Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 27 lipca 2010

Jak my z Tomkiem lubimy Tomka. Zaprzyjaźniliśmy się z nim dwa lata temu we wigilię Bożego Narodzenia, kiedy to mój Tomek pod choinką znalazł Opowiadania z piaskownicy. Piegowate opowiadania to ich kontynuacja. Tomek nadal chodzi do przedszkola, jest trochę starszy, ale nadal jest ciekawy świata, ma chochliki w oczach, wierci dziurę w brzuchu dorosłym w poszukiwaniu odpowiedzi na różne pytania, przeżywa zwykłe – niezwykłe przygody typowe dla starszaka, no i ma wielkie poczucie humoru. Choć pewnie o tym nie wie – bo Tomek bywa często poważnym chłopcem, dociekliwym, upartym – a  w tej swojej powadze, dociekaniu różnych prawd i uporze bywa często tak zabawnym małym człowiekiem, że nie sposób tego nie docenić – świadczy o tym śmiech mojego Tomka przy lekturze. Osiemnaście opowiadań w piegi, równe 97 stron, przeczytaliśmy w dwa wieczory. Moje stęsknione za przedszkolem dziecko znalazło w nich tak wiele z własnego życia. Koledzy, wyścigi, chlapanie w kałużach, fascynacja muchą na szybie, pierwsze nieśmiałe próby wydostania się spod maminej kurateli, ba – nawet bałagan w pokoju. Czasem miał wrażenie, że to o nim mowa, a ja zachodziłam w głowę, skąd Renata Piątkowska tak dobrze zna mojego syna:) Ale tak pewnie pomyślą wszyscy rodzice, którzy razem z dziećmi przeczytają tę książkę. Zabawna, o wielu ważnych rzeczach nurtujących małego człowieka – świetnie się czyta. To, co szczególnie mi się spodobało, to umiejętne uchwycenie przez autorkę naszych typowych rodzicielskich zachowań, reakcji (Np. na ciągłe pytania naszych pociech: dlaczego?). Oj, czasami odnalazłam na kartkach tej książki siebie – zarumieniałam się jak postacie w książce i przyrzekłam solenną poprawę.

Ucieszył mnie fakt, że nie zmieniła się szata graficzna kontynuacji, nawet format pozostał ten sam. I dodatkowa gratka - Tomka nadal rysuje mama jego pierwszego wizerunku, czyli Iwona Cała. Jej charakterystyczne buzie zaopatrzone w okrąglutkie rumieńce – dla mnie symbol dziecięcia zdrowego, wesołego i szczęśliwego, świetnie wpisują się w  klimat tej książki. Wszystko razem, dowcipne, mądre, ładne, znane, takie swojskie. Polecam!

 

Wiek 4+

 

Wydawnictwo Bis

niedziela, 25 lipca 2010


Na swojej półce mamy cieniutką książeczkę o przygodach małego Tyranozaurusa Rexa – tyle że po niemiecku. Z humorem napisana o tym jak mały synek Rex skacze przez skakankę z liany, ucina sobie poobiednią drzemkę i takie tam. Zawsze przy jej czytaniu, właściwie przekładzie na gorąco, myślałam sobie, dlaczego w Polsce sprawy poważne są traktowane baaaardzo poważnie i nikt nie wyda o dinusiach książki z jajem, takiej trochę z przymrużeniem oka. A tu proszę – właśnie taką odkryliśmy. Przewodnikami po świecie dinozaurów jest rodzinka  i to nie byle jaka – bo potomkowie tych wielkich gadów – Tato Kogut, Mama Kura i Dzieci Pisklęta – Kurczęta. A wygląda to tak:  po prawej stronie każdej wielkiej kartki znajdujemy ciekawe informacje na temat dinozaurów, tak jak było naprawdę. (Ponoć:)  Natomiast po lewej - kurza rodzinka przekomarza się, podważa naukowe teorie, poddaje w wątpliwość uniwersyteckie prawdy. Kogut jak to kogut, z natury jest czupurny – tak więc Tato zawsze znajdzie coś, żeby się przyczepić. Oj, każdy naukowiec spotykając takiego słuchacza na bardzo ważnej konferencji o sprawach bardzo ważnych, uciekałby gdzie pieprz rośnie, bowiem Tato Kogut ze swoimi pytaniami i wątpliwościami zapędziłby każdego mądralę w kozi róg. Oczywiście jajko, a właściwie to, co się z niego już wykluło, chce być mądrzejsze od kury, nie chce być gorsze i podsuwa swoje teorie na temat życia, zachowania i wygląda dinozaurów. Są to bardzo śmieszne rozmowy i wtrącenia. Takie, które zawsze popełniają przy lekturze dzieci – a może słoweńska autorka podpatrzyła kiedyś maluchy i przeniosła swoje spostrzeżenia na papier? Kto wie.

