Archiwum
Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
piątek, 31 grudnia 2010
Szęśliwego Nowego Roku 2011

Niech Wam się darzy - w domu, w zagrodzie  i oczywiście na półce z książkami:)

czwartek, 30 grudnia 2010
Książki roku 2010 - czas podsumowań. Nasz mały ranking:)

Mija kolejny rok – z książką. W ciągu dwunastu miesięcy typowałam tytuły, które mi lub moim dzieciom szczególnie się spodobały  – książki poszczególnych miesięcy. Nowości i nie-nowości. Niekiedy książki stare, w bibliotece zapomniane. Czasem książki wznowione po latach – by zwrócić na nie Waszą uwagę. Oto nasze typy:

Książka stycznia


Książka lutego


Książka marca


Książka kwietnia


Książka maja


Książka czerwca


Książka lipca


Książka sierpnia


Książka września


Książka października


Książka listopada


Książka grudnia


Nasza Książka Roku 2010 to..........................

Księga Dżungli , która na naszym blogu była też książką stycznia. Piękna, piękna i jeszcze raz piękna. Ach te ilustracje Józefa Wilkonia. Moja babcia mawiała, że ładna miska jeść nie daje. Jednak pod oryginalnej urody okładką (czerń rzadko  jest obecna w książkach dla dzieci – ale są na szczęście wyjątki, bo przecież kolor czarny istnieje - wspomnę książkę Żakiewicza – „Pan Tip Top” z ilustracjami ... Wilkonia. Ot, mistrz, nie boi się eksperymentów, ale on może sobie na to pozwolić) kryje się też  piękny tekst. Ponadczasowa powieść.

I mam jeszcze dwa życzenia na Nowy Rok. Może się spełnią. Życzenia oczywiście okołoksiążkowe:))), bo oprócz nich są jeszcze inne - nieksiążkowe,  może nawet ważniejsze od tych:) Te związane są z moim dzieciństwem.

Życzenie pierwsze: Chciałabym przeczytać moim dzieciom książkę Ludwika Aszkenazego: Wędrówki za zapachem śliwek albo Pitrysek, czyli pełne trosk losy prawdziwego krasnala. W jednej bibliotece odżyła nadzieja, że jest, jest ….ale była tylko karta w starej drewnianej skrzynce katalogu autorów. Kartę dostałam na pamiątkę. Smutne to trochę, jeśli po książce zostaje tylko karta, a jej samej nigdzie nie ma. Bo nie ma. I tak jak krasnal szukał swojej ukochanej porwanej przez złe niecne istoty, tak ja szukam książki – i cicho szaaaaa. Nigdzie nie ma. Może ktoś widział, ktoś słyszał? A tytuł w oryginale to już czysta poezja:) "Putováni za švestkovou vůmí aneb Pitrýsek nebolí Strastiplné osudy pravého trpaslíka"

I drugie życzenie – niech w końcu ktoś wznowi Bajeczki z obrazkami Vladimira Sutiejewa. Książkę dostałam od mamy w drodze do dentysty wieki temu. Kupiona w księgarni na półgórce koło mojej szkoły. Zaczytałam ją na śmierć. Były śliczne ilustracje, krótkie opowiadania o zwierzętach. Śledzę na Allegro, ale cena jest  - brrrrrrrr – okrrrrrropna.

Tutaj znalazłam ociupinkę z tej książki. Boże – jak ja ślęczałam nad nią– szukałam szczegółów, szczególików. Chyba nie skłamię, jeśli powiem, że to moja pierwsza zapamiętana książka i to na niej uczyłam się czytać.

