Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 30 marca 2010

-Co to jest zazdrość? – usłyszałam, gdy czytaliśmy tę książkę. Nie zwróciłam wcześniej uwagi, ale chyba nie usłyszałam nigdy z ust mojego syna (5 lat), że ktoś coś ma, a on nie. Choć liczę się z tym, że wszystko jeszcze oczywiście przed nami. W każdym razie Mały już wie, że można zzielenieć z zazdrości, tak jak to się przydarzyło małej dziewczynce, bohaterce tej opowieści. I mam nadzieję, że będzie o tym pamiętał w chwili, gdy wypowie zwyczajową formułkę, że kolega X ma takie spodnie, taki komputer, a zacny tato tego kolegi ma TAKI samochód – A MY NIE MAMY.

Inne życie to zabawna historia, która wychowuje i jednocześnie porusza kilka ważnych spraw. Kolejna książka, która udowadnia, że literatura skandynawska ma się naprawdę dobrze.

Nasza mała bohaterka zazdrości swojemu koledze Mateuszowi. Mama chłopca jest elegancką panią z fabryki czekolady (marzenie każdego dziecka), jego rodzina mieszka w ładnym, ze smakiem urządzonym mieszkaniu. Jak pozbyć się zielonego nalotu na skórze? Najlepiej spróbować tego innego życia, zamienić się, zanurzyć w szczęściu innych, rozkoszować się widokiem pięknych mebli i dodatków, smakować najbardziej wyszukanych dań przygotowywanych przez mamę kolegi. I co się nagle okazuje? Że ten dom jest jakiś dziwny – nie można w nim grać, biegać, krzyczeć. Wszystko jest poupychane w sztywne ramy czasowe, a jedzenie smakuje mdło – właściwie w ogóle nie smakuje. Nie ma miejsca na spontaniczność i kreatywność, nie ma czasu na zabawę z dzieckiem.

Mój Tomek przekonał się, że zazdrość to najgłupsza rzecz na świecie i trzeba cieszyć się tym, co się ma. A choćby taką zwykłą szarą mamą, bez makijażu i  w dresie. Książka porusza ważny problem rodziny niepełnej. Choć po lekturze mam wątpliwości co lepsze – bo jakoś bliższy mi ojciec dziewczynki – mieszkający osobno, dochodzący, z którym mała spotyka się tylko od czasu do czasu, ale ma dobry kontakt, niż ojciec Matusza, który zamknął się w swoim świecie za gazetą i i widać mu tylko sterczące uszy. Okrrrropność!

-Ja tam wolę moje życie i moją mamę – westchnęło moje dziecię, wtuliło się w rękaw i słodko zasnęło. A ja się poczułam najszczęśliwszą mamą na świecie i pomyślałam – Ja też jestem zadowolona ze swojego życia. I z książki również. Bardzo polecam jako antidotum na wszystkie zazdrostki naszych pociech – przynajmniej na pewnym etapie dzieciństwa, bo potem to nie wiem, czy poskutkuje.

Wiek 4+

Wydawnictwo EneDueRabe

Ależ mnie urzekły te stare kartki wielkanocne. Znalazłam je tutaj. O wysyłaniu tradycyjnych kartek piszę na swoim drugim blogu: Brulion Be.el. Tradycja, którą warto pielęgnować. Na wspomnianej stronie zobaczycie całą wystawę, liczącą kilkadziesiąt sztuk. Wybrałam zaledwie kilka o tematyce dziecięcej.

Cieszymy się, gdy dostajemy kartki. Nie cierpię dostawać życzeń w formie sms-ów. Niektóre z nich są naprawdę niesmaczne. Lepiej mniej tych życzeń, ale za to bardziej szczerych, wyszukanych i ciepłych.

 

 

Z dzieciństwa pamiętam, że Wielki Tydzień ciągnął się niemiłosiernie. Jak ciasto drożdżowe. Mama nam nie odpuszczała i całą rodziną wędrowaliśmy do kościoła w Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę – na drugi koniec miasta. A że G. też się ciągnie jak ciasto drożdżowe, to szło się i szło – godzinę w jedną stronę. Niekiedy była już śliczna wiosna, innego roku znowu maszerowałyśmy z siostrami w śniegu. Samochodu nie było, a protest w tamtych czasach nie wchodził w grę. Mruczałyśmy tylko niezadowolone pod nosem i robiłyśmy miny. Moja babcia też ciągnęła moją mamę na drugi koniec miasta. I mama też się po dziecięcemu buntowała. Też ponoć robiła miny. Teraz ja zabieram moich synków na Triduum Paschalne – a ci też się buntują i to bardzo. (Nie lubię ksiądza – to mój dwulatek). Miauczą, wchodzą we wszystkie możliwe kątki, cały czas słyszę:

 - Mamo, kiedy będzie koniec?

- Zaraz – odpowiadam, a to zaraz trwa i trwa.

To wszystko jest wpisane w nasz rytm. Tradycja, dzięki której czujemy się silniejsi. Potrzeba uczestniczenia w czymś ważnym, bez czego te święta nie byłyby takimi świętami, jak być powinny. Przynajmniej według nas. Moja mama pamięta posty ze swojego dzieciństwa – chleb i ziemniaki (wielkopolskie pyry) z olejem lnianym, śledzie i kozie mleko. Niczego z tych rzeczy nie bierze dziś do ust – często wspomina swoją wykrzywioną minę, gdy babcia Marianna serwowała, któryż to już raz, śledzie na obiad. Niedaleko mojej miejscowości był tak zwany olejnik, gdzie wybijano makuchy. Po omłóceniu lnu przygotowywano olej na post- właściciel należał do najbardziej majętnych ludzi w okolicy- obsługiwał miasteczko i okoliczne wsie. A ludzie kiedyś pościli kilkadziesiąt dni w roku- nie to co teraz;) W opowieściach ojca też przewija się postne jedzenie osłodzone niekiedy przez matkę, a moją babcię Antoninę, chlebem ... polanym syropem z buraka cukrowego.