Książka oprócz scen z życia rodzinnego :))) zawiera mnóstwo ciekawostek i rzetelnych informacji o dinozaurach. Wprawdzie niektóre z nich zaczynają się tak: Wiele, wiele lat temu… (Od razu skojarzyło mi się to z : Dawno, dawno temu…) - tak jakby Prap celowo chciała małego czytelnika wprowadzić w bajkowy nastrój, ale to tylko pozory. Bowiem nie brak tu konkretnych sformułowań, czasem trudnych do wymówienia nazw, wyników odkryć, teorii, ale podanych w taki sposób, że tekst wciąga. Książka bardzo dziecięca – ale nie dziecinna. Mojego Tomka zaciekawiło szukanie śladów dinozaurów we współczesnym świecie. Autorka pokazuje, jak świat zmieniał się w ciągu ostatnich milionów lat, jak zresztą zmienia się nadal. Tłumaczy w prosty sposób, że to wcale nie tak – były dinozaury, już ich nie ma, koniec kropka, bęc. Książka uświadamia, jak wiele wspólnego z nimi mają żyjące dziś gady – krokodyle, jaszczurki, węże, żółwie, albo ptactwo. Jeśli maluch, dinozaurowy – pasjonat, powie tak: „Szkoda, że nie ma już dinozaurów”, to na pewno ucieszy go wiadomość, że i owszem, dinusie wyginęły, ale ich baaaaardzo dalecy kuzyni, potomkowie mają się świetnie. I pewnie ich również warto poobserwować.

Napisałam całe mnóstwo rzeczy ważnych o rzeczach ważnych:) choć teraz zachodzę w głowę, czy aby zrobiłam to w dobrej kolejności. Za sprawą ilustracji ten tekst jest – choć sam  w sobie zabawny i pouczający – tak naprawdę na drugim planie.  To, co od razu rzuca się w oczy, to ilustracje – olbrzymie dinozaury, bajkowe, prawie na dwie strony, kolorowe. I jak to u Lili Prap zawsze bywa – ilustracje wykorzystujące estetykę dziecięcej kreski Jest pięknie – bez dwóch zdań.


Wiek 5+

Dla zainteresowanych:

Międzynarodowy słownik mowy zwierzat - Lila Prap

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 19 lipca 2010

Tadam! Tadam! Nadszedł już czas ogłoszenia wyników Półeczkowego konkursu plastycznego „Z wizytą w Zoo”. W konkursie wzięło udział 15 dzieci w przedziale wiekowym od 3-10 lat. Przypomnę w kilku słowach, że zorganizowałam go wespół z firmą Wacom, sponsorem nagród – nagrody głównej tabletu Bamboo Fun i książek, w których pojawiają się zwierzęta. Wczoraj wieczorem Tomek wylosował nagrodę główną.

Taki oto tablet Bamboo Fun


pojedzie do …

pięcioletniej Lidzi. Gratulujemy!!! Pozostali uczestnicy naszej zabawy otrzymają książki niespodzianki. Razem z firmą Wacom dziękujemy wszystkim dzieciom za piękne obrazki:)

Nadesłane prace można obejrzeć we wcześniejszych wpisach. Zapraszam!

