Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
sobota, 27 grudnia 2014

Inna niż zwykle książka o Bożym Narodzeniu. Samo święto jest gdzieś w tle. A może jednak nie? Bo stało się coś ważnego w życiu Małgorzaty Goden - jej życie w wigilijną noc nabrało barw i sensu. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nie, to ludzie otwarli jej serce na innych. W tym czasie naprawdę cuda się zdarzają.

Małgorzata, staruszka,  zdaje sobie sprawę, że bliżej jej do grobu niż do świata żywych. Nie walczy z tą myślą, tylko stara się podporządkować życie starości. Odpowiednio stawia kroki w domowych kapciach, by się nie przewrócić, nie wychodzi na zewnątrz, by uniknąć napadu rabunkowego, nie wyjeżdża, nie utrzymuje intensywnych kontaktów z innymi ludźmi, nie narzuca się dzieciom. Nie chce, by ktoś przejmował się jej starością i stanem zdrowia. Nie chce być dla nikogo ciężarem. Jej życie ogranicza się do czterech ścian wygodnego domku, w którym wszystko ma swoje miejsce, nawet całoroczna ozdoba bożonarodzeniowa, włączana raz w roku pod koniec grudnia, posiłki przywożone przez firmę cateringową na cały tydzień, święta spędzane samotnie mimo posiadania bliskich. Małgorzata wydaje się być osobą bardzo stanowczą. Jak coś postanowi - tak jest. Samotnie spędza długie dnie w pustym domu, wspomina przeszłość i męża. W wigilijną noc ktoś puka do drzwi. Najpierw prosi o możliwość zatelefonowania, potem skorzystania z toalety. Tajemniczy nieznajomi z samochodu utkniętego w zaspie zupełnie nieświadomie są sprawcami wielkiej przemiany Małgorzaty. Książka oczywiście kończy się w pewnym momencie - ale ja w głowie dopisuję ciąg dalszy. Małgorzata wsiądzie w samolot i pojedzie na święta do swoich dzieci, albo wykona telefon i zaprosi najbliższych do siebie.

India Desjardins porusza tutaj problem starości. Odczuwalny tak dotkliwie właśnie w czasie świąt Bożego Narodzenia - najbardziej rodzinnych świąt, podczas których (przynajmniej w naszej kulturze) dba się o to,  aby tego wieczoru nikt nie był samotny. Tutaj Małgorzata podjęła decyzję o świętach solo - i wszyscy to akceptują. Może właśnie z powodu zdecydowanego sprzeciwu dzieci staruszka święcie wierzy w prawidłowość swoich postanowień? Na wielu stronach odczuwa się te samotność, przerywaną od czasu do czasu programem telewizyjnym lub radiowym. Słychać miarowe człapanie w kapciach, zasuwanie zasłon przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów, To dom, gdzie wszystko ma swoje miejsce, nie słychać gwaru dzieci, nie ma kołtunów kurzu, gdzie w powietrzu unosi się duszący zapach stęchlizny. 

Ilustracje od razu skojarzyły mi się z obrazami Edwarda Hoppera, amerykańskiego malarza żyjącego w latach 1882 -1967. Widzimy Małgorzatę z różnej perspektywy, w różnych sytuacjach. To właśnie obrazy przeważają w tej książce. Duże, często z z charakterystycznym cieniem na ścianie, fotelu, twarzy staruszki. Kanadyjski ilustrator za Wigilię Małgorzaty otrzymał BolognaRagazzi Award 2014.

Choć sama książka należy do tych świątecznych, można po nią sięgać przez cały rok. Bo tak jak pisałam, święta są gdzieś w tle. Istotnym problemem jest tu starość - człapiąca, samotna, niewygodna. Może za sprawą tej książki młodsze pokolenie z większą wyrozumiałością i cieplejszym okiem spojrzy na ludzi starych wokół nich. To książka poniekąd o nas wszystkich, bo starości nie da się uniknąć. A jaka ona będzie?

Wiek 10+

Wydawnictwo Dwie Siostry

niedziela, 21 grudnia 2014

 

Do książki Marcina Prokopa, dziennikarza (i nie ukrywajmy - również celebryty) podchodziłam jak do jeża. Przy wysypie różnych książek zwierzeń (nie zawsze do końca prawdziwych, naciąganych), wywiadów rzek, w których znani i lubiani (bądź nie) otwierają swoją duszę przed nami - pomyślałam sobie: kolejna książka o wszystkim i niczym, napisana, by było wielkie halo. Dałam szansę najpierw Prokopowi dla dorosłych. To dlatego książka o Longinie leżała na półce i czekała jak na oswojenie jeża. Sięgnęłam po "Wszystko w porządku. Układamy sobie życie", napisane razem z Hołownią. A że jestem zwierzęciem absolutnie nie - telewizyjnym i nie dałam się oczarować słodkim (ponoć) oczętom dziennikarza, sama wyrobiłam sobie zdanie na temat. I ... wsiąkłam. Najpierw w książce cegle, wagi słusznej, która pozwoliła mi podsumować - Facet ma po kolei w głowie (o tym że Hołownia tak ma - już się wcześniej przekonałam - też lekturowo), potem w Longinie, który okazał się fajną lekturą - wyprawą do przeszłości - kiedy komuna szalała, a ludzie radzili sobie jak mogli, by wytrwać, może nawet przetrwać w absurdalnej rzeczywistości różnych braków i niedoborów.

Prokop ciut młodszy ode mnie, napisał książkę dla swojej córki Zosi. Przedstawił w niej swoje dzieciństwo - którego ni w ząb współczesne małolaty i nastolatki pojąć nie mogą. Bo jak zrozumieć choćby to, że pół klasy miało to samo (chińskie) wyposażenie piórnika (ach te kredki świecowe z pandą i pachnąca gumka do mazania), albo te same relaksy. "Taaa" - usłyszałam kiedyś od zaprzyjaźnionej osobniczki nastoletniej - "Ciągle mówicie o tych relaxach, które ponoć na nogach pół szkoły miało, a teraz te buty kosztują kilkaset złotych. Nie narzekajcie, wcale tak źle nie mieliście". I bądź tu człowieku mądry.