środa, 29 grudnia 2010
Kiedy zegar wybije dziesiątą - Agnieszka Błotnicka

Za tę książkę Agnieszka Błotnicka dostała wyróżnienie Polskiej Sekcji IBBY w konkursie Książka Roku 2010. Znajdziecie w niej trochę Niziurskiego, Bahdaja i Nienackiego. Dwóch chłopców – z dwóch przeciwległych biegunów – ogień i woda, biel i czerń, spędza ze sobą wakacje. Obaj na początku czują do siebie niechęć, obaj są niezadowoleni, że muszą towarzyszyć temu drugiemu – w końcu mama kazali. Jak trzeba to trzeba. Z biegiem czasu okaże się jednak, że ta znajomość, bycie z sobą na siłę, przerodzi się przyjaźń. Przypadkiem podsłuchana rozmowa to początek wakacyjnej przygody. Janek – warszawiak, sportowiec całą gębą, z problemami w szkole. Kuba – typ profesorka z nosem w książce, wielbiciel matematyki, prymus. Kradzież, szajka bandytów, tajniacy, śledztwo, niebezpieczeństwo, wielkie pieniądze, w tle Kazimierz nad Wisłą ze swoimi cudami, kogutem z pachnącego ciasta, wąwozami, tłumami turystów – to o tym jest ta książka. Dużo się dzieje, nasi bohaterowie zmieniają się – jeden przekonuje się na własnej skórze, że istnieje świat poza Euklidesem, drugi – zaczyna doceniać korzyści z wiedzy i nauki. Czy ta przyjaźń przetrwa? Jest już drugi tom powieści  – więc chyba tak. Czytało się szybko, a potem żal było, że to już koniec. Ale dobre książki tak mają….

Wiek 12+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 28 grudnia 2010
Chłopcy z Placu Broni - Ferenc Molnar/ il. Leonia Janecka

Tłum. Tadeusz Olszański

Coraz częściej słyszy się głosy z różnych stron, że lista lektur powinna być zmieniona. Trąci myszką – ideały ponoć już nie te, bohaterowie też już dla nowych pokoleń nie są bohaterami, ale jakimiś narwanymi idealistami, którzy jednych śmieszą, innych pozostawiają obojętnymi, ale na pewno nie wzruszają. Chłopcy z Placu Broni są na tej liście i bardzo bym chciała, by tam zostali. Jeśli ich ktoś wyrzuci – to głośno zaprotestuję, a nawet gdyby, i tak przeczytam z moimi dziećmi. Bo Chłopcy są tym wyjątkiem, który nadal wzrusza (może nie jedynym – wszystko przed nami i to się jeszcze okaże) i sprawia, że po latach stwierdzamy, że z tymi lekturami szkolnymi wcale tak źle nie było. Nemeczek, Boka.  I kultowy Plac Broni, ojczyzna chłopców, o którą stoczyli bój z Czerwonymi Koszulami. No właśnie – hej! hej! moje pokolenie matek i ojców wychowane na Czerwonoskórych i … chłopcach Placu Broni. Książka Molnara z 1906 roku została przetłumaczona w 1913 roku przez Janinę Mortkowiczową (dla moli książkowych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o tej postaci, o wydawnictwie Mortkowiczów, polecam książkę "W ogrodzie pamięci " napisaną przez wnuczkę tłumaczki - Joannę Olczak – Ronikier, Nike 2002). Tadeusz Olszański, tłumacz nowej wersji Chłopców z 2004 roku pisze we wstępie: Podjąłem się nowego przekładu Chłopców z Placu Broni, gdyż ku swemu zdziwieniu stwierdziłem, że w stosunku do węgierskiego oryginału, w polskim tłumaczeniu Janiny Mortkowiczowej z 1913 roku, istnieją po pierwsze, poważne opustki, po drugie – istotne, zmieniające sens powieści przeinaczenia. Tak naprawdę tytuł książki, przetłumaczony z węgierskiego, powinien brzmieć… Chłopcy z ulicy Pawła […]. Świadomie nie zmieniłem tytułu, jakim opatrzyła Janina Mortkowiczowa tę powieść, gdyż przez 75 lat i przez blisko 20 wydań, przez setki tysięcy egzemplarzy zaczytywanej na strzępy lektury szkolnej, tytuł ten zdobył nie tylko prawo obywatelstwa, lecz również trwałe miejsce w świadomości wielu pokoleń.

