 12 października! Mało czerni w ilustracji dziecięcej. Nie stroni od niej Józef Wilkoń (Księga Dżungli, Czarny Młyn, Pan Tip Top). Teraz Katarzyna Bajerowicz. Kiedy przeczytałam kilka tygodni temu na blogu Ilustratorki, że Wydawnictwo zdecydowało się na czerń solo - pomyślałam sobie - te rozjaśnione kroplą fioletu, czerwieni i niebieskiego chyba są piękniejsze. Tymczasem ta okładka zbiła mnie z tropu i jestem gotowa zmienić zdanie:)

 

Na okładce książki nad wyrazem TATO widnieją dwa serduszka. Faktycznie - nie sposób nie pokochać, nie polubić taty Różyczko – o czym wiedzą z pewnością jego dzieci, ale też ja, mama dwóch urwisów, która zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia i czytania. Nie mówiąc już o moich synach, którzy po lekturze obydwu książek, bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę wracającemu z pracy tacie.  To nic, że zmęczony, ledwie powłóczy nogami, wzrok mętny, marzący o wygodnej kanapie, gazetce albo poważnej lekturze. Nic to. Dzieci czekają. A ja śpieszę donieść, że krucjata taty Rożyczko – choć pewnie nie zaplanowana, taka spontaniczna, zaczyna zbierać obfite owoce. Rower, piłka nożna, spacery plac zabaw. NOOOO – może i tato Różyczko jest bardziej kreatywny niż nasz, ale co tam. Fajnie jest.

Tato Różyczko to typ człowieka, dla którego nie istnieją żadne przeszkody. Wszystko da się pokonać, trzeba tylko chcieć. A tato chce bardzo. I na wiele pozwala. Nawet wyniesienie wszystkich mebli przez dzieciaki traktuje bardziej w kategoriach kreatywności, aniżeli nieposłuszeństwa.   W każdym razie w odsłonie drugiej historii o przesympatycznej rodzinie z trójką dzieciaków pojawia się pomysł zbudowania domku na drzewie. Wszyscy są zachwyceni pomysłem, którego autorem jest nie kto inny, jak sąsiad – Pan Rurka. Wkrótce okazuje się, że obaj panowie odkrywają w sobie dziecko, zaczynają wymyślać liczne ulepszenia i dziwaczne rozwiązania, zapominając o istnieniu dzieciarni, która już na dobre zniecierpliwiona zbyt poważnym zaangażowaniem dwóch dorosłych osobników, sama na boku realizuje swój projekt autorski – tak po dziecięcemu – spontanicznie, z tego co akurat pod ręką, z materiałów nie wykorzystanych przez super – majstrów.

Ciepła i pełna humoru opowieść o relacjach między najbliższymi, z charakterystycznymi ilustracjami autora. Na tacie zawsze można polegać, tato potrafi wszystko – wiedzą o tym Konstanty, Olaf, Anna – Maria i Mama, która pojawia się zawsze na końcu książki. Bo tato jest the best. Kolejna inspiracja. Jest tylko jeden problem - drzewa w naszym ogrodzie są jeszcze takie maleńkie.... Chyba że będzie to domek-nie -na-drzewie. Hm........

 

Tutaj znajdziecie recenzję ksiązki - Tato, popłyńmy na wyspę!.