Prokop opisuje swoje dzieciństwo w latach PRL-u z przymrużeniem oka. Był zwykłym dzieckiem (no - może trochę za ...długim, co mu utrudniało nie raz życie), które doskonale radziło sobie w tamtej rzeczywistości. Broił że hej, miał swoje marzenia (jednym  z nich było Atari ojca), często musiał wychodzić z opresji. Ot zwykłe, codzienne życie młodego chłopaka, który musi walczyć o swoje miejsce na życie z Bracholem. Czasem odpyskuje rodzicom, podpadnie dziadkom (ach to radio nastawione podczas codziennej drzemki). I właśnie w te codzienne perypetie zwykłego chłopaka z podwórka Prokop wplótł elementy PRL-owskiej rzeczywistości. Nie zawsze śmiesznej. Bo obok słynnej oranżadki w proszku, saturatora, krzywych ścian, niedopasowanych mebli, jest Smutny Pan w ciemnych okularach, do którego Martuś (Prokop) pisze list z prośbą o oddanie paszportów, które ów Pan pewnie trzyma pod "łószkiem", a bez których nie można wyjechać na wakacje tam, gdzie by się chciało.

Prokop pokazał dorastanie dzieciaków bez współczesnych gadżetów i nadmiaru zabawek - smartfonów, laptopa, tabletu, Internetu. Był wtedy czas dla kolegów, na wyprawy, wspólne zabawy, poznawanie świata i .... brojenie. Ludzie mieli mniej, ale byli dla siebie. Sami załatwiali swoje sprawy - kiedy coś się stało (np. gdy groziło wyrzucenie ze szkoły) babcia robiła pyszne pączki i udawała się do dyrektora szkoły. Pomijając wszystkie smaczki PRL-owskie, książkę dobrze się czyta. Jest dużo śmiechu i możliwości podpatrzenia życia w czasach, które jeszcze niedawno były wyraźnie w nas namacalne, w pamięci i doświadczeniach.

Autor nie ocenia - to zostawia nam. Nie traktuje tych czasów jako coś złego albo dobrego. To element jego życia. Jego dzieciństwo - na które z wiekiem też człowiek patrzy inaczej. Powstała książka, którą podobnie jak równe buty w całej klasie, można dopasować do niejednego z nas. Ta historia rodzi kolejne - tym razem w naszych głowach, bo nie ukrywajmy, odzywają się wspomnienia, i te śmieszne i te przykre.

A swoją drogą - ta lektura dla mnie, jako mamy dwóch (nie zawsze znośnych) chłopaków, niesie  ciekawą naukę, że nawet z największego łobuza, ludzie potrafią wyrosnąć. Fajni ludzie (puszczam oko do Prokopa - choć on nie wie o moim istnieniu). Podobne uczucia naszły mnie, kiedy zobaczyłam szczerbate zdjęcie Arkadego Fiedlera w Puszczykówku  a pod nim (aż moja dusza zapiszczała z radości) - cytat z jego wspomnień - "Święty nie byłem":)))) Takie zdjęcie podbudowałoby na pewno babcię Marcina Prokopa,  która niejeden wybryk wnuka musiała przełknąć, a który lubiła podsumować tak: "Skończysz w poprawczaku!".

Polecam na pewno dorosłym, którzy swoje korzenie mają w PRL-u i współczesnym małolatom, by spróbowali chociaż nas zrozumieć, zwłaszcza w tych czasach, kiedy półki uginają się od dóbr wszelakich, kiedy można wyjechać do najodleglejszego zakątka świata, a nam musiała wystarczyć czekolada czekoladopodobna i wakacje nad polskim morzem (które i tak jest najpiękniejsze na świecie - to taka refleksja poparta już życiowym doświadczeniem:))))) 

Wiek 9+

Wydawnictwo Znak


piątek, 19 grudnia 2014

Kiedy czytaliśmy tę książkę na głos, nie raz naszła mnie taka oto myśl – takich książek już dzisiaj się nie pisze. Ossendowski to pisarz pokolenia, które żyło w czasach bez Internetu i telewizji. Trzeba było całość uplastycznić, by czytelnikowi łatwiej było sobie wyobrazić obrazy. Bo któż widział dawniej wilka, rysia czy puszczę? Niewielu. Teraz wystarczy wygooglać – i gotowe. Technika proponuje wirtualne spacery po świecie, wyprawę do miejsc, o jakich nam się nie śniło. Mało tego – wszystko musimy mieć natychmiast, szybko, nie lubimy czekać, ma się dziać dużo, najlepiej bez specjalnych prozatorskich dłużyzn (czyt. pięknych opisów). Proza Ferdynanda Ossendowskiego (1876 – 1945) jest dla ambitnych małych czytelników, którzy po uszy potrafią się zanurzać w tej niespiesznie prozie. Razem z Wackiem cierpliwie czekać przyczajonym na zwierzynę, razem z Mikusiem (z wilkiem właśnie) przyglądać się dziwom przyrody, które tu trwają i trwają. W końcu potrafią podziwiać świat dookoła, w którym mimo strasznej wojny – tu – na szczęście – czas się zatrzymał.

Wacek jest dzieckiem wojny. Najpierw traci ojca, potem matkę. Pomieszkuje kątem u obcych ludzi, których również zły los nie oszczędza. W końcu trafia do leśniczówki gajowego Piotra. Tutaj znajduje bezpieczne schronienie, strawę, kąt do spania, życzliwych ludzi, którzy kochają go i opiekują się nim. Wszędzie dookoła Niemcy – Wacek opiekuje się domem, jego schorowaną żoną, w wolnej chwili poznaje puszczę.

Autor dużo miejsca poświęcił opisom przyrody, zachowaniu zwierząt w lesie, ich reakcjom na różne niebezpieczeństwa. Koncentruje się na opisach przeżyć wewnętrznych chłopca – na temat jego życia, przyjaźni  Mikusiem. Nie brak tutaj też opisów wojny – ja niektóre opuszczałam. Książka została napisana w czasie wojny (ukazała się po śmierci pisarza w 1947r.). Ludzie tyle przeszli, nie raz widzieli śmierć. Ja niektóre wypadki wyprzedzałam, czytałam najpierw dla siebie, potem streszczałam, ale oszczędzam szczegółów.

