Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 29 kwietnia 2010

 

Pomyślałam o tej książce podczas wieczornych Wiadomości. Przypomniałam sobie historię tej pewnej miłości, gdy zobaczyłam wstrząsający reportaż o rocznym chłopcu , którego matka porzuciła w miejskim parku. Patrzyłam w szklany ekran i zastanawiałam się, oburzona, jak to możliwe, że dzieje się coś takiego. Bo kiedy zaczynają pojawiać się wątpliwości i pytania typu: W jakim my żyjemy świecie? Dlaczego ? to opowieść Katarzyny Kotowskiej, sprawia, że powraca wiara w ludzi, że po strasznej burzy wschodzi znów słońce. To książka, która zmienia wszystkich w złoto. Może tylko na chwilę, ułamek sekundy, może już na zawsze. Czy tego chcą, czy nie chcą. Samoistnie. Niezależnie od ich woli. Bo nie wierzę, by ta historia nie poruszyła serca i myśli. Być może nie zmieni świata, ale stanowi niewątpliwie jedną z wielu milionów cegiełek, przy pomocy których możemy zbudować coś pięknego i wartościowego.

Temat rzadki w literaturze – adopcja. Historia rodziców, którzy nie mogą mieć dziecka. Choć nie, to nie tak. Kobieta i Mężczyzna są przekonani, że ich dziecko urodziło się innym rodzicom. Trzeba je tylko odnaleźć. Po długich wahaniach, trudnościach, Kobieta i Mężczyzna zjawiają się w Domu Dziecka. Patrzą sercem na wszystkie maluchy, które tak bardzo spragnione są ciepła i miłości rodzicielskiej. A serce przecież nie może się mylić. Zabiło mocniej, gdy ujrzeli małego dwuletniego chłopczyka. Przestraszyli się, bo ciało malca całe było pokryte igłami – chłopiec jeż. Jakże trudna i kolczasta z początku była ta miłość,. Kłująca i bolesna, ale szczera i ciepła. Nic dziwnego, że kolce zaczęły powoli odpadać i zniknęły całkowicie, gdy po wielu miesiącach wspólnego poznawania się, oswajania, chłopczyk zawołał magiczne słowo, o którym marzy każda z nas.

Jakże wzruszająca jest metafora odlotu na końcu – dziecko nie jest naszą własnością. Wychowujemy je dla świata i pewnego dnia rozpostrze ramiona, zamacha nimi jak skrzydłami i wzbije się w powietrze. Pomacha do nich (rodziców) z daleka i odleci. A oni będą patrzeć i będzie im smutno, że odlatuje, ale będą też rozumieli, że tak musi być.

Jeż to opowieść, która na kilku zaledwie stronach i w prostych słowach przekazuje istotę miłości i więzi pomiędzy rodzicami i dziećmi. Zaledwie kilka zdań zawiera całą mądrość na temat naszej roli w procesie wychowania, a najcenniejszymi rzeczami, które możemy dać dziecku, to – miłość , prawda i wolność. Pojawienie się adoptowanego dziecka domu, to dopiero początek drogi – długiej i wcale nie łatwej. Kiedy minie euforia rodziców, że nareszcie dziecko jest z nimi, trzeba stawić czoła kolejnym problemom, jakie się pojawią.

Jeż to książka cudowna. Nie sposób pisać o niej inaczej. Cudowna – ponieważ w jakiś niewytłumaczalny sposób czyni cuda. Uczy miłości, tolerancji, przyjaźni, uczy akceptować drugiego człowieka. Baśń o dzisiaj – gdy przybywa rozbitych rodzin, gdy tyle jest dzieci w Domach Dziecka. Ponoć autorka napisała ją z myślą o swoim adoptowanym synu. Zapewne będzie nieocenioną pomocą w procesie wychowawczym dzieci odnalezionych przez Nowych Rodziców w Domach Dziecka, pewnie pomoże zrozumieć Nowym Rodzicom, że dzięki ich miłości dziecko - jeż może zgubić kolce już na zawsze. Dla małego czytelnika, to wejście w świat, który może wydać mu się obcy i daleki – jest to wtedy doskonała okazja, by porozmawiać z dziećmi o adopcji. Motyw smutku, poszukiwań, odnalezienia, wspólnego życia, w końcu motyw wielkiej miłości. Współczesna baśń, która może stać się punktem wyjścia do rozmów z naszymi pociechami o radości i szczęściu w domu, w którym słychać dziecięcy gwar,  czasem wrzaski i bójki. Gdy potykamy się o zabawki porozrzucane na podłodze. Książka, dzięki której możemy porozmawiać o rodzinie, o odchodzeniu w wielki i daleki świat, budowaniu nowego gniazda.

Koniecznie trzeba zwrócić na oryginalne ilustracje – posługiwanie się kolorem. Książka z początku jest szara, nijaka – podobnie jak życie rodziców bez dziecka. Dopiero z czasem, gdy dojrzewa w ludziach decyzja o adopcji, ilustracje nabierają barw. Gdy maluch pojawia się w domu – kolorów jest coraz więcej, a kolców coraz mniej. Nie znajdziecie tu lukrowanych i słodkich ilustracji, jakie często zdobią książeczki dla najmłodszych. Stąd moja uwaga - NIE PRZEGAPCIE JEJ! Są bowiem książki, których się nie zapomina, a Jeż na pewno do nich należy.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Media Rodzina


środa, 28 kwietnia 2010

Kurcze blade – pozwolę sobie zacytować Mikołajka. Myślałam, że oprę się tej wampiromanii, jaka ostatnio opanowała świat – ale nic z tego. Wampiry są dosłownie wszędzie –na mojej półce też. Choć po Historyku Kostovej, który nieźle mnie wystraszył, i to tak, że gotowa byłam spać z czosnkiem pod poduszką, obiecałam sobie – nigdy więcej. Ale zasady są od tego, żeby je łamać. Zatem na wszelki pożarny słuczaj nie mówię – nie, a może nawet sięgnę po kolejną część. Przecież cykl Akademia wampirów dopiero się zaczął … i okazał się wcale nie taki straszny, jakby na to wskazywał tytuł. No cóż, należę do osób, które dostają gęsiej skórki na sam dźwięk tego wyrazu na –„w-u”. Powiem inaczej – okazało się, że wampiry mogą być sympatyczne, wrażliwe i że można je jak najbardziej polubić.

Zawsze lubiłam szkołę. Najpierw jako uczennica, potem jako nauczycielka. Lubiłam ten specyficzny klimat, tygiel charakterów, myśli, postaw, indywidualności. I zawsze bliżej mi było do uczniów takich trochę zadziornych (podkreślam słowo - trochę), mających zawsze coś do powiedzenia, bo byli po prostu ciekawi świata, a przez to i sami ciekawsi. Pewnie dlatego od razu polubiłam Rosse, siedemnastoletnią buntowniczkę, która ma swój sposób na życie i konsekwentnie go realizuje. Właściwie, gdyby nie wystające zęby uczniów i kadry pedagogicznej, dziwny program nauczania (Behawioryzm i fizjologia zwierząt, Kultura morojów itp.!!!) można by nawet uwierzyć, że to zwykła szkoła z internatem, w której pojawiają się typowe dla każdej szkoły bolączki – konflikty pokoleń, chęć realizowania własnych planów, poglądów, niesubordynacja, pyskówki, ucieczki , rywalizacja. Wampiry i dampiry Rachille Mead to wypisz wymaluj nasi nastolatkowe, którzy przechodzą okres burzy i naporu, zakochują się, mają problemy z rówieśnikami, chcą ładnie wyglądać, chcą być modni, zrozumiani i wysłuchani, mają własny sposób na życie, ciągnie ich do wielkiego świata i uwielbiają imprezy. Pewnie tu między innymi tkwi sukces tej książki. Książki, filmy, których akcja toczy się w szkole, zawsze zyskiwały rzesze wiernych czytelników, tak jest i w tym przypadku.

