Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 28 czerwca 2011

Tekst polski: Eliza Piotrowska

Tekst: Anna Casalis

Ilustracje: Marco Campanella

Takich książek nigdy dosyć w domowej biblioteczce. Oswajają trudne doświadczenie, jakim jest wizyta u dentysty, poruszają ważny temat mycia zębów i zdrowego odżywiania.

Tupcio Chrupcio nie zawsze dba o higienę jamy ustnej tak jak powinien. Powiedzmy sobie szczerze – czasem nawet oszukuje rodziców. Wizyta u dentysty uświadamia mu, że mycie zębów to ważny element dnia codziennego. Kiedy zapał trochę słabnie, odwiedza go przyjaciel Borys – borsuk, który w ogóle nie myje zębów. Jeszcze na dodatek wyśmiewa naszego Tupcia Chrupcia. Nocna uczta, z udziałem słodyczy, kończy się olbrzymim bólem zęba i nauczką dla obydwóch chłopaków.

Dzieci mogą się przekonać na borsukowej skórze, że jest działanie – jest konsekwencja. Moje bardzo przeżyły ból zęba Borysa. Aż chwyciły się za swoje buzie, jakby ten odruch mógł pomóc zbolałemu zwierzątku. Nocna impreza i namawianie do niewłaściwego zachowania to też dobry moment, by z dzieckiem poćwiczyć umiejętność odmawiania. Jeśli nie jesteś do końca przekonany, czy wziąłbyś w tym udział? Tutaj:  w imprezie ze słodkościami.

Bardzo podobało mi się przedstawienie pana dentysty – a to bardzo ważne – przesympatyczny jegomość, miły, z dobrym słowem i radą, bez nadętego moralizowania typu – myj zęby bo jak nie to….

Jako dodatek na okładce widnieje pomoc dla rodziców: jak rozmawiać z dzieckiem na temat tego, co właśnie usłyszały. Sympatyczna książka, z fajnymi bohaterami, z wyraźnym wątkiem edukacyjnym. Tupcio Chrupcio ma swoich oddanych wielbicieli wśród najmłodszych czytelników – i to jak najbardziej zasłużenie.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Wilga



piątek, 24 czerwca 2011

W bibliotece wygrzebuję cenne starocie, których teraz na próżno szukać na półkach księgarskich.  Zobaczyć miny chłopaków, gdy czytaliśmy o Ivie i Finetcie. Zasłuchani, ciekawi co się wydarzy na kolejnej stronie. Jest syn królewicz – najmłodszy i oczywiście ponoć najmniej rozgarnięty, jest obca kraina, a w niej potwór i piękna cyganka – Finetta. Jest mrożąca krew w żyłach walka o życie i ucieczka z wyspy, jest powrót syna królewskiego do domu i …zapomnienie, które podniosło poziom dziecięcej adrenaliny. Do tego mnóstwo ilustracji mistrza nad mistrzami – Józefa Wilkonia. Pięknie napisana baśń przez Natalię Gałczyńską.

Wiek 5+




niedziela, 19 czerwca 2011

Książkę przeczytałam jakiś czas temu, a ciągle siedzi mi w głowie. Tak dzieje się tylko z dobrymi książkami. Zresztą w swej opinii nie jestem odosobniona. Dłoń Michała Dąbrowskiego została w tym roku Najlepszą książką na wiosnę wortalu granice.pl.

 

Historia opowiadana jest dwutorowo. Przez chłopaka, który urodził się bez dłoni. Równolegle swoją narrację prowadzi… brakująca dłoń (tekst kursywą). Chłopiec nie pamięta swoich narodzin, ale wyobraża sobie przerażenie pielęgniarki, rodziców. A dłoń wspomina nerwowe chwile przed tym, zanim świat się dowiedział, że … jej nie ma. Jak się wierciła, wierzgała, kiełkowała. Jak oślepił ją błysk światła. (…) i już. Jesteśmy oboje na zewnątrz.  Bo mimo, że prawej dłoni namacalnie nie było, ona … była. Brzmi dziwnie, prawda? Była w myślach, rozmowach chłopaka, jego rodziców, znajomych. W końcu była też obok. Obserwatorka, uczestniczka życia – niewidzialna część życia – która wiedziała często to, o czym nie miał pojęcia jej właściciel. Głupio brzmi – właściciel dłoni. Chłopak sięga wspomnieniami do najmłodszych lat. Do przedszkola, kiedy dzieci uświadomiły mu, że w pewnym sensie jest inny.  Gdzie był jeszcze traktowany normalnie. Oczywiście brak dłoni rodził pytania rówieśników, ale chłopak był za mały, by się bać, przestraszyć. Szybko zapominał o ciekawskich spojrzeniach. Potem były wakacje. Pamiętne wakacje i zdarzenia na plaży, które zostało na dugo w pamięci. Pierwszy wstręt w oczach innych. Taki nieukrywany, wcale nie dyskretny. Oczywisty, wyraźny i jednoznaczny. Pojawiła się nadzieja, że może ta brakująca dłoń kiedyś urośnie. Pierwszy wstyd i chowanie brakującej dłoni. Najpierw w piasek, potem w rękawie długiej koszuli. Szkoła, pierwsza miłość, nadopiekuńczość mamy, dobre rady wścibskich znajomych. Po fazie obojętności, nadchodzi czas, w której zaczynają górować kompleksy, rozczarowanie, strach. Jak dalej żyć. Dlaczego ja? Wielki mur, który dzieli chłopca od innych. Sprzeczne uczucia – z jednej strony niechęć do samego siebie, z drugiej – duma. Że sobie poradzi sam, że ma wszystkich i wszystko w nosie. Protezę, dobre rady, których słucha jednym uchem, a wypuszcza drugim.

Bardzo podobała mi się narracja Dłoni. Narrator wszechobecny, wszechwiedzący. Rozumie i widzi więcej niż główny bohater. Wścibska, pretensjonalna, ambitna, przenikliwa do bólu i inteligentna. Dopowiada to, czego unika główny bohater. Od samego początku wstyd nazywa wstydem, strach – strachem, gniew – gniewem, wścibstwo – wścibstwem. Nie ma dla niej tematów tabu.

Dłoń to nie tylko powieść o samoakceptacji. To też obraz nas samych. Bo mimo, że autor pisze o sobie, swoim doświadczeniu, my również jesteśmy bohaterami tej powieści. Refleksję pozostawiam już czytelnikowi. Może niejeden odnajdzie się na kartach tej książki.

Świetna proza, świetny debiut. Książka, po lekturze której trudno wrócić do świata rzeczywistego. Autor ponoć pracuje nad kolejną książką. Ciekawa jestem, co to będzie…

 

 

Wiek 14+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



sobota, 18 czerwca 2011

Niewiarygodne historie. W baśniowym klimacie, ale nie baśnie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni i przyzwyczajone są nasze dzieci. Poplątanie rzeczywistości ze światem fantazji. Agnieszka Osiecka – znana jako poetka, autorka tekstów lirycznych, piosenek, jawi się po raz kolejny jako osoba o niesamowitej wyobraźni, umiejąca z prostych słów zrobić coś tak oryginalnego, nietuzinkowego. Teksty dla dzieci, do tej pory rozproszone, porozrzucane po świecie, trochę nieuporządkowane, teraz zebrane  w jednym tomie, w tak wielkiej dawce, potwierdzają olbrzymi talent, wrażliwość na otaczający świat, potrzeby dziecka. To w końcu też wielki ukłon w stronę małego człowieka. Jej historie nie są słodkimi bajeczkami, choć i w nich również różowy kolor się pojawia:))) Autorka w swojej zabawie słowem zachęca do poznania miejsc, o jakich naszym dzieciom się nie śniło, poznania ludzi i istot, o których nigdy nie słyszały, a które wydają się być takie bliskie – zaraz na wyciągnięcie ręki.  To nie słodkie bajeczki. To intelektualna uczta, pełna emocji, uczuć, odniesień do świata realnego. Dla czujnych dorosłych to wspomnienia sprzed lat, bowiem ci, którzy swe korzenie mają w PRL-u, pewnie odnajdą elementy tamtej rzeczywistości, aluzje do tego, co działo się obok. 