Ale Czerwonoskórzy z Ogrodu Botanicznego zostali zamienieni już na Czerwone Koszule – Feri Acz, Sebenicz, bracia Pastorowie, Wendauer nosili bowiem czerwone koszule, jak Garibaldczycy, zwolennicy Giuseppe Garibaldiego, włoskiego rewolucjonisty, awanturnika i żołnierza walczącego o zjednoczenie Włoch. Na temat innych różnic i braków warto poczytać już samemu. Czerwonoskórzy czy nie – i tak to jedna z najpiękniejszych i najważniejszych książek z dzieciństwa. I choć nie jestem zwolenniczką podziałów na książki dla chłopców i dla dziewcząt – pewnie tutaj za serce chwyci właśnie tę męską część czytelniczego świata. Chłopcy z Placu Broni to twarda rzeczywistość – bez sentymentów, bez tanich emocji, nie ma tu ucieczki do świata nierealnego, marzeń, fantazji. I nie ma tutaj happyendu. I tak jest dobrze – bo wszystko w tej książce ma swój sens. A zwłaszcza bardzo bolesna i wzruszająca śmierć cichego, najmniejszego, niepozornego Nemeczka. Honor, patriotyzm, miłość, przyjaźń, prawda, odwaga – to o tym jest ta powieść. O dorastaniu, życiu dla innych, dla ważnej sprawy, za którą warto zapłacić najwyższą cenę. I może jestem niedzisiejsza, ale właśnie w naszych czasach powinno mówić się o takich wartościach, bo czasem odnoszę wrażenie, że świat wywrócił się do góry nogami - wystarczy włączyć telewizor. Tak więc - niech zmieni się lista lektur, przynajmniej tych niektórych, ale niech Chłopcy tam pozostaną....;)

Nowe tłumaczenie, współczesny język wnoszą wiele świeżości do książki, która jest już nobliwą staruszką. To wydanie zawiera też wiekowe lustracje Leoni Janeckiej. Innych sobie nie wyobrażam. Właśnie takie pamiętam z dzieciństwa. Piękna książka.

 

Wiek 12+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

 

Kogutek Ziutek - Barbara Sudoł/ il. Agata Nowak

Do napisania recenzji tych książek skłoniły mnie moje dzieci. Bo niby to ja piszę o książkach, decyduję, jakie tytuły tutaj zamieszczam, ale najczęściej, jeśli czytam jakąś książkę na głos, obserwuję ich reakcje – czy się podoba. A książki o Kogutku Ziutku podobają się. Napisane prostym językiem, wierszem, przenoszą daleko od domu – w naszym przypadku raz w Pieniny, raz do Australii. Zawsze obok Ziutka jest gromadka, i to spora, innych zwierząt, którym przychodzi zderzyć się z obcą codziennością danego rejonu w Polsce, albo za granicą. W Australii Ziutek ma dać koncert – ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poznać to, co dla Australii tak charakterystyczne: misie koala, strusie, kangury, słynną Świętą Górę, eukaliptusy, Aborygenów z ich bumerangami, busz, kakadu, krokodyle. Część o Pieninach – to już krótka opowieść o wycieczce w tamte rejony. I znów – góry, żbik, sokół, spływ Dunajcem, salamandra. Ot – taka lekcja geografii w pigułce. Książki kolorowe – na obrazkach dużo się dzieje, ilustracji całe mnóstwo. Zdecydowanie dla najmłodszych – proste rymy, proste rytmy, prosta fabuła - dla mało wymagających słuchaczy. Autorka chce przekazać pewne wiadomości na temat danego regionu, wymyśla historyjkę, by przerwać monotonię (bo ileż można zwiedzać?). Zachęca też cena: kręci się wokół 6 złotych.

Wiek 3+

Wydawnictwo Skrzat

Kuba Guzik i maszynista Łukasz - Michael Ende/ il. F.J. Tripp

Kraj, w którym mieszkał maszynista Łukasz, nazywał się Trochania i był bardzo mały.

 

