Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 29 marca 2011

Bim bom to gra, która ukazała się w serii: Zmysły. Dotyczy oczywiście słuchu. To zaznajamianie dzieci z najróżniejszymi dźwiękami, które towarzyszą im w dniu codziennym i nie tylko. Na chwilę przenosimy się na ulicę i wieś, do sali koncertowej i przedszkola. Jest to frajda dla najmłodszych, którzy wkładają często wiele wysiłku w rozszyfrowanie zagadki. To co dla starszych dzieci jest oczywiste, dla maluczkich nie za bardzo. Albo weźmy na przykład dzieci z miasta. Czy od razu odgadną muczenie krowy, gdakanie kury albo rąbanie drewna? Owszem uczymy dziecko: krowa robi muuuuuuuuuu, kura kokokoko. Jednak  dotknąć tego świata, choć na chwilę takim, jakim jest w rzeczywistości – to na pewno przeżycie. Chłopcom spodobały się odgłosy motoryzacyjne. Przebojem był młot pneumatyczny i tramwaj. Do dyspozycji mamy cztery dwustronne plansze, kółeczka z najróżniejszymi przedmiotami, które wydają dźwięki oraz płytę CD. Można bawić się na trzy sposoby: dopasowywać przedmioty z obrazków – kółeczek do plansz (rozwija słownictwo), dopasowywać przedmioty do dźwięków, można na wyścigi rozpoznawać dźwięki z CD i rywalizować, kto odgadnie najwięcej dźwięków. Dzięki grze dziecko ćwiczy słuch oraz spostrzegawczość. Gra według wydawcy przeznaczona jest dla dzieci w  wieku 4 – 8 lat. W grze mogą wziąć udział 1- 4 osoby. My bawimy się już z trzylatkiem:) - i idzie mu coraz lepiej. Obrazki są kolorowe, solidnie wykonane. Odgłosy na płycie zróżnicowane i liczne – o nudzie nie ma mowy. Cztery plansze mogą służyć też do rozgadywania maluchów – dzieciaczki oglądają je i wymyślają różne historie. Np. o wężu, który ni stąd ni zowąd pojawił się na ulicy.

Zapraszam do candy! Chętnie obdaruję kogoś tą grą. Osoby zainteresowane proszę o wpis w komentarzach, podlinkowanie zdjęcia i zamieszczenie go u siebie na blogu. Jeśli ktoś nie prowadzi bloga – proszę o pozostawienie śladu. 3 kwietnia (niedziela) podam, do kogo uśmiechnęło się szczęście. Zapraszam!

Wiek 3+

Wydawnictwo Granna


Podoba mi się, bardzo… Znalazłam tutaj, pozazdrościłam i ukradłam;)

poniedziałek, 28 marca 2011

Po mit sięgano wiele razy. Z lepszym lub gorszym rezultatem. Twórcy filmowi, teatralni, malarze, poeci. Bardzo podobają mi się próby przełożenia języka mitów na język dziecięcy. Czy jest w ogóle coś takiego jak język mitów? Przecież istniały one w tradycji ustnej, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pewnie stąd taka mnogość wersji wydarzeń sprzed tysięcy lat. Już po raz trzeci zasłuchaliśmy się w Mity greckie Nathaniela Hawthorne’a. Spoglądam na portret młodego literata, odnaleziony z ciekawości. Ot, pomyślałam sobie, ciekawe jak wyglądał autor Czegoś (specjalnie napisałam przez duże Ce) napisanego ponad 100 lat temu – dokładnie w 1852 roku, co przetrzymało próbę czasu i to w tak dobrym stanie. Żywy i plastyczny język, autorski pomysł na interpretację strasznie poważnych i nobliwych mitów, jakaś pozytywna wręcz energia bijąca z tych tekstów. Hawthorne odbrązowił poważnych herosów, królów i bogów, znanych ze starych plakietek, amfor, rzeźb i figurek.

Złotodajna moc to mit o królu Midasie, który pokochał złoto ponad wszystko. Czasem odnoszę wrażenie, że autor Opowieści zaczarowanego lasu bawił się wątkami znanymi z mitologii greckiej. Mało tego, podśmiechiwał się pod sumiastym wąsem (w późnym wieku takowy posiadał) na myśl o tym, jak się zdziwimy czytając te teksty. Midas w okularach, rumiane poliki Złotorzęsej po ustąpieniu czarów, jej głośne kichanie, parskanie i oburzenie, że jej śliczna sukienka jest tak przemoczona. Czyż na stronach Mitologii Jana Parandowskiego możemy znaleźć taki oto tekst?: - Ej, moja panieneczko! ( to Midas do córki)

 

Inni opowiadają o bogatym człowieku i jego córce zamienionej w złoto. Hawthorne (1804-1864) daje dziewczynce imię Złotorzęsa, każe bawić się jej u stóp tronu swojego ojca, opowiada o jej miłości do kwiatów, zwłaszcza róż. A Midas aż puchnie z dumy bycia ojcem tak wspaniałej córy – wrażliwej, małej gaduły, szczerej, kochającej. W tych tekstach słychać perlisty dziecięcy śmiech, czytelnikowi udziela się smutek ojca, który utracił dziecko.

I oto jest tu przed nim, z twarzyczką, na której zastygł pytający wyraz – wyraz miłości, współczucia, żalu. Był to najpiękniejszy i najbardziej przejmujący widok, jaki kiedykolwiek ukazał się oczom śmiertelnych. Wszystkie rysy i cechy Złotorzęsej pozostały nietknięte, nawet ukochany przez niego dołeczek był jeszcze na jej złotym podbródku. Ale im doskonalsze było to podobieństwo, w tym większej męce spoglądał ojciec na ów złoty wizerunek.

 

Ukochany dołeczek? Czy ktokolwiek słyszał kiedyś o tym, że córeczka króla Midasa miała mały dołeczek w podbródku?

Midas posiadł złotodajną moc. Sprawił to Nieznajomy ze skarbca. Spełnił marzenie króla. Cokolwiek napotykają jego ręce, co zaledwie muska swymi palcami, natychmiast zmienia się w złoto. Kiedy również Złotorzęsa staje się posągiem z cennego żółtego kruszcu, król zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę w życiu jest ważne.

Piękny mit, piękna nauka, świetnie zinterpretowana przez Krzysztofa Tyńca. Modulacja głosu aktora sprawia, że dzieci nawet nie zauważają, iż mamy tu do czynienia z jedną osobą. Król, jego córka, Nieznajomy ze skarbca, Narrator – każdy mówi inaczej, a nam się zdaje, że aż się tu roi od postaci. Do tego tło muzyczne Macieja Rychłego z kwartetu Jorgi.

Odkurzone przez BUKĘ po 20 latach – mity książka + płyta Cd. W książce ilustracje Józefa Wilkonia – lśnią złotem. Co mistrz dotknął pędzlem, zamienił w złoto, jak król Midas. Czyby i on posiadł złotodajną moc? Piękna rzecz do słuchania, czytania i oglądania…

A tu coś dla ciekawskich. Czy wiedzieliście, że Hawthorne napisał Szkarłatną literę? Wielu ten tytuł bardziej kojarzy z filmem z Demi Moor w roli głównej, niż wiekopomnym dziełem z roku 1850.

