Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
sobota, 31 grudnia 2011

 

Dziadek do Orzechów ukazał się po raz pierwszy w roku 1816 –   zatem prawie 200 lat temu. A więc w czasach, gdy działali już Friedrich Schiller i J.W. Goethe -  a całą Europę ogarnęła fala romantyzmu. W literaturze pojawił się cały wachlarz nowości – uczucia, emocje, groza, tajemniczość, niepokojąca atmosfera, elementy fantastyczne. Wcześniej nikt nie poświęcił tyle uwagi miłości – wielkiej i tragicznej. Goethe przewrócił świat do góry nogami pisząc Cierpienia młodego Wertera, Schiller – Zbójców, a E.T.A. Hoffmann wkroczył ze swoim Dziadkiem do orzechów na dość grząski i niepewny grunt jakim była literatura dziecięca, której tak naprawdę… nie było. Zresztą kto się wtedy przejmował dziećmi. Kogo obchodziło, co dzieci czują i co mają do powiedzenia. Dzieci wypadało mieć, najlepiej dużo, ale wychowaniem zajmowały się guwernantki, guwernerzy i bony. Rodzice – i owszem, mieli z pewnością wysokie wymagania, z którymi zaznajamiali wyżej wymienionych. Ale w tzw. dobrych domach dzieci widywano w ciągu dnia rzadko, czasem podczas posiłków. Nic dziwnego, że panował wielki dystans, który daje się odczuć także w Dziadku do orzechów. Mali ludzie nie mieli prawa głosu, przy stole nie należało się odzywać, za to ważne było, by nie jeść z pełną buzią, nie rozpychać się łokciami i koniecznie trzymać kolana razem (ponoć bony stosowały tzw. bibułkę). Jak grząski to był grunt, niech świadczy fakt, że nie tak szybko znaleźli się naśladowcy Hoffmanna – po Dziadku do orzechów na długo zapanowała znów cisza w literaturze dziecięcej, przynajmniej na gruncie niemieckim – bo pół wieku później pojawi się Alicja w Krainie Czarów (1865), a trochę wcześniej w niedalekiej Danii – Baśnie Andersena. I właśnie w takim klimacie powstaje Dziadek. W dodatku autor jest państwowym urzędnikiem, który, gdy tylko zatrzaskuje drzwi swego gabinetu, po godzinach - staje się zupełnie innym człowiekiem -  artystą, muzykiem, malarzem, literatem. Romantycznym – trzeba koniecznie dodać.

Baśń…. - Dziadek powstaje w czasach, gdy właśnie ukazało się pierwsze wydanie Baśni Grimmów. Musiało to w jakiś sposób rzutować na Dziadka, na jego atmosferę, klimat. W literaturze panuje romantyzm – i te elementy znajdziemy w tej opowieści. W domu radcy Stahlbauma właśnie trwają przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dwójka jego dzieci Maria i Fryc (w rzeczywistości dzieci przyjaciela autora. To z myślą o nich powstała ta baśń) zastanawiają się, co w tym roku znajdą na stole z prezentami i jaką niespodziankę szykuje dla nich kochany ojciec chrzestny Drosselmeier. Maria odkrywa przy choince dziwną postać, małego człowieczka. Na pytanie – któż to taki, usłyszała od ojca odpowiedź:

-Ten człowieczek, drogie dziecko, ma pilnie pracować dla was wszystkich, ma zręcznie rozgryzać dla was twarde orzechy, a należy on w takim stopniu do Luizy, jak do ciebie i Fryca.

Historia toczy się dwutorowo – z jednej strony rzeczywistość w domu radcy medycznego, sceny z życia rodzinnego. Z drugiej to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami w pokoju siedmiolatki i baśń o twardym orzechu, którą opowiada chorej Marii ojciec chrzestny. Fantastyczny świat, pełen tajemnic i strachów, które mogą przyprawić o palpitację serca. Swego rodzaju horror, który wpędza małą Marię w chorobę. Dziwne powiązania, tropy, które czasem wiodą do nikąd, dziwna postać samego Dziadka, którego potem Maria rozpoznaje w osobie bratanka ojca chrzestnego, no i to dziwne zakończenie, które niczego nie wyjaśnia, pozostawiając tym samym pole do naszych interpretacji i domysłów. W książce aż kipi od emocji - są strach, zaskoczenie, przywiązanie, przyjaźń, miłość - a wszystko to kręci się wokół małej Marii. No czegoś takiego  w literaturze dziecięcej jeszcze nie było. Mało tego - Maria zostaje narzeczoną młodego Drosselmeiera. Oboje poszli za głosem serca. Widział kto wtedy takie rzeczy? Zresztą można poczytać w Cierpieniach młodego Wertera Goethego, jak takie historie się kończyły. Można dociekać  - jak oddziaływały na życie społeczne w tamtych czasach. Stąd zakończenie Dziadka ma wymiar - jak na owe czasy - iście rewolucyjny, co nam współczesnym czasem trudno w ogóle zauważyć. W końcu bajka to bajka - powinien być happyend - a literatura przyzwyczaiła nas, że takie opowieści raczej kończą się słodko polukrowane - było wesele i ja tam byłem miód i wino piłem. Nie zapominajmy jednak, że opowieść Hoffmanna, to rzecz balansująca na granicy dwóch światów - poplątanie z pomieszaniem - trochę snu i trochę rzeczywistości. Granica jest tak zatarta, że nawet dorosłemu czasem trudno zorientować się co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni. Pamiętajmy, że to zaledwie początki wieku XIX.

W najnowszym wiernym tłumaczeniu Elizy Pieciul - Karmińskiej, obok smakowitego tekstu można uraczyć się również ciekawym Posłowiem tłumaczki na temat perypetii Dziadka i kłopotów z przekładem tej wiekowej książki. Kropką nad i są ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch . Najpierw rozczarowała mnie, a potem spodobała, wizja samej postaci Dziadka do Orzechów. Postać w tej książce nie ma nic wspólnego z  tradycyjnym dziadkiem do orzechów – drewnianymi figurkami, jakie królują na jarmarkach świątecznych jak Niemcy długie i szerokie. Człowieczek – tak Maria określiła Dziadka, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. I tak w istocie wygląda. 

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzin

wtorek, 27 grudnia 2011

Zasad gry w memo nie muszę chyba tłumaczyć. Tutaj wersja - flagi państw - zrobiona w jedno popołudnie. Flagi, stolice, nazwy języków znalazłam tutaj - jak również wiele pomysłów, jak z dziećmi bawić się geograficznie.

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, spokoju i pięknych dni, a pod choinką wielu książek.....

Jedna z piękniejszych piosenek świątecznych. Szkoda, że w mediach o niej cicho-sza. No i ten nasz gwiazdor wielkopolski:))


środa, 21 grudnia 2011

Z tej książki bije bardzo pozytywna energia. I wielka pasja. Do dzieci, do podróży, do gotowania. To jej atuty. Dopiero potem można mówić o fajnych zdjęciach, ciekawych przepisach i miejscach, które zwiedzamy z Przemytnikami – od kuchni. Młodzi rodzice – z dwójką dzieci – przemierzają sobie świat, gdy nie ciałem – to wspomnieniowo i kulinarnie, realizują swoje marzenia, są ze sobą, ciepełko rodzinne od nich bije ach bije. I nie ma –  że brak czasu, że biegusiem – trzeba dobrze zjeść, koniec kropka. A dobrze – znaczy – smacznie i zdrowo. Autorzy zachęcają do tego swoimi przepisami, wyglądem, trybem życia i uśmiechniętymi buziami. Pewnie, że to swego rodzaju reklama, ale w tym przypadku naprawdę godna naśladowania. Zresztą nie zawsze jest łatwo – o czym piszą we wstępie. Nie ma żadnej drogi na skróty, absolutnie żadne wymówki nie wchodzą w grę. A jeśli dzieci wykrzywiają się na widok szpinaku i marchewki – nic to – może uda się co nieco p-r-z-e-m-y-c-i-ć do ich menu.

