Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
piątek, 31 grudnia 2010

Niech Wam się darzy - w domu, w zagrodzie  i oczywiście na półce z książkami:)

czwartek, 30 grudnia 2010

Mija kolejny rok – z książką. W ciągu dwunastu miesięcy typowałam tytuły, które mi lub moim dzieciom szczególnie się spodobały  – książki poszczególnych miesięcy. Nowości i nie-nowości. Niekiedy książki stare, w bibliotece zapomniane. Czasem książki wznowione po latach – by zwrócić na nie Waszą uwagę. Oto nasze typy:

Książka stycznia


Książka lutego


Książka marca


Książka kwietnia


Książka maja


Książka czerwca


Książka lipca


Książka sierpnia


Książka września


Książka października


Książka listopada


Książka grudnia


Nasza Książka Roku 2010 to..........................

Księga Dżungli , która na naszym blogu była też książką stycznia. Piękna, piękna i jeszcze raz piękna. Ach te ilustracje Józefa Wilkonia. Moja babcia mawiała, że ładna miska jeść nie daje. Jednak pod oryginalnej urody okładką (czerń rzadko  jest obecna w książkach dla dzieci – ale są na szczęście wyjątki, bo przecież kolor czarny istnieje - wspomnę książkę Żakiewicza – „Pan Tip Top” z ilustracjami ... Wilkonia. Ot, mistrz, nie boi się eksperymentów, ale on może sobie na to pozwolić) kryje się też  piękny tekst. Ponadczasowa powieść.

I mam jeszcze dwa życzenia na Nowy Rok. Może się spełnią. Życzenia oczywiście okołoksiążkowe:))), bo oprócz nich są jeszcze inne - nieksiążkowe,  może nawet ważniejsze od tych:) Te związane są z moim dzieciństwem.

Życzenie pierwsze: Chciałabym przeczytać moim dzieciom książkę Ludwika Aszkenazego: Wędrówki za zapachem śliwek albo Pitrysek, czyli pełne trosk losy prawdziwego krasnala. W jednej bibliotece odżyła nadzieja, że jest, jest ….ale była tylko karta w starej drewnianej skrzynce katalogu autorów. Kartę dostałam na pamiątkę. Smutne to trochę, jeśli po książce zostaje tylko karta, a jej samej nigdzie nie ma. Bo nie ma. I tak jak krasnal szukał swojej ukochanej porwanej przez złe niecne istoty, tak ja szukam książki – i cicho szaaaaa. Nigdzie nie ma. Może ktoś widział, ktoś słyszał? A tytuł w oryginale to już czysta poezja:) "Putováni za švestkovou vůmí aneb Pitrýsek nebolí Strastiplné osudy pravého trpaslíka"

I drugie życzenie – niech w końcu ktoś wznowi Bajeczki z obrazkami Vladimira Sutiejewa. Książkę dostałam od mamy w drodze do dentysty wieki temu. Kupiona w księgarni na półgórce koło mojej szkoły. Zaczytałam ją na śmierć. Były śliczne ilustracje, krótkie opowiadania o zwierzętach. Śledzę na Allegro, ale cena jest  - brrrrrrrr – okrrrrrropna.

Tutaj znalazłam ociupinkę z tej książki. Boże – jak ja ślęczałam nad nią– szukałam szczegółów, szczególików. Chyba nie skłamię, jeśli powiem, że to moja pierwsza zapamiętana książka i to na niej uczyłam się czytać.

środa, 29 grudnia 2010

Za tę książkę Agnieszka Błotnicka dostała wyróżnienie Polskiej Sekcji IBBY w konkursie Książka Roku 2010. Znajdziecie w niej trochę Niziurskiego, Bahdaja i Nienackiego. Dwóch chłopców – z dwóch przeciwległych biegunów – ogień i woda, biel i czerń, spędza ze sobą wakacje. Obaj na początku czują do siebie niechęć, obaj są niezadowoleni, że muszą towarzyszyć temu drugiemu – w końcu mama kazali. Jak trzeba to trzeba. Z biegiem czasu okaże się jednak, że ta znajomość, bycie z sobą na siłę, przerodzi się przyjaźń. Przypadkiem podsłuchana rozmowa to początek wakacyjnej przygody. Janek – warszawiak, sportowiec całą gębą, z problemami w szkole. Kuba – typ profesorka z nosem w książce, wielbiciel matematyki, prymus. Kradzież, szajka bandytów, tajniacy, śledztwo, niebezpieczeństwo, wielkie pieniądze, w tle Kazimierz nad Wisłą ze swoimi cudami, kogutem z pachnącego ciasta, wąwozami, tłumami turystów – to o tym jest ta książka. Dużo się dzieje, nasi bohaterowie zmieniają się – jeden przekonuje się na własnej skórze, że istnieje świat poza Euklidesem, drugi – zaczyna doceniać korzyści z wiedzy i nauki. Czy ta przyjaźń przetrwa? Jest już drugi tom powieści  – więc chyba tak. Czytało się szybko, a potem żal było, że to już koniec. Ale dobre książki tak mają….

Wiek 12+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 28 grudnia 2010

Tłum. Tadeusz Olszański

Coraz częściej słyszy się głosy z różnych stron, że lista lektur powinna być zmieniona. Trąci myszką – ideały ponoć już nie te, bohaterowie też już dla nowych pokoleń nie są bohaterami, ale jakimiś narwanymi idealistami, którzy jednych śmieszą, innych pozostawiają obojętnymi, ale na pewno nie wzruszają. Chłopcy z Placu Broni są na tej liście i bardzo bym chciała, by tam zostali. Jeśli ich ktoś wyrzuci – to głośno zaprotestuję, a nawet gdyby, i tak przeczytam z moimi dziećmi. Bo Chłopcy są tym wyjątkiem, który nadal wzrusza (może nie jedynym – wszystko przed nami i to się jeszcze okaże) i sprawia, że po latach stwierdzamy, że z tymi lekturami szkolnymi wcale tak źle nie było. Nemeczek, Boka.  I kultowy Plac Broni, ojczyzna chłopców, o którą stoczyli bój z Czerwonymi Koszulami. No właśnie – hej! hej! moje pokolenie matek i ojców wychowane na Czerwonoskórych i … chłopcach Placu Broni. Książka Molnara z 1906 roku została przetłumaczona w 1913 roku przez Janinę Mortkowiczową (dla moli książkowych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o tej postaci, o wydawnictwie Mortkowiczów, polecam książkę "W ogrodzie pamięci " napisaną przez wnuczkę tłumaczki - Joannę Olczak – Ronikier, Nike 2002). Tadeusz Olszański, tłumacz nowej wersji Chłopców z 2004 roku pisze we wstępie: Podjąłem się nowego przekładu Chłopców z Placu Broni, gdyż ku swemu zdziwieniu stwierdziłem, że w stosunku do węgierskiego oryginału, w polskim tłumaczeniu Janiny Mortkowiczowej z 1913 roku, istnieją po pierwsze, poważne opustki, po drugie – istotne, zmieniające sens powieści przeinaczenia. Tak naprawdę tytuł książki, przetłumaczony z węgierskiego, powinien brzmieć… Chłopcy z ulicy Pawła […]. Świadomie nie zmieniłem tytułu, jakim opatrzyła Janina Mortkowiczowa tę powieść, gdyż przez 75 lat i przez blisko 20 wydań, przez setki tysięcy egzemplarzy zaczytywanej na strzępy lektury szkolnej, tytuł ten zdobył nie tylko prawo obywatelstwa, lecz również trwałe miejsce w świadomości wielu pokoleń.