(Wikipedia)

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Akademia Rozwoju Wyobraźni BUKA

piątek, 25 marca 2011

Ela pojawiła się w domu Babci dziesięć lat temu, kiedy na Półwyspie Bałkańskim trwała straszna wyniszczająca wojna. Przybyła do Polski jako niemowlę wraz z grupą uchodźców. Wszyscy gdzieś się rozpierzchli w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, a ona została. Przez te wszystkie lata dziewczynkę zastanawiało tak wiele rzeczy – dlaczego ma obco -  brzmiące nazwisko, gdzie są jej rodzice, czy ma rodzeństwo. Bo przecież to dziwne, gdy ktoś ma tylko Babcię, prawda? Katarzyna Pranić powoli odsłania tajemnice związane z Elą – czyni to przez Babcię – osobę mądrą, doświadczoną, ciepłą. Babcia przyszywana, ale życzyłabym takiej babci każdemu dziecku.

Wzruszająca lektura o inności, ludzkich pokręconych losach. Podobało mi się wiele rzeczy w tej książce – nieśpieszna narracja, wędrówki w myślach dziewczynki, jej przeżycia związane z pojawieniem się nowego przyjaciela, z przedstawieniem teatralnym, nawiązanie do Małego Księcia, otwarte zakończenie, które każdy może dopowiedzieć sobie sam, rezygnacja z drogi na skróty – pewne naświetlenie ważnych spraw, ale nie wyjaśnianie ich do końca. Historia, która mogła wydarzyć się naprawdę, opowiedziana tak, że aż chce się w nią wierzyć. Ela-Sanela to też protest przeciwko wszystkim wojnom, które krzywdzą tych najbardziej  niewinnych – dzieci.

Wiek 10+

Książka otrzymała drugą nagrodę w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren – kategoria wiekowa 10 – 14 lat.

 

Wydawnictwo Stentor

Zachęcam do odkurzania starych książek. Razem ze słonkiem to seria sześciu książek, które zaczęły się ukazywać w 1975 roku. Przedwiośnie to część pierwsza. A w niej wszystko o zmianach w przyrodzie, które zachodzą o tej porze roku. Każda z kolejnych części z tymi samymi działami, np.:

- Poznajemy przyrodę - o charakterystycznych roślinach, zwierzętach i zjawiskach dla danej pory roku (tutaj np.: zakwitła leszczyna, skowronki, gawrony, obudził się jeż, przebiśnieg, pierwszy cytrynek)

- O słonku, pogodzie i innych ciekawych sprawach

- Czy wiecie, że … - ciekawostki dla małych. Przy czym dorośli też czasem robią wielkie oczy ze zdumienia (np.: pasikoniki mają narząd słuchu na przednich nogach)

Słowniczek ptaków

Przy pracy – jak można pomagać roślinkom i ptakom w danej porze roku

Kącik przyrody, kalendarz pogody, skrzynia skarbów, Majster – Klepka, Poczytajmy sobie (opowiadania, baśnie wierze) , teatrzyk, zagadki.

Przeglądam ten pierwszy tom i myślę sobie, że wielka szkoda, że ta seria została zapominana. Od lat nikt jej nie wznawiał. A to bardzo wartościowa księga przyrody dla dzieci. Z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego (ojciec wizerunku Misia Uszatka Czesława Janczarskiego) i Jerzego Heintze. Zachęcam do poszukiwań na aukcjach internetowych. Czasem pojedynczą książkę z tej serii można kupić za równowartość czekolady z orzechami;)


O Zimie pisałamtutaj.

Wiek 4+

niedziela, 20 marca 2011

Czytamy Tajemniczy ogród. Pomyślałam – spróbuję. Oczywiście, na początku były protesty. Ogromne. No tak, okładka z kwiatkiem musi być dla dziewczyn. Ok, poszliśmy na kompromis. Najpierw poczytałam to, co moje Starsze Dziecko wybrało dla siebie, potem moją książkę. Moja teraz wygrywa. I to jak. Dziecko leży, ma zamknięte oczy.

- Tomciu, jutro poczytamy, bo już zasypiasz.

- Nie, mama, czytaj daaaaalej – To jego daaaaalej rozpływa się rozciapciane w jakimś niebycie, dziwacznie się ciągnie jak mleczna krówka - ciągutka. Od czasu do czasu maślankowate oczy – Ale czytaj dalej… - jeszcze krótka kontrola, czy mama aby nie zamierza zamknąć książki…. Nie, nie to wcale nie zasypianie nad nudną lekturą. To raczej czytanie w nieskończoność, bo kiedy kończy się jeden dłuuuugi rozdział, to zaraz jest apetyt na kolejny. Mary usłyszała płacz dziecka – ciekawe kto to taki, a tu koniec. No więc czytamy dalej i dalej…

Wybornie czyta nam się tekst spolszczony na nowo przez Pawła Beręsewicza (tak, tak – tego Pawła Beręsewicza od Ciumków) Jego doświadczenie z książką dla dzieci od razu się wyczuwa. Trzeba też zwrócić uwagę na ilustracje Alicji Rybickiej. Z jednej strony – sceny rodzajowe adekwatne do tego, co akurat dzieje się w powieści, z drugiej ilustracje roślin stylizowane na karty florystyczne w klimacie vintage, charakterystyczne dla końca XIX wieku.

Czy jest ktoś, kto nie zna Tajemniczego ogrodu? Książki, filmu? (Choć zawsze będę się upierała, że książka najlepszą ekranizacje zostawia w tyle). Dla tych, którzy jednak nie znają: Mary Lennox po śmierci rodziców przyjeżdża do Anglii, do domu swego wuja. Dziewczynka  jest nieznośną pannicą, ma fochy i myśli, że cały świat musi się kręcić wokół niej. W domu wuja jednak nikt za bardzo się nie przejmuje jej humorami i pozostawia się ją samej sobie. Posiadłość, położona na wrzosowiskach, jest bardzo tajemnicza. Pewnego dnia Mary słyszy w nocy przeraźliwe krzyki. Od tej pory będzie chciała rozwikłać tę zagadkę - tę i jeszcze dziwnego ogrodu otoczonego wysokim porośniętym murem. Książka pokazuje zmiany jakie zachodzą w osobowości  panienki. Z rozkapryszonej dziewczynki przeistacza się w osobę o wrażliwym sercu, dobrą, przyjazną, życzliwą. To książka o marzeniach, dobrym świecie i cudownych ludziach.

Wiek 9+

Wydawnictwo Skrzat

piątek, 18 marca 2011

Zaczęliśmy od tekstów związanych z Wielkanocą – dobrze wpisują się w ten okres przedświąteczny, budują pewien klimat oczekiwania. Z podsłuchanych rozmów wynika, że w kątach podczas zabaw klockami, żołnierzykami, puzzle, już powstają w największej tajemnicy plany desantu na rodziców w Lany Poniedziałek – kto, kogo i czym. Mój niepokój wzrósł, gdy podczas porządków odkryłam skompletowane (jeszcze do niedawna w totalnym rozkładzie) zeszłoroczne sikawki gumowe.