Najpierw nie mogłam odnaleźć się w gąszczu dziwnych neologizmów. Wampiry były mi znane. Ale dampiry (nawet komputer konsekwentnie zmienia pierwszą literkę na „w”), moroje? Moroje to wampirza arystokracja, dampiry – półwampiry, ich przyszli strażnicy, zrodzeni  z człowieka i wampira. Na tle codziennego życia w Akademii Wampirów imienia Świętego Wladimira, ukrytej gdzieś w lasach stanu Montana, toczą się losy Lissy księżniczki i Rose, która daje z siebie wszystko, by w przyszłości mogła zostać jej strażniczką. Złapane podczas wielomiesięcznej ucieczki do świata ludzi, odstawione z powrotem do przybytku wiedzy.  Pomiędzy dwiema przyjaciółkami istnieje tajemnicza i niewytłumaczalna więź. Powrót do Akademii nie jest łatwy – z jednej strony spotyka obie panny ciekawość rówieśników, ale też zawiść, nieprzychylność, wręcz wrogość.  Dlaczego tak się dzieje? Poza tym w otoczeniu dziewcząt zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Komu zaufać? Może Dymitrowi, który ma wielki autorytet wśród strażników. Ale to przecież on przyłapał dwie dziewczyny i odstawił do dyrektor Kirovej?

Książka spodoba się na pewno nastolatkom. Jest dobrze napisana, akcja toczy się szybko jak w filmie sensacyjnym, ale niech was nie zmyli tytuł: to nie horror. Nie doszukiwałbym się też głębokiej głębi w tego typie książek, których cel jest jeden -  rozrywka. Oczywiście, że można mówić tu o przyjaźni, odpowiedzialności.  Nie jest to pusta i prosta historia. Siedemnastoletnie dziewczyny wchodzą właśnie w dorosłość. Na razie balansują na granicy, ale już muszą się określić, muszą dokonywać ważnych wyborów. Już nie dzieci, a jeszcze nie kobiety i mężczyźni. To pewnie najtrudniejszy okres w życiu człowieka. I może najbardziej bolesny, niełatwy, o czym przekonają się Rose i Lissa. I choć pewnie chcielibyśmy, by nasze nastoletnie dzieci czytały Jacka Londona, albo Lucy Maud Montgomery, może Liberę  – nic z tego, wampiry kontratakują, stały się częścią naszej codzienności.

Moja koleżanka, urodzona polonistka, od lat wpajająca do głowy ukochanej wnuczce bardzo ważne wartości, również przez kontakt z literaturą z wyższej półki, otwarła kiedyś drzwi. Stanęło przed nią dziewczę w czarnym makijażu emo, ubrane na czarno, z wymalowanymi na czarno paznokciami i czerwonych włosach. Po dłuższej chwili, gdy koleżanka wreszcie rozpoznała w tym dziwnym indiwiduum u drzwi swoją wnuczkę, usłyszała:

-Babciu, ja zawsze chciałam mieć takie włosy jak Ania z Zielonego Wzgórza!!!

No i bądź tu człowieku mądry.

Wiek 16+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 27 kwietnia 2010

Romeo i Julia dla najmłodszych? Trochę tak, a trochę nie. Może nie wszystkim kojarzy się ta historia od razu z dziełem Szekspira, ale mnie naszła właśnie taka myśl. Tyle, że zamiast dwóch zwaśnionych rodów są dwie krainy –Tu i Tam. Mieszkańcy tych krain – żółtej i niebieskiej nienawidzą się, opowiadają o sobie takie rzeczy, że głowa boli i strach tego słuchać. Obgadują się, kłócą, paplają, straszą pociechy, bajdurzą o potworach – oczywiście żółtych i niebieskich. I gdy tyrada trwa w najlepsze, do akcji wkraczają dzieci, które jak to zwykle bywa, wolne są od stereotypów, uprzedzeń, w nosie mają gadanie rodziców i robią to, na co mają akurat ochotę. Niebieski Julek z Tu daje buziaka żółtej Nince z Tam i obydwoje zielenieją … od tej miłości, czego ukryć się nie daje. Wybucha wojna i w chwili starcia dwóch gigantów, okazuje się, że w obydwu przywódcach płynie taka sama czerwona krew.

Świetna opowieść o naturze ludzkiej – o świecie, w którym nie ma miejsca na tolerancję. Inny znaczy przecież gorszy, niebezpieczny, groźny, gorzej wykształcony, głupszy. Inny zabiera przecież pracę, przynosi ze sobą choroby. Przecież słychać od czasu do czasu podobne hasła w bardzo poważnych mediach. Kraina Tu tylko dla Tu-mieszkanców. Kraina Tam tylko dla Tam-mieszkańców.  Książka pokazuje dziecku, że może być inaczej, że można żyć w pokoju, bez wojen i wzajemnej wrogości. Ciekawiej jest, gdy się wszystko miesza – tylko żółty, albo tylko niebieski? Nieeee, nuuuuda. Wymieszać to wszystko, dodać zielonego – od razu robi się weselej, lepiej, ładniej. Podobnie jest w życiu. Trzeba dać sobie i innym szansę, na mieszkanie nie obok siebie, ale razem z sobą. Bardzo mądra i pouczająca ksiązka – nie tylko dla najmłodszych, którzy i tak najczęściej patrzą sercem.  I jeszcze jedna ważna nauka – miłość, przezwycięży wszystko, o czym już od dawna wiadomo. I jest happy end, czego u Szekspira niestety nie ma.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo EneDueRabe

Hej! Hej! Pojawił się nowy konkurs, który dotyczy książek dla najmłodszych! Wystartował 23 kwietnia i potrwa do 15 maja. Oficjalne ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie Nagrody Dla Najlepszej Książki Dziecięcej „Przecinek i kropka” 2009 nastąpi 22 maja podczas 55. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie.

To plebiscyt Empiku i polega na glosowaniu na Najlepszą Książkę Dziecięcą „Przecinek i Kropka” 2009.

Dziesięć nominowanych tytułów, wytypowanych przez grono ekspertów, można oceniać na portalu www.przecinekikropka.pl do 15 maja.

Oczywiście liczba naszych głosów zadecyduje o tym, kto wygra i zdobędzie tytuł Najlepszej Książki Dziecięcej „Przecinek i Kropka” 2009.

Tutaj znajdziecie szczegółowe informacje o konkursie:

Z ponad 100 tytułów zgłoszonych przez polskich wydawców, jury konkursu w składzie:

Dorota Koman – krytyk literatury dziecięcej, dyrektor promocji Międzynarodowych Targów Książki, prezes Fundacji Promocji Polskiej Książki „Ars Libri”

Ewa Gruda - krytyk literatury dziecięcej, dyrektor Muzeum Książki Dziecięcej

Ewa Świerżewska - krytyk literatury dziecięcej, tłumacz, redaktor naczelna portalu Qlturka.pl

dr Aleksandra Piotrowska - psycholog dziecięcy, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego

wytypowało dziesięć najbardziej wartościowych i najpiękniej wydanych książek przeznaczonych dla dzieci w wieku 5-8 lat. W grupie tej znalazły się:

„Aksamitny królik” – Markery Williams, William Nicholson – ilustracje (Wydawnictwo Auditu)



„Atlas Świata. Ameryka Południowa” -  Kinga Preibisz-Wala, Maria Deskur, Daniel de Latour – ilustracje (LektorKlett)



„Billy jest zły” – Brigitta Stenberg, Mati Lepp – ilustracje (EneDueRabe)



„Gryzmoł” – Dorota Gellner, Ewa Poklewska-Koziełło – ilustracje (Bajka)

 

„Linnea w ogrodzie Moneta” – Christina Bjőrk, Lena Anderson - ilustracje (Zakamarki)

 

„Maleńkie Królestwo królewny Aurelki” – Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Jona Jung - ilustracje (Bajka)


„Olivia” – Ian Falconer, (Egmont Polska)

 

„Pan Mruczek i Mysia Rodzina” – Danuta Parlak, Marta Pokorska - ilustracje, (BIS)

 

„Piaskowy Wilk i prawdziwe wymysły – Ĺsa Lind, Cristina Digman – ilustracje (Zakamarki)

 

„Płaszcz Józefa” – Simme Taback (Format)


Mamy wśród nominowanych kilka ulubionych książeczek. Niektórych nie znamy. Na półce czeka „Aksamitny królik”. Koniecznie musimy go jak najszybciej przeczytać. Kilka dni temu przynieśliśmy z biblioteki książkę „Gryzmoł”. Jest fantastyczna i nie dziwię się, że znalazła się wśród laureatów. Za niedługo o niej napiszę.  Nie ukrywam, że moją faworytką jest „Linnea w ogrodzie Moneta” – zawsze kochałam tego typu książki, podobnie jak obrazy samego Moneta. Staroświecka, z klasycznymi ilustracjami, mądra, piękna po prostu. Tomek z kolei bardzo lubi Billy’ego z tymi jego humorkami, napadami złości. Świetny jest „Piaskowy Wilk i prawdziwe wymysły”, który pozwala maluchom pofilozofować. Natomiast mysią rodzinkę polubicie od razu, bo jej członkowie uwielbiają książki. To nie takie zwykłe szare myszki, tylko – antykwaryczne.