Bohaterami swych niestworzonych historii Osiecka uczyniła zwykłych ludzi,  dziwaczne dziwolągi, ale i zwierzęta, przedmioty codziennego użytku. No, jest jeszcze diabeł, ale za to na lekcji fizyki, której poetka ponoć nie znosiła:))) Nie wymyślała smoków o siedmiu głowach, znudzonych księżniczek w szczerozłotych koronach uwięzionych na szklanej górze. Tak jakby chciała przekazać dzieciom, że baśń może zdarzyć się wszędzie, za chwilę, tuż obok. I że można stać się elementem tej baśni – jak para bliźniaków Karolina i Marek w opowieści o Dixi. Że zaraz obok naszej ulicy – tak realnej,  z realnymi sąsiadami -  są gaje budyniowe, Kraina Błot, Różowy Kraj, wieś Łatwizna, w których dzieją się rzeczy przedziwne. A jeśli Osiecka wspomina miejsca, które są namacalne, istnieją naprawdę, to bawi się nimi – układa swoją historię z kolorowych klocków i zachęca do bajania innych. Tak jak to miało miejsce z miastem Uppsala w Szwecji. Niech naukowcy mają swoje zdanie na ten temat. My już wiemy, że ma to związek z kichaniem i psikaniem pewnego kucharza innego pewnego bogatego pana, który dzień  w dzień przemierzał pewien trakt w Szwecji pewnym dyliżansem. I tyle. Bohaterami opowieści są Eugeniusz Bluberd – gliniany ptak z duszą, który opuścił Szwecję, by zamieszkać w Polsce. Samochód Dixi – bardziej kwadratowy niż okrągły. Dixi – czerwona jak mak. Czerwona jak pomidor. Czerwona jak ogień. Nie żadne eleganckie auto – takie jak peżot sąsiada. Ale wysłużony i zniszczony pojazd staruszkowatego poety imieniem Glesgo. Diabeł rozrabiaka Belzebub Rączka, dziwaczne stworzenia: Subiektywniak, Wpółdopiątak, Siódmaki, marsjańskie koty, Szalony Kelner, czterej Bez – Pancerni, młodzieniaszek samolot Ptakowiec.


W książce znajdziecie piękne ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej. Doceniło to szacowne Jury  przyznające nagrodę Donga 2010. NASZA KSIĘGARNIA za zbiór opowiadań „Agnieszka Osiecka dzieciom” z il. Elżbiety
Wasiuczyńskiej otrzymało wyróżnienie za przywrócenie czytelnikowi niebanalnych tekstów Agnieszki Osieckiej w mistrzowskim opracowaniu graficznym.


Bardzo podobał nam się fragment, w którym Autorka wyjaśnia: cóż to takiego – PTAK. Ostatecznie każdemu może się przytrafić. Bywają gorsze nieszczęścia. Moje dzieci zwróciły uwagę na niego nie bez powodu. Jesteśmy otoczeni ptakami. Pobudowały sobie gniazda na naszym dachu w kilku miejscach. Nawet teraz pisząc ten tekst, towarzyszy mi wesołe świergotanie, turlanie, ćwirćwirkanie. Przed chwilą miałam spotkanie oko w oko z szarym wróblem. Zaglądał do pokoju ze skrzynki z pelargoniami. Może wyczuł pokrewieństwo dusz z glinianym Eugeniuszem, który spoglądał z kolorowej ilustracji?

 

Eugeniusz, między nami mówiąc, był ptakiem.

-Cóż w tym dziwnego, spytacie. – Ostatecznie każdemu może się to przytrafić. Bywają gorsze nieszczęścia. Można na przykład być mrówką i przez całe życie przebywać jedynie z mrówkami i mrówczętami. Albo można na przykład być słoniem z ogrodu zoologicznego i przez całe życie chodzić tylko Tam-I-Z-Powrotem. Słowem, bycie ptakiem nie jest zupełnie złe.

Nie jest też zupełnie dobre. Po pierwsze – nie ma się czterech nóg. Nie ma się także dwóch rąk i dwóch nóg. Można się najwyżej pocieszyć, że to, co się ma, to jest jedna ręka (na przykład lewa) i jedna noga (na przykład prawa). Można opowiadać różne rzeczy i nadawać im różne nazwy, ale w niczym nie zmieni to rzeczywistości. Rzeczywistość to jest to, że mamy tylko dwie łapy.

Bycie ptakiem nie jest też zupełnie dobre ze względu na zimę. Jak wiadomo, jedne ptaki odfruwają jesienią do gorących krajów, a drugie marzną przeraźliwie.

Na oko marznięcie jest gorsze, ale odfruwanie też bywa do niczego. Chmury są wilgotne i smutne jak kocie łby.

Mimo to można powiedzieć, ze życie ptaków jest wesołe, a to ze względu na śpiewanie, skakanie, przygody oraz pióra. Takie życie, które się dzieli na:

A) Śpiewanie

B) Skakanie

C) PRZYGODY

Oraz

D) PIÓRA

Nazywamy Życiem Ptasim.

 

Fragment tekstu na zachętę:)

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



piątek, 17 czerwca 2011

Ostatnio pisałam o lalkach dla dziewczynek - dziś pora na męski świat – z przewagą koloru niebieskiego, choć - bohaterami tych wierszyków są nie tylko chłopcy. Autorka Katarzyna Prudło zadedykowała wiersze swoim smykom. Wszędzie ich tu pełno, zwłaszcza Krzysia. Mama jest baczną obserwatorką dziecięcego świata, umiejętnie ubiera go w słowa, rytm i rym. Konik na biegunach, ulubione kotlety, rowerowe szaleństwa, zamek z piasku, parasol – myślę, że  w tych wierszach i Wy się odnajdziecie.  Dużo tu przytulania, miłości, rozmów rodzice – dzieci, wspomnień z dzieciństwa, dziecięco – dorosłego przekomarzania się, ale też dzieciecych mniejszych i większych radosci, największej rozpaczy na świecie, choroby.  Nam wiersze bardzo się podobały. Książkę podobnie jak  Lalki Dorotki zilustrowała Marta Ostrowska.

 

Wiek 2+

Wydawnictwo Skrzat

 



Jestem miłośniczką Otfrieda Preusslera, tego, który napisał Malutką Czarownicę, Małego Duszka, Małego Wodnika (u nas znany jako Lato małego Wodniczka). I polubiłam Daniela Nappa i jego Pana Brumma. Niedawno w Niemczech ukazało się nowe wydanie opowieści o Wodniczku, które zilustrował właśnie Daniel Napp. Pisałam już kiedyś o tej książce. Wówczas ponarzekałam na ilustracje w polskim wydaniu. Te Nappa bardziej nam się podobają:) 

 

Wywiad z autorem ilustracji.



czwartek, 16 czerwca 2011



 

Pan Brumm działa według ściśle ustalonego porządku. W sobotę ogląda telewizję, w niedzielę je miód. W poniedziałek… Nie, nie – nie tak szybko – poniedziałek dopiero przed nami. Wróćmy do niedzieli. Jak na porządnego misia przystało – Pan Brumm jest małym (dużym z postury) łakomczuchem, który w swoich zapasach ma schowane co nie co na czarną godzinę. Kiedy nachodzi go ochota na osłodzenie sobie życia miodem, niechcący strąca słoik ze złotą rybką o imieniu Kaszalot. I tu się zaczyna cała historia, bowiem słoik z rybą ląduje na głowie Pana Brumma i nie sposób go z tej głowy zdjąć. Gorzej – im bardziej Panu Brummowi zależy na pozbyciu się słoja, tym bardziej gmatwa się cała sytuacja – za chwilę Pan Brumm tkwi już na dobre – w konewce, garnku, słoiku. Całe szczęście, że dzień ma się ku końcowi i dzięki zbiegowi okoliczności – czyli pewnemu głośnemu AAAPSIKKK! Wszystko kończy się dobrze – i dla Pana Brumma i dla Kaszalota.  