Renata Piątkowska  odkrywa tradycje, doszukuje się niuansów, często zapomnianych, a jakże ciekawych, tłumaczy pochodzenie zwyczajów, opowiada jak było kiedyś a jak jest dzisiaj. Opisuje cały kalendarz najróżniejszych popularnych bardziej bądź mniej tradycji i zwyczajów: Mikołajki, Wigilia, Andrzejki, Marzanna, Śmigus – Dyngus, Prima – Aprilis, Pisanki, Walentynki, Sylwester i Nowy Rok. Każdy z rozdziałów to osobna historia – występują dzieci, które przygotowują się do świąt i ciekawi je, dlaczego jest tak,  a nie inaczej. Podoba mi się pomysł włączania dziadków. To oni są tutaj depozytariuszami wiedzy tajemnej: wiedzą wszystko, znają ciekawe historie, sięgają w swojej pamięci do czasów młodości. Choć z pewnością na co dzień wielu dziadków nie ma takich wiadomości na temat obrzędów, co ci książkowi. Zachęca to też do stawiania pytań najbliższym, jak oni kiedyś świętowali. Moja mama, babcia moich dzieci, opowiada zawsze przed Wielkanocą, jak wyglądały święta jej dzieciństwa, spędzane na wsi u babci Joanny, mojej prababci, a praprababki Tomka i Mikołaja. Zjeżdżała się cała rodzina – wielka – nic dziwnego, że ciotki gotowały na piecu z fajerkami kociołek jaj. Panowie robili zawody kto ile zje. Ależ to byli mężczyźni – przed każdym rosła wieżyczka skorupek, bo jadło się tak: jajko na pół i skorupki wkładało się jedną w drugą. Dwanaście – piętnaście jajek to była pestka. A potem był mecz piłki nożnej za stodołą. Panowie w białych lnianych koszulach śmigali za piłką, że hej.

Potrzebowaliśmy tej książki, bowiem często pojawiały się pytania – Mamo, a dlaczego? Teraz mamy wszystko skomasowane w jednym tomie. Renata Piątkowska inspiruje do czynów niecnych: do polewania wodą, śmigania koleżanek witkami wierzbowym, wrzucania ich do rzeki, polewania Marzanny perfumami. I jak to u Renaty Piątkowskiej bywa – często jest z jajem, choć nie o jajku tylko tu mowa. I zachęcam do rodzinnych odkryć związanych z różnymi obrzędami. Dzieci uwielbiają ich słuchać.

Wiek: 8+

Wydawnictwo BIS

czwartek, 17 marca 2011

Nudzi mi się!!! – Tomek wychylił się za ramę łóżka i powtórzył – Nudzi mi się!!! A potem z tym swoim szelmowskim  uśmiechem dodał: Ja tak na wszelki wypadek wołam. Może się pojawi.

Wie, że Nudzimiś Hubek to postać z bajki, ale klnie się na wszystkie świętości, że wierzy, pewnie, że wierzy w jego istnienie. I zazdrości Szymkowi, że to właśnie jego spotkała taka życiowa przygoda.

Szymek ma wiele zabawek, tonie w nich, a pokój chłopca przypomina sklep z zabawkami. Jest typowym przykładem współczesnego dziecka, które ma wszystko lub prawie, wszystko oprócz….  Szymek nie potrafi się odnaleźć w gąszczu zabawek, o czym powiadamia cały świat głośno wrzeszcząc: Nudzi mi się. Wtedy (zniecierpliwiony i zajęty) tata opowiada mu o Nudzimisiach – małych istotach, które pojawiają się, gdy dzieciom się nudzi. Chłopiec, początkowo dość sceptycznie nastawiony do opowieści ojca, ma okazję wkrótce sam się przekonać, że ten mówił prawdę. W kącie pojawia się Nudzimiś Hubek…

Hubek – mogłoby się wydawać nie jest zbyt atrakcyjnym towarzyszem. Nie przynosi prezentów, gadżetów, nie ma  nic, oprócz maleńkiego domku, który sobie sam wyhodował w Nudzimisiowie.  Jednak daje chłopcu coś, co jest chyba najcenniejsze – daje siebie, swój CZAS, swoją uwagę, akceptację i okazuje chłopcu szacunek. Proste? Pewnie, że tak, a jakie ważne. Rzecz dzieje się w dwóch światach. Raz Hubek zjawia się u Szymka, raz wraca do Nudzimisiowa – gdzie poznajemy jego ziomków. Na drzewach rosną lizaki, śniadanko wystarczy sobie tylko wyobrazić i zaraz zjawia się gotowe do konsumpcji.

Spotkania z Hubkiem i odwiedziny w Nudzimisiowie to nie tylko zabawa – to też podana w atrakcyjny sposób lekcja dobrego wychowania: trzeba posprzątać zabawki, należy dotrzymać słowa, nie można głębić słabszych itd.

Mimo, że Hubek seplenił, jego rolę czytaliśmy normalnie. Hubek to główny bohater i autor udziela mu głosu bardzo często. W rodzinnym czytaniu brał udział (a jakżeby inaczej) również trzyletni Mikołaj: Kiedy kilka razy przeczytałam tekst sepleniąc, Mikołaj zgłaszał –Mamka, a co on mówił? W dodatku chodzimy z Tomkiem od kilku tygodni do logopedy, walczymy z pewnymi niedoskonałościami mowy, stąd też uważałam, że akurat w naszym przypadku, gdy zbieramy coraz większe laury za nasze logopedyczne postępy (mój udział jest też nie mały – stąd moja radość jest podwójna) nie chciałam ryzykować powrotu do starych nawyków.

Dzieciom bardzo podobały się dwie sceny – kiedy Hubek daje nauczkę Filipowi – postrachowi dzieci w przedszkolu i scena z potworem, który załaskotał Hubka prawie na śmierć. Maluchy dostały ataku śmiechu, mamę poniosła ułańska fantazja i trochę ubarwiła tekst. Nic dziwnego, że Młodsze Dziecko przylazło dzisiaj z książką pod pachą i poprosiło - Mamo, nudzi mi się, poczytasz mi?