Kuchnia jest przeze mnie oswojona. Mamy wcale pokaźną bibliotekę, ale wizerunek mola książkowego zaczytanego po uszy z suchą skibą chleba i wyszczerbionym kubkiem mocnej herbaty nie wchodzi w grę. Jedzenie jest celebrowane, a wśród dziesiątek książek dorobiliśmy się wcale pokaźnej półki z książkami kucharskimi. Nic dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem sięgam po rodzinną książkę kucharską, bowiem nagle okazuje się, że z dwójką dzieci też można gotować, można poświęcić temu czas. I nie tylko jakąś tam cienką zupkę, ale potrawy takie, że ho ho.  Smaki Francji, Grecji, Hiszpanii, Indii, Maroka, Tajlandii, Tyrolu, Włoch, w końcu również … Polski. I tu niespodzianka Nagle okazuje się, że nasza kuchnia może być egzotyczna, bo czy jedliście kluski śląskie z glonami nori, albo sałatkę z kapusty kiszonej z żurawiną, nie mówiąc już o plackach z kapusty? Kapusta – jak wiadomo – to nasza potrawa narodowa. Wiele gospodyń twierdzi, że jak świniak przez kapustę nie przeleci to nie smakuje – a tu proszę – placki z kapusty z przyprawą Ras-el Handout. Jak to brzmi, prawda?

Przepisy są opisane tak, że można pomyśleć – ot bułka z masłem – da się zrobić. Wiele  z podanych składników jest dostępnych w Polsce – zdjęcia są smakowite. Przed każdym krajem – krótkie wprowadzenie – o pobycie tam, o kuchennych eksperymentach. Książka zachęca do podróży, gotowania, do działania z dziećmi – bo wiele  z tych potraw można przygotowywać i dla pociech i z pociechami. Jednocześnie autorzy zwracają uwagę na to, że kuchnia i jedzenie są częścią kultury danego kraju. Nijak nie mogę zrozumieć ludzi, którzy jadą za granicę zaledwie na tydzień – do Grecji, Włoch po to, by tam tęsknić za schabowym z kapustą. Z tej książki można nauczyć się zupełnie czegoś innego, a smakowanie egzotycznych dań należy wpisać w plan wycieczki.

 

Wiek – dla całej rodziny

Wydawnictwo 1000 Stopni

 




wtorek, 20 grudnia 2011

Ola Cieślak namieszała tą książką - i to nieźle. Zresztą wydawnictwo – również. Po Nowym Yorku to kolejna książka obrazkowa, która nie jest napisana, o przepraszam, narysowana z myślą o dzieciach. W tym przypadku powiedziałabym tak – na pewno jest dla dorosłych. A czy dla dzieci? Wybór zostawiam Wam, bo czytanie tej książki wymaga zaangażowania. Stadnie, jak nic. Samo oglądanie nic nie da. W dodatku warto zatrzymać się nad tekstami – słowami, którymi autorka się bawi, żongluje, łapie je w locie, szuka kontekstu, wygłupia się. Wychodzi z tego artystyczny nieład, abstrakcyjny miszmasz - ale to przecież sny, a w nich wszystko jest możliwe.  Pojawiają się róże, brodaci panowie, muskularny kucharz jak z Vegety, seksowne króliczki, gang daltonistów, wytworne paniusinki z katalogów mody z poprzedniej epoki, ptaki, obłoki, demoniczna pani matka. To - co jest elementem życia: seksualność, wyobrażenia, strachy, ciekawość, emocje, wspomnienia. Wieloznaczne dla jednych – bez znaczenia dla innych. Ot sztuka dla sztuki.  Ola  Cieślak bawi się technikami – nakleja obrazki na ciekawe tło, dorysowuje swoje postacie, wykorzystuje kwiecistą tapetę i paragon ze sklepu. Historie, które można potraktować jako bardzo osobistą wizję artystki. Z drugiej strony początek czegoś, co można dopowiedzieć sobie samemu. Podobnie jak z interpretacją snu.


Niby małe toto, niby niepozorne. Ale ta okładka – ostra czerwień - kusi, oj kusi. Na pewno ciekawa propozycja dla kolekcjonerów książek – wydano tylko …1000 egzemplarzy,  z czego sto z autografem artystki. Jest o co powalczyć. A dostać taki prezent pod choinkę to ….. Nie wiem, jak Wy, ale ja to bym się baaaaaardzo ucieszyła.

Kiedy książka pojawi się na półce - pokażcie ją dzieciom. Te widzą często to, czego my nie widzimy. Przy czytaniu tej książki wychodzą ciekawe, czasem dziwne rzeczy. I bardzo osobiste:)

Wydawnictwo organizuje warsztaty poświęcone tej książce. Przeznaczone są dla dzieci w wieku 5+.

Wydawnictwo Bona

 

O wyższości pierników domowych nad sklepowymi mogłabym długo pisać. Tego się nie da porównać. Zresztą widać, które z talerza znikają szybciej. Pamiętam, jak kiedyś moja babcia przychodziła do nas na pieczenie pierników. Cały dzień był rozgardiasz w kuchni. Co to się wtedy nie działo. Dla dzieci to frajda, a kiedyś w przyszłości (ależ to brzmi) - miłe wspomnienie. W ostatnią sobotę dzieci działały w kuchni z tatą, który od czasu do czasu podnosił nos zza książki i mówił tylko czy dobrze czy źle. Generalnie – dzieci jakoś wszystko wolą robić z tatą – bo wszystko jest dobrze. Nic za krzywo, nic za grubo, nic za cienko, nic za słodko czy słono. Pierniki wyszły jak malowanie – a że robiły je tylko dzieci, proporcje były też dziecięce – by nie siedzieć w kuchni cały dzień, jak to drzewiej bywało. Kilka wybrałam nawet do dekoracji – ale wraz z ubywaniem dnia, zobaczyłam, że dekoracji też ubywa. Najpierw zaczęły znikać rogi. Potem zniknął cały renifer… Widzicie, jak to z domowymi piernikami bywa. Oczywiście – NIKT ICH NIE ZJADŁ!!!!


Przepis wzięłam z książki kucharskiej Cecylki Knedelek. Tyle że zamiast pachnących choinek – zrobiliśmy pierniczki.

 Tajemnicze zniknięcie rogów reniferów, a potem całego renifera, do dziś nie zostało wyjaśnione:)))