To druga książka niemieckiego ilustratora z serii o gapowatym Panu Brummie, który ma przysłowiowego pecha. Mimo, że lektura powstała z myślą o najmłodszym czytelniku – rozbawi każdego. Już w pierwszej recenzji pisałam, że z racji wzrostu, Pan Brumm, od razu kojarzy się z dorosłym. Wątek dorosłości, dojrzałości pojawia się też dlatego, że miś nazywany jest po prostu Panem Brummem. W oryginale Doktor Brumm – tytuł, który przysługuje wyłącznie dorosłym. Stąd też niezła zabawa –  gdyby to mały misiek włożył palec do gorącego mleka, byłoby nam go od razu żal. Albo gdyby jego tylna łapa utknęła w konewce. A tu taki Brumm, wielki niedźwiedź, i w dodatku PAN. Co to, nie wie, że trzeba uważać na gorące garnki i porozstawiane konewki? Gapa kompletna. Dorośli też czasem nie radzą sobie w życiu, nie zawsze są doskonali i nieomylni. A przecież przy każdej nadarzającej się okazji zawracają uwagę maluchom, że trzeba zwracać uwagę na bezpieczeństwo. Pan Brumm to książka dobrze przemyślana, na kilku zaledwie kartkach opowiada zamkniętą historię jednego dnia. Znów – wielkie ilustracje, często na dwóch stronach – śmieszne, jakby w ruchu. Słychać w tej książce harmider wywołany przez niezgrabnego miśka, jego głośne auuuuu po kontakcie z gorącym mlekiem i bulgotanie w słoiku z Kaszalotem. Nic dziwnego, że książka została tak wypieszczona, narysowana z dbałością o szczegóły – miny misia, jego ruchy, grymasy niezadowolenia – seria o Misiu to praca dyplomowa niemieckiego ilustratora, o którym coraz głośniej za niemiecką granicą. Niedawno zilustrował  na nowo „Małego Wodnika” Otfrieda Preusslera – zderzyła się klasyka z młodością i wyszła  kolejna wartościowa książka, o której wspominałam tutaj.

Więcej informacji - na stronie autora:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Bona



środa, 15 czerwca 2011

Trzy złote jabłka to kolejna, czwarta, wyprawa do mitologicznego świata – tym razem śladami wielkiego herosa Herkulesa. Wyprawa do naszych korzeni, bo przecież na początku były mity. Wyprawa nie na siłę, nie jako obowiązek szkolny, ale wspaniałe przeżycie estetyczne, uczta dla oka i ucha. BUKA po raz kolejny udowadnia, że klasyka nie musi być nudna. Jest wręcz odwrotnie za sprawą ciekawego wydania, nietuzinkowej interpretacji, dzieci czerpią garściami z tekstu liczącego sobie ponad 100 lat. Zasłuchane, zaczarowane, oczarowane, zaciekawione – o czym miałam okazję przekonać się w naszym domowym zaciszu. Tym samym potwierdzam opinię, że dzieci lubią mity, gdyż są zafascynowane ich magicznym klimatem, niewyobrażalnym, niedotykalnym. Świetnie wczuwają się w atmosferę, rozpoznają bohaterów, utożsamiają się z nimi.

Samo wydanie tej jak i pozostałych części całej serii „Opowieści z zaczarowanego lasu” jest doskonale przemyślane i w dobrym guście. Widać, że autorom pomysłu zależało na tym, by czytelnik – słuchacz odniósł wrażenie, że faktycznie znalazł się w krainie nieziemskiej, zaczarowanej. Myślę, że w mojej opinii nie jestem odosobniona. Muzyka, ciepły głos Krzysztofa Tyńca, który ma w sobie pewną tajemniczą nutę, charakterystyczne zawieszenie głosu, niepewność, doskonała umiejętność nadawania różnym bohaterom cech charakterystycznych poprzez odpowiednie modelownie głosem, co powoduje wręcz taki stan rzeczy, że do jednych ludków czujemy sympatię, do innych już nie; dalej możliwość obcowania z doskonałymi obrazami Józefa Wilkonia, opracowanie graficzne Grażki Lange, a na końcu – co chyba najważniejsze w tym przedsięwzięciu – oryginalny tekst Hawthorne’a, pełen humoru, skupiający się na szczegółach, napisany prostym językiem – to wszystko tworzy oryginalną ciekawą całość.  

W planach wydawnictwa: Częśc piąta - Cudowny dzban i część szósta - Chimera.

Recenzje pozostałych części Opowieści z zaczarowanego lasu – na moim blogu.

 

  • seria: Mity greckie
  • autor: Nathaniel Hawthorne
  • czyta: Krzysztof Tyniec
  • muzyka: Maciej Rychły (Kwartet Jorgi)
  • ilustracje:  Józef Wilkoń
  • czas: 57:45



Wiek 5+

Akademia Rozwoju Wyobraźni BUKA



Anton Pieck (1895 – 1987) był holenderskim malarzem, rysownikiem, grafikiem. Jego obrazy to bogactwo szczegółów, szczególików. Wśród jego charakterystycznych obrazów znalazłam jeden związany z książkami. Uliczka dla moli książkowych, która ma niesamowity klimat. Chciałoby się ją od razu odwiedzić…



Mimo, że na temat Fidndusa i jego pana Pettsona, możemy tylko achać i ochać – Polowanie na lisa, to jest naprawdę to. Przysłowiowa wisienka w czekoladzie na marcepanowym torcie. Przypomnę niewtajemniczonym: staruszek  Pettson mieszka na szwedzkiej wsi spokojnej i wesołej i ma kota. W dosłownym tego słowa znaczeniu – choć kota na punkcie kota też ma. Kot Findus – jest przesympatycznym zwierzakiem, z kocim charakterkiem – czyli czasem pokazuje pazurki. Do tego ma cięty język, bywa bezczelny, obrażalski, potrafi odpłacić pięknym za nadobne. Ot, taka kocia natura w pigułce. Seria o tej dwójce przyjaciół liczy sobie kilka części – przy czym każda z nich to odrębna przygoda, nie kontynuacja, tak więc czyta się świetnie bez żadnych zobowiązań, że trzeba poznać coś przed czy po. Tym razem staruszka i jego zwierzaka odwiedził sąsiad Gustavson – z flintą przewieszoną przez ramię. Ostrzegł ich, że po okolicy grasuje lis, w nocy wyniósł mu kurę i że on, jeśli tylko go spotka, zamierza go zastrzelić. Pettsonowi i Findusowi żal lisa. Obaj są przeciwnikami rozwiązania siłowego. Szukają sposobu, by tak przestraszyć lisa, aby mu się odechciało kur raz na zawsze. Czy im się uda? Zakończenie jest zaskakujące, nie zdradzę, by nie popsuć zabawy. Ta książka pełna jest humoru. Przysłowiową kropką nad i są ilustracje autora. Cudnie pokazują klimat tej opowieści. Najpierw przygotowania do przestraszenia lisa, cała krzątanina, snucie planów, szykowanie wielkiego wystąpienia Findusa w roli…. – nie zdradzę, choć przyznaję, muszę ugryźć się w język. Potem wielkie buuuum – które dzięki mnogości szczegółów, dbałości o szczegóły – wręcz słyszy się patrząc na ilustracje mistrza. A potem - spokój, refleksja, podsumowanie. I ten spokój – już w zaciszu Pettsonowej kuchni też udziela się czytelnikowi. To co mnie urzekło w tej książce – to poszanowanie istot żywych, przyrody, które nieodłącznie kojarzę ze Szwecją. Dla dzieci to naprawdę wspaniała lekcja. 