Wiek 5+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 15 marca 2011

Byłam bardzo ciekawa tej książki. Apetytu narobiła główna nagroda w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, uzasadnienie Jury, w końcu notka Wydawcy. Czekałam i się doczekałam. Młyn pojawia się od czasu do czasu w literaturze dziecięcej i młodzieżowej – wymienię choćby:  Krabat Preusslera, Czarodziejski młyn Afanasjewów, baśnie i bajki, w których od młynarczyków, różnych strachów, biesów i czarodziejów roi się jak w ulu. Młyn bowiem to miejsce magiczne. Mało tego – w książkowych młynach, które czytałam sama, bądź z dziećmi, raczej nie działo się nic dobrego. Autor nie przełamał zatem stereotypów, a jednak zaskoczył mnie. Mimo zapowiedzi wydawcy, że to powieść zakrawająca o horror, po lekturze (długo w noc) stwierdzam, że wcale aż tak strasznie nie było. Mam przed sobą natomiast dobrą książkę poruszającą wiele ważnych tematów społecznych – i to jest jej największym atutem. Młyny - popegeerowska wieś gdzieś między Poznaniem a Warszawą. Podupadła – z garstką mieszkańców, którzy zdecydowali się tu pozostać mimo wszystko. Bo im tu strasznie pod górkę – ziemia nie rodzi, zwierzęta się nie udają – są tylko trzy psy i czterdzieści królików ciotki Pawła. Nie ma telewizji satelitarnej, ogrody zarastają, a wiele domów ma okna zabite dechami. Jedyna droga jest dziurawa jak ser szwajcarski. Zacofany zakątek – może źle to określiłam – raczej zapomniany - obok nowoczesnych trakcji elektrycznych i autostrady. Ta zamiast łączyć z wielkim świtem, tak naprawdę od niego odgradza. Kiedyś był tu Kombinat, ale spłonął. Został Czarny Młyn, który budzi strach i grozę. Przypomina o przeszłości, czy tego chce czy nie chce, bowiem jedyna droga w Młynach przebiega właśnie tuż obok niego. Pewnego dnia w Młynach zaczynają dziać się rzeczy jeszcze dziwniejsze od tych, które już miały miejsce. Czarny Młyn urasta w siłę, staje się obsesją starszych mieszkańców, chce zapanować nad miejscowością, może nawet nad całym światem. I kiedy wydawać by się mogło, że nikt tego nie dostrzega – starsi są ślepi i głusi, nadzieja pozostaje w szóstce dzieci, które nie bacząc na niebezpieczeństwa, biorą na siebie odpowiedzialność za wioskę i jej mieszkańców. Z tej szóstki na czoło wysuwa się narrator – Iwo i jego siostra Mela. Czarny Młyn – to smutna książka – bo dzieciństwo w takim miejscu musi być smutne. To książka o sile przyjaźni – bo w takim miejscu i w takiej chwili człowiek zdaje ważny egzamin życiowy. To książka o inności. Siostra Iwo – ośmioletnia Mela – jest karłem. Prawie nie mówi, niepozorna, dla wielu „gorsza” – a to właśnie ona odegrała najważniejszą rolę w tej historii. To książka o tęsknocie – za ojcem, który niby jest, ale tak naprawdę już go nie ma i nigdy nie będzie. O odwadze – która czasem pojawia się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. Daje do myślenia – dobrze napisana, głęboka, niekiedy mroczna. Ale nie horror w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Z intrygującą okładką autorstwa Józefa Wilkonia.

Postać Iwona została bardzo szczegółowo nakreślona. Jedenastolatek – nad wyraz dojrzały, oczytany, odpowiedzialny. Opowiada o małej społeczności zamkniętej w ramach dziwnego trójkąta. Jego spostrzeżenia są trafne i celne. Tłumaczy na swój sposób (absolutnie nie dziecięco – naiwny) wszystkie udziwnienia, które dotyczą Młynów i jego najbliższej rodziny. Balansuje trochę na granicy dwóch światów – z jednej strony beztroskie dzieciństwo,  z drugiej – świat dorosłych, który upomina się o chłopca, wyciąga swoje lepkie macki. Iwo czuje się odpowiedzialny za matkę i chorą siostrę, w końcu za wszystkich mieszkańców Młynów. Świetnie została przedstawiona mentalność mieszkańców, którzy pogodzili się z przegraną w życiu, nie mają pomysłu na lepsze jutro, zamykają się w swoim świecie, odczuwają strach przed czymś nieznanym, życie płynie bez większych zmian. Jets tak jak jest i lepiej nie będzie. Młyny w tym momencie są nie tylko tymi konkretnymi Młynami, ale utożsamiają setki, może tysiące polskich wsi, w których coś się skończyło, a jedynym wyjściem z trudnej sytuacji jest marazm, niewiara w lepszą przyszłość, albo pozostawienie rodziny, dzieci i emigracja zarobkowa. Jest jednak nadzieja – są dzieci, które myślą inaczej i zmieniają świat.

Czy powieść zasłużyła na Grand Prix? Zdanie wyrobię sobie wkrótce, bowiem dzięki wydawnictwom Literatura i Stentor mam okazję poznać większość książek – laureatek konkursu.

Józef Wilkoń na naszej półce powoli staje się ilustratorem czarnej barwy: Księga Dżungli, Pan Tip Top, teraz Czarny Młyn. Chyba żaden z ilustratorów nie dorobił się aż tylu czarnych okładek, jeśli chodzi o książki dla dzieci i młodzieży.

Książka Marcina Szczygielskiego zajęła I miejsce w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren w kategorii wiekowej 10 – 14 lat. Zdobyła również Grand Prix.

Wiek 12+

Wydawnictwo Stentor

 

poniedziałek, 14 marca 2011

 

Od razu wiedziałam, że Kicia Kocia przypadnie do serca mojemu Młodszemu Dziecku. Jeszcze zanim zaczęliśmy o niej czytać, Młodsze Dziecko zabrało obydwie książeczki do swojego kąta i cieszyło oko kolorowymi ilustracjami. Tematyka nie była obca: gotowanie i gra na instrumentach. Kicia Kocia oswaja świat. Teksty napisane prostym językiem, od razu trafiające w ucho. Dziecko poznaje w przystępny i zarazem bardzo atrakcyjny sposób pewne zasady, które obowiązują w dniu codziennym.

Zanim zaczniesz coś robić, posprzątaj zabawki, umyj ręce, przygotuj miejsce pracy, nie dotykaj gorącego piekarnika, poczekaj, aż ciasteczka ostygną, poczęstuj najbliższych. Autorka przedstawia Kicię w najróżniejszych sytuacjach codziennych – bez nadętego moralizatorstwa. Ot Kicia robi tak, a nie inaczej, bo tak robić należy. W części o muzycznych popisach – popularne instrumenty, oraz małe – wielkie granie. Kicia Kocia wraz z przyjaciółmi gra na instrumentach, a potem organizuje koncert dla najbliższych. Zabawa jest przednia.

Granica wieku, podana na okładce (2-6) jest moim zdaniem jednak zbyt wyśrubowana. Pierwsza reakcja mojego Tomka (sześciolatka, świeżo po urodzinach) była – ŁeeeeeTaaaaM, dla maluchów. Wprawdzie potem słuchał uważnie, śmiał się z ilustracji, zamarzył o własnym zespole muzycznym, jednak ma swoje ulubione poważniejsze już lektury. Natomiast Mikołaj wziął książki pod pachę – powiedział tylko – To moje - zagląda często i domaga się lektury. Mało tego - gra na instrumentach (jedna struna od gitary jest już zerwana), na garnkach, kartonach, pokrywkach. Zrobiliśmy grzechotkę z butelki po wodzie mineralnej wypełnionej do połowy ryżem. Lektury inspirują, i to jak. W planach mamy już pieczenie ciasteczek, a gdy przygotowuję warzywa do zupy lub sałatki, zaczyna brakować noży i desek do krojenia. Potwierdza się reguła, że dzieci najlepiej uczą się przez naśladowanie. Udana książka dla najmniejszych, a Kica Kocia z charakterystycznym słodkim pyszczkiem ma szansę stać się kimś ważnym w małym wielkim życiu swoich fanów.

P.S. I jeszcze jedno życzenie od Małego Czytelnika – marzy o Kici Koci jako strażaku i nurku. Raczej to niemożliwe, ale pomarzyć zawsze można.

Ukazały się kolejne części o Kici:Kicia Kocia jest chora, Kicia Kocia na basenie, Kicia Kocia zostaje policjantką.

