Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 29 marca 2012

Kilka tygodni temu Fundacja ABC XXI Cała Polska Czyta Dzieciom zwróciła się z pytaniem do czytelników, bibliotekarzy, rodziców, które książki dla dzieci, ich zdaniem, powinny się znaleźć na liście 10 najważniejszych książek ostatniej dekady. Dodam tylko, że chodziło o autorów z naszego podwórka.Niektóre znamy (można przeczytać recenzję), inne przed nami. A swoją drogą Fundacja zrobiła dużo dobrego w ciągu minionych lat. Jak sięgam pamięcią, zaczęło się chyba od reklamy: Tato, a czy ty umiesz czytać? U dołu - dla przypomnienia:))

Oto lista wyróżnionych książek:

Bieda Hanny Gill-Piątek i Henryki Krzywonos

Czarny młyn Marcina Szczygielskiego (recenzja)

Czy wojna jest dla dziewczyn Pawła Beręsewicza (recenzja)

Detektyw Pozytywka Grzegorza Kasdepke (recenzja)

D.O.M.E.K. Aleksandry Machowiak i Daniela Mizielińskiego (recenzja)

Dziesięć stron świata Anny Onichimowskiej

Dżok. Legenda o psiej wierności Barbary Gawryluk

Kosmita Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel

Pan Kuleczka Wojciecha Widłaka

Wiersze, że aż strach Małgorzaty Strzałkowskiej.


 



Tagi: nagrody
21:32, be.el
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 marca 2012

Bardzo lubimy serię o Lassem i Mai. Właśnie dotarła do nas wiadomość, że pierwsza część zostanie wystawiona na scenie – prapremiera światowa 15 kwietnia 2012. Miejsce: Miejski Teatr Miniatura w Gdańsku. Godz. 17.00

Oczywiście zazdrościmy wszystkim Gdańszczanom i mamy nadzieję, że może kiedyś...kto wie...


Tajemnica diamentów
na podstawie książki Martina Widmarka i Heleny Willis z serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai"

Adaptacja i reżyseria: Ireneusz Maciejewski
Scenografia i lalki: Dariusz Panas
Teksty piosenek: Joanna Herman
Muzyka: Old Time Radio

Inspicjent: Zbigniew Okęcki

 

Obsada
Lasse, Dziennikarz | Jakub Ehrlich
Maja, Dziennikarka | Wioleta Karpowicz
Muhammed Karat, Kościelny Svensson, Dziennikarz | Piotr Kłudka
Komisarz, Lollo Smitt, Dziennikarz | Jacek Majok
Ture Modig, Złodziej, Dziennikarka | Hanna Miśkiewicz
Siv Leander, Złodziej, Dziennikarka | Jadwiga Sankowska
Kelnerka, Policjant, Złodziej | Magdalena Żulińska

Spektakl dla dzieci w wieku: od 6 lat

Więcej informacji na stronie Teatru.



niedziela, 25 marca 2012

Zdecydowanie dla dzieci z zacięciem historycznym. Dla tych, których interesuje życie innych i ciekawe tło społeczno-polityczne czasów, w których ta osoba żyła. Gdy biorę książkę z serii Nazywam się… do ręki – mam trochę mieszane uczucia, bowiem każdy bohater tytułowy opowiada o sobie, mimo że od dawna już …nie żyje. Tak jakby ktoś z zaświatów przybył na ziemię, by trochę pogawędzić. Ale te uczucia są tylko na początku – właśnie to pogawędzić bierze tutaj górę. Trochę przypomina to spotkania przy wielopokoleniowym rodzinnym stole, gdzie zbierają się najbliżsi – starsi snują opowieści o tym, jak przeżyli swe życie, a młodsi słuchają i uczą się. W naszym przypadku – ta forma sprawdziła się znakomicie. Właśnie starsze dziecko zostało wytypowane do konkursu patriotyczno – historycznego dla przedszkolaków  (!) – dostaliśmy karteczkę z zagadnieniami – m.in. Chopin, Jan Paweł II i właśnie Mikołaj Kopernik. Przygotowujemy nasze dziecko w całkiem przyjemny sposób. (oczywiście nie zdradzamy, że to nauka:) Ot – uczony wieczorami do poduchy opowiada  swój żywot – mam nadzieję, że w małej głowie trochę zostanie. W każdym razie na pewno to lepsze – niż suche regułki typu: Mikołaj Kopernik to wielki polski astronom.

Ale od początku – najpierw dzieciństwo – beztroskie zabawy przy murach obronnych dawnego Torunia. Dalej – lata nauki – jako żak na Akademii Krakowskiej, kariera jako kanonik warmiński  - studia we Włoszech, powrót na Warmię, gdzie został administratorem, medykiem i politykiem. Trochę mimo woli, bowiem bardziej interesowało go niebo, dla którego nie zostawało jednak zbyt dużo czasu podczas aktywnej służby dla innych. I właśnie w tym miejscu ta książka mnie zaskoczyła – właściwie – raczej życiorys Kopernika. Bowiem astronomia, obserwacja nieba i gwiazd zajmują tutaj niewiele miejsca. Zaledwie kilka stron na końcu książki.

Jeśli dziecko czuje miętę do takich opowieści, jeśli chce się dowiedzieć, jak się żyło w innych czasach, interesują go Krzyżacy, królowie, zamki, warownie, rycerze - to niewątpliwie lektura dla niego. Znajdziecie tu fakty, ciekawostki, ploteczki – na końcu życiorys bohatera ujęty w tabeli – obok równoległe wydarzenia z historii na świecie, z zakresu sztuki, nauki i odkryć. Treść opowiedziana w prosty sposób – choć w pewnych miejscach nie objedzie się bez pomocy rodziców. Autor nie poszedł w kierunku uproszczenia na siłę – i dobrze:)

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Media Rodzina

Książka Kasi Klich pt. „Bajkowa drużyna. O brzydkich wyrazach, cukierkowej diecie i o innych sprawach, co ciekawią dzieci" ( wyd. Prószyński i S-ka) otrzymała nagrodę Fundacji Zielona Gęś.