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Przeczytałam ciekawą recenzję tej książki, która, przyznaję, zupełnie zbiła mnie z tropu. Recenzja, nie książka. Bardzo mi się zresztą ten tekst podobał. Koniecznie zapoznajcie się z nim:) Zobaczycie, jak różnie można ocenić jedną i tę samą książkę i jak można spojrzeć na nią zupełnie z innej strony. Autorka recenzji zachęca do szukania czegoś, co nie zostało powiedziane wprost w tej opowieści, do szukania powiązań z innymi tytułami – wyłącznie dla starszych czytelników, którzy mają już doświadczenia z prozą Noblisty. Próbujcie jeśli chcecie. Ja jednak upieram się, że Fonsito i księżyc może być tylko i wyłącznie książką dla dzieci. I nie trzeba doszukiwać się drugiego dna – jeśli tylko się chce. Fonsito z okładki nie budzi według mnie żadnych nieprzyzwoitych myśli – tak samo na innych zdjęciach – mali bohaterowie: zarówno Fonsito i Nereida – zwykłe dzieci, bez pożądliwości w oczach.  Może gdyby maluch z okładki miał coś z donżuana, a Nereida – z Loility. Drań? Nieee, zdecydowanie nie. Co nie odziera naszych bohaterów z seksualności, pragnień i marzeń. W końcu Fonsito kocha, a Nereida zdaje sobie  z tego sprawę. Zresztą inaczej nie byłoby historii o tej pewnej miłości. A sprawa ma się tak – mały Fonsito zakochał się w Nereidzie i marzy o tym, by ta go pocałowała. Dziewczynka i owszem spełni jego marzenie, ale tylko pod jednym warunkiem – gdy Fonsito podaruje jej księżyc z nieba. Trudna sprawa. Można rzec – bez wyjścia. Jednak Fonsito poradzi sobie – jak to zrobi? Przypadek sprawi, że Nereida pozwoli pocałować się w policzek. Niewiele tu tekstu, na zaledwie 30 stronach po kilka wersów na rozkładówce. Dominują zdjęcia. To one opowiadają te historię po swojemu – dzięki nim można czytać tę historię bez tekstu. Można sobie dopowiadać ciąg dalszy. Czy żyli długo i szczęśliwie? Naczynie Gliniane śmie wątpić. Ale na tym właśnie polega piękno czytania – każdy odnajduje w książce zupełnie coś innego.

Zobaczcie jak Fonsita widziała Marta Chicote.

Tu możecie zajrzeć do książki.

Wiek 5+99

Wydawnictwo Znak



sobota, 17 grudnia 2011

 

Bierzecie jakąś książkę do ręki i od razu wiecie, że będzie ona bardziej Wasza aniżeli kogoś innego. Bo wiążą się z nią wspomnienia, zapachy, zdarzenia. Bo ta nowa książka – wcale nowa nie jest – to tylko jakaś ułuda, bo w głowie są już teksty, ilustracje – i tak naprawdę ta książka była zawsze. I że Was szukała, i właśnie odnalazła?

Myślę, że wielu czytających rodziców przeżywa po latach literackie dejavu – a niektóre książki do bibliotek dziecięcych trafiają drogą na skróty dzięki wspomnieniom. Wanda Chotomska dzieciom to taka właśnie lektura. Wspomnienie. W nowej szacie graficznej, ale z kultowymi tekstami. A te – co tu długo pisać – są jak wino – im starsze tym lepsze. Książka podzielona jest na 17 rozdziałów. Niektóre z nich – najczęściej wybór wierszy, prozatorskie - samodzielne utwory. Dzień dobry córeczko, Wypożyczalnia skrzydeł, Rzeczowisko, Drzewo z czerwonym żaglem, Dlaczego?, Zwierzaki, Fruwaki, Kogutek, Czterech panów i Mikołaj, Panna Kle-kle, O rety, rety lecą kabarety, Limeryki, Leonek i lew, Muzykańce, Tańce, Śpiewańce.


I nie powiem – łezka się w oku kręci czytając słynnego Hipopotama. Pamiętacie? Hipopotam, chlupopotam, chlapopotam, chlapobłotam, chlupobłotam, plamobłotam, piegobłotam, hipobłotam, hipopsotam – boi się wychylić z błota. (wydany przed laty w serii miniaturek literackich Poczytaj mi, mamo – może znajdzie się jako reprint w którymś kolejnym wydaniu tej książki?) Albo kultowy Trzydziestego lutego – o jeżu, który zaczął sprzedawać szczotki i tak się oddał temu zajęciu, że w końcu biedaczek sprzedał klientom i swoje ciotki i siebie. (ostatnio wznowione w ramach Mistrzowie Ilustracji – wyd. Dwie Siostry). Ja ciągle o wspomnieniach – a dla dzieci – odkrycie, obcowanie  z poezją. Również śmiech i zabawa – bo wśród wierszy są takie, że wręcz trzeba się uśmiechnąć pod nosem. W naszym domu zapanowała moda – na Dzień bobry! – zamiast dzień dobry, Bobranoc! – zamiast Dobranoc!. Poszliśmy dalej – boproszę, bobruję, bobraszam. Dziadek, gdy się pojawił u nas w gości, patrzył na chłopców jak na UFO. Co to za bobrzy język. A to tylko uboczne skutki czytania książek – dokładniej – wiersza Bobry. Takich śmiechotek jest tu więcej: Fryzjer, Gdyby tygrysy jadły irysy, Muchy w nosie, a zwłaszcza cały rozdział – Dlaczego? Bo czy znacie odpowiedź na pytania: Dlaczego cielę ogonem miele? Po co krowie rogi na głowie? Dlaczego ryby rozmów nie wiodą? I co to takiego – decybele? Chotomska odkrywa dzieciom najbliższy świat: uroki przyrody: zwierzęta, rośliny, zjawiska. Potrafi nachylić się na ślimakiem, motylem, biedronką. Widzi świat jak dziecko, mikroświat – zauważa rzeczy małe, nad którymi my, dorośli – przechodzimy bez refleksji, omijamy szerokim łukiem. Pisze o przedmiotach, w których na pierwszy rzut oka poezji brak: ot taki zwykły parasol, kalosze, łyżka, jajecznica czy bilet. Dużo w jej utworach muzyki – tutaj znajdziecie wiersze o różnych instrumentach, tańcach. Niektóre wiersze można z dziećmi zaśpiewać. Pamiętacie może piosenki: Kochajcie czarownice, Na majówkę na wędrówkę? Znajdziecie w książce dziecięce przygody (Drzewo z czerwonym żaglem), zabawy, lekarstwo na problemy (Leonek i Lew), znajdziecie miejsca, których na próżno szukać na mapie: Bańkowice Mydlane, ulica Tabliczki Mnożenia, Balbalonia.


Po latach bliski stał mi się wiersz Mama z córką na wagarach. Trudno w  literaturze dziecięcej o podobny przykład …manifestu feministycznego. Chyba wydrukuję i przywieszę na lodówkę. Nie mam wprawdzie córki, ale mam szaloną ochotę wyrwać się czasem na wagary.  Sama.


Bohaterką tej książki są ilustracje Artura Gulewicza. Jest ich tu bardzo dużo. Na każdej rozkładówce – na jednej bądź dwóch stronach. Kolorowe, śmieszne, nastrojowe. Z jajem i na poważnie. Tak jak utwory Chotomskiej.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są wiersze, które można czytać już dwulatkom, a nawet młodszym dzieciom, są utwory dla starszaków i dzieci z początkowych klas szkoły podstawowej. Jest też duuuuużo dla nas………

 

Wiek 2+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



czwartek, 15 grudnia 2011

Mimo, że nie przepadam za wampirzą tematyką w książkach dla dzieci – muszę przyznać, że do wampirów Iwony Czarkowskiej podchodzę z dużą dozą sympatii. Może dlatego, że autorka zakpiła sobie z nich na całego - odpoważniła, odzgrozzzziłła, odprzeraziłłła. Obaliła wszelkie mity i legendy – że niby wampiry nie cierpią czosnku, koloru czerwonego i że są takie straszne. Nie, nie udowodniła, że nie istnieją – wręcz odwrotnie – pozwoliła zaprzyjaźnić się małemu Kaziowi z wampirzą rodziną, której domem jest stara drewniana odrapana skrzynia na strychu. Kazio nadal mieszka z rodzicami i rodzeństwem w dziwacznym domostwie na skraju miasteczka. Tato konserwator wnętrz wykonuje w nim artystyczne prace, a syn Kazik podtrzymuje przyjaźń z przyjaciółmi ze strychu. Dziadek Hongogard, babka Fibrycukella, Zuzulinda, wuj Drakula - znów przewijają się przez karty książki. Choć tym razem udajemy się do szkoły wampirów, która się mieści w zamku Drakuli. A wszystko przez Zuzulindę – młodą pannę, która liczy lat zaledwie ….dwieście. Właśnie zapragnęła pójść do szkoły. Wyobrażacie to sobie? Oczywiście zwykła szkoła nie wchodzi w grę. Zresztą dyrektor po rozmowie z babcią Fibrycukellą długo nie mógł dojść do siebie. Będzie dużo śmiechu, dowiecie się, co muszą wkuwać uczniowie w tej dziwacznej szkole, będzie dużo przygód i dziwacznych perypetii. Ciekawe, czy dzieciaki polubią swoją nową szkołę?