Wiek 3+

Wydawnictwo Bona



niedziela, 24 lipca 2011

Kilka miesięcy temu pisałam na moim blogu o książce Własny pokój. Jej głównym bohaterem był nastolatek z warszawskiego gimnazjum – Zach. (zajrzyjcie tutaj). Jednym z jego kolegów był Jacek - chłopiec z dużą nadwagą, a co za tym idzie – również kompleksami. W poprzedniej części Jacek zostaje pobity przez… no właśnie – nie wiadomo dokładnie przez kogo, chłopiec nagle znika z horyzontu, o co miałam przez połowę książki cichą pretensję do autorki. Tymczasem wkrótce okazało się, że w planach wydawniczych była kontynuacja, w której właśnie pierwsze skrzypce grał będzie zakompleksiony Jacek. Zach starał się ułożyć swoje życie prywatne i szkolne, a tymczasem u Jacka też się dużo działo. Ten grzeczny, ułożony chłopiec, wypiejdany przez mamusię, postanawia wziąć się w garść – po napadzie grupki młodocianych przestępców, buntuje się, chce stać się … prawdziwym mężczyzną. Ma dość nadopiekuńczej matki, swojej tuszy, wścibskich sióstr (czterech), tłustej kuchni. Przenosi się do ciotki Emilii – przydomek Niedźwiedź – do Lenkowa, małej wioski gdzieś tam w Polsce. Co ciekawe – ciotka – nauczycielka i zarazem dyrektorka wiejskiego gimnazjum, to znienawidzona przez matkę Jacka bratowa. Dlaczego tak jest? Co Jacek zastanie w Lenkowie? Czy zmieni się? Czy dojrzeje? Jak będzie się czuł w nowej szkole? Czy znajdzie nowych przyjaciół?

Mimo, że tytuł powieści dotyczy głównie Jacka, to jest w tej książce kilku bohaterów, którym autorka poświęca swoją uwagę. Między innymi Adrianna – dziewczynka niepełnosprawna, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Ada traci wiarę w siebie, w sens życia. Zaczyna widzieć wszystko w czarnych kolorach. Dzięki Jackowi i pewnemu spacerowi zimową porą, zaczyna inaczej patrzeć na ludzi, na mamę, na otaczający świat. Bardzo podobał mi się obraz ciotki Emilii – życiowej kobiety, która białe nazywa białym, a czarne – czarnym. Nie owija w bawełnę – i choć na chwilę przywróciła mi wiarę w naszą polską szkołę, zaangażowanie starszych w rozwiązywanie promów młodych ludzi – ale tak życiowo, normalnie, bez nadętego moralizowania albo, na szczęście, bez patosu i wymądrzania się – coś a’la – ja to wiem lepiej.

Zachęcam do lektury. Przyznaję, że z przyjemnością przeczytałam kolejną powieść dla młodzieży autorstwa Barbary Ciwoniuk. Porusza w niej wszystkie aktualne problemy dzisiejszej młodzieży – przemoc w szkole, pęd za sukcesem, kult pięknej sylwetki, przyjaźń, niepełnosprawność, konflikty pokoleń. Jest i wątek kryminalny, problemy dorosłych rodziców, jest klimat małej wsi – gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a wójt zachowuje się jak pan i władca. Autorka pisze o tym, co w życiu najważniejsze. Bo czy parę kilogramów nadwagi, albo wózek inwalidzki to przeszkoda do tego by mieć marzenia? By czuć się gorszym? Mądra i życiowa lektura.

Wiek 13+

Konkurs!

Dla tych, których zaciekawiła ta książka mam od wydawnictwa ZNAK dwa komplety powieści Barbary Ciwoniuk - Własny pokój i Ten Gruby. Proszę w komentarzach wpisać tytuł nowości wydawnictwa ZNAK. Tytuł nie może się powtarzać z poprzednimi wpisami. W niedzielę 31 lipca wylosuję wśród uczestników dwie osoby, do których wyślę dylogię Barbary Ciwoniuk.