Więcej na stronie Fundacji:)

 

Informacja prasowa:

"Fundacja Zielona Gęś jesienią 2007 roku ustanowiła Nagrodę Literacką Srebrny Kałamarz im. Hermenegildy Kociubińskiej. Już po raz czwarty w dniu imienin Konstantego, 11 marca 2011 roku odbędzie się uroczystość wręczenia tej subiektywnej nagrody, do której nominacje mamy przyjemność już dziś – w dniu urodzin K.I.G. – Państwu ogłosić.

Pierwszą laureatką Nagrody Srebrny Kałamarz w roku 2008 była Lidia Amejko, która otrzymała nagrodę za książkę „Żywoty świętych osiedlowych”, laureatem drugiej edycji w roku 2009 został Wojciech Widłak za książkę „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”. W roku 2010 Nagroda przypadła Tomaszowi Lemowi za książkę „Awantury na tle powszechnego ciążenia”.

W roku 2010 Kapituła Nagrody postanowiła – obok Srebrnego Kałamarza – przyznawać także Nagrodę Zielonej Gąski za najlepszą książkę dla dzieci. Pierwszą laureatką została Małgorzata Strzałkowska za książkę „Zielony i Nikt”.

W Kapitule Nagrody zasiadają Teresa Drozda – dziennikarka; Lidia Gierwiałło – pisarka; Natalia Kempa-Paplińska – historyk literatury; Jarosław Klejnocki – Dyrektor Muzeum Literatury; Piotr Dobrołęcki – Magazyn Literacki Książki."



Tagi: nagrody
09:19, be.el
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

Iwona Chmielewska (Tekst i ilustracje)
Adam Jaromir (Tłumaczenie)
Blumkas Tagebuch
Vom Leben in Janusz Korczaks Waisenhaus
Gimpel Verlag 

Nie powinnam tutaj właściwie pisać "Pamiętnik Blumki" - tylko "Blumkas Tagebuch". Książka Iwony Chmielewskiej została nominowana u naszych zachodnich sąsiadów w kategorii Bilderbuch (książka obrazkowa) do - Der Deutsche Jugendliteraturpreis, prestiżowej nagrody literackiej.Trzymamy kciuki do 12 października 2012:)


Warto zapoznać się z konkurencją:)

Yvonne Hergane (Tekst)
Christiane Pieper (Ilustracje)
Einer mehr
Peter Hammer Verlag


Pija Lindenbaum (Tekst, Ilustracje)
Kerstin Behnken (Tłumaczenie)
Mia schläft woanders
Friedrich Oetinger Verlag



Ken Kimura (Tekst)
Yasunari Murakami (Ilustracje)
Hana Christen (Tłumaczenie)
999 Froschgeschwister ziehen um
NordSüd Verlag


Hildegard Müller (Tekst, Ilustracje)
Der Cowboy
Carlsen Verlag


Nikolaus Heidelbach (Tekst, Ilustracje)
Wenn ich groß bin, werde ich Seehund
Beltz & Gelberg 

środa, 21 marca 2012

Kurt jest kierowcą wózka widłowego. Bardzo lubi swoją prace. Pracuje w porcie od świtu do nocy, by zarobić na swoją liczną rodzinę. Wprawdzie żona jest architektem, ale trójka dorastających dzieciaków kosztuje. Pewnego dnia Kurt na wybrzeżu znajduje ogromną czarną rybę. Teraz już nie musi martwić się o żywność dla rodziny – mają jedzenia na długie miesiące. A to oznacza, że chwilowo może zrezygnować z pracy. Cała rodzina wybiera się zatem w podróż po świecie – do miejsc, których nigdy nie zobaczyłaby gdyby nie …ryba.

 

Zwariowana i śmieszna książka, pełna przygód. Razem z Kurtem i jego rodziną udajemy się najpierw przez morze do Ameryki

- Czy to bardzo daleko? – zastanawia się Kurt.

Nie wydaje mi się, żeby to było bardzo daleko – odpowiada Anna – Liza – Tak jedźmy do Ameryki! – mówi.

 

Dalej Brazylia, gdzie tańczą i bawią się na plaży. Antarktyda, gdzie przeszywa ich straszne zimno i jedzą więcej ryby niż dotychczas. W Indiach uciekają przed niedoszłym narzeczonym ich córki Heleny i jego wielką rzeszą przyjaciół. Pakistan, Iran, Turcja, wybrzeża Afryki, Hiszpania, Francja, Niemcy. A kiedy z ryby zostają tylko ości, nadchodzi czas powrotu do domu. Dzieci się zmieniły. Mały Bud urósł, a z Chudej Heleny zrobiła się Gruba Helena.

Książka poniekąd obala pewien mit … współczesnej podróży. Długich i żmudnych przygotowań, zbierania pieniędzy, załatwiania formalności, obowiązkowych szczepień (do takiej choćby Afryki), czytania przewodników, pakowania góry niezbędnych rzeczy. Rodzina Kurta udaje się tam, gdzie chce – nie ma potrzeby pstrykania co rusz aparatem fotograficznym, daje ponieść się chwili. Tak z perspektywy dziecka powinna wyglądać podróż. Chcę to jadę. I nie ma żadnych przeszkód. I nie ma niewygody. Przecież Kurt wziął ze sobą rodzinę, trochę bagaży, rybę, … wózek widłowy i napoje gazowane. Każde marzenie kiedyś się spełni. Nawet tak wielkie – jak podróż dookoła świata.

 

Do tak zakręconego tekstu wyśmienicie pasują równie zakręcone ilustracje:)))

 

Wiek 9+

Wydawnictwo EneDueRabe



poniedziałek, 19 marca 2012

Taki mini … antyprzewodnik. Bowiem nie oczekujcie od tej książeczki (tak – właśnie tak – wymiary: 155 mmx 155mm), że znajdziecie w niej nawał informacji o polskich miastach i miasteczkach. Autorka zabiera nas wprawdzie do wielu miejsc (blisko 60) – bardziej lub mniej znanych, ale tę wycieczkę traktuje jako zabawę, z przymrużeniem oka. I nigdy nie wykorzystuje w czterowersowym spacerku motywów charakterystycznych. Jak to rozumieć? W Ciechocinku nie tężnie są na pierwszym planie, a w Biskupinie gród z zamierzchłej przeszłości.  W Biskupinie … pająk chodzi po pianinie, a w Ciechocinku… bąk cukierki robił z kminku.