Taka lektura bardzo uwrażliwia na nieszczęście drugiego człowieka, pokazuje piękno przyjaźni międzyludzkiej i ze zwierzęciem. Minusem tej książki jest to, że na pewno pojawi się życzenie posiadania psa – co nie w każdym przypadku niestety jest możliwe.

Warto poczytać również informacje o życiu Ossendowskiego - obywatela świata, który z niejednego pieca chleb jadł. 

Wiek 9+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

czwartek, 18 grudnia 2014

Lubię książki, które pokazują dzieciom, że matematyka wcale nie taka straszna i że jest praktycznie wszędzie. Gdzie się człowiek nie obejrzy - matma i już. Ta propozycja jest dla trochę starszych dzieci - nie ogranicza się bowiem tylko do prostego liczenia, ale wprowadza kilka trudniejszych pojęć. Są przede wszystkim większe liczby, mnożenie do stu, dzielenie, pierwiastkowanie, figury geometryczne. Bardzo fajnie wypadł dział o tym, jak dawniej mierzono i dzielono na części - to taka mała wyprawa do przeszłości. Największy entuzjazm wywołała wizyta w sklepie. Tutaj dopiero można się przekonać, co to znaczy matematyka w dniu codziennym. Jeśli ktoś marudzi, że jemu tylko potrzebne do życia jest dodawanie i odejmowanie, tu przekona się, że czasem trzeba policzyć procenty, zaokrąglić cenę, zapakować towary do kartonu (kłania się geometria). Dzieci z przyjemnością spróbują wydostać się z matematycznego labiryntu, sprawdzą swoje umiejętności matematyczne w grze Węże i drabiny, poznają rachunek prawdopodobieństwa. Oczywiście dużą atrakcją są okienka ukryte w obrazkach, które kryją dodatkowe treści, odpowiedzi na pytania i ciekawostki. Niekiedy, gdy przeoczy się okienko tu czy tam, jest wielka radość, gdy podczas kolejnego czytania natrafia się na miejsce, w którym się jeszcze nie było.

Książka bogato ilustrowana, kolorowa, na sztywnych kartkach, dużego formatu. Ciekawy pomysł na rozbudzenie apetytu matematycznego i pogłębienie wiedzy. Mimo że wiedzy jest sporo, jest to książka obrazkowa, w której za pomocą bajkowych ludzików, zabawy, autorzy podjęli się trudnego zadania - oswojenia matematyki. Myślę, że im się to udało.


Wiek 5+

Wydawnictwo Olesiejuk


poniedziałek, 15 grudnia 2014

W książce dziecięcej chyba rzadko spotkać można sequele? Jeśli jest inaczej - proszę mnie uświadomić (tak, tak - wiem o Powrocie do Stumilowego Lasu:). W każdym razie ta książka to swego rodzaju sequel właśnie - starej baśni arabskiej Ali Baba i czterdziestu rozbójników. Nie tylko dorośli mają ochotę na literacki ciąg dalszy - niekiedy dopisywany po latach, często przez zupełnie innego autora, z wielką ostrożnością wybranego przez spadkobierców. Tutaj propozycja dla najmłodszych.

O tym jak Ali Baba dostał się do skarbca zbójników i jak ich pokonał, opowiadać raczej nie muszę - propozycje książkowe i filmowe wypełniły bowiem swoje zadanie. Posłuchajcie natomiast, jaki pomysł na dalsze losy bohatera miał Józef Wilkoń. Otóż w jego książce Ali Baba chce jeszcze więcej bogactw i dlatego sam zostaje rozbójnikiem. Staje na czele bandy czterdziestu kamratów. Karawany boją się go, a jego niecne czyny znane są w całej Arabii. I tak jest aż do czasu, kiedy na drodze Alego stanie piękna branka.

Opowieść opowieścią - widać, że Józef Wilkoń bawi się i słowem i motywami, wpędzając nas, czytelników w ciemny zaułek, serwując nam zakończenie, którego chyba jednak nikt się nie spodziewał. Najpiękniejsza jest historia opowiedziana obrazami - to majstersztyk. Noc nad pustynią budzi namacalny strach, piasek i skały sprawiają wrażenie jakby były prawdziwe. Mieni się złoto arabskich kupców, słychać tętent kopyt końskich, szczęk szabli. Autor co rusz każe nam obserwować sceny z różnej perspektywy - niekiedy całkiem blisko. Brance Alego Imaz, można spojrzeć prosto w oczy, podobnie jak niektórym ze zbrojnych - widać wyraźnie ich twarze, uzbrojenie, pozycję w siodle, uchwyt uzdy. Jednak najwięcej oko cieszy perspektywa z lotu ptaka - kiedy trzeba wytężyć wzrok i szukać jeźdźców wśród skał, w mrokach nocy, w bladym świetle księżyca.Zlewają się z krajobrazem, trudno ich dojrzeć.

Wilkoń stworzył swoją ilustracją specyficzny klimat - czytelnik czuje się, jakby przeniósł się w zupełnie inne miejsce, inny wymiar. Zapomina o bożym świecie - więc misja została należycie spełniona. Polecam małym rozbójnikom (i ich rodzicom).

Wiek 5+

Wydawnictwo Czytelnik

niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczna propozycja dla najmłodszych. Gąska Zuzia razem z innymi zwierzętami – przyjaciółmi stoi pod pięknie ubraną choinką. Nagle pojawia się myśl – przydałaby się jeszcze gwiazdka z nieba, która przystroiłaby czubek zielonego drzewka. Gąska swoje marzenia przekuła od razu w czyn: wystartowała w górę, by zdjąć gwiazdkę z nieba. Ale to niełatwe zadanie. W pewnym momencie gąska traci kontrolę i nawet zaczyna jej grozić niebezpieczeństwo. Na szczęście – od czego ma się przyjaciół. Historia kończy się happyendem.

Bardzo ciepła i nastrojowa opowieść na długie zimowe wieczory o magii świąt i przyjaźni. Również o cudach, które mimo wszystko nadal się zdarzają.

Siłą tej książki są ilustracje. Można nawet pokusić się o snucie opowieści swojego autorstwa – tylko na podstawie obrazów. Dużym plusem jest wersja w języku angielskim.   