Wiek 2+

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 13 marca 2011

Proszę Serce Szymonka o kontakt. To tę osobę wytypowała Maszyna Losująca. Uczestnikom dziękuję i do zobaczenia wkrótce.

Tagi: candy
16:41, be.el
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 marca 2011

W ostatnich tygodniach nastąpił wysyp naprawdę wyśmienitych kąsków literackich dla dzieci: dosłownie jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne tytuły laureatów II Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren zorganizowanego przez Fundację ABCXXI – Cała Polska Czyta Dzieciom. Lenka, Fryderyk i podróże Olgi Masiuk otrzymała II nagrodę w kategorii wiekowej 6-10 lat.

Lenka i Fryderyk to dwa stworki żyjące w Przełęczy. Para przyjaciół – tak różnych jak ogień i woda. Lenka kocha podróże. Pakuje do plecaka na ten przykład podręczny akordeonik i podróżną perkusyjkę (cóż to za podróż bez muzyki?), woreczki na nasiona kwiatów napotkanych po drodze, worek ryżu i suszonych jabłek. Nie, szczoteczki do zębów nie zabiera z sobą, bo zajmuje za dużo miejsca. Scyzoryka, latarki, kompasu również nie – bo i po co. I wyrusza w podróż – zawsze pociągiem. Fryderyk natomiast tkwi z nosem w książce i podróżuje również, ale w wyobraźni i domowym zaciszu. Pewnego dnia wszystko się wywraca do góry nogami, ale najpierw jest kłótnia, bo w końcu jak ogień i woda się spotykają, to czasami musi zasyczeć. Fryderyk wybierze się w podróż, a Lenka rozsmakuje się w lekturze. Powieść dla najmłodszych – o przyjaźni, pasji i o tym, że każdy jest inny. Nie ma co przekonywać do swoich racji – każdy niech znajdzie swoją receptę na szczęście. Właśnie dlatego jest ciekawiej. W książce wyprawa do dziwacznych miejsc, spotkania z ekstrawaganckimi stworkami, humor, czasem absurdalny. Książka ma swój klimat, który zapewne docenią mole książkowe – erudycja oczytanego Fryderyka zachwyca, a opisy związane ze światem książek, przyjemnością czytania, utwierdzają małego czytelnika/ słuchacza oraz czytającego (na głos) rodzica, że są we właściwym miejscu.

Żal nam jedynie, że świetne ilustracje Agnieszki Żelewskiej są czarno – białe i maluczkie. Literatura narobiła nam apetytu po fantastycznie kolorowym Pamiętniku grzecznego psa. Znamy ilustracje pani Agnieszki i jej szaleństwa z kolorami w innych książkach. Zresztą popatrzcie na okładkę – świetna, prawda?

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

Można znaleźć nas w marcowym numerze miesięcznika: Biblioteka w szkole. Poproszono mnie o redagowanie działu: Przegląd książek, a ja propozycję z przyjemnością przyjęłam:) W nim tytuły ciekawych książek dla bibliotek szkół podstawowych, gimnazjum i szkół średnich. Zapraszam!

Zwracam uwagę na trzy artykuły:

- Disneylandia, czyli nocna impreza czytelnicza. Wyobraźcie sobie, że impreza przeznaczona była dla dzieci klas I-IV i odbyła się w szkolnej sali gimnastycznej. Pomysł super, idea również. Zrealizowały go nauczycielka bibliotekarka i nauczycielki klas I-III w Zespole Szkół w Chwaliszewie. Niemożliwe? Możliwe!!! (autorki: Ilona Jamry, Joanna Kordus – Mróz i Natalia Krawczyk)

- Pamiętajmy o Kownackiej – Iwony Agatowskiej. Pamiętamy! Pamiętamy! Czytamy świetną serię Razem ze słonkiem. Kiedyś pisałam o Zimie. Za chwil kilka napiszę o „Przedwiośniu”. Szukajcie na allegro – widziałam jedną część za 2,90 (!!!)

- Lubię podsumowania – Marcina Malinowskiego – bibliotekarza i blogera. Ja też lubię podsumowania – swoje, a szczególnie innych. W artykule m.in. rzecz o czytnikach (do których się jeszcze nie przekonałam, ale może…), e-bookach i dobrych stronach Facebooka. Autor to pasjonat – o czym można się przekonać zaglądając na stronę: http://www.malin.net.pl

wtorek, 08 marca 2011

Nie wierzę w to, co przeczytałam  na pewnej stronie:

  • Czytanie lub słuchanie  streszczenia (książki) całkowicie zastąpi Ci czytanie lektury.
  • Unikniesz wpadek związanych z prawidłową kolejnością wydarzeń w utworze.
  • Streszczenia są tak napisane, aby zapamiętać jak najwięcej treści z utworu i bez wysiłku napisać test ze znajomości lektury.
  • Nasze streszczenie są gwarancją najlepszych ocen w szkole.

Będę przekorna – czytanie lub słuchanie jakiegokolwiek streszczenia absolutnie nie zastąpi czytania lektury. Unikniesz wpadek związanych z prawidłową kolejnością wydarzeń w utworze, jeśli przeczytasz oryginał. Zamiast czytać streszczenia – czytajcie oryginały – często streszczenia napisane są fatalnym językiem, a ich autor tak bardzo się wstydzi swojego tekstu, że zazwyczaj nie podaje swojego imienia i nazwiska. Nawet najlepsze streszczenie nie jest gwarancją najlepszych ocen w szkole. Owszem, niektórzy nauczyciele przesadzają i pytają, jakiego koloru sznurówki miała Izolda w swoich bucikach, co może zniechęcić do czytania największego zapaleńca. Na podstawie statystyki na swoim blogu mogę na przykład ustalić, kiedy w szkole jest przerabiana bajka O dwunastu miesiącach. Wtedy licznik nie nadąża za odwiedzającymi, a na wpis o książce w ciągu jednego dnia "wchodzi" ponad 1000 osób. Trochę się dziwię, bo bajka jest naprawdę krótka i przyjemną lekturą. W recenzjach staram się pisać o treści maluczko – bardziej skupiam się na tym, jak na książkę zareagowały moje dzieci – jeśli czytaliśmy razem. I nie zamierzam przepraszać zawiedzionych:))))))))

Do takiego wpisu skłoniło mnie pewne dzisiejsze odkrycie:((( Streszczenie "Dzieci z Bullerbyn". Nawet nie wiedziałam, że takowe istnieje.


A Wy wiedzieliście? Odmówić dziecku takiej przyjemności jak smakowanie tej książki w całości, książki, której się nie zapomina. Najukochańszej, najcieplejszej… No cós takiego…..

P.S. A ta ilustracja - brrrrrrrr!

poniedziałek, 07 marca 2011

Moje najstarsze (z dwojga) dziecko się oburzyło. Tak porządnie. Aż zgrzytnęły zęby. Gdyby w pokoju było ciemno, pewnie iskry bym zobaczyła. Noga przedszkolaka zawisła w dziwnej pozie pod kolorową kołdrą i przypominała jakiegoś zwierzaka – cudaka gotowego do ataku. I ta mina. Wściekła. Dowód na to, jak dzieci przeżywają baśnie, bajki, bajeczki. Kolejna baśń (chińska, chińska! – nie Grimmowa;),  w której dawno dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami żyli sobie trzej bracia. I znów powiela się stary przepis na (dobrą?) baśń, bajkę, bajeczkę? Dwaj najstarsi są albo głupi, albo o złym sercu. Gdy jest dwóch to i tak zawsze ten starszy jest Czarnym Charakterem. A najmłodszy? Oooooooo ten to cudo istne, bohater przez duże BE.