 

Ulubiony?

 

W Chodzieży

król królową zamknął w wieży,

bo mówiła brzydkie słowa

i bolała ją wciąż głowa.

 

Oczywiście dzieci dalej szukać wierszyka o naszej miejscowości. Ale malutkie toto – i nie znaleźliśmy. Ale za to są Leszno i Jarocin, a my pomiędzy:)

 

W Jarocinie

pajac skakał na sprężynie.

wygląd przy tym miał niezdrowy

oraz straszny zawrót głowy

 

 

W Lesznie

pies na kota szczekał śmiesznie.

pies ujadał na bezdechu,

a kot kulał się ze śmiechu.

 

Wierszyki śmieszne, o miastach na nie-poważnie. Do tego pełne humoru ilustracje Autorki. Przy każdym mieście – wizualizacja na mapie konturowej Polski.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

 



niedziela, 18 marca 2012

Niesamowita książka. Zdecydowanie dla starszych czytelników – bo ponura – i to bardzo. Czasem niewiele się dzieje, ale Preußler pisze tak, że aż dreszcze przechodzą po plecach. Krabat powstał wtedy, gdy w telewizji i kinie nie królowały jeszcze filmy akcji i grozy, na długo przed Harrym Potterem. Nie ma tu jakichś zaskakujących zwrotów akcji, czy nawału wydarzeń, które królują w kultowej dla wielu współczesnych opowieści o czarodzieju z Hoghwartu. Preußler powoli snuje swoją historię – wraz z bohaterem dojrzewamy do niej, rozwijamy się, wchodzimy w tę książkę. Sprzyja temu niesamowity klimat – przede wszystkim miejsce, stary młyn w odosobnionym miejscu, tajemnicza postać Młynarza – Mistrza Czarnoksiężnika, liczne znaki zapytania, na które Krabat szuka odpowiedzi. To też skrzypiące schody, drzwi, pomieszczenia, gdzie z trudem przebija się światło dzienne, grobowa cisza, miarowe zgrzyty łańcuchów i zębatek, szum wody napędzającej koło młyńskie, w końcu dający się i nam we znaki uczuciowy chłód, wrogość, na szczęście ogrzane przyjaźnią i miłością.

Ni to bajka, ni legenda, ni przygoda. Preußler nie wymyślił Krabata – ten pojawił się dużo wcześniej w przekazie ustnym i w literaturze. Tutaj jako czternastoletni chłopiec sierota, utrzymuje się z żebraniny. Jest wiek XVII – czasy Augusta Mocnego, na Łużycach tuż za naszą zachodnią granicą. Krabat wędruje z kolegami po okolicy. Czasy są ciężkie – zima, srogi mróz.

Pewnej nocy chłopiec ma dziwny sen. Jedenaście kruków siedzi na gałęzi, pomiędzy nimi jedno miejsce jest wolne. Jakiś głos przekonuje go, że powinien udać się do młyna na Koźlim Brodzie.

Z wyciągniętymi do przodu rękoma posuwał się po omacku dalej. Światło, jak się przekonał, podchodząc bliżej, sączyło się przez szczelinę w drzwiach zamykających korytarz w głębi. Gnany ciekawością podszedł, skradając się na palcach, do szczeliny i spojrzał na nią. Wzrok jego wniknął do ciemnej izby, oświetlonej blaskiem tylko jednej jedynej świecy. Świeca była czerwona, przylepiona do trupiej czaszki leżącej na stole, który zajmował środek izby.Za stołem siedział okazale wyglądający, ciemno ubrany mężczyzna o bardzo bladej twarzy, jakby pobielonej wapnem. Czarna przepaska przesłaniała mu lewe oko. Przed nim na stole, leżała gruba, oprawna w skórę, zawieszona na żelaznym łańcuchu księga, którą czytał.

To ważny moment w książce – od tego czasu wszystko się zmieni w życiu chłopca. Zgodzi się na naukę we młynie, miejscu, które stanie się jego więzieniem, przekleństwem, ale zarazem i … wybawieniem. Krabat w ciągu trzech lat pobytu we młynie dojrzewa, mężnieje. W końcu młyński rok liczy się potrójnie. Ciągle ociera się o śmierć – kiedy pokona lęk przed nią, świat stanie przed nim otworem. Ale do tego prowadzi długa droga. Poznaje tajemniczy młyn, w którym na dobre rozpanoszyła się śmierć. Każdy chce jej umknąć – i Młynarz, który w tym celu podpisał pakt z diabłem i dwunastu czeladników, z których jeden co roku  poświęcany jest w ofierze. Życie we młynie to życie w ciągłym strachu – właśnie przed śmiercią. A trzeba przyznać – podły to los. Zmieni się, gdy Krabat pozna jak wielką wartością jest …miłość. Kantorka – dziewczyna z pobliskiej wioski, dla chłopaka gotowa jest poświęcić życie. Uda się do młyna – a Krabat po raz pierwszy bardziej troszczy się i boi o kogoś innego, a przecież do tej pory drżał tylko i wyłącznie o swoje życie. Miłość zwycięża i dobro bierze górę nad złem.

Specjalnie czekałam z tą książką na wiosnę – bo dużo w niej symboliki z Wielkanocy. Nadzieja na nowe życie, wiara w Zmartwychwstanie, ofiara; człowieczeństwo, które wraz z Kantorką pojawia się w strasznym młynie. Autor sięgnął do starych łużyckich zwyczajów – nie wiem, czy są prawdziwe, ale uczynił ze swej strony wiele, bym w nie uwierzyła. Do tego ilustracje Katarzyny Bajerowicz, którą podglądam na blogu. Zresztą popatrzcie na okładkę - czyż nie piękna. Na pewno zapowiada się niesamowita historia. Jak wyznała ich autorka były dwie wersje tych ilustracji – całe czarne – jak w książce i kolorowe, ale też z przewagą czerni.