 

To już druga część przygód Kazia i jego wampirzych przyjaciół. O pierwszej pisałam tutaj. Cienka książeczka – zaledwie 86 stron małego formatu, duże litery, krótkie rozdziały. Do pierwszego samodzielnego czytania w sam raz. Świetnie zilustrowana przez Olgę Reszelską. Jej pomysł na pokazanie świata z książki to strzał w dziesiątkę – od razu widać, że tematyka jest pokazana z przymrużeniem oka i humorem. Jej wampirów nie sposób się bać. Pogodne toto, na chudych nóżkach, z pieprzykiem na nosie, kolonią piegów na policzkach. Widział kto, by zwracać uwagę na takie szczegóły? Niby nic, a jednak… I chwała za to, bo książki Iwony Czarkowskiej z ilustracjami Olgi Reszelskiej mogą stać się skutecznym antidotum na strachy, jakich w dziecięcej wyobraźni nie brakuje. Obie panie dały wampirom przytyczka w nos – do czego i my się przyłączamy. Choć przyznaję – bohaterów tej pogodnej serii nie da się nie lubić.



Wiek 6+

Wydawnictwo Wilga

 

O tym, że autor książki jest doskonałym obserwatorem przyrody mogliśmy się przekonać podczas lektury: Franka i ducha drzewa. Przyroda, zwłaszcza ptaki, fascynuje. Na oknie w sypialni chłopców mamy cały czas lornetkę. Można obserwować to, co dzieje się za oknem. A dzieje się wiele. W rynnach naszego domu jest kilka domków wróbli. Dzięki temu widzieliśmy naukę latania małego wróbla, troskę rodziców i strach o ptasie dziecko. Latem budzi nas świergot. Pamiętam minę mojej koleżanki z wielkiego miasta, która nas odwiedziła. To wy tu macie ptaki! A mamy. Na szczęście - gdzie mieszkamy, przewija się na razie mało ludzi i ptaków tu mnóstwo. Latem przede wszystkim skowronki. Ze śmiesznymi czubkami na głowie skaczą gromadami po naszym ogródku. Jaka będzie pierwsza zima – w nowym domu? Zobaczymy. Czy przylecą sikorki i gile? Książka Lecha Zaciury przede wszystkim uzmysławia dzieciom, że ptaki to coś znacznie więcej aniżeli wspomniane już bardzo popularne gatunki: wróble, sikorki i skowronki. To również zięby, modraszki, gawrony, czyżyki, kosy, orzechówki, dzwońce, dzięcioły, sowy i inne. Każdy rozdział to opowieść związana z poszczególnym miesiącem. Czasem na dany miesiąc przypada więcej historii. Zaczyna się grudniową zimą i bitwą o ziarenka w karmniku. Dalej lutowe polowanie jastrzębia, marcowe strącanie gawronich gniazd, kwietniowe kłótnie o budkę lęgową, majowe lęki czajki o jajka w gnieździe, majowe trele słowika, czerwcowe perypetie kosa – albinosa, lipcowe przygody papużki na wolności, sierpniowa samotność kruka. Razem dwadzieścia jeden opowieści. W przyrodzie dzieje się tak wiele. Autor stara się odtworzyć ptasi świat – i choć w rzeczywistości nie słyszymy tych wszystkich ptasich rozmów, dyskusji i kłótni, naukowcy już dawno potwierdzili teorię, że zwierzęta, a więc ptaki również, ze sobą się porozumiewają. Mimo, że w tytule napisano: Bajki o zwierzętach - autor przemycił do tekstów wiele ciekawych i prawdziwych informacji z życia fruwaków. Znajdziecie tu szczegóły z życia ptaków, ich upodobań, zwyczajów. Mnóstwo ciekawostek, o których milczą książki biologii. Po tej lekturze jesteśmy pewni, że ptasie: Halo! O, halo lo lo lo lo!, Tu tu tu tu tu tu tu, Radio, radijo, dijo, ijo, ijo, Tijo, trijo, trlu lu lu Lu, Pio pio pijo lo lo lo lo lo, Plo plo plo plo plo halo to coś znacznie więcej, niż nam się może wydawać. 

W książce znajdziecie mnóstwo realistycznych ilustracji, dzięki którym dzieci zobaczą, jak wyglądają bohaterowie tych wszystkich opowieści. Spodobają się dzieciom o zacięciu przyrodniczym.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Skrzat



środa, 14 grudnia 2011

Wczoraj wpadałam w małą panikę (czy panika może być mała?), gdy moje przedszkolne starsze dziecko poinformowało mnie, że jutro – czyli dziś idą z grupą do biblioteki oddać książki i wypożyczyć nowe. Nie pisałam o ostatniej wizycie, kiedy to Tomek wypożyczył dwadzieścia książek i ze spaceru do domu nici. Trzeba było wzywać transport, by przewieźć to wszystko pod nasz adres. Pięknie – dziecko czyta – to znaczy - my mu czytamy, a ono próbuje. W każdym razie nie jesteśmy w  stanie przerobić – mimo najszczerszych chęci - dwudziestu tytułów bibliotecznych i ciekawych domowych, na które też mamy chrapkę, przez dwa tygodnie. Musielibyśmy czytać od rana do wieczora i od wieczora do rana. A trzeba jeszcze żyć, uczyć się, pracować, modlić, jeść, rozmawiać z sobą. Tłumaczę mu: Tomciu, przeczytaliśmy pięć. Wypożycz cztery – pięć książek. To nie ma sensu – wypożyczać i nie czytać. Na szczęście pani sama zapowiedziała, że może wypożyczyć tylko cztery tytuły. Uff. Już po południu jedziemy z tymi książkami do domu, a moje dziecko po chwili refleksji mówi tak:

-Tato!

-(Tata) – Yhm…….

-  Żałuję, że ci nie wypożyczałem takiej jednej książki… (tu westchnienie)

-(Tata – pełen zrozumienia) – Yhm….

-Spodobałaby ci się (znów westchnienie)

-Historyczna….. (znów jakieś smutne westchnienie)

-(Tata) – Na pewno…..

- O takim generale.

-(Tata): ???? A o którym generale?

-No, o takim łysym z wąsami.

 

Tutaj - sześciolatek w bibliotece 1



Wysypaliśmy ziarnka do karmnika - a ptaków jak na lekarstwo. Jest ciepło, ptaki omijają nasz karmnik z daleka. Mikołaj zrobił swój domek, który gości dwa ptaszki non stop. Karmnik pokolorował i obkleił watą (śnieg!) Ptaki też są kolorowe - jak łatwo się domyślić - to gil i sikorka. Zainteresowanie ptakami wzrosło dzięki ostatniej nowości: Czyżyk i spółka Lecha Zaciury.