Tak zaczyna się ta książka z 1960 roku. Zaledwie rok później Michael Ende (1929- 1995) otrzymał za nią prestiżową nagrodę literacką Deutscher Kinderbuchpreis. Autor miał wyznać, że książkę zaczął od tego właśnie zdania. Wiadomo - każda książka zaczyna się od jakiegoś konkretnego zdania. Jednak w tym przypadku autor tych słów nie wiedział, nie miał pomysłu, co będzie dalej. Nie miał pojęcia, jak się rozwinie ta historia – im więcej pisał, tym bardziej był ciekaw, co przyniesie kolejna strona. W każdym razie – może to jest świetny pomysł na napisanie dobrej książki, bardzo dobrej książki – bowiem to ona właśnie przyniosła Ende sławę, została wpisana na Listę Honorową H.Ch.Andersena. I pomyśleć, że zanim trafiła do rąk czytelników, odrzuciło ją dwanaście wydawnictw. To właśnie między innymi z jej powodu, znany już wcześniej opinii publicznej ale jednak bez większych sukcesów, krytyk filmowy, autor sztuk teatralnych i tekstów kabaretowych, nazywany przez poważnych krytyków pisarczykiem dla dzieci, miał wyemigrować na kilka lat w 1970 roku do Włoch w poszukiwaniu świętego spokoju, który tam znalazł, i gdzie narodziła się kolejna piękna książka - Momo, ale to już temat na kolejny wpis. I jak tu nie zwrócić uwagi na Kubę Guzika, która spowodowała, że życie autora wywróciło się do góry nogami? A to przecież tylko zwykła niezwykła książka o przyjaźni, niesamowitych przygodach i tajemniczych miejscach.

Łukasz umiał pluć tak, że ślina robiła pętlę. Od samego początku, jak tylko o tym przeczytaliśmy, zachodziliśmy w głowę, co autor miał na myśli. Tutaj widać to dokładnie:)))

 

Powieść zaczyna się w dziwacznej krainie Trochanii - tak malutkiej, że starcza tam miejsca tylko dla króla, maszynisty Łukasza, jego lokomotywy Emmy i dwóch poddanych. Kiedy pewnego dnia na wyspie zjawia się niemowlę, nazwane później Kubą, i jest już dwóch i pół poddanego, sprawa staje się na tyle poważna, że maszynista Łukasz i Emma zmuszeni są opuścić wyspę. Dołączył do nich również Kuba Guzik, który pokochał całym sercem Łukasza.


Kolorowe ilustracje są tylko na okładce:) Widać tu wyraźnie charakterystyczną górę z dwoma wierzchołkami, zamek króla Alfonsa za Kwadrans Dwunastego, szyny lokomotywy Emmy i domki dwóch poddanych: pani Coo i pana Rękawka.

W książce nie ma drogi na skróty. Ende nawiązuje do klasycznych powieści, gdzie wszystko toczy się swoim tempem – wszystkowiedzący narrator zwraca uwagę na swoich bohaterów – tych pierwszoplanowych i tym mniej ważnych. Mówi jak wyglądali, co robią i co robili w przeszłości, oni i ich rodziny. Akcja rozwija się, my poznajemy wszystkie związki przyczynowo - skutkowe. Zaglądamy w najmniejsze kąty, w serca i dusze bohaterów – i w ten oto sposób obcujemy z piękną książką dla dzieci – pełną niesamowitych przygód. Są tu ludzie maleńcy jak ziarnka grochu, smoki, półsmoki, tajemnicza pani Zębol, księżniczki,  olbrzymy, Indianie. Podróż dwójki przyjaciół pełna jest niebezpieczeństw i tajemnic. Dzieje się wiele, nie brak humoru sytuacyjnego i słownego. Ende wymyśla co krok rzeczy niesamowite i osobliwe, które nie mają odpowiedników w naszej rzeczywistości, a które tak bardzo śmieszą dzieci: - jak choćby pucyuchy i liczywłosy w dalekiej krainie Mandali. Albo ulubione potrawy Mandalańczyków: stuletnie jaja na kruchej sałacie z wiewiórczych uszu. Albo pieczone krowie placki ze śmietaną słoniową.

 

Książkę zilustrował mało znany w Polsce Franz Josef Tripp (pisałam o nim tutaj) – w Niemczech jest jednym z bardziej cenionych artystów. U naszych sąsiadów za Odrą sama powieść Ende jak i jej bohaterowie – mimo różnych mód na półkach z książkami – mają się dobrze. To sprawdzona klasyka – liczy już pół wieku i nadal ma wielu miłośników. Akurat ta książka jest znana również za sprawą Augsburger Puppenkiste – teatru lalkowego, który ma siedzibę na starówce w Augsburgu. Ich realizacje teatralne i filmowe są bardzo popularne – choć wiadomo – co książka to książka. Dobrze, że Znak zdecydował się na oryginalne ilustracje czarno – białe. W Niemczech książka przeszła już niejedną kurację odmładzającą – tylko że lifting – w tym przypadku koloryzujący – akurat nie wychodził jej na dobre:)

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo ZNAK

piątek, 24 grudnia 2010
Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają - regularnie i od czasu do czasu :)) życzymy Wesołych Świąt – by to był piękny czas, radosny, bez trosk, taki, do którego będziemy chcieli wrócić po latach… we wspomnieniach. I nasze dzieci również. I pięknych prezentów pod choinką – lecz czy to one są najważniejsze? A jeśli już – to również ciekawej książki. I wiele przyjaznych dusz wokół, na dobre i na złe. I dobrej zimy, i ciepła bijącego od innych. I może czasem prztyczka w nos od Anioła. Też, też – bez tego ani rusz.  Dobrych Świąt!

Dziękujemy Zuzi i Ani ze Strzelec Krajeńskich za piękne życzenia świąteczne. Sprawiłyście nam wielką niespodziankę. Wam również życzymy radosnych chwil w tych wyjątkowych dniach. Pozdrawiamy serdecznie!

czwartek, 23 grudnia 2010
Ostatnie przygotowania - już tylko dwa dni...:)

Ostatnie przygotowania. Mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam moim kartkowym odliczaniem. Tak bardzo lubię te stare kartki. Dziś usłyszałam, jak mój Tomek powiedział do młodszego brata:

-Mikołaj ty to się popraw, bo jutro przychodzi gwiazdor, i nie zdążysz być grzeczny.

Na razie poprawy w zachowaniu młodszego syna nie zauważyłam – zobaczymy, co nasz wielkopolski gwiazdor (jak mówi Mikołaj – święty gwiazdor) na to:)

Święta w Katthult

Mam taki swój ulubiony fragment o świętach. O nie – nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy bieliznę prało się na pomoście nad strumieniem. I nie wiem, czy zjadłabym kluski z czerniny – Boże, a co to takiego? Lubię cofać się w czasie, lubię, gdy ludzie opowiadają, jak było kiedyś. W tym fragmencie też jest świat, jakiego już nie ma, i takich świąt też już nie ma... I wcale nie napiszę szkoda - bo któż dałby radę zjeść to wszystko (U Emila działo się wtedy dużo - wszystko spałaszowali:) - ten fragment ma wiele uroku ... tak po prostu...


"Teraz wszyscy w Katthult bardzo się śpieszyli, ponieważ przygotowywali się tu, słowo daję, solidnie do świąt Bożego Narodzenia. Najpierw odbyło się wielkie pranie. Lina i Maja – Borówka, leżąc na pomoście, płukały bieliznę. Lina płakała i dmuchała na palce, które bolały, bo od mrozu popękały jej paznokcie. Potem ubito wielkiego bożonarodzeniowego wieprza i wkrótce już prawie nie było gdzie się podziać w kuchni, orzekła Lina, ponieważ kluski z czerniny i wieprzowe kiełbasy, i kaszanka, i białe kiełbasy, i mortadele, i podwędzane kiełbaski cisnęły się z szynkami i nóżkami w galarecie, i peklowanym schabem, i nie wiem, z czym tam jeszcze. I napój z jałowca musiał być także na Boże Narodzenie. Przyrządzała go mama Emila w dużej drewnianej kadzi w przybudówce. No i piekło się chleb, aż można było dostać zawrotu głowy, bochny chleba pytlowego i chleb na słodzie, i wspaniały chleb żytni, i ciasto z szafranem, i chałki, i pierniczki, i kruche ciasteczka w formie obwarzanków, i bezy, i faworki, i ciasteczka maślane, tak, nie da się wszystkiego wyliczyć. No i oczywiście świece, także trzeba je mieć na święta. Mama Emila i Lina niemal przez całą noc robiły świece, duże i małe, i choinkowe, bo teraz naprawdę nastaną tu święta Bożego Narodzenia. Alfred i Emil zaprzęgli Lukasa do sanek i pojechali do lasu po choinkę, a tatuś Emila poszedł do stodoły i wygrzebał dwa snopki owsa, które zachował dla wróbli."

[Nowe psoty Emila ze Smalandii – Astrid Lindgren, przełożyła Anna Węglańska,   ilustracje Björn Berg]

środa, 22 grudnia 2010
Jeszcze trzy dni...:)

 
1 , 2 , 3