Wydawnictwo ZNAK emotikon



środa, 20 lipca 2011

Nie pierwszy to raz – kiedy chcę napisać o książce wspaniałej i … brak mi słów:) Choć tutaj – powinno być raczej – wyrazów. Siedzę przed monitorem, odchodzę, robię kolejną kawę, sprawdzam jak się bawi dzieciarnia, pomagam dokręcić śrubkę przy powstającym właśnie helikopterze i znów wracam do pracy i tak od nowa – pustka. Po raz kolejny zachwyca mnie fenomen pisarki z dalekiej Północy, której życiorys troszkę znam dzięki biografiom. Jak to dobrze się stało jak się stało – Astrid Lindgren wzięła udział w konkursie literackim, chwyciła wiatr w żagle i dzięki temu mamy tak wiele wspaniałych książek. Bracia to jedna z nich. Czekałam wiele lat na przeczytanie jej moim dzieciom – bo nie jest to lektura łatwa, czasem jest wręcz przerażająca, niesamowicie wzruszająca, poruszająca niełatwe sprawy. W dodatku pod warstwą przygody kryje się drugie dno, mądrość – o przyjaźni, miłości braterskiej, odwadze, empatii, chorobie, cierpieniu, śmierci, zdradzie, gotowości poświęcenia życia dla innych. Młodsze dziecko skupi się zapewne bardziej na złym Tengilu i jego żołnierzach w czarnych płaszczach, będzie zadawało pytania kto to jest ta Katla, będzie trzymało kciuki oczywiście za Jonatana I Sucharka. Starsze będzie mogło przeżyć tę książkę całkowicie – do końca. Czytałam starszemu synowi – który słuchał w skupieniu, ciszy. Młodszego interesowały tylko przygody – słuchał, choć książka nie dla (prawie) czterolatka – i brał to co dla niego najłatwiejsze, najwygodniejsze, robiące największe wrażenie.

Książka ma w sobie wiele smutku. Przede wszystkim początek, który wzruszy każdego. Dwaj bracia – młodszy Sucharek i straszy – ten odważniejszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony, o pięknej twarzy – Jonatan. Sucharek – młodszy – który też jest narratorem tej powieści – nie wstydzi się mówić o swoim strachu, niepewności, o wylanych łzach. Karol Lwie Serce -  sam przyznaje, że dość dziwnie to brzmi. Jednak próbuje, chce dorównać bratu i daje wiele przykładów, że zasługuje na przydomek nadany braciom – zresztą kto się orientuje w historii, od razu rozpozna nawiązanie do mężnego króla Ryszarda Lwie Serce. Młodszemu pisana jest śmierć – choruje od dawna, praktycznie nie opuszcza łóżka. Tylko, że los jest złośliwy – to Jonatan odchodzi pierwszy do Nangijali. Krainy, o której tak często wspominał Sucharkowi. Za jakiś czas dołącza do niego młodszy brat. Zaczynają wspólne życie w Dolinie Wiśni – mają konie, łowią ryby, a Sucharek biega jak najzdrowsze dziecko na świecie i nie ma krzywych nóg. Tylko, że i tutaj nie dzieje się dobrze. Okrutny Tengil chce zawładnąć tym światem. Jego macki dosięgły już Doliny Dzikich Róż. Teraz czas na Dolinę Wiśni. Bracia Lwie Serce chcą ją  uratować i zrobią wszystko, by ten cel osiągnąć.

Wspaniała proza, oryginalne ujecie tematu śmierci – tak zwyczajnie, bez żadnych upiększeń i przemilczeń.  Kraina działająca na wyobraźnię, gdzie spotykają się ludzie po śmierci. Ważna nauka dla najmłodszych, że życie ziemskie to tylko jakiś etap. Mnie zachwyciło przedstawienie miłości braterskiej – wyrozumiałość i mądrość Jonatana – zawsze cierpliwego, wyrozumiałego, tłumaczącego świat młodszemu Sucharkowi. Sucharek – czyli Karol – zapatrzony w starszego brata, biorący z niego przykład, uczący się od niego rozróżniać dobro od zła. Wspaniałe ilustracje Ilon Wikland. Zastanawiam się ile razy użyłam tutaj: wspaniały, niesamowity. Takie emocje wywołuje ta książka – choć nie jest to pewnie lektura dla każdego. Jeśli nie uda się jej przeczytać  w tym momencie – warto spróbować za jakiś czas – raz jeszcze – niektóre książki trafiają do czytelnika swoimi drogami.

