Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
wtorek, 31 grudnia 2013

Bardzo ciepła opowieść o przyjaźni babci i wnuczka. Która ma smutny początek, a zakończenie … nie, nie powiem że wesołe. Optymistyczne, energetyczne, pełne dobra, miłości i nadziei. Polecam tę książkę naokoło – znajomym, rodzinie. Małym i dużym. Bo lektura ma niesamowite przesłanie i jakże przyda się w dzisiejszych czasach, gdzie nie ma miejsca na starość, zniedołężnienie, chorobę i śmierć. Wypierane przez kult pięknego ciała, sport, urodę. Gdzie kontakty międzyludzkie – nawet te w rodzinach – niekiedy sprowadzają się tylko do spotkań opłatkowo – pisankowych, lakonicznych telefonów. Gdzie brak czasu na spotkanie, rozmowę, miły gest, razem spędzony czas, w końcu zwykłą prostą, ale – jak się okazuje – jakże trudną bezinteresowność. Lektura bawi, wzrusza – ale też daje…  nieźle popalić. Bowiem autor bezbłędnie analizuje wady współczesnej nowoczesnej rodziny, zwłaszcza dorosłych, pokazuje egoizm, który sprowadza się do realizacji swoich (wyłącznie) marzeń, zaniedbywania innych. Ot – pomyślałaby kto - lekka opowieść, z wątkiem kryminalnym. A jednak ma ona drugie dno, które skłania do refleksji. Gdzieś pod warstewką śmiechu, komizmu jest miejsce na smutek, płacz, wołanie o zainteresowanie i uwagę, miłość i ciepło. Autor pochyla się tu nad samotnym dzieckiem – 11- letnim Benem, którego rodzice oddają się tańcom towarzyskim. I nad staruszką – jego babcią, która z wytęsknieniem oczekuje piątków, bo wtedy Ben spędza czas u niej. Tylko, że chłopiec w ogóle nie ma na to ochoty. Nazywa babcię nudziarą i nienawidzi jej kapuścianych potraw. Babcia robi jednak coś, co powoduje, że między nimi rodzi się przyjaźń. Co takiego – można domyślić się już z okładki – jednak zapewniam, że lektura szykuje niejedną niespodziankę – nic nie jest tu oczywiste do końca.

Książka w niektórych miejscach do grzecznych nie należy, ale myślę - na wiele spraw można tutaj spojrzeć z przymrużeniem oka;)

Powieść ma wiele uroku dzięki charakterystycznym ilustracjom Tonny’ego Rossa, znanego z Koszmarnego Karolka.  

Wiek 6+

Wydawnictwo Mała Kurka



wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt, dużo zdrowia, radości, spokoju i ... książek pod choinką:)))!

poniedziałek, 23 grudnia 2013
czwartek, 19 grudnia 2013

Wczoraj, oglądając wieczorne wiadomości, usłyszeliśmy o polskich odkryciach związanych z grafenem. Kilkoro ludzi wypowiadało się o tym, jak za chwilkę chwileczkę zrewolucjonizujemy cały świat. To znaczy – ”my” - czyli Polacy, a my w naszych ciepłych i wygodnych domach łatwo się utożsamiliśmy z poważnymi panami i paniami w białych laboratoryjnych fartuchach. Wszak wiadomo od dawna, że sukces ma wielu ojców – i że serce roście widząc coś takiego.

Podobnie jest z książką Marty Dzienkiewicz. Polacy, którzy dali początek czemuś wielkiemu. Dlatego pionierzy – czasem i wiatr im w oczy wiał i mieli pod górkę. Ale się nie poddawali – szli w zaparte. Mimo wielu adwersarzy na ich drodze, malkontentów, psujów, którzy nie wierzyli w ich plany i marzenia. Odważni, pozytywnie zakręceni,zarażali i zarażają pasją. Wśród nich znane nazwiska (na pewno dla dorosłych – dla dzieci w większości to będzie odkrycie): Maria Skłodowska – Curie, Kazimierz Funk, Helena Rubinstein, Ignacy Łukasiewicz, Ignacy Domeyko, Ernest Malinowski, Wanda Rutkiewicz. Ale czy zwykły zjadacz chleba zna Kazimierza Żeglenia – wynalazcę kamizelki kuloodpornej, albo Kazimierza Prószyńskiego – ojca kamery filmowej? Nie mówiąc już o Jacku Karpińskim – konstruktorze pierwszego polskiego minikomputera albo Stefanie Drzewieckim budowniczym pierwszej łodzi podwodnej.