Wiek 2+

Wydawnictwo Babaryba

sobota, 13 grudnia 2014

Bullerbyn - trzy w jednym - czyli trzy opowieści, w dodatku bardzo bogato ilustrowane: Wiosna w Bullerbyn, Dzień Dziecka w Bullerbyn, Boże Narodzenie w Bullerbyn. Gratka dla miłośników wesołej ferajny z Hałasowa. Dwa pierwsze teksty zostały odrębnie napisane - jako samodzielne książki dla najmłodszych. Motyw bożonarodzeniowy pewnie znacie z grubaśnych Dzieci. Z dwóch pierwszych książek pewne elementy pojawiają się gdzieniegdzie, ale tych tytułów nie znajdziecie w wersji dla starszych. 

W Bullerbyn dzieciaki zgłupiały na wiosnę. Latają w kaloszach po kałużach (na bose nogi!), łażą po płotach, brodzą w strumieniu, zrywają kwiaty, piknikują, skaczą z dachu drewutni, dosiadają byka, chodzą po dachu obory, skaczą dookoła ogniska. Oszalały zupełnie. Wszystkie bez wyjątku. Taka jest wiosna w Bullerbyn:)

Dzień Dziecka w Bullerbyn to trochę taki wyraz tęsknoty zapyziałej prowincji za wielkim światem. Dzieci tęsknią do obchodów tego święta w Sztokholmie, o którym wyczytały w gazecie. Aż strach wyliczać, jakie niespodzianki szykują dla najmłodszej mieszkanki Bullerbyn. Na szczęście ktoś przychodzi po rozum do głowy i Dzień Dziecka przebiega już spokojnie i bez zakłóceń - bardzo bullerbynowo, na łonie natury, na zabawie, ze zwierzakami, w swoim miłym towarzystwie. 

A jak obchodzi się święta w zagrodach – Północnej, Środkowej i Południowej? Lisa opowiada jakie zwyczaje panują w szwedzkich rodzinach podczas gwiazdki - snopki owsa dla ptaków, wypiekanie pierniczków (jak ja od dawna poluję na foremkę prosiaczka do wykrawania pierników), zwożenie opału dużymi sankami, wyprawa po choinki, kolędowanie, ubieranie drzewka, prezenty dla przyjaciół, świąteczna kolacja, podczas której dzieci jedzą szynkę, kiełbasę, salceson, gotowaną rybę, ryż z cynamonem. Dalej - Święty Mikołaj, taniec wokół choinki, msza bożonarodzeniowa o świcie. 

Całość przypomina mi stare książki sprzed lat – papier w kolorze złamanej bieli, szorstki, książka szyta, wydłużony format. Jak dobrze, że Wydawca nie skusił się na lśniący kredowy papier.

Lektura obowiązkowa dla miłośników dzieciaków z Bullerbyn – bez względu na wiek.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

czwartek, 11 grudnia 2014

Oj ten Antonino! Ratując niedźwiedzia w pierwszej części (Antonino w walce z czasem) nawet nie przypuszczał, że ta historia tak się skończy. A jak? Z jednej strony przyjaźń, a z drugiej chęć na pobycie ... sam na sam z sobą. Bo przyznajmy - nawet najgorętsza miłość, najgorętsza przyjaźń potrzebują od czasu do czasu ciszy, spokoju, odosobnienia. Niekiedy trzeba wyjechać, wyjść, żeby zatęsknić. A tu Antonino nawet nie może śnić w samotności. Kiedy Antonino w swych snach ma zostać superbohaterem, pojawia się nagle Niedźwiedź, który spija najspokojniej w świecie śmietankę. I tu niespodzianka - nasz Antonino ma taką możliwość - tyle że właśnie wtedy docenia swojego przyjaciela, który w tym samym czasie .... spoko, spoko, nad wszystkim czuwa:)))))

Kolejna książka o przyjaźni - niekiedy niełatwej, o swoim ja i obszarach, w których chciałoby się samemu zaistnieć. Ale też i o tym, że dobry przyjaciel, nawet odsunięty na chwilę na bok, czuwa i jest gotowy by służyć pomocą i radą. Taki jest właśnie duet Antonino i Niedźwiedź. W ostatniej recenzji o tej sympatycznej dwójce trochę ponarzekałam na to, że Antonino tak (zdecydowanie za bardzo) skacze wokół Niedźwiedzia, że nie ma czasu dla siebie. Tutaj Antonina nachodzi refleksja - chce być sam, chociaż w snach. To krok do przodu. Tak trzymać, Antonino. Choć miła jest myśl, że gdzieś tam, jest ktoś, kto myśli o tobie:) ( w domyśle - Niedźwiedź)

Świetnie zilustrowana, z temperamentem południowców - wszak Antonino to Hiszpan. Sceny zmieniają się jak w filmie - wyczuwalny jest ruch, tempo. Mimo to, że książka traktuje o śnie, nie ma tu sennej atmosfery. 

Wiek 4+

Wydawnictwo Tako

środa, 10 grudnia 2014

Dziś będzie nie o wersji papierowej, ale o audiobooku. Pewnego jesiennego dnia jechałam z dziećmi samochodem i miałam włączone Radio Merkury (nasze - wielkopolskie:). Mieliśmy okazje wysłuchać wtedy fragmentu książki tygodnia, którym był Pinokio Collodiego w interpretacji Piotra Adamczyka. A że dzieci wiozłam w przyjemne miejsce, zdziwiłam się, kiedy zaprotestowały i nie chciały wysiąść z samochodu. Musiałam poczekać, aż lektor skończy. To chyba wystarczająca zachęta, by sięgnąć po audiobook.