Opowiadania wigilijne są właśnie na ten czas. Nastrojowe, niektóre smutne, inne wesołe, poprzeplatane wierszami. Świetnie wpisują się w ten okres Oczekiwania, w przedświąteczne przygotowania i porządki. W czas refleksji. Są tutaj chyba wszystkie rekwizyty świąteczne: choinki, anioły, śnieg, bałwany, supermarketowe święte Mikołaje z przyklejonymi brodami, są prezenty, które mają sprawić, że staniemy się lepsi i szczęśliwsi. Najważniejszy jest jednak przekaz tych dwudziestu jeden opowieści – raz pisanych prozą, raz wierszem -  co jest najbardziej wartościowe, że zawsze, a zwłaszcza w okresie Tych Świąt, lepiej być niż mieć. Autorzy konsekwentnie próbują odwrócić naszą uwagę od konsumpcyjnego podejścia do Bożego Narodzenia - czyli pogoni za prezentami, pełnym stołem. Bo w końcu *to nieważne, czy będzie choinka – taka wielka, czy całkiem mała, może nawet być jedna gałązka, byle świeczka na niej mrugała.

Wśród autorów znane nazwiska: Ludwik Jerzy Kern, Grzegorz Kasdepke, Kalina Jerzykowska, Anna Onichimowska, Ewa Chotomska, Barbara Kosmowska, Roksana Jędrzychowska – Wróbel, Joanna Olech, Beata Ostrowicka, Wanda Chotomska, Joanna Papuzińska, Agnieszka Frączek Barbara Gawryluk i inni. Książka została zilustrowana do spółki przez Iwonę Całę i Ewę Poklewską - Koziełło.

 

*Święta – Wanda Chotomska

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Literatura



wtorek, 13 grudnia 2011

O Nusi słyszeliśmy wiele dobrego. Cały czas mamy zresztą nadzieję, że nasza biblioteka uzupełni księgozbiór o pozostałe trzy części serii o rezolutnej dziewczynce, której zawsze towarzyszą zwierzęta: łosie, wilki i owieczki. Do fioletowej okładki (każda część ma charakterystyczny kolor – czerwony, żółty, turkusowy) często wracamy – a to za sprawą tematyki – trochę nawet sensacyjnej dla małego czytelnika. Bo upuścić dziecko – to ho ho – naprawdę nieprzyjemne zdarzenie. No i coś ty zrobiła? – krzyk niani przestraszył nie tylko małą Nusię, która od czasu do czasu odwiedza swoją koleżankę Helenkę. Helenka nie chodzi do przedszkola, więc ma opiekunkę Pumę. Ta zajmuje się też rodzeństwem Helenki - parą bliźniaków. Pewnego dnia podczas niesfornej zabawy Nusia niechcący upuszcza jedno z niemowląt na podłogę. Po okrzyku Pumy dziewczynka wycofuje się do swego świata – ciemnej garderoby z okładki – bez okien, z dziwacznymi zwierzakami, które pozwalają jej odzyskać pogodę ducha. Dziewczynka po zdarzeniu najpierw strasznie cierpi – Puma, która tak bardzo jej imponuje, jest na pewno na nią zła i zawiodła się na niej.

Tak myśli Nusia. Autorka z wielkim zrozumieniem i empatią pokazała, co w małej duszy gra, gdy po przykrym zdarzeniu dziecko w środku całe zamienia się w  lód. Jak krzyk dorosłego – często może nawet zbyt przesadzony, wyolbrzymia całe zdarzenie do tragedii, którą w istocie nie jest. Jak urasta do rozmiaru góry lodowej nie do pokonania, gdy tymczasem jest zaledwie lichym pagórkiem. Tutaj Nusi pomagają zwierzaki – cudaki w garderobie. Można zadać sobie retoryczne pytanie – a co się dzieje, gdy ich nie ma? Piękna historia, która daje do myślenia dorosłym, a która pomaga dzieciom zrozumieć ich zranione uczucia i emocje. Podoba mi się wizerunek niani - Pumy. Oj, Pija Lindenbaum zamieszała w naszym polskim mamowym środowisku, gdzie najchętniej powierzamy swoje pociechy babciom lub sprawdzonym nianiom z referencjami. Oczywiście popularne jest powiedzenie – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. A Puma? Niania Helenki i bliźniaków ma ramiona całe pokryte tatuażami, włosy w artystycznym nieładzie, mocny makijaż, na dodatek maluje paznokcie na fioletowo i…świetnie opiekuje się dziećmi. Z pewnością jej reakcja na zachowanie Nusi była zbyt gwałtowana, ale i ona wyciągnęła z tej przykrej sytuacji lekcję i szybko ją naprawiała. A cała historia dobrze się kończy.

 

Polecam wywiad z autorką – znajdziecie go tutaj.

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Waldemar Wolański w książce o Panu Twardowskim nawiązał do starej legendy i wprowadził nowe. Motyw ten pojawia się wielokrotnie w naszej literaturze. Sięgnął po niego sam Mickiewicz w balladzie Pani Twardowska. Jednak jedna z najbardziej znanych wersji została opracowana w Klechdach domowych – o ile mnie pamięć nie myli - tam ją znalazłam wiele lat temu – i tak na mnie podziałała, że nijak sobie księżyca bez Twardowskiego wyobrazić nie mogę. I choć wiem o tych wszystkich satelitach, lotach na księżyc, rakietach, odcisku buta astronauty Armstronga – sprzedałam legendę moim dzieciom. Efekt tego jest taki, że Twardowski czasem towarzyszy nam w  dniu codziennym. Księżyc fascynuje najmłodszych, dzieci z  chęcią wpatrują się w niego, by sprawdzić, czy tam faktycznie kogo nie widać. I choć z drugiej strony tłumaczymy, że to tylko legenda, oglądamy i czytamy książki dla dzieci o naturalnym satelicie Ziemi  – fascynują się tą opowieścią. Kto wie, może tak jak w każdej legendzie – jest gdzieś trochę prawdy. Zresztą ta pewnie powstała przed wiekami po to, by wytłumaczyć niewytłumaczalne. Tego, kto zna legendę o Twardowskim, pewnie zdziwi trochę wizja autora – zarazem reżysera łódzkiego Teatru Lalek „Arlekin”. Dzięki temu tchnął w nią nowego ducha. W tej opowieści Twardowski to ubogi szlachcic – nie czarnoksiężnik. Wprowadził też wiele drugoplanowych ciekawych postaci – to w większości kobiety, m.in. barwna postać, która będzie miała duży wpływ na przebieg wydarzeń – Przybłęda. Stare przysłowie mówi – gdzie diabeł nie może, tam babę poślę. Diablisko Wolańskiego takie trochę nieporadne – nie zawsze radzi sobie z poczynaniami Waćpana Twardowskiego, daje się nieźle robić w trąbę. Za to jego siostry wiedźmy – już one wiedzą jak się dobrać Twardowskiemu do skóry. Cyrograf, karczma Rzym, porwanie Twardowskiego na sąd niebieski i potępienie. I miłość, przywiązanie i dobro Przybłędy do swojego opiekuna oraz wstawiennictwo Anioła sprawiają, że jego dusza znajduje odkupienie.

Spójrz w górę. Widzisz jasny sierp księżyca? A na nim ciemną plamkę? To pan Twardowski. On jeden, lecąc, za róg nowiu się zaczepił i teraz na księżycu siedzi. Sam, ale bezpieczny.

Książka Wolańskiego przypomina przedstawienie teatralne. Z boku na grubych marginesach ilustracje – rekwizyty: szopki krakowskie, koguty, maski diabłów, serce – wycinanka, czarownica na miotle. Kolorowe postacie Marii Balcerek do złudzenia przypominają lalki, kukły teatralne. Na okładce widnieje informacja, że powstały one według projektów lalek do spektaklu, które zostało nagrodzone "Złotą Maską" w kategorii "spektakl dla dzieci". Ciekawa jestem, jak aktorzy poradzili sobie z takim wyzwaniem w rzeczywistości: sceny zbiorowe, brak miejsca, czasu i akcji, wielowątkowość. Ciekawam bardzo, jak rozegrana została scena początkowa: sabat czarownic na Łysej Górze. Wyobrażam sobie ten wrzask, harmider. I piękna bardzo nastrojowa scena końcowa – spotkanie Anioła z Przybłędą.