Najróżniejsze dziedziny, różne epoki. Dopisek pod tytułem brzmi trochę patetycznie: Poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków. Niemalże jak: Poczet królów polskich. Na szczęście nic z tych rzeczy. I owszem jest nota biograficzna, ale nie jak pomnik spiżowy, któremu należy oddawać cześć. Teksty zawierają mnóstwo ciekawostek, opisują wynalazki, reakcje współczesnych, życie prywatne, inne zainteresowania. Dla dzieci to ważna informacja, że były to osoby z krwi i kości, normalni ludzie, którzy dokonali rzeczy wielkich. To też obraz minionych epok – przecież zdziwienie budziły panie – naukowcy z większym pociągiem do wiedzy niż do prowadzenia domu. Nie pojawiłaby się kamizelka kuloodporna, gdyby nie niebezpieczne ulice Chicago pełne gangsterów różnej maści.

Przy wielu nazwiskach autorka wraca do czasów dzieciństwa – okazuje się, że niejeden geniusz był zdolny w szkole, ale baaaardzo leniwy. To naprawdę bardzo optymistyczna wiadomość. Książka zainteresuje nie tylko dzieci. Również przed dorosłymi wiele tu ciekawostek do odkrycia.

Lektura ładnie wydana – na grubych, trochę szorstkich, kartkach. Z oryginalnymi ilustracjami Joanny Rzezak i Piotra Karskiego. Ciekawa kolorystycznie – z dużą ilością czerni, bieli. Jeśli nie macie pomysłu na prezent pod choinkę – to jest jeszcze troszkę czasu. Zdążycie:)


Wiek 8+

Wydawnictwo Dwie Siostry



czyli... Atlas tych, co fruwają, skaczą i nurkują.

Adrienne Barman wywróciła całą klasyfikację zwierząt do góry nogami. Na nic wysiłki wielu poważnych naukowców – i tych starożytnych, i bardziej współczesnych. Szwajcarka sprawiła, że Arystoteles albo inny Teofrast z Eresos, o Linneuszu nie wspominając, przewracają się pewnie w grobie...


Dalsza część recenzji do poczytania na stronie xiegarnia.pl:)


Przebój sezonu:))))

Wiek 4+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 



Kapitalna książka, kapitalna interpretacja Ireny Kwiatkowskiej. Leci u nas już od tygodnia na tak zwane okrągło. Podoba się młodszemu, podoba starszemu. Ach żal oddawać do biblioteki:((((

Czas nagrania 4 godz. 47 min.

(tłumaczyła Małgorzata Pawlik - Leniarska)

Wiek 6+

Wydawnictwo Audio Liber

środa, 18 grudnia 2013

Myślobieg to myślenie „bez przerwy”. Po islandzku: pankaganga. I jest to na pewno myślobieg 10 - letniej Zuzanny, która z powodu trudności prawidłowego wymawiania „eS” (Sùsanna), każe nazywać się Birgittą. Ale na szczęście - do czasu.

Dla mnie to książka o oswajaniu świata, dorastaniu, pokonywaniu trudności, zabawie, ale też uprzedzeniach i, niestety, ksenofobii. Książka niby wymyślona. Niby – bo autorka pisała ją w oparciu o długie rozmowy z dziećmi na temat różnych istotnych dla nich spraw. Część o Polsce została poprzedzona wizytą w naszym kraju. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w krótkich myślowych opowieściach. Nawet królik znaleziony gdzieś po drodze jest obecny wszędzie – odnajdźcie go na każdej (polskiej) ilustracji. I niech Wam się nie wydaje, że to takie proste. Podobnie jak myśli Zuzanny – zakrętasy, wywijasy. Dotyczą tylu codziennych spraw: szkoły, rodziny, domu, relacji z osobami starszymi, przyjaźni, jedzenia, tożsamości.


Bo jak to jest, gdy ma się mamę Islandkę, a tatę Polaka? I dziadków Polaków, którzy przenieśli się również na Islandię, bo w Polsce czuliby się samotni. Kim się wtedy jest – jak się czuje: Polką, Islandką, a może balansuje się na cieniutkiej granicy i nie wiem – i jest się gdzieś pomiędzy, ale tak do końca ani jednym ani drugim? Dużo zagadnień dotyczy akceptacji innych przez nas, nas przez innych. Uff – najeżyło się dużo skomplikowanych zagadnień – ale wszystko jest napisane sprawnie, z wdziękiem, humorem. Prawdziwie. Mimo że Zuzanna została wymyślona, jest bardzo autentyczna – jej odczucia, emocje,strachy, marzenia. Pewnie niejedno dziecko odnajdzie się w tej historii. Zwłaszcza dotyczy to tych, którzy mieszkają za granicą – co wiadomo, obecnie jest dość powszechne.

Pierwsza część książki dotyczy życia rodziny Zuzanny na Islandii. Druga, dopisana później, opowiada o krótkiej wizycie w Polsce. Można dowiedzieć się dużo na temat Islandczyków - i to nie zawsze dobrego. Z drugiej strony – również na temat Polaków – i też nie zawsze do końca dobrego. Rzeczywistość nie lukrowana, nie bajkowa, nie na siłę upiększana i idealizowana. Dorastanie i życie na emigracji ze wszystkimi ciemnymi stronami: brakiem zrozumienia, barierą językową, kłopotami finansowymi. Z drugiej – ciekawość świata i ludzi, otwartość na nowe, hart ducha, odwaga.