W tym roku, z racji tego, że dzieci coraz większe – pojawiło się mnóstwo pytań dotyczących wiary, Pana Boga, Jezusa. Przyznaję, że na wiele z tych pytań sama nie znam odpowiedzi. Kilka miesięcy temu kupiłam książkę Poranek wielkanocny Joslin Mary (WAM). Bardzo ładnie zilustrowana, z ciekawym tekstem. Na pewno nie zaspokoi ciekawości maluchów do końca – bo jak się okazuje, przynajmniej w naszym przypadku, ta jest bez dna.

-Bo mamo, jak ten Jezus to zrobił? Że nie żył i nagle znowu żył?

-Nie wiem. Po prostu w pewne rzeczy trzeba uwierzyć.

-Dobrze, to ja wierzę, ale mamo….

 

No właśnie. Tyle pytań. Bez końca. I będą. Na pewno – ciągle nowe. Bo z wiekiem tych pytań przybywa…

Książka świetnie wpisuje się w ten czas – i mimo, że temat potraktowany jest w wielkim skrócie, a ciekawość dziecięca rządzi się swoimi prawami – każdy obrazek, każdy tekst może być początkiem rozmowy. Rozmowy o Jezusie.  

Wiek 4+

Wydawnictwo WAM

piątek, 26 marca 2010

Tak dawno nie czytałam komiksu. Z wyjątkiem nabytych niedawno Fistaszków. Minęły czasy, gdy zaczytywałam się namiętnie Kajko i Kokoszem, Tytusem Romkiem i A’Tomkiem. Był jeszcze Świat Młodych, na końcu którego zawsze był fragment jakiejś książki i komiksu właśnie. Jakoś nie było mi po drodze, i prawdę powiedziawszy – nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak wiele się działo, oj działo w komiksowym świecie, a ja nie miałam o tym zielonego pojęcia.

Do przeczytania Dzikusa zachęciły mnie entuzjastyczne recenzje na Amazonie. Jest to połączenie komiksu z dłuższym opowiadaniem – coś, co ja osobiście spotkałam po raz pierwszy w mojej karierze molowo-ksiażkowej. Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Oto chłopiec Blue traci ojca. Bardzo przeżywa jego nagłe odejście i nie może się odnaleźć. Ma kochającą mamę i siostrę Jess, wszyscy starają się sobie pomagać – ale mimo wszystko smutek chłopca jest przeogromny. Wówczas szkolny psycholog podpowiada mu, by ten spisywał swoje myśli i uczucia. Chłopiec w tajemnicy przed wszystkimi zaczyna pisać historię Dzikusa, samotnego chłopca żyjącego w ruinach kościółka. I tu wkraczamy na płaszczyznę komiksu – Dzikus i jego historia. Mroczna, jak mroczny jest Dzikus. Bez rodziny i kolegów, nie umiejący mówić, żyjący jak nasi przodkowie przed tysiącami lat, żywi się korzonkami i upolowaną zwierzyną. Co rusz losy Blue przeplatają się z losami Dzikusa. Bardzo szybko można zauważyć, że Dzikus i Blue to sama osoba. Dwie natury w jednym ciele. Blue - grzeczny i poukładany młodzieniec, nie znający buntu, przyjmujący w pokorze razy od silnego i okrutnego Hoppera. Dzikus – to jego mroczna część, buntownicza, kreatywna, odważna. Tak naprawdę Blue chce być czasem jak Dzikus – gdyby przyjął taką postawę łatwiej byłoby mu pogodzić się z utratą ojca. Jest uosobieniem jego gniewu. Co takiego się wydarzy, że jego zachowanie ulegnie zmianie o 180 stopni? Nie zdradzę. Dodam tylko, że pewne fragmenty komiksu nadają się zdecydowanie dla starszych czytelników i powiem, że miałabym pewne obawy, by na przykład wykorzystać tę książkę w szkole – jak to zrobił jeden  recenzentów na Amazonie. Choć tematy – odosobnienie, radzenie sobie z problemami, oswajanie swoich strachów i lęków – zostały tu naprawdę świetnie ujęte. Zresztą cała ta historia ma w sobie coś z bajki, a te przecież zawsze dobrze się kończą.

 

Książka ma dwóch ojców. Są nimi

- Dave McKean – mistrz komiksu, reklam i okładek płyt. Wielkie brawa dla niego. Jego rysunki zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Zdecydowanie nie mają nic wspólnego ze słodkimi komiksami wspomnianymi na początku – i zdecydowanie bardziej mi się podobają.

- oraz David Almond – wymyślił świetną historię zagubionego chłopca. To co mi się spodobało szczególnie to happyend, przesłanie tej opowieści – że miłość i przyjaźń są w stanie zwyciężyć każde zło.

Dzikus pokazuje, że komiks ma się świetnie i walczy o zaszczytne miejsce wśród książek.

Wiek 11+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

23 marca na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii przez Stowarzyszenie Przyjaciół Książki dla Młodych IBBY ogłosiła laureatów Nagrody im. H. Ch. Andersena.
W dziedzinie literatury nagrodę otrzymał David Almond, autor "Dzikusa" i "Skrzydlaka".

David Almond (ur. 1951 r.) jest autorem wielu powieści, opowiadań i sztuk scenicznych dla młodych czytelników, za które otrzymał liczne nagrody. Dzieciństwo spędził w górniczym Newcastle nad rzeką Thyne. Tam też osadzona jest akcja Skrzydlaka. Powieść zdobyła Whitbread Children's Novel of the Year Award oraz Carnegie Medal. Na jej podstawie powstała sztuka teatralna, opera i film. David Almond mieszka razem z rodziną w hrabstwie Northumberland w północnej Anglii. Zapraszam do recenzji Dzikusa.