Ale Czerwonoskórzy z Ogrodu Botanicznego zostali zamienieni już na Czerwone Koszule – Feri Acz, Sebenicz, bracia Pastorowie, Wendauer nosili bowiem czerwone koszule, jak Garibaldczycy, zwolennicy Giuseppe Garibaldiego, włoskiego rewolucjonisty, awanturnika i żołnierza walczącego o zjednoczenie Włoch. Na temat innych różnic i braków warto poczytać już samemu. Czerwonoskórzy czy nie – i tak to jedna z najpiękniejszych i najważniejszych książek z dzieciństwa. I choć nie jestem zwolenniczką podziałów na książki dla chłopców i dla dziewcząt – pewnie tutaj za serce chwyci właśnie tę męską część czytelniczego świata. Chłopcy z Placu Broni to twarda rzeczywistość – bez sentymentów, bez tanich emocji, nie ma tu ucieczki do świata nierealnego, marzeń, fantazji. I nie ma tutaj happyendu. I tak jest dobrze – bo wszystko w tej książce ma swój sens. A zwłaszcza bardzo bolesna i wzruszająca śmierć cichego, najmniejszego, niepozornego Nemeczka. Honor, patriotyzm, miłość, przyjaźń, prawda, odwaga – to o tym jest ta powieść. O dorastaniu, życiu dla innych, dla ważnej sprawy, za którą warto zapłacić najwyższą cenę. I może jestem niedzisiejsza, ale właśnie w naszych czasach powinno mówić się o takich wartościach, bo czasem odnoszę wrażenie, że świat wywrócił się do góry nogami - wystarczy włączyć telewizor. Tak więc - niech zmieni się lista lektur, przynajmniej tych niektórych, ale niech Chłopcy tam pozostaną....;)

Nowe tłumaczenie, współczesny język wnoszą wiele świeżości do książki, która jest już nobliwą staruszką. To wydanie zawiera też wiekowe lustracje Leoni Janeckiej. Innych sobie nie wyobrażam. Właśnie takie pamiętam z dzieciństwa. Piękna książka.

 

Wiek 12+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

 

Do napisania recenzji tych książek skłoniły mnie moje dzieci. Bo niby to ja piszę o książkach, decyduję, jakie tytuły tutaj zamieszczam, ale najczęściej, jeśli czytam jakąś książkę na głos, obserwuję ich reakcje – czy się podoba. A książki o Kogutku Ziutku podobają się. Napisane prostym językiem, wierszem, przenoszą daleko od domu – w naszym przypadku raz w Pieniny, raz do Australii. Zawsze obok Ziutka jest gromadka, i to spora, innych zwierząt, którym przychodzi zderzyć się z obcą codziennością danego rejonu w Polsce, albo za granicą. W Australii Ziutek ma dać koncert – ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poznać to, co dla Australii tak charakterystyczne: misie koala, strusie, kangury, słynną Świętą Górę, eukaliptusy, Aborygenów z ich bumerangami, busz, kakadu, krokodyle. Część o Pieninach – to już krótka opowieść o wycieczce w tamte rejony. I znów – góry, żbik, sokół, spływ Dunajcem, salamandra. Ot – taka lekcja geografii w pigułce. Książki kolorowe – na obrazkach dużo się dzieje, ilustracji całe mnóstwo. Zdecydowanie dla najmłodszych – proste rymy, proste rytmy, prosta fabuła - dla mało wymagających słuchaczy. Autorka chce przekazać pewne wiadomości na temat danego regionu, wymyśla historyjkę, by przerwać monotonię (bo ileż można zwiedzać?). Zachęca też cena: kręci się wokół 6 złotych.

Wiek 3+

Wydawnictwo Skrzat

Kraj, w którym mieszkał maszynista Łukasz, nazywał się Trochania i był bardzo mały.

 

Tak zaczyna się ta książka z 1960 roku. Zaledwie rok później Michael Ende (1929- 1995) otrzymał za nią prestiżową nagrodę literacką Deutscher Kinderbuchpreis. Autor miał wyznać, że książkę zaczął od tego właśnie zdania. Wiadomo - każda książka zaczyna się od jakiegoś konkretnego zdania. Jednak w tym przypadku autor tych słów nie wiedział, nie miał pomysłu, co będzie dalej. Nie miał pojęcia, jak się rozwinie ta historia – im więcej pisał, tym bardziej był ciekaw, co przyniesie kolejna strona. W każdym razie – może to jest świetny pomysł na napisanie dobrej książki, bardzo dobrej książki – bowiem to ona właśnie przyniosła Ende sławę, została wpisana na Listę Honorową H.Ch.Andersena. I pomyśleć, że zanim trafiła do rąk czytelników, odrzuciło ją dwanaście wydawnictw. To właśnie między innymi z jej powodu, znany już wcześniej opinii publicznej ale jednak bez większych sukcesów, krytyk filmowy, autor sztuk teatralnych i tekstów kabaretowych, nazywany przez poważnych krytyków pisarczykiem dla dzieci, miał wyemigrować na kilka lat w 1970 roku do Włoch w poszukiwaniu świętego spokoju, który tam znalazł, i gdzie narodziła się kolejna piękna książka - Momo, ale to już temat na kolejny wpis. I jak tu nie zwrócić uwagi na Kubę Guzika, która spowodowała, że życie autora wywróciło się do góry nogami? A to przecież tylko zwykła niezwykła książka o przyjaźni, niesamowitych przygodach i tajemniczych miejscach.