Wiek 8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



czwartek, 14 lipca 2011

Słonie są szare. Ich pomarszczona skóra ma specyficzny odcień szarości, który chyba spokojnie mogę określić jako szary słoniowy. Tymczasem w stadzie żyje Elmer – słoń kolorowy i w dodatku w kratkę. I to tak bardzo kolorowy, że można od patrzenia na niego  dostać oczopląsów: fioletowo – biało – niebiesko - różowo – zielono…. Oj – długo by wymieniać. Ta inność Elmera nie daje mu spokoju, spędza sen z powiek – Elmer chce być taki jak jego przyjaciele – chce być zwykłym, niczym nie wyróżniającym się szarym słoniem. Pewnego dnia postanawia to zmienić. W tym celu udaje się w jedno miejsce w dżungli, gdzie rośnie krzew z owocami w kolorze… słoniowym. Turla się w tych owocach, tarza aż do skutku. Jego skóra wygląda jak skóra innych słoni. Jest takim słoniem jak inni członkowie jego stada – szarym, zwykłym….może nawet nijakim i na pewno nudnym. Ale tylko do pierwszego deszczu. Na całe szczęście….

Elmer zachwyca – wspaniałymi ilustracjami i mądrym przesłaniem. Inność jest trudna. Bo łatwiej jest wtopić się w tłum, w stado i niczym się nie wyróżniać. Inne szare słonie to … słonie jak wszystkie inne. Kiedy Elmer kroczy przez dżunglę –  zwierzęta od razu go rozpoznają i wołają – Dzień dobry, Elmer! Inność jest wyzwaniem – i Elmer temu sprostał. Pogodził się ze swoim wyglądem, mało tego – zrozumiał, że ta jego inność może być darem dla innych, może wzbogacać, może dawać, może skłaniać do śmiechu i zabawy. Książka może być punktem wyjścia do rozmów na temat bycia innym, o plusach i minusach takiego stanu rzeczy, o akceptacji innych i samoakceptacji, w końcu o dawaniu siebie innym i czerpaniu garściami z doświadczeń innych ludzi i istot. Jest tyle możliwości, by czytać tę książkę – wspaniałe ilustracje wręcz zmuszają by dopowiadać historię po swojemu, tworzyć własne dialogi. Opowieść pełna optymizmu, z ważnym przeslaniem dla małych czytelników – uczy, że bycie innym wcale nie oznacza – gorszym. Dzięki temu nasze życie i innych może być o wiele bogatsze.

Wiek 3+

Grupa Wydawnicza Publicat



środa, 13 lipca 2011

Maciej Szymanowicz to nasze prywatne odkrycie roku. Między innymi dzięki Platynowej serii. Kiedy moje dzieci zobaczyły jego lokomotywę i jej wagony, zaparło im dech w piersiach i słychać było jak cichutko uchodzi z nich powietrze – Buch, Uch, Puff, Uff - długie milczenie, potem długo nic a nic -  w końcu – jęk męskiego zachwytu. Myślę, że Tuwim wychwalany w tylu recenzjach nie będzie miał mi za złe, że nie zaczynam od niego. Zepchnęłam go na drugi plan – ale to ze względu na reakcję moich dzieci. Sam poeta i jego wiersze specjalnej reklamy nie potrzebują: wspomniana już Lokomotywa, dalej: Zosia Samosia, Babmo, Dyzio marzyciel, Ptasie radio, Idzie Grześ, Kotek, Okulary, Rzepka, Spóźniony słowik, Słoń Trąbalski – któż ich nie zna. Wiersze dzieciństwa naszych rodziców, nasze,  w końcu naszych dzieci. Wiele z nich znamy na pamięć, albo w długich fragmentach. Moje pociechy zachwyciła wizja cudu techniki sprzed lat. Mnie urzekła wniebowzięta mina Zosi Samosi. I ptaki – bohaterowie Ptasiego radia. Ilustracje Szymanowicza rozpoznajemy z daleka – tak – jego jest i Pchła Szachrajka i sąsiadka ze swoją menażerią i Asiunia. Nowe wydanie Tuwima stanęło na półce obok mojego - wysłużonego gazetowego sprzed lat – bodajże trzydziestu. Tamto bez okładki, na fatalnym papierze, z ilustracjami, których autora nijak rozpoznać nie mogę. Ale w tych zaczytanych, zniszczonych kartkach jest tyle wspomnień, sentymentów, dziecięcych marzeń. Podoba mi się taka mieszanina na półce – moje książki i moich dzieci. Czerpanie z nich z każdej po trochu. Tuwim wiecznie młody – i pewnie jeszcze wiele przed nim i jeszcze przed nami:)