 

Tagi: nagrody
16:21, be.el
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 marca 2010

Kot uszyty przez Tomka. Baaaardzo mi się podoba. Tylko oczy z guzików przyszyłam ja, ale to już zupełnie inna historia. Szyłam świnkę - przytulankę dla Mikołaja i głowa kocia, którą widzicie na zdjęciu, miała być częscią ryjka Niśka. Szyłam sobie, szyłam, a tu moje dziecko pokazuje mi kocia. Śliczny! Cudo!


 

Jeśli chcecie zajrzeć z pociechami do bocianiego gniazda– to proszę bardzo. Tutaj w Przygodzicach na Dolnym Śląsku znajdziecie przygotowany domek czekający na gości. Jeszcze nie doleciały, ale lada chwila powinny być. Z wypowiedzi na stronie wynika, że bocianio - zakręconych wariatów, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jest wielu, my też zamierzamy do nich dołączyć. Bocian – jako temat do rodzinnych rozmów, antidotum na stres, lęki, choroby, na doładowanie akumulatorów, w końcu na rozbudzenie ciekawości u dzieci – czemu nie? Właśnie wróciłam z ciekawej konferencji o Dolinie i nasłuchałam się na niej ciekawych rzeczy o niepowtarzalnej urodzie tego miejsca, znanego przede wszystkim z przepięknych Stawów Milickich, gdzie hodowany jest nasz polski karp, z mnóstwem ptaków i różnych gatunków zwierząt. Bo czyż można przejść obojętnie choćby obok takiego kumaka nizinnego, którego inna nazwa to: Bombina bombina? Jutro wracam na Stawy i już się cieszę. A może bociek przyleci jutro? Już jestem zakręcona – dzieci śpią, a ja sprawdzam, bo nie wiem, czy boćki latają w nocy, czy nie. Chyba nie, to w końcu nie sowy. Ale ten przecież jest WYJĄTKOWY. Wpisałam do ulubionych. I to miejsce też – w mojej głowie. Planujemy z mężem zabrać tam maluchy – to w końcu od nas żabi skok. Bombina bombina. Ależ to mi się podoba;))) Brzmi właściwie jak nazwa jakiegoś tańca. Wiosennego. Nic to, naprawdę na wiosnę niektórym nieźle we łbie się przewraca;))

 

W drodze powrotnej odkryłam za to innego boćka. A więc to prawda, że już do nas lecą:)

 

piątek, 19 marca 2010

Na D.O.M.E.K polowałam od dawna, a kupiłam zupełnie przypadkiem. Ot, zostałam oddelegowana do większego miasta w bardzo ważnej sprawie, a po jej załatwieniu D.O.M.E.K czekał na mnie w małej księgarni. Jak gdyby nigdy nic. Potem, gdy czekałam na kolegę, który też został oddelegowany w ważnej sprawie i prowadził swoje ważne rozmowy, przeczytałam, zachwyciłam się i zaraziłam tym zachwytem moje starsze dziecko. Jest jeden minus obcowania z tą książką – od kilku dni nie poznaję swojego domu. Prawdę mówiąc – niespodziewani goście niemile widziani, bo… moje dziecko ogarnęła pasja projektowania, budowania, wymyślania coraz dziwniejszych domków, z wykorzystaniem wszystkiego, co znajdzie się pod ręką. Toczę boje o moje ozdobne kartony, kosze, delikatne walizki wiklinowe, szuflady, poduchy z kanapy – bo szał trwa. Najgorsze, że młodszy małpuje we wszystkim starszego – i stało się – mam dwóch architekto-budowniczych, którzy jak nic, zdewastują dziadkowy tradycyjny domek, z kopertowym dachem, w poszukiwaniu tego czegoś, co na zawsze zapisze ich w historii architektury. Książka D.O.M.E.K pokazuje, jak nieograniczone możliwości ma ludzka wyobraźnia, a dom wcale nie oznacza tworu z dachem i ścianami z tradycyjnych materiałów. Bo te najdziwniejsze realizacje projektów to tak naprawdę spełnienie marzeń kilkunastu ludzi, którzy chcieli stworzyć coś nieprzeciętnego, nietuzinkowego, co wprawi w zdumienie, zachwyt, konsternację, sprawi, ze popukamy się po głowie, wybuchniemy śmiechem, albo nawet sprawdzimy w mądrej encyklopedii, czy to aby prawda. Domek jajko, bąblowiec, żagiel, norka, przylepka, żółw, UFO. To tylko kilka przykładów. Ciekawym pomysłem jest możliwość zaglądnięcia do środka, podglądnięcia mieszkańców. Nagle okazuje, że w środku są jednak ludzie, najzwyklejsi na świecie – na sofach, przy stole, w łóżkach. Czyli – da się mieszkać w tym czymś.

Książka z pomysłem zilustrowana, napisana z myślą o małym odbiorcy – tłumaczy w prosty sposób zawiłe terminy ze świata projektów, architektury, wymienia wielkich tego świata, którzy w swoim życiu poświęcili się pasji tworzenia dla innych -  z sukcesem – co widać w tej książce. Polecam – widzę, że książka pobudza wyobraźnię, zachęca do rysowania, tworzenia z czego się tylko da – a że w procesie tworzenia coś się przypadkiem zbije, pogniecie, połamie? – Nic to, książka pokazuje, że cel uświęca środki. Pozdrawiam – mama, która pozwala czasem na zbyt wiele…

Tutaj możecie zajrzeć do środka.

Wiek 6+ (wydawca) Ja czytam z pięciolatkiem i niewątpliwie jest to hit sezonu. Oczywiście, że wiele pozostaje w sferze niezrozumienia i abstrakcji, ale ryba połknęła przynętę:)

D.O.M.E.K podbija świat - ukazał się w Niemczech i Włoszech.