Cieszę się, że pojawił się kolejny plebiscyt na książkę dla dzieci. Narobi wokół książeczek trochę hałasu, może wsadzi kij w mrowisko, wywoła dyskusje, zainteresowanie. Bo nie ukrywajmy, książka dziecięca jest u nas ciągle spychana na plan dalszy. Gdyby nie kilka akcji – wspomnę – Cała Polska Czyta Dzieciom, plebiscyt Polskiej Sekcji IBBY, to nic by się nie działo. A szkoda, szkoda, szkoda.

To wydanie to niezła gratka dla miłośników Zuźki D. Zołzik (koniecznie z D. (Danuta)., na co Mała od czasu do czasu sama zwraca uwagę), a wiem, że takich nie brakuje. Córka koleżanki jest w niej zakochana – czasem tylko mała Marta kręci głową – Ach ta Zuźka, mówi podczas wieczornego czytania, bo ta Zuźka to dopiero ma pomysły – w każdym razie o nudzie podczas lektury nie ma mowy, o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas ostatnich wieczorów.

Seria o Zuźce jest obecna na naszym rynku już od dłuższego czasu. Tylko, że do tej pory ukazywały się pojedyncze cienkie książeczki, które w kilku odcinkach opowiadały jakieś ważne wydarzenie z życia Zuźki. Zuźka D. Zołzik i przyjaciele zawiera aż dziewięć pierwszych książeczek. Specjalnie dla tego wydania została napisana część Zuźka D. Zołzik i śmierdzący autobus, w którym mowa o pierwszych dniach dziewczynki w szkole, w zerówce,  i jej perypetiach z charakterystycznym żółtym autobusem dowożącym w Ameryce dzieci do szkoły. Każda z dziewięciu części podzielona jest na 8-9 krótkich rozdziałów, takich w sam raz do posłuchania do maluchów, albo samodzielnego czytania, które na pewno ułatwi duża czcionka druku. Dużym atutem tej książki jest to, że sprawy, które dotyczą Zuźki tak naprawdę mogą dotyczyć również naszych dzieci – nie ma tu niczego nadzwyczajnego – dziewczynka musi zmierzyć się z potworem o nazwie – szkoła, w jej życiu pojawia się mały braciszek, czasem mówi za dużo i musi ponieść konsekwencje swego zachowania, chce poderwać najpiękniejszego chłopca na świecie, ma swoje tajemnice.

Brawo dla tłumaczki za wywrócenie świata do góry nogami przez wprowadzenie starych, coraz rzadziej używanych imion. U nas w grupie nie ma Lucynki, Bogusia, Teresy, Stasia – to reakcja mojego Tomka na imiona, które zostały gdzieś w tyle w ciągu ostatnich minionych lat, a od których roi się  w tej książce.

Zuźka to nie Koszmarny Karolek w spódnicy – gdy ktoś ma do czynienia z dziećmi i czyta razem z nimi tę książkę, pewnie nie raz zwróci uwagę na to, że w Zuźce kryje się nasza pociecha – ciekawa świata,  gadulska, czasem głośna, domagająca się uwagi innych, lubiąca się chwalić, opowiadająca czasem niestworzone rzeczy. Karolek jest zdecydowanie bardziej wyrachowany. Zuźka działa automatycznie, jak jej dziecięca natura każe, robi coś nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw i konsekwencji. Jest wiele rzeczy, które w zachowaniu Zuźki mi się nie podobają, ale zawsze można o tym z dzieckiem porozmawiać i uzasadnić. Zresztą reakcja mojego Tomka też była taka – Ach ta Zuźka, te dziewczyny.

 

Książka, podobnie jak jej główna bohaterka, jest bardzo żywa, ciągle coś się dzieje, absolutnie nie ma czasu na nudę. Mnóstwo tu ilustracji autorstwa Denise Brunkus. Powinna spodobać się dzieciom w wieku 6+.

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Ta książka od razu skojarzyła mi się z Pippi. Obie panny nie mogą powstrzymać się przed kłamstewkami, choć Tilda zdecydowanie jest w tym lepsza. Obie dziewczynki mają pokręcone życie rodzinne. Obie muszą czasem rozwiązywać pewne problemy, którymi tak naprawdę nie powinno obarczać się dzieci. Z tym, że Pippi ma zdecydowanie większy dystans do pojawiających się problemów, gdy tymczasem Tilda za bardzo bierze sobie wszystko do serca, choć zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby gwizdać na wszystko i wszystkich. Na Markusa też, bo to od niego to się zaczęło. Co? No to, że niby Tildy tata jest… astronautą. Tilda tak naprawdę nie zna swojego taty, nie wie , gdzie jest, co się z nim dzieje. Gdy dzieci zaczynają przechwalać się informacjami na temat profesji ojców, Tilda przechodzi samą siebie, by tylko zdobyć posłuch i zobaczyć nutkę zazdrości w oczach kolegów i koleżanek.  Dziewczynkę ponosi fantazja, a gdy powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B. Phi, tata – strażak, informatyk, taksówkarz. Astronauta to jest dopiero gość. I może scena skończyłaby się Happy Endem, gdyby nie … Markus z tym swoim złośliwym uśmieszkiem – Udowodnij to!

Gdyby Tilda nie zrobiła z taty astronauty, nie pokłóciłaby się z koleżanką, nie poszłaby do dentysty, nie ukradłaby gazety, nie rozdarłby kurtki, nie zdarzyłby się cud, Gagarin wciąż miałby dwie nogi, nie pożyczyłaby kasku od pana od wuefu itd. Każde kolejne kłamstwo ma swoje konsekwencje, nie zawsze miłe dla bohaterki i jej otoczenia. Dobrze, że Tilda jest rozsądną dziewczynką i umie wyciągnąć wnioski ze swojego zachowania – chociaż, kto wie, pewnie do następnego małego kłamstewka, które będzie podstawą do napisania kolejnej części przygód dziewczynki.

To dobrze napisana książka, z dużą dozą humoru, traktująca jednocześnie o sprawach ważnych – jak to jest, gdy nie ma się taty. Jak poradzić sobie z tym problemem, jak zachować się, gdy wszyscy naokoło mówią o swoich ojcach, nawet jeśli do końca nie są idealni – ale przecież są. Książka, w której z pewnością odnajdzie się niejedno dziecko.

Wiek 8+

Wydawnictwo Zakamarki

niedziela, 25 kwietnia 2010

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa  - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie (tytuł Najpiękniejszej Książki Roku 2009). Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki. Żadnych innych wniosków nie wyciągnę, bo cytując klasyków: wnioski wyciągnięte grzebieniem są doprawdy żałosne.

Mnie cieszy jeszcze to, że Czerwony Konik, niewielka oficyna wydawnicza z Krakowa, tak nam się rozbrykała, że aż iskry spod kopyt lecą. Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy…

Dla nas to KSIĄŻKA KWIETNIA!