Ilustratorka z zawodu jest architektem. Ja dopatruję się tego w ilustracjach. Bardzo uporządkowane, dobrze zaplanowane, dopracowane do najmniejszego szczegółu. Czarno białe – mimo że bogate w treści, jednak minimalistyczne. Chłodne – jak Skandynawia. Jak Islandia. Ta książka oswaja ten kraj – dla nas egzotyczny. Ze zdumnieniem patrzę na motywy florystyczne w części islandzkiej. Inaczej wyobrażałam sobie tamten krajobraz. Bardziej ascetyczny. I to nie jest jedyna rzecz, która mnie tutaj zaskakuje. Cała książka jest miłą niespodzianką – fabularną i narratorską. Odkryciem – do czego i Was namawiam.

Wiek 10+

Wydawnictwo Widnokrąg



wtorek, 17 grudnia 2013

Jejmość pani Bona,

Zygmuntowa żona,

od samego rana

chodzi zagniewana.

Najpierw o to,

że jej krawiec źle uszył suknię złotą,

że ogrodnik zepsuł róż szpalery,

że kogutki wydziobały selery,

że wiatr w kominie dmucha,

że jej król imość nie słucha, że braknie jej ptasiego mleka -

cały ranek narzeka.

W książce cztery teksty:

Farfurka królowej Bony

Starościanka i sokolniczek

Opowieść o ślicznej Agnieszce

O Janie Matejce i panu Kajetanie

Wydawnictwo Literackie 1973

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Sklepik Okamngnienie to mieszanka magii i rzeczywistości. Klimat tej powieści jest dość specyficzny. Może odniosłam takie wrażenie dzięki ilustracjom – umieściłabym akcję gdzieś w latach 50 – 60 -tych ubiegłego wieku. Senna szkocka prowincja. Gdy tymczasem wkrótce okazuje się, że wcale tak nie jest. Może sprawiła to scena z początku książki, kiedy to zdenerwowany ojciec prowadzi głównego bohatera przed oblicze wielebnego Prospero, aby ten zadecydował o dalszych losach chłopca podczas długich letnich wakacji. Minęły już bowiem czasy, kiedy taki chwyt wychowawczy był niekiedy stosowany przez bezradnych rodziców. Ale od początku: Finley Mc Phee nie lubi szkoły. Każdą wolną chwilę spędza na wolnym powietrzu. Uwielbia łowić ryby w towarzystwie psa Gałgana. Szkoła to zło konieczne. Nic dziwnego, że chłopak będzie musiał powtarzać klasę. Kiedy ta wiadomość dociera do rodziców, ci postanawiają, że Finley za karę we wakacje sobie popracuje. Akurat listonosz uległ małemu wypadkowi, który wykluczył go z pracy. Chłopiec zatem będzie doręczał listy i przesyłki do najbardziej odległych zakątków Applecross. Pewnego dnia dociera do tajemniczego miejsca, gdzie pojawił się sklepik z magicznymi przedmiotami. Będzie to dla chłopca początek wielkiej przygody.

Czego tutaj nie ma? Tajemnicze klucze, listy w butelce, zagadki, olbrzym, proszek znikającego wspomnienia, znikające postaci. Emocji w sam raz akurat dla 10 – latka. Chłopiec musi stawić czoła licznym niebezpieczeństwom, podejmować szybko decyzje, rozwiązywać niełatwe zadania. Te wakacje okażą się dla niego swego rodzaju egzaminem dojrzałości. Finley pozna smak prawdziwej przyjaźni, braterskich więzi – a kto wie, może nawet pierwszych wzruszeń serca spowodowanych poznaniem pięknej dziewczyny.


Ciekawe jak te wszystkie przeżycia wpłyną na postawę chłopca po wakacjach. Czy Finley zmieni swój stosunek do szkoły? W tym tomie na razie nie było o tym mowy. Może dowiemy się tego z dalszego ciągu. Tylko gdzieś pod koniec książki chłopiec napomyka, że po wakacjach bierze się ostro do nauki. Ale czy tak będzie? Przyjdzie nam poczekać do kolejnej części.