Wydawnictwo Dwie Siostry

czwartek, 18 marca 2010

Kiedy jako dziecko zaczytywałam się w Dzieciach z Bullerbyn, zawsze na końcu pojawiało się to samo pytanie – A co dalej? Zresztą podobne uczucia miałam niedawno, gdy po raz kolejny (z przyjemnością, a jakże:) przeczytałam tę książkę z Tomkiem. I żadne wydania obrazkowe – dodatkowe historie o Bożym Narodzeniu, wiośnie i Wielkanocy nie są w stanie tak do końca mnie zadowolić. Dobre, zwyczajne, szczęśliwe , ba – sielankowe wręcz życie się skończyło, a ja tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak wyglądał jego ciąg dalszy. No tak, jestem zepsuta przez współczesną literaturę, filmy. Jak coś odniesie sukces, to zaczyna się to traktować jak kurę znoszącą złote jajka. Czasem niestety aż do przesady – dopisuje się kolejne części w nieskończoność. Może właśnie na tym polega urok tej niesamowitej dziecięcej lektury – i żyli długo i szczęśliwie (bez szczegółów), a dalszy ciąg sami sobie dopowiedzcie.

Kerstin i ja może wypełnić tę pustkę po Dzieciach. Z jednej strony inna tematyka, a z drugiej – jednak kilka podobieństw, scen, które przypominają o tamtej wesołej gromadce. Zamiast niej są dwie siostry – Kerstin i Barbaro. Ta ostatnia opowiada o sobie i rodzinie. Tytułowe dziewczęta to dwie rezolutne szesnastolatki, bliźniaczki, które z wielką radością opuszczają z rodzicami miasto, i przenoszą się na szwedzką wieś. Ich ojciec, kiedyś zawodowy wojskowy, ma zamiar stać się rolnikiem i gospodarzyć w majątku rodowym, który przez kilkanaście lat był w rękach dzierżawców. Ciężka praca na roli, dźwiganie majątku z ruiny, życie na wsi, nowi ludzie i zwyczaje. Kerstin i Barbaro są przeszczęśliwe w Lillhamra – tutaj zakochują się, cieszą się z obcowania z przyrodą i prostymi ludźmi, pomagają rodzicom w pracach polowych, doją krowy, jeżdżą do młyna, powożą końmi – ale … mają też swoje miejsca poziomkowe, w Noc Świętojańską skaczą przez dziewięć płotów i chowają ziele pod poduszkę, włażą na drzewa, objadają się czereśniami i sprzedają je do miasta. Zresztą  sami poszukajcie analogii z Dziećmi.

Podczas lektury nie mogłam opędzić się od myśli, że ta książka to swego rodzaju hołd dla miejsc rodzinnych i szczęśliwego dzieciństwa autorki. Wracała do nich w wielu swoich książkach, publikacjach, wspomnieniach. Dawało jej to siłę do życia. Popatrzmy na datę wydania Kerstin i ja – rok 1945. Trudny moment historyczny, czas niedoborów, biedy, tylu ludzkich nieszczęść. Lindgren pisze powieść o dobrym życiu, pozwala zatopić się w sielankowym życiu na wsi, jednocześnie wskazuje drogę do szczęścia – to bardzo prosta recepta: miłość i praca. Kerstin i Barbaro podążają tą drogą i czują się spełnione. Nie marzą o dyplomach, wyższych uczelniach, mają skromne potrzeby, umieją zrezygnować z bogatych strojów i ozdób i chcą pomagać, chcą czuć się potrzebne. Lindgren pisze tę książkę dla siebie i innych, jako swego rodzaju pokrzepienie serc. I choć dziś może z pewnością uchodzić za powieść staroświecką, jej lektura może sprawić niesamowitą przyjemność. Życie toczy się wolno, ludzie troszczą się o rodzinę i zwierzęta, dojrzewają zboża i trawy. Kerstin i Barbaro cieszą się każdą chwilą, potrafią zachwycić się ciszą, spotkaniem z drugim człowiekiem, letnim deszczem i szczęściem najbliższych. Nie ma tu sensacji, nie ma nagłych zwrotów akcji – ot zwykłe wiejskie życie, a jednak pełne uroku. Takich książek niestety jest coraz mniej. Jeśli lubicie takie klimaty, albo chcecie na chwilę wrócić do Bullerbyn, które tutaj nazywa się Lillhamra, koniecznie zajrzyjcie do tej książki.  

I jeszcze jedna refleksja – po lekturze naszła mnie niesamowita ochota podróży na Północ. Ja odetchnęłam tutaj świeżym czystym szwedzkim powietrzem, zatopiłam się  w zawilcach i pierwiosnkach, zachwyciłam białymi drewnianymi ławkami, poduchami w kratkę, domkami z drewna pomalowanymi na charakterystyczny czerwony kolor. I bardzo chciałabym zobaczyć to na własne oczy…kiedyś …

Napisałam wiele o moich subiektywnych odczuciach. To dla mnie taka trochę podróż w przeszłość. Czy zainteresuje współczesną młodzież? Trudno powiedzieć. Patrząc na aktualną ofertę wydawniczą, musi paść pytanie, czy dzisiejsze nastolatki zechcą wyjechać na prowincję, na wieś (w książce oczywiście!), gdzie toczą się rozmowy o snopowiązałce, gdzie chłopiec próbuje skraść uśmiech dziewczyny, a pocałunku nie śmie? Spróbujcie podrzucić córce, a potem napiszcie proszę, czy się spodobała. Polecam miłośnikom Dzieci z Bullerbyn.