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik

 

Grzebień w naszym domu służy nie tylko do czesania. Podobnie jak wiele innych przedmiotów wraz z rozszerzaniem horyzontów myślowych moich dorastających synów, pewne przedmioty, skądinąd o historycznie uzasadnionym  zastosowaniu, nagle okazują się koniecznie przydatne w wielu innych miejscach, przy wielu innych czynnościach, o których prawdę powiedziawszy ja jako mama – gospodyni domowa, nie miałam zielonego pojęcia. Ramiączko to łuk rycerski, miska do owoców jest raz hełmem od zbroi Zawiszy Czarnego, a raz kaskiem motocyklisty, natomiast otwieracz do konserw – kierownicą zigzacka – czyli samochodu wyścigowego. Właściwie trudno moim chłopakom zrozumieć, że coś do czegoś nie służy. Nawet dekiel od wirówki do sałaty może być albo śmigłem samolotu albo kapeluszem, to nic, że co chwila spadającym z małej głowy. A taki grzebień? Na pewno może służyć do grania – włożony między dwie kartki potrafi wydobyć najsubtelniejsze dźwięki i spowodować rozkoszne gilgotanie warg, co kończy się szczerymi  wybuchami śmiechu małego gracza. Może służyć do zrobienia fantazyjnego wzorku na kanapce z masłem, co też już przeżyliśmy w naszym domu. I do zamieszania cukru w herbacie wiśniowej – o zzzzgrozzzzo. Jeszcze ja przyznaję się jako mama molowo-książkowa do kilkakrotnego użycia grzebienia jako …zakładki i raz do zdrapywania lodu z zamarzniętej szyby naszego autka, na co ze zgorszeniem patrzyła moja koleżanka – co to ą-ę – bułkę przez bibułkę jada i na taką swawolę w życiu sobie by nie pozwoliła.

A tutaj nagle pojawiła się książka, w której ktoś bezczelnie śmie twierdzić, że GRZEBIEŃ do czegoś nie służy. Grzebień to kolejna część, po Młotku, - czyli rasowi ludzie nauki, co to nosa poza swoje laboratorium nie wytkną. Wszystkie doświadczenia dokładnie opisane, wnioski wyciągnięte i udokumentowane, jak to w dysertacji spisanej dla potomności być powinno. Wszystko pokazane z niesamowitą starannością za pomocą rycin. Panowie Wojciech Widlak i Paweł Pawlak nieźle zamieszali tym swoim młotkiem i grzebieniem wśród czytelników. Właściwie można rzec nawet, że wsadzili młotek i grzebień w mrowisko i …zbierają pochwały. Dawno na naszym rynku nie było takich pozycji – pasują jak kwiatek do kożucha do innych książek, które zapełniają półki księgarskie lekturami grzecznymi – dla grzecznych dzieci, różowych, często przesłodzonych.  Toż to czyste wariactwo, absurd, pomieszanie z poplątaniem. Afirmacja dziecięcej fantazji. Niezła zabawa w wymyślanie jakichś niestworzonych pokręconych historii – i chwała im za to, bo patrząc na moje dzieci, te uwielbiają fantazjować, wymyślać historie bez sensu, które śmieszą, choć czasami nie wiadomo dlaczego. I dobrze, że ktoś przypomniał nam, rodzicom, jaka to fajna sprawa. I dobrze, że w zeszłym roku dostrzeżono wielką wartość NIE-PORADNIKA w naszym do bólu praktycznym świecie. Ot, książka z przesłaniem – sztuka dla sztuki… pełna naukowych doświadczeń prowadzonych przez Profesora Kurzawkę i Adiunkta Kwasa. Obaj panowie – starszy i młodszy - typowi naukowcy – jeden z burzą bezładnych siwych włosów okalających łysinkę, drugi w okularach z grubymi oprawkami i szkłami a‘la denka od kufli od piwa

sobota, 24 kwietnia 2010

Jeśli zostanę powinno spodobać się  przede wszystkim dorastającym pannom, choć nie ukrywam, ja – już baaardzo dojrzała p-a-n-i, przeczytałam z przyjemnością – i wyznaję wszem, że dawno nie zużyłam przy lekturze tylu chusteczek. Książka o miłości i nie tylko, o przyjaźni, dorastaniu wśród zwariowanych i kochających rodziców, o trochę dziwnej miłości nastolatki do wiolonczeli i fascynacji muzyką poważną. I w końcu o odpowiedzi na pytanie, które stanowi równocześnie tytuł powieści – Co będzie, jeśli zostanę? Akcja książki rozgrywa się w ciągu niespełna 24 godzin. Poznajemy rodzinę Mii, relacje w jej rodzinie, pada zaledwie kilka słów o babci, przyjaciółce, chłopaku. Potem jest nieszczęśliwy wypadek i balansowanie na granicy dwóch światów -  zostać wśród żywych, gdy najbliższych już tam nie ma, czy odejść na zawsze. Można pokusić się o stwierdzenie – już gdzieś to było. Jak nie w książce, to w filmie. By zdobyć serca czytelniczek, trzeba było zaskoczyć je czymś nowym, by nie wypuściły książki do samego końca. Tutaj autorka podzieliła tomiszcze na rozdziały - godziny. Startujemy 7:09 lądujemy o 7:16 dnia następnego. Tyle może się stać w ciągu doby. Można stracić oboje rodziców, można utracić wiarę w marzenia i w przyszłość, można cofnąć się w czasie i zobaczyć całe swoje życie. Wędrujemy sobie – widzimy młodych rodziców, dzieciństwo Mii, przyjście na świat młodszego brata, narodziny przyjaźni z Kim, początki miłości do Adama. Czy warto zostać, czy zdecydować się odejść już na zawsze? A co będzie, jeśli coś się potem zmieni, strach przed samotnością, litością, strach przed pogodzeniem się ze stratą ukochanych osób. Książka pełna jest emocji, niepewności, radosnych i smutnych wspomnień – oczywiście, że odbija to się na czytelniczkach, które odkładają ją ze spuchniętymi od płaczu oczami. Książka niebanalna, głęboka, wzruszająca, o sprawach ważnych. Dla mam dorastających panien coś w rodzaju odskoczni – warto podebrać córce z półki.

 

Wiek 14+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 18 kwietnia 2010

Przeczytałam ostatnio krzywdząca opinię o "Karolci", którą czytelnik podsumował jako – „Oddech socrealizmu”. Wypożyczyłam z biblioteki dla Tomka, bo sama byłam ciekawa,  jaki będzie jej odbiór po latach, książki, która była jednym z moich ciepłych wspomnień z dzieciństwa.

Książeczka słaba. Język z minionej epoki. – czytam w krótkiej recenzji. Jeśli rozejrzymy się po dzisiejszym rynku wydawniczym i ofercie pełnej wrażeń już dla najmłodszych, pewnie sami dojdziemy do takiej konkluzji, że książka jest z minionej epoki. Wszystko w niej toczy się swoim rytmem, nie ma tu nagłych zwrotów akcji, pościgów. Jest jakaś czarownica – Filomena, ale wcale nie groźna, która chce odebrać kredkę i koralik Karolci i Piotrkowi. Myślę, że to co dzieje się w tej książce – zaspokoi ciekawość i potrzeby najmłodszych. Przynajmniej w przypadku Tomka tak właśnie było. Pięciolatek domagał się dalszego ciągu, język był zrozumiały, a fabuła bardzo go zaciekawiła. Myślę, że wielkim atutem tej książki jest to, że jest …staroświecka. Czasem, gdy czytam dzieciom nowości, myślę sobie, że autor musiał nieźle nagłowić się, by wymyślić to wszystko. A dzieciom naprawdę potrzeba do szczęścia tak niewiele …

 

 

Miejscami zachęca dzieci do zemsty czy wychodzenia przez okno. – czytam dalej. Nie wiem, czy mówimy o tej samej książce. Pluk z wieżyczki też wyłaził przez okno, a autorka dostała Małego Nobla i jest uznawana za jedną z najlepszych autorek literatury dziecięcej. Gdy patrzę na wybryki Karolci i Piotrka to zwykła dziecinada, w porównaniu z tym, co można spotkać w innych książkach dla dzieci. A pamiętacie jak Dzieci z Bullerbyn w Dzień Dziecka spuściły malutką Kerstin przez okno? I napisała o tym Astrid Lindgren. Ta Astrid Lindgren, gwoli ścisłości. Gdyby dzieci miały robić to, o czym czyta im się w książkach, świat byłby zdecydowanie gorszy, niż jest w rzeczywistości. Może wystarczy dziecku wytłumaczyć, czym mogą skończyć się głupie wybryki….

 

(…)Dla ośmiolatków, rówieśników bohaterki - nudne. – skoro ośmiolatkowi się nudzą, to przeczytajmy to pięciolatkom. Tomkowi baaaaardzo się podobało. Pewnie dlatego, że nie jest jeszcze skażony nadmiarem emocji i wrażeń, jakie często wywołują książki dla starszych dzieci. Jeśli ktoś jest po lekturze Harrego, to trudno, by zainteresowała go Karolcia i jej rysowanina zaczarowaną kredką.