Łukasz umiał pluć tak, że ślina robiła pętlę. Od samego początku, jak tylko o tym przeczytaliśmy, zachodziliśmy w głowę, co autor miał na myśli. Tutaj widać to dokładnie:)))

 

Powieść zaczyna się w dziwacznej krainie Trochanii - tak malutkiej, że starcza tam miejsca tylko dla króla, maszynisty Łukasza, jego lokomotywy Emmy i dwóch poddanych. Kiedy pewnego dnia na wyspie zjawia się niemowlę, nazwane później Kubą, i jest już dwóch i pół poddanego, sprawa staje się na tyle poważna, że maszynista Łukasz i Emma zmuszeni są opuścić wyspę. Dołączył do nich również Kuba Guzik, który pokochał całym sercem Łukasza.


Kolorowe ilustracje są tylko na okładce:) Widać tu wyraźnie charakterystyczną górę z dwoma wierzchołkami, zamek króla Alfonsa za Kwadrans Dwunastego, szyny lokomotywy Emmy i domki dwóch poddanych: pani Coo i pana Rękawka.

W książce nie ma drogi na skróty. Ende nawiązuje do klasycznych powieści, gdzie wszystko toczy się swoim tempem – wszystkowiedzący narrator zwraca uwagę na swoich bohaterów – tych pierwszoplanowych i tym mniej ważnych. Mówi jak wyglądali, co robią i co robili w przeszłości, oni i ich rodziny. Akcja rozwija się, my poznajemy wszystkie związki przyczynowo - skutkowe. Zaglądamy w najmniejsze kąty, w serca i dusze bohaterów – i w ten oto sposób obcujemy z piękną książką dla dzieci – pełną niesamowitych przygód. Są tu ludzie maleńcy jak ziarnka grochu, smoki, półsmoki, tajemnicza pani Zębol, księżniczki,  olbrzymy, Indianie. Podróż dwójki przyjaciół pełna jest niebezpieczeństw i tajemnic. Dzieje się wiele, nie brak humoru sytuacyjnego i słownego. Ende wymyśla co krok rzeczy niesamowite i osobliwe, które nie mają odpowiedników w naszej rzeczywistości, a które tak bardzo śmieszą dzieci: - jak choćby pucyuchy i liczywłosy w dalekiej krainie Mandali. Albo ulubione potrawy Mandalańczyków: stuletnie jaja na kruchej sałacie z wiewiórczych uszu. Albo pieczone krowie placki ze śmietaną słoniową.

 

Książkę zilustrował mało znany w Polsce Franz Josef Tripp (pisałam o nim tutaj) – w Niemczech jest jednym z bardziej cenionych artystów. U naszych sąsiadów za Odrą sama powieść Ende jak i jej bohaterowie – mimo różnych mód na półkach z książkami – mają się dobrze. To sprawdzona klasyka – liczy już pół wieku i nadal ma wielu miłośników. Akurat ta książka jest znana również za sprawą Augsburger Puppenkiste – teatru lalkowego, który ma siedzibę na starówce w Augsburgu. Ich realizacje teatralne i filmowe są bardzo popularne – choć wiadomo – co książka to książka. Dobrze, że Znak zdecydował się na oryginalne ilustracje czarno – białe. W Niemczech książka przeszła już niejedną kurację odmładzającą – tylko że lifting – w tym przypadku koloryzujący – akurat nie wychodził jej na dobre:)

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo ZNAK

piątek, 24 grudnia 2010

Wszystkim, którzy tu zaglądają - regularnie i od czasu do czasu :)) życzymy Wesołych Świąt – by to był piękny czas, radosny, bez trosk, taki, do którego będziemy chcieli wrócić po latach… we wspomnieniach. I nasze dzieci również. I pięknych prezentów pod choinką – lecz czy to one są najważniejsze? A jeśli już – to również ciekawej książki. I wiele przyjaznych dusz wokół, na dobre i na złe. I dobrej zimy, i ciepła bijącego od innych. I może czasem prztyczka w nos od Anioła. Też, też – bez tego ani rusz.  Dobrych Świąt!

Dziękujemy Zuzi i Ani ze Strzelec Krajeńskich za piękne życzenia świąteczne. Sprawiłyście nam wielką niespodziankę. Wam również życzymy radosnych chwil w tych wyjątkowych dniach. Pozdrawiamy serdecznie!

czwartek, 23 grudnia 2010

Ostatnie przygotowania. Mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam moim kartkowym odliczaniem. Tak bardzo lubię te stare kartki. Dziś usłyszałam, jak mój Tomek powiedział do młodszego brata:

-Mikołaj ty to się popraw, bo jutro przychodzi gwiazdor, i nie zdążysz być grzeczny.

Na razie poprawy w zachowaniu młodszego syna nie zauważyłam – zobaczymy, co nasz wielkopolski gwiazdor (jak mówi Mikołaj – święty gwiazdor) na to:)

Mam taki swój ulubiony fragment o świętach. O nie – nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy bieliznę prało się na pomoście nad strumieniem. I nie wiem, czy zjadłabym kluski z czerniny – Boże, a co to takiego? Lubię cofać się w czasie, lubię, gdy ludzie opowiadają, jak było kiedyś. W tym fragmencie też jest świat, jakiego już nie ma, i takich świąt też już nie ma... I wcale nie napiszę szkoda - bo któż dałby radę zjeść to wszystko (U Emila działo się wtedy dużo - wszystko spałaszowali:) - ten fragment ma wiele uroku ... tak po prostu...


"Teraz wszyscy w Katthult bardzo się śpieszyli, ponieważ przygotowywali się tu, słowo daję, solidnie do świąt Bożego Narodzenia. Najpierw odbyło się wielkie pranie. Lina i Maja – Borówka, leżąc na pomoście, płukały bieliznę. Lina płakała i dmuchała na palce, które bolały, bo od mrozu popękały jej paznokcie. Potem ubito wielkiego bożonarodzeniowego wieprza i wkrótce już prawie nie było gdzie się podziać w kuchni, orzekła Lina, ponieważ kluski z czerniny i wieprzowe kiełbasy, i kaszanka, i białe kiełbasy, i mortadele, i podwędzane kiełbaski cisnęły się z szynkami i nóżkami w galarecie, i peklowanym schabem, i nie wiem, z czym tam jeszcze. I napój z jałowca musiał być także na Boże Narodzenie. Przyrządzała go mama Emila w dużej drewnianej kadzi w przybudówce. No i piekło się chleb, aż można było dostać zawrotu głowy, bochny chleba pytlowego i chleb na słodzie, i wspaniały chleb żytni, i ciasto z szafranem, i chałki, i pierniczki, i kruche ciasteczka w formie obwarzanków, i bezy, i faworki, i ciasteczka maślane, tak, nie da się wszystkiego wyliczyć. No i oczywiście świece, także trzeba je mieć na święta. Mama Emila i Lina niemal przez całą noc robiły świece, duże i małe, i choinkowe, bo teraz naprawdę nastaną tu święta Bożego Narodzenia. Alfred i Emil zaprzęgli Lukasa do sanek i pojechali do lasu po choinkę, a tatuś Emila poszedł do stodoły i wygrzebał dwa snopki owsa, które zachował dla wróbli."