Wiek 2+

Wydawnictwo Wilga



piątek, 08 lipca 2011

Lipiec kojarzy mi się z różami. Nasza właśnie zakwitła – jest jeszcze maleńka i tak pięknie pachnie. Marzy nam się odmiana, z której płatków można robić konfitury. Może uda nam się w końcu zakupić. Na literackie róże trafiłam dzięki siostrze, która podpowiedziała mi, że w Danii bardzo popularna jest odmiana Karin Blixen. Po nitce do kłębka – i oto co znalazłam. Mieć je wszystkie w ogrodzie - to dopiero byłaby literacka kolekcja:) Książki w ogrodzie zamiast na półce:))) Może są jeszcze inne, których jeszcze nie odkryłam. Marzy mi się Karin Blixen. Nie tylko dlatego, że lubię jej książki. Jest piękna. Prawdziwa królowa kwiatów. I Astrid Lindgren. Tak jak jej książki na półce, chętnie widziałabym jej różę w swoim ogrodzie.

Zaczynam od Śpiącej Królewny - jakżeby inaczej? (Dornröschen)

Królewna Śnieżka  (Schneewittchen) 

Karin Blixen


Astrid Lindgren

Cardinal de Richelieu - planując swoje niecne intrygi na dworze królewskim purpurat pewnie nie miał czasu, by pisać książki, ale stał się nieśmiertelny dzięki powieści Dumasa o muszkieterach.

Muzykanci z Bremy - pamiętacie baśn o kogucie, kocie, psie i ośle? (Bremer Stadtmusikanten) 

Róża Goethe

 

Robin Hood

Czerwony Kapturek (Rotkäppchen) 

środa, 06 lipca 2011

 

Książkę kupiłam za grosze na allegro – a dokładniej za 7 złotych:)) Smakowity kąsek, biorąc pod uwagę fakt, że nowe wydanie jest kilka razy droższe. Zachęcam do szperania po aukcjach.  Co ciekawe - pamiętam, że ta lektura gdzieś się przewijała na bibliotecznych półkach, ponieważ w głowie pozostała mi charakterystyczna zielonkawa okładka, ale jakoś nam było do siebie nie po drodze. Po latach okazało się, że niestety w bibliotece starej już nie ma, a nowej – jeszcze nie ma. A zainteresowałam się nią ze względu na ciekawą serię Dwóch Sióstr Mistrzowie Ilustracji, która odkrywa na nowo prawdziwe skarby. W Gałce od łóżka mamy trójkę rodzeństwa – Kasię, Pawełka i Karolka oraz tajemniczą czarownicę, która ma niewiele wspólnego ze stereotypowymi czarownicami znanymi z innych bajek, mianowicie pannę Price. A wszystko zaczyna się w czasie pewnych wakacji na prowincji, daleko od Londynu, w domu starej ciotki. Nieszczęśliwy wypadek na miotle, ciekawość dzieci, a w szczególności małego Pawełka sprawiają, że zaczynają dziać się rzeczy osobliwe. Dzieci przypadkowo odkrywają tajemnicę sąsiadki, a ta, by mieć pewność, że tajemnica nie zostanie ujawniona, robi z trójki rodzeństwa … swoich zakładników. Sprawia, że dzieci dostają w swoje ręce coś w rodzaju atrakcyjnej łapówki, której utrata byłaby dla nich bardzo bolesna. Jeśli tylko pisną choć słówko – gałka od starego żelaznego łóżka, której przekręcenie powoduje, że można przenosić się w najodleglejsze strony świata, straci swą moc. Niespieszna narracja, rozbudowane dialogi, bez tej całej pogoni za jakimiś efektami specjalnymi. Warto dać jej szansę, szczególnie pierwsze strony trochę zniechęcają, z których dowiemy się co, gdzie i jak. A to trwa i trwa – dzieciaki zaczynają się kręcić w łóżkach i wykrzywiać nosy,  a potem już zaczyna się dziać wiele dobrego i ciekawego. Ilustracje Jana Marcina Szancera – ja lubię i to bardzo.