-Mamo, dlaczego tylko ten najmłodszy jest zawsze dobry? – i tu Starszy rzucił takie jakiś dziwne pełne wyrzutu spojrzenie na Bogu ducha winnego Młodszego pochrapującego już w pierzynach. Nooooo, temu drugiemu to się podoba:

–Mamo, to ja byłem dobry, a Tomek zły? – spytał kiedyś Mikołaj.

- Nie. To tylko bajka. I Tomek i ty macie dobre serduszka. To w bajce najstarszy syn był zły, a najmłodszy dobry.

- To ja byłem dobry, a Tomek zły – po minie widzę, że nikt i nic nie jest w stanie zmienić takiego rozumowania.

I masz matko placek. Ja proszę o bajkę z najstarszym synem – cudownym, o dobrym sercu, szlachetnym, odważnym. A nie takim gryzipiórku co ma w sobie wszystkie najgorsze cechy świata. Pewnie, że zmieniam. Od jakiegoś czasu zmieniam. Tylko, że najmłodszy się buntuje i płacze, że on to wcale taki zły nie jest, i głupi też nie. Albo może ktoś napisze baśń o kochających się braciach? Chętnie poczytałabym im też o księżniczkach, tylko że wtedy wychodzi braterska solidarność. O nie! Księżniczki są dla dziewczyn. Ale mam taką jedną książkę na półce cudną – Królewnę w koronie. Tylko poczekam na lepsze czasy, a potem o niej napiszę. Myślę, że takowe wkrótce nadejdą…

Absolutnie fantastyczna książka!!! Dla dzieci, które marzą o podróżach. Nasze akurat marzą, ale wiele książek, którymi chcieliśmy zarazić je do poznawania kątków i zakątków, odkładaliśmy, ponieważ były za trudne – stwierdzaliśmy, że muszą jeszcze poczekać – znaczy się i książki i dzieci. Tak było między innymi z Tomkiem Wilmowskim. A koło Kazika kręciłam się już dłuższy czas. Zawsze, gdy byliśmy w bibliotece bezczelnie puszczał oczko z półki, jednak ja go najzwyczajniej w świecie – ignorowałam. Tomek też. A Mikołajek znikał w kąciku z zabawkami, grami – bo takowy w bibliotece mamy – i dzięki temu (albo: również dlatego) tak chętnie tam bywamy. W końcu Kazik wylądował w moich ramionach. Sięgałam po inną książkę, a Kazik,tuż obok, wypadł przy okazji i trzeba go było ratować. Weź mnie kobieto – zdawał się mówić, więc zabraliśmy. Powtórzę raz jeszcze – fantastyczna książka przygodowa dla najmłodszych. Czytałam mojemu sześciolatkowi, trzylatek się przysłuchiwał, i tata zerkał znad gazety. Opis podróży do Afryki – przez cały kontynent, piaski Sahary, las równikowy, bagna, sawannę, na sam dół, a potem pod górkę nad Morze Śródziemne i do Poznania.

 

Kazimierz Nowak to postać autentyczna – podróżował po Czarnym Lądzie w latach 1931 – 1936. I to jak? Na rowerze, konno, na wielbłądzie, łodzią. Bez tych wszystkich cudeniek techniki, bez których aż strach wyjść z domu. Przez cały czas opisywał swoje wrażenia z podróży i wysyłał do prasy -  w ten sposób zapewniał utrzymanie swojej żonie i dzieciom, za którymi tęsknił, i dzięki którym realizował swoje marzenia. Po powrocie podróżnik żył jeszcze zaledwie rok. Organizm spustoszyła malaria. Po wielu latach Łukasz Wierzbicki przypomniał sobie opowieści o Kazimierzu Nowaku, jakie przed laty snuł  na jego temat dziadek autora.  Zebrał relacje prasowe Nowaka z podróży po Afryce – owocem tej pracy jest książka Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. To już lektura dla rodziców, którzy po wieczornym czytaniu pociechom mogą zagłębić się w swojej poważniejszej lekturze – równie ciekawej, którą Ryszard Kapuściński określił mianem klasyki polskiego reportażu.  Na podstawie relacji prasowych podróżnika, Wierzbicki napisał tę oto książkę – prostym dziecięcym (Broń Panie Boże – dziecinnym!) językiem. Zabrał dzieci w długą podróż, rozbudził ciekawość, ba – rozbudził marzenia. Kto wie może za lat kilka….

W książce znajdziecie mnóstwo kolorowych ilustracji, które bardzo przypominają tematycznie fotografie autorstwa Kazimierza Nowaka.

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo Bis

niedziela, 06 marca 2011

SamSam puzzelki to propozycja dla najmłodszych dzieci – 6 prostych obrazków, a każdy z nich podzielony na sześć części. Na obrazkach bohaterowie z popularnej kreskówki: Groszek, Flejek, Julka. Najmniejszy bohater świata SamSam zaprasza na SamPlanetę, gdzie zawsze dużo się dzieje, a dobro walczy ze złem. Puzzelki można układać tradycyjnie – co dzieci lubią chyba najbardziej. Zabawę można urozmaicić: na każdym puzzle narysowane są kostki z pewną liczbą oczek. W zależności od tego, co wypadnie na dwóch kostkach (są dołączone do gry), taki element obrazka wędruje do gracza. Na początku trochę czasu potrzebowaliśmy, by połapać się w zasadach działania. Bez rodziców ani rusz (i dobrze, bo gra angażuje i starszych i młodszych) – muszą oni przeanalizować dokładnie, jakie ruchy można wykonać po wyrzuceniu takiej a nie innej liczby oczek. Gra toczy się tak długo, aż wszystkie obrazki będą gotowe. Wygrywa ten, kto ułoży najwięcej postaci.

Wiek – Ważne! Z SamSam – puzzelkami poradzą sobie już trzylatki. Mimo, że wydawca napisał na pudełku wiek graczy – 3-7 lat, i mimo że dzieci starsze świetnie się bawią przy układaniu obrazków, radzę kupić je z myślą o najmłodszych – 3-, 4- i 5-latkach. Starszaki w rodzinie mogą dołączyć. Dla 6- lub 7-latków jako głównych odbiorców gra jest już za łatwa i lepiej wyposażyć ich w coś trudniejszego i wymagającego większego wysiłku.

Wszystko kolorowe i solidnie wykonane. Maluchy uczą się rozróżniać kolory, ćwiczą motorykę, spostrzegawczość. Uczą się również liczyć – w czasie gry co chwila padają liczby. Dziecku wcale nie jest łatwo dopasować brakujące elementy i ułożyć je tak, by się nic nie popusowało:))) Każde ułożenie obrazka dla trzylatka to mistrzostwo świata, wielki wysiłek, który zrozumieć może jedynie kochający rodzic i Justyna Kowalczyk. I tak jak w każdej dyscyplinie – trening rodzi mistrza. Coraz szybciej i łatwiej maluszki radzą sobie z układaniem i grą.