Tagi: konkurs
11:13, be.el
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 lipca 2010

Wylosowaliśmy dwie osoby, do których w najbliższym tygodniu wyślemy książki Grunwald 1410. Tomek wylosował: Ukathryn, a Mikołajek - Kitka 77. Wylosowane osoby proszę o przesłanie swoich adresów na maila : be.el@gazeta.pl

Po wysłaniu książek, adresy zostaną zniszczone i nie będą wykorzystywane do innych celów.


Wylosowaliśmy dwie osoby, do których w najbliższym tygodniu wyślemy książki Grunwald 1410. Tomek wylosował: Ukathryn, a Mikołajek wylosował Kitka 77. Wylosowane osoby proszę o przesłanie swoich adresów na maila : be.el@gazeta.pl

Po wysłaniu książek, adresy zostaną zniszczone i nie będą wykorzystywane do innych celów.

Tagi: konkurs
18:39, be.el
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lipca 2010

Właśnie dotarły do mnie książki Grunwald 1410 od wydawnictwa Skrzat. Pisałam o tej książce tutaj – to ciekawa propozycja dla małych historyków właśnie na ten czas, bo przecież 600 lat temu na polach Grunwaldu działo się, oj działo. Jeśli chcecie tę książkę dla swych dzieci, proszę wpisywać się w komentarzach. Jutro wieczorem wylosujemy dwie osoby.  Wydawnictwu Skrzat dziękuję za nagrody do loterii. Zapraszam!

Tagi: konkurs
10:17, be.el
Link Komentarze (11) »

Najlepszą recenzją książki dla dzieci są wybuchy śmiechu jak strzelające korki szampana, wyrywanie jej z rąk czytającym rodzicom i wodzenie swoim małym noskiem po kartce w celu swoich właśnie poczynionych poszukiwań za kolejnym szczegółem, który z dalszej perspektywy dziecka słuchającego mógł mu przypadkiem umknąć – a przecież szkoda byłaby przeogromna; ciągłe przerywanie i wołanie, tak, właśnie – wołanie pełne emocji. Coś w rodzaju – A mama… !!! Bo mama…!!! Prawdę powiedziawszy – myślałam, że tej książki nigdy nie skończymy. Czytanie trwało i trwało. Mało tego – co jakiś czas trzeba było polecieć, pofrunąć wręcz jak na skrzydłach do dziadka, który przecież też musiał zobaczyć jak Pettson ucieka przed kurami, jak Findus skacze na Pettsonowym łóżku, albo jak zaplątał się dziwacznie w linki namiotu. No i miny Findusa – dziadek Stasiu musiał koniecznie poznać miny tego  figlarza. Co to był za widok – bo dziadek z tarasu przeniósł się na ogród i tkwił właśnie ze swoim roześmianym wnukiem i z książką w samym środku zagonku z modrą kapustą i zafrasowany zastanawiał się, czy aby kot pana Henia – sąsiada zza dwóch płotów, nasz uliczny powsiwędrus – też tak potrafi jak Findus. Tak oto wygląda czytanie dobrej książki dla dzieci. Męczące, nie powiem, trzeba mieć siłę przebicia, by w końcu móc kontynuować, a w dodatku przyda się cierpliwość i to wielka. I kto by pomyślał? :)))))))))))))))))

W kolejnej, ósmej już części przygód sympatycznej pary, dwójka przyjaciół wybiera się na biwak. Co wyniknęło z tych planów? Niby prosta historia, ale opowiedziana tak, że w domu mówi się tylko o biwakach, wyprawach, łowieniu ryb, paleniu ogniska, spaniu w śpiworze, budowaniu małego domku do zabawy. Nordqvist to dla nas jeden z najlepszych ilustratorów dziecięcych. Jego obrazki naprawdę się poruszają, tętnią życiem i energią. W części biwakowej są one pełne ciepłej zieleni i żółtej barwy. W końcu jest lato, prawda? Książka pełna jest humoru sytuacyjnego i językowego. Na pewno rozbawi największego ponuraka na świecie – małego i dużego. Zachęcam Was do zapoznania dzieciaków z tą książką – niech i do nich Findus puści swoje figlarne chochliowe oko.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

środa, 14 lipca 2010

Cały czas napływają do nas prace dzieci, które zostały zgłoszone do konkursu. Przypominam, że organizuję go wspólnie z firmą Wacom, a nagrodą główną jest interaktywny tablet Bamboo Fun, który zostanie wylosowany w najbliższą niedzielę – 18 lipca. Wśród pozostałych uczestników konkursu zostaną rozlosowane nagrody książkowe.