Książka jest ładnie wydana. Każda strona jest przyozdobiona stałym motywem graficznym nawiązującym do tytułu. Większe ilustracje przedstawiają asortyment sklepiku Okamgnienie. Jest tajemniczo. Na pewno dla dzieci, które lubią od czasu do czasu najeść się stracha:)


Wiek 9+

Wydawnictwo Olesiejuk





niedziela, 15 grudnia 2013

Z okładki spoglądają ... Gronostaj z młodym gronostajem. Nie, nie – wcale nie ta słynna dama, którą chciałyby wystawić u siebie wszystkie najznakomitsze muzea świata. Ciekawe tylko, co powiedziałby wielki Leonardo na pomysł Svjetlana Junakovića? Czy spodobałaby mu się ta zakręcona zabawa z malarstwem? Wywrócenie świata sztuki do góry nogami? Śmiem przypuszczać – że tak. W końcu i on sam nie bał się ryzykować, eksperymentować. Zwierzęta w roli głównej. Nie królowie, artyści, bogaci kupcy, awanturnicy, celebryci minionych wieków. Na portretach nawiązujących do wielkich dzieł. Ponoć podobieństwo przypadkowe:) 25 dzieł, za którymi tak naprawdę kryją się wielkie nazwiska: Dürer, Tycjan, wspomniany już Leonardo da Vinci, David, Rembrandt, Vermeer, Van Eyck. Nie, nie szokują. Raczej prowokują do myślenia, zastanawiają, dlaczego akurat to dzieło, a nie inne. Zachęcają do wertowania po albumach sztuki, by znaleźć pierwowzór. A gdyby tak przekornie zaryzykować stwierdzenie, że to Junaković był pierwszy, a inni wzorowali się na nim, szukali w jego dziełach inspiracji? :))) Kto nie orientuje się w świecie sztuki, może czasem sobie narobić kłopotu:)


Odpowiedzi na nurtujące nas pytania, genezę powstania dzieła, krótki rys historyczny, charakterologiczny zwierzęcia portretowanego, wyjaśniają krótkie, nie pozbawione humoru i ironii teksty obok obrazów – często wielkoformatowych – wszak to księga z portretami. Nawiązują one do interpretacji dzieł, które można spotkać w książkach o sztuce – zwracają uwagę na pozę portretowanego, język ciała, niuanse, czasem niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Nie opuszcza mnie wrażenie, że z tych niby na pozór zwierzęcych portretów biją ludzkie: próżność, samozadowolenie, pycha, może nawet niekiedy i pogarda. Żaba z kolczykiem w uchu (czy żaby mają uszy?), Małpa o gniewnym obliczu w stroju komandora, smutna Maciora o pełnych kształtach, niemal profil Nosorożca, piękna linia kręgosłupa Hipopotamicy, subtelnie przygnębiony Orangutan. Mnie te portrety skojarzyły się od razu literacko – z klasycznymi bajkami Ezopa, La Fontaine'a. Tam również pierwsze skrzypce grały zwierzęta, pod którymi kryli się ludzie ze swoimi wadami i przywarami.

Książka Junakovića zachęca do zabawy ze sztuką – inspiruje do własnych poszukiwań. Ciekawe, co na ten temat będą mieli do powiedzenia najmłodsi.


Wiek 8+

Wydawnictwo Tako

czwartek, 12 grudnia 2013

Zachodzę w głowę jak to się stało, że TAKA książka – jakby nie było prawie 100 letnia – bez 24 lat – była u nas do tej pory prawie nieznana. Uczta literacka, wyprawa w czasie do miejsc, o jakich nam się nie śniło, w dodatku niezła zabawa – bo co jak co, ale humoru, ostrego jęzora i temperamentu bohaterom nie brakuje. Ale wynalazcy tak ponoć mają:) I sprawna narracja, która mimo swojego wieku – w ogóle nie nuży. Wręcz przeciwnie – budzi ciekawość – co stanie się na następnej stronie, co będzie potem, dalej. Zupełnie jak autor, gdy był dzieckiem. Tak krótko mogę podsumować lekturę.

Ale od początku – Jerzy Ostrowski (rocznik 1897) pisarz, podróżnik, wychowawca, prywatnie pierwszy mąż Ewy Szelburg – Zarembiny (Przez różową szybkę, Wesołe historie), zginął w czasie ostatniej wojny w 1942r. w obozie koncentracyjnym Mauthausen – Gusen. Historie przedhistoryczne wydał w 1938 r., a ich powstanie wiąże się z dziecięcą pasją autora dopowiadania swojego dalszego ciąguczegoś w rodzaju: a co było potem? Jako osoba dorosła, nadal dociekliwa, urzeczywistniła swoje pasje, których początków należy dopatrywać się m.in. w historyjkach pana Kiplinga, o tym jak człowiek oswajał zwierzęta i dlaczego koty chodzą własnymi drogami.