Zapraszam do candy – tym razem dla najmniejszych dzieci w wieku 3-5 lat. Osoby zainteresowane proszę o wpis w komentarzach, podlinkowanie zdjęcia i zamieszczenie go u siebie na blogu. Jeśli ktoś nie prowadzi bloga – również może wziąć udział w candy - wystarczy wpisać się w komentarzach. W razie wygranej - poproszę o adres mail.

W niedzielę 13 marca podam, do kogo uśmiechnęło się szczęście. Zapraszam!

Wiek: 3-5 lat

Wydawnictwo Granna

Już sam tytuł zdradza, co znajdziemy w środku – wiersze na luzie, pokręcone, pomylone, śmieszne. A literki? – akrobatki – wariatki. Rymy kopnięte, poprzewracane. Nie sposób się przy nich nie uśmiechnąć – a gęba wywija się w radosną łódeczkę nie tylko słuchającym dzieciom, ale też czytającym rodzicom. W każdym razie na samym początku muszę jasno powiedzieć – nie mam absolutnie pretensji do autorki, że nie dopilnowała swojej teczki, w której drzemią niedorzeczki.

Lecz gdy wstąpi w nie licho,

Co najczęściej się zdarza,

Gdy pisarz nie uważa,

Albo gdy niedomaga,

To mu robią w teczkach bałagan.

I dobrze – bo dzięki temu powstają książki, w których są pyszne wiersze: o pani Potworkowej, jabłkowych dzieciach (cudny!– Moje śliczne dziateczki, zieloniutkie kuleczki. Moje pysie rumiane na słoneczku wygrzane), zwaśnionych modrzewiach (ty małpo zielona, małpo na jednej nodze), grzybolągach – grzybach, których nie znamy a one są są! (sprawdziłam: niszczyca, siatkolist, goździeńczyk), Piotrze, co nie lubił chodzić w swetrze, żurze dla rycerzy, wakacjach na opak, królu na wagarach (a jakże), turnieju bzdur, kucharce przekręcalskiej, córeczce Konstantynopolitańczykiewiczówiance, łamigłówkach. Każdy wiersz to inny świat zamknięty w literkach.  Papuzińska bawi się słowami i w tę zabawę wciąga dzieci. Kiedy w wierszu o kucharce czytamy: Jażyłam smajeczko, szczykałam siepiorek – oczy stają się wielkie ze zdziwienia. Jak to? Zabawa przednia. Ciekawam bardzo, jak moje dzieci zareagują teraz na żur na talerzu, za którym do tej pory nie przepadały (kwaśny!) –

Żur nam uwarz, bo zauważ,

Że słowiański rycerz mężny,

Gdy zje żuru gar potężny,

Mnoży siły swe w trójnasób

I czy wyrwać sosnę z lasu,

Czy rozwalić skałę w drzazgi

To dla niego są drobiazgi.

Kto uważnie śledzi moje wpisy, wie, że moje dzieci duszę i naturę mają rycerską. I do szczęścia – żuru im tylko trzeba, o czym do niedawna jeszcze w ogóle nie wiedziały (i ja również;) Klimat tych wierszy świetnie oddają ilustracje Artura Gulewicza.

Wydawnictwo Literatura

sobota, 05 marca 2011

Pewnie, że czekamy na wiosnę. Wszyscy – bez wyjątku. Zima swe uroki ma, ale …. W Dolinie Muminków małe stworzenia powoli budzą się ze snu zimowego. Nie wiem, czy wiecie, ale Muminki oraz ich przyjaciele – zapadają w zimowy sen. Najpierw jedzą na kolację trochę igliwia świerkowego, a potem z napełnionymi żołądkami dobrze śpią w swoich łóżkach przez trzy długie miesiące.

W pewien wiosenny poranek o godzinie czwartej do Doliny Muminków przyleciała pierwsza kukułka. Usiadła na dachu niebieskiego domu Muminków i zakukała osiem razy, co prawda trochę ochryple, gdyż była to jeszcze bardzo wczesna wiosna.

Wiosna! Nareszcie! A ta przynosi z sobą wiele niespodzianek. Muminek, Włóczykij i Ryjek znajdują na szczycie góry Czarodziejski Kapelusz. Kiedy okazuje się, że nie pasuje na głowy domowników (za duży) Tatuś Muminka radzi, by przeznaczyć go na kosz do papierów. Nie muszę dodawać, że skoro kapelusz jest czarodziejski, zaczynają dziać się dziwne rzeczy: skorupki jajek przemieniają się w obłoczki, Muminek – w potwora, a woda w rzece – w sok. Historia bardzo wciąga, bo przygoda goni przygodę – czasem jest śmiesznie, czasem tajemniczo, a czasem strach zagląda w oczy. Paszczak zmienia swoje hobby, wszyscy wyprawiają się łódką na Samotną Wyspę Hatifnatów, w Dolinie pojawiają się Topik i Topcia, czarodziej oraz potworna Buka. Ta część bardzo podobała się moim dzieciom. A z jakim zainteresowaniem słuchał jej mój trzylatek:))) Polecam tym, którzy nie sięgnęli do tej pory po książki Tove Jansson – klasyka przez duże „ka”, nieśmiertelne, piękne teksty, gdzie z rozmów małych bohaterów, albo między słowami, można wyczytać tyle filozoficznych prawd. I ilustracje – wyśmienite.

I najpiękniejsza scena w całej książce: kiedy Muminek podczas zabawy chowa się pod Czarodziejskim Kapeluszem i przemienia w potwora, kiedy wszyscy jego przyjaciele nazywają go oszustem i chcą wypędzić z Doliny, pojawia się Mamusia Muminka. Wystarcza jedno spojrzenie:

-Tak, ty jesteś Muminek.

Każda mama rozpozna swoje dziecko, a Mamusia Muminka poznała swego synka po strachu w wielkich oczach.

P.S. Wciąga – wciąga – dorosłych też;) I tylko szkoda, że znów zbliża się jesień. W Dolinie Muminków oczywiście. Bo nasza wiosna ciągle przed nami.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 03 marca 2011

Miesiąc luty w tym roku był jakimś czarnym miesiącem. Choroba dopadała co rusz naszą rodzinę. Przywlokła się szkarlatyna i inne be infekcje. Ale nie o chorobach chciałam tu pisać, ale o sprawdzonym antidotum na nie. I na zimę, która nie chce odpuścić, na krótkie dnie i długie wieczory. Czytaliśmy Grimmów.

Nie chcę baśni – zagrymasił mój Tomek  i przyniósł…  (aż wstyd pisać, co wybrał sobie do czytania:)) Bo mój Tomek to taka przekora – jak nie – to musi być tak. Jak tak – to z kolei nie. I tak w koło Macieju.

Tak więc Tomek oglądał swoje … (naprawdę nie zdradzę, co) a my czytaliśmy baśnie. A potem tak jakoś dziwnie przysuwał się do nas. Bliżej, coraz bliżej. Mało tego - jego czerwony od kataru kicholek wodził już po kartkach, domagał się (Tomek – nie kicholek) szczegółowych analiz obrazków, i decydował o tym, co czytamy dalej. Bo dzieci potrzebują baśni. Często dorośli narzekają na braci Grimm – że są tacy okrutni. Tymczasem wielu mądrych tego świata twierdziło i nadal twierdzi, że dziecko zupełnie inaczej odbiera ten świat. Nie tak dosłownie – jak my, przerażeni rodzice, którzy czasem łagodzą tę lekturę. Albo tłumacze – co ciekawie opisuje Eliza Pieciul – Karmińska w Słowie od Tłumaczki zamieszczonym na końcu drugiego tomu.