Polecam tym, którzy lubią zagrzebać się  starych opowieściach, sięgnąć do korzeni. Wolański zrobił to ciekawie – sfabularyzował starą legendę, wplótł piosenki – mnie spodobał się i hymn czarownic jak i smutna, bardzo refleksyjna kołysanka na ostatniej stronie.

 


Wydawnictwo Skrzat



niedziela, 11 grudnia 2011

Dzięki Małgosi sprzątnęłam przedświątecznie całą bibliotekę. Planowałam od dawna. Po przeprowadzce ustawiłam książki na szybcika: tu beletrystyka, tu dla dzieci, tam kucharskie (mam takie, mam), przyrodnicze. A ja marzyłam od dawna już – by było porządnie: działami , tematycznie i alfabetycznie. Na marzeniach się tylko kończyło, bo czasu nie starczało. Teraz zawzięłam się ogromnie – miałam w tym wielkiego sprzymierzeńca – nareszcie wolny czas. Dzieci (przy nieznacznej  pomocy taty piekły w tym czasie pierniki – pyszne!!! Co chwila tylko wbiegały ze słodkościami, bym próbowała i chwaliła). Ja rzuciłam się w wir odkurzania, mycia półek, ustawiania książek. A było mi miło, bo słuchałam przy tym książkę. Małgosia z powieści Ewy Nowackiej ma twarz Ewy Wencel. Przed laty oglądałam teatr, który bardzo mi się podobał. Książki nie czytałam. Teraz – po latach połączyłam przyjemne z pożytecznym.

15-letnia Małgosia – dziewczę niepokorne, uparte – z naszej rzeczywistości lat 70-tych zostaje przeniesiona w czasy króla Jana III Sobieskiego. Nagle ląduje w jakimś starym dworze szlacheckim, gdzie ma nową Panią – Matkę i dwie siostry. Właśnie się dowiaduje, że ma wyjść za dużo starszego od siebie pana Stanisława. Małgosia jest dobą partią – dziadunio zapisał jej w wianie kilka wiosek, stąd nie dziwota, że kawalerowie się kręcą wokół młodej niewiasty. Nie muszę dodawać, że Małgosia przeżywa szok w zderzeniu z nową rzeczywistością. Musi stawić czoła tym wszystkim konwenansom, tradycjom. Musi też poradzić sobie z nowymi obowiązkami i … językiem. Bo ten często brzmi jak język obcy. Pełen archaizmów, nieznanych wyrazów. Małgosia – nie nawykła do pracy, z ciętym jęzorem, uparciuch jakich mało, dostanie w trakcie podróży  niemałą lekcję pokory – choć przez swoje nieposłuszeństwo doprowadzi do takiego zakończenia, które zadowoli wszystkie strony.

Książka spodoba się tym, którzy lubią historię w tle. To ona jest tu głównym bohaterem – bo raczej nie dzieje się tu aż zbyt wiele. Wszystko się kręci wokół Małgosinego dziwnego zachowania i jej ożenku z Waćpanem Stanisławem, jej flirtów z Władysławem i Joachimem. Autorka ze szczegółami pokazała życie codzienne na dworze polskim, panujące tam zwyczaje. Po mistrzowsku odzwierciedliła mowę z dawnych czasów – z jej wszystkimi niuansami w zakresie gramatyki, leksyki. Znajdziecie tu mnóstwo informacji na temat ziołolecznictwa, panujących mód, serwowanych dań, metod leczenia – puszczanie krwi i przystawianie pijawek, tańców, prac domowych, szczegółów wychowania dorastających panien, stosunków damsko – męskich. Jednym słowem – ciekawy obraz Rzeczpospolitej szlacheckiej, jaki znamy z powieści Sienkiewicza – tyle że z perspektywy dorastającej panienki, której przyszło doświadczyć na własnej skórze i razów na własnych plecach od Pani Matki, i jadła, o jakim nie śniła w komunistycznej stolicy – ale też zimna panującego w dworskich izbach, chłodu od najbliższych.

Książkę czyta Anna Cieślak – aktorka znana m.in. z takich filmów jak: Czas honoru, Glina, czy Śluby Panieńskie. Podobała mi się jej interpretacja – odpowiednio modulowała głos, potrafiła nadać danej osobie jakąś cechę, która pozwalała wyobrazić sobie tę postać. Dzięki temu zrobiło się tu bardzo rojnie i gwarnie. Lektorka świetnie zinterpretowała scenę odprawiania egzorcyzmów przez ojca Sulpicjusza i sądu rodzinnego nad dziewczyną na końcu książki. Miło spędziłam czas przy lekturze – jeśli ktoś lubi takie klimaty – polecam.

Kiedy szukałam informacji na temat telewizyjnych losów Małgosi, z wielkim zdziwieniem odkryłam, że kilka lat temu powstała nowa wersja Edytą Herbuś w roli głównej. Czy ktoś widział może nową wersję? Jakie wrażenia?



Łączny czas nagrania 8 godz. 35 min.

Czyta Anna Cieślak

 

Wiek 10+

Wyd. Nasza Księgarnia



Kiedy ma się dwójkę dzieci – dodam – dzieci niesłychanie, żywych, energicznych - to kiedy nagle w domu robi się cicho – to jest to bardzo podejrzane. Bardzo. Człowiek – wychodzi z pokoju, by zobaczyć, co z nimi – bo tak jakoś się zrobiło inaczej, nieswojo, nie z tej ziemi, za cicho, za spokojnie. I masz babo placek:) Ciekawe, kto te supły rozplącze?

Mały Ricardo słyszy od swoich rodziców i dziadków ciągle te same słowa: Jest zbyt późno. Powtarzają je jak mantrę, a malec bardzo chce poznać świat. Utwierdził się w przekonaniu, że gdzieś daleko znajduje się taka kraina: Zbyt Późno. Chciałby tam dotrzeć i przekonać się – jak tam jest.

Ale…..

DROGA DO ZBYT PÓŹNO

JEST ZBYT DŁUGA.

DROGA DO ZBYT PÓŹNO

JEST ZBYT CIEMNA

DROGA DO ZBYT PÓŹNO

JEST ZBYT PUSTA.

 

Wszystko jest ZBYT. Ricardo tak często słyszy to słowo, że sam zaczyna myśleć w ZBYT - Kategoriach: bo jest ZBYT mały, ma ZBYT mało odwagi, a w dodatku jest ZBYT późno, żeby wracać ZBYT późno. Jego marzenia spełniają się we śnie. Razem z nowymi przyjaciółmi: Białym Kotem, Niedźwiedziem z Rowerem i Panią Jeleniową udaje się za góry i lasy, do krainy, gdzie jest wszystkiego zbyt zbyt zbyt.

 

My dorośli często myślimy w  tych kategoriach: coś jest zbyt niebezpieczne, zbyt brudne, zbyt biedne, zbyt nieładne, zbyt lekkomyślne. Pułapka ZBYT. Dzieci są jak walizka – co się do niej wsadzi to się   z niej wyciągnie. Czasem można spotkać takie dzieci, które od rodziców przejmują podobny sposób zachowania – widać to na placu zabaw, gdzie jedne maluchy sypią sobie śmiało piasek na głowę, lepią kotlety z błotka, skaczą po kałużach, turlają się po trawie nie bacząc na zielone kolana, włażą w każdy kat. Inne z kolei patrzą na to z przerażeniem – bo wszystko jest ZBYT. Kałuże są ZBYT brudne, piasek też, i błotko też, a każdy krok w górę na drabince jest ZBYT niebezpieczny.