Świat Ostrowskiego to świat pierwszych ludzi na ziemi, mamutów, czasy prehistoryczne. Bohaterowie noszą dziwne imiona, rozmawiają z bożkami, zwierzętami, rusałkami, na swój sposób tłumaczą świat. Dopiero go poznają, próbują okiełznać, uczą radzić sobie z trudnościami, ułatwiać codzienne życie. Pierwsza winda, która wwiozła Mhuma na drzewo po plastry miodu, pierwsza łódka z żaglem i sterem zbudowana przez nieznośnego Cocopoco, wynalazki Człowieka, które pojawiły się dzięki nieustępliwości i niezbyt ciekawemu charakterkowi Kobiety, monżola genialnego Tapojka i inne. To czasy, kiedy człowiek był istotą najsłabszą na ziemi. Zły bożek U-Brru dał mu w darze tylko trochę włosów na głowie (zamiast futra), cienkie palce z paznokciami (zamiast pazurów i kopyt), małe i słabe zęby (zamiast kłów). A po co to wszystko? By go ośmieszyć. Tyle że człowiek dzięki sprytowi i mądrości potrafił wszystkie te dary wykorzystać do maksimum. I to tak, że mógł przestać zazdrościć mamutom ich futra – bo przecież mógł polować i sprawiać sobie ubrania. To opowieści o początkach ludzkości. Pewnie zrobią na dzieciach niemałe wrażenie. Dziś, gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, aż trudno uwierzyć jakie sprzęty codziennego użytku, jaką broń, meble mieli pierwsi ludzie. Teksty skrzą inteligentnym humorem. Czasem można przejrzeć się w nich i dostrzec nasze ludzkie wady i ułomności.

Wiek 8+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

środa, 11 grudnia 2013

Zawsze z ciekawością czekam na nowe Anny Czerwińskiej – Rydel. Nie powiem – ciągle po skończonej lekturze, pojawia się pytanie- kto następny? Najbardziej lubię niespodzianki. Pomijam takie nazwiska jak Maria Skłodowska - Curie albo Korczak (choć one również zasługują na uwagę). Te znakomitości są znane szerokiej opinii czytelniczej. Ale taki Heweliusz, albo Schopenhauer? Takie książki robią trochę, albo i bardzo trochę szumu wokół danej osoby. Tak jest i z Janem Czochralskim. Zrobiłam mały quiz rodzinno – towarzyski, czy znają. Informatyk znał i chemiczka również. Inni udawali, że szukają w szufladkach pamięci. Wstyd, czy nie wstyd. Sama historia pokazuje, że trochę ta nasza naukawa nieświadomość wynika z powojennej rzeczywistość, która Czochralskiego skazała na zapomnienie. Kiedy to sam bohater był pozbawiany tytułów, stanowisk, oskarżany o współpracę z Niemcami w czasie wojny.

Kryształowe odkrycie to książka w książce. Otóż nastoletnia Malwina podczas przeprowadzki do nowego mieszkania, przypadkiem odnajduje w starym piwnicznym kartonie rękopis książki pradziadka. Ten, jak się później okazało, znał osobiście naukowca, i to o nim właśnie był ów rękopis. Dziewczyna w tajemnicy przed rodzicami śledzi losy Czochralskiego - jego dzieciństwo w Kcyni – wówczas położonej w zaborze pruskim; pierwsze eksperymenty w domowym laboratorium, podartą maturę, bez której chłopak ruszył do Berlina, gdzie miał mnóstwo szczęścia. Trafił od razu na ludzi, którzy pomogli mu w kwestii pracy, dalszej nauki. Tutaj się ożenił, tu zaczął swoją karierę. Tu opracował słynną metodę Czochralskiego. Po wielu latach mieszkania w Niemczech wrócił do Polski. Tak zresztą obiecał swoim rodzicom, kiedy uciekł z domu po zakończeniu nauki : Wrócę do domu, jak będę sławny. Nie chcę zdradzać wszystkiego z bogatego życiorysu Czochralskiego – ale zapewniam: wiele tu niespodzianek, sensacji i … tajemnic. Bo wiadomo, że jak świat światem nigdy nic do końca nie zostanie wyjaśnione. Na odpowiedzi na znaki zapytania – albo musimy jeszcze poczekać, albo odpowiedzieć sobie sami.

Czochralski jest nazywany „ojcem elektroniki”. Bez niego nie byłoby słynnej Doliny Krzemowej, wszelkich nowinek, którymi co rusz zaskakują nas spece od współczesnych wynalazków. Co ciekawe, nazwisko bardziej znane jest na świecie aniżeli w Polsce – ta książka, przynajmniej w pewnym kręgu czytelników, ma szansę to zmienić.

Przypadła mi do gustu forma narracji zaproponowana przez Autorkę. Jeśli ktoś lubi biografie, mało znane losy ludzkie – powinien być zadowolony. Przekazano dużo informacji z życia Czochralskiego – Autorka buduje fabułę po swojej myśli – trudno rozróżnić co jest prawdą, a co fikcją literacką. Można nawet uwierzyć w stwierdzenie małego Janka, który skosztowawszy maminego obiadu stwierdził, że dobja ziupa.

Książka w tonacji pomarańczowej. Opowieść pradziadka o Czochralskim wyróżnia się starą czcion maszyny do pisania. Można odnieść faktycznie wrażenie, że ma się przed sobą rękopis znaleziony w piwnicy. Oko przyciągają ciekawe rozwiązania graficzne Marka Czerneka.