„Dorosły (tłumacz) nie powinien sądzić, że za pomocą dydaktycznych zabiegów nauczy dziecko wielkoduszności. Z wniosków Bettelheima wynika więc ogólna wskazówka dla wszystkich dorosłych opowiadających baśnie (a przede wszystkim dla tłumaczy przekładających Grimmów), by nie pokładali miary dorosłego świata do baśni, by nie usiłowali dostosowywać baśni do obcych im wzorców literackich, a przede wszystkim unikali dydaktyzmu, tak nagannego w przekładach. Baśni nie należy opowiadać z intencjami wychowawczymi, gdyż ich celem powinno być, jak pisze Bettelheim, wspólne doświadczenie.” (Baśnie dla dzieci i dla domu, t.II. s. )

 

„Baśnie przydadzą wartości doniosłym przeżyciom dziecka, pomogą mu zrozumieć siebie, wzmocnią nadzieje, osłabią lęki, a przez to zarówno w danym momencie, jak w perspektywie lat wzbogacą jego życie” (Cudowne i pożyteczne t.I, s. 283)

Baśnie uniwersalne, zawierające podstawową prawdę o życiu, o ludzkich marzeniach i tęsknotach, konfrontacji dwóch przeciwieństw – dobra i zła. Baśnie Grimmów nie upiększają rzeczywistości – na świecie jest piękno ale i ohyda. Za wyrządzone zło – jest słuszna kara, a nie nagroda przyznana oprawcy ni stad ni zowąd na zakończenie, które wprawia dziecko w wielkie zakłopotanie – bo skoro ktoś postąpił niecnie, dlaczego potem bawi się na ślubie wcześniej zaszczutego Kopciuszka? Niesprawiedliwość, przemoc, chciwość, ale też i pokusy, różne szachrajstwa, fałszywa pobożność, ludzkie problemy, bieda i bogactwo – to tematyka zaczerpnięta z tych baśni. A czego uczą baśnie? Prawdy o człowieku. W sposób zrozumiały i oczywisty. A odwaga, zaradność, cierpliwość, dzielenie się bogactwem i szczęściem z innymi, empatia? Już w momencie powstania Baśni dla dzieci i domu, ich autorzy - Wilhelm i Jakub zdawali sobie sprawę z tego, że w tekstach spisanych przez nich obcięte pięty i paluszki mogą budzić niesmak.

(…) w niniejszym nowym wydaniu troskliwie usunęliśmy każde wyrażenie nieodpowiednie dla wieku dziecięcego. Jeśli jednak nadal można by zarzucić, że to lub owo wprowadza rodziców w zakłopotanie i wydaje im się gorszące, tak że wręcz nie chcą dać dzieciom tej książki do rąk, to w pojedynczych przypadkach troska ta może być uzasadniona i rodzice łatwo mogą dokonać doboru. Jeśli jednak chodzi o całość tekstu, to dla zachowania zdrowego ducha dobór taki z pewnością nie jest konieczny. Nic nie obroni nas lepiej niźli natura, która temu kwieciu i temu listowiu nadała taką właśnie postać i barwę. Jeśli jednak w zależności od czyichś szczególnych wyobrażeń komuś one szkodzą, niech nie żąda, by właśnie z tego powodu były inaczej uformowane czy zabarwione. Innymi słowy: deszcz i rosa jak błogosławieństwo spada na wszystko, co rośnie na ziemi; jeśli ktoś jednak boi się wystawić na ich działanie swe rośliny, gdyż są one nazbyt wrażliwe i mogłyby ponieść szkodę, jeśli woli podlewać je w swej izdebce przestudzoną wodą, ten nie będzie przecież żądał żeby z tego powodu deszcz i rosa przestały się pojawiać. Owocne jest wszystko, co naturalne, i tej zasady winniśmy się trzymać. A poza tym nie znamy ani jednej zdrowej, mocnej i budującej dla ludu księgi, z Biblią na czele, w której takie wątpliwe kwestie nie pojawiałyby się w niepomiernie większym stopniu.(Wstęp poprzedzający tzw. wielkie wydanie Baśni dla dzieci i dla domu z roku 1857, T.II, s. 436)

Myślę, że lekturę tego wydania Baśni warto zacząć od końca – od tekstu Tłumaczki. Pani Pieciul – Karmińska przekonuje, dlaczego właśnie te Baśnie (jak i wydany kilka miesięcy wcześniej mały zbiór baśni Grimmów z niesamowitymi ilustracjami Borna) są inne niż te, które były dostępne na rynku lub w bibliotekach do tej pory – często zmienione, z dopisanymi długimi fragmentami przez tłumaczy, zupełnie nowe teksty, tak dalekie od oryginału, i tak bardzo wypaczające całą ideę baśni ludowej. Może warto spróbować i dać im szansę?

Na uwagę zasługują  czarno – białe ilustracje. Otto Ubbelohde (1867- 1922). Malarz, grafik, twórca wielu kalendarzy, widokówek, ekslibrisów, obrazów z martwą naturą i widoczkami. I choć często o artystach mówi się – sława przyjdzie po śmierci, akurat w tym przypadku tak się nie stało. Otto Ubbelohde na długie lata popadł w niełaskę odbiorców sztuki wśród swoich ziomków, a poza tym był i jest postrzegany przede wszystkim jako twórca ilustracji do Baśni Grimmów – bardzo niemieckich – z murem pruskim w tle, ze strojami wedle niemieckiej mody, z krajobrazami Hesji. To on stworzył odpowiednie tło do baśni. W 2002 roku jego tropem poszedł niemiecki poeta Ludwig Harig przypomniał postać malarza dzięki swojej książce, w której pojawiły się ilustracje do Baśni Grimmów- odnalazł miejsca, które były tłem do ilustracji Ubbelohde – i pokazał tym samym, że nic się nie zmieniło – czar baśni nadal trwa.

Dwa tomy – razem prawie 1000 stron, 200 tytułów - a wszystko pięknie i solidnie wydane.

 

O Baśniach Grimmów – pisałam również tutaj.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

W dniach 4 - 6 marca w Poznaniu odbywa się dziesiąta edycja targów Książka dla dzieci i młodzieży. Szczegóły tutaj!


 

Irena Kwiatkowska dla mnie to przede wszystkim wspaniała interpretatorka dwóch książek: Mikołajek i Dzieci z Bullerbyn. Płytę z jej głosem o małej wiosce w Szwecji namiętnie słuchają teraz moje dzieci. Z kolei pierwsza książka to moje wspomnienie. Pamiętam sobotnie wieczory przy radiu. Dzięki niej poznałam całą bandę rezolutnego chłopca z Francji. Dopiero później znalazłam w bibliotece kolejne części, które nałogowo czytałam w domu.

Irena Kwiatkowska dziś odeszła w wieku 98 lat…