Bardzo ważna książka dla wszystkich. Przede wszystkim dla dzieci – o ich nieograniczonych możliwościach i wolności. Potem dla nas – dorosłych, rodziców i dziadków – byśmy zrozumieli, że ZBYT to pułapka i pójście na łatwiznę. ZBYT  - to przede wszystkim nasza wygoda. Warto przeczytać, by stwierdzić, że nigdy nie jest ZBYT PÓŹNO.

Trudno nazwać mi Ricardo i jego rodzinę. Ni to zwierzęta, ni to inne jakieś stworzenia – o obłych kształtach jak kiedyś słynne Barbapapy. Podoba mi się w  tej książce dbałość o każdy szczegół – szata graficzna, papier, format, stonowane pastelowe ilustracje, prosty język całej tej opowieści. Entliczek to nowe wydawnictwo na rynku – debiut – zjawiskowy. Plany – też. Czekamy na ciąg dalszy. Z wielką niecierpliwością.

Wiek 2+

Wydawnictwo Entliczek

 



sobota, 10 grudnia 2011

Rodzina Różyczków – tym razem w wersji świątecznej. Tato Paweł jak zwykle zapracowany – grabi liście w ogrodzie, walczy z praniem (ach te rajtuziaki na głowie), mama gdzieś tam w świecie robi karierę. Taki znak czasów. Dzieci tymczasem, jak to dzieci – gdzieś z końcówką roku podświadomie czują, że zbliża się TO COŚ. Czyli Święta Bożego Narodzenia. Stale też nagabują swojego kochanego rodzica pytaniami: Kiedy przyjdzie wreszcie Święty Mikołaj? Tato z coraz mniejszą cierpliwością tłumaczy:

Święty Mikołaj przyjdzie dokładnie i na pewno, o ile zegar świata nagle się nie zatrzyma, dopiero za sześćdziesiąt cztery noce, kwadrans po piątej.

W końcu nadchodzi Ten Dzień – a u Różyczków cały plan przygotowań wali się na łeb na szyję: w kuchni panuje niewyobrażalny bałagan, tato walczy w samotności z szynką i  zapiekanką. A jeszcze choinka. A jeszcze sauna dla mamy (!!! – ta jest na konferencji). Prawdziwy Święty Mikołaj też nawalił – a dzieci czekają. Nic to , Paweł Różyczko znany jest z tego, że nie z takich opresji wychodził. Od czego ma się sąsiadów – Pan Rurka pomoże, choć nie zawsze tak, jakby tato Różyczko sobie tego życzył. Zabawna historia, pełna nieoczekiwanych i absurdalnych zwrotów akcji, w której na samym końcu pojawia się aż trzech Mikołajów. Jeśli jednak ktoś szuka nastrojowej świątecznej opowieści – niech raczej rozejrzy się za innym tytułem. Mimo, że mam przed sobą papierową książkę – słyszę wrzawę trójki dzieciaków: Ksawerego, Olafa i Anny – Marii, trzaski łyżek i garnków w kuchni, przekomarzania z sąsiadem Rurką. Głośno tu i nerwowo - nie ma czasu na sentymenty i nastrój. Na końcu jak zwykle pojawia się mama, a w domu panuje spokój. Czyli - historia ma swój dobry koniec.

Ta część serii jest dla tych, którzy na święta potrafią spojrzeć trochę z  dystansem i przymrużeniem oka. Dla dzieci – lekcja o tym, że  w różnych krajach świętuje się inaczej – bez barszczu, pierogów, karpia, kutii i opłatka.

W książce mnóstwo zabawnych ilustracji – postacie narysowane niegrzeczną kreską. Zresztą popatrzcie sami:)


 

Wiek 3+

Wydawnictwo Bona



piątek, 09 grudnia 2011

-O, Samotny Jędruś! – wyrwało mnie z zamyślenia, gdy ostatnio wracaliśmy pieszo z przedszkola – Tylko go nie nadepnij!

-Jeszcze czego – przeszło mi przez myśl -  Gdzieżbym śmiała.

Reakcja synów była spontaniczna. Zagrodzili Jędrusia, tj. studzienkę kanalizacyjną na ulicy Poznańskiej, w obawie, bym nie zrobiła jej/ mu (???) krzywdy. Ot – kolejne skutki czytania książek.

Nowa książka duetu Widłak/ Rusinek sprawiła, że nagle wszystkie studzienki kanalizacyjne w naszym małym miasteczku przestały być tylko studzienkami kanalizacyjnymi. Zyskały twarz, duszę, serce, marzenia, pragnienia. Nie wolno ich nadepnąć, bo przecież czują. Na pewno je zaboli, gdy ktoś choć na chwilę przydusi je swoim butem. Jędruś wyrusza pewnego dnia na poszukiwanie CZEGOŚ. Czego, sam nie wie. Szuka odpowiedzi na to pytanie? Jeśli czasem macie podobne refleksje, czegoś Wam w życiu brak, to ta książka jest właśnie dla Was. Myślę, że każdy w niej znajdzie coś dla siebie, a może właśnie siebie przede wszystkim. Jędruś wałęsa się samotnie po ulicach miasta, niby już już jest blisko, niby zaczyna czuć, że to właśnie to – kiedy wpada na drzewo, rybę, kamień, gołębia. Chyba domyślacie się, czego / kogo szuka Samotny Jędruś? To przyjaciel jest antidotum na jego samotność, smutek, przygnębienie. Czy go w końcu znajdzie? Zajrzyjcie do tej książeczki.

Wydawnictwa Czerwonego Konika charakteryzuje duża dbałość o szatę graficzną. Tym razem jest podobnie. Jonana Rusinek miała nietuzinkowy pomysł na …Samotnego Jędrusia. Tchnęła ducha w brzydotę miasta, w te wszystkie dziury, szczeliny, popękane elementy, studzienki. Kto by pomyślała, że można wydobyć z nich tak wiele emocji i tak dużą dawkę …piękna. Bardzo podoba mi się ta ciemna książka, rozjaśniana co rusz błyskiem jaskrawej farby. Lektura bardzo refleksyjna, jesienna, pełna czerni i brązów. Mnie szczególnie bliska – tak sobie egoistyczne myślę, że czasem chciałabym pobyć sama, by nabrać dystansu do wszystkiego, zebrać siły, zastanowić się. Ciągle w biegu… Może dlatego trochę z zazdrością patrzę na Samotnego Jędrusia…. Melancholijnie. Sami widzicie, jak różnie można odczytać książki – nawet te dla dzieci.

