Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
poniedziałek, 30 maja 2011

Asiunia to wojna widziana oczami małej Joanny Papuzińskiej – autorki takich książek jak Nasza mama czarodziejka czy recenzowany niedawno przeze mnie Król na wagarach.

Historia opowiedziana w tak prosty sposób, że zasłuchało się  w niej również moje młodsze dziecko. I zrozumiało z niej bardzo dużo. Dopytywało się potem – A co z mamą Asiuni? Bo tato przecież wrócił. Siedzieliśmy we trójkę na kanapie, patrzyliśmy na ilustrację Macieja Symanowicza, jak mała dziewczynka tkwi w objęciach ojca, i na chwilę odebrało nam mowę. – A mama? I być może zmieniłam bieg tej historii – przyznaję – ale widząc wzruszenie w oczach moich dzieci – sama dopowiedziałam szczęśliwe zakończenie. Choć słów brakowało i coś więzło w gardle. Szukałam potem potwierdzenia mojej wersji w Internecie, ale nie znalazłam jej.

 

Wojna to nie tylko wielkie bitwy, ważne daty, spektakularne wydarzenia i umawianie się wielkich tego świata. Wojna to przede wszystkim losy zwykłych ludzi. Tak jak rodziny Asiuni – rozproszonej gdzieś po świecie. To głód, choroby z niedożywienia, błąkanie się po obcych domach, to obce łóżko, obcy kubeczek do mleka, drapiący sweter i kawa z żołędzi. To wcześniejsze dorastanie. Wchodzenie w świat dorosłych, ich wojnę, ich problemy. To też pomyślunki, które tak bardzo przydawały się w tamtych trudnych czasach, gdy nie było kompletnie niczego.

Czy można rozmawiać  dziećmi na temat wojny – oczywiście że tak. Książka może być dobrym punktem wyjścia, by poruszyć temat wojny. Ciągle obecnej w naszej codzienności – wystarczy posłuchać wiadomości. Obok tego tematu nie da się przejść obojętnie – nie powinno wręcz. Przeczytać i odłożyć na półkę. Zaraz przypomniało nam się dzieciństwo dziadka Stasia, który urodził się podczas II wojny światowej: dzieciństwo bez zabawek, jedynie ze starym kółkiem od roweru i kijkiem. Pędziło się potem  z tym kółkiem, bez szprych prawie, przez całą wieś, po brukowanej drodze i wrzeszczało z całych sił. Albo zabawa papierowymi łódkami w kałużach po wielkiej ulewie. Na bosaka, w podkoszulku tylko. Kto by się tam jakimś katarem przejmował.  Wojenna rzeczywistość bez słodyczy – poza jednym jedynym wyjątkiem – syropem z  buraków cukrowych, który prababcia Antonina każdej jesieni gotowała wieczorami. I ta kawa, jaką piła również autorka swojej opowieści. I lepszy chleb dla Niemców, i kontyngenty, które wieś musiała oddawać na wojsko. Bo każdy z ludzi, którzy przeżyli wojnę to osobna historia, jakiś wycinek z długiego życia.


Bardzo podoba mi się prostota tej książki, opowiadanie bez patosu – też chęć pokazania dzieciom, że mimo, iż gdzieś tam była wojna, to jednak ludzie starli się żyć za wszelką cenę. Byli z sobą zżyci, pomagali sobie, dzielili się ostatnim kawałkiem chleba.

Ostatnio przy okazji recenzowania Pchły Szachrajki Brzechwy zwróciłam uwagę na ilustratora – Macieja Szymanowicza. Właśnie do nas powraca – tyle że w innej tonacji. Znów oczy głównej bohaterki – te są w końcu zwierciadłem duszy – oczy Asiuni są wielkie i smutne. Mają też w sobie nadzieję i potrafią się uśmiechać, gdy w tych trudnych czasach nadarzy się okazja. Ilustrator trafnie uchwycił wredny charakter niemieckich żołnierzy i skorą do żartów ciocię Tygrys. I Front jako wielkiego przerażającego potwora. Tonacja ciemna, w dojrzałych brązach – z pewnymi wyjątkami. Oddają klimat tamtych czasów.


 

Książki z tej serii: Czy wojna jest dla dziewczyn? – Paweł Beręsewicz

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura i Muzeum Powstania Warszawskiego



wtorek, 24 maja 2011

Nie mogę wyobrazić sobie dzieciństwa bez Tuwima i Brzechwy. Niech mądrzy tego świata wymyślają sobie elektryczne nianie, kubeczki niekapki, cudowne gryzaczki i takie tam. Zmienia się rzeczywistość, pojawiają się nowe gadżety, niektórych nazw nie jestem stanie nawet wymienić. Pewne przedmioty, urządzenia przeszły swoistą ewolucję – popatrzcie na pralkę, bez której teraz ani rusz. A wiersze Brzechwy i Tuwima nadal królują na półkach. Są wpisane od dawna w pierwsze lata życia malucha. Co ja piszę – również dorośli – po latach, mają dużo zabawy przy odkrywaniu ich na nowo. Wychowały się na nich nasze babcie, mamy, my sami, teraz nasze dzieci. Klasyka nieśmiertelna, ciągle w dobrej formie. Klasyka rozśmiesza kolejne pokolenia.


Chcecie bajki?

Oto bajka:

Była sobie Pchła Szachrajka.

Niesłychana rzecz po prostu,

By ktoś tak marnego wzrostu

I nędznego pchlego rodu

Mógł wyczyniać bez powodu

Takie psoty i gałgaństwa

Jak pchła owa, proszę państwa.

To kultowy początek. Pamiętam jak przed laty dobrze się bawiłam, gdy czytałam o słoniu, który rzucił się na kolana przed Pchłą, jak paniusinka – ociupinka wyjadła rurki z kremem i z klasą opuściła cukiernię, jak wystrychnęła na dudka przyjaciółki – elegantki. Przykłady można by mnożyć – w każdym razie – Pchła nieźle rozrabiała, dużo jej uszło na sucho – zwykle nabroiła i tyle ją widzieli. Pamiętam też moje wydanie Pchły – na fatalnym gazetowym papierze, praktycznie bez ilustracji. Po latach my również świetnie bawiliśmy się czytając o jej niecnych wyczynach. Myślę, że do czytania Brzechwy zachęcać nie muszę – teraz Pchła Szachrajka w nowej szacie – z zabawnymi ilustracjami Macieja Symanowicza. W całej postaci Pchły  najbardziej ujęły mnie jej oczy. Ogromne –  a w tych oczach chochliki. I skromna minka. Niewiniątko. Niby. Polubicie tę książkę.