Szczegóły konkursu - tutaj.

Natalia (l.8)

Mania (l.4)

Lena (l.4) przysłała dwie prace. Publikuję obydwie, bo nie ma to wpływu na losowanie, a są tak piękne, że muszę Wam je pokazać. Tutaj zajączek pod drzewem.

Lena (l.4) - tutaj narysowała żyrafę, krokodyla, dzieci i kwiaty nad stawem.

Ada (l.7)

Zosia (l.8)

Kacper (l.10)

Ania (l.3)

Marlena (l.6)

Dominik (l.4)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Przeczytaliśmy z ciekawością, w końcu  w naszym domu są sami miłośnicy historii. To opowieść o wydarzeniach sprzed 600 lat – w wielkim skrócie, tylko najważniejsze wydarzenia, w pomiędzy które powplatane zostały ciekawostki, o których prawdę powiedziawszy nie miałam zielonego pojęcia – choć wydawać by się mogło, że Grunwald mam dobrze opanowany. A choćby takie, że nasz król Jagiełło nie umiał ani czytać ani pisać i że nie pił alkoholu. W tamtych czasach, kiedy na stołach dominowały wszelkie wina, miody i piwo, musiało zachowanie króla uchodzić, najdelikatniej rzecz ujmując, za… dziwaczne. Natomiast wśród Krzyżaków niewielu było takich, którzy byliby mistrzami fechtunku (!!!) Ponoć czas upływał im bardziej na gospodarowaniu, aniżeli na ćwiczeniach w walce i boju. Znajdziemy w tej książce informacje o życiu rycerskim, sprzymierzeńcach obu obozów, o dwóch mieczach przysłanych przez Wielkiego Mistrza, samej bitwie, naszej chorągwi, szczegółach dotyczących strojów Krzyżaków. Książka zawiera najważniejsze informacje, jest bogato zilustrowana, z naklejkami dla poszukiwaczy przygód. Mój Tomek ślęczy nad nią, analizuje, opowiada i ciągle pyta. I choć książka Grunwald 1410 pewnie spodoba się małym historykom, mnie się ciągle marzy, że oto znajdzie się i u nas taki Ernest H. Gombrich, który opowie historię tak, że aż ciarki po plecach przejdą, że pojawi się gęsia skórka (autor słynnej Krótkiej historii świata dla młodszych i starszych ).

 

Opracowanie Łukasz Libiszewski

Ilustracje - Kazimierz Wasilewski

Wydawnictwo Skrzat

A tutajnasz mały Grunwald – o którym pisałam już jakiś czas temu.

Wiek 6+

piątek, 09 lipca 2010

Pan Listonosz przyniósł nam kolejne prace na konkurs Z wizytą w Zoo, który organizujemy razem z firmą WACOM. Cudne! Jeśli chcecie wziąć w udział w naszym konkursie, proszę przesyłać zgłoszenia na adres: be.el@gazeta.pl lub nata442@op.pl

Nagrodą główną jest tablet Bamboo Fun. Wśród pozostałych uczestników zostaną rozlosowane nagrody książkowe. Szczegóły znajdziecie tutaj.

Lew za kratami klatki (Lidzia l. 5)

Ślimaczek, żółwik i motylek bawią się na łące (Wiktoria l. 3,5)

Lew na polowaniu w nocy (Seweryn l. 5,5)

Krokodyl (Maksymilian l.7)

Tagi: konkurs
08:07, be.el
Link Komentarze (3) »
środa, 07 lipca 2010

U nas sezon rycerski w pełni. W niedzielę kilka tygodni temu wybraliśmy się do Lądu nad Wartą, gdzie można było poczuć klimat epoki wczesnego średniowiecza, kiedy nie było jeszcze rycerzy, ale woje. Chłopcy byli przeszczęśliwi. Fajnie było.