Wiek 12+

Wydawnictwo Bona

sobota, 17 marca 2012

Pamiętacie po lekturze Dzieci z Bullerbyn to dziwne uczucie, że coś się skończyło bezpowrotnie? Owszem, można wracać do tej książki – dla wielu najukochańszej lektury dzieciństwa, jeśli nie samemu to z dziećmi. Jeśli ktoś szuka czegoś w zamian, jakiegoś dalszego ciągu – to pewnie chętnie zajrzy do powieści My na wyspie Saltrakan. Choć o jakim ja dalszym ciągu piszę? To przecież zupełnie inna książka. Ale ma w sobie coś, co mi ciągle przypomina tę małą wioskę z trzema Zagrodami. Zresztą, jak się okazuje – właśnie Saltkrakan dla wielu jest książką kultową. Nie Bullerbyn, ale właśnie ta - o wakacjach na malutkiej szwedzkiej wyspie. Kiedy jakiś czas temu byłam na konferencji wyjazdowej, pokój dzieliłam z jedną z koleżanek. Szybko znalazłyśmy temat do rozmów – jeśli ktoś lubi książki – to w końcu wszystkie drogi i tak do nich prowadzą. Książka dzieciństwa? Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? Zdecydowanie. Bez zawahania. To oczywiście stary tytuł tej powieści. Pewnego dnia na malutką wyspę przybywa sztokholmska rodzina Melkersonów – tata z czwórką dzieci – z córką Malin, i synami: Johanem, Niklasem i Pellem. 19-letnia Malin matkuje braciom – gdyż ich mama nie żyje, a najmłodszy ma dopiero 7 lat. I tak się zaczyna wakacyjna przygoda. Tato wynajął stary dom – Zagrodę Stolarza (znów ta zagroda), w którym brakuje szyb, kapie z dachu, ciężko rozpalić ogień w piecu, a wodę trzeba nosić ze studni. Dla miastowych to niezłe wyzwanie – ale wszystko przyjmują ze zrozumieniem i z wielkim optymizmem. Szybko zaprzyjaźniają się z mieszkańcami wysepki – a tych jest naprawdę niewielu. Znajdują tu przyjaciół, miłość, dobrych znajomych. Przede wszystkim obcują z przyrodą, uczą się jej. W mieście toczy się zupełnie inne życie. Tutaj trzeba obserwować niebo, pogodę, uważać na mgły, skały, nawet żaby. Książka raz dowcipna, raz smutna. Czasem trzeba łapać za chusteczkę. Niespieszna narracja, opisy przyrody, które sprawiają, że chciałoby się tam zaraz pojechać, zobaczyć.

Saltkrakan nie znajdziecie na mapie. Ale jak to często bywało w książkach Astrid Lindgren – miała swój odpowiednik w rzeczywistości. To wysepka Furusund. Nazwa Saltkrakan to nazwa starego gospodarstwa z Vimmerby.

Astrid Lindgren kocha Furusund (dosł. Sosnowa Cieśnina) bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na kuli ziemskiej.

Czerwony drewniany dom z białymi narożnikami, oszkloną werandą, balkonem wychodzącym na zatokę i pomost przy własnym brzegu nazywa „swym domem radości”.

Przez ponad sześćdziesiąt lat ów stary domek do pobierania cła, Stenhällen, jest jej urlopowym rajem, miejscem pracy, oddechu. Tutaj bawi się z dziećmi, wnukami i prawnukami, pisze, kąpie się, spaceruje, odpoczywa.

Portrety Astrid Lindgren – Johan Erséus, wyd. Nasza Księgarnia , 2007, str. 118)

 

Wysepka, na którą bardzo późno dotarła cywilizacja. Podobny klimat znajdziecie na Saltkrakan. Nie ma tu bieżącej wody, telewizorów, telefonów komórkowych, komputerów. No tak – kiedy powstała ta powieść (1964) i tak nie było tych wszystkich gadżetów, bez których nie możemy sobie dzisiaj wyobrazić codzienności. Mimo wszystko - to wielka afirmacja bardzo prostego życia, bez wygód, zabieraczy czasu. To radość z prostych rzeczy. Na owe czasy wyprawa ze Sztokholmu w taką dzicz – też była nie lada wyczynem. Beztroskie dzieciństwo – zabawy na świeżym powietrzu, wspinanie się po drzewach, wyprawy łódką, zaglądanie do każdej dziury. Ale też troski dnia codziennego – które tata pisarz – człowiek o artystycznej duszy, stara się rozwiązywać w miarę swoich możliwości.

A wszystkich ciekawskich – dlaczego wydanie polskie najpierw nosiło tak dziwaczny tytuł – zapraszam oczywiście do lektury. Rozwiązanie w środku.

 

Wiek 9+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 



piątek, 16 marca 2012

Maska lwa przenosi nas do Afryki, gdzie na świat właśnie przyszedł mały lew. W przyszłości ma zostać królem sawanny. A król powinien wzbudzać respekt, szacunek, strach.  Jednym słowem – poddani mają się go bać. Tymczasem mały lew nie spełnia oczekiwań wymagającego ojca – nie potrafi groźnie zaryczeć, ciągle się uśmiecha,  w dodatku bawi się z zebrą w berka, a gdy widzi swoje odbicie w wodzie – śmieje się z siebie. Bardzo zdenerwowany tym stanem rzeczy ojciec zamawia u dzięcioła maskę dla następcy, która sprawi, że przed lwem – synem drży cała sawanna. Tylko, czy tego właśnie chciał mały lew?

Piękna książka – ze względu na ilustracje, stylizowane na sztukę afrykańską; na barwy – to książka bardzo energiczna, gorąca jak słońce na Czarnym Lądzie. Nasycona czerwień, pomarańcz, gdzieniegdzie żółty, z mocnym konturem czerni. Piękne sceny nocne – jeśli ktoś czytał Heban Kapuścińskiego, wie, że noce tam czarne choć oko wykol. Tutaj w odcieniu fioletu, rozjaśnione plamą brudnej czerwieni.