Wiek 10+ (wydawca)

Ja raczej widzialabym z tą książką trzynastolatki + 99:)

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 17 marca 2010

Ponoć Liane Schneider zaczęła pisać o Zuzi dla swojej córki. Zresztą niemiecka odpowiedniczka naszej Zuzanny nosi imię córki autorki - Conni. Z tej prawdziwej dziewczynki – z krwi i kości, zrobiła się już pannica na wydaniu, ale to nie przeszkadza autorce, nauczycielce szkoły podstawowej, pracować nad kolejnymi odcinkami. W Niemczech – ukazało się do tej pory dwadzieścia małych książeczek, w Polsce – dziesięć, z czego ostatnio aż pięć nowości.  I tak maluchy idą z Zuzią do dentysty, przedszkola, spędzają kilka dni w szpitalu, czekają na braciszka lub siostrzyczkę, opiekują się kotkiem, uczą się jeździć na rowerze, na nartach, wyruszają na wieś. Duże małe problemy, cała szklana góra do pokonania, na którą naprawdę trudno się dostać. Dzięki tym książeczkom strach dostanie prztyczka w nos, a otaczający świat staje się bardziej dla dziecka na tak. Bo nie ukrywajmy – przedszkole, szpital, gabinet stomatologiczny spędzają sen z oczu nie tylko maluchom. Szczególnie to pierwsze miejsce jest ważne i chcielibyśmy, by dziecko dobrze czuło się wśród nowych ludzi, przedmiotów, w nowym miejscu  - a jeśli coś się nie układa, cierpimy razem z dzieckiem. Książki zachęcają do tego, by dziecko przygotować na pewne zdarzenia – krok po kroku, stopniowo, z cierpliwością, tak jak robią to rodzice Zuzi, którzy pojawiają się w każdej części – tłumaczą, opowiadają, czasem z humorem, z przymrużeniem oka, bez nadętego moralizowani. Są zawsze – wspierają, wzmacniają, dodają odwagi, przekonują, że Zuzia sobie radę da. I tak jest faktycznie – Zuzia bierze byka za rogi – swoimi małymi dziewczęcymi rączkami, z ukochanym misiem – przytulanką u boku. I zdaje się mówić do naszych maluchów z kolorowych ilustracji – Skoro ja mogę to i wy możecie…

 

Zuzia idzie do dentysty

Bardzo ważny odcinek. Maluchy dowiedzą się, że w gabinecie stomatologicznym na pewno nie ma wiertarki, a pan / pani doktor to też człowiek, z którym nawet można się zaprzyjaźnić.

 

Zuzia idzie do przedszkola

I rodzice, i dzieci na własne oczy zobaczą, że przedszkole jest naprawdę fajnym miejscem na ziemi. Reakcja mojego Tomka po lekturze – Mamo, jak ja kocham moje przedszkole i panią Honoratkę i nasz plac zabaw!!! – życzę równie entuzjastycznego odbioru tej lektury. Niestety nasz Tomek ostatnio chadza, a nie chodzi do przedszkola. Jak my czekamy na wiosnę!!!

 

Zuzia w szpitalu

Dobra nauka dla moich smyków – głupie pomysły mają czasem przykre konsekwencje. W przypadku Zuzi jest to szpital – miejsce owiane legendą. Niestety, jak trzeba, to trzeba i inaczej się nie da. Książka pokaże, że wszystko jest dla ludzi, a szpital nie taki straszny, jak go malują.

 

Zuzia i nowy dzidziuś

Książka pomaga przygotować maluchy na pojawienie się nowego członka rodziny. Warto po nią sięgnąć dużo wcześniej, rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. I cieszyć się na braciszka/ siostrzyczkę. Wspólnie.

 

O książce Zuzia i jej kotek pisałam tutaj

Wiek 3+ 

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 15 marca 2010

Kuszą, oj kuszą:)......................

Tajemnica człowieka z blizną - Paweł Beręsewicz

Każda rodzina ma swoje tajemnice. A już dzieciom to niczego się nie mówi. 12-letni Jasiek nie cierpi półsłówek i uśmieszków pod nosem – postanawia sam dojść prawdy: skąd u mężczyzny, tak blisko z nim spokrewnionego, skrywana dotąd pod krzaczastą brodą – blizna? Może się pojedynkował? Może działał w opozycji? Wyobraźnia podsuwa Jaśkowi różne rozwiązania…

 Literatura

Muzyka pana Chopina - Wanda Chotomska

Cała Polska czyta dzieciom! 20 minut dziennie – codziennie…A muzyka? Ile minut dziennie zajmuje nam słuchanie Muzyki? Tej Muzyki przez duże M?
Muzyka Pana Chopina – książka z płytą ze znakomitymi nagraniami utworów Chopina – to szansa na poszerzenie wiedzy o kompozytorze i zaznajomienie się z jego twórczością.
Szansa nie tylko dla dzieci. Dla dorosłych też, bo na pytanie: – Jak należy pisać dla dzieci? – odpowiadam zawsze: – Tak, żeby dorośli nie nudzili się przy czytaniu.
A teraz – zapraszam do czytania i słuchania. Wszystkich, małych i dużych.
Najserdeczniej jak potrafię – zapraszam
Wanda Chotomska

Literatura

Włosy mamy - Gro Dahle

To niezwykła opowieść o chorobie (depresji) rodzica. Prosta, wypełniona metaforą historia o narastającym chaosie w uczuciach dziecka, które samo próbuje zrozumiec coś, co jest dla niego niezrozumiałe. Samo próbuje działać, by móc odzyskać spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Poetycki język Gro Dahle doskonale współgrający z ilustracjami Sveina Nyhusa sprawiają, że "Włosy mamy" to źródło nie tylko głębokich przeżyć emocjonalnych, ale też wyjątkowych doznań artystycznych.

Książka, która na długo pozostaje w pamięci.

EneDueRabe

Koniec świata i poziomki - Anna Onichimowska

Niesamowita historia o pewnej podróży dwójki dzieci z rodzicami, podczas której pojawia się magia i wplata w ich przygody. Niesłychana wyobraźnia autorki pozwala czytelnikowi na przebywanie w fantastycznym świecie czarów, czasem śmiesznych, a czasem groźnych. Jednak najważniejsze przesłanie brzmi: najbezpieczniejszy jest dom rodzinny. W obecnym, nowym wydaniu książki Onichimowskiej atmosferę tajemnicy i niezwykłości podkreślają przepiękne ilustracje wybitnego polskiego grafika Pawła Pawlaka.