 

Dla trochę młodszych - niebezpieczne. Dzieci skłonne są do naśladowania – patrz wyżej.

 

Stale czuć nutę socrealizmu w tym tekście – jest kilka rzeczy, które wskazują na poprzednią epokę, ale bez przesady. Taka była wówczas rzeczywistość i trzeba z tym się pogodzić. Dziecko zrobi wielkie oczy, że była milicja a nie policja, że nie było komórek, a mama Piotrka marzy o telewizorze i lodówce.

 

Nie polecam. Szkoda czasu – a ja polecam, bo byłam świadkiem reakcji mojego dziecka. I jego marzeń – co by narysowało, gdyby miało taką kredkę.

 

Recenzja, z którą się nie zgadzam – jest tutaj.

Na rynku ukazało się wydanie, w którym są dwie części przygód Karolci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Siedmioróg


sobota, 17 kwietnia 2010

Oczywiście, że jestem mamą, która kiedyś łagodziła bajki, słodziła je, lukrowała olbrzymią porcją lepkiej pomady, dekorowała marcepanem we wszystkich kolorach tęczy i dla jeszcze większej osłody – garnirowała pełnomleczną polewą czekoladową. Do czasu. Kiedyś posłodziłam Jasia i Małgosię i kazałam rodzeństwu uciec z piernikowej chatki nie robiąc Wiedźmie krzywdy. Ot, starowinka pośliznęła się na sosnowej podłodze, a dzieci tymczasem wykorzystały to i szur szur, już ich nie było. Kiedy padły słowa: Jaś i Małgosia wróciły do kochającego ojca, moje starsze dziecko zawołało – A Bauchę Jaguchę wilki zjadły! Pomyślałam i stwierdziłam, faktycznie, za takie coś – musiała być kara i to porządna i dziecko samo ją wymierzyło, jak nie piec to wilk. Zaczęłem szukać mądrych wypowiedzi i znalazłam kilka takich, które całkowicie umiały zdefiniować zachowanie mojego syna. No a ja dostałam po uszach. Tak więc od dłuższego już czasu nie prostujemy Grimmów – co miało być, to jest. W jednym z ostatnich numerów Rzeczpospolitej znalazłam potwierdzenie tego, co tu napisałam. Prof. Grzegorz Leszczyński kierownik Pracowni Badań nad Literaturą Dziecięcą i Młodzieżową w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zapytany o przerabianie Baśni Grimmów na łagodniejsze wersję w imię dobra dziecka, odpowiedział:

Kaleczy się w ten sposób jednak nie tylko literaturę, ale i dziecko. Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane. Nie możemy więc wolno puścić wilka i zaprzyjaźniać się z nim, bo postanowił zostać jaroszem, choć przedtem zjadł Czerwonego Kapturka i babcię. To wbrew baśniowej logice. Przy takiej wersji wydarzeń młody czytelnik nigdy nie zrozumie toposu wilka, nie pozna ważnego kodu kulturowego. Wilk jest uosobieniem zła, podobnie jak Baba Jaga.

Uważam, że tak jak nie należy chronić dziecka przed przerażającą bądź dziwną ilustracją (bo i taką powinno oglądać, by dobrze rozwijała się jego wrażliwość i wyobraźnia) – tak też nie powinno się chronić go przed okrucieństwem zawartym w baśniach. Pokazywanie tylko dobra i piękna to pozbawianie dzieci tej drugiej części świata. To tak jakby próbować wmawiać im, że doba nie ma nocy, a w roku są tylko dni pogodne. Potem te dzieci w wieku nastoletnim są przerażone światem, złem i są kompletnie nieprzystosowane do życia. Mało tego, zaobserwowałem coś takiego jak efekt czytelniczego wahadła u dzieci.

Co to znaczy?

Jeśli w dzieciństwie karmione były łagodną literaturą, to potem tym chętniej sięgają tylko po powieści grozy, horrory i science fiction. Dzieci i młodzież chcą od książki wrażeń i emocji. Jeśli ich tam nie znajdą, odrzucą książkę, zadowolą się pełnymi emocji filmami i grami komputerowymi. Ale tam nie ma tej mapy, którą dają baśnie uczące odróżniania dobra od zła, a przyjaciela od wroga. Tylko baśń, zawarte w niej symbole, archetypy, jej ogromna, przez pokolenia sprawdzona mądrość, daje człowiekowi ten wewnętrzny kompas pomagający później w poruszaniu się po emocjonalnym świecie.

Całość tutaj - Tak, straszmy dzieci baśniami.

Ja dokładam artykuł ów do Teczki Mamy zatytułowanej - Rzeczy Ważne, gdzie zajmie miejsce obok ciekawych i równie ważnych publikacji, do których przeczytania również zachęcam:

Strasznie być musi – (Czy cenzurować baśnie?) Małgorzata Strzałkowska

Trudne bajki – Anna Brzezińska (Ucieczkę od poważniejszej tematyki i infantylizację książki dziecięcej widać bardzo wyraźnie na półkach księgarskich. Dotyczy to zarówno narracji, jak i obrazu)

 

Krwawy kapturek – Piotr Sarzyński (Klasyczne historie przerabia się dziś brutalnie i bezwzględnie, byle podobały się odbiorcom. Na przykład opowieść o Tristanie i Izoldzie kończy się happy endem, a „Czerwony Kapturek” huczną balangą)

 

Dlatego też piszę ciepło o książce Jaś i Małgosia, jaka ukazała się niedawno. Któż nie zna tej baśni? Tak jak przed prawie 200 laty napisali bracia – jest zła macocha, jest ojciec, któremu serce się kraje, gdy wyprowadza dzieci do lasu, jest wiedźma, która ląduje w piecu. Tomek nijak nie może zrozumieć zachowania ojca – w końcu sam stwierdza, że ta macocha też musiała być wiedźmą, która go zaczarowała. Wszyscy przyjmujemy tę interpretację z zadowoleniem. Atutem nowego wydania są: uwspółcześnione tłumaczenie Elizy Pieciul- Karmińskiej i ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch. Obie panie sprawiły, że książka ma klimat – wcale nie taki straszny, jakby należało oczekiwać. Ilustratorka bardzo ciepło potraktowała Babę Jagę – właściwie bardziej budzi ona współczucie niż strach. Ślepa, z widocznymi brakami w uzębieniu  - to postać groteskowa, karykatura. I ten czepek Cioci-Kloci. W baśni nie pada słowo – Baba Jaga. Są za to:  wiedźma, staruszka, starowinka, stara, stara kobieta. Współczesny język bardziej jest przekonujący do naszych dzieci, łatwiej zrozumiały. Na końcu książki znajdziecie płytę CD, na której o Jasiu i Małgosi czyta Jerzy Stuhr. Czyż trzeba lepszej rekomendacji?

Wiek 5+

O Baśniach Grimmów pisałam

Tutaj

O nowym tłumaczeniu możecie przeczytać tutaj – wywiad z Elizą Pieciul – Karmińską

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Ukazała się kolejna książka o Fryderyku Chopinie. Ciekawa jestem, jak zostanie odebrana. Zapowiada się smakowicie, bo przecież w środku są ilustracje Józefa Wilkonia.