Piękna – ze względu na przesłanie. Książka Margarity del Mazo przypomina mi Wilczka, którego zilustrował Józef Wilkoń. I tu i tam dzieci nie spełniają oczekiwań rodziców. Poprzeczka czasem jest postawiona wysoko, a dzieci chcą być jakie chcą – czerpać radość z życia, mieć wielu przyjaciół. Może stąd właśnie płynie ważna nauka dla nas – rodziców – że dzieci wychowujemy nie dla siebie, ale dla świata. Że dzieci pójdą swoją drogą, nie nam wybierać im przyszłość, nie nam planować, ustalać. Maska to też symbol – dla świata zewnętrznego przedstawiamy się jako ktoś mocno chodzący po ziemi, wiedzący czego chce od życia. Gdy tymczasem pod nią kryje się istota słaba, z kompleksami, z tłumionymi marzeniami i potrzebami. Zupełnie jak w przypadku małego lwa. Czy właśnie tego chcemy dla swoich dzieci?

Mądra książka o trudnym dorastaniu, szukaniu swojego miejsca na ziemi, szukaniu swojego ja. W końcu o odwadze, bycia …sobą. Tak zwyczajnie.

 

Strona Autorki

Strona Ilustratorki

 

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Tako

 



czwartek, 15 marca 2012

Książka dla małych odkrywców. Małe dzieci mają mnóstwo pytań. Tak wiele zagadnień je nurtuje. Podobnie jak Felicję – dziewczynkę z książki, która poznaje świat razem z dziadkiem Ignacym. Dlaczego zebra nie gubi pasków? Czy to możliwe, by zwierzęta nie jadły przez kilka miesięcy, a nawet lat, i nadal żyły? Czy są latające ryby? I jak wygląda jak? To zaledwie kilka pytań, które nurtują dziewczynkę. Patykiem na piasku, razem ze starszym panem, piszą listy do eksperta – przyjaciela (w tej roli: Wojciech Mikołuszko), który ciekawie odpowiada na pytania, rozwija je i porusza nowe wątki. To odpowiednia porcja informacji już dla 4 i 5 – latków, które ciekawi pająk w kącie, mucha na szybie, skorek na tarasie. Oczywiście dużo zostało do odkrycia – ale tutaj do wspólnych podróży zaprasza autorka książki, a  zarazem dziennikarka radiowa. Odszukajcie Zagadkową niedzielę  na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia. To ona stała się inspiracją do napisania tej książki.

W książce znajdziecie fajne ilustracje Kasi Kołodziej, przedstawiające Felicję. Natomiast w odpowiedziach ekspertach zostały wykorzystane zdjęcia, na których maluchy mogą odszukać omawiane zwierzęta. Swoją drogą - czytając te pytania człowiek zaczyna się zastanawiać – gdzie po drodze zgubiła się jego ciekawość świata. Oczywiście – chcemy zobaczyć to i tamto, dowiedzieć się nowych rzeczy, poznać je, dotknąć. Jednak – przyznajmy szczerze – większość z cudów natury, przyjmujemy jako oczywistą oczywistość. Nooooo - zebra ma czarno – białe paski – i już. Tak ma być – koniec, kropka. Dociekać, wiercić dziurę w brzuchu – dlaczego, dlaczego, dlaczego? Jak ktoś ma małe dzieci – taką Felicję obok siebie – odkrywa świat na nowo – dlaczego biedronka ma kropki, a stonka paski. Czy muchy też mają kaszel? Czy motyla boli, jak opuszcza swój kokon? Wszystko też przed nami – rodzicami czytającymi. W końcu – na naukę – nigdy nie jest za późno:)))


W przygotowaniu: Jakie skarby kryją się w ziemi?

Wiek 5 +

Wydawnictwo Wilga



środa, 14 marca 2012

Alan Aleksander Milne  to przede wszystkim autor Kubusia Puchatka. Przede wszystkim – bo oprócz opowieści o sympatycznym miśku pisał też inne utwory, zwłaszcza pełne humoru wiersze dla dzieci. Śniadanie króla jest tego przykładem – brawurowo przetłumaczone przez Antoniego Marianowicza, z zakręconymi ilustracjami Eryka Lipińskiego. Bo jak tu się nie uśmiechnąć – gdy przeciętnemu śmiertelnikowi wydaje się, że król na śniadanie jada same frykasy – ananasy: bez przepiórek, trufli, kawioru ani rusz . Gdy tymczasem rzeczywistość jest bardziej szara i swojska niż nam się wydaje. Król chce… masła. Tak, tak nie mylę się – masła.

 

Król powstrzymać

płaczu nie mógł,

aż od łez mu

kaftan przemókł,

i zgnębiony

do swej żony

szepnął tylko:

-Masła chcę!

 

Oczywiście Królowa i Pokojowa robią wszystko, by spełnić życzenie króla. I na tym polega przede wszystkim urok tej książki – pośpiech, niesamowite tempo, bieganina, wręcz czuje się krzątaninę Pokojowej, zdenerwowanie Królowej, płacz Króla. Słychać tupot służącej, która biega po zamku, dyszy ze zmęczenia, co rusz gdzieś biegnie, zaczepia innych – bo przecież król chce …masła. Czy uda się spełnić jego życzenie?

A tak z innej beczki - coś w tym jest, bo gdy jakiś czas temu oglądałam reportaż o mleczarni z mojego miasteczka, uchylono rąbka tajemnicy – i okazało się, że to nasze masło (pyszne, naj-pyszniejsze na całym świecie. Kto raz go spróbuje nie chce innego) gościło już na stole angielskiej królowej. Milne miał racje – na królewskim stole bez masełka ani rusz.

Książka – perełka – to 16 już część znakomitej serii: Mistrzowie Ilustracji.

Tutaj można zajrzeć do środka

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 



poniedziałek, 12 marca 2012

… czyli o wyrażeniach, które pokazują język.