Wiek 10+

Wydawnictwo Debit





piątek, 06 grudnia 2013

W sypialni nad łóżkiem młodszego syna powiesiłam reprodukcję ilustracji Fritza Baumgartena (1883 - 1966) - niemieckiego ilustratora, który nieodłącznie kojarzy mi się z leśnymi ludkami, skrzatami. Autor wykonał ponad 500 prac - w tym książek, ilustracji, kalendarzy adwentowych. 

 

czwartek, 05 grudnia 2013

Są wpisane w zadania adwentowe. Tylko teraz zachodzę w głowę, który to był dzień:)) Nic to - trzeba zarabiać ciasto piernikowe. A pierniki - jak widać - inspirowały i pisarzy i ilustratorów.

il. Elżbieta Wasiuczyńska

il. Ingrid Nyman

 

il. Sven Nordqvist

W domu staruszka Pettsona w dziwny sposób zaczęło ubywać ciasta piernikowego:)

-To niebywałe, jak się skurczyło- powiedział ( Pettson)

-Taak, ciasto jest dziwne- odparł Findus- Ono po prostu znika.

-Może był tu jakiś kot i trochę spróbował?- zauważył Pettson.

-Może i tak- odpowiedział Findus- A może jakiś staruszek?

-Może i tak- odrzekł Pettson.



il. Ilon Wikland

il. Ilon Wikland

środa, 04 grudnia 2013

Oczywiście wyklejka na początek:)

Stańczyk to postać autentyczna. Nikt nie zna jego dokładnej daty urodzin i śmierci. Wiadomo tylko, że pochodził z Proszowic leżących pod Krakowem. Jako błazen mógł to, czego zwykłemu śmiertelnikowi, ba, dworzaninowi, robić nie wolno było. A mógł dworować sobie z króla, zresztą ponoć był znany z ostrego dowcipu.

Legenda Anny Chachulskiej opowiada zabawną historię o tym, jak to Stańczyk postanowił zakpić sobie z dworzan króla Zygmunta Starego (męża słynnej Włoszki – królowej Bony). Wmówił im, że niby potrafi czarować. I tak się zakręcił wokół tych czarów, że trójka naiwnych w końcu w to uwierzyła i przegrała zakład. Pokaźna sumka powędrowała do sakiewki błazna. Oczywiście król zechciał natychmiast sam sprawdzić, ile w tym wszystkim było prawdy. A czy umiał czy nie – przekonajcie się sami sięgając po kolejną legendę wawelską.

Legenda o Stańczyku zamyka cykl legend, które są pokłosiem konkursu zorganizowanego przez Zamek Królewski na Wawelu. Podoba mi się taka forma promocji miejsc ciekawych. Przejrzałam raz jeszcze wszystkie teksty i książki – tekst o Stańczyku wydaje mi się najbardziej stylizowanym na starą polszczyznę. Od czasu do czasu można spotkać tu zwroty, których używa się rzadko. Tekst mimo to jest zrozumiały – w razie, gdyby dzieci nie rozumiały słów: gadać po próżnicy, strawa – na pewno rodzice pomogą. To też kwestia szyku w zdaniu – po prostu tak nie mówimy na co dzień. Dzieci pewnie wyczują różnice – ale jak już napisałam, w niczym to nie przeszkadza podczas lektury.

Książka została ciekawie zilustrowana przez Anitę Andrzejewską i Andrzeja Pilichowskiego – Ragno. Jakże inna jest tutaj wizja Stańczyka od tej najbardziej znanej – czyli z obrazu Matejki. Tutaj śmieszek o szerokim uśmiechu, z makaronowymi oczętami i kończynami na zawiasach. Autorzy zbudowali swego rodzaju historyczną scenografię, w której rozgrywają się sceny. Domy krakowskich mieszczan, zabytkowe budowle, w tym oczywiście najbardziej znany rynek – jako makieta, na której poustawiano dworzan, kuglarzy, przekupki, kupujących. Barwne wycinanki – miniaturowe domki – kamieniczki, które są doskonałym klimatycznym tłem dla tej opowieści. Tak sobie myślę, że musiała być niezła frajda przy tworzeniu takich ilustratorskich cacek. Pomysł w każdym razie przedni – taki Kraków robi wrażenie. Mnie całość kojarzy się z objazdowymi teatrzykami, które w dawnych czasach odwiedzały miasta i miasteczka i były wielką atrakcją dla wszystkich – i młodych i starych. Czy taki był zamysł tego przedsięwzięcia? - nie wiem, ale kto wie...

Ilustratorzy zostali nominowani do nagrody „Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2013” w kategorii nagrody graficznej. Ciekawam bardzo werdyktu Jury. Tym bardziej, że legenda o głowie wawelskiej też została nominowana w tej kategorii.