Anna Czerwińska - Rydel - z wykształcenia muzyk i pedagog, jest autorką około 200 radiowych audycji muzycznych i bajek dla dzieci, które prowadziła na antenie Radia Eska - Nord. Przez siedem lat pracowała jako wykładowca w Instytucie Pedagogiki UG. Od wielu lat pracuje z dziećmi i młodzieżą, prowadząc zajęcia muzyczne, pedagogiczne i terapeutyczne. W polu jej zainteresowań znajduje się także psychologia muzyki i muzykoterapią. Uważa, że muzyka pobudza u każdego dziecka sfery intelektualne i emocjonalne. które w takim stopniu nie są rozwijane w żadnej innej dziedzinie (informacje znalazłam tutaj) 

Dla mnie ważne jest pierwsze wrażenie, a postać z okładki od razu nam się spodobała. Taka przyjemna gęba chłopa do rany przyłóż, uśmiechnięta, z filuternym spojrzeniem, typ wiecznie młody, zaprzyjaźniony ze wszystkimi (z małymi wyjątkami), wczorajszo – modny i elegancki. Grzegorz Kasdepke stworzył swojego bohatera literami, a Piotr Rychel ołówkiem. Po lekturze tej książki jakoś nie mogę sobie wyobrazić innego detektywa. Sympatyczna postać sprawia, że obok okładki nie można przejść obojętnie, czego doświadczyła moja siostra, nabywając wszystkie części dla swoich dziewczyn - stwierdziła, że była pod takim urokiem pana z okładki, że nie mogła postąpić inaczej. Ale to tak tylko tytułem wstępu, bo nie tylko okładka zapowiada coś apetycznego, ale i cała książka. Przede wszystkim to Wielka księga, czyli zbiór trzech książek o detektywie: Detektyw Pozytywka, Nowe kłopoty detektywa Pozytywki oraz Pamiątki detektywa Pozytywki. Główny bohater to postać bardzo kolorowa, charakterystyczna, pogodna – zabawne indywiduum, które zbyt wiele do szczęścia nie potrzebuje. Bo też jego biuro detektywistyczne „Różowe okulary” malutkie jest, bez żadnych wygód, sam właściciel żadnej broni oprócz kaktusa nie posiada, klientów zresztą też jak na lekarstwo, no chyba że wspomnimy dzieci, które chętnie pukają do gościnnych drzwi miłego sąsiada z góry, a po wyjaśnieniu zagadki płacą albo szczerym uśmiechem albo garścią cukierków. No i jak tu  wyżyć? W dodatku konkurencja nie śpi, detektyw Martwiak – czarny charakter tej historii, właściciel agencji Czarnowidz nie zawsze działa fair play. Nie są to książki sensacyjne, raczej komedia zdemaskowanych przez Pozytywkę językowych omyłek i lapsusów.  (Joanna Olech – Tygodnik Powszechny) Zagadki wyjaśniane przez detektywa dotyczą najbłahszych spraw dnia codziennego. Pozytywka szuka zgubionych skarpetek, piasku z piaskownicy, szuka chuliganów, którzy dokonali spustoszenia na balkonie sąsiadki, przebili dmuchaną piłkę, zniszczyli latawiec. Czyli innymi słowy mówiąc – spraw dotykających bezpośrednio dzieci, spraw dla nich ważnych. Co ciekawe – każdy rozdział kończy się zagadką dla małego czytelnika. Wystarczy pomyśleć i dziecko może znaleźć samodzielnie odpowiedź na pytanie. Ja mojemu pięciolatkowi musiałam kilka zagadnień tłumaczyć, ponieważ niektóre z nich dotykały zagadnień z fizyki, chemii, polegały na grze słów. Co ciekawe, można z dziećmi świetnie ćwiczyć logiczne myślenie – nic nie dzieje się bez przyczyny, na wszystko można znaleźć radę i odpowiedź. Smaczku dodaje tutaj postać wspomnianego już Martwiaka. Czarny charakter w takich opowieściach sprawia, że wszystko jest bardziej pikantne. Martwiak przewija się często przez karty książki, a maluchy z napięciem śledzą, jak skończy się ten pojedynek podwórkowego muszkietera z nieprzyjemnym przeciwnikiem.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia


niedziela, 11 kwietnia 2010

Właśnie sprawdzałam świeżutki tekst o „Opowieściach z zaczarowanego lasu”, o Pandorze, która sprawiła, że poznaliśmy ból, rozpacz, smutek. Zadzwonił telefon. To była Mama z wiadomością o katastrofie w Rosji. Odebrał mąż, który czemuś nie dowierzał. Tragedia, z której trudno się otrząsnąć…I żal, i smutek...Przeogromne...


sobota, 10 kwietnia 2010

Przecież wszystko złe na tym świecie jest przez Pandorę. Nieznośnego dzieciaka, który nie umiał pokonać własnej słabości. Choroby, troski, ból, nędza. Wypuściła je, mimo boskich zakazów. To przez nią te nasze biedy człowiecze.

Chociaż…  – Parandowski pisze o beczce Pandory. Phi – co tam beczka. Czyż może wzbudzić nasze pożądanie? Tak samo rzecz się ma z puszką, która króluje w naszym języku jako powszechnie używany zwrot. Puszka to w końcu tylko puszka – można o niej zapomnieć. Nathaniel Hawthorne pisze o skrzyni. A robi to w taki sposób, że myśli nasze krążą wokół tego cacka, dzieła sztuki, prawdziwego majstersztyku. Czyżby chciał usprawiedliwić Pandorę za to, co zrobiła? A może chciał skłonić nas do takiej refleksji – a ty jakbyś zachował się na miejscu dziewczyny? Ja pewnie widząc  takie cudo, szczerze przyznaję się – otworzyłabym skrzynię, jak nic.


Skrzyneczka była zrobiona z bardzo pięknego drzewa o ciemnych, soczystej barwy słojach na całej powierzchni, a tak gładko wypolerowana, że mała Pandora mogła w niej dostrzec swoją twarz. (…) Rogi i krawędzie skrzynki były rzeźbione z niezwykłym kunsztem. Wzdłuż brzegów widniały postaci mężczyzn i kobiet, a najpiękniejsze dzieci, jakie ludzkie oko kiedykolwiek widziało, odpoczywały, lub bawiły się wśród kwiatów i listowia. Wszystko to było tak ślicznie przedstawione i tak harmonijnie wiązało się z sobą, że kwiaty, liście i sylwetki ludzi zdawały się jakby splecione w jeden wieniec różnorakiego piękna.

 

Cytując powyższy fragment chciałam, byście posmakowali artyzmu tekstu, który autor z niezwykłą wirtuozerią, dobierając starannie słowa, dbając o każdy szczegół przygotował na wyprawę do zaczarowanego lasu. A w nim mnóstwo dziwów – postaci znanych z mitologii, mnóstwo zdarzeń, o których być może kiedyś słyszeliśmy – a tu opowiedzianych tak, że ma się wrażenie, że dotknęło się czegoś pięknego i ulotnego.

Bardzo cieszę się, że po latach odkurzono Mity Greckie autorstwa amerykańskiego romantyka (1804-1864). To, co jest ich niebywałą zaletą, to ich klimat - romantyczny, XIX – wieczny, tajemniczy, którego nie znajdziemy w mitach dla dzieci pisanych przez bardziej współczesnych pisarzy (Inkiow, Kasdepke, Graves). Hawthorne nie pozwala sobie na żarty, przaśny humor, pójście na skróty, którymi niektórzy autorzy chcą zjednać sobie młodszych czytelników. Nie znam innych mitów Hawthorne’a, ale na przykładzie Dziecięcego raju można zauważyć, jak autor analizuje zachowania bohaterów, nie przedstawia tylko suchych faktów, ale chce wyjaśnić, dlaczego tak się stało, daje swoim bohaterom nie tylko ciało, ale też duszę, pokazuje, o czym myślą, czego chcą, jakie są ich marzenia.

O Mitach Greckich przeczytałam na blogu Justyny Sobolewskiej. Autorka narobiła mi wielkiego apetytu. Kiedy zaczęłam moje poszukiwania, okazało się, że wydano właśnie audiobook z pierwszą częścią, a w planach są kolejne.

Dziecięcy raj został świetnie zinterpretowany przez Krzysztofa Tyńca. W głosie aktora  słychać tajemnicę, którą chce się odkryć w zaczarowanym lesie. Do tego starannie przygotowane tło muzyczne Macieja Rychłego i ilustracje Józefa Wilkonia (do płyty dołączona jest książeczka). Słuchając tekstu, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest się w zaczarowanym lesie. Opowieści o Pandorze i tajemniczej skrzyni słucha się wybornie wieczorami. Dźwięki muzyki świetnie współtworzą wieczorny klimat – a dziecię, szczęśliwe, zasypia na swej ukochanej podusi.


Do tej pory w serii Mity Greckie ukazały się: 1. Dziecięcy Raj 2. Głowa Meduzy.

W planach wydawnictwa:

3. Złotodajna moc.

4. Trzy złote jabłka.

5. Cudowny dzban.

6. Chimera.

Wiek 5+

Wydawnictwo BUKA

Przecież wszystko złe na tym świecie jest przez Pandorę. Nieznośnego dzieciaka, który nie umiał pokonać własnej słabości. Choroby, troski, ból, nędza. Wypuściła je, mimo boskich zakazów. To przez nią te nasze biedy człowiecze.