Nowa wersja Pinokia w przekładzie poety Jarosława Mikołajewskiego narobiła sporo zamieszania trzy lata temu. Ale zamieszania pozytywnego. Otóż po latach otrzymaliśmy nowy przekład - wierny i odświeżony, z nowościami translacyjnymi, z którymi pinokiowi puryści nijak się zgodzić nie mogli (kruszenie kopii o majstra Czereśnię, Mamałygę i ... rekina). My przyjęliśmy z zadowoleniem. Książka pięknie wydana stała się w ciągu tych kilku lat trafionym i eleganckim prezentem dla dzieciaków z rodziny i wśród znajomych. Zawsze budząca radość i zachwyty małych i dużych. Właśnie ta nowa wersja klasycznej powieści znalazła się na audiobooku w interpretacji aktora Piotra Adamczyka. Mogę tylko zachęcić - u nas książka zdała egzamin podczas długiej podróży i jesiennych wieczorów. Interpretacja lektora stonowana, choć nie brak tu dużego zaangażowania w odmalowanie poszczególnych postaci. Z łatwością można się domyślić, kogo w danej chwili aktor naśladuje. Moduluje głos, buduje klimat - gwarno i rojno w Pinokiu od postaci - i to nie tylko na papierze. Można sobie te postacie wyobrazić, mieć je przed oczyma. 

1 płyta CD z nagraniem w formacie MP3. Całkowity czas nagrania 4 godziny 43 minuty.

 

Taką piękną ilustrację Innocentiego znajdziecie po otwarciu okładki audiobooka. 

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina 

wtorek, 09 grudnia 2014

Mamo, ile minut żyję? A ile sekund. A kto jest starszy, ty czy może...? A kto najstarszy? A jak szybko jeździ najszybszy samochód na świecie?

To tylko kilka przykładów fascynacji liczbami. Bo te faktycznie intrygują dzieci. Mimo że często zostają one w sferze czystej abstrakcji, jakiejś niewyobrażalności, budzą podziw i zainteresowanie. Świat i niesamowite dane - z różnych dziedzin. Jest tu mowa o skarbach, muzyce, wężach, titanicu, słynnych ucztach, dostojnych władcach, drzewach i roślinach, dzikim zachodzie i dzikich kotach. Musiałabym długo wymieniać. Każda rozkładówka książki wielkoformatowej to odrębny temat. A każdy temat to mnóstwo ciekawostek i danych podanych w ciekawy sposób. Przyjrzyjmy się starożytnemu Egiptowi (podaję tylko kilka wybranych przykładów):

2 brwi golili często starożytni Egipcjanie na znak żałoby po zmarłym kocie

10 dni trwał tydzień w starożytnym Egipcie (...)

140 - metrowej wstęgi materiału potrzeba było do zawinięcia mumii

3 pory roku wyróżniano w roku staroegipskim (...)

700 małych obrazków zwanych hieroglifami tworzyło alfabet staroegipski. Wszystkie z nich to spółgłoski, gdyż nie zapisywano samogłosek.

Opisano w ten sposób blisko 60 zagadnień z różnych dziedzin: geografii, historii, fizyki, przyrody i innych.

Książka napisana jest przystępnym językiem, kolorowa, z mnóstwem ilustracji.

Wiek 7+

Wydawnictwo Jedność


 

Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej można zgłaszać swoje typy lektur dla dzieci w szkole podstawowej. O tym, że lista powinna być przewietrzona, mówi się nie po raz pierwszy. Mamy szansę zabrać głos w tej sprawie.

Podaję tytuły, które chętnie widziałabym na liście. To pierwsza piątka - po głowie chodzą jeszcze inne tytuły, dla których niestety zabrakło miejsca:(

"Dawca" - Lois Lowry (dla starszych dzieci)

"Pamiętnik Blumki" - Iwona Chmielewska 

"Dokąd iść. Mapy mówią do nas" - Kim Heekyoung/ il. Krystyna Lipka - Sztarbałło

"Dziadek i niedźwiadek" - Łukasz Wierzbicki

"Czarna książka kolorów" - Menena Cottin/ il. Rosana Faria

 

poniedziałek, 08 grudnia 2014

W dniu codziennym sięgając po wiele rzeczy, przedmiotów, nawet nie zdajemy sobie sprawy, że mają one swoją ... historię. Zanim trafiły do nas, ich wynalazcy częściej mieli pod górkę niż z górki. Droga wprowadzania ich w nasze życie była często wyboista, pełna niechcianych niespodzianek, sprzeciwów, wrogów. Ale i entuzjastów, fanów. W zależności od tego, co sobą przedstawiały. Bo przyznajmy, z wynalazkami jest tak, że jedne są dla nas dobre - inne zdecydowanie nie. Co kierowało ludźmi, kim są autorzy wynalazków? Książka niniejsza skoncentrowała się na wynalazkach niewiarygodnych, ale przyznaję, że po jej lekturze pojawiło się mnóstwo pytań dotyczących wielu przedmiotów otaczających nas  na co dzień - A kto? A co? A po co? Bo ta lektura to zaledwie początek, jej ciąg dalszy tkwi w dziecięcym pędzie do odkrywania najróżniejszych tajemnic, często zwykłych, niezbyt ważnych, do wchodzenia na grząskie tereny, mało zbadane. Punktem wyjścia jest jednak zagłębienie się w różnych, często dziwacznych wynalazkach. To w końcu wyprawa do przeszłości. Człowiek zawsze chciał wiedzieć więcej, wynajdował różne rzeczy - mniej i bardziej potrzebne. To też wyprawa do przyszłości - bo małe głowy łamią się pod wpływem wątpliwości - co jeszcze może być odkryte, jakie obszary stoją otworem przed wynalazcami i pasjonatami, jakie marzenia zostaną zrealizowane.

Książka przedstawia ponad 20 niewiarygodnych wynalazków - czasem zwariowanych, z punktu praktyczności, zupełnie ... niepraktycznych. Jednak wciągające historie są też o tym, że czasami były one początkiem czegoś wielkiego, był ciąg dalszy, kolejne eksperymenty i próby - często bez oczekiwanego sukcesu. Wymienię kilka: koń parowy, rower do biegania, kołowrotek podróżny, chmura wycieczkowa, zamrożona muzyka, żaglowóz, ptasia kamizelka. Autorka konsekwentnie przedstawia tło społeczno - kulturowe, uzasadnia potrzebę danego wynalazku, krótko przedstawia sylwetkę autora, jego prace i doświadczenia, w końcu efekty wysiłków. Nie brak informacji o zaangażowaniu finansowym, zainteresowaniu władców i możnych sponsorów.