 

Wiek 2+

Wydawnictwo Wilga

 



niedziela, 22 maja 2011

Nie przekonałam się do Hani Humorek. Czytałam (Hania Humorek przepowiada przyszłość/ Hania Humorek ratuje świat/  Hania Humorek ogłasza niepodległość)  i miałam mieszane uczucia. Gdzie tkwi przyczyna? Mało tego, zastanawiam się, skoro Hania Humorek bije za oceanem takie rekordy popularności, to gdzie tkwi jej fenomen? Czy zostało coś zgubione podczas przekładu? Sama idea książek z tej serii jest na pewno dobrze przemyślana – poruszają one ważne tematy (choć nie zawsze): ochronę środowiska, niszczenie lasów równikowych, zagrożone gatunki zwierząt, zaniedbywanie segregacji śmieci, prawa człowieka. Jednak cały czas miałam wrażenie, że te ważne sprawy są jednak gdzieś w tle, drugoplanowe. Najważniejsze jest, by się wiele działo, szybko,  z wielkim buuuuum! Napisane nieciekawym językiem. Nie liczcie na literacką przygodę. Miałam takie wrażenie, że nie nadążam za Hanią. Za jej pomysłami. Jest za to dużo Smrodka (brat Hani), pana Łopucha, którego Hania notorycznie wyśmiewa, Julki (Bubel) Wróbel (koleżanka z klasy), z która Haneczka rywalizuje.Tylko nie myślcie, że nie lubię amerykańskich dzieciaków. Źle się czyta i już. Książki o Hani przypominają mi seriale amerykańskie, w których gdzieś w tle słychać głośny śmiech. Bez miejsca na głębszą refleksję. Hania nie rozśmieszyła mnie, ani nie wprawiła w dobry humor. Wręcz odwrotnie. Im dalej w las, tym większa była moja konsternacja. Książka jest też bardzo amerykańska pod innymi względami. Myślę, że trzecioklasista z podwórka nie poradzi sobie z pewnymi informacjami, które wkraczają w zakres wiedzy socjo – kulturowej, moim zdaniem niezbędnej, by zrozumieć intencje autora, i by uśmiać się tak, że brzuch zaboli. W dodatku Wydawca rzadko dba o wyjaśnienia. W części Hania Humorek przepowiada przyszłość pojawiają się nawiązania do historii USA – rzekoma przepowiednia dotycząca zamachu na prezydenta Kennedy,ego (kim był Kennedy? – to pytanie w imieniu młodych czytelników), Jeane Dixon  miała widzieć pewne rzeczy w bitej śmietanie (kim była Jeane Dixon? – dopiero w kolejnym rozdziale okazuje się, że to słynna amerykańska wróżka). Hania Humorek za „świetną robotę i poprawne rozumowanie” ma dostać naklejkę z trójkolorową flagą Tomasza Jeffersona (a cóż  to takiego ta trójkolorowa flaga Tomasza Jeffersona? Flaga, jak flaga. Można się domyślić, ale dlaczego ma ona aż tak wielkie znaczenie dla roztrzepanej dziewczynki?) Takich niespodzianek jest mnóstwo w innej części: Hania Humorek ogłasza niepodległość. Zmęczyła mnie też dziwna maniera autorki rozśmieszania trochę na siłę – Hania ma ubaw z rzeczy, które wcale śmieszne nie są. Jest oczywiście kilka udanych momentów – jednak w zdecydowanej mniejszości. Powiem tak – dla mało wymagających czytelników i z dużą dozą cierpliwości.

 

Wiek 9+

Wydawnictwo Egmont



To nie sałata, pietruszka czy groszek. Tylko… maki. Nasz nowy ogródek jest zarośnięty. Bardzo, bardzo, bardzo. Najpierw mieliśmy wysyp mniszka. Teraz maków. Piękne są. I zaraz opadną. Ale cieszymy się ich widokiem choć chwilę… A na sałatę, pietruszkę i groszek musimy jeszcze poczekać;)



 

 



Kiedy Ewa Kozyra – Pawlak była małą dziewczynką miała swoje marzenia. Do tego bardzo lubiła szyć ubranka dla lalek. I choć, jak sama obecnie wyznaje, z marzeń dotyczących zawodu – nici – bo nie została ani kwiaciarką, ani paleontologiem, ani kardiochirurgiem, to miłość do szycia pozostała. Jest realizowana w zupełnie inny sposób, ale w tym co robi, widać nadal wielką pasję. Dziecięce ulubione zajęcie sprawiło, że dziś jest ilustratorem charakterystycznym, jej patchworkowi ilustracje są  jedyne w swoim rodzaju i natychmiast rozpoznawalne.

W książce z zagadkami znajdziecie krótkie rymowanki … nie tylko o zwierzętach. Jest ich ponad 70. Nie zawsze są łatwe - niektóre z nich przeciętnemu przedszkolakowi mogą sprawić trudności - np. zagadki o dziobaku albo kameleonie. Odpowiedzi zapisane pod zagadkami – uwaga – pismem lustrzanym. Można z dziećmi pobawić się lusterkiem. Fajna zabawa już dla najmłodszych. Przy pomocy dorosłych - mogą poszerzyć swoją wiedzę.

Książka śmieszy moje dzieci z takiego powodu. Gdy padło pytanie:

Ma ogon i długie uszy najczęściej dźwiga tobołek.

Nie konik to, ani zając,

Ale uparty ……

Moje młodsze dziecko zawołało- Wiem, Wiem – Uparty… Mikołajek.