Wiek 5+

Wydawnictwo Czerwony Konik



czwartek, 08 grudnia 2011

To nasza druga, po Poradniku małego skauta, książka z serii Centrum Edukacji Dziecięcej. Obydwie są na medal i po prostu są skazane na sukces – musicie tylko je dojrzeć w tej dżungli najróżniejszych książek, jakie zalewają półki księgarskie. Mały inżynier powstał w wyniku obserwacji dzieci na specjalnych warsztatach naukowych. Do książki wybrano najciekawsze i wzbudzające najwięcej entuzjazmu wśród małych uczestników eksperymenty z dziedziny chemii, fizyki, biologii. Ja czytając tę książkę z moimi dziećmi i widząc ich plany, energię do działania – już, zaraz, natychmiast – zastanawiałam się, jak to się często dzieje, że szkoła polska niszczy  ten wielki pokład energii i chęci. A może właśnie takie książki powinny obowiązkowo trafiać do naszych szkół? Bo co innego mówić o zjawisku dyfuzji – co innego doświadczyć tego. Co innego rozwodzić się o gęstości substancji – a co innego samemu spróbować, jak się zachowa jajko w zwykłej wodzie z kranu, a jak w wodzie z solą. Nic to, zawsze można poeksperymentować z dziećmi w domu – więc jeśli ktoś z góry zakłada, że i tak nie ma czasu, to niech lepiej sobie odpuści. To tak jak kupić najlepsze na świecie belgijskie czekoladki, postawić na wysokiej półce i tylko na nie patrzeć i podziwiać. To lektura dla małych ciekawskich, ale też dla dzieci, które jeszcze nie wiedzą, jak bardzo ciekawy jest otaczający świat. A ten jest pełen niespodzianek – podobnie jak ta książka. Co dzieje się z cukrem, gdy wrzucimy go do herbaty, jaki kolor i zapach ma dwutlenek węgla, czy słodkie jabłko może być kwaśne, jak w domowych warunkach zbudować fontannę, czy woda ma skórę? To tylko kilka smacznych informacji, na które można tu znaleźć odpowiedź. W prosty sposób wytłumaczone są pojęcia z różnych dziedzin naukowych – i to w powiązaniu z rzeczywistością. Jeśli pierwiastek, napięcie powierzchniowe, energia, prąd, magnes – przewodzenie ciepła – to jak się to przekłada na nasze życie codzienne. I mnóstwo eksperymentów, które można zrobić w warunkach domowych. Niektóre z nich wymagają więcej zachodu – do innych wystarczy to, co znajduje się w zwykłej kuchennej szufladzie: łyżka, warzeszka,  sól, cukier, kawa, jabłka.

Jeśli ktoś planuje Małego inżyniera po choinkę – chyba wie, co robi. Mam nadzieję, że w pełni zdaje sobie sprawę z tego, jak będą wyglądały tegoroczne święta? Polecam z całego serducha - świetna zabawa - hm...nie tylko dla dzieci:))))))

 

Wiek 9+

Wydawnictwo Publicat

 



środa, 07 grudnia 2011

Czytanie tej książki celebrowaliśmy, jak mało co. Czytaliśmy poszczególne powiastki – poznawaliśmy ich bohaterów – jakże różnych. Każda historia to kilkanaście małych rysuneczków, raz kolorowych, raz czarno-białych. Teksty krótkie, przełożone z niezwykłą dbałością o każdy szczegół. Na obrazkach wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Właśnie Piotruś Królik przeciska się pod sztachetami płotu pana McGregora, za chwilę raczy się słodkimi i świeżymi marchewkami. Dzieci wodzą nosami po kartkach, zatrzymują się, czytanie trwa długo – ale tak właśnie lubię. Kocham – widzieć zachwyt w małych oczach nad książką. Zachwyt – zresztą nie tylko w oczach dzieci. Jakiś czas temu, gdy byliśmy w bibliotece, panie powiedziały tajemniczo: Pokażemy coś. I co wyciągnęły? Powiastki. Musielibyście widzieć radość tych pań, że nareszcie ta książka jest dostępna dla wszystkich. Bo tej książki nie można czytać się ot tak sobie. Zaraz pojawia się też apetyt na coś więcej – dzieci obejrzały udaną wersję DVD z kreskówkami: Świat Królika Piotrusia i jego przyjaciół, mama czyli ja – film Miss Potter z 2007 roku z Renée Zellweger w roli głównej. I tak jak bajkową wersję uważam za udaną, tak film ….hm. Owszem podobał mi się, ale liczyłam na coś więcej. Ale nadal celebrowałam. Szukałam informacji na temat autorki i jej książek. Zresztą celebruję nadal, bo książka leży na nocnym stoliku i zawsze do niej z wielką przyjemnością wracam. Dla dzieci (szczwane sztuki) to doskonała okazja, by się wkulnąć do wielkiego łóżka i wspólnie poczytać. Bo Powiastki należą do lektur familijnych – niezwykle ciepłych, przyjaznych dziecku. Zwierzęta to tylko pretekst, by przekazać najmłodszym prawdę o życiu i świecie. I kogóż my tutaj mamy?

 

Myli się ten, kto myśli, że świat Beatrix Potter to świat tylko i wyłącznie okładkowego Piotrusia Królika. Są też Wiewiórek Orzeszko, Beniamin Truś, Panna Tycia Myszko, Grzeczny Prosiulek, Krysia Pstrysia, Panna Mopcia, Kaczka Tekla Kałużyńska. Czy to nie pyszne imiona? To naprawdę duża zasługa pary tłumaczy: Małgorzaty Musierowicz i Jacka M. Stokłosy. Zresztą przekład polski cudnie oddaje atmosferę wiktoriańskiej Anglii. Któż dziś mówi trzewiki, rondle, gorsy od koszuli, gmerać? W Krawcu z Gloster poczułam się tak, jakbym naprawdę odwiedziła XIX-wieczny zakład krawiecki, gdzie co chwila padają dziwaczne słowa: żabot, surdut z wyłogami, atłas, lustryna, haftki, kamizelka zdobiona gazą, przędza.

Świat, którego już nie ma znajdziecie też na wspaniałych ilustracjach autorki. Ponoć B. Potter na początku upierała się przy czarno – białych obrazkach, gdyż dzięki nim książeczki miały być tańsze.  Kolorowe mają naprawdę dużo uroku – nie wyobrażam sobie inaczej. Znajdziecie na nich przede wszystkim przyrodę, zadbane ogrody – rabaty kwiatów i grządki z warzywami, las, bagna, jeziora. Ja podpatrywałam wnętrza – szerokie białe parapety wyściełane tkaniną – dla wygody, by można było na nich usiąść, małe okna poprzecinane szprosami i przystrojone atłasowymi lambrekinami, kamienne kominki, wysokie listwy podłogowe. A kuchnie Mrusi, Tabity Raptusińskiej, Kici, panny Ogonek? Hm…marzenie – te drewniane szafki z licznymi schowkami, półeczki z białą porcelaną, moździerzem, zegarami ściennymi. Cudne stroje bohaterek: sukienki obszyte kordonkiem, czepce, kokardy, śnieżne fartuszki. Dzieci bardzo lubią bohaterów – zwierzątka. Gdzieś tam pod skórą tych wszystkich króliczków, gąsek, jeży, wiewiórek są one same. Ze swoim poczuciem humoru, uporem, chochlikiem w oku, swawolą, lekkomyślnością, skłonnościami do niesubordynacji i żartów. Na przeżyciach i doświadczeniach bohaterów z tej książki mogą nauczyć się wiele. Co jest dobre a co złe. Są działania – są konsekwencje. Czasem dla co niektórych – dosyć bolesne.

 

Książka zawiera 23 powiastki oraz 4 utwory publikowane po raz pierwszy: Trzy myszki, Stara Przebiegła Kotka, Lis i Bocian i Gwiazdkowe przyjęcie królików. Początek to oczywiście Piotruś Królik – rok 1902. Bo przecież od niego się wszystko zaczęło – ponoć trwało dosyć długo znalezienie pierwszego wydawcy Powiastek, czyli małych cieniutkich książeczek obrazkowych. Takie to były czasy – kogo obchodziła książka dla dzieci, w dodatku obrazkowa, w dodatku z jakimiś tam zwierzętami, w dodatku napisana przez kobietę. Każda powiastka zaczyna się krótkim wprowadzeniem: O tej książce. Krótko podane są okoliczności powstania tekstu i ilustracji. Z tej części książki można dowiedzieć się wiele na temat autorki, jej życia prywatnego i jej upodobań – często zresztą ekstrawaganckich.

Powiastki mają swoich wiernych fanów, do których dołączyliśmy również my. Polecam na prezent pod choinkę – zadowolenie obdarowanego – gwarantowane.

 

Artykuł w Wysokich Obcasach o autorce

Krawiec i jego kot - nasza półeczkowa recenzja

Rozkoszna praca - wywiad z Małgorzatą Musierowicz

Wiek 3+

Wydawnictwo Wilga.



 
1 , 2