Ale patent przekazujący tak wiele informacji jest po części ambitną książką obrazkową, wyśmienitym uzupełnieniem tekstu, wizualizującym często skomplikowane i owiane tajemnicą mechanizmy. Co rusz ilustratorzy: Aleksandra i Daniel Mizielińscy przenoszą nas na ulice starożytnych miast, w różne wieki. Mamy okazję zobaczyć reakcję mieszkańców, ich komentarze, niekiedy ciekawski uśmieszek, złość, a nawet strach. Mina Napoleona grającego z mechanicznym Turkiem - po prostu bezcenna. Ten wynalazek jest mi szczególnie bliski, ponieważ w mojej miejscowości znaleziono w czasach wojen napoleońskich wśród braci zakonu św. Filipa Neri sobowtóra niezwyciężonego Bonaparte. Ksiądz ów miał być schowany właśnie w takim mechanicznym Turku i przy okazji zamieniony z Napoleonem - do czego nie doszło - a co ciekawie opisał Łysiak w "Szachiście".

Podsumowując - znakomita książka, która przypadnie do gustu i młodym i starszym. Ładnie wydana, z mnóstwem ilustracji, ciekawymi tekstami. Jeśli nie macie pomysłu na prezent choinkowy - ten polecam w szczególności.

Wiek 7+

Wydawnictwo Dwie Siostry

Na stronie wydawnictwa można zobaczyć ilustracje.

sobota, 06 grudnia 2014

Trochę bałam się tej wersji książkowej. W końcu Bolek i Lolek to przede wszystkim bohaterowie kreskówek sprzed lat, na której i ja się wychowywałam, którą lubią oglądać też moi synowie. Pomysł na książkę? Pojawił się już jakiś czas temu, bo przed detektywami były inne części. Obawiałam się też z innego powodu. Jako mól książkowy sięgnęłam kilka razy po książkę, która powstała na podstawie filmu - i rzadko była to lektura trafiona. Tutaj wprawdzie z kreskówki zostali zapożyczeni tylko bohaterowie, a nie fabuła - jednak zawsze w takim przypadku, wyżej stawiam poprzeczkę przy ocenie. Pewnie dlatego, że tacy Bolek i Lolek mają łatwiej na samym wejściu - bo przecież są znani i lubiani, rozpoznawalni. Nie ma co dalej ubierać w słowa: to tacy trochę celebryci (choć jakby nie było - już wiekowi) wśród postaci z kreskówek. Z jednej strony - fajny pomysł. W zalewie bohaterów różnej maści zza Oceanu i innych części Europy - Bolkowi i Lolkowi naprawdę należy się i tu miejsce w szeregu. Bo Polacy nie gęsi i też swoich bajkowych bohaterów też mają. Z drugiej - to lektura i lekka i przyjemna. Nie ma co tu mówić o jakimś ambitnym tekście. Jest sprawnie skrojona fabuła, wszystko toczy się szybko, są niespodzianki, zagadki. Książka ma krótkie rozdziały, duże litery, więc pewnie początkujący czytelnik machnie ją raz dwa. Na końcu - Poradnik detektywa. Dzieci robią legitymację detektywa, rozwiązują krzyżówkę, labirynt, rysują portret pamięciowy nieznajomego, przeprowadzają akcję ratunkową dla Lolka zamkniętego w lochu, tropią skarb, rozwiązują zagadki detektywistyczne, rozszyfrowują tajemniczą wiadomość. Przy tej książce dzieci nie będą się nudzić, a dobrym uzupełnieniem będą przygody z bohaterami w wersji mobilnej:)

O czym ta książka? Tutaj dużo mówi tytuł. Jednak od początku - chłopcy zostają wyrzuceni z obozu za złe zachowanie. Na "zsyłkę" jadą do małej miejscowości, gdzie mieszka ich ciotka. Spokojne miasteczko, cicho leżące nad leniwa rzeczką, za chwilę zupełnie zmieni se oblicze. A to za sprawą dwóch chłopaków, którzy przeżyją tu mnóstwo wakacyjnych przygód. Pewnie - bez nich nie byłoby ani prawdziwych wakacji ani tej książki. Są: biuro śledcze, mapa skarbu i czarny charakter. Więcej nie zdradzę, by nie zepsuć zabawy.

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

piątek, 05 grudnia 2014

Gratka dla miłośników baśni i dla posiadaczy dwóch wcześniejszych tomów całego cyklu. Baśnie włoskie tegoż autora ukazały się pod koniec lat 60-tych w liczbie 50 tytułów spośród dwustu w przekładzie Jerzego Popiela. Po raz pierwszy możemy czytać wszystkie baśnie w całej ich pełnej krasie i liczbie. Do grona tłumaczy dołączyli: Jarosław Mikołajewski, Stanisław Kasprzysiak, Katarzyna Skórska, Monika Woźniak i Marcin Wyrembelski. Trzeci, ostatni tom, zawiera baśnie od numeru 136 do 200.

Italo Calvino jest dla Włochów ich narodową wersją niemieckich braci Grimm. Podobnie jak Wilhelm i Jakub, przebył na własnych nogach długą drogę w poszukiwaniu baśni. Zatrzymywał się u prostych ludzi, zapisywał ich wersje, zasłuchiwał się w snute opowieści. Bo wiele z nich żyło tylko w przekazie ustnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. w "Komentarzach Itala Calvina" (na końcu tomu) można przeczytać o pochodzeniu danego tytułu. Lektura tych krótkich opisów jest fascynująca sama w sobie. Widać, jak baśnie w połowie ubiegłego wieku były nadal żywe w świadomości ludzi na Półwyspie Apenińskim, jak ważne miejsce zajmowały i były znane oraz różnorodne. Chcąc nie chcąc musi się dziś pojawić pytanie- czytamy te wszystkie baśnie, ale kto umie je TAK opowiadać? Na przestrzeni dziesiątek lat zmieniały swą postać, dokładano nowe elementy, czasami bohaterów. Właśnie Calvino sprawił, że te baśnie zostały spisane i utrwalone na papierze dla przyszłych pokoleń. Wiele z nich przypomina te, które znamy z dzieciństwa. Mieszają się ze sobą bohaterowie, motywy. We włoskiej wersji są one (po prostu) ... włoskie: poprzez imiona i nazwiska bohaterów, miejsca, w których się dzieją, krajobrazy, powiedzonka, zwyczaje. To skarbnica wiedzy na temat dawnych czasów, obyczajowości, strojów, potraw. Baśnie mają różne wersje w zależności od regionu: inaczej jest w Tiriolo inaczej na Sardynii.