Chociaż…  – Parandowski pisze o beczce Pandory. Phi – co tam beczka. Czyż może wzbudzić nasze pożądanie? Tak samo rzecz się ma z puszką, która króluje w naszym języku jako powszechnie używany zwrot. Puszka to w końcu tylko puszka – można o niej zapomnieć. Nathaniel Hawthorne pisze o skrzyni. A robi to w taki sposób, że myśli nasze krążą wokół tego cacka, dzieła sztuki, prawdziwego majstersztyku. Czyżby chciał usprawiedliwić Pandorę za to, co zrobiła? A może chciał skłonić nas do takiej refleksji – a ty jakbyś zachował się na miejscu dziewczyny? Ja pewnie widząc  takie cudo, szczerze przyznaję się – otworzyłabym skrzynię, jak nic.

 

Skrzyneczka była zrobiona z bardzo pięknego drzewa o ciemnych, soczystej barwy słojach na całej powierzchni, a tak gładko wypolerowana, że mała Pandora mogła w niej dostrzec swoją twarz. (…) Rogi i krawędzie skrzynki były rzeźbione z niezwykłym kunsztem. Wzdłuż brzegów widniały postaci mężczyzn i kobiet, a najpiękniejsze dzieci, jakie ludzkie oko kiedykolwiek widziało, odpoczywały, lub bawiły się wśród kwiatów i listowia. Wszystko to było tak ślicznie przedstawione i tak harmonijnie wiązało się z sobą, że kwiaty, liście i sylwetki ludzi zdawały się jakby splecione w jeden wieniec różnorakiego piękna.

 

Cytując powyższy fragment chciałam, byście posmakowali artyzmu tekstu, który autor z niezwykłą wirtuozerią, dobierając starannie słowa, dbając o każdy szczegół przygotował na wyprawę do zaczarowanego lasu. A w nim mnóstwo dziwów – postaci znanych z mitologii, mnóstwo zdarzeń, o których być może kiedyś słyszeliśmy – a tu opowiedzianych tak, że ma się wrażenie, że dotknęło się czegoś pięknego i ulotnego.

Bardzo cieszę się, że po latach odkurzono Mity Greckie autorstwa amerykańskiego romantyka (1804-1864). To, co jest ich niebywałą zaletą, to ich klimat - romantyczny, XIX – wieczny, tajemniczy, którego nie znajdziemy w mitach dla dzieci pisanych przez bardziej współczesnych pisarzy (Inkiow, Kasdepke, Graves). Hawthorne nie pozwala sobie na żarty, przaśny humor, pójście na skróty, którymi niektórzy autorzy chcą zjednać sobie młodszych czytelników. Nie znam innych mitów Hawthorne’a, ale na przykładzie Dziecięcego raju można zauważyć, jak autor analizuje zachowania bohaterów, nie przedstawia tylko suchych faktów, ale chce wyjaśnić, dlaczego tak się stało, daje swoim bohaterom nie tylko ciało, ale też duszę, pokazuje, o czym myślą, czego chcą, jakie są ich marzenia.

O Mitach Greckich przeczytałam na blogu Justyny Sobolewskiej. Autorka narobiła mi wielkiego apetytu. Kiedy zaczęłam moje poszukiwania, okazało się, że wydano właśnie audiobook z pierwszą częścią, a w planach są kolejne.

Dziecięcy raj został świetnie zinterpretowany przez Krzysztofa Tyńca. W głosie aktora  słychać tajemnicę, którą chce się odkryć w zaczarowanym lesie. Do tego starannie przygotowane tło muzyczne Macieja Rychłego i ilustracje Józefa Wilkonia. Słuchając tekstu, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest się w zaczarowanym lesie. Opowieści o Pandorze i tajemniczej skrzyni słucha się wybornie wieczorami. Dźwięki muzyki świetnie współtworzą wieczorny klimat – a dziecię, szczęśliwe, zasypia na swej ukochanej podusi.

 

Do tej pory w serii Mity Greckie ukazały się: 1. Dziecięcy Raj 2. Głowa Meduzy.

W planach wydawnictwa:

3. Złotodajna moc.

4. Trzy złote jabłka.

5. Cudowny dzban.

6. Chimera.

środa, 07 kwietnia 2010

Nie jest to łatwa książka i z pewnością nie dla każdego dziecka. Ta książka nie uprzyjemni wieczoru, nie będzie miłym wspomnieniem, nie przyniesie kolorowych snów. Nie każde dziecko będzie w stanie unieść ciężaru problemów, jakie się w niej pojawiają, nie każde dziecko będzie w stanie zrozumieć jej treści. Mimo, że na okładce widnieją nazwiska dwóch autorów, to niestety, tak naprawdę napisała ją nasza smutna rzeczywistość. Jest to być może odpowiedź na pytanie, jakie pojawi się zapewne u wielu czytelników tej recenzji po zaznajomieniu się z moim mało zachęcającym wstępem – No dobrze, po co zatem taka książka? Traktuje ona o depresji, o której często mówi się, że to choroba naszych czasów. Jeśli ktoś miał kiedykolwiek z nią do czynienia, czy to na przykładzie własnej osoby, czy rodziny lub znajomych, ten wie z pewnością, jak trudno ją wyleczyć.  Wie również, jak trudno żyć z osobą chorą na depresję. Emma ma czarującą Mamę o pięknych włosach. Jednak pewnego dnia Mamę ogarnia przeogromny smutek i strach. Nic jej nie cieszy, leży całymi dniami w łóżku i patrzy w ścianę. Płacze. Ciągle płacze. W końcu dziewczynka wpada w złość, krzyczy – Głupia Mama! Leniwa Mama!. I jak każde dziecko w obliczu problemów dorosłych, zaczyna obwiniać siebie za zaistniałą sytuację. Stara się uczesać włosy Mamy, wierząc, że rozsupłanie supełków, pęków sprawi, że  wszystko się unormuje, że wróci „kiedyś”, kiedy włosy Mamy były błyszczące i pięknie uczesane. Dziewczynka wchodzi w ten poplątany świat i spotyka w nim nieznajomego pana, który wielkimi grabiami rozczesuje splątane włosy i sprawia, że Emma odzyskuje swoją Mamę.

Opowieść o depresji utrzymana jest w poetyckim klimacie – jednak dzieci mogą dowiedzieć się z niej wiele na temat choroby. Między kolejne metafory sprawnie wpleciono pewną dawkę konkretnych informacji o zachowaniu się chorego, przebiegu choroby, jego zamknięciu w swoim własnym świecie. Gdzie tkwi przyczyna tej choroby? W książce są tylko Emma i Mama. Może kiedyś był Tata, który odszedł? Nie wiem, to takie moje przypuszczenia. Jest w końcu ten dobry pan – symbol osoby, która pomaga uczesać myśli, pomaga wrócić do rzeczywistości. To jednocześnie sygnał dla dziecka, że samo nie da rady w walce z chorobą bliskich, że sama miłość nie wystarczy – trzeba zdać się na wiedzę i doświadczenie innych. Książka będzie pewnie nieocenionym narzędziem w pracy terapeutów, pedagogów, którzy często muszą wytłumaczyć dzieciom, co to takiego depresja. A może w naszych rodzinach ktoś cierpi na tę chorobę, dziwnie się zachowuje i trzeba również pomóc zrozumieć trudny temat depresji? W takim przepadku Włosy Mamy mogą okazać się ważną i niezwykle pomocną lekturą.

Napisałam na początku, że ta książka nie przyniesie kolorowych snów. Choć kto wie, może przyniesie spokojny sen dzieciom, którym za pomocą tej właśnie mądrej ksiązki ktoś zechce wyjaśnić, co tak naprawdę dzieje się ich najbliższymi. I oby jak najczęściej towarzyszył nam taki obrazek:

Jest piękny, piękny dzień.

Mama przytula Emmę,

A Emma przytula się do Mamy.

Włosy śpiewają.

- Moja córeczka – mówi Mama.

Bo Mama jest Mamą Emmy.

A Emma jest córeczką Mamy.