Recenzje pozostałych książek Nordqvista znajdziecie na tym blogu.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina



Podpytałam wydawnictwo Bona o swoje plany. A podpytałam, bo bardzo trafiło w nasz gust czytelniczy. Wydaje m.in. książki niemieckich autorów – do tej pory nieznanego na naszym rynku Daniela Nappa i klasyka książki dziecięcej – Otfrieda Preusslera – u nas znanego głównie jako ojca Malutkiej Czarownicy. Tymczasem Preussler to autor znakomitych książek dla dzieci. Właśnie ukazał się Mały Duszek z cudnymi ilustracjami J. F. Trippa (znacie go już z książek o Kubie Guziku. Kiedyś wspominałam jego osobę też przy okazji Rabusia Hocka – Plocka – z tego co wiem, nie przetłumaczonego na język polski. Ja uparcie wracam do tej książki z moimi dziećmi i spolszczam na gorąco i z notatek).  A dla miłośników Presusslera niezła gratka – jesienią ukaże się Krabat. Tajemnicza opowieść nawiązująca do starej baśni łużyckiej. Dziś odwiedzając blog ilustratorki Katarzyny Bajerowicz odkryłam kolejną niespodziankę. To ona wyczarowała ilustracje do Krabata. Ukradłam jedną ilustrację z jej strony. Resztę znajdziecie w jej skromnych progach - tutaj. Prawda, że piękne? Ich autorka zdradziła, że w wydaniu książkowym będą … inne. Czarno – białe. I tak apetyt wzrósł w miarę jedzenia. Ale musimy poczekać do jesieni. Porównamy. Zresztą można czytać książkę i wrócić do tych z plamą czerwieni, granatu, fioletu. Krabat to nie książka dla najmłodszych. Baśń dla starszej dzieciarni – jest klimat grozy, tajemnicy, są czary. Pewnie według Wydawnictwa te czarno – białe lepiej oddadzą cały ten straszno – groźny klimat.  Zobaczymy – i ocenimy. Do zobaczenia jesienią!

 

A co do dwóch panów, którzy pojawili się na naszym rynku – Preussler po latach, Napp jako nowość. W Niemczech niedawno ukazał się  Mały Wodnik Preusslera … z ilustracjami Daniela Nappa. To dopiero historia – w Internecie można zobaczyć, co z tego wyniknęło – kolejna piękna książka, która może kiedyś … u nas… Ech, rozmarzyłam się na dobre.



 



wtorek, 14 czerwca 2011

Na okładce dziewczynka na wózku inwalidzkim, która zdobyła szczyt wielkiej góry. I wielka radość wypisana na jej twarzy. To Majka. Właśnie pokonuje mniejsze i większe przeszkody dnia codziennego. Jeszcze niedawno nie zwracała uwagi na brak podjazdów do wózków inwalidzkich przy sklepach, w kinach, urzędach, szkołach, budynkach mieszkalnych, na brak wind, na zbyt wąskie drzwi, wysokie krawężniki. Każde trudne ćwiczenie, zejście z wózka na łóżko, toaletę - to jej prywatne zwycięstwo. To jej kolejny Mont Everest. Dziewczynka skończyła 11 lat, gdy zdarzył się fatalny wypadek. Pędzący samochód, ułamek sekundy, chwila nieostrożności zmieniły wszystko w jej życiu. Mimo wielu operacji, Majka resztę życia spędzi na wózku inwalidzkim. Smutek, łzy, ale Majka nie poddaje się. Denerwuje ją, gdy inni trzęsą się nad nią jak nad maleńkim kurczakiem – Majka to, Majka tamto. Już woli docinki brata – Artura, który mówi co myśli, nie gra kogoś innego i wypadek siostry niczego w jego zachowaniu nie zmienił. Chłopak instynktownie zachowuje się jak dawniej sprzed wypadku – za co dziewczynka jest mu baaardzo wdzięczna, choć nie zawsze o tym wspomina.

Książka dotyka problem niepełnosprawności – w domu, w szkole, wśród znajomych. Pokazuje, jak zachowujemy się względem takich osób, które chcą być traktowane bez żadnych społecznych „promocji” w postaci nachalnego udzielania pomocy, rozczulania się, współczucia, litości. Autorka zwraca uwagę na to, że niepełnosprawność to element naszej codzienności i jak niesprawiedliwe są podziały my i oni.

W pamięci zapadła mi taka oto refleksja Majki:

Łatwo im (rodzicom) mówić, że mam być dzielna, że łzy nic nie pomogą. To niech nie płaczą. Ja im przecież nie każę.

Pokazują, że często niepełnosprawność jest bardziej problemem ludzi sprawnych, zdrowych, którzy nie potrafią jej zaakceptować, pogodzić się z nią. Książka w doskonały sposób zwraca uwagę na to, jak ludzie dotknięci kalectwem chcą odnaleźć miejsce w społeczeństwie. Bardzo mądra i ważna lektura, nie pozbawiona też humoru i optymizmu, nawet wątku sensacyjnego z … duchem dziadka. Majka ma wspaniałe marzenia – w przyszłości chce się dalej uczyć, zostać kimś, zakochać się i nauczyć się japońskiego. A jak ktoś bardzo chce – to się to zawsze spełnia. Tego uczy ta książka.

 

Wiek 11+

Wydawnictwo Literatura

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Unser kleines Kommunionskind - 1928 r.

Chciałam o tej książce napisać w okresie komunijnym. Ten powoli mija, a mnie się właśnie o niej przypomniało. Kupiłam w tzw. graciarni za tak zwane grosze – jako ciekawostkę. I dlatego że … pomyślałam sobie, że graciarnia nie jest odpowiednim miejscem na taką książkę, a poza tym urzekło mnie to, co w niej znalazłam. Bo oprócz całego materiału przygotowawczego do I Komunii Św. na prawie 180 stronach pokaźnej książki (jest po niemiecku, w gotyku) – a więc różnych modlitw, pieśni, opowieści biblijnych, wskazówek jak się modlić, zachowywać podczas mszy św., spowiedzi, informacji na temat piekła, szatana, grzechów, dobrych uczynków, w książce były drobiazgi – pamiątki po dziecku komunijnym, które kiedyś – prawdopodobnie prawie 100 lat temu tę książkę otrzymało. Książka jest z 1928 roku, przypuszczam, że również mniej więcej z tego okresu pochodzą drobiazgi – mały kolorowy obrazek z aniołkiem, maleńka koperta na pieniążki dla komunikanta (pewnie suma była symboliczna:) i suszone kwiatki.  Moja biblioteka wzbogaciła się o ciekawy eksponat, a ja myślę sobie, że mnie osobiście byłoby trudno wyzbywać się takich pamiątek rodzinnych. Szkoda, że lądują potem  w takich dziwacznych miejscach.