W klasztorze dzieci zobaczyły rekonstrukcję prasy drukarskiej Gutenberga. I pomyśleć, że z książką było tyle zachodu. Nic dziwnego, że pierwsze księgi kosztowały tak wiele. „Pan drukarz” opowiadał tak, że aż ciarki po plecach przechodziły. A jakie szczegóły z życia wynalazcy – ho ho. Dla moli książkowych świetne miejsce, by dowiedzieć się czegoś z dziejów książki – ale molikom serce wyrywało się do kramów, gdzie można było kupić miecze, hełmy, tarcze. Nikt mi nie powie, że historia może być nudna.

Ach ten błysk w oczach moich chłopców. Ale spokojnie – podnieśli i nic. Ruszyć dalej już nie dali rady – dlatego całkiem przychylnie patrzyłam na te próby zaprzyjaźnienia się z bronią.

Można było zobaczyć pokazy dawnych rzemiosł, kramów kupieckich. I zjeść coś z epoki – jak na przykład podpłomyki.

U Szeptuchy kupiłam zioła. Ale nie powiem na co. To tajemnica:))))

Największa atrakcją były oczywiście walki wojów. Na pewno zauważyliście tornister mojego Tomka. Bardzo go lubi i wszędzie go zabiera. Może ma to po mnie, bo jako dziecko nie mogłam żyć bez szkoły. Dwa miesiące wakacji – to było stanowczo za dużo. Potem…zmądrzałam:))

Z Lądu wyjechaliśmy z hełmami, łukiem i toporem. A tata musiał wyszperać w kieszeni grosik dla żebraka. Marzy  nam się, by kiedyś pojechać na Grunwald i do Malborku. Kilka lat mieszkaliśmy przy ważnym trakcie - drodze , którą ponoć Jagiełło ciągnął na wschód na pola Grunwaldu, a później Napoleon na Moskwę. Coś mi się wydaje, że jesteśmy skazani na podróż w tamte rejony. Tylko niech Mikołaj podrośnie… Oczywiście Moskwę sobie chyba odpuścimy, chociaż kto wie...

poniedziałek, 05 lipca 2010

Powoli zaczynają napływać prace na konkurs Z wizytą w Zoo. Dziś pan listonosz przyniósł nam dwie prace:) Dla niezdecydowanych informacja, że można jeszcze przysyłać obrazki:))) Szczegóły na temat konkursu - tutaj. Do wygrania nagroda główna - tablet Bamboo Fun oraz książki, w których pojawiają się zwierzęta.

Adam (lat 3) namiętnie rysuje koty:)

Ola (lat 6) - "Sarenka z małym Dzidkiem w brzuszku".  Ola uwielbia sarenki - co widać na obrazku:)

Prawda, że piękne? Dzieci mają niesamowitą fantazję.

W tym roku Chopina jest wszędzie pełno. I dobrze – bo nazwisko, rozpoznawalne na całym niemal świecie, od razu kojarzone z Polską, powinno być hołubione i to nie tylko w związku z 200-tną rocznicą urodzin wielkiego muzyka. Toteż cieszy kolejna nowa książka, która przybliża tę postać w sposób przystępny, prosty, do tego tłumaczy zawiłości ze świata muzyki, wplata fakty i ciekawostki historyczne.