[Nowe psoty Emila ze Smalandii – Astrid Lindgren, przełożyła Anna Węglańska,   ilustracje Björn Berg]

środa, 22 grudnia 2010

Nie myliłam się. Od samego początku miałam takie wrażenie, że już kiedyś te baśnie czytałam. Ale nie mogłam skojarzyć. Kiedy odkryłam na półce w bibliotece, przypomniałam sobie charakterystyczne ilustracje. Powiedziałabym nawet - charakterne:))) Te Marii Ekier bardziej mi się podobają. Te tutaj – trochę jarmarczne, zbyt kolorowe. Też ciekawe, choć….. wolę te nowsze.

Ilustracje ze starszego wydania zdradzają ważne informacje o baśniach norweskich – często są rubaszne, pełne humoru, napisane żywym językiem – jakim posługiwali się prości chłopi i rybacy.

Wiek 5+

Wydawnictwo Poznańskie 1975

Peter Christen Asbjørnsen (1812-1885) i Jørgen Moe (1813-1882) są dla Norwegów tym, czym dla Niemców bracia Grimm. Dwaj panowie, którzy zadali sobie trud, by zebrać baśnie ludowe – czasem musieli przedsiębrać długie podróże – z jednej doliny do drugiej, by wysłuchać wiejskich narratorów. Baaaa, musieli znaleźć jakieś wyjście z jeszcze trudniejszej sytuacji – jak spisać te baśnie i przekazać innym, by podania mieszkańców północnej doliny były zrozumiałe dla mieszańców doliny południowej, bo Norwegia jak długa i szeroka bogata była w najróżniejsze dialekty – za każdą górką, fiordem mówiono inaczej. Gdy dodamy do tego jeszcze prawie 400 – letnie panowanie Duńczyków i wielkie wpływy ich języka na norweski, to mamy niezły bigos lingwistyczny. W każdym razie jak to zwykle bywa – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem w okresie Romantyzmu i nastania dla Norwegów wolności nadeszła moda na rodzime, swojskie klimaty – w tym na baśnie. Wspomniani panowie spisali je – a nie trwało długo, jak szturmem artyści różnej maści, zaczęli czerpać garściami z rodzimej twórczości ludowej dawnych wieków – wspomnę tutaj chociażby nazwisko Ibsena.

 

Kiedy czytam baśnie z Północy, albo śledzę literaturę (nie tylko dziecięcą) z tamtego rejonu – tak sobie ciepło myślę w zimowy wieczór, że chłodny klimat, sprzyja wymyślaniu pięknych opowieści, które na długo zapadają w pamięci. Teraz już zatem wiadomo, jak oni to robią, że wychodzi tak dobrze:)

 

Mamy przed sobą baśnie, które po raz pierwszy ukazały się w 1840 r. Dużo w nich Norwegii – dlatego mają taki specyficzny klimat – są fiordy, niedźwiedzie polarne,  wielką rolę odgrywa w nich natura i siły przyrody: wiatr, Księżyc, Słońce, woda, ptaki, więź człowieka z nimi.

 

W niektórych baśniach widać odniesienia religijne – pojawia się Boże Narodzenie, bohaterowie mówią do siebie Szczęść Boże; Rybak Izak, gdy został ocalony zawołał – Chwała Bogu! Wielu bohaterów  to pracowici ludzie –  ubodzy, pracowici, uparci, ambitni i bogobojni.

 

Wiele baśni przypomina znane nam już motywy z baśni rodzimych lub innych krajów: chłopiec ma obrus, który działa podobnie jak stoliczku nakryj się; są też kije samobije, jest szklana góra, są trzej bracia, z których najmłodszy niby głupek, w końcu zdobywa serce księżniczki i zostaje królem, bajki kończą się weselem, które ponoć trwa po dziś dzień, zarówno my jak i Norwegowie wierzymy, że morze dlatego jest słone, bo na jego dnie leży młynek, który mieli sól. Są księżniczki, czarodziejskie pierścienie. Czasem, gdy czytaliśmy którąś z baśni – padały słowa małego słuchacza – To już gdzieś było. Faktycznie – to już gdzieś było – może u Grimmów, może w naszych polskich baśniach, może śródziemnomorskich.


 

 

W baśniach norweskich nie ma czarownic i czarodziejów: są za to trolle:)

Były tak wysokiego wzrostu i potężnej budowy, ze ich głowy sięgały wierzchołków sosen. Cala trójka miała jednak tylko jedno oko, którego na zmianę używała. Każdy troll miał dziurę w czole itam oko wkładał i odpowiednio nastawiał. [O chłopcach, którzy spotkali trolle w lesie -Hedalsskogen]. Jest ich tu cała masa – i uwaga - potrafią wyczuć człowieka na odległość:)))

 

Jest jeszcze jedna postać, która przewija się przez wiele baśni norweskich: to Askeladden, częściowo przypominający Dyla Sowizdrzała. Jest to człowiek z gruntu dobroduszny, leniwy i obojętny, choć bystry obserwator, silny, pozujący na głupca, który w potrzebie potrafi zabłysnąć intelektem i zadziwić czynami (zdobywa księżniczkę i połowę królestwa).


 

W baśniach ludowych pojawia się też postać króla, ale zarówno on, jak i jego dworzanie, ukazani są z perspektywy warstw niższych. Króla odgradza tu od ludu dystans majestatu – jest on po prostu bogatszym niż inni chłopem. Jest dobroduszny i szczery; wprawdzie spaceruje w koronie, ale pozdrawia nią i zdejmuje ją jak zwyczajną czapkę. Widzimy go także nieraz na schodach domostwa, gdy karmi drób. [fragmenty kursywą pochodzą z książki: Dzieje literatur europejskich- Literatura norweska – Ryszard K. Nitschke] Ponoć związane było to z faktem, że król uciskanych Norwegów - Duńczyk, był im tak obcy, tak daleki mentalnie i geograficznie, jeśli nie abstrakcyjny wręcz, że biedni ludzie, zakopani gdzieś w głębokim śniegu dalekich dolin surowej krainy, stworzyli sobie własny wizerunek władcy, jakiego chcieliby mieć, z jakim to słowo kojarzyli.