Jest rok 1943. Jedenastoletni Alek mieszka wraz ze swoim ojcem w warszawskim getcie. Matka pewnego dnia nie wróciła do domu – tak po prostu. Poszła do przyjaciółki i ślad po niej zaginął. Takie były czasy. Wszędzie panują terror, strach, głód, śmierć. Podczas deportacji Żydów do obozu koncentracyjnego Alkowi udaje się uciec i schronić w ruinach domu. Krótko przed ucieczką chłopiec obiecuje ojcu, że będzie czekał na niego w zniszczonym domu. Jego nowa kryjówka, to właśnie tytułowa wyspa na ulicy Ptasiej. To analogia do wyspy, na której wylądował Robinson Kruzoe – do której nawiązuje sam Autor w słowie wstępnym. To też symbol wielu podobnych miejsc, jakie mogły istnieć w czasie II wojny światowej, a które służyły Żydom za kryjówkę. Dookoła panują burze, sztormy, huragany jak na prawdziwym morzu - prześladowania i deportacje Żydów, powstanie w getcie, wojna. A na tej maleńkiej wyspie chłopiec, któremu wojna odebrała dzieciństwo, walczy przez kilka miesięcy o przeżycie.  Sił dodaje przyjaciółka – mała biała mysz. I choć wiele momentów opisanych w tej książce zakrawa o nieprawdopodobne, niewyobrażalne, ponoć właśnie wiele z nich dotyka samą osobę autora, odnosi się do jego osobistych przeżyć. Autor rocznik 1931 był w 1943 mniej więcej w wieku Alka i też przeszedł przez piekło Getta. Zresztą ślady z życiorysu autora można ponoć znaleźć w innych książkach, które poruszają temat wojny. Ukazały się na całym świecie, są nagradzane i wyróżniane. W Polce – niestety są dostępne tylko dwa tytuły – Wyspa i dla najmłodszych Babcia robi na drutach z ilustracjami Marty Ignerskiej.


Przekładu Wyspy podjął się Ludwik Jerzy Kern – mistrz słowa. Od razu wyczuwa się to w tej książce – bo czyta się doskonale. Lektura pozbawiona jest opisu brutalnych scen, jakie na co dzień miały miejsce za murami getta. Autor skupia się na wewnętrznych przemyśleniach chłopca skrytego w ruinach – wyczuwa się jego strach o dzień kolejny. Czy złoży głowę do snu, czy go ktoś odkryje, zabije, wywiezie, czy będzie miał co jeść? Wyspa na ulicy Ptasiej nie jest miejscem zapomnianym przez Boga. Alek spotyka różnych ludzi o dobrym sercu, którzy jeśli tylko mogą, starają się mu pomóc. W tym czasie, kiedy niebo zasłoniły ciemne ciężkie chmury, od czasu do czasu pojawiało się słońce, które dawało nadzieję i wzmacniało chłopca podczas oczekiwań na powrót ojca. Książka może w znakomity sposób przybliżyć młodym czytelnikom temat Holocaustu i II wojny światowej.


Uri Orlev jest m.in. laureatem Nagrody im. Janusza Korczaka (1990) oraz Nagrody im. H. Ch. Andersena (1996). To nie pierwsze wydanie Wyspy w Polsce. Po raz pierwszy ukazała się w 1991.

Wiek 10+ - do czytania na głos przez kogoś starszego. Do samodzielnego czytania 13+ 

Wydawnictwo Media Rodzina



Wojciech Witkowski to w naszym domu przede wszystkim autor książek o Piracie Rabarbarze. Są f-a-n-t-a-s-t-y-c-z-n-e tak a propos. Tymczasem Witkowski popełnił kolejną książkę, w której skrzy się również od humoru, a to za sprawą dwóch przemiłych istot – koziego dziecka Anime i owczego - Anibe. Gdy nadeszła odpowiednia pora, dwie pańcie zostały wysłane przez swe mamy do szkoły – ale interesowało je wszystko tylko nie nauka. Zdenerwowany pan nauczyciel odesłał je do domu z informacją, że mogą wrócić, gdy nabiorą rozumu.  I tu zaczyna się przygoda, taki króciutki Bildungsroman w wersji mini, bowiem panienki nie zamierzają przyznawać się do szkolnej porażki i chcą jak najszybciej dowiedzieć się, gdzie niby mają szukać tego, no jak mu tam…. rozumu. Książka Witkowskiego to zabawna historia z morałem dla najmłodszych – rozumu nie trzeba szukać daleko. Jest przecież we własnej głowie. W dodatku każdy cały czas się czegoś uczy, nabywa doświadczeń – co nie jest ani łatwe, ani przyjemne. A życie niesie z sobą też różne niebezpieczeństwa. Dwa zwierzątka w czasie swoich poszukiwań przeżywają niemałą metamorfozę – i już wiedzą, po co przychodzą do szkoły. Dobra lektura dla pierwszaków, które mają podobne dylematy, co książkowe dzieci. Z niej również dowiedzą się, że nauczyciele też kiedyś byli dziećmi, i że czasem również trudno im było wysiedzieć w ławce.


 

Wiek 5+

Wydawnictwo BIS



niedziela, 12 czerwca 2011

 

Na skraju miasteczka stał dom. Niby zwyczajny, jak wszystkie inne domy, ale niezupełnie… Jedni twierdzili, że jest parterowy i ma dach pokryty czerwoną dachówką. Inni upierali się, że dach wcale nie jest czerwony, tylko zielony, a dom – piętrowy i z dużym kominem. Byli i tacy, którzy przekonywali wszystkich, że w tym miejscu żadnego domu nie ma, tylko rośnie gęsty las, w którym mieszkają … WAMPIRY!

 

Po takim wstępie nie sposób się nie zainteresować tą miłą książką. Piszę miłą, bo jest to wprawdzie opowieść z dreszczykiem (dla najmłodszych!), jednak wampiry w niej występujące są przeurocze, miło nastawione do ludzi, i są w ogóle takie jakieś inne niż ich kuzyni z książek dla dorosłych. Nawet czosnku się nie boją, w dodatku od czasu do czasu gubią swoje straszne wampirze zębiska tak opiewane w filmie i literaturze i lubią kolor czerwony i od czasu do czasu kupują drewniane kołki. Mało tego - babcia Fibrycukella nosi olbrzymie główki czosnku zamiast korali. Przygoda z wampirami zaczyna się pewnego dnia, kiedy to rodziców Kazia odwiedza dziwny niejaki pan Zdzisław Nieświerzy przez „rz”. Zleca ojcu chłopca renowację i dekorację wnętrz swego starego domu w miejscowości o znamiennej nazwie … Wampirzyce. Dom posiada mnóstwo zakątków, zakamarków, które kuszą, by w nie wleźć i pobuszować trochę. Dla małego siedmioletniego chłopca żądnego przygód, to prawdziwy raj. Taką gratką jest przede wszystkim strych, gdzie Kazio odkrywa starą skrzynię, w której mieszkają … wampiry. Ale spokojnie – bardzo przyjazne, gościnne, życzliwe, z dużym poczuciem humoru, którym zarażają innych. Wspomniana już babka Fubrycukella, dziadek Hongogard, Zuzulinda, wujek Drakula  - to nowi znajomi Kazia. Wampirzy dziadkowie zastępują chłopcu dziadków biologicznych, których nie ma, pomagają mu w różnych kłopotach, stają się powiernikami,  starają się go zrozumieć i podpowiedzieć, jak należy postępować w pewnych trudnych życiowych sytuacjach.  

Książka napisana ze swadą, dużą porcją dowcipu, z fajnymi dialogami. Świetnie nadaje się dla dzieci, które właśnie zaczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem – duże litery, krótkie rozdziały. Dobre książki poznaje się też po tym, jak brzmią, gdy się je czyta na głos. Nam czytało się ją wybornie.

I jeszcze ilustracje Olgi Reszelskiej – oddają klimat tej historii, Są śmieszne, charakterystyczne,  w tonacji czarno – biało – szarej pasują w sam raz do tej wampirzej historii.  