Znak

Podręczny Nieporadnik. Grzebień - Wojciech Widłak/ Paweł Pawlak

Wielce Poważnych Badań Naukowych ciąg dalszy. Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas, nie zważając na dujące wichry, ni trzaskające mrozy, dzielnie prowadzą swoje eksperymenty. Po przeanalizowaniu niezastosowań młotka, przyszła kolej na kolejny przedmiot użytku codziennego - grzebień! Czerwony Konik, świadom doniosłości pro­wadzonych badań, już wkrótce zaprezentuje Państwu ich wyniki.
"Podręczny nieporadnik. Grzebień" to kontynuacja ,"Podręcznego nieporadnika. Młotka" - Najpiękniejszej Książki Roku IBBY 2009. Jest po pierwsze zupełnie nieprzydatny, po drugie zupełnie niepoważny, po trzecie do łez śmieszny.

Czerwony Konik

środa, 10 marca 2010

Obrazek pierwszy (sprzed kilku tygodni):

-Mamo, co dzieci robią w tych budkach i czemu wszystkie są tak samo ubrane? – padło pytanie z ust mojego Tomka, a ja poczułam jak ścisnęły się moje serce i gardło i najzwyczajniej w świecie mnie zatkało. Znana i często pojawiająca się migawka w telewizji przedstawiająca najmłodszych więźniów Auschwitz. I co ja miałam powiedzieć? Nie zareagowałam z przejęcia i mały wrócił do rysowania Indianina na koniu. Kolorowy świat barwnych pióropuszy, skórzanych mokasynów, łuków i wigwamów. Świat, jakiego wiele dzieci zza drutów, nigdy nie znało. Świat, jaki im brutalnie odebrano. Nie, wcale nie stchórzyłam. Wiem, że kiedyś będę musiała mu o tym powiedzieć. Ale jeszcze nie teraz. Tego, co się stało, ja nie mogę pojąć, a co dopiero pięciolatek…

Obrazek drugi (Ostatni weekend. Wiosenne porządki w szafie):

-Ten plecak mieliśmy w górach. O jest nawet papierek po krówkach. Schował się w małej kieszonce ( i przypomina o braku sił, który nadrabialiśmy słodkimi kaloriami). A to torba babci Basi. Miała ją u cioci Moniki w Danii.

Dzieci mogą opowiadać tak godzinami – potem ładują się do wielkiej walizki na kółkach i udają, że to łódka -  i płyną, płyną – ku przygodzie, w ciekawe miejsca. Walizki, plecaki torby budzą tylko ciepłe i przyjemne wspomnienia…

Obrazek trzeci:

Rok 1939, Nowe Miesto w Czechosłowacji. Dwójka rodzeństwa – ośmioletnia Hana i troszkę starszy George przyszli do kina, by obejrzeć film o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. Nie wpuszczono ich. Byli Żydami…

Walizka Hany nie budzi ciepłych wspomnień. Towarzyszyła młodziutkiej Żydówce w drodze na śmierć. Przebyła długą drogę - najpierw z Nowego Miesta w Czechosłowacji do getta w Terezinie, potem do Oświęcimia. Po latach w 2000 r. trafiła do Japonii do Tokijskiego Centrum Holokaustu. Stało się to dzięki staraniom Fumiko Ishioki, która chciała zdobyć dla Centrum jakiś przedmiot, który byłby pamiątką po ofiarach tych strasznych zdarzeń. Zwróciła się z prośbą do różnych instytucji na całym świecie – wysłuchało ją tylko Muzeum w Oświęcimiu. Po wielu miesiącach starań i niepokojącej ciszy, przysłano walizkę, na której ktoś napisał białą farbą: „Hanna Brady – sierota”.   I tu zaczyna się ta piękna i wzruszająca historia – nieznanej właścicielki skórzanej walizy, jakich setki tysięcy przybyły do Auschwitz, a które lądowały na wielkich stosach walizek z całej Europy. Wśród nich była ta jedna. Nie była bezimienna – przecież ją podpisano Walizkę obejrzały japońskie dzieci – a te wiadomo – w każdym miejscu kuli ziemskiej zawsze mają mnóstwo pytań: Kim była Hana? Dokąd jechała z tą walizką? Fumiko postanowiła poznać zagadkę Hany – a było to nie lada wyzwaniem. Pokuszę się o stwierdzenie: to tak, jakby szukać igły w stogu siana. Podróże po całym świecie, listy, spotkania. Dzięki temu możemy przeczytać wzruszającą historię o małej Hanie, która tak jak nasze dzieci lubiła się bawić, rysować, jeździć na nartach, jeść ciastka z kremem. Poznajemy ją w rodzinnym mieście, wśród kochających bliskich, otoczoną gronem najbliższych przyjaciółek, które potem coraz bardziej odsuwały się od niej. Nie mogła zrozumieć tej wojny. Nawet nie starała się zbytnio. Getto, codzienne życie w nim, w końcu ostatnia podróż życia. Historia z przeszłości przeplata się ze współczesnością. Z jednej strony ta podróż w czasie tłumi trochę emocje, daje chwilę na oddech – by ochłonąć, by mieć czas na refleksję, może nawet otarcie łez. Ze zdjęć uśmiecha się do nas Hana w malutkim koczku i jej brat Georg – w modnych pumpach. Z drugiej strony, zestawienie dwóch światów, ten kontrast, wywołuje niesamowite reakcje w czytelniku – każe stawiać pytania o sens wojny, jakiejkolwiek wojny,  każe wręcz tupnąć nogą, wrzasnąć ze złości i zadać pytanie, wiedząc, że i tak nikt nie udzieli nam na nie odpowiedzi. DLACZEGO?

Nie znajdziemy tutaj opisu drastycznych scen, cierpień i męczarni, okrucieństwa, szczegółów życia w getcie, jakie często spotykamy w literaturze obozowej. To zaledwie malutki wycinek wydarzeń sprzed lat, taki które może zrozumieć starsze dziecko. To opowieść o smutku, żałobie po bliskich, ale jednocześnie nadziei, że wszystko obróci się ku lepszemu. Podsuwając dziecku tę lekturę na pewno trzeba o niej porozmawiać, wyjaśnić wydarzenia z przeszłości, dopowiedzieć – dawkując oczywiście pewne informacje – ze zrozumiałych względów, odpowiedzieć na pytania.  