 

Ilustracje Marii Ekier są w chłodnych barwach – oddają surowy klimat Norwegii. Blade postacie delikatnych księżniczek, niektórych może nawet posiniałych od zimna (jednak nie zdziwcie się, gdy baśniową księżniczkę z Norwegii spotkacie w ... oborze). Słońce – blade, nisko, jak teraz  w te zimowe dni. Czerń, szarości, brudne złoto. Wbrew pozorom, w tych baśniach nie wieje chłodem. Jest wiele ciepłych uczuć, jest też humor językowy i sytuacyjny – obaj autorzy – Asbjørnsen  - z natury żywy, obdarzony przebogatą wyobraźnią i fantazją, Moe z kolei – literacko uzdolniony, chcieli, by baśnie odzwierciedlały naturę chłopa i rybaka norweskiego – zostały napisane żywym językiem, takim, jakim posługiwali się opowiadacze baśni. Zresztą w kolejnym wpisie, w którym prezentuję ilustracje do tych baśni sprzed lat, widać wyraźnie, że można odczytać je na różne sposoby. Maria Ekier wprowadziła do książki specyficzny klimat – swego rodzaju chłód, surowość krajobrazu. Natomiast przy czytaniu wpisu następnego – można dostać oczopląsów.

Książka jest cudnie gruba (nareszcie coś rodzaju żeńskiego cudnej wagi słusznej:) - mieści w sobie 33 baśnie, posłowie i informację o ilustratorce. Szkoda, że wydawnictwo nie umieściło całego tekstu Adeli Skrentni - Olsen na temat baśni norweskich. W starym wydaniu jest dużo ciekawych informacji na temat dwóch uparciuchów, którzy zeszli niejedną parę butów, pewnie zjechali niejedną parę nart, byśmy mogli poczytać tę książkę. I dzięki im za to. Wielkie. Bo to piękna książka.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 21 grudnia 2010
niedziela, 19 grudnia 2010

Popularność Wesołego Ryjka w moim domu mogę wytłumaczyć tylko w taki oto sposób:

-Primo – wesoły Ryjek to taki kolega z podwórka. Niby świnka, a jest taki jak moje dzieci: ciekawy świata, radosny, ma podobne problemy, przytulankę, zadaje mnóstwo pytań, lubi rysować i lepić z plasteliny, przygotowywać niespodzianki, czasem się boi, uwielbia podróże zwłaszcza te w nieznane, buduje z tatą szałas, bawi się w Indian. To wypisz wymaluj świat mojego Tomka i Mikołaja.

-Secundo – historia napisana jest prostym językiem. Słuchają jej zaciekawiony (prawie) sześciolatek i trzylatek. Wszystko jest w prosty sposób opowiedziane – po dziecięcemu, ale nie dziecinnie. I ten charakterystyczny wstęp – Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek. Dziś…. Założę się, że dla wielu z naszych dzieci będzie to tekst kultowy i za lat kilkanaście, -esiąt, będą szukały  na aukcjach internetowych tej książki dla swoich pociech, jako miłe wspomnienie z dzieciństwa:)

-Tertio – świat w tej książce to świat bezpieczny, pełen miłości i zrozumienia. Rodzice Wesołego Ryjka mają dla niego zawsze czas. A CZAS to przecież skrót od: C-cierpliwości, Z- zachwytu, A – akceptacji, S – szacunku. To również znajdujemy w tej książce i nasze dzieci, które tego wszystkiego potrzebują, a co dostaje Wesoły Ryjek, a przez niego – słuchające maluchy. Ze świata bezpiecznego – zawsze żal wychodzić. No chyba, że w tym rzeczywistym czekają rodzice, którzy zawsze mają czas.

Dodam to tego, że sam wizerunek Wesołego Ryjka stworzony przez Agnieszkę Żelewską, wywołuje tylko ciepłe uczucia.


 

Wiek 2+

 

Wydawnictwo Media Rodzina

Książka pojedzie do...mamy smoka:) Proszę o kontakt na adres: nata442@op.pl

 

Tagi: konkurs
18:11, be.el
Link Dodaj komentarz »

Mity greckie Nathaniela Hawthorne’a czyta się i słucha, jakby to była baśń. Autor nie podaje wyłącznie  suchych faktów z życia bohaterów – urodził się w …, udał się do… , walczył z… Jego opowieści są jak obrazy – autor czuje to, co widzi, pisze poetyckim językiem, co sprawia, że jego mity są jedyne w swoim rodzaju.

Przeczytajcie początek tej niezwykłej opowieści z Zaczarowanego Lasu:

Perseusz był synem Danae, a ona córką królewską. Kiedy był jeszcze malutki, jacyś niegodziwi ludzie zamknęli go wraz z matką w skrzyni i rzucili na morze. Wiatr dął rześko  i odegnał skrzynię  daleko od brzegu, a wzburzone fale miotały nią na wszystkie strony. Danae tuliła dziecko do piersi i drżała ze strachu, że jakaś ogromna fala może ich pogrzebać pod swoim spienionym grzbietem. Ale skrzynia płynęła sobie dalej, nie tonąc, nie obracając się dnem do góry; a gdy nadeszła noc, podpłynęła tak blisko jakiejś wyspy, że zaplątała się w sieć rybaka, który wyciągnął ją na suchy piasek. Wyspa nazywała się Serifos, a władał nią król Polidektes, który, jak się okazało, był bratem tego rybaka.

 

Wciąga? Pewnie, że tak. Bo teraz nasuwają się pytania – co stanie się z nimi, jak przyjmie ich król. Król był człowiekiem złym, niegodziwym, jak zresztą większość mieszkańców jego królestwa. Kiedy Perseusz wyrósł na młodzieńca, wysłał go w daleką i niebezpieczną podróż po tytułową głowę Gorgony Meduzy.

 

Kim była Gorgona  Meduza, jak wyglądała, w końcu – czy wyprawa Perseusza zakończy się szczęśliwie?  Zachęcam do sięgnięcia po książkę i płytę. W Głowie Meduzy jest baśń, przygoda, tajemnica, jest w końcu dreszczyk emocji i subtelny humor. Perseusz – główny bohater ma cechy wielu innych postaci mitycznych, również bohaterów Homera. Jest gwałtowny, zapalczywy, ambitny. Wyrósł  na pięknego młodzieńca, niezwykle silnego, dzielnego i zręcznie władającego bronią. Ważny jest tu motyw podróży, w którym główny bohater nabiera doświadczenia, mężnieje, staje się prawdziwym mężczyzną. Zaraz przypominają mi się stare wazy greckie, etruskie, które przedstawiały takich bohaterów. Tutaj namalował ich Józef Wilkoń. Jego ilustracje też przypominają stare malowidła sprzed wieków. Ciemne, z domieszką złota, czerwieni jarzębinowej, turkusu – są piękne.

Piękne i nagie ciało, tak samo jak mistrzów dłuta, uwodziło garncarzy. Rysowali je zawsze najpierw, a potem dopiero kilku kreskami narzucali na nie cień szaty. I jeszcze nie mogli się oprzeć, aby przy ślicznym chłopcu nie położyć napisu;  kalos, i to słowo zachwytu powtarza się nieustannie, czasem samo jedno woła do nas z glinianego czerepa, na którym nic nie ocalało z rysunku.

[Jan Parandowski – Z antycznego świata]

Dotyczy to również ilustracji Wilkonia. Nagość przykryta jest zaledwie zwiewną szatą.

Tyle o książce. Na płycie mit czyta Krzysztof Tyniec. Robi to powoli, melodyjnie, z klimatem, nostalgicznie. Nie tak, jak zazwyczaj czyta się bajki czy baśnie. Tyniec ma tutaj swoją propozycję interpretacji mitu – według mnie bardzo udaną. Unika emocji, jakie często towarzyszą lektorom. To w słuchaczu wszystko się burzy, poruszona zostaje nutka to ciekawości, to złości,  to radości. Odbiór w naszych rękach – lektor niczego nam nie narzuca, od nas zależy jak zareagujemy na słuchany fragment. Muzyka skomponowana i wykonana przez Macieja Rychłego tworzy piękną otoczkę dla tej przygody, w którą warto się wybrać.

Na stronie wydawnictwa można posłuchać fragmentów mitów.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Akademia Rozwoju Wyobraźni BUKA

piątek, 17 grudnia 2010

Po lekturze „Billy jest zły” chętnie sięgnęliśmy po drugą część. Tym razem pojawia się kot. Tajemniczy. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo czyj. Wlazł do pokoju chłopca przez okno i tyle. Billy nakarmił go, pobawił się z nim, przytulił w swoim łóżku, a na koniec zapragnął mieć go wyłącznie dla siebie. Tylko pojawiły się pewne trudności, których do końca nie zdradzę. W tej cieniutkiej książeczce, świetnie zilustrowanej przez Mati Leppa, jest poruszonych tyle ważnych spraw: odpowiedzialność, prawdomówność, koleżeństwo, przyjaźń, opieka nad zwierzętami. Mój Mikołaj świetnie czuje się towarzystwie Billy’ego – przeżywa przygodę z kotem i też bardzo chce go mieć. W tej książce podoba mi się wiele rzeczy: Billy, i kot, mądra mama w odlotowej fryzurze. Podoba mi się, jak rozmawia  z dziećmi, jak mądrze tłumaczy im zawiłości tego świata. Bo czasem nie jest lekko, o czym w tej części przekonał się mały Billy.


 

Wiek 3+

Wydawnictwo EneDueRabe

Już sam tytuł jest zagadką, a odpowiedź – również udzielona w tytule, wskazówką, co robić dalej. Bo to dopiero początek. W środku – 25 zagadek o uczuciach. Krótkie czterowersowe, z podpowiedzią od autora, na co należy zwrócić szczególnie uwagę.

 

Ciemny pokój straszy mrokiem,

Lecz tam WCHODZĘ ŚMIAŁYM KROKIEM!

Odpowiedzi rzecz wymaga:

Które z uczuć mu pomaga?

 

Mój (prawie) sześciolatek miał z niektórymi zagadkami niemałe problemy. Trzeba się dłużej zastanowić, powtórzyć, pomruczeć pod nosem (to dziecko) i podpowiedzieć (to my). Dużą zaletą tej książki jest to, że uczy nazywać nowe odczucia, a najczęściej nie są to łatwe wyrazy. Obok powszechnie używanych – np. tęsknota, pogoda ducha, wrogość, miłość – w rozwiązaniach znajdziemy synonimy, które wzbogacają słownictwo: nostalgia, optymizm, pogarda, sympatia. I mimo że na początku może być trudno, z biegiem czasu – będzie lepiej.

Kiedy czytam:

 

Czy to wiecie, czy nie wiecie,

Słoń jest NAJWSPANIALSZY W ŚWIECIE.

Słów po prostu nie znajduję

Może nazwiesz to, co czuję

 

I Mały rzuca jakby od niechcenia: zachwyt, podziw, olśnienie, fascynacja, zauroczenie, to naprawdę serce me rodzicielskie roście.

Wszystko ze smakiem okraszone kolorowymi ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło. Buźki uśmiechnięte, smutne, zaczerwienione, rozkochane, płaczące – bo o uczuciach mowa. Przy zagadkach można pogadać, co się w sercu kryje na dnie. Może dowiemy się czegoś ciekawego i nowego o naszych pociechach.

Chętnie podzielę się tą książką. Proszę zostawić wpis w komentarzach – w niedzielę wieczorem podam, kogo wylosowały rączęta moich dzieci.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

 

 

czwartek, 16 grudnia 2010

Czarny kos Tymon postanowił zwiedzić świat. I gdy zachwycał się ogromnym morzem, spotkał mewę Szymona, bielutkiego jak śnieg morskiego ptaka. Ktoś powiedział, że przeciwieństwa się przyciągają. Biel i czerń. Choć Tymon i Szymon mieli też wiele wspólnego – połączyły ich zainteresowania i przyjaźń mimo wszystko. Bo ta znajomość mogła skończyć się inaczej. Ojczyzna Szymona zamieszkana przez mnóstwo mew na początku nie chciała zaakceptować czarnego ptaka. Gdyby biały ptak posłuchał ziomków, historia pewnie potoczyłaby się inaczej. Skąd my to znamy? Książka pokazuje smutną prawdę o naszym stosunku do obcych. Tymczasem inny wcale nie znaczy gorszy, ale ciekawszy i równie wartościowy. Mądra książka, dobry punkt wyjściowy do pierwszych rozmów o tolerancji i odwadze. Bo do tego przecież potrzebna jest odwaga, by iść pod prąd. Mimo wszystko.

Kitty Crowther jest ilustratorką książek dla dzieci. W 2010 roku otrzymała Nagrodę pamięci Astrid Lindgren – nagrodę literacką przyznawaną co roku przez Szwedzką Narodową Radę Kultury wybitnym twórcom kultury dziecięcej.

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo EneDueRabe

środa, 15 grudnia 2010

W Lönneberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. Był dziki i uparty, nie tak grzeczny jak ty. Chociaż, należy przyznać, robił miłe wrażenie, kiedy się nie awanturował. Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą, rumiana twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek. Ale pozory mylą.

 

-Tomek czy ty aby dzisiaj jadłeś coś w przedszkolu? – zapytałam jakiś czas temu, gdy Tomek poprosił o trzecią dokładkę pomidorówki, a ja prawdę powiedziawszy wystraszyłam się, czym nakarmię głowę rodziny po powrocie z pracy.

-Tak, jadłem – odrzekła moja pociecha, następnie dodała – ale tylko siano.

 

No i masz ci los. Jakby ktoś podsłuchał z boku, pomyślałby, że … No właśnie ciekawe, co by sobie pomyślał.

 

Pamiętam film o Emilu z Katthult. Byłam wtedy młodym dziewczęciem, które podglądało jednym okiem, co tak fascynuje moje (dużo) młodsze rodzeństwo. Pomyślałam – Boże, co za bachor. Brrrr. I zapamiętałam blond główkę i drewutnię z ludzikami. Teraz jako mama dwóch chłopców, którzy są dosłownie z gumy, wszędzie wchodzą, a im bardziej nie można, tym bardziej – trzeba, wcale się nie dziwię Almie, mamie Emila, która z takim uporem w swoich niebieskich zeszytach broniła syna i głosiła wszem i wobec, że syn jeszcze wyjdzie na ludzi – a może nawet zostanie w przyszłości przewodniczącym rady gminnej.

We wszystkich książkach o Emilu pojawiają się wciąż te same osoby: a więc tytułowy bohater, jego mała siostra Ida, Alma Svensson – matka, Anton Svensson – ojciec, Alfred – parobek, przyjaciel Emila – ciągle robił mu zabawki, m.in. słynną dubeltówkę i miał dużo zrozumienia dla psot chłopaka, Lina – służąca (oj nie miała ona dobrego zdania o Emilu, w cichości swego serca wierzyła, że parobek Alfred zostanie jej mężem).

Ta książka to zbiór wszystkich trzech książek o małym ladaco: Emil ze Smalandii, Nowe psoty Emila ze Smalandii i Jeszcze żyje Emil ze Smalandii. Wiele razy Astrid Lindgren wspominała, że pierwowzorem Emila był nie kto inny jak jej ukochany … ojciec Samuel August (1875-1969). To jego opowieści zainspirowały pisarkę do stworzenia Emila. A Samuel August – faktycznie wyszedł na ludzi. Był szanowanym obywatelem, przez długie lata też przewodniczącym rady gminnej. I ponoć spośród książek córki, te o Emilu podobały mu się najbardziej. Astrid czytała mu je na głos, zanim jeszcze zostały wydane. Jego uwagi były bardzo cenne – na przykład ile co kiedyś kosztowało. Niekiedy pisarka musiała wprowadzać zmiany. Gdy napisała ostatni rozdział, poleciały jej łzy: Okropne jest uczucie, że już nigdy więcej nie będę mogła spotkać Emila. ["Portrety Astrid Lindgren"] zastanawi mnie tylko, kto był pierwowzorem ojca Emila. Ależ to była osobowość (!!!) – wszyscy, którzy znają rodzinę Emila, wiedzą, o czym mówię. Dziadek? – raczej nie. Swojego dziadka Astrid Lindgren opisała w Dzieciach z Bullerbyn jako dziadziusia.

Nie muszę chyba pisać, że Emil to ulubiony bohater mojego Tomka. Niezmiennie od wielu miesięcy – kiedy tylko zaczęliśmy czytać pierwszą część: Emil ze Smalandii. Raczej nie zauważyłam ciągot do nasladowania. Moje dzieci mają swoje oryginalne pomysły, które też byłyby niezłym tematem na książkę. Tomek potrafi krytycznym okiem spojrzeć na Emila i powiedzieć ( z wielkim uśmiechem) Nieeee, tak się nie robi. I lubi ilustracje Björna Berga – ojca wizerunku rogatego aniołka z Lönebergii. Tylko od czasu do czasu cytuje swojego bohatera. Jedyną rzeczą, która kłuje mnie w oczy podczas lektury – jest brak …drewutni, którą pamiętam z filmu. Jest stolarnia, którą ja uparcie zamieniam na drewutnię.

Emil umie rzeźbić cudne ludziki – a robi to wówczas, gdy coś zbroi i za karę zamykany jest przez ojca w drewutni. Jeśli powiem, że tych ludków ma już 369…. Emil nie chce być niegrzecznym chłopcem. Już tak jest i już. Właściwie to nie jego wina, samo przychodzi…

W książce znaleźliśmy najpiękniejsze i najśmieszniejsze opowieści: o Idzie podciągniętej na maszt, maminej kiełbasie znanej w całej Löneberdze, pułapce na myszy, zębie Liny, manewrach wojskowych Alfreda, otwieraniu bram, interesach Emila, przygodzie z wisienkami z wina, przyjęciu w Boże Narodzenia dla biedaków z przytułku. Akcja dzieje się najprawdopodobniej na początku XX wieku. Świadczą o tym informacje o dwóch historycznych wydarzeniach: raz zostało wspomniane trzęsienie ziemi – to w San Francisco 1906r., oraz drugie – Kometa Halleya, która napędziła wszystkim stracha w 1910r.

W całej książce to panowie są na pierwszym planie – Emil, Alfred i ojciec Emila. Kobiety - te mniejsze i większe są raczej w tle. Lina pojawia się najczęściej po to, by ponarzekać na Emila. Mama – by go bronić; mała Ida, by razem z nim broić. I choć Emil zbójuje na całego – nie jest typowym przykładem dziecka niegrzecznego, złośliwca. Nie jest też niewychowany – o co to to nie. Jego rodzice to typowi Smalandczycy sprzed stu lat – pracowici, bogobojni, oszczędni, jeśli nawet nie skąpi do bólu. Emil to chłopiec baaaardzo kreatywny, inteligentny. A że wprowadza wiele chaosu i najróżniejszych katastrof w życie domowników, spowodowane jest to raczej tym, że wcześniej nie pomyśli o konsekwencjach, albo dlatego, iż sprawy przybrały inny bieg i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Emil posiada wiele dobrych cech – jest sprawiedliwy, ma dobre serce, w szkole jest dobrym uczniem.

Właśnie przed kilkoma dniami z zapartym tchem czytaliśmy ostatni rozdział. Nastał piękny czas Bożego Narodzenia, gdy oto śnieg przykrył cały świat, a biedny Alfred, parobek zachorował. Jego życie wisiało na włosku. Czytaliśmy z Tomkiem prawie 30 stron, nikt w ogóle nie myślał o tym, aby w takim momencie przestać, i mieliśmy dosłownie łzy w oczach, gdyż to, czego dokonał Emil, było tematem wielu rozmów przez długie miesiące po tym  w całej Smalandii. Bo Emil nie tylko rozśmieszał, denerwował, ale też wzruszał.


 

Idę do sklepu. Dogania mnie Tomek

-Idę z tobą - woła.

-Powiedz tacie, że idziesz ze mną, by się nie martwił.

-No co ty. Powiemy tacie do widzenia, gdy wrócimy do domu.


 

A skoro wspinałam ojca Astrid, spodobała mi się taka jego wypowiedź:

„Dziwne dzieci mi się urodziły – zwykł mawiać Samuel August, - Wszystkie zajmują się słowami. Jak to się mogło skupić w jednej rodzinie?”. Brat pisarki – Gunnar był posłem do parlamentu i pisał satyryczne roczniki o życiu politycznym Szwecji. Ingegerd – siostra – została dziennikarką. Stina – również dziennikarka i tłumaczka. Gdyby nie ta zabawa w słowa, nie byłoby Emila. Ale to właśnie Samuelowi Augustowi, a właściwie jego gawędziarskiej naturze, zawdzięczamy postać psotnika. [Na podstawie "Portretów Astrid Lindgren"]

-Mamo – ja też chciałbym pohulać! – to już trzyletni Mikołaj. Ni to słucha, ni to nie słucha. A jednak….

 

Wiek 5+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Barbara Gawryluk wie, co w psiej duszy gra. Pisze często o zwierzakach i robi to tak, że do jej książek dzieci (przynajmniej moje) lgną jak do ciepłego kociego albo psiego futerka. Kaktus to zwykły kundel, przygarnięty ze schroniska – przez Weronikę, Wojtka i ich mamę. Trzecia część jego przygód to zwykłe – niezwykłe codzienne obcowanie z rezolutnym i wesołym zwierzęciem. Pies  –  to oczywiście obowiązki (spacery), odpowiedzialność (wizyty u weterynarza, chip), czasem kłopoty (smaczne potrawy w zasięgu psiego pyska albo łapy, albo bombki choinkowe na najniższych gałązkach) ale przede wszystkim przyjaźń  i radość, ogromna ogromniasta, z faktu obcowania z takim druhem. Moje dziecko najbardziej zainteresował rozdział, w którym pojawili się policjanci i zademonstrowali, jak chronić się przed niebezpiecznym psem. Tę książkę chyba zapamiętam do końca życia, bo już po lekturze, na spacerku, mój Tomek rzucił się na ziemię i zrobił żółwika – zasłonił swoją twarz rękoma i podkulił nogi. Z naprzeciwka zbliżał się pewien jegomość z psiakiem – cieszącym się życiem, z merdającym ogonem. Oczywiście mój Tom wzbudził jego zainteresowanie. Podbiegł wesoło szczekając, by popatrzeć, co też ten mój syn wyprawia. No tak – takie są skutki czytania książek:) Jegomość - właściciel popatrzył na nas dziwnym wzrokiem, bo takie coś zobaczył po raz pierwszy, a potem tubalnie się roześmiał. W każdym razie mam pewność, że nauka nie poszła w las. Wracając do książki – pojawiają się tu inne zwierzęta – jeże, inne psy, gwarek. Warto ją przeczytać dzieciom, które nie mają, a chciałyby zwierzątko. Z jednej strony ukazane zostały tu jasne strony jego posiadania, ale z drugiej strony, krótkie opowiastki o Kaktusie i jego przygodach uzmysłowią, że nigdy nic nie będzie już takie jak było. Zwierzę to nie zabawka, ale duża odpowiedzialność.

 

Do tej pory ukazały się: Kaktus, dobry pies / Kaktus, szukaj!

Barbara Gawryluk otrzymała niedawno nagrodę im. Kornela Makuszyńskiego za książkę Zuzanka z pistacjowego domu. Bardzo lubię jej audycję o literaturze dziecięcej Alfabet  w Radiu Kraków. Jeśli nie znacie, posłuchajcie koniecznie.

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 14 grudnia 2010

Grudzień w naszej wielkiej rodzinie, wypełnionej po brzegi wujkami, ciotkami, kuzynkami, kuzynami i to tymi najbliższymi, i nami oczywiście – obfituje w niesamowitą ilość urodzin i imienin. Przez jedenaście miesięcy posucha – od czasu do czasu jakaś uroczystość się trafia, a na sam koniec roku, co drugi dzień trzeba by oklaskiwać zdmuchiwanie świeczek i obcałowywać szanownych solenizantów. W Adwencie – toto aż nie wypada chyba. Do naszego grona dołączył tymczasem … roczny Prosiaczek. A niech tam. Hucznie obchodziliśmy jego pierwsze urodziny wraz z zaproszonymi przyjaciółmi – dzikiem, pszczółkami, żuczkiem, kurą, dżdżownicą, niedźwiedziem, susłem, mrówkami i … a nie zdradzę z kim jeszcze – bo jeszcze jubilat przed czasem się dowie i popsujemy mu zabawę.   Oczywiście – są prezenty niespodzianki, jest tort ze świeczką – i to jaki, jest sto lat odśpiewane acapella.

Zachwycająca książeczka dla najmłodszych – z bardzo twardymi kartkami (nie dadzą się mleczakom – na pewno), kolorowa - pastele z silnym akcentem wzorzystej barwy, prosty i zabawny tekst. Mnie urzekła właśnie prostota tej książki. Czasem odnoszę takie wrażenie, patrząc na dobre ilustracje, czytając prosty tekst, że takie rzeczy chyba właśnie najtrudniej wymyślić. Oczywiście dobre rzeczy.  Prosiaczek  Aleksandry Woldańskiej – Płocińskiej (Mrówka wychodzi za mąż) chwycił za serce moje młodsze dziecko i wywołuje w nim tylko najcieplejsze uczucia. Książkowe zakończenie – Jak to dobrze mieć przyjaciół - skierowane jest nie tylko do książkowych bohaterów, ale stanowi bardzo ważne przesłanie do małych czytelników. I mimo że książka należy do młodszego Mikołaja, to strefa pisana – czcionka, od kilkunastu już dni bardzo intryguje sześciolatka, który z coraz większą fascynacją odkrywa, że potrafi sam to i owo odczytać. Zawijasy i zakrętasy literkowe, literki – chmurki, drukowane, kaligrafowane, namalowane jakby pędzelkiem, rozkołysane, przykuwają uwagę na długo. Gdzieś na kanapie widać tylko w kolorowych poduchach podwinięte nogi w pasiastych skarpetach, potem długo, długo nic, i na końcu nos w książce. Noooo - takie urodziny baaaardzo mi się podobają. Zresztą nie tylko mi.

To nasza książka grudnia.

 

Wiek 0+

 

Wydawnictwo Czerwony Konik

 
1 , 2