 

W tej książce wszystko pachnie czosnkiem – nawet krem do tortu, budyń, pączki:) I jest dużo zabawy.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Wilga



Już dawno chciałam zwrócić Waszą uwagę na ten artykuł. Potem zapomniałam, a teraz przy porządkowaniu swoich papierzysk, znalazłam stare wydanie dodatku do GW, w którym znów poczytałam o Irenie Tuwim– tłumaczce, poetce, siostrze Juliana. Też macie coś takiego – sprzątacie, sprzątacie aż wióry lecą, potem nagle wpada coś ciekawego do ręki – książka, gazeta, dla małej przerwy robię kawę,  a potem siedzę i siedzę, zagłębiam się coraz dalej w czeluściach fotela. A sprzątanie nie jest już wcale takie ważne...

 

Autor artykułu: Anna Augustyniak – Wysokie Obcasy (z dn. 20.11.2010)

 

"Irka, młodsza siostra Juliana Tuwima, pisała w 'Łódzkich porach roku': 'Pierwszy ból serca, jakiego doznałam w życiu, był rozdzierający i trwał blisko dziesięć dni'. Było to rozstanie z Julkiem, który jako uczeń gimnazjum pojechał na ferie Bożego Narodzenia do wujostwa. 'Moja rozpacz była ponad wszelkie argumentacje. Płakałam w nieutulonym żalu jak pod murami Jerozolimy'. Za namową matki Irka zrobiła wtedy mały kalendarzyk i zawiesiła go na bocznej ścianie szafy. Codziennie zrywała kartkę i patrzyła przez łzy, jak kalendarzyk staje się coraz cieńszy. Odtąd w gwarze domowej wybuchy nieukojonego płaczu nazywano zwrotem 'za szafą'. Pół wieku później, podczas innej zimy, wszystko inaczej się potoczyło. „Gdy żegnałam się z Julkiem 17 grudnia 1953 r. przed Jego wyjazdem do Zakopanego, ćwierć żartem, a trzy ćwierci serio powiedziałam Mu w przypływie powrotnej fali dawnej, dziecinnej miłości, że to rozstanie skończy się dla mnie tym razem »za szafą «. Mówiąc to, nie pomyślałam ani przez chwilę o rozstaniu na zawsze. Po prostu tak jak wtedy dom, tak teraz Warszawa, opuszczona przez Julka, wydawała mi się nagle pozbawiona sensu. A myśl, że tak mogłoby zostać już na zawsze - nie do zniesienia'. Nie pomyliła się. 10 dni później Julian Tuwim zmarł na atak serca. Przed Ireną były jeszcze ponad trzy dekady życia bez ukochanego brata i jego 'jarzącej się wiecznie jak choinka, musująco szampańskiej aury'."


 

Całość znajdziecie tutaj

Irena Tuwim spolszczyła wiele książek. M.in. takie tytuły jak: Gałka od łóżka, Kubuś Puchatek, Chatka Puchatka, kilka książki Edith Nesbit. Mary Poppins nazwała Agnieszką.



Trochę z innej beczki, W książce (nie dla dzieci) znalazłam ciekawy cytat związany z leworęcznością. A że mam dzieci leworęczne, zapisuję, by nie zapomnieć.

 

Mózg to przedziwny twór. Jeśli ktoś jest praworęczny, wszystko można łatwo umiejscowić: pamięć krótkotrwałą i długotrwałą, gniew, cierpliwość – wszystko. Nawet ten maleńki obszar, na którym znajduje się nasza osobowość. Jeśli natomiast ktoś jest leworęczny, nic nie wiadomo (…). W głowie panuje wtedy nieład (…)

 

Koniec świata w obrazkach – Robert Goolrick (WNK, 2011, str. 51)

sobota, 11 czerwca 2011

Kto zna wcześniejsze przygody Mamy Mu -  w wielkim formacie, kolorowe, ze wspaniałymi ilustracjami Svena Nordqvista i w dodatku jest bardzo przyzwyczajony do swoich przyzwyczajeń :), może na początku przeżyć niemałe rozczarowanie. Książka Mama Mu na rowerze jest w formacie A5, z zaledwie kilkoma ilustracjami dla aż (uwaga miłośnicy słowa) dwunastu historii na 128 stronach o przesympatycznej krowie i wronim narzekaczu – Panu Wronie. Ale w naszym przypadku zdziwienie i rozczarowanie trwało krótko. Format jest poręczny, te kilka ilustracji - jak zawsze zresztą w przypadku Nordqvista - bombowych, w dodatku dla niezaspokojonych ilustracyjnie – miła niespodzianka – ciekawe rozwiązanie w postaci kolorowych dodatków na każdej stronie – brzegów lub pojedynczych obrazków z naszymi ulubieńcami. I to co mnie zawsze (czemu tak rzadko?) urzeka przy książkach dziecięcych: dobrej jakości papier –nie – k-r-e-d-o-w-y. Nie umiem zachwycić się wszechobecnymi święcącymi kartkami, które lepiej pasują do książek - albumów ze zdjęciami. W książce dziecięcej błyszczy od książki najmniejszej do największej, od najcieńszej do najgrubszej. Tymczasem surowa faktura, trochę szorstkie grube kartki, nie odbijające światła, nie rażące w oczy :), cudnie pasują do książki dziecięcej – mnie kojarzą się ze starymi wydawnictwami, o ekologii już nie wspomnę. To tyle o różnicach i nowościach  – reszta się nic a nic nie zmieniła.  Mama Mu żyje sobie w pewnym gospodarstwie, jak każda normalna krowa. Jednak chce od życie czegoś więcej – nie tylko skubać trawę na łące, żuć ją leniwie i gapić się przed siebie, od czasu do czasu pacnąć ogonem gza, który uporczywie stara się ją ukąsić. Mama Mu chce dowiedzieć się jak najwięcej o świecie – szczególnie tym, który jest za ogrodzeniem pastwiska. Marzy o rzeczach, które ponoć – tak przynajmniej twierdzi jej przyjaciel Pan Wrona z Wroniego Lasu – nie przystoją krowie. Mama Mu mówi – Chcę, chciałabym, marzę o…. A Pan Wrona na to kracze: Nie, nie. Niech mnie pióra biją! Jesteś krową, Mamo Mu. Krową! Krowy nie potrafią... I zaraz grozi, że dostanie pióropleksji. A jednak. Mama Mu chce jeździć na rowerze – wsiada na rower, nurkować – skacze do wody, zobaczyć miasto – udaje się tam, iść do biblioteki – proszę bardzo – zapisuje się do biblioteki, łowić ryby – łowi ryby (po swojemu), tańczyć - tańczy. Bo dla tej krowy nie ma rzeczy niemożliwych. Marzy, a potem te marzenia realizuje. Z odwagą, pasją, wiarą, że się uda. A Pan Wrona? Niech narzeka, niech kracze. Para przyjaciół – jak ogień i woda, różnych - przyciąga się. Poniekąd Pan Wrona motywuje Mamę Mu do działania – im bardziej nie wolno, to tym bardziej trzeba. Pan Wrona mówi – nie. Mama Mu – tak. Pan Wrona mówi – śmierdzi tu krową. Ona – tu pachnie krową. I choć czasem Pan Wrona jest bezczelny, natrętny, egoistyczny – to jednak między nimi panuje przyjaźń. Narzeka, ale i pomoże, i da się wciągać w różne przygody. Tak – przygody, bo ta dwójka świetnie pokazuje dzieciom, że zwykłe czynności – jak choćby jazda na rowerze, taniec – mogą być przygodą, która sprawia, ze życie jest ciekawsze i piękniejsze.

Historie napisane prostym językiem, długie w sam raz, z dużą dawką humoru, z ciekawymi i śmiesznymi neologizmami odnoszącymi się do świata wronio – krowiego (dostanę pióropleksji, zaraz się rozpłaczę szarenie (to Pana Wrona zasmucił się, że szary – a przecież on jest szary – nie jest kolorem , Święta Mucja (zamiast Święta Łucja), Muu, jak mułło – okrzyki zachwytu Mamy Mu). Dzieci (i nie tylko) mogą nauczyć się z tych historii, że warto mieć marzenia, bo te się spełniają.