Seria Nazywam się … ma swoich zagorzałych miłośników. W kręgu moich znajomych mam takich, którzy zebrali dla dzieci  wszystkie 11 części, a każda z nich traktuje o człowieku wielkiego formatu – z różnych sfer życia – nauki, malarstwa, muzyki, literatury, nawet polityki i religii. Właśnie dołączył do nich Fryderyk. Podobnie jak pozostałe tytuły, książkę wyróżnia narracja w pierwszej osobie. Fryderyk opowiada o swoich rodzicach, miejscu urodzenia – Żelazowej Woli pod Warszawą, nauczycielach Żywnym i Elsnerze, siostrach i o tym jak rodził się jego talent. Wspomina szkołę, liczne koncerty, podróże, pierwszą miłość, w końcu trudną decyzję o wyjeździe do Paryża. W tekście zostały przemycone najróżniejsze ciekawostki z życia kompozytora – o pierścieniu brylantowym od cara, ślicznym ubranku z białym kołnierzykiem, które miało zabić w cudownym dziecku tremę przed występem dla licznej publiczności, o sercach wyciętych na oparciu ławki, klinach z drewna między palce, lekkim wydawaniu pieniędzy i wiele innych. Fryderyk nie unika tematów trudnych – jak śmierć ukochanej siostry Emilki, rozłące z najbliższymi, słabym zdrowiu, związku z George Sand, w końcu gruźlicy i zbliżającej się śmierci.  Fryderyk opowiada dużo, składnie, chronologicznie.

Nazywam się Fryderyk Chopin jest ciekawą propozycją dla starszych dzieci – obok licznych informacji z życia artysty znajdziemy tu również kalendarium dotyczące naszego bohatera, wydarzeń historycznych i tych związanych z kulturą, sztuką, nauką i społeczeństwem.  Trzeba tu koniecznie wspomnieć o ilustracjach Józefa Wilkonia. Ich autor towarzyszy Fryderykowi w najważniejszych momentach jego życia, portretuje najbliższych, maluje miejsca bliskie jego sercu – Żelazową Wolę, porosły wierzbami krajobraz Mazowsza,  odtwarza XIX-wieczną Warszawę, sale koncertowe. Zrobił to po mistrzowsku – z romantyczną nutką.

Doskonałym dodatkiem do książki byłaby płyta z muzyką Chopina – to jedyny minus, jakiego się tu dopatrzyłam.

Książka spodoba się pewnie i małym i starym (w domyśle : rodzicom:)

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 02 lipca 2010

Ach, gdy przypomnę sobie moje emocje sprzed lat nad wypożyczonym z biblioteki egzemplarzem. Była to jedna z niewielu książek (wówczas), gdzie ten dreszczyk emocji był tak wielki. I do tego ten strach o Alicję – bo przecież to, co przeżywała w Krainie Czarów  i po drugiej stronie lustra, przyprawiało, mnie na pewno, o gęsią skórkę. Wówczas – gwoli ścisłości. Gdy nie było jeszcze Harry’ego i tych wszystkich zaginionych, wampirów dobrych i złych, koszmarnego Karolka – przynajmniej dla dzieci i młodszej młodzieży, Alicja bezsprzecznie mogła budzić takie uczucia. Wówczas Alicja mogła się podobać, a jak jest teraz? Jedna z nowszych produkcji filmowych w 3D (!!!) i wspólne wypady do kina znajomych – z dziećmi i bez, są dowodem na to, że Alicja ma się dobrze i że nadal, mimo najnowszych wymysłów w literaturze, nadal panuje zapotrzebowanie i zainteresowanie na starą dobrą, sprawdzoną klasykę. Alicja według metryki jest przecież już nobliwą staruszką. Ujrzała światło dzienne w roku 1865 (Polska lizała swe rany po Powstaniu Styczniowym), a jej kontynuacja w 1871 (Otto Bismarck właśnie zjednoczył podzielone Niemcy). Wydarzenia historyczne podaję w kontekście porównań – by mieć wyobrażenie, ile to już czasu minęło. Na szczęście – nadal ma się dobrze. Autor – matematyk z wykształcenia, profesor Oxfordu, opowiedział ponoć historię Alicji podczas rejsu statkiem kilku dziewczynkom, które namówiły go, by je spisał. I tak właśnie narodziła się Alicja. Pamiętam też ilustracje z wydania z przeszłości. Nie podobały mi się wówczas, bo Alicja wyglądała na nich tak poważnie. Wszystko było czarno – białe, choć miała to być Kraina Czarów. Nie tak to sobie wyobrażałam. Bliżej byłoby mi wówczas pewnie do Alicji Gosi Mosz – z chochlikiem w oku, bystrej, pewnej siebie, a przede wszystkim takiej dziecięcej. Mała zadziora, która dała Królowej po nosie. Choć po latach przyznaję oczywiście, że oryginalne ilustracje Sir Johna Tenniela są przepiękne i jedyne w swoim rodzaju. Ale tak już jest – potwierdza się opinia, że książki dla dzieci są dla dzieci i ta stara Ala mogła mi się nie podobać. Po latach przypomniałam sobie książkę i czekam z niecierpliwością, kiedy będę czytała książkę z moimi dziećmi. Te z pewnością odbiorą ją inaczej niż ja kilkanaście dni temu – będzie w tym więcej emocji, przeżyć, wyobraźni. Czy tak jak mi, bardziej spodoba im się kontynuacja, gdzie dzieje się więcej, i występuje o wiele więcej różnorodnych i dziwaczniejszych postaci? Groteska, absurd, gra słów, niesamowite historie, pełne fantazji, czasem sprytu i przebiegłości, komiczne postacie, inteligentne dialogi, logiczne zagadki i pomyłki (wychodzi tutaj Carroll matematyk), ukryty humor, zwariowane z poplątanym.

-Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami – rzekła Alicja.

-O, na to nie ma rady – odparł Kot. – Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.

-Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? – zapytała Alicja.

-Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

To wyjaśnia wszystko. To jest cała istota obu części Alicji. Bzik totalny, którego nie można roztrząsać w kategoriach jakiejś racjonalności. Trzeba nastawić się na tyle dziwnych postaci, wydarzeń, dialogów i trzeba to przyjąć – w końcu jesteśmy w Krainie Czarów, gdzie wszystko jest możliwe.

W ciągu tych wszystkich długich lat zapomniałam cała masę szczegółów z obu części. Jednak już na zawsze został w mojej pamięci Biały Królik o różowych ślepkach. Jak wyjął z kieszonki w kamizelce zegarek i wyszeptał do siebie: O rety, o rety, na pewno się spóźnię.

Zachęcam do odkrycia Alicji na nowo.

Książka jest pięknie wydana, pełna ilustracji, raz wielkich na jedną lub dwie strony, niekiedy maleńkich, wgryzionych w tekst. Alicja Gosi Mosz na pewno Wam się spodoba. Jest bardzo dziecięca, z palcem w buzi na okładce, ciągle w ruchu, ciekawa wszystkiego, odważna, spontaniczna jak dziecko. Ilustratorka uchwyciła jej istotę, charakter, a wszystko to w kolorowych barwach, różach, zieleniach, fioletach, żółciach. Można dostać oczopląsów, ale właśnie taka powinna być Kraina Czarów.

Ostatnią książkę miesiąca wybrały moje dzieci. Teraz wyboru dokonuję ja. Alicja w Krainie Czarów i Alicja po drugiej stronie zwierciadła zostają KSIĄŻKĄ LIPCA Półeczki.

Alicję w Krainie Czarów przełożył Antoni Marianowicz

Alicję po drugiej stronie zwierciadła przełożyła Hanna Baltyn.

 

Wiek 8+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

czwartek, 01 lipca 2010

Konkurs! Konkurs! Konkurs dla dzieci!

Razem z firmą WACOM zapraszam do konkursu plastycznego, którego tematem będą zwierzątka. Mam nadzieję, że zachęcicie swoje pociechy do udziału w konkursie, tym bardziej, że nagrody są wyborne – tablet i książki, w których pojawiają się nasi mniejsi bracia.

Szczegóły tutaj!