Wiek 5+

Wydawnictwo Zamek Królewski na Wawelu

Pan Jaromir powraca, a wraz z nim Lord Huber – czyli para detektywów. Starszy pan i … gadający jamnik (jeśli ktoś nie czytał pierwszego tomiku – to chodzi właśnie o Pana Jaromira). W drugiej części serii kryminalnej dla trochę starszych dzieci (które wyrosły z Biura detektywistycznego Lassego i Mai), dwójka przyjaciół próbuje wyjaśnić sprawę tajemniczej kradzieży słynnego obrazu Breugla Zabawy dziecięce. Zadanie niełatwe – trzeba przyznać, ale detektywistyczny duet, który ze sobą już beczkę soli zjadł, poradzi sobie ze wszystkim znakomicie.

Skrupulatne śledztwo, lista podejrzanych, niebezpieczne momenty (adekwatne do wieku odbiorcy – spokojnie – nie ma tu jakichś drastycznych scen), specyficzne poczucie humoru bohaterów, w końcu również Wiedeń w tle – to wszystko tworzy specyficzny klimat tej opowieści. Janischowi udało się poprowadzić fabułę w taki sposób, że dzieci – i owszem tworzą sobie swoją listę podejrzanych, ale rozwiązanie wcale nie jest takie łatwe. Co ciekawe - powoli ujawnianych zostaje więcej informacji na temat prywatnego życia Lorda i Pana Jaromira.Ot takie małe smaczki:)

Pan Jaromir zaprasza do Wiednia: malowniczy plac Graben, Dunaj, historyczna Café Sperl z 1880 roku, znany chyba na całym świecie Prater – czyli diabelski młyn. Co rusz bohaterowie wtrącają angielskie wyrażenia i zwroty (tłumaczenie ich zawsze na dole strony). Jest zabawnie, ciekawie.

W przygotowaniu kolejny tom: Pan Jaromir jedzie nad morze. Nasza dwójka ponoć ma udać się do Włoch. Będzie się działo:)

W opowieści Janischa zaginął właśnie TEN obraz. Nic dziwnego, że dwójka detektywów baaardzo się starała:)

Pierwsza część: Pan Jaromir na tropie klejnotów

Wiek 9+

Wydawnictwo Bona

wtorek, 03 grudnia 2013

Coś mi się wydaje, że oto narodził się nowy bohater dziecięcych książek. Narodził się – to pewnie źle powiedziane. Bo Antonino nie wygląda na takiego, co by się dopiero pojawił na świecie. W naszych księgarniach to taaaak – o to chodziło.

Rezolutny, krzepki facet. Bohater z duszą poety. Zachwycają go i las i odgłosy przyrody, a zapach kwiatów przywraca o zawrót głowy. Ale co to? Tę sielankową chwilę przerywa ktoś, kto pilnie potrzebuje pomocy. To niedźwiedź wpadł we wnyki. Na uratowanie misia Antonino ma zaledwie 5 minut. A tu przed nim góry, bagna, rzeka, długa aleja. Czy uda mu się dotrzeć w odpowiednim czasie do szpitala i uratować niedźwiedzia?


Krótka, oryginalnie zilustrowana historyjka. Klimatyczna – na początku ogarnia nas błoga cisza, przerywana delikatnymi odgłosami leśnymi. Potem to już wyścig z czasem. I choć nie ma  w tekście o tym mowy, słychać szybkie kroki milowe biegnącego Antonina, tupot nóg, które się plączą, potykają o wystające korzenie i ostre kamienie. Jego sapanie ze zmęczenia, jęki cierpiącego niedźwiedzia, słowa pocieszenia skierowane do rannego. Jest tu trochę jak u Hitchcocka – najpierw pozorny spokój, cisza, a potem takie emocje i nerwy, że hej. Oczywiście wszystko w odpowiedniej dawce dla najmłodszych. To książka akcji – w której Antonino jak Bruce Willis czy Sylvester Stallone pokonuje wszelkie przeciwności i dąży do celu. Tylko że nasz Antonino na pierwszy rzut oka nie ma nic z bohatera, który przewija się w filmach akcji dla rodziców i kreskówkach dla nastolatków. Nic ze stereotypów zakodowanych w naszych głowach. Ot zwykły taki jakiś, pan z brzuszkiem, z długim nochalem, sumiastymi wąsiskami i krótkimi nogami. Dla dzieci to cenna nauka, że bohaterem można zostać nawet wtedy gdy się nie jest supermenem wyposażonym w wielkie mięśnie jak u kulturysty. Empatia – to kolejna pozytywna cecha naszego Antonina. Warto go poznać.