W tej części macie możliwość poznania baśni, w których występują m.in.: chłopczyk, który karmił Jezusa, dwaj poganiacze mułów, szczurek ze śmierdzącym ogonkiem, Lisica Joasia, siedmioubrane pięknotki, król ulepiony z ciasta, trzy zbieraczki cykorii, Katarzyna Mądra i inni. Całość liczy 407 stron, jest wydana z niezwykłą starannością. Graficznie nawiązuje do poprzednich dwóch tomów. Oczywiście królują ryciny Giuseppe Marii Mitelliego, bolońskiego artysty żyjącego na przełomie wieków XVII i XVIII. Klimatyczna lektura dla każdego - młodszego i starszego czytelnika.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca

czwartek, 04 grudnia 2014

 

Zbliża się koniec roku, czas pomyśleć o kalendarzu na rok kolejny. A może dacie się namówić na anty-kalendarz? Dla zabawy, taki z przymrużeniem oka. Taki ….(że użyję młodzieżowego języka) … dla jaj? Zresztą czego byśmy mieli się spodziewać po duecie: Wojciech Widłak i Paweł Pawlak? Po dużej lekcji absurdu i humoru w ich niepraktycznych zupełnie i oderwanych od życia poradnikach, nie można od obu panów oczekiwać nagłego zwrotu o 180 stopni. Utrzymują raz obrany kurs. Niby kalendarz, ale to nie do końca kalendarz. Niby poradnik – a jednak raczej nieporadnik. Niby notes – ale nienotes.

W „kalendarzu” swoje święta mają dziwni osobnicy. Nawet jeśli jesteśmy przygotowani na napotkanie Wawrzyńca, Sofroniusza, Jessego czy Kunegundy, to jednak zdziwienie mogą wywołać już takie imiona jak Migrena, Wandal, Chrapold czy Bziktor. Co rusz pojawiają się motta tygodnia typu: Wszystko niedobre, co się niedobrze kończy.



Znajdziecie tu też „praktyczne” porady, ciekawostki kalendarza. Ale korzystanie z owych porad, prognoz, uwag, przysłów, rozmówek, wykresów, instrukcji na własną odpowiedzialność. Lekturę tę polecam nie tylko starszym dzieciakom z poczuciem humoru, ale również dorosłym, którzy po ciężkim dniu, albo jako przerywnik w pracy, mogą się odstresować i potraktować życie lżej. Znajdziecie tu mapę fotoradarów, odległości między wybranymi miejscowościami Polski i świata (uwaga: Kwasków w łódzkim i Nowy Jork: 6795km), stronę testową długopisów i mazaków, miejsce na listę rzeczy do niezrobienia.



Lektura do wypełniania (są wolne miejsca), do oglądania i analizowania. Na pierwszy rzut oka wygląda jak tradycyjna tego typu pozycja. Jednak wnętrze kryje miłe niespodzianki. To lektura dla kogoś, kto ma poczucie humoru, kto potrafi spojrzeć na siebie w krzywym zwierciadle.

Ta książka to chyba to chyba ewenement na skalę światową. Dobrej zabawy:)

 Wydawnictwo Czerwony Konik

środa, 03 grudnia 2014

Nadchodzą święta Bożego Narodzenia. Mama Mu przygotowuje się do nich razem ze swoimi koleżankami w oborze. Jest ciepło, przytulnie. Na dworze mróz i śnieg. Pan Wrona przez okienko obserwuje dziwne zachowanie swojej krowiej koleżanki. Mama Mu podskakuje wesoło – właśnie przygotowuje dla gospodarza prezent na Wigilię – bitą śmietankę. Pan Wrona jest przerażony, bo nie przygotował jeszcze prezentu dla …siebie.

Dawno nie było wielkoformatowej książki o sympatycznej krowie. W tzw. międzyczasie ukazały się dwie książki z dużą ilością tekstu. Jednak siła Mamy Mu tkwi w ilustracjach. Tutaj jest i wesoło i łzawo. Bo nie można powstrzymać się od śmiechu widząc podskakującą Mamę Mu i ubijającą śmietankę w wymionach. Jednak  łezka toczy się w oku, gdy Pan Wrona sam dla siebie przygotowuje podarunek, bo wydaje mu się, że nikt o nim nie myśli. I tu się myli – Mama Mu przygotowała dla niego piękną niespodziankę, która jest jednocześnie niespodzianką dla czytelnika. Jest wigilijny wieczór, Mama Mu pędzi z Panem Wroną na rowerze przez las, by pokazać mu jego świerk cały w światełkach. Jest ciemno, cicho, prószy śnieg. Cudny klimat świąt Bożego Narodzenia. Nastrój jak z bajki, pełen przyjaźni, sympatii, samych pozytywnych emocji, które kręcą się po Wronim Lesie.

Piękne Nordqvistowskie ilustracje, wartościowy tekst, świąteczny klimat. Mama Mu uczy, że nie drogie prezenty są najważniejsze. Czasem wystarczy okazać komuś sympatię, miły gest, że się o kimś pamięta, by znów wróciła energia i chęć do życia.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

Jedynka i dwójka już wypite:) W tym roku mamy kalendarz herbaciany:) Idea jest taka – codzienna gorąca herbatka ma sprzyjać rodzinnemu wieczornemu spotkaniu przy stole, rozmowom, podsumowaniu dnia. Co ważne - bez telewizji, jeśli już - to przy dobrej muzyce.  W ostatnim czasie strasznie gonimy – cała czwórka: praca, szkoła, projekty, spotkania, zajęcia popołudniowe. Mamy na adwent gorący dzban herbaty z miodem i cytryną. To coś dla ciała. Dla ducha też jest – ale to już nasze rodzinne postanowienia i zadania:)

Razem 24 herbatki na 24 wieczory adwentowe:)