 

Ani ogon, ani uszy, ani ten tobołek się nie zgadzają. Ale ten jego upór….hm, hm :)

W każdym razie, gdy sięgamy po książkę, zaraz przypomina nam się ta zagadka.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura

 

Wiem, wiem, że maj. Nie zamierzam przestraszyć wiosny. Ale moim dzieciom bardzo podobał się Święty Mikołaj z łatek:)

wtorek, 17 maja 2011

Ciepła opowieść o Jeżyku – młodym, ale nie tak całkiem malutkim. Właśnie opuścił las i zamieszkał w ogrodzie. Taka książka zawsze może liczyć na życzliwość ze strony najmłodszych czytelników – Jeżyk rozpoczyna kolejny etap w swoim życiu, musi zadomowić się w nowym miejscu, znaleźć znajomych i przyjaciół. Maluchy sekundują mu wytrwale. Pojawia się masa najróżniejszych bohaterów – w większości pozytywnych – Kundel, szary Wróbel, Pszczoły, Jeżynka, Kurka, Kogucik,  Zajączki, Żuczek. Są tutaj też chwile grozy – oczywiście z odpowiednią dawką emocji dla trzy-, czterolatka – jak spotkanie z Wilczurem i Lisem, choroba Jeżyka. Bez obaw - w taką historię zawsze wpisany jest happy end. Dzięki prostym historiom maluchom przekazywana jest prawda o życiu – co jest naprawdę ważne - przyjaźń, pracowitość, życzliwość, empatia. W tej książce aż kipi od barw, zapachów i odgłosów przyrody. Zarówno w tekście jak i na ilustracjach – tradycyjnych, klasycznych. I choć to nowość, odżywają wspomnienia z dzieciństwa, bo przypominają mi się podobne lektury sprzed lat. Małe dzieci na pewno polubią Jeżyka i jego nowych przyjaciół. Opowieści o nim mają dużo pozytywnej energii.

 

Duże litery zachęcają do samodzielnej lektury.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Skrzat



poniedziałek, 16 maja 2011

Ta książka dla wielu będzie jak zwierciadło – my – rodzice zalatani, ciągle narzekający na brak czasu. I nasze dzieci – pełne energii, głośne, małe aniołki z rogami. To przecież o nas. Ta książka pomoże uwierzyć, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko odrobina dobrej woli…

O czym marzy tato po wyczerpującym dniu pracy? Chciałby pewnie siąść w głębokim fotelu, zamknąć oczy choć na chwilę i odlecieć daleko, daleko ….. Może marzy też o szklaneczce schłodzonego piwa, emocjonującym meczu, ciekawym kinie akcji? Pan Paweł Różyczko jest ojcem zmęczonym, wykończonym. Dopiero co wrócił do domu – wygląda… nieciekawie. Ledwie żyje, powłóczy nogami, mina kwaśna – jednym słowem – obraz nędzy i rozpaczy. I jak tylko zatapia się na chwilę w przepastnych czeluściach fotela, zjawia się trójka jego słodkich dzieci: Olaf, Konstanty i Anna – Maria. Bo przecież tata obiecał…. Po tej lekturze, każdy rodzic zapamięta sobie raz na zawsze, że słowo obiecałeś, może być brzemienne w skutkach. A skoro się coś obiecało – słowa trzeba dotrzymać. Koniec kropka – tak ponoć mówi stare chińskie przysłowie (o tym nie ma  w tej książce). Ta książka oznacza przygodę przez duże p, dużą dawkę humoru. Czytając ją, nie sposób się nie uśmiechnąć. Pan Różyczko to tata, o jakim marzymy dla naszych dzieci. O jakim marzą nasze dzieci. Zawsze znajdzie dla nich czas, zagospodaruje go w sposób nietypowy – jest w dodatku wyrozumiały, troskliwy, cierpliwy. Tato idealny. Bo który z ojców zgodziłby się na zabranie na spacer zegara wahadłowego? No który? Pan Różyczko się zgodził – i jego córka jest przeszczęśliwa. Zwykły spacer do portu obfituje w ciekawe i zabawne wydarzenia. A zakończenie jest naprawdę zaskakujące.


Markus Majaluoma był znany nam już wcześniej – jako ilustrator książek Ella i przyjaciele. Tym razem popełnił książkę autorską. Udaną. W pastelowych, stonowanych kolorach, z mnóstwem ilustracji, na których ciągle się coś dzieje. Te obrazki się ruszają – zauważyło moje starsze dziecko – i faktycznie można odnieść takie wrażenie. A ile tam szczególików do wnikliwej obserwacji.  Moje dzieci utknęły z nosem na ostatniej stronie, która przedstawia plan małego nadmorskiego miasteczka. Mnóstwo tu zaułków do spenetrowania, wyśledzenia trasy spaceru rodziny Różyczków. Jednocześnie dużo pomysłów na spędzenie wolnego czasu – można korzystać do woli, zadowolone miny murowane…. Zresztą może warto podsunąć książkę tatom do czytania – może zarażą się entuzjazmem, kreatywnością taty Pawła Różyczko?(hi hi hi)


Tekst bardzo prosty, urozmaicony co rusz jakiś zabawnym wkrętem dziecięcym lub tatowym. Hulla, kacka kwacka – rozbawi każdego. 

Mnie cieszy kolejne rozszerzenie oferty dla dzieci przez wydawnictwo Bona. Doceniam wysiłki przybliżenia ciekawych tytułów zza naszej zachodniej granicy. Często buszuję po stronach wydawnictw niemieckojęzycznych i od nowości tam aż skrzypi. To przecież jeden z największych rynków wydawniczych na świecie. Fajnie by było gdyby…. Rozmarzyłam się na moment. Jest już Pan Brumm (Niemcy), a w zapowiedziach wznowienie (cudnego) Małego Duszka Preusslera (tak, tak tego pana od Malutkiej Czarownicy) i dalsze losy rodziny Różyczków (Tato, zbudujmy dom) To już literatura rodem z Finlandii – a rejony skandynawskie mają u nas od dawna bardzo dobre notowania. Będzie się działo i już się na to cieszymy...




Wiek 3+

Wydawnictwo Bona



sobota, 14 maja 2011

Kołysanka do czytania. By  przegonić strachy, cienie, by tupnąć na ciemność resztkami sił i zamruczeć pod nosem zasypiając – niczego się nie boję.


Księżyc – Nocny Macek właśnie wybiera się na swój codzienny spacer po niebie. Przelatując nad czubkami drzew przysłuchuje się wszystkim możliwym dźwiękom, jakie wydaje noc. Jeden z nich zastanawia go. Jest to dźwięk nowy i dziwny. Pyta słowika, i ryby w stawie, i tłustej żaby na nenufarze. Ta ostatnia wskazuje na wierzbę, w której mieszka maleńki robaczek. To ponoć jego pierwsza noc na świecie. Jego łzy kapią rzęsiście do miednicy i dzwonią: dzyń, dzyń. Robaczek tęskni za słońcem:

-Ptaki powiedziały mi, że ta piękna kula to słońce. A potem...(…) A potem ta kula zaczęła spadać i zrobiła się czerwona… Było jej coraz mniej i mniej, aż w końcu całkiem znikła. Boję się, boję, boję! – malec siąkał pod nosem, a krople wciąż leciały w dół.

Książka działa jak balsam na duszę. Oswaja ciemność, noc, rożne lęki, samotność. Świecący księżyc na niebie staje się sprzymierzeńcem, który pomaga – oświetla świat, gdy nie ma słońca, pomaga, koi. Jakże cudowny jest obrazek, na którym robaczek zasypia w bezpiecznych ramionach Maćka.


Do prostego tekstu, opisującego wędrówkę Maćka w poszukiwaniu źródła dźwięku dzyń dzyń, autor przemycił też wiedzę stricte naukową, jak to jest ze słońcem i księżycem – że raz są, a raz nie ma. Pierwsza lekcja geografii i fizyki podana w tak nastrojowym klimacie i w bardzo prosty i zrozumiały sposób. Książka w czerni i granacie – i bardzo mocny kontrast - żółty księżyc rogalik - wszystko narysowane charakterystyczną kreską Pawlaka.

Myślę, że nasz dom, w którym od kilku dni posługujemy się określeniem Nocny Maciek na księżyc, nie jest jedynym. Wiem, że ta książka ma sporo miłośników. Właśnie do nich dołączyliśmy.

 

Polecam również bardzo nastrojowy wiersz Ewy Szelburg – Zarembiny pt: Ciemnego pokoju nie trzeba się bać. Znajdziecie go tutaj.

 



Wiek 3+

Wydawnictwo Stentor

 



Najnowsza książka w serii Mały Koneser Dwóch Sióstr spowodowała, że …. pół dnia spędziłam w naszej domowej bibliotece na poszukiwaniach Poznaj sto roślin Janiny Szaferowej. Nobliwej staruszki, którą odziedziczyłam po mamie. W naszym przeprowadzkowym rozgardiaszu faktycznie nie było to łatwe – jeszcze nie wszystko jest na półkach tak, jak należy. Tymczasem książka stricte przyrodnicza stała sobie spokojnie na najmniej odwiedzanej przeze mnie półce kulinarnej (brak czasu niestety zabija kuchenną kreatywność), wetknięta między książki o tortach i sałatkach. To taka moja historia powstała pod wpływem obrazu Albrechta Dürera, innego niż ten, który zainspirował Grzegorza Kasdepke. Autor pisał o zającu, a mnie urzekło dzieło z 1503 roku Kępa traw.

Również to dzieło wykorzystała Ola Cieślak w swoich ilustracjach. Przemyciła kępę, ponoć zielska, na jedną stronę. Ta zwykła kępa zielska została namalowana z taka precyzją, taką dokładnością, że zapiera aż dech w piersiach. Zielsko nie jest już zwykłym zielskiem, jakie spotykamy na niedzielnym spacerze przy polnej drodze. Właśnie do tego potrzebny był mi wspomniany powyżej klucz. I nie tylko – zachwyciła mnie wewnętrzna strona okładki młodej ilustratorki – roślinne motywy, jak ze starego zielnika, w wiosennych barwach, później – wykorzystane również wewnątrz książki. Ech, mówię Wam – wiosna zagościła u nas na dobre i na pewno nie straszne jej żadne tam ani Zimna Zośka (jutro!), ani trzej panowie zimni Ogrodnicy – Bonifacy, Pankracy i Serwacy, którzy spędzają sen z powiek … ogrodnikom właśnie. Zając to wiosna … na półce.


Dwie Siostry książką Powidoki Tiny Oziewicz rozpoczęły nową serię, która ma szczególny charakter. Inspiracją do stworzenia jej są dzieła wybitne – z kolekcji malarstwa polskiego i światowego. Są impulsem dla autora tekstu i ilustracji. Czy Albrecht Dürer (1471 - 1528) mógł przypuszczać 500 lat temu, że jego Młody zając wywoła tyle zamieszania:)))? Śmiem twierdzić, że nie. Jakiego zamieszania, ktoś zapyta. Grzegorz Kasdepke zaskakuje w tej książce. Autor arcy-śmiesznych Mitów dla dzieci, Detektywa Pozytywki, Romansu palce lizać, w tej książce stworzył historię wcale nie do śmiechu.

Pokazuje się zupełnie od innej strony. Świat dziecięcy – widziany tym razem z podłogi. Mały chłopiec obserwuje dziwne cosobotnie odwiedziny jakiegoś pana Stefka – myśliwego. Widzi, jak jego rodzice dziwacznie i sztucznie się przy nim zachowują, klepią go po (ponoć szerokich, w rzeczywistości nie takich znowu szerokich) plecach, przygotowują smakołyki. Ta znajomość ma znamienny wpływ na życie rodziny, relacje między rodzicami. Dzień, w którym pan Stefek przynosi upolowanego zając to scena kulminacyjna. Tak jak w oku zająca Dürera odbija się ponoć atelier artysty, tak tu w oku tego zająca – pokój w domu chłopca. I nagle wszystko staje się jasne, a chłopiec rozumie więcej, niż można by się można było spodziewać…  


Myślę, że nie tylko mnie zaskoczył Autor w tej książce. Nazwa serii sugeruje, że to na pewno książka nie dla wszystkich. Dla wybrańców? Myślę, że nie to jest ideą Wydawnictwa. Mały koneser to zapowiedź czegoś bardziej wyrafinowanego, innego. To smakowanie tekstu i obrazu zarazem, bodziec do głębszej refleksji, poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania. To też okazja, by spędzić razem czas, porozmawiać o lekturze, bo nie są to książki łatwe. Może zainspiruje do sięgnięcia po inne książki Autora, po kolejne tytuły z ilustracjami Oli Cieślak - dla porównania, po album z dziełami Dürera, po książkę o roślinach, a może do wspólnej wyprawy na poszukiwanie traw z obrazu albo roślin z ilustracji Oli Cieślak? Ich Autorka stanęła tu na wysokości zadania – wykorzystuje grafiki i rysunki Dürera, sięga również po inne rozwiązania: jest panorama Augsburga Schedla, Studium Peonii Schongauera, jest stara fotografia z 1904r. Wszystko wkomponowane w botaniczne elementy. Jestem bardzo ciekawa kolejnej książki z tej serii. A przyszłość zapowiada się bardzo intrygująco….

 

W komentarzach pojawiło się ważne pytanie: czy książka podobała się moim synom. Młodszy z racji wieku – akurat w tym przypadku został wyłączony. Stwierdzenie – „coś się podoba” jakoś od razu kojarzy się z innym (choć niekoniecznie) – mianowicie „ładny”. A więc: podobały się ilustracje Oli Cieślak, które moje starsze dziecko (6,5 lat) skojarzyło z  ogrodem. Pomyślałam sobie – może miało być to czymś w rodzaju Raju – może miały symbolizować krainę szczęśliwego dzieciństwa? Zresztą chłopiec z książki uważał się za szczęśliwe dziecko – podobał mu się dom, w którym mieszkał i koledzy, całe otoczenie. To rodzice mieli wygórowane ambicje i koniecznie chcieli od życia czegoś (ponoć) lepszego. Ilustracje zmotywowały nas do wyszukania i nazwania roślin, które są jak najbardziej prawdziwe,  a ciekawskie dzieci chcą koniecznie wiedzieć – jak, co, z czym to się je – stąd Klucz Szaferowej, pożółkły,  z 1960 roku. I spacer niedzielny, z którego wróciliśmy z kilkoma okazami botanicznymi , które udało nam się rozszyfrować i właśnie się suszą. Tekst. Nie jest też łatwy – stąd ważna obecność osoby dorosłej podczas lektury – by dopowiedzieć, wytłumaczyć, porozmawiać. Czy się podobał? – wzbudził duże zainteresowanie i wiele pytań – na temat tych sławnych szerokich pleców pana Stefka, polowania na zwierzęta. Sensu takiego zachowania. Pojawiło się dość naiwne pytanie – jak to jest, że jedni chcą to a inni tamto? To tak jak z patrzeniem na dany obraz – sztuka rodzi pytania. Różne. Pewnie u każdego małego czytelnika inne. Życie nie jest idyllą, zdarzają się trudne sytuacje, negatywne uczucia. Literatura jest dobrym narzędziem do przygotowywania dziecka do ich pokonywania. I choć historia kończy się dobrze, znów pojawiły się pytania: a co z panem Stefkiem, co z zającem, a co z chłopcem. Historie można dopowiadać, tworzyć. Nasze wszystkie miały happy end.

Tej książki nie można ot tak przeczytać i odłożyć na półkę.

 Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry



środa, 11 maja 2011

Tak się przyzwyczaiłam do losowania niedzielnego, że w ostatniej chwili przypomniałam sobie o zmienionym terminie. Dobrze, że nasze młodsze dziecko jeszcze nie spało (rzadko się to zdarza o tej porze, ale się zdarza) i włożyło swoją rączkę w karteczki. SamSam memo pojedzie do Joanny Saduniowskiej, która zgłosiła się na Facebooku. Dziękuję wszystkim za udział. Pozdrawiamy!



Tagi: candy
22:27, be.el
Link Dodaj komentarz »

Marcin Szczygielski ostatnimi czasy nie może narzekać – jest w wyśmienitej formie, co dostrzegają ważne gremia konkursowe. Wysypał się worek z nagrodami dla pana Marcina. Wspomnę Omegę – Książka Roku 2010, Czarny młyn – Grand Prix w  II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren. Dziś został laureatem Dużego Donga. Książka „Za niebieskimi drzwiami” została wydana przez Instytut Wydawniczy Latarnik. Tutaj nota wydawcy:

Dwunastoletni Łukasz wyjeżdża z mamą samochodem na wymarzone wakacje. Mają wypadek, po którym chłopiec trafia do szpitala, a stamtąd do pensjonatu swojej ciotki w niewielkim nadmorskim miasteczku. Nie potrafi przystosować się do nowego życia,  nie dogaduje się ani z ciotką, ani z innymi dziećmi. Czuje się samotny i marzy, by wyrwać się z obcego mu miejsca. Przypadkowo odkrywa, że niebieskie drzwi w starym pensjonacie można otworzyć tak, by zaprowadziły go do innego świata. Baśniowego, tajemniczego i na pozór przyjaznego, choć Łukasz szybko się przekona, że tylko do czasu...

Nagroda jak najbardziej zasłużona – pisałam o niej w moim przeglądzie książek w Bibliotece w szkole.

 

Jaśki to drugi laureat. Małego Donga (tylko w nazwie i wyglądzie, bo nagroda również cenna) przyznało Jury Dziecięce. Choć w skrytości serca stawiałam na kogoś innego – cieszę się z Jaśków, bo ta książka zostawiła po sobie same najmilsze wspomnienia. Sprawiła też, że gdy moi synowie broją, myślę sobie z wyrozumiałością – Toooo nicccc!!!! Jaśki to były dopiero ancymonki. Jaśki zostały wydane przez Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK.

Pisałam o nich tutaj.

 Więcej informacji na stronie Polskiej Sekcji IBBY.

niedziela, 08 maja 2011

W księgarniach pojawiły się kolejne trzy części udanej serii dla najmłodszych, rekomendowanej do czytania dwulatkom przez Fundację ABC XXI Cała Polska Czyta Dzieciom. To lektura z cyklu oswajającego świat najmłodszym czytelnikom. Na półkach jest książek wprowadzających w życie od wyboru do koloru - najczęściej są to tłumaczenia, które czasami odbiegają od naszych rodzimych stereotypów, wyobrażeń oraz doświadczeń. Obok Basi (LektorKlett) dla starszych dzieci - to propozycja o rodzimych korzeniach, z tą różnicą, że jest przeznaczona dla całkiem maluczkich czytelników. Autorka przedstawia swoją bohaterkę w różnych sytuacjach życiowych - trudnych, łatwych, mniej lub bardziej stresujących, wzbudzających ciekawość - na przykładzie przeżyć Kici - tłumaczy, pokazuje jak to jest znaleźć się w podobnej sytuacji, a jeśli pojawił się problem - jak sobie z nim poradzić.

Fabuła tych książeczek jest nieskomplikowana, zrozumiała, bliska przeżyciom dziecka, być może dobrze im już znana dzięki własnym doświadczeniom.

Kicia Kocia jest chora

Choroba - najzwyklejsza infekcja może być dla małego dziecka źródłem stresu. Kicia opisuje swoje samopoczucie, mówi, co ją boli, wybiera się do pani doktor, boi się badania, cierpliwie przyjmuje lekarstwa, spożywa rosół babci, który ma ozdrawiającą moc (przypis autorki bloga) i bawi się w ... chorobę. Jej zabawki również niedomagają. Kicia podaje im lekarstwa, czyta książki, a po kilku dniach czuje się wyśmienicie i dokazuje z przyjaciółmi.


Kicia Kocia zostaje policjantką

Tutaj główna bohaterka poznaje prawdziwego policjanta, który wkracza do akcji, gdy Kicia Kocia gubi na pasach swoją przytulankę królika. Nagle okazuje się, że mityczna postać  z dziecięcej wyobraźni - policjant, tak naprawdę  jest człowiekiem z krwi i kości, który na dodatek uwielbia najzwyklejsze pod słońcem lody śmietankowe. To spotkanie rodzi pomysł na nową zabawę w policjanta.


Kicia Kocia na basenie

Basen, jak się okazuje, to nie tylko czysta przyjemność. Najpierw trzeba pokonać strach przed wodą, a to nie zawsze jest proste. Kicia po kolei opowiada o wyprawie na basen - od pakowania plecaka z niezbędnymi rzeczami, przygotowywania kanapek (woda rodzi apetyt), kupna biletu, przebierania się w szatni, nauki pływania, po końcowy prysznic i zajadanie  się kanapkami, które po takim wysiłku najlepiej smakują.

 

Z tych książeczek dzieci wiele się nauczą: (można przechodzić przez ulicę tylko na zielonym świetle (Kicia Kocia zostaje policjantką), choroba nie taka straszna jak ją malują (Kicia Kocia jest chora), w wodzie można spędzić miło czas, ale trzeba zachować ostrożność (Kicia Kocia na basenie).

W książeczkach jest wiele emocji - smutek i cierpienie (Kicia Kocia jest chora), zdenerwowanie (Kicia Kocia zostaje policjantką),  strach (przed chorobą, panią doktor, wodą). Są słowa wsparcia (Nie martw się, Pani doktor pomaga wszystkim dzieciom (mama) Na pewno szybko wyzdrowiejesz (pani doktor)) i gesty, które wspierają kocie dziecko (przytulenie przez rodziców, zachowanie przyjaciół, ich bliskość w trudnych momentach). Jest dużo śmiechu i dziecięcej radości.  Są też propozycje zabawy: w policjanta (jak zrobić papierowe kajdanki, pistolety z tekturki, radiotelefon z pudełka tekturowego, odznaki policyjne z zakrętek po słoikach, czapkę policyjną), w razie choroby, na basenie (przy pomocy nadmuchiwanych zabawek wspomagających naukę pływania). Książeczki są kolorowe, z małą ilością tekstu z wielkimi literami (zachęcają do samodzielnego zmierzenia się z tekstem). Kicia Kocia wzbudza od razu sympatię, myślę, że to zasługa Autorki, która zaproponowała taki a nie inny wygląd kociego dziecka - naiwna kreska przypominająca rysunki - malowanki małych dzieci, wielkie oczy okolone długimi rzęsami, twarz wyrażająca tak wiele emocjii: zdziwienie, smutek, radość, ciekawość, satysfakcję. Polecam dla najmłodszych.

 

Zachęcam do poczytania ciekawego wywiadu z Anitą Głowińską, z którego dowiecie się więcej na temat Kici Koci i o tym, jak powstaje taka książka. Kliknijcie tutaj na stronę: Czytanki - Przytulanki.

Wiek 2+

Wydawnictwo Media Rodzina

sobota, 07 maja 2011

Należy rozłożyć wszystkie kartoniki obrazkami do dołu. Każdy z graczy po kolei odkrywa dwa. Jeśli przedstawiają tę samą postać -  wówczas gracz wygrywa i losuje raz jeszcze. Jeśli obrazki są różne – nie ma pary – trzeba odłożyć i do gry wkracza kolejna osoba. Zabawa w memo ma same plusy – ćwiczy pamięć, bawi, uczy radzić sobie z porażką, cieszy z sukcesów. Na kartonikach - bohaterowie kreskówki o SamSamie – superbohaterze w charakterystycznym czerwonym stroju. Oczywiście  jest SamSam i inni:  Groszek, Flejek, Julka. Fajna zabawa dla całej rodziny – nie wiem jak to się dzieje, ale dzieci przeważnie  w memo WYGRYWAJĄ ! Bez żadnych ustawianych machlojekJ

Gra jest przeznaczona dla 1-4 dzieci, w wieku 3 – 7 lat. Choć po sobie widzę, że granica górna może być spokojnie przesunięta na naszą korzyść – nie znam nikogo u nas w rodzinie, kto nie lubiłby Memo. W pudełku znajdziecie 24 kartoniki z bohaterami kreskówki. Kartoniki są z grubej tektury i wytrzymają wielokrotny kontakt z małymi rączkami, które często z powodu emocji wyginają rogi albo wkładają je (kartoniki) do buzi. 

Zapraszam do candy. Proszę zostawić ślad w komentarzach. Jeśli w zabawie biorą udział autorzy blogów – prośba o informację i link do wpisu na swojej stronie. Zapraszam również czytelników z Facebooka. Można zostawić ślad pod wpisem na stronie F. Losowanie – w środę – 11 maja.

 

Wiek 3-7 lat 

Wydawnictwo Granna



Tagi: candy
22:50, be.el
Link Komentarze (13) »
piątek, 06 maja 2011

Mam spory sentyment do tej książki, odnalezionej niedawno na półce bibliotecznej. Trąci myszką i przypomina pierwsze książki wypożyczane przeze mnie w naszej miejskiej Bibliotece. Pamiętam ją doskonale – szkoła pod dębem, Bocian – nauczyciel i nauka słowa ma-ma. Wszystkie zwierzęta – uczniowie powtórzyli bocianie ma-ma po swojemu – tak więc słychać  w tej cieniutkiej książeczce beczenie, meczenie, gęganie, chrumkanie, miauczenie, muczenie, szczekanie i ćwierkanie. Zdziwiony bocian i tak wszystkim wstawił piątki (szóstek wtedy nie było), bo zwierzęta wzorowo wykonały polecenie – tyle że po swojemu. Niech żyje indywidualne traktowanie ucznia! Po latach zrobiłam oczy, kto jest autorem tak długo zapamiętanych ilustracje. Hanna Czajkowska, która też zilustrowała m.in. Dzieci z Bulleryn z charakterystyczną żółtą okładką. Fajnie powspominać na książkowo – molikowo;)

Wiek 2+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia - 1974


czwartek, 05 maja 2011

Pewnego razu olbrzym Bolutek wracał do domu pośrodku nocy. W drodze potknął się o niewielkie królestwo i ... kopnął je niechcący! Nikomu nic się nie stało, ale od tej pory mieszkańcy Kopniętego Królestwa ciągle coś liczą, uczą się dziwnych rzeczy i zadają mnóstwo pytań. Nie wiadomo po co? Chcecie ich poznać?

 

Może niektórzy z Was odwiedzili już Kopnięte Królestwo, ponieważ od jakiegoś już czasu regularnie ukazuje się  Świerszczyku. Po raz pierwszy trafia do naszych rąk jako książka. Jakże się cieszę, tym bardziej, że właśnie wczoraj zaczęłam wprowadzać wątek matematyczny w przypadku dzieci przedszkolnych i w wieku wczesnoszkolnym. A tu proszę - co za niespodzianka. Bo Kopnięte Królestwo to owszem: ciekawe postacie o arcyśmiesznych imionach, ale tak naprawdę chodzi tu o matematykę, która czai się  każdym kątku i zakątku tej dziwacznej krainy. Mieszkają tu król Zenon Ignacy Alojzy January Pimpuch Wielki, królewny: Pytalina Mariolinda Pimpuch i Skleroza Andżelika Pimpuch, agent obcego wywiadu - Pies Klusek, sprzątaczka - Franciszka Skrobiranda Pucuś i inni. Musiałabym długo wymieniać. W każdym razie postacie te żyją sobie w Królestwie w atmosferze iście matematycznej. A Matematyka serwowana przez autorkę (nigdy nie lubiła matematyki)  to naprawdę smakowity kąsek - i nie ma nic wspólnego z nużącymi działaniami matematycznymi, które najczęściej można spotkać w podręcznikach.

Mnie podobały się przede wszystkim Bajeczki matematyczne. Halo, halo- czy ktoś kiedyś wcześniej słyszał o czymś takim, jak Bajeczki Matematyczne? Chyba nie. W bajeczkach zawsze występują mieszkańcy Kopniętego Królestwa. Sama Bajeczka jest tylko pretekstem do liczenia. Bo coś się dzieje: król objada się słodyczami, synkowie sprzątaczki Frani dokazują w  wannie, olbrzym Bolutek nie może zapisać się do zespołu tańca krasnoludkowego. Po takim bajkowym wstępie, jakiejś krótkiej historyjce (niektóre są krótsze, inne dłuższe - świetnie ćwiczą spostrzegawczość i koncentrację) trzeba zakasać rękawy i zabierać się do liczenia: np. Ile szkodliwych przysmaków zabrały ojcu - obżartuchowi zatroskane córeczki? Ile czasu Frania wywabiała plamy z Czyściocha, jeśli wiadomo, że każdy rodzaj plamy trzeba było potraktować innym odplamiaczem przez 15 minut? Ilu pożywnych pocieszaczy potrzebował olbrzym, by osuszyć łzy?

Kiedy czytałam te bajeczki przypomniałam sobie o tym, co napisała Edyta Gruszczyk - Kolczyńska na temat matematyki u małych dzieci: *Niezmiernie ważne jest (...) nastawienie i sposób zachowania się dzieci w trakcie rozwiązywania zadań. Bowiem niektóre  z nich całą swą aktywność mobilizują do obrony przed koniecznością samodzielnego rozwiązywania zadań. Dla nich, niestety, zadania matematyczne zmieniają swój sens - zamiast być źródłem doświadczeń matematycznych i logicznych, stają się źródłem licznych frustracji. Głośno myślę, że taka przyjemna książka,  z pięknymi ilustracjami Ewy Poklewskiej - Koziełło mogłaby być zachętą do liczenia. Ponoć zadania tekstowe - sprawiają dzieciom najwięcej problemów. Może warto poćwiczyć przy pomocy bajeczek? Oprócz nich znajdziecie tutaj jeszcze: domalunki - trzeba coś dorysować, Poszukajki - czyli coś odnaleźć, są zaszyfrowane informacje od agenta Kluska, Pokolejki - trzeba układać rozsypane elementy w odpowiedniej kolejności, nakrapianki - połączyć kropki, zamalować pola odpowiednim kolorem.


Bez Tych ilustracji ta książka byłaby zupełnie inną książką. Cała książka podzielona została na cztery pory roku - obrazki są kolorowe, śmieszne, wiele się na nich dzieje, odzwierciedlają atmosferę tej krainy - ona jest naprawdę KOPNIĘTA, taka na opak trochę, wywrócona do góry nogami.

W książce brakowało mi klucza - pewnie przydałby się, by mniej biegli w matematyce mogli sprawdzić swoje wyniki. Zachęcam, by rodzice odwiedzili tę Krainę razem z pociechami.

 

Cytat pochodzi z książki Dlaczego dzieci nie potrafią uczyć się matematyki - Edyty Gruszczyk - Kolczyńskiej, o której pisałam tutaj.

 

Wiek 7+

 

Wydawnictwo Literatura

środa, 04 maja 2011

O Edycie Gruszczyk - Kolczyńskiej przeczytałam na blogu Znak Zorro. I choć mowa była o innej książce, wierzcie mi, nie było łatwo znaleźć czegokolwiek autorstwa tej pani. Rzuciłam się w wir poszukiwań. W końcu upolowałam (po długim oczekiwaniu w kolejce) w mojej małomiasteczkowej Bibliotece Pedagogicznej. Stan książki widać na zdjęciu – jest rozchwytywana, ciągle  w trasie. Aż dziw bierze, że nikt nie jest zainteresowany wznowieniem choć wybranych tytułów tej autorki. Teraz czekam w równie dłuuuugiej kolejce za  Dziecięcą matematyką. Czekanie urozmaicamy sobie zabawami matematycznymi: typu: Tomek miał pięć cukierków a Mikołaj trzy. Kto miał więcej? Reakcja Mikołaja to ryk, że starszy brat ma więcej. Są też wymyślanki związane  z tym co akurat u nas na topie: np. 10 nurków wypłynęło w morze. Trzech zjadł rekin. Ilu się uratowało? Przepraszam bardzo – zadanie wymyśliło moje dziecko, które od jakiegoś czasu wszystko zamienia na działania matematyczne. I choć nie wiem, czy po matce – humanistce można zostać geniuszem królowej nauk, wiem jedno – właśnie po lekturze książki Gruszczyk – Kolczyńskiej - warto zainteresować dzieci w wieku przedszkolnym matematyką – a z własnego podwórka mogę zaświadczyć, że zadania o wystrzelonych nabojach z pistoletu pewnego kowboja, zbiorach kukurydzy, złapanych złodziejach, posadzonych kwiatkach, odkrytych planetach, spadających gwiazdach wciągają tak, że od matematyki nie można się opędzić. Człowiek zaskoczony jest swoją pomysłowością, nie wspominając już o pomysłowości dzieci – choć tu czasem – by było śmieszniej, wymyślane są zadania absurdalne, podszyte niekiedy i czarnym humorem. Mój mąż stwierdził ostatnio, że nasze dzieci pójdą do szkoły utwierdzone w przekonaniu, że matematyka to wieczna zabawa. Jeśli trafią na dobrego nauczyciela – to będzie szczęście, a jeśli…. Ja moich matematyków nie wspominam dobrze. W każdym razie przypuszczam, że tej książki nie znali. I nie o mnie tu wcale chodzi. Ale co tam – wracam do zabawy z matematyką -  skoro ma to pomóc – czemu nie.

Ale teraz już na poważnie. Książka jest o tym co i jak zrobić, by pomóc dziecku w uczeniu się matematyki. Uczyłam przez wiele lat w szkole (nie, nie matematyki) i zdążyłam zaobserwować, że matematyka dla wielu uczniów to zmora okropna. I wcale nie chodzi tutaj o wypisywanie działań 2+2, gdy dziecko pozna cyferki. Według autorki tłumaczenie – Bo on to talentu nie ma- to szukanie jakiegoś usprawiedliwienia. Problem jest o wiele głębszy – i nie chodzi tu o to, by bez sensu wałkować program, albo przerabiać materiał do przodu. (Ponoć nie daje to żadnych efektów). Sama byłam zaskoczona, gdy przeczytałam, że do tego, by opanować dobrze matmę nie trzeba jakichś wielkich uzdolnień do tego przedmiotu. Niepowodzeń nie należy również szukać w mniejszej sprawności intelektualnej uczniów. Są owszem dzieci uzdolnione wybitnie w tym kierunku, ale …

Pojęcia matematyczne – nawet te najprostsze – twierdzenia i język matematyki mają charakter operacyjny. Tym samym rozumowanie, które jest podstawą rozwiązywania problemów matematycznych, musi być utrzymane w konwencji operacyjnej. Również nauczanie matematyki – kształtowanie w umysłach dzieci podstawowych pojęć i umiejętności – opiera się na rozumowaniu operacyjnym. Nietrudno więc wysnuć wniosek, że aby dziecko było zdolne do uczenia się matematyki, musi posługiwać się rozumowaniem operacyjnym. Tylko w ten sposób może zrozumieć sens pojęć matematycznych.(str. 14)

Jak rozwijać rozumowanie operacyjne u dzieci, dlaczego dzieci mają tak wielkie problemy z rozwiązywaniem działań matematycznych, jaką rolę odgrywają emocje przy rozwiązywaniu zadań, co to takiego blokada emocjonalna, w jakiej mierze precyzyjne spostrzeganie i sprawność rąk są ważne przy uczeniu matematyki, czy istnieje takie zjawisko jak: dzieci uzdolnione matematycznie. Polecam rozdział: W jaki sposób można pomóc uczniom nie umiejącym sprostać szkolnym wymaganiom z matematyki.  – jak kształtować orientację przestrzenną, rozwijać dziecięce liczenie, kształtować metody operacyjnego rozumowania i wiele wiele innych ciekawych i ważnych zagadnień. Dla mnie najcenniejsze były informacje, jak można w domowy i prosty sposób przygotować dziecko do uczenia się matematyki. Świetny jest rozdział poświęcony dziecięcemu liczeniu. Propozycje zadań można realizować już z trzy- czterolatkami – Liczenie guzików przy płaszczyku, dziurek. Układanie samochodów na półce od największego do najmniejszego. Podczas układania klocków: układanie według kolorów, liczenie poszczególnych kolorów. Przy wyciąganiu warzyw z koszyka – liczenie marchewek, jabłek, pomidorów. Tworzenie zbiorów. Najwspanialszą porą do liczenia jest jesień: tyle wtedy kasztanów, liści, żołędzi.

Przepis autorki na spacer:

W trakcie spaceru można także znakomicie łączyć ćwiczenia ruchowe z liczeniem. Dorosły proponuje taką zabawę: cztery liczone kroki i podskok. Po kilku ćwiczeniach dorosły zmienia umowę: Teraz należy liczyć kroki: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i wymach rąk, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć i wymach rąk wraz z rozkrokiem (akcentuje się krok piąty, dziesiąty, piętnasty i dwudziesty)(str. 125)

Znalazłam też fajne ćwiczenia dla molików książkowych:

Sprzątamy biblioteczkę. Dorosły pyta: Ile jest książek na tej półce? Dziecko liczy i ustala liczbę książek. Dorosły zmienia układ liczonych książek i pyta: Czy teraz, po tej zmianie, nadal jest dwadzieścia siedem książek, policz… Następnie odejmuje kilka książek (przestawia je na drugą półkę) i znowu pyta: Ile jest teraz, po tej zmianie, książek na półce? (str. 123)

Te przykłady i mój opis to kropla wody w morzu informacji, jakie znajdziecie  w tej książce. Polecam i rodzicom i nauczycielom.

P.S. Po czym rozpoznać podczas niedzielnego spaceru po parku, że jakaś mama/ jakiś tato są po lekturze książek pani Gruszczyk - Kolczyńskiej:)))

Zajrzyjcie koniecznie tutaj:

Małe i większe formy

Znak Zorro

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, Warszawa 1989



poniedziałek, 02 maja 2011

Czytam Mikołajowi Julka i Julkę.

-Tomek (6,5 – wyraźnie zły): Ja chcę Tajemnicę diamentów. Nienawidzę Julka i Julki. To jest dla maluchów.

-Mikołaj (3,5 wyraźnie zadowolony) A ja bardzo nawidzę Julka i Julkę.