Nasz język jest przebogaty. Doskonale widać to w dwóch książkach Marcina Brykczyńskiego – Ni pies, ni wydra (wpisana na Złotą Listę książek Fundacji ABC XXI Cała Polska Czyta Dzieciom) i Z deszczu pod rynnę. Autor bawi się idiomami, wplata je w swoje rymowane historie – z których można odczytać ich znaczenie. Dla nie zaprawionych językowo – pod każdym tytułem rozwiązania – czyli co to wszystko oznacza. Bo „pracować jak maszyna”, „zwykła kolej rzeczy”, „zabijać czas”, „być głową domu”, „żyć jak we śnie”, „zaciskać zęby”, „zamydlić oczy”, „wiercić dziurę w brzuchu”, „zmieniać skórę” – mogą dzieciom nieźle namieszać w głowie. Ale gdy już je poznają – to ho ho – zostaną wtajemniczone w bardzo specyficzne niuanse naszej mowy. Wiele z tych wyrażeń jest elementem naszej codziennej komunikacji. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam Tomkowi, że musi trzymać język za zębami. Myślałam, że pęknie ze śmiechu. Bawiło go to dwa dni. A takich niespodzianek i zabaw językiem w książkach Brykczyńskiego jest mnóstwo. Autor pod lupę bierze dane hasło: dalej buduje rymowanki z wyrazów pokrewnych lub bliskoznacznych, z wyrażeń, które zawierają dane hasło. Zabawa jest przednia.

W obydwu książkach zabawne ilustracje Jony Jung.


Tutaj przykład:


Kość niezgody ( z tomiku: Z deszczu pod rynnę)


Raz gość pewien, w chwili złości,

Porachować chciał mi kości,

Bo pamiętał, że za młodu

W kość mu dałem bez powodu.

Nieustannie tym mnie trapił,

Że jak sroka w kość się gapił,

Więc myślałem: Chytra sztuka,

Pewnie czegoś tutaj szuka.

A on rzekł mi: - Mam powody,

Żeby znaleźć kość niezgody

I odnajdę ją z pewnością,

Żeby w kość ci dać tą kością!

Choć do szpiku kości miły,

W złości dość miał na to siły;

Szczęściem było to przy gościach,

Więc rozeszło się po kościach.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

niedziela, 11 marca 2012

Nie obędzie się pewnie bez wspomnień. Jedno spojrzenie na okładkę -  już wiadomo o co chodzi. Lassie, wróć – pamiętacie? Kultowa powieść Erica Knighta i film, na który zawsze czekałam z taką niecierpliwością. Mówię o tej najstarszej wersji, którą pamiętam jeszcze z naszego czarno – białego telewizora, serwowaną w wiadomo jakich czasach, z dużą powściągliwością – dlatego takie emocje i polowanie na kolejny odcinek. Stąd pewnie od razu i takie skojarzenie. Tymczasem Droga do domu to zupełnie inna historia, ale zapewniam, ze chwyci Was za serce. Już zawczasu przygotujcie chusteczki.

Jedenastoletnia Abby i jej owczarek szetlandzki Tam są parą przyjaciół. Biorą udział w różnych pokazach i zawodach, na których Tam zdobywa liczne nagrody. Właśnie znów został czempionem. Abby razem z mamą i psem wracają samochodem do domu. Przed nimi długa droga. Niestety w odludnym miejscu mają poważny wypadek, a kiedy dziewczynka w szpitalu odzyskuje przytomność, okazuje się, że klatka z przyjacielem wypadła i ten zaginął bez śladu. Poszukiwania nie dają rezultatu, rodzinę Abby nie stać na to, by tygodniami tkwić w obcym miejscu i czekać na jakiś znak, ślad. Dziewczynka podświadomie jednak czuje, że pies żyje i nie traci nadziei, że kiedyś się jeszcze zobaczą. A Tam faktycznie wybiera się w drogę do domu. Do Abby,  a będzie to droga długa, niebezpieczna, pełna przygód, na której spotka i dobrych i złych. Czy się jeszcze zobaczą. Pewnie odpowiedź znacie – stąd te chusteczki, bo zakończenie jest naprawdę wzruszające.

Autorka przedstawia bieg wydarzeń z dwóch perspektyw – na zmianę narratorami są Abby i Tam. Stara się wejść w skórę dziecka i zwierzęcia, definiuje ich uczucia. A tych jest tak wiele – przez dużą część książki to smutek, bezradność, chwile załamania, ale też w końcu nadzieja, że wszystko skończy się dobrze. Opowieść o przyjaźni – takiej do końca, na dobre i złe.

Wiek 8+

Wydawnictwo BIS



sobota, 10 marca 2012

O Tomku – przedszkolaku pisałam już kilkakrotnie. Bardzo trafił do serca mojego starszego syna, również Tomka przedszkolaka. Tak już jest, że dzieci lubią, gdy w jakiejś opowieści trafia się ich imiennik. Identyfikują się z nim, łatwo przejmują jego przygody i powiedzonka. Niedawno ukazał się audiobook z pierwszą częścią przedszkolnych perypetii: Opowiadania z piaskownicy, które wpisane zostały na Złotą Listę Fundacji ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. Tutaj w interpretacji Artura Barcisia. On również jest bohaterem całej opowieści. Bez niego ta płyta byłaby zupełnie inną płytą. Bardzo pasuje mi głos aktora do Tomkowych rozmyślań, przygód, relacji. Młody, świeży, trochę zadziorny, z chochlikiem (choć nie w oku). Mam w głowie wywiady z panem Arturem, również książkę Marzanny Graff Rozmowy bez retuszu – i to wszystko jakoś zgrywa się w jedną całość. Chłopiec z małej wsi pod Częstochową i jego marzenia. Ciągle w biegu – z dużą ilością dziecka w sobie, o czym można przekonać się oglądając go w różnych rolach filmowych i teatralnych. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić nikogo innego jako małego Tomka. Dziecku też się podoba, bo po wieczornym czytaniu, na dobry sen chce posłuchać jeszcze audiobboka -  zresztą muszę przyznać, że książkowy Tomek pomógł nam w jednej bardzo istotnej kwestii – przydała się nam opowieść Zły sen.

Autorką okładki jest  mama książkowego wizerunku chłopca Iwona Cała. Jej charakterystyczne buzie zaopatrzone w okrąglutkie rumieńce – dla mnie symbol dziecięcia zdrowego, wesołego i szczęśliwego, świetnie wpisują się w  klimat tej książki – napisałam przy okazji Piegowatych opowiadań.  I zdania nie zmieniam. Polecam!