Spoglądam na rysunki mojego Tomka. Przywieszone kolorowymi klamerkami do sznurka na ścianie. Traktory, samochody, mama – czyli ja, w kolczykach i ustach  w odcieniu meksykańskiej czerwieni. I rysunki Hany – pociąg, pasażerowie, piknik nad rzeką…W Terezinie narysowała kilka obrazków. Tylko tyle zostawiła po sobie….Dziś Hana miałaby 79 lat, ale przeżyła tylko trzynaście lat. Dlaczego ją zabito? Urodziła się Żydówką… Mogłaby być babcią mojego dziecka, które przywiesza kolejny portret naszej rodziny na domowej wystawie Dzieł Sztuki. Cóż za straszne uczucie - stracić rodzinę...

Nigdy jeszcze nie oceniłam tutaj książki w skali np. 1-6. Najlepszą ocenę książkom wystawiają dzieci – jedne lubią bardziej, inne mniej, a niektórych – w ogóle. Robię wyjątek, by zwrócić uwagę na Walizkę Hany, o której nigdzie wcześniej nie czytałam. A szkoda. To książka WAŻNA, MĄDRA, WZRUSZJĄCA. Bardzo polecam!

Jak rozmawiać z dzieci o Holokauście? Myślę, że odpowiedź znajdziecie właśnie tutaj.

Walizka Hany powstała na podstawie dokumentalnego słuchowiska radiowego.

Moja ocena 6/6

Wiek 10+

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 08 marca 2010

Co kupić dla małej Marysi, która przyjechała do nas na kilka dni w odwiedziny? W księgarni dostaliśmy oczopląsów – taki wybór i trudno się było nam zdecydować. Maria dopiero w lipcu skończy dwa latka, ale już teraz dzielnie czyta z mamą Basią, a przy tym mądruje się, że ona czyta najlepiej. W końcu z Tomkiem zdecydowaliśmy się na klasykę. Nie ma to jak dobra, kochana Astrid Lindgren. Oczywiście zajrzeliśmy do środka, oczywiście, że przeczytaliśmy (też tak robicie z prezentami książkowymi?). I trochę nam szkoda tej książki, że poleci do Anglii…. I w dodatku ta wiosna…. Idziemy z Tomkiem z księgarni i mówię do syna: Wiesz, Tomek, czuję wiosnę. Na to moje dziecko odpowiada – A ja czuję dym. Koniec romantyzmu. Ech ci mężczyźni…

W Bullerbyn dzieciaki zgłupiały na wiosnę. Latają w kaloszach po kałużach (na bose nogi!), łażą po płotach, brodzą w strumieniu, zrywają kwiaty, piknikują, skaczą z dachu drewutni, dosiadają byka, chodzą po dachu obory, skaczą dookoła ogniska. Oszalały zupełnie. Wszystkie bez wyjątku. Kątem oka patrzę na Tomka i widzę ten jego błysk w oku. Podoba mu się. Zaczynam zastanawiać się, czym zaskoczą mnie moi synowie na wiosnę. Przyznaję, że przeżyłam z nimi już wiele i aż gęsiej skórki dostaję na myśl, co jeszcze przed nami. Wiosna w Bullerbyn to taki trochę misz – masz, z tego co było w Dzieciach z Bullerbyn z czymś nowym, specjalnie na tę okazję napisanym. Na pewno przypominam sobie scenę – na płocie i małego Pontusa. Dla tej reszty, której w Dzieciach nie ma i dla znakomitych ilustracji Ilon Wikland, warto sięgnąć po tę książkę. Świetnie wydana, na papierze , który kojarzy mi się Elementarzem Falskiego. Pewnie i tak ją kupię. Dla nas….

A swoją drogą te dzieci miały naprawdę niewiele, a były szczęśliwe. Może to jest właśnie prosta recepta na szczęście – być, a nie mieć….

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

 

 

Blogom książkowym poświęcono dość obszerny artykuł w miesięczniku Biblioteka w szkole (02/2010). Co mnie cieszy, znalazł się tam wpis również o moich blogach Półeczce i Brulionie Be.el. Wszystko pięknie, ładnie, tylko… No właśnie autorka artykułu podała, że obydwa blogi prowadzi… Małgorzata Strzałkowska. Przyznaję, że mam dość duże poczucie humoru i nieźle się ubawiłam. Choć myślę, że lepiej pewne informacje sprawdzać. Pomijając już jednak to cale nieporozumienie, przedstawiono mój blog jako miejsce, do którego warto zaglądać, za co dziękuję i zapraszam. Pozdrawiam. Bernadeta

czwartek, 04 marca 2010

W małej szwedzkiej dziewczynce zakochaliśmy się po naszej wspólnej wyprawie do Paryża, książkowej oczywiście, a to za sprawą Linnei w ogrodzie Moneta.

Rok z Linneą przeczytaliśmy od razu, a teraz co kilka dni wracamy do niej. Podzielona na poszczególne miesiące, zachęca, by etapami odkrywać z dziećmi otaczający świat przyrody – rośliny, zwierzęta.

Linnea to imię pochodzące od małego różowego kwiatka, zimoziołu, który po łacinie nazywa się Linnaea borealis.

Tak właśnie wygląda ten kwiatek (zdjęcie znalazłam tutaj)

Linnea jest wielką miłośniczką przyrody. Wiele uczy się od dwójki starszych przyjaciół – pana Blomkvista ogrodnika i pana Kalle właściciela małej działki za miastem. To swego rodzaju podróż przez świat przyrody w ciągu całego roku. I tak: w styczniu – Linnea podaje mnóstwo informacji o dokarmianiu ptaków, w lutym – o przesadzaniu kwiatów i o tym, co dzieje się pod śniegiem; w marcu szukamy z nią wiosny. Tutaj dzieci dowiedzą się też, jak szanować przyrodę. W kwietniu Linnea sadzi rzeżuchę, gorczycę, orzeszki ziemne. W maju suszy kwiatki do zielnika - robi to z taką pasją. Podaje przepis na zupę z pokrzyw. Tak, tak – z tych, co tak strasznie parzą. Ponoć w zupie są całkowicie bezpieczne. Tutaj znaleźliśmy też przepis na latawiec – nie taki ze sklepu, gotowy, ale z listewek i folii. W czerwcu Linnea plecie wianki z mniszka lekarskiego. W lipcu robi sok z czarnego bzu i szuka skarbów na plaży, a w sierpniu próbuje zatrzymać lato. Jak? Susząc kwiaty na bukiety. A we wrześniu - liście drzew. W październiku robi koronę z kolorowych liści, w listopadzie troszczy się o rośliny cebulowe, a w grudniu przyozdabia bożonarodzeniowe drzewko i sama robi prezenty dla najbliższych.