Jako ciekawostkę dodam, że z serii Mistrzowie Ilustracji udało nam się w podobnych cenach zakupić: Klementyna lubi kolor czerwony i Joachim Lis detektyw dyplomowany. Siostra jest szczęśliwą posiadaczką Babci na jabłoni za…. bagatela … 5 złotych. Dochodzi jeszcze cena przesyłki, ale razem z nią  i tak opłaca się kupić. Cudnie się czyta te ceny przy książkach, gdy w księgarniach – te nowe szaleją jak tornado:(((


Wiek 6+

Mój egzemplarz wydany został przez Naszą Księgarnię. Po latach książkę wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry.



wtorek, 05 lipca 2011

Kiedy moje młodsze dziecko usłyszało, że będziemy czytać książkę o Duszku (nie o – duchu) – zaprotestowało. Bo on – to znaczy Mikołaj – duszka się boi. Że niby straszy, i tak brzydko wygląda. Nawet nie chciał spojrzeć na książkę. Odłożyliśmy na chwilę lekturę, a potem spróbowaliśmy po raz drugi. W końcu – nic na siłę. A ja tak bardzo chciałam przeczytać moim dzieciom Małego Duszka – bo pamiętam go sprzed lat z ilustracjami Boratyńskiego. Gdzie mama nie może – tam brata pośle. Tomek niby od niechcenia – oglądał świetne ilustracje J.F. Trippa, do których w końcu przylepiło się moje młodsze dziecko. I już się nie odlepiło. I trzeba było zacząć czytać od zaraz już. I to najlepiej połowę książki jednego dnia. Popatrzcie zresztą sami na okładkę, czy ktoś taki może mieć złe zamiary? Duszek Trippa – sama słodycz, która w ogóle nie ma zamiaru straszyć nikogo. No – tak jednak nie do końca – spokojnie: straszy, straszy, ale robi to w taki sposób, że trzylatek zaśmiewa się, że duży policjant w małym miasteczku Puchaczowo wystraszył się nie na żarty małego widma i to tak, że aż czapka spadła z głowy poważnego stróża porządku publicznego.

Preussler ponoć napisał Malutką Czarownicę, by oswoić strach swoich dzieci przed czarownicami. Ciekawe, czy jego dzieci też bały się duchów? W każdym razie po takiej lekturze, maluchy jak nic nabiorą przekonania, że są też dobre duchy. Właściwie duszki – bo ten ma zaledwie trzysta lat z haczykiem – a jak na ducha to naprawdę niewiele. Nie przypomina Wam się Malutka Czarownica? Ta książka to nie tylko dobra zabawa i przygoda. To też nauka, że marzenia się (jednak:)) spełniają. Choć czytając tę książkę moim dzieciom przypomniało mi się zdanie z innej książki. Są dwa nieszczęścia - jedno, gdy czegoś bardzo pragniemy, a to coś jest poza naszym zasięgiem. Drugie – gdy już to dostaniemy. Duszek chciał zobaczyć świat za dnia – posmakować go, zwiedzić, zobaczyć to, co niewyraźne i niewidoczne przy świetle księżyca. Widmo tak bardzo chciało wstać za dnia, że przestawiało wskazówki zegara, wytężało się, by zrealizować swoje marzenie. Kiedy się poddało, stało się samo – i nikt nie wie jak i dlaczego. A wtedy okazało się, że wcale nie jest łatwo i słodko, tylko trudniej. Duszek w promieniach słońca zrobił się cały czarny, w dodatku zaczął nieźle rozrabiać, czym spowodował niemałe zamieszanie w miasteczku. I znów pojawiły się … marzenia… za dawnym życiem, za dębową skrzynią na Swoim Zamku, wszechobecnymi pajęczynami i kurzem, który tak fajnie gilgał w nosie, dzięki czemu Mały Duszek kichał i kichał…..