Zawartość: 2 CD w formacie audio

Na płycie 20 opowiadań, które znajdziecie również w wydaniu książkowym

Łączny czas nagrania: 1 godzina i 40 minut.

Wiek 4+

Wydawnictwo Bis



środa, 07 marca 2012

Mam w domu dwójkę chłopców, którzy nie lubią warzyw. Młodszy może i by polubił (ach ten apetyt), ale starszy nie lubi - to się łączy w owym nielubieniu. Od czasu do czasu – trochę, ale naprawdę rzadko. Mają swoje ulubione potrawy – i owszem. Oczywiście przepadają, jak rasowe dzieciaki, za słodyczami, ale warzywa – tfu, tfu. Ach – a że jesteśmy z Wielkopolski – kochają też ziemniaki, ale nie purée (To ponoć jest ble), w kawałkach,  z wody, z sosikiem. Słyszałam już różne rady – typu – Jak nie zjedzą warzyw, to niech nie oglądają bajki (Reakcja niejadków? Ok, to my idziemy się bawić do naszego pokoju) Albo: Nie martwcie się. Jak zobaczą, że wy lubicie warzywa, one też polubią. No i wysłuchuję potem od lepszych rodziców  jak to ich dzieci zjadają tony buraków, pałaszują seler jak jabłka i co najmniej raz w tygodniu domagają się szpinaku albo brukselki. A nasza lekcja poglądowa nam się nie udała. Już siedem lat mija i jest ciężko. Może Lola pomoże. W każdym razie po lekturze Za nic w świecie nie zjem pomidoramoje dzieci zjadły ni z gruszki ni z pietruszki, w czasie zabawy ….surową marchewkę. Co ja mówię: przegryzki z Jowisza. Pewnie jeszcze ściągnę od Charliego zielone kulki i krem z obłoków. Pomidory lubiły zawsze - Tylko…. – Ja mama nie wiedziałem, że to księżycowoce.

Pomijając już te wszystkie nasze warzywne perypetie – wróćmy do książki. Tym razem rodziców nie ma w domu, a Charlie ma nakarmić Lolę - niejadka.  Lola nie dostaje do zjedzenia zielonego groszku, marchewki, ziemniaków, czy pomidorów. Charlie wyczarowuje dla niej przegryzki z Jowisza, krem z obłoków, paszteciki oceanicznie. Dziewczynka kosztuje każdej potrawy niepewnie, a potem pałaszuje, aż jej się uszy trzęsą. Już się zastanawiam jak nazwać kapustę kiszoną, buraczki na ciepło rzodkiewki. Książka podsunęła mi fajny pomysł na zabawę w kuchni – mam nadzieję, że się uda.

Bardzo się nam podoba ta książeczka – przekora Loli i spryt Charliego zawsze wywołują głośny śmiech. Charlie czasem stosuje fortel Tomka Sawyer’a. Pamiętacie – jak miał pomalować płot? W końcu to chłopaki z sąsiedztwa wykonały za niego robotę. Charlie też pokazuje czasem specjalnie, że mu na czymś nie zależy, wiedząc, że Lola zrobi zupełnie tak jak sobie zaplanował. W kwestii jedzenia trafił w 10-tkę. Jak tak dalej pójdzie, Lola w następnej części będzie przypominała małą sympatyczną kuleczkę:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 06 marca 2012

Nareszcie Rozbójnik Hotzenplotz po polsku. Z kultowymi ilustracjami Franza Josefa Trippa. To będzie przebój sezonu – jak nic. Bardzo się cieszę, że ta znakomita powieść łotrzykowska dla najmłodszych wreszcie ukazała się po polsku – akurat w 50 rocznicę pierwszego wydania w 1962 roku. Znajdziecie tutaj i humor, i przygodę, kryminał, spryt, przebiegłość, baśń i wspaniałe ilustracje. Preussler to autor takich perełek jak Krabat, Malutka Czarownica czy Mały Duszek. Rozbójnika znał już mój straszy Tomek – kiedyś udało mi się kupić książkę w oryginale – czytaliśmy ją  i tłumaczyliśmy na gorąco. Teraz przeczytaliśmy znów w dwa dni z młodszym synkiem. Co mnie w Rozbójniku zachwyciło i teraz porwało moje dzieci: to jej prostota. Kiedy czytam książki współczesne o czarodziejach, wróżkach, rozbójnikach, męczy mnie ta ilość efektów specjalnych. Zupełnie jak w kinie akcji. W dodatku – im straszniej tym (ponoć) lepiej. Dużo hałasu i natłok postaci, niezły galimatias. A tutaj ….. jakiś swego rodzaju spokój, choć i tak wiele się dzieje – historia nieoczekiwanie wchodzi na inne tory, są jakieś zakrętasy i wywijasy, niby nie tak to wszystko miało przebiegać, bo oczekiwaliśmy czegoś innego. Ale to inaczej – właśnie oznacza – ciekawiej. Fabuła prosta, wszystko ma swój sens, podział postaci bardzo czytelny – te złe, a te dobre. Wprost idealna książka dla dzieci.

A historia  zaczyna się w pewien słoneczny poranek: babcia Kacpra tak bardzo lubi mielić kawę (młynek wygrywa jej ulubioną piosenkę), że efekt tego taki, że pije dwa razy więcej kawy niż zazwyczaj. Niestety młynek wpada w oko rozbójnikowi z siedmioma nożami, który sieje strach w całej okolicy. Kradnie go babci i ucieka do swojej kryjówki.  Dwójka przyjaciół – Józek i wspomniany już wcześniej Kacper chcą koniecznie wsadzić Hotzenplotza do aresztu. W tym celu przygotowują pułapkę na rabusia. Nie biorą pod uwagę tego, że Hotzenplotz jest przebiegły i nie tak łatwo zagrać mu na nosie. O co to to nie. Sprawy nie idą zgodnie z planem – ale wynika z tego wiele ciekawych przygód, w których pojawiają się nowe postacie – wróżka Amarylis i czarodziej Doskwierus. Mimo że dorośli od razu wyczuwają, że historia zakończy się happyendem – to maluchy trzymają kciuki, obgryzają paznokcie i dostają wypieków na twarzyczkach.