Do tej pory ukazały się "Mama Mu na huśtawce", "Mama Mu na sankach", "Mama Mu sprząta", "Mama Mu buduje" i "Mama Mu nabija sobie guza", a także "Kolorowanka Mamy Mu i Pana Wrony".  

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki



piątek, 10 czerwca 2011

 

Piraci w dzisiejszych czasach pewnie mają ciężkie życie - przegrywają choćby z takim Harrym Potterem czy Willem (Zwiadowcy). Współczesne pokolenia mają swoich książkowych idoli, choć pewnie wielka popularność filmu Piraci z Karaibów, dorabianie kolejnych części, zwróciła uwagę młodego pokolenia na rzezimieszków, którzy w XVII wieku rozpanoszyli się na dobre na ciepłym morzu Karaibskim. Krzysztof Kubiak* w popularnonaukowym dodatku do Rzeczpospolitej (14 sierpnia 2010): Piraci z Karaibów. Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni napisał: "Wojny morskie XVI - XVIII wieku stanowiły odbicie konfliktów na lądzie. Reformacja przydała im zabarwienia religijno - ideologicznego. Oponenci hiszpańskich Habsburgów atakowali także zamorskie kolonie należące do Hiszpanii. Aby zmniejszyć koszty działań wojennych w Nowym Świecie, Francuzi, Holendrzy i Anglicy nie angażowali w nie flot państwowych, lecz chętnie wydawali osobom prywatnym listy kaperskie zezwalające na atakowanie okrętów przeciwnika. Legalizowanie przez państwa morskiej przemocy stało się powodem rozkwitu historycznego fenomenu zwanego piractwem karaibskim." Kapitan Kidd  - bohater tej książki to postać historyczna (1645- 1701).  Uznawany jest za jednego z najokrutniejszych piratów tamtych czasów, w rzeczywistości był... korsarzem Jego Królewskiej Mości Williama III i miał pełnomocnictwo króla zezwalające na atak na statki pirackie lub okręty nieprzyjacielskie. Często miesza się ze sobą te dwa określenia, stosuje nawet jako synonimy, tymczasem jest to duży błąd historyczny. Ruzicka sięgnął po temat kapitana Kidda, która od wieków inspirował różnych pisarzy: Edgara Allana Poe (Złoty Żuk), Roberta Louisa Stevensona (Wyspa Skarbów).

A wszystko przez legendę...

 

Legendy o piratach głoszą, że przy zakopywaniu skarbu zawsze wybierali oni spośród siebie jednego nieszczęśnika, którego zabijali, a następnie chowali razem ze skarbem. Wierzyli że jego duch będzie strzegł miejsca przed wszelkimi intruzami, którzy chcieliby przywłaszczyć sobie złoto. Jedna z legend głosi że Kidd ukrył swój skarb na wyspie, gdzieś u wybrzeży Nowej Szkocji. Podobno miejsce to można rozpoznać po tym, że każdej nocy słychać wokół straszne krzyki i jęki dziewczęcia. A to z tej przyczyny, iż Kidd, nie chcąc poświęcać żadnego ze swych ludzi, zakopał wraz ze skarbem, ciało niewinnej dziewczyny.

 

William Kidd - źródło Wikipedia

Taki jest okładkowy wstęp tej historii. Książka opisuje wyprawę po skarb kapitana Kidda. Głównym bohaterem jest nastoletni Jack Ward, wnuk jednego z wiernych druhów kapitana. To dziadkowi Jacka kapitan Kidd na krótko przed śmiercią powierza swoją tajemnicę. Stary Ned staje się depozytariuszem dziwnej pustej skrzyni, która ... pustą w istocie nie jest. Ma drugie dno, kryjące mapę i wskazówki, które mają pomóc w odkryciu skarbu. I w tym miejscu zaczyna się prawdziwa przygoda, w którą wciągnięty zostaje czytelnik. Ma on do dyspozycji wszystko to, co mają Jack i jego dziadek - wisior - tajemniczą różę wiatrów i mapę. Trzeba tylko uruchomić szare komórki i razem z dwójką bohaterów, choć tak nie do końca, bowiem w międzyczasie pojawia się szajka piratów, pomarzyć również  o odnalezieniu skarbu.

Nasi bohaterowie przemieszczają się po morzach, szukają , liczą kroki, kopią, udają się w tajemnicze, często niebezpieczne miejsca - stawka jest wysoka - ich własne życie. Czy im się uda? Tekst jest napisany prostym językiem, rzeczy trudniejsze zaraz są wyjaśniane w zrozumiały sposób. Autor pomaga w rozwiązywaniu zagadek, przytacza ciekawostki - jak te dotyczące pirackiej biżuterii, flagi, różnic pomiędzy piratami a korsarzami, ciekawie kreśli tło społeczno - historyczne. Książka wciąga niesamowicie. Duch piracki ożył. Sam pomysł książki wzbudzi podziw żądnego przygód młodego mola książkowego (albo pomoże nieprzekonanym do książek wręcz uwierzyć, że jednak są ciekawe i piękne książki). Książka wygląda jak skrzynia kapitana Kidda. Również i ona ma podwójne dno kryjące tajemnice. Są kartki z siedemnastowiecznego pamiętnika prowadzonego przez Jacka - postarzone, pożółkłe, nagryzione przez ząb czasu. Są stare listy, mapy, ilustracje, które nawiązują do mistrzów rycin zdobiących dziewiętnastowieczne powieści awanturnicze. Są zadania do wykonania i jest wielka satysfakcja z ich samodzielnego wykonania. Świetna książka dla tych, którzy lubią się bawić, chcą dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy i lubią piratów.


 

Książki o piratach inspirują:)))


 

*Krzysztof Kubiak Kmdr por. rez. dr hab., profesor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu



Wiek - dla starszych dzieci 10+

Wydawnictwo Stentor

wtorek, 07 czerwca 2011

Myślę, że Tomka nie muszę Wam specjalnie przedstawiać. Znacie go już z Opowiadań z piaskownicy i Piegowatych opowiadań.

Opowiadania dla przedszkolaków to część pierwsza Tomkowego cyklu i jego przygód u progu edukacji wczesnoszkolnej. Właśnie ukazały się jako audiobook w znakomitej interpretacji Artura Barcisia. Bardzo pasuje mi głos aktora do roli Tomka. W dodatku cała osobowość pana Artura, który przede wszystkim kojarzy mi się z rolami komediowymi oraz dużym poczuciem humoru, świetnie wpisuje się w klimat Tomkowych rozważań o świecie z perspektywy przedszkolaka. Na dwóch płytach CD – razem dwadzieścia opowiadań dla najmłodszych. Zawsze chętnie wracamy do książek Renaty Piątkowskiej, ponieważ podoba nam się jej zmysł obserwacji. Autorka umie uchwycić to coś w relacjach dzieci z dorosłymi. W dodatku nie ma tutaj tematów błahych – wszystko jest ważne. Piątkowska umie wykorzystać każdy temat do przedszkolnych rozważań filozoficznych – bo muszę przyznać, że mały Tomek to jest taki trochę drążyciel – myśliciel. Gdy się uczepi jakiegoś tematu, to drąży i drąży. Jak każde małe dziecko – pewnie dlatego tak chętnie czytają i słuchają go najmłodsi. A  z nimi też rodzice. Tomek to wypisz wymaluj nasze pociechy, prawda? Zwykła przejażdżka tramwajem, choroba, robaczek w jabłku, znalezione w piaskownicy wiaderko, dziwny wygląd taty kolegi są doskonałym pretekstem do poruszenia i wyjaśnienia ważnych zagadnień. Podoba mi się humor tych opowiadań. Często jakby niezamierzony, wynikający bardziej z natury dziecka, przekornej, ciekawskiej, ale takiej bardzo serio. W każdym razie podczas słuchania płyt – wybuchy śmiechu murowane.