Autorki korzystały przy pisaniu książki z pomocy wielu osób i instytucji – np. Szwedzkiego Muzeum Historii Naturalnej, sklepu z nasionami, Obserwatorium ze Sztokholmu, ogrodu botanicznego, znawców ptaków, szczurów. Każdy miesiąc to notatki Linnei – co robiła, jak i z kim. Dziecięcym językiem opowiada o kwiatach, ptakach, szkodnikach, gwiazdach. Nie brak tu humoru (w zielniku – przy zasuszonej Niezapominajce Błotnej – dopisek – Przez pomyłkę zasuszyłam też mszycę), dziecięcej radości i emocji (Ojej! Ile gwiazd!).

Książka pełna jest jeszcze wielu innych pomysłów i informacji, które zaciekawią nie tylko dziecko, a rodzicom podpowiedzą, jak w prosty i tani sposób rozbudzić ciekawość, zainteresować tym, co się dzieje zaraz obok nas. Na końcu książki znajdziecie mnóstwo dalszych wskazówek w Dowiedz się więcej: ciekawe książki, strony, miejsca, a wszystko to z myślą o polskim czytelniku – czyli przegląd naszej rodzimej oferty.

Lena Anderson jest mamą sympatycznej buzi Linnei. W słomianym kapeluszu, z filuternymi czarnymi kosmykami, uśmiechem od ucha, miną małej odkrywczyni, w blasku ekologicznej biżuterii – przesympatyczna i przemiła. Dzieci na pewno ją polubią.

Jestem zachwycona tą książką i moje dziecko również.  Podobnie jak Linnea w ogrodzie Moneta – i ta cześć jest – piękna, prosta, łatwo zapadająca w pamięć. Myślę, że ważna jest zwłaszcza dziś, gdy czasem zagonieni za czymś tam, nawet nie mamy czasu dostrzec tego, co wokół nas się dzieje. To już wiosna? Ach, a dopiero minęły święta. Tak, właśnie tak.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 02 marca 2010

Morze ciche, wydane już jakiś czas temu, cichutko przycupnęło na półeczce, niepozorne, skromne. Książka o głuchym chłopcu nie jest z pewnością lekturą dla każdego – wiele w niej smutku, bólu dziecka nie akceptowanego przez ojca, zamkniętego we własnym świecie. Świecie, w którym dźwięki trzeba sobie najpierw wyobrazić, by je potem móc usłyszeć, odczytać z ruchu ręki innej osoby. Jak usłyszeć szum morza, skoro nigdy wcześniej się go nie słyszało? Jak usłyszeć pisk mewy, płacz siostry, wrzask pijanego ojca?

Urodziłem się za wcześnie. Zbyt wcześnie rano. Lepiej urodzić się wieczorem, wtedy się i słyszy, i umie mówić. Rano rodzi się głuchym i nie umie się mówić, w południe tylko się słyszy, a jak się rodzi wieczorem, umie się wszystko.

Książkę przeczytałam kilka dni temu, a nadal siedzi w mojej głowie. Bardzo ją przeżyłam. Jako mama. Wzruszyłam się. Jako mama. Bo było mi tak strasznie żal chłopca, który nie zaznał smaku przyjaźni z ojcem, wygłupiania się, męskich bójek na niby, kolczastych tatowych pocałunków. Za to poznał smak poniżenia i odrzucenia. Było mi tak bardzo żal, że nie poznał smaku czułości ze strony matki, że ta była piękna tylko wtedy, gdy opiekowała się siostrą Emilia. Zdrową siostrą. Zaświeciło słońce na niebie, kiedy pojawili się Javier i seniora Anna. Przyjaciele chłopca, uczący go optymizmu, a przede wszystkim akceptowania siebie. To za ich sprawą często pojawiał się uśmiech na twarzy chłopca. I znów ból i znów łzy.

W książce nic nie jest łatwe – ani relacje między ludźmi, ani zakończenie. Przez to jest tak bardzo prawdziwa, mądra. Niestety – cudu nie będzie – Emilio, jak to w różnych bajkach bywa – nagle za dotknięciem różdżki słuchu nie odzyska. To ważna informacja dla tych, którzy zechcą książkę podsunąć dziecku. Ja nie zostawiłabym go sam na sam z tą lekturą – pewne sprawy trzeba wyjaśnić, wytłumaczyć. Kolor czarny w życiu istnieje – to ważna nauka dla dziecka, ale jestem zwolenniczką stopniowego i subtelnego oswajania z nim. Przy tej książce jest to konieczne…

Piękna książka, pełna poezji, z przesłaniem – może okazać się też ważną książką dla dorosłych. Smutna i wzruszająca. Historia ta została najpierw opowiedziana za pomocą ruchu i muzyki. Dopiero później autor ubrał ją w słowa i tak powstała ta opowieść. Jest to dowód na to, że tak wiele można wyrazić bez słów – gestem, mimiką, ruchem, tańcem. Otoczeni różnymi dźwiękami, hałasem – pewnie z przyjemnością zatrzymamy się, by posłuchać… ciszy. A tej w książce jest jej pod dostatkiem. Naprawdę warto.

Książka marca...

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia  

bizrate

Tidy Books

Great Little

Tidy Books