Autor napisał Hotzenplotza w tak zwanym międzyczasie – podczas prac nad Krabatem. To zupełnie dwa różne światy – Hotzenplotz miał być czymś w rodzaju odskoczni – w Krabacie bardzo mroczny świat, tutaj radość życia, humor, zabawa, oczywiście też niebezpieczeństwo, ale w odpowiedniej dawce. Preussler nieźle tutaj poczynił sobie z rozbójnikiem. Ośmieszył tego niebezpiecznego, okrutnego i bezczelnego zbója. Przecież wszyscy się go bali w okolicy, pisały o nim lokalne gazety. A tu - patrzcie - dwójka dzieciaków - dała mu radę. Hotzenplotz utożsamia (przynajmniej tak się wydaje na początku) cechy prawdziwego mężczyzny - silny, niczego się nie boi, kocha swobodę, robi co mu się podoba, wszyscy tańczą jak zagra. Heros. Prawdziwy bohater. Przy czym autor absolutnie nie gloryfikuje tej postaci. Wręcz odwrotnie - dzięki zastosowaniu parodii  odmitologizowuje tego herosa pożal się Boże. Dwójka młokosów krzyżuje plany zbójnika,  wystrychnęła go na dudka - wystawiła na pośmiewisko. Nasz bohater - staje się właściwie takim antybohaterem, który za maską surowości, nieugiętości, okrucieństwa, skrywał być może swoje słabości, kompleksy i brak pewności siebie. Może właśnie taki obraz ośmieszonego Hotzenplotza uodporni na przyszłość małego czytelnika na szybkie identyfikowanie się z wielkimi i silnymi tego świata? Myślę, że takie spojrzenie z dystansem na innych, którzy chcą grać pierwsze skrzypce, określają się naj, są (niby) stworzeni do władzy - jeśli to przez osobę skądinąd też budzącego sympatię  Hotzenplotza - na pewno się przyda.

Hotzenplotz – czyż to nie zabawne nazwisko? W Czechach jest mała wioska – Osoblaha. Ponoć jej niemiecka nazwa – właśnie – Hotzenplotz już w czasach dzieciństwa bardzo urzekła Preusslera. Tak mu głęboko zapadła w pamięci, że po latach pisarz postanowił wykorzystać ją dla nazwania swojego bohatera. Początkowo Preussler chciał, by Rozbójnik Hotzenplotz był jednotomową książką. Widząc jak jest popularna, czytając listy małych czytelników, którzy wręcz podsuwali pomysły na ciąg dalszy  - sięgnął po pióro i siedem lat później napisał kolejną część – Neues vom Räuber Hotzenplotz (1969), cztery lata potem jeszcze jedną i tym razem ostatnią - Hotzenplotz 3 (1972).

Bardzo polecam - u nas bawiła się przy niej cała rodzina. Dzieci żałują, że się skończyła - to chyba najlepsza recenzja, prawda?


Wiek 6+

Wydawnictwo Bona

 



niedziela, 04 marca 2012

Książkę skończyłam wczoraj w nocy i do teraz siedzi w mojej głowie. A rzecz ma się tak: April obchodzi 1 kwietnia urodziny. Bez szumu, huku fajerwerków i gości. Nie lubi tej daty, bowiem wiąże się ona z bolesnymi i niemiłymi zdarzeniami sprzed 14 lat, kiedy to matka nastolatki zaraz po porodzie porzuciła ją w śmietniku przy pewnej zapyziałej angielskiej pizzerii.  Można sobie wyobrazić, jak wyglądało dalsze życie Śmietniczanki. W dniu urodzin April wraca wspomnieniami do przeszłości, stara się wyobrazić swoją rodzicielkę, stara się wytłumaczyć jej postępowanie, układa historię przyjścia na świat po swojemu – zdając sobie sprawę z tego, że aby żyć pełnią życia, cieszyć się kolejnym dniem, musi wziąć byka za przysłowiowe rogi – a to oznacza – nie odgradzanie się od przeszłości, zapomnienie o niej, zamykanie się w sobie - tylko wręcz odwrotnie – konfrontację z nią – co jest bardzo bolesne i nieprzyjemne. Dziecko w śmietniku to retrospekcja – April cofa się po kolei do tych wszystkich osób i miejsc, które ją wychowywały, gdzie była. Kolejne opiekunki przydzielone z urzędu, rodzice adopcyjni, placówki wychowawcze. Wraca pamięcią do historii, z pewnym wahaniem decyduje się odwiedzić te miejsca, porozmawiać z ludźmi, którzy ją znali. Porażki, brak miłości, ciepła, przyjaźni, trudności w szkole, konflikty, kradzieże – długo by wyliczać.  Zagubione dziecko, które pragnie normalności – ot żeby ktoś na nie czekał po szkole, zapytał - jak było na klasówce; które tęskni za przyjaciółkami, z którymi mogłaby plotkować, słuchać muzyki i wychodzić na imprezy. Kiedy April opowiada o swoim życiu zżera mnie ciekawość, jak doszło do tego, że dziewczynka jest zadbana, znalazła schronienie u niejakiej Marion, która za nic w świecie nie chce kupić jej komórki, ubrana w przyzwoity mundurek szkolny, używająca języka ludzi  z lepszych sfer. Pewnie ta historia Was zaskoczy – jak i mnie zaskoczyła. Nie zdradzę tajemnic April. Znakomita, bardzo życiowa, dobrze napisana powieść dla młodzieży z gimnazjum wzwyż. Nie ma tu moralizowania, jakichś wskazówek dla nastolatków – życie Śmietniczanki, strasznie pokręcone i pozawijane, skomplikowane – może dużo nauczyć – i wcale nie trzeba mówić o tym dosłownie. I tak jak niektóre historie wydają się być wyssane z palca, nieprawdopodobne – w tym przypadku byłabym skłonna uwierzyć, że to wszystko tutaj zdarzyło się naprawdę. Pod koniec książki przygotujcie sobie chusteczki. Dużo chusteczek;)

 

Uwaga! Niektóre sceny w książce są niezwykle traumatyczne - stąd lektura nie dla każdego.

Tutaj można przeczytać fragment.

 

Wiek 14+

Wydawnictwo Media Rodzina