Moje starsze dziecko – też Tomek – ancymonek, rośnie razem z Tomkiem książkowym. Marzy mi się, by książkowy Tomek kiedyś poszedł do szkoły i byśmy mogli poczytać o jego szkolnych perypetiach. Już widzę ten początek któregoś z kolejnych opowiadań: Jak ja nie lubię matematyki/ albo wręcz przeciwnie: Jak ja lubię matematykę…. Myślę, że Piątkowska dzięki swoim opowiadaniom potrafiła rozbudzić w dzieciach ciekawość świata, najbliższego otoczenia i przedszkola właśnie. Przedszkolak też może mieć ciekawe życie.

Autorką okładki jest  mama książkowego wizerunku chłopca Iwona Cała. Jej charakterystyczne buzie zaopatrzone w okrąglutkie rumieńce – dla mnie symbol dziecięcia zdrowego, wesołego i szczęśliwego, świetnie wpisują się w  klimat tej książki – napisałam przy okazji Piegowatych opowiadań.  I zdania nie zmieniam. Polecam!

Wiek 4+

Wydawnictwo BIS



poniedziałek, 06 czerwca 2011

Przeczytałam jednym tchem. Sama nie zwróciłam na książkę uwagi podczas przeglądania nowości w Internecie.  A przeczytałam ją przypadkiem, dzięki podpowiedzi Wydawnictwa. I dobrze się stało, bowiem zanurzyłam się w Zenku w miniony weekend – też z nogami w baseniku wersji mini dla ochłody. Dzięki chłodnej wodzie nie zrywałam kontaktu z rzeczywistością, bo było ciekawie, zabawnie – czyli tak, jak przy dobrej książce być powinno. Teraz z całą energią, jaką mogę wykrzesać tylko podczas tego ponad 30-stopniowego upału, spróbuję zachęcić do sięgnięcia po książkę, bo warto, po trzykroć warto. Gwoli ścisłości – rzecz dzieje sie się w czasach współczesnych. Tytułowy Zenek to dziesięcioletni chłopiec, który nosi takie troszkę tracące myszką imię, bowiem tak nakazuje tradycja rodzinna. Zenobiuszem był pradziad, który za udział w Powstaniu Styczniowym został skazany na katorgę na Sybir,  w kolejnych pokoleniach również  dziadek, i tato.  To imię kryje w sobie też nazwę ZEN, a to już chyba w tej całej opowieści nie jest wcale takie przypadkowe. Zenek właśnie dowiedział się, że jego babcia bardzo ciężko zachorowała, mama musi zaopiekować się nią, a on nieoczekiwanie spędzi z ojcem Zenkiem całe siedem dni na obozie buddyjskim – 50 kilometrów od Warszawy. To co miało być nudne, okazało się fascynującym przeżyciem – wyrażonym w prosty sposób, bez emocji, z zaangażowaniem takim w sam raz. Nie zapominajmy, że Zenek to w końcu dziesięciolatek, który nie ma zamiaru spędzać długich godzin na medytacjach. Ciągnie go do Internetu, gier, psów i lodów. Jednocześnie odkrywa, że obok bardzo atrakcyjnej oferty współczesnego świata techniki, wielką radość może dać …cisza, rozmowa z drugą osobą, obserwacja przyrody, rozwikłanie jej tajemnic, poznawanie innych religii.

Czy uda się pogodzić tęskniącego za nowoczesnością chłopca, fascynującą relację z podróży przez Azję pradziadka Sybiraka, sceny z życia mrówek, opowieść o tęsknotach Siddharty – założyciela buddyzmu oraz informacje na temat obcej religii no i relacje z obozu buddyjskiego? Zapewniam Was, że to możliwe. Andrzej Grabowski zrobił to zgrabnie, lekko, z humorem, z dużą dawką wirtuozerii. Umiejętnie żongluje tematami – i czyta się wybornie. Jestem pewna, że ja sama, dla siebie będę wracała do tej książki, bo można ją tak właśnie czytać – na kilka sposobów. Mojemu Tomkowi czytałam na głos opisy ucieczki z Syberii i informacje przyrodnicze o mrówkach. Powiem krótko – zrobiły wrażenie. Przyjdzie czas na inne rzeczy.

Zachęcam do zwrócenia uwagi na książkę o bardzo skromnej, ale zarazem  oryginalnej  okładce. Czy pisałam już, że warto?

Wiek 10+

Wydawnictwo Media Rodzina



Kiedy patrzę na naszą półkę z książkami dla dzieci – to przyznaję, dużo tam prozy, mniej poezji. Na pocieszenie dodaję sobie zaraz, że nie liczy się ilość, ale jakość. Wspaniałe nazwiska poezji dziecięcej – młodsi, starsi. Niedawno pisałam o tym, że dzieciństwo i wiersze Brzechwy i Tuwima to jedno. Wydaje mi się, że za lat kilka obecne małe dziatki będą z rozrzewnieniem wspominać wesołe i zabawne wiersze Agnieszki Frączek.

Pani Agnieszka ma swoich wiernych miłośników, takich, którzy z niecierpliwością czekają na kolejne wiersze. Rymobranie zostało wydane w ramach Platynowej serii, która prezentuje najciekawsze wiersze wybitnych poetów polskich. Obok wspomnianych już Tuwima i Brzechwy. Rymobranie to wiersze pełne dziwnych śmiesznych wyrazów, których na próżno szukać w mowie codziennej, a których znaczenie od razu jest jasne i wynika z kontekstu danego utworu - Gróbelek, Krasmarudek, potwórko, kotostrofa. Autorka bawi się rymem, rytmem, słowem, zaskakuje, rozśmiesza. Łącznikiem Platynowej kolekcji są świetne ilustracje Macieja Szymanowicza, które są przysłowiową kropką nad i. Bez nich te książki byłyby zupełnie innymi książkami. Ilustrator umie pomnożyć humor, jakim zabarwione są strofy Agnieszki Frączek. Krasmarudek, prychający trabant pana Zdzicha, byczek w porteczkach lilaróż (musielibyście widzieć minę moich synów – COOOOOO?? NIGDY!!!- to cytat)

Ulubionym wierszem mojego 3-letniego Mikołajka jest Krasmarudek. Kiedy go czytaliśmy, moje dziecko było właśnie po południowej drzemce i miało w związku z tym straszne muchy w nosie. Jak mówiła moja babcia – dziecko po drzemce musi się wypierzyć – a to wcale nie jest tak łatwo i trochę trwa – to wypierzenie. Opis Krasmarudka pasował do mojego młodszego syna jak ulał:

 

Niby mały, cichy ludzik…

A jak zacznie raz marudzić,

Jak się zacznie głośno wściekać,

Pieklić, złościć i narzekać,

To go słychać w każdym kącie!

 

Tak sobie pomruczałam sama do siebie pod nosem, że to chyba o Mikołaju. I wtedy na pochmurnej buzi ukazał się wielki, olbrzymi uśmiech pełen zadowolenia. I już było dobrze.

I o to w tych wierszach chodzi – bawią, rozweselają, uwrażliwiają na słowo i rytm. Fajna zabawa.


Wiek 2+

Wydawnictwo Wilga

 

 

 



niedziela, 05 czerwca 2011

Tadam! Tadam! Kolejne losowanie. Grę w kolory Tęcza wysyłam do osoby, która podpisała się w komentarzach jako Książki Serdegny. Proszę o kontakt na adres - nata442@op.pl. Będzie mi miło, jeśli osoba wylosowana poinformuje mnie, że przesyłka szczęśliwie dotarła;) Dziękuję za udział i pozdrawiam.

Grannie dziękuję za egzemplarz konkursowy.

Wydawnictwo Granna

 
1 , 2