Można zgłaszac swoje uczestnictwo: be.el@gazeta.pl i nata442@op.pl

Zapraszam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Tagi: konkurs
16:33, be.el
Link Komentarze (1) »

O tej książce można by napisać właściwie tak: to wszystko już gdzieś było - i smok, i odważny chłopiec, i czarodziejski biały koń. Jednak gdy dodamy do tego nietypowy klimat Japonii - lasy cedrowe, pola ryżowe, kimona otulające bohaterów opowieści, jaglane dango, hibachi wypełnione po brzegi żarzącym się węglem drzewnym, owoce kaki, sumo, sake, nagle wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru. Syn smoka staje się książką niepowtarzalną, oryginalną, przenoszącą do innej kultury, obcej i nieznanej; w odległe miejsca, skąd, wierzcie mi, moje dziecko za bardzo nie chciało wracać. To pięknie opowiedziana baśń, co jest zasługą nie tylko samej autorki, ale też Zbigniewa Kiersnowskiego, tłumacza, który z wielką starannością spolszczył tekst. To, co rzuca się w oczy, to taka trochę maniera języka z przeszłości.  Kiersnowski zgrabnie wplótł w język współczesny rzadko używane dziś zwroty, formy gramatyczne, trochę trącące myszką, ale niewątpliwie mające wpływ na koloryt tej baśni z zamierzchłych czasów (jeśliś żywa, choćbyś, czekajże, sprytnyś i inne) Nawet, jeśli było to działanie niezamierzone i wyszło ot tak, czyta się przekład wybornie.

Tekst łączy w sobie kilka gatunków. To z pewnością przede wszystkim baśń. Ja doszukałbym się też elementów gatunku określanego mianem Bildungsroman - otóż Tatsu Taro, to na początku opowieści wielki ladaco, lekkoduch, leniuch, godzinami leżący na łące i przekręcający się z jednego boku na drugi. Gdyby nie babcia, opiekunka młodzika, zapracowana, schorowana, pewnie ciężki los spotkałby tego sierotę bez matki. Jednak pewnego dnia Tatsu Taro (oznacza dosłownie :Syn Smoka) dowiaduje się całej prawdy o rodzicielce i wszystko się zmienia. Chłopiec wyrusza w podróż, podczas której dojrzewa, uczy się wielu wartościowych rzeczy, staje się wrażliwy na krzywdę społeczną, umie odróżnić dobro od zła, poznaje smak ciężkiej pracy, a przede wszystkim rozwija w sobie upór w dążeniu do wytyczonego celu – a droga do jego realizacji jest wyboista i pełna zakrętasów – wywijasów. Zauważyłam, że moje dziecko bardzo lubi motyw podróży w książkach dla dzieci – kiedy to wiele się dzieje, a osobowość głównego bohatera nabiera ogłady moralnej, psychologicznej i społecznej.

Dużym walorem tej książki są ilustracje Piotra Fąfrowicza, zupełnie jak odbite pieczęcie drzeworytu. Polski wydawca jest jedynym na świecie, który pokusił się i odważył zaproponować autorce własne ilustracje. Ponoć te oryginalne są w klimacie japońskiego komiksu. Ilustracje polskiego ilustratora są niesamowite i współtworzą aurę tej baśni – niosą w sobie pewną tajemnicę, nie są przeładowane, w chłodnych barwach, budzących dystans. Dwadzieścia ilustracji, po jednej dla każdego rozdziału, opowiada tę historię od początku do końca. To swego rodzaju nierozerwalna całość, przedstawiająca najważniejsze zdarzenia i postacie. Jakoś nie mogę wyobrazić sobie, że ta książka mogłaby wyglądać inaczej i nie dziwię się, że dzieła Fąfrowicza zyskały aprobatę autorki. Grzbiet książki wygląda jak płócienny, zszyty czerwonym sznurkiem. Ciekawym pomysłem był zabieg polegający na zapisie tytułów poszczególnych rozdziałów w kolumnach od góry do dołu – co do złudzenia przypomina pismo japońskie. Dla Tomka odkryciem było to, że diabeł japoński nie ma ogona, smok skrzydeł. Ale ponoć w kulturze japońskiej tak właśnie ma być, tak więc nie dziwimy się już więcej.

Miyoko Matsutani otrzymała Nagrodę im. H.Ch. Andersena.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina