Archiwum
Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 24 kwietnia 2013
Gdzie jest wydra? - czyli śledztwo w Wilanowie - Dorota Sidor/ il. Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Czy możecie sobie wyobrazić naszego króla zwycięzcę spod Wiednia w samej nocnej koszulinie i kapciach? Tak, właśnie tak – tego słynnego pogromcę Turków. A rzecz ma się tak: w pałacu w Wilanowie wielkie zamieszanie. Zbliżają się imieniny małżonki królewskiej Marysieńki, a tu znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ozdoba pałacu, perła w koronie, chluba królestwa, najukochańsza towarzyszka.... nie kto inny jak … wydra. Król wzywa do pomocy swoje dziateczki: Fanfanika (Jakuba), Marmurka (Konstantego), Minionka (Aleksandra) i Papusieńkę (Teresę). Te zaraz wyruszają na poszukiwania. Z wielką uwagą szukają śladów pozostawionych przez niesforne zwierzę: tu upudrowany ślad łapki, tam tajemnicze piszczenie i skrobanie, skrzypiące drzwi schowka na narzędzia. Niczego nie można przeoczyć.

 

Dzieci wędrują przez najróżniejsze pomieszczenia wilanowskiego pałacu: antykamerę mamy, galerię, Salę Uczt, dziedziniec, ogród, pomarańczarnię.

 

Cała zabawa polega na tym, że czytelnicy sami mogą decydować o tym, jakim tropem pójść. Czytać jak leci, czy może kierować się wskazówkami autorki i pójść drogą na skróty? Czy przeszukać najpierw wielką skrzynię w garderobie mamy, czy raczej zdecydować się na tę z wystającym kawałkiem futra? Czy udać się do pomarańczarni, czy raczej celem powinien być dom ogrodnika. Każdy wybór to inna strona w książce. I zupełnie inny ciąg dalszy.

 

Autorce udało się wszystko zgrabnie połączyć. Bowiem z jednej strony mamy pośpiech – słychać tupanie dzieci po żwirowych ścieżkach, po schodach, w pałacu zaczyna się ruch – goście zjeżdżają się na imieniny, służba daje z siebie wszystko, by zdążyć i zadowolić Państwo. Wyczuwa się tę krzątaninę, harmider, zgiełk, śmiech dzieci, zdenerwowanie dorosłych. Istne wariactwo, pałac wywrócony do góry nogami. Prawdziwy klimat nieładu przed ucztą. Z drugiej strony - do całej tej historii przemycono w atrakcyjny sposób wiele istotnych informacji na temat życia i zwyczajów w odległych czasach: wplatanie słów francuskich do codziennej mowy, modę na żupany przewiązane pasem, peruki, egzotyczne przyprawy; dalej chowanie się przed słońcem i strach przed piegami i o drogie słodycze. Tym samym Dorota Sidor pokazała, że historia wcale nie musi być nudna – jeśli ktoś znajdzie sposób. Tutaj połączenie jej z wątkami detektywistycznymi były pomysłem na szóstkę.

 

Książkę znakomicie zilustrował duet: Aleksandra i Daniel Mizielińscy. Udowodnił on, że zwariowana kreska, humor i odważne kolory (różowy w historii!!!!!!!!!) mogą nadać tej książce charakteru. To nie żadna pompatyczna historia o nadętym królu, co to Turkom pokazał gdzie raki zimują. Zarówno tekst jak i ilustracje znakomicie odbrązowiły tego wielkiego Jana z pomników: Jan chrapie, nawet łzy się leją po jego polikach. Ot zwykły człowiek, który przeżywał na co dzień i radości i smutki. A Wilanów narysowany tak, że chce się tam pojechać, pogonić po salach, poszukać wydry Sobieskiego w każdym kątku. Tylko czy panie pilnujące pozwolą?

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry



Podpisujemy PETYCJĘ!

Wśród mojego rodzeństwa (w znacznej większości posiadającego już dzieci) i wśród znajomych  (też dzieciatych) łapiemy się ostatnio na tym, że wspominamy. Pewnie, że wspomnienia oznaczają przeważnie nostalgię, wzruszenie, emocje.  I poniekąd to decyduje o naszej ocenie przeszłości. Ale nie tylko o dzieciństwo chodzi, ale o tę całą otoczkę, która je kreowała: telewizję (w moim przypadku długo czarno – białą), filmy, teatr, bajki, programy. Było ich całkiem sporo. Choć i bywały dni posuchy. W taki poniedziałek to nawet chyba nie było Dobranocki – tylko Zwierzyniec po południu. Nie wiem, może źle pamiętam. Łapiemy się na tym, że tęsknimy, szukamy w Internecie i na różnych aukcjach. Żeby dzieci posmakowały, zobaczyły. I wcale nie upieramy się przy tym, że TAMTO było lepsze. Mały domek na prerii, Wakacje z duchami, Piątek z Pankracym, 5-10-15, Teleranek, Miś, Płomyczek, Płomyk. I nie tylko świat amerykańskich dzieciaków, ale też bułgarskich, czechosłowackich, radzieckich, rumuńskich. Czasem wydaje mi się, że od momentu przemiany w inny system, w krajach dawnego bloku komunistycznego nic się nie dzieje. Dotyczy to też, niestety, naszego kraju. Jakby nie powstawały ani teatr dla dzieci, ani filmy, ani kreskówki. Nie, nie - te wszystkie filmy: Urwisy z Doliny Młynów, Arabella i kreskówki o Piaskowym Dziadku (NRD) czy Wilku i Zającu (ZSRR) nie były lepsze. Sprawa wygląda tak, że teraz nie ma NICZEGO. Pustynia. Jeśli coś się pojawia, to razi niekiedy beznadzieją, pustką. Nawet Dobranockę nam zabrali. Właściwie oskubali, bo de facto – ona ciągle jest. Spychana na różne pory. Właściwe trudno ustalić, o której włączyć telewizor. I tak jestem przekonana, że najważniejsze są reklamy. Dobranocka jest tylko nędznym dodatkiem, trwającym czasami (aż) całe 5 minut. Nie wspomnę o tym, że treść reklam, albo zwiastunów filmów często nie są adekwatne do wieku małych odbiorców, którzy z racji zasiedzenia albo gapiostwa rodzicieli (trudno czasem upilnować), często oglądają to coś zaraz po swoim programie.

Stąd też popieram akcję zainicjowaną przez dziennikarkę Monikę Obuchow, która zmierza do tego, by rozpocząć POWAŻNĄ DYSKUSJĘ na temat kultury dla naszych dzieci. I to z ludźmi kompetentnymi. Punktem wyjścia całej akcji jest ta książka, która została wydana przy sporym wsparciu finansowym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dziwi to, że gdy mamy tylu wspaniałych ilustratorów, uznanych i na naszym rynku i za granicą, nie wykorzystuje się ich potencjału do tego, żeby powstała zupełnie inna pierwsza książka dzieciństwa.

Kiedyś usłyszałem, jak jeden z klientów ojca powiedział w księgarni, że niewiele rzeczy ma na człowieka taki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca. Owe pierwsze obrazy, echa słów, choć wydają się pozostawać gdzieś daleko za nami, towarzyszą nam przez całe życie i wznoszą w pamięci pałac, do którego, wcześniej czy później - i nieważne, ile w tym czasie przeczytaliśmy książek, ile nowych światów odkryliśmy, ile się nauczyliśmy i ile zdążyliśmy zapomnieć - wrócimy.

Napisał Carlos Ruiz Zafón. Czy książka zilustrowana przez Ilję Bereznickasa i przypadkowy dobór tekstów, zasługuje na miano tej Pierwszej Książki Mojego Dziecka? 

Jak piszą autorzy Petycji książka (książka dla dzieci ogólnie - nie Pierwsza Książka Mojego Dziecka) przeżywa Odrodzenie. Jak grzyby po deszczu wyrastają na półkach znakomite tytuły. Ilustratorzy zdobywają nagrody. Ja tymczasem z przerażeniem obserwuję to co dzieje się wokół. Sieczka "kulturalna". Jak sami czegoś nie wymyślimy – akurat na telewizję nie ma co liczyć. Tylko, że nie każdy ma teatr pod nosem, czy blisko do biblioteki, gdzie są dobre książki. Nie każdy może dziecku zaserwować coś z górnej półki.  W przedszkolu mojego młodszego syna rodzice sami wzięli sprawy w swoje ręce i od kilku lat przygotowują spektakle teatralne, w których grają dla swoich dzieci. Ale to i tak kropla w morzu potrzeb. Prawdziwych - kulturalnych potrzeb. Nie byle - jakich.

Tutaj można przeczytać Petycję i przyłączyć się do akcji:)



poniedziałek, 22 kwietnia 2013
"Ania" wylosowana:)

Przepraszam, ale z powodów technicznych mogę zamieścić wpis dopiero dzisiaj. Dziękuję wszystkim uczestnikom zabawy:)

Anię wyślę do osoby, która podpisała się jako Eva:)

Gość: Eva, 89-75-121-199.dynamic.chello.pl 

Proszę o kontakt na mojego maila: nata442@op.pl

Jeśli Eva nie skontaktuje się ze mną do najbliższej niedzieli (28 kwietnia 2013r.), wylosuję kolejną osobę. Pozdrawiam serdecznie:)

piątek, 19 kwietnia 2013
Jak się koty urodziły - Joanna Papuzińska/ il. Mikołaj Kamler

 

Córka moich znajomych chce zostać w przyszłości weterynarzem. Nic dziwnego, że tę książkę połknęła w przysłowiowe try miga i jest zachwycona. Bo historie opowiedziane tym razem przez Joannę Papuzińską napisało samo życie, co autorka skrzętnie udokumentowała zdjęciami. Bohaterami siedmiu krótkich opowiadań są zwierzaki, autentyczni bohaterowie dnia codziennego. To przyjaźnie zarówno długoletnie i długotrwałe jak i spotkania przypadkowe – wspomnę tu choćby tajemniczą istotę z ostatniego opowiadania. W każdej opowieści występuje drewniana chałupa babci i dziadka. To wokół niej i w jej wnętrzu rozgrywają się sceny ze zwierzakami. Świat jakby się w miejscu zatrzymał: bez telewizora, komputera – więc jest czas na to, by dostrzec małe wielkie rzeczy wokół siebie. W ogrodzie mieszka Pani Potworka, której broń Panie Boże nie wolno płoszyć ani straszyć, dobytku dogląda pies Foksio, kotka Gucia co rok ma nowe kocięta, które dokazują że hej, w kartonie mieszka sierotka Wronka. Nie brak w babcinej chacie też mniejszych zwierzaków: pająków, szerszeni, os, motyli, komarów, mrówek i nietoperzy, a nawet sów. Dowodem na istnienie tych ostatnich są wypluwki – czyli resztki niestrawionych i niejadalnych resztek pożywienia. Opowieści z tej książki to taka wycieczka do świata trochę egzotycznego. Rarytas dla mieszczuchów, którzy na co dzień nie mają do czynienia ze zwierzętami – z taką ilością i tyloma gatunkami.

 Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

czwartek, 18 kwietnia 2013
Pan Jaromir na tropie klejnotów - Heinz Janisch/ il. Ute Krause

Nie powiem – pewnie, że się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, któż to taki kryje się pod postacią tytułowego Pana Jaromira. Zwykły niezwykły jamnik, który otrzymał posadę asystenta u emerytowanego detektywa lorda Hubera. Ten oryginalny team, to kapitalna zabawa, trochę w starym stylu, ot takie pańskie bułkę przez bibułkę – czyli śledztwo bardzo dystyngowane, delikatne, w białych rękawiczkach, w meloniku i z laseczką w ręku. Nie ma tu miejsca na żadne przepychanki, chamstwo i codzienną miernotę. Obydwaj panowie bywają w wielkim świecie, gdzie panie, a właściwie damy, stroją się w drogie i eleganckie suknie, noszą cenną biżuterię, śpią w najlepszych drogich kurortach. Duńska arystokratka właśnie została okradziona – z jej hotelowego sejfu zginęły drogocenne klejnoty, które kiedyś należały do samej królowej. Zgrany zespół natychmiast przystępuje do pracy – wszak czworo oczu widzi więcej niż dwoje. Niech żyją wrodzone spryt i inteligencja, bo zarówno lord jak i jego czworonożny asystent nie raz sięgają po niestandardowe środki. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Klimatyczny kryminał dla dzieci, które wyrosły z przygód Lassego i Mai. Bardziej skomplikowana intryga, trudniejsze słownictwo i składnia. Rozdziały krótkie – w sam raz dla 9- latka. Książka pełna niespodzianek. Koniec zapowiada kolejną przygodę – czekamy zatem na ciąg dalszy.

Wiek 9+

Wydawnictwo Bona



 

środa, 17 kwietnia 2013
Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery/ il. Sylwia Kaczmarska

Chyba każdy ma swoją Anię. I czasem naprawdę trudno przekonać się do nowego. U nas w domu były dwie Anie. Pierwsza wyszperana w zabytkowej oszklonej biblioteczce ciababci Frani (cioteczna babka była zawsze sławna w naszej familii – mieszkała daleko od rodzinnych stron, stadnie najeżdżaliśmy jej dom we wakacje, a my na dodatek czyniłyśmy spustoszenie w jej biblioteczce). Anią bezczelnie zawładnęła moja starsza siostra. Napisałam bezczelnie – bo każda z nas chciała mieć ją dla siebie. Było wyrywanie sobie z rąk i czytanie po kątach. Szczęśliwa ta, której się to udało. Wydana w latach 50-tych, w charakterystycznej zielonej płóciennej okładce (pasującej właśnie do Zielonego Wzgórza) – osiąga na aukcji niebotyczne ceny. Ja po latach, w szkole średniej,  kupiłam sobie swoją Anię w tłumaczeniu Rozalii Bernsteinowej. Po okładce widać, że jest zaczytana, ma pozawijane rogi. W środku podkreślone ulubione fragmenty, zasuszony kwiatek, który utknął gdzieś między kartkami. Wspomnienie jakiejś wiosny sprzed lat, bo to fiołek.


Ania wywołuje wiele ciepłych uczuć i wspomnień, dlatego też tak czasem trudno przekonać się do nowego. Ale myślę, że jeśli ktoś z czytelników natrafi na uwspółcześnione tłumaczenie Pawła Beręsewicza, będzie w pełni usatysfakcjonowany. Trochę obawiałam się rewolucji, ale spokojnie – klasyczny ład został zachowany. Tłumacz uwspółcześnij składnię i słownictwo, wszystko wierne oryginałowi. Nie powiem – szokiem był brak Małgorzaty Linde, ale za to pojawiła się Charlotte.

Ania jest na liście lektur szkoły podstawowej. Znalazłam w Internecie – klasę szóstą. Zastanawiam się, jak jest przyjmowana. Jak przyjmują ją chłopcy, w trochę już głupim wieku, kiedy to bardziej ciekawi ich specyficzny chłopięcy świat, a moim zdaniem Ania jest po prostu bardzo dziewczęca. Pewnie warto przeczytać ją po prostu trochę wcześniej, a nie czekać do szóstej klasy. O czytelniczki raczej się nie boję. Te kochają Anię w każdym wieku i są jej wierne do grobowej deski.


Po raz pierwszy spotkałam Anię z kolorowymi ilustracjami. Te bardzo mi się podobają – zwłaszcza motywy kwiatowe – jak choćby strona z Anią w wianku na głowie.


Dla czytelników mojego bloga mam niespodziankę. Od Wydawnictwa otrzymałam egzemplarz konkursowy. Proszę zostawić ślad w komentarzach poniżej wpisu. Wśród uczestników w najbliższą niedzielę – 21 kwietnia 2013r. wylosujemy egzemplarz Ani w tłumaczeniu Pawła Beręsewicza.

Moja stara Ania:)

Dla miłośników Ani, jeszcze jedna ciekawostka, którą poznałam niedawno. Ponoć Lucy Maud Montgomery napisała Anię po tym jak na okładce "Metropolitan Magazine" zobaczyła pewną twarz. To ona była początkiem Aniomanii, która trwa do dziś. Można poznać historię tamtej okładkowej dziewczyny na świetnym blogu Kobiety i historia.

Wiek 9+

Wydawnictwo Skrzat



wtorek, 16 kwietnia 2013
Tajemnica szpitala - Martin Widmark/ il. Helena Willis

Przyjaciółka Lassego i Mai złamała nogę na lodowisku. Młodzi detektywi dla dodania otuchy Sarze również udają się do szpitala. Akurat w samą porę – bowiem w szpitalu w dziwnych okolicznościach niektórym pacjentom giną cenne rzeczy. Szybko zawęża się krąg osób podejrzanych: pielęgniarka, sanitariusz, a może lekarz? Ktoś z nich jest złodziejem. Tylko kto? O serii Biuro detektywistyczne Lassego i Mai pisałam już nie raz. Bardzo udany cykl kryminalny dla najmłodszych. Para detektywów pomaga komisarzowi policji z miejscowości Valleby i przyczynia się do wykrycia różnych przestępców.  Proste teksty, które może okiełznać początkujący czytelnik. Duże litery i krótkie rozdziały zachęcają do samodzielnego czytania. Zagadka kryminalna i jej rozwiązanie - wszystko na miarę dziecka. Nie ma tu przemocy, ani żadnych przepychanek. Kto nie zna jeszcze Lassego i Mai - może bez obaw lekturę podsunąć dziecku. W środku – dla moich dzieci na pewno – kultowe już czarno – białe ilustracje  Heleny Wilis. Każda kolejna część – to hit. A po lekturze pojawia się ten dreszczyk emocji – ciekawe, co będzie w następnej części?

Autor – Martin Widmark – gościł niedawno w Polsce – wywiad z autorem można przeczytać tutaj.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki 

niedziela, 14 kwietnia 2013
Szary chłopiec - Lluis Farré/ il. Gusti

Książka akurat na teraz. Wymęczeni długą zimą, szarymi bez końca dniami, szaroburym śniegiem zalegającym jeszcze tu i ówdzie na ulicach i w ogrodzie. Szarość, która niesie nadzieję. Chyba tak jest. W rzeczywistości. Bo im więcej słońca w pokoju chłopaków, tym większy tam hałas. O szarości nie ma tam mowy. Tyle tam emocji – złość, zazdrość, zadowolenie, wielkie szczęście, zawód, śmiech – radosny i ten przez łzy. Wielki uczuciowy miszmasz. Zdecydowanie wolę to – a nie tak, jak jest, a raczej było, w życiu małego Marcinka. Otóż chłopiec pojawił się nie świecie cały szary – zewnętrznie i wewnętrznie. Nawet ojciec w pierwszej chwili wyparł się syna, bo skóra bobasa nie była koloru krewetkowego, jak to zwykle bywało w jego rodzinie. Chłopiec szary od stóp do głów. Wewnętrznie również – żadnych uczuć, radości, złości, niezadowolenia. Na nic wyprawy z rodzicami na koniec świata, na nic obserwowanie białych wielorybów, malutkiej żyrafki, zionącego lawą wulkanu, sfory psów myśliwskiej uganiających się za kuropatwą. Chłopiec pozostawał niewzruszony – nie odczuwał strachu, a wszystko widział już ponoć w telewizji. Aż do pewnego pamiętnego dnia, kiedy wszystko wywróciło się do góry nogami. Życie nabrało barw, a w chłopcu zaszła cudowna przemiana.

Jakie są nasze dzieci, jacy my jesteśmy? Książka daje do myślenia, choć zastanawiam się, czy kiedykolwiek spotkałam szare dziecko? Takie szare od urodzenia. Chyba raczej nie. Ale spotkałam dzieci, które tą szarością zostały zarażone przez osoby starsze. Stare szare dzieci, które poważne patrzą na świat dorosłym okiem. Patrzą na inne dzieci z politowaniem, poczuciem wyższości, wszystko je nudzi, wszystko już (ponoć) widziały, dziwnie obojętne, bez grymasu emocji na małych twarzach. Znaleźć drogę do takich dzieci – nie jest łatwo – pokazać im kolory życia, takiego zwykłego, codziennego, nauczyć ich radości z rzeczy małych – to jest dopiero wyzwanie. Szary chłopiec to swego rodzaju przestroga. Dzieci tę książkę odczytały jako opowieść o cudownej przemianie. A dorośli..... hm. Chyba jest dużo takich szarych dorosłych. Bez emocji zaliczających kolejny dzień. A może ta książka podpowie nam jak utrzymać kolory w życiu naszym i naszych dzieci......? Czyż nie zdarza się tak, że człowiek, którzy przeżył jakiś szok, doznał wstrząsu, nie zaczyna inaczej patrzeć na świat – dostrzegać jego piękno, innych ludzi, nie zaczyna szukać więcej dobra i pozytywnego niż zła i negatywnego?

A dzieci? Niech sobie krzyczą, wrzeszczą, obrażają, śmieją. Niech są głośne – niech są po prostu dziećmi. Nigdy nie znosiłam porównań, jeśli było starsze rodzeństwo, że starsza siostra czy brat (niekiedy różnice wieku są naprawdę minimalne) muszą zachowywać się …. inaczej – czyli doroślej, poważniej. Nie mogą się obrażać, muszą zawsze ustąpić, muszą dać dobry przykład. Koszmarrrrr – wymyślony przez dorosłych. Bardzo szary zresztą:)

Książka wielokrotnie nagradzana – za mądry tekst i piękne ilustracje. Absolutnie nie szare. Soczyste barwy jeszcze bardziej uwypuklają nijaką szarość Marcinka. Cały świat gotuje się od emocji, a Marcinek pozostaje w swej szarości niewzruszony. Ten kontrast świetnie pokazuje scena ze sforą psów myśliwskich. Ruch, przerażenie dzieci, słychać krzyki, ujadanie – a obok spokojny Marcinek – bez strachu, poważny.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Entliczek



sobota, 13 kwietnia 2013
Julian i Irena Tuwim dzieciom/ il. Adam Pękalski

Najpierw wstęp – przeplatające się wspomnienia obu autorów. Wyłania się z nich obraz dzieciństwa, czasu magicznego, w którym dominowała poezja czytana przez matkę. Nie, nie ta dla dzieci – ale ta dorosła, dojrzała, którą mama Julka i Irenki tak skrzętnie przepisywała do kajetów.

Dzieciństwo – to bezpowrotność, niech jeszcze sto innych określeń znajdzie, a fakt pozostanie faktem, że dzieciństwo jest sprawą ścisłe prywatną, jest najintymniej indywidualnym ujęciem własnego życia.*

Irena wraca pamięcią do ...szaf. Zwłaszcza do tej jednej, za którą tak rzewnie płakała, gdy jej brat pierwszoklasista wyjechał na swoje pierwsze w życiu samodzielne dziesięciodniowe wakacje. I do tej, w których mama Tuwimowa przechowywała swe skarby: zdjęcia, listy. Taki dom na pewno bardzo przyczynił się do tego, że rodzeństwo stało się tym kimś, kim się stało. Literatura, zwłaszcza poezja, była dla nich chlebem codziennym, tlenem niezbędnym do życia.

W książce dominuje Julian. Irena dla wielu z nas to przede wszystkim znakomita tłumaczka – Kubusia Puchatka, Mary Poppins, książek Edith Nesbit. Tymczasem sama pisała również – i wierszem, i prozą. Bardzo się spodobał wiersz o Marku Wagarku i opowieść „O pingwinie Kleofasku”. Ostatni tytuł, dawkowany na dwa wieczory, przeniósł dzieciaki na jedną z wysp okołopodbiegunowych na Południe, w bajce przekazał sporą dawkę informacji na temat życia nielotów, a zwłaszcza wywołał sporo emocji – bowiem Kleofasek przez swoją nieuwagę i lekkomyślność, dał się złapać ludziom, i tak znalazł się w pewnym Zoo. Oprócz tego znajdziecie tutaj jeszcze wiersz Co okręt wiezie i opowiadanie Pampilio. Pozostałe teksty to już dzieła brata. Klasyka dla dzieci. Ptasie plotki, Gabryś, Zosia Samosia, W aeroplanie, Słoń Trąbalski. Najbardziej znane wiersze – w sumie ponad 40. Jest też dłuższy utwór: Pan Maluśkiewicz i wieloryb i słynne już tłumaczenia utworów Puszkina: Bajka o rybaku i rybce oraz Bajka o popie i jego parobku Jełopie. Nie ma w antologii Murzynka Bambo.

Książkę zilustrował Adam Pękalski, który na co dzień jest wykładowcą projektowania graficznego i ilustracji na Uniwersytecie Bilkent. Razem 100 rozkładówek i 9 literakowych stron tytułowych. Do stylu Pękalskiego trzeba przywyknąć. Jest on bardzo charakterystyczny – zwłaszcza oczy postaci, które wyrażają wiele emocji, a niekiedy mogą nieźle przerazić (zwłaszcza księżyc na rozkładówce 78-79). Nie są to słodkie obrazki, niekiedy wydają się być surrealistycznymi obrazami, łączącymi sen z rzeczywistością. Trochę trwało, zanim do nich przywykłam i się przekonałam. Teraz jest tak - jedne bardzo trafiły w mój gust, inne nie. Ciekawe co powiedzieliby o nich Irena i Julian?

 

* Chciałabym zacytować więcej, ale ponoć nie można. Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim, spadkobiercy praw autorskich, zastrzegła sobie, że nie można – jeśli już, to zaledwie osiem wersów. Nie wiem, jak liczyć tekst prozą. Więc bez podpisania umowy licencyjnej – nie ryzykuję:)

Książka starannie i ładnie wydana, podobnie jak cała seria. Prawdziwa uczta literacka.

Wiek - można czytać w każdym wieku 0-99

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 12 kwietnia 2013
Charlie i fabryka czekolady - Roald Dahl/ il. Quentin Blake

W Dzień Czekolady (12 kwietnia) musi być czekoladowo. A nic nie zapewni tylu atrakcji czekoladowych co fabryka czekolady pana Wonki.

Charlie Bucket pochodzi z bardzo biednej rodziny. Jej członkowie żywią się głównie kapuśniakiem. Czekolada – jeśli takowa w tym ubogim domu się pojawia, jest tylko dla Charliego – i to w dzień jego urodzin. Wówczas chłopiec dostaje malutką tabliczkę czekolady. Najpierw ją ogląda, wącha, następnie dzieli ją na małe okruszyny i codziennie kosztuje przez miesiąc. Pewnego dnia właściciel fabryki najlepszej czekolady na świecie ogłasza konkurs – w jego wyrobach czekoladowych ukrytych jest pięć Złotych Talonów. Ci, którzy je znajdą, będą mogli wejść na teren fabryki i zobaczyć, jak produkowana jest czekolada. A dodam, że wszystko w tym miejscu owiane jest tajemnicą – nikt od lat nie widział właściciela, nikt nie wie, kto tak naprawdę pracuje w fabryce. Charlie znajdzie się wśród piątki zwycięzców. Chłopiec zdecydowanie różni się od pozostałej czwórki – grupki rozpuszczonych dzieciaków, którzy wyprawę do fabryki z pewnością zapamiętają do końca życia.   

Fantastyczna, nietuzinkowa książka. Czytaliśmy trzy wieczory i zawsze żal było odkładać ją na półkę (kiedyś trzeba iść spać). Każdy rozdział oznaczał apetyt na następny. Autor zaskakuje rozwiązaniami, były momenty, które trzymały w napięciu, śmieszyły, albo skłaniały do refleksji. W każdym razie – Roald Dahl nie zostawił na rozkapryszonych dzieciakach suchej nitki. Ot co.  Cnota i dobre serce zwyciężyły. A Charlie Bucket takowe posiada. Bardzo ucieszyło nas szczęśliwe zakończenie. Książka świetnie działa na fantazje – zwłaszcza, gdy dochodzi się do fragmentu, w  którym mowa o słodkich wynalazkach pana Wonki: ach te niewidzialne batony, które można jeść podczas lekcji, albo wybuchowe cukierki dla wroga.

Jest druga część przygód Charliego – Charlie i wielka szklana winda. Już sobie ostrzymy na nią zębiska.

Nie przepadam za okładkami filmowymi. Wolałabym tę z ilustracją Quentina Blake’a.

Wydawnictwo Zysk i S-ka



 
1 , 2