Dziennik Cwaniaczka to ponoć antidotum na nieczytanie wśród dzieciaków. Zapewniał mnie o tym letnią porą mój sąsiad, którego syn ma wszystkie części serii. Podobne opinie można znaleźć w sieci. "Dziecko nie czyta?" "Podsuń mu Cwaniaczka. Zacznie czytać". I coś w tym jest. Niby nic specjalnego - bo przecież z Cwaniaczkiem mogą się utożsamiać miliony nastolatków - jego problemy są problemami przeciętnego Jaśka Kowalskiego. Nie ma w sobie nic z superbohatera. Jednak sposób opowiadania o sobie, poczucie humoru, zmysł obserwacji i oceny i TE ilustracje sprawiają, że Cwaniaczek jest the best. Zastanawiałam się, co też ciekawego może wydarzyć się w kolejnym tomie. A może - i to dużo. I nie znajdziecie w nim niczego mrożącego krew w żyłach, ani superprzygody jak w Piratach z Karaibów. A jednak Cwaniaczek wciąga. Jego podejście do życia, radzenie sobie na własna rękę z różnymi problemami, tok myślenia, rozmowy z innymi. Co rusz jest śmiesznie. Co rusz młody człowiek może odnaleźć siebie w tej historii - bo tak to już jest, że jak najbliższy przyjaciel się zakocha - to jednym słowem - KLOPS. Cwaniaczek został zepchnięty na plan dalszy, Rowley zajmuje się tylko śliczną Abigail. A wynikło z tego tak wiele różnych problemów, że wystarczyło na kolejną książkę. Mnie zawsze interesuje podejście rodziców do nastoletniego syna. Ciekawa jestem jak za oceanem radzą sobie z bolączkami okresu dojrzewania.

Podsumowując - jeśli nie macie pomysłu na prezent pod choinkę, zwłaszcza dla kogoś, kto nie lubi książek, zdecydowanie polecam Cwaniaczka. Tę część trochę starszym - 12-13 latkom. Pojawiają się tu problemy sercowe - zwłaszcza w relacjach Rowley - Abigail. Młodsze dzieci dopiero zaczynają "badać" temat - i mają jeszcze trochę inny świat - tak mi się przynajmniej wydaje:) Młodszym - polecam też Cwaniaczka ale wcześniejsze części.

Wiek 12+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 02 grudnia 2014

Seria "Obrazki dla maluchów"  - tym razem na arcyważne tematy. Już od najmłodszych lat można z dziećmi rozmawiać o tym, jak każdy z nas może dbać o planetę Ziemię. Niekiedy wydaje się nam, że wiele spraw zależy od ludzi biorących udział w ważnych konferencjach - np. na nagłaśnianych przez media szczytach klimatycznych. Cóż może zwykły szary człowiek - taki jak ja? Nic bardziej mylnego. Ideą tej niepozornej książki jest przekazanie ważnej idei - od dziś, nasze dziecko, w zwykłym, niepozornym domu, zaledwie maleńkim punkciku na mapie świata, przyczynia się do ochrony planety. W jaki sposób?  Oszczędzając wodę, również podczas szczotkowania zębów, nie zaśmiecając rzek i jezior, nie spuszczając dla zabawy wody w toalecie, w czasie deszczu łapiąc wodę do różnych pojemników, rysując na obydwu stronach kartki, zimą zmniejszając ogrzewanie, zbierając odpadki na kompost, segregując śmieci. Może to maleńka cegiełka, ale z maleńkich cegiełek powstają wysokie mury wielkich budowli. Z własnego podwórka wiem, że o wielu sprawach w codziennej gonitwie człowiek zapomina - robi coś mechanicznie. Dobrze zatem, że pilnujących i budżetu domowego i chroniących naszą planetę w naszym domu przybędzie - dzieci, nauczone pewnych zachowań, przeświadczone o wyższej racji, chętnie pewnie wezmą udział w projekcie, który dotyczy nas wszystkich.

Książka bogato ilustrowana - tekstu jest tutaj w sam raz i to tylko najważniejsze informacje. Ilustracje przedstawiają przede wszystkim dzieci w rożnych codziennych sytuacjach - nie są to sceny oderwane od rzeczywistości. Maluch pewnie będzie miał okazję odnaleźć się na tych obrazkach, będzie mógł przeanalizować swoje zachowanie i członków rodziny. A może po wspólnej lekturze pojawi się stwierdzenie: Od jutra robimy tak... Od jutra uważam na....

Wiek 3+

Wydawnictwo Olesiejuk


poniedziałek, 01 grudnia 2014

W tej książce wszystko jest z plasteliny albo z modeliny - nawet numery stron:) Autorka zachęca do zabawy z tymi materiałami - można z nich wyczarować wiele cudnych rzeczy. We wstępie czytamy o tym, jak pracować z plasteliną lub modeliną, żeby miała na tyle dobrą konsystencję, aby można z nią łatwo i wygodnie tworzyć. Autorka do lepienia tych wszystkich książkowych cudeniek użyła (ponoć) najzwyklejszej plasteliny. To brzmi najbardziej zachęcająco - wszak drogie materiały podziałałyby na nas (rodziców płacących i niekiedy płaczących - po cichu rzecz jasna) zniechęcających - a skoro tak jest - zatem do dzieła. Książka została podzielona na trzy części: zwierzęta prehistoryczne, egzotyczne i domowe. Znajdziecie tu instrukcje jak zrobić: stegozaura, skrzypłocza, triceratopsa, raka pustelnika, mysz pancerną, ankylozaura, diplodoka. W części bardziej współczesnej, ale mimo wszystko nam obcej, są: małpka, lew, kobra, żyrafa, krokodyl, struś, nosorożec, słoń i tygrys. I na końcu zwierzaki z naszego podwórka: koty, jamnik, dalmatyńczyk, prosiaczek, kurka, kogut, owieczka, konik i krowa.


Wszystko wyjaśnione: krok po kroku, kulki różnej wielkości, wałki i wałeczki, gdzie ścisnąć, gdzie zrobić długopisem wgłębienia, spirale, uszka, nogi, ogonek. Na kolorowych zdjęciach można obserwować równie poszczególne etapy prac. Wyjaśnienia czytelne, konkretne - na pewno nie będzie problemu ze zrozumieniem.

Książkę polecam rodzicom do pracy z dziećmi. Na pewno maluchom spodoba się takie wspólne plastelinowanie:)


Wydawnictwo Publicat