Wiek 4+

Wydawnictwo Tako



poniedziałek, 02 grudnia 2013

„Cudowna studzienka” to kolejny tom z cyklu Baśnie Świata. Charakterystyczny kwadratowy format, waga słuszna, mnóstwo ilustracji i różnorodna tematyka. Ja mam do tej książki duży sentyment, mimo że to nowość. Znalazłam w środku kilka znajomych tytułów, które pamiętam z dzieciństwa. Śledząc Wykaz źródeł zobaczyłam lektury, które lubiłam kiedyś sama czytać: „Polskie baśnie ludowe”, „Klechdy domowe”, „U Złotego źródła”. Dzięki nietypowemu formatowi (tamte stare książki były zdecydowanie mniej poręczne), bardzo energetycznym ilustracjom Elżbiety Wasiuczyńskiej, kolorowym kartkom przeplatanym z białymi, stare teksty dostały jakby nowego ducha.

Książka robi wrażenie – a ja przyznam się: wyczekiwałam jej bardzo, odkąd tylko pojawił się cykl baśniowy. Ciekawa byłam bardzo przez ten dość dłuuugi okres, komu wydawnictwo powierzy (o ile się na to zdecyduje – a jak widać się zdecydowało) wybór tekstów i zilustrowanie całej książki. I myślę, że w dobie licznych czarodziejów, wszechobecnej magii – i w książkach i filmach dla dzieci, jest jeszcze miejsce na te stare teksty, które i dziś potrafią zauroczyć. Może dlatego, że większość z nich jest raczej mało znana, a przez to bardzo oryginalna. „Złota kaczka”, „Twardowski” są popularne i pamiętane, ale inne raczej - nie.

Moje dzieci lubią takie mało modne tytuły – nie kolejna wersja „Kota w butach”, „Czerwonego Kapturka” czy „Kopciuszka”. Tutaj jest mnóstwo starych nowych elementów, tak charakterystycznych właśnie dla naszych rodzimych tekstów: motywów, postaci, symboli. Rosochate wierzby, głupie diabły, gadające zwierzęta, sprytni chłopi, źli i niesprawiedliwi panowie, piękne księżniczki, żywa woda. Pojawiają się elementy naszego krajobrazu, miejsca znane: Sobótka na Dolnym Śląsku, Łysa Góra, Ks. Poznańskie, Hel.

W końcu: język, który Joanna Papuzińska – do czego otwarcie się przyznała w Posłowiu, niekiedy uwspółcześniła. W tekstach na pewno są stare wyrazy – w ich zrozumieniu pomogą Przypisy na końcu książki. A oto co powiedział o takich archaicznych wyrażeniach Grzegorz Leszczyński:

Naturalną selekcją jest czas. Niektóre książki są dziś dla małego czytelnika zupełnie obce. Niestety, z kanonu wypadają także rzeczy ważne. A tradycja jest czymś niesłychanie istotnym w literaturze dziecięcej. Dziecko powinno mieć kontakt z dawnym językiem, dawnym sposobem myślenia. W ten sposób poszerza się jego sfera doświadczeń. Potem, gdy idzie do szkoły i ma przeczytać choćby fragment „Pana Tadeusza", nie ma bariery językowej. Ale, co ważniejsze, dawne utwory są znakami łączności pokoleń. Zwłaszcza baśnie. Dziecko obcuje w ten sposób z mądrością nie jednego pisarza, ale zbieraną przez wieki. Oczywiście, to duży błąd, jeśli podsuwamy dziecku wyłącznie książki z własnego dzieciństwa, bo ono żyje w świecie innych problemów.

Razem 20 baśni poprzedzonych Pod bajdułem Joanny Papuzińskiej, która dokonała wyboru i opracowania baśni. Wśród autorów: Wanda Chotomska, Adolf Dygasiński, Roman Zmorski, Józef Ignacy Kraszewski, Henryk Sienkiewicz, Jan Kasprowicz, Artur Oppman, Gustaw Morcinek i inni. Książka jest bogato ilustrowana: obrazy na całą stronę, na rozkładówkę, pojedyncze mniejsze elementy. Elżbieta Wasiuczyńska sięgnęła po żywe kolory, które mi kojarzą się ze strojami ludowymi. Soczyste zielenie, żółcie, czerwienie z ludowych pasiaków, z których szyto spódnice, zapaski, spodnie i narzuty. Całość robi duże wrażenie.

Myślę, że baśnie to najodpowiedniejsze książki na jesienne i zimowe wieczory. Pewnie ma to związek też z czasami przeszłymi. Ludzie kiedyś pozbawieni telewizora, radia, komputera, elektryczności wykorzystywali końcówkę roku, kiedy to w polu i w domu mniej było roboty, na to, by się z sobą spotkać, porozmawiać. Od wsi do wsi chodzili bajarze opowiadający baśnie i legendy, i o tym, co się na świecie dzieje.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina



niedziela, 01 grudnia 2013

Bez kalendarza ani rusz:) 24 słodkości - w naszym przypadku razy dwa. I zadania adwentowe :)

Inne nasze kalendarze:

1.

2.

3.

Stare ilustracje vintage i inspirację znalazłam w Internecie.