Wiek 6+ (nie dla każdego)


Wydawnictwo EneDueRabe

Lubię obrazy Carla Larssona, szwedzkiego malarza żyjącego w latach 1853-1919. Może dlatego, że jednym z moich marzeń jest odwiedzenie Skandynawii. Na jego obrazach można znaleźć klimat Szwecji XIX  i początku XX wieku. Lubię wiejski styl szwedzki – białe meble, poduchy w kratkę, drewno, polne kwiaty, naturalne materiały, prostotę, która jednocześnie zdobi i tworzy ład i harmonię.  Delikatność, przemyślany każdy szczegół, bez pewnej przaśności, która czasem przeszkadza mi u nas. Larsson, ojciec ósemki dzieci (jedno z nich zmarło kilka dni po urodzeniu), poświecił im wiele obrazów. Niektóre z nich przypominają mi ilustracje Ilon Wikland, jakie zdobią książki Astrid Lindgren. Ale to tylko moje subiektywne odczucie.

Imieniny (1898)

Śniadanie pod brzozą (1896)

Okno z kwiatami (1894)

Połów raków (1895)

Wędkowanie (1898)

Kuchnia (1898)

Świąteczny poranek (1894)

Pippi jest nasza. I proszę się nie oburzać. Z wyrozumieniem przyjmujemy oczywiście każde podobne stwierdzenie z drugiego końca osiedla i świata. Bo Pippi to taka kumpelka z podwórka, którą każdy chciałby mieć dla siebie. Ostatnio w jednym z pism dla rodziców przeczytałam o niej - Obywatelka świata. Z tą opinią zgadzam się jak najbardziej - to postać wszędzie rozpoznawalna, a kogo tak naprawdę obchodzi, że jest Szwedką, gdy o życiu, jakie prowadzi, przygodach, jakie przeżywa, marzy kolejne pokolenie małych czytelników, a miliony (wśród nich i ja, mama Tomkowo-Mikołajowa) mają ją w pamięci, jako jedno z najmilszych wspomnień dzieciństwa. Willa Śmiesznotka, małpka na ramieniu, koń, torba złotych monet, niesamowita fantazja, cięty język, zarośnięty ogród, siła, której niejeden siłacz mógłby jej pozazdrościć, wspinanie się na drzewa - moje dziecko słuchało tej książki z otwartą buzią, śmiało się w głos, kazało czytać pewne fragmenty kilka razy. W najbardziej zwariowanych miejscach do głowy mi nie przyszło, żeby czuć obawę, że coś zostanie przeniesione na nasze podwórko. Bo ta Pippi, o której losy obawiała się sama autorka pisząc do wydawnictwa: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi", w obliczu wielu zmian i wydarzeń, które zaszły w naszym społeczeństwie, które mają miejsce, jest tylko niewinną, rozbrykaną psotką, której wybryki wywołują uśmiech, a nie niesmak, albo oburzenie. Nijak nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że we Francji dopiero niedawno Pippi ukazała się bez cenzury.  Tak jakoś przyjęło się, że lepiej, gdy nasze dzieci są grzeczniutkie, rozsądne, spokojne, ułożone. Tymczasem natura dziecięca jest niespokojna, chodzi własnymi ścieżkami, jest burzliwa, pokręcona i często nie daje się łatwo oswoić. Pippi wybiega poza utarte schematy. Mimo swojego wieku (rocznik 1945) może niejednego rodzica wprawić w konsternację. Jednocześnie demaskuje dorosłych, którzy nie mają w książce recepty na te jej figle, pyskówki, kłamstewka - nic poza groźbami typu, że pójdzie do Domu Dziecka, sierocińca, że przyjdzie po nią policja. Podobnież jest i teraz - bo często dorośli nie mają sposobu na takie zachowania a'la Pippi Pończoszanka. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl to reakcja: Uspokój się, bo przyjdzie dziad i wsadzi cię do wora. Dzieci kochają Pippi, bo odnajdują w niej siebie. Mała ma charakter, czasem trudna z niej sztuka, nie do okiełznania, ale walczyć z nią ? Nie, tego nie polecałabym. Raczej spróbować inną drogę - zaprzyjaźnić się, jak to zrobili Tommy i Annika. Spojrzeć na nią z miłością, przytulić - bo przecież była samiuśka w tej wielkiej Willi, powiedzieć, że jest śliczna, bo wyśmiewali jej strój, sterczące warkocze i wielgachne buty. Pobawić się z nią, porozmawiać. Odwdzięczy się - na pewno. Wtedy będzie to wielka przyjaźń, na całe życie.

Dla mnie ponowne spotkanie z Pippi – po latach jest jak kuracja odmładzająca. Co tam nowinki kosmetyczne, cuda techniki wygładzające zmarszczki. Pippi sprawia, że człowiek nagle młodnieje, ma ochotę zjechać po poręczy, wleźć na pierwsze lepsze napotkane drzewo, iść do pracy tyłem, bo nareszcie mieszkamy w wolnym kraju. Nie wspomnę już o tym, jak kusi zamieszanie jajecznicy szczotką do szorowania pleców. Nie wiem, czy przeszłoby mi to danie przez gardło, ale tak dla żartu, dla posmakowania szaleństwa, przekory, które gdzieś tam po drodze zostały zaduszone przez wyrachowanie, powściągliwość, dyscyplinę.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 02 kwietnia 2010

Wesołych Świąt i pięknej wiosny!

Jako dziecko bardzo lubiłam kartki, na których ktoś naprawdę życzliwy z rodziny bądź znajomych pisał – (…) i bogatego zająca dla dzieci. Bo choćby nie wiem co, i tak ten zając był megaważny, jest i będzie. Można trąbić naokoło, że nie to jest istotą świąt wielkanocnych, ale przypatrzmy się – kto to mówi? Starsi, zupełnie jakby sami nie pamiętali czasów, kiedy to oni byli dziećmi i wyczekiwali jajek i czekoladowych zajączków w koszyczku. No chyba, że starsi panowie i starsze panie od razu pojawili się na tym świecie jako starsi panowie i starsze panie, co w pewien sposób tłumaczyłoby ich niecne zachowanie.

Babcia Basia z rozrzewnieniem wspomina dzień, kiedy pani przedszkolanka wpuściła do sali … królika.

-Patrzcie , dzieci, zając przyszedł!

-Ale to jest przecież królik – zawołała wiejska dzieciarnia, dla której odróżnić zająca od królika to był pikuś. Pani była miastową Stasią Bozowską, co to po wojnie niosła kaganek oświaty na wieś. W każdym razie dzieciaki się nie dały, ale i tak się cieszyły z tego niby-zająca. A wspomnienie w mamie siedzi głęboko.

Moje wspomnienie:

-Dzieci, tata widział uszy zająca- nasza mama to też miała niezłą fantazję. -I nic już nie było ważne tego dnia, tylko te uszy zająca. Ich kolor, długość, czy puszyste, czy raczej nie. Biedny tata, mylił się w swych zeznaniach – raz były długie, raz krótkie, raz różowe, to znowu niebieskie. I ten ogromny mój dziecięcy żal – primo, że tata nie chwycił kicka za te uszy, secundo, że ja sama ich nie widziałam.

Moje dziecko z wrażenia dzisiaj nie mogło zasnąć. Jutro ma przyjść zając. Nie było problemów ze sprzątaniem zabawek, myciem. Była motywacja – nie ma co. Zanim Tomek zasnął, jeszcze z trzy razy biegł do altany zobaczyć, czy koszyki stoją. Potem nasłuchiwał, czy aby zając nie nadchodzi/ nadjeżdża/ nadlatuje, bo kto tam tak naprawdę wie, jak do nas przybędzie. I ten błysk w oczach, rumieńce. I ta wiadomość dnia, jaka zawładnęła małymi umysłami:

- Mamo, Dziadek kiedyś widział uszy zająca. Zielone. Trzymał je, ale ten zając to mu się wyrwał.

I tak oto dziadek stał się po latach po raz drugi bohaterem dnia. I uszy też. Patrząc na tę historię z własnej perspektywy, coś czuję, że wspomniane zajęcze uszy mają szansę przejść do historii naszej rodziny – opowieść przekazywana z pokolenia, na pokolenie. A że zmyślona – i co z tego. Ja powoli zaczynam w nią wierzyć na nowo…