Czy Duszkowi uda się wrócić do dawnego życia, kogo poprosi o pomoc? Nie zdradzam. Zachęcam do fascynującej lektury, którą wpisuję na listę książek ulubionych moich dzieci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Bona

 



Seria Nazywam się… to próba wejścia w skórę znanych postaci. Zakres szeroki. Są tu przedstawiciele muzyki, literatury, religii, nauki. Tytułowe postacie opowiadają o sobie, swoim życiu, wydarzeniach, w jakich przyszło im brać udział, których świadkami byli. Zadanie trudne dla autora. Jak zrealizować to ambitne zamierzenie, by nie zabrzmieć fałszywie, by nie uchodzić za chwalipiętę, a by zaciekawić dziedziną, jaką reprezentuje główny bohater?

W naszym domu często pojawiają się pytania związane z Janem Pawłem II, wiarą, piekłem i Niebem, Kościołem. Książka o papieżu, choć nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, jest ważnym i ciekawym uzupełnieniem dziecięcej ciekawości i wręcz dociekliwości. Zresztą każde wyjaśnienie i tak rodzi kolejne pytania, a ciekawość wręcz rośnie. To papież miał inne nazwisko? Nie tylko Jan Paweł II? I lubił grać w piłkę? I bawił się jak był mały? Do tego jeszcze jeździł na nartach? Nieeeeeprawdopodobne. A jednak. To duży plus tej serii – ludzie przedstawiani w niej to istoty z krwi i kości, z planami, marzeniami, słabostkami i sukcesami. Jest też inna dobra strona takiego przekazu – to doskonała lekcja mówienia o sobie – znane postacie mówią o tym, czego dokonały, czasem wręcz chwalą się. Nie unikają tematów trudnych – jak niepowodzenia, smutek, ból, cierpienie. Tym samym pokazują, że życie czasem jest trudne, a sukces przychodzi dzięki trudnej i wytrwałej pracy. Baaaardzo podoba mi się to, że te osoby tak odważnie wspominają swoje sukcesy – choć – sukces może mieć znaczenie różne dla danego bohatera. Dla Jana Pawła II było to spotkanie z młodymi ludźmi, którzy w trudnych czasach komunizmu chcieli słuchać o Bogu w lesie, na spływach kajakowych. Dla Marii Curie – Skłodowskiej – to kolejne udane doświadczenie. To taka pierwsza lekcja przebojowości, walki o realizację swoich marzeń, choćby pod prąd, otwartego mówienia o sobie, o tym co zrobiłem – a nie chowanie się w cień. Ale ta przebojowość, to wspomniane chwalenie się – może niezbyt trafne sformułowania -  w przypadku akurat tej książki, to wielka radość i optymizm w związku ze spotkaniem z drugim człowiekiem. Nagle okazuje się, że tym wielkim jest chłopiec z Wadowic, biedna dziewczyna z Warszawy marząca o studiach, albo siostra zakonna, a nie jakiś Supermen, który powali świat na łopatki. To też zwrócenie uwagi na to, że dla niektórych osób, istotniejsze było/ jest właśnie BYĆ – niż MIEĆ.

Tytułowy bohater opowiada o całym swoim życiu, rodzicach, rodzeństwie, przyjaciołach. To taka mała podróż z papieżem do różnych miejsc, krajów, to udział w spotkaniach ze znanymi i zwykłymi ludźmi. Bardzo przypadło mi do gustu kalendarium na końcu książki – życiorys Jana Pawła II i ważne wydarzenia w historii, w świecie nauki, techniki, kultury i sztuki.

Książkę o Janie Pawle II napisał ojciec Jan Góra, dominikanin, świadek życia papieża, duszpasterz akademicki, organizator spotkań na Polach Lednickich.  W książce wyczuwa się duże zaangażowanie, znajomość faktów z życia Jana Pawła II, i to co niesłychanie ważne – zacięcie literackie. Patrząc na dorobek autora w tej dziedzinie – jest on znaczący. Jan Góra traktuje młodego czytelnika poważnie – nie idzie na skróty. Mimo że to książka dla dzieci w szkole podstawowej, nie ma w sobie klimatu paciorka, Bozi, aniołka. Nie chce sobie zjednać czytelnika jakimiś tanimi frazesami, pochlebstwami, nie infantylizuje treści.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina