Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 30 listopada 2014

Pojawienie się tej książki w naszym domu zbiegło się z blokiem tematycznym w szkole starszego syna, poświęconym historii książki. Fajnie się te tematy uzupełniły, bo historia książki to też historia liter. Jednego nie byłoby bez drugiego i odwrotnie:) Muszę przyznać, że odkrywanie Themersonów - po latach - to naprawdę szczytna idea - choć po prześledzeniu życiorysów Autorów nie sądzę, by przychylnym okiem patrzyli na wielkie słowa o nich samych. Każda z ich książek (w ostatnim czasie ukazało się kilka interesujących tytułów) zasługuje na uwagę, każda została wydana z wielką starannością. To awangardowe potraktowanie i słowa i ilustracji - nawet jeśli książki Themersonów powstały dawno temu, ich pomysły i rozwiązania zachowały świeżość i aktualność.

Narodziny liter traktują o historii pisma. Themersonowie pokazują krok po kroku etapy jego powstawania - co ciekawe - w sfabularyzowanej formie. To nie zbiór suchych informacji traktujących temat bardzo rzeczowo, że pismo powstało wtedy i wtedy, a wyglądało tak i tak. Pojawiają się bohaterowie, którzy biorą udział w procesie tworzenia: niejaki John Williams budujący chatę na jednej z wysp Oceanu Spokojnego, wódz krajowy Kiloupapa, wódz indyjski Kishkemunazee, prapraprawnuk tegoż wodza, i praprapraprawnuczek tegoż następnego osobnika - Umu, kuzyn jego Emsuh - znad Nilu:), mały przedwojenny Wicuś, babcia Steciukowa analfabetka. Punktem wyjścia są dziwne znaki, supełki i rysunki, które przez wiele tysięcy lat przeistaczały się w pismo. Oczywiście - dzieci dochodzą na samym końcu do celu - czyli do naszego współczesnego alfabetu. Historia wciąga niesamowicie - to coś w rodzaju detektywistycznego śledztwa. Równolegle z tekstem pojawia się wizualna strona pisma - dzieci biorą udział w procesie tworzenia pisma, odczytują wiadomości na supełkach, z prymitywnych rysunków, obserwują zmiany, przenoszą się w różne miejsca na kuli ziemskiej.

Rzadko używam określenia - fantastyczna rzecz, ale w tym przypadku nie waham się. Ta książka zachwyca na wielu płaszczyznach: tekstu, strony graficznej, kolorystycznej. Ma również drugie dno - rozpala niesamowicie wyobraźnię. Zainteresuje i małych i dużych. Na stronie wydawnictwa podano wiek odbiorcy: 0-99. Można spróbować zabrać już maluszki w podróż w różne miejsca na świecie na poszukiwanie pisma - najstarszych śladów pozostawionych przez naszych praprzodków.

Wydawnictwo Widnokrąg


sobota, 29 listopada 2014

Stare ale jare. Wydane na nowo. Wiersze o tematyce zimowo - świątecznej. Razem 21 tekstów, spośród których niektóre są bardzo znane jako wiersze właśnie, inne jako piosenkę: pewnie znacie "Na gałązce choinkowej ....". Dla mnie to wyprawa do przeszłości, kiedy to czytałam Kubiaka bardzo często: Łyżwiarka, Wieczór wigilijny, Świerszcz, Ptasia choinka. Oprócz tych "moich" wybranych znajdziecie też inne wiersze: Idzie zima, Do Pani Zimy, Wrony, Kolorowa zima, Narciarz, Prowadzą nas gwiazdy, Kolęda, Kot, Zaczarowany ogród, Podarunek dla Małgosi, Zimowa piosenka misia, Lepimy bałwana, Cztery wrony, Wieczór wigilijny, Dawne dzieje, Co będzie jutro.

W klimacie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, jedne wesołe, opisujące beztroskie dziecięce zabawy, inne refleksyjne, stawiające ważne pytanie. Niektóre z tych wierszy mają wątki religijne: jest wigilia podczas której rodzina łamie się opłatkiem, Z Ornaku i Pisnej schodzą świerki do kapliczki na pasterkę, tatrzańskie gwiazdy prowadzą Kacpra, Melchiora i Baltazara do Jezusa. Bije z tych wierszy ciepło, słychać muzykę świerszcza ukrytego za kominem, szczypie w nosy mróz.

Podobają mi się ilustracje Przemysła Liputa. Trochę kojarzą mi się z światem z dawnych książek dziecięcych. Zwłaszcza okładka. I przypominają mi się czasy, kiedy głęboką zimą, po lekcjach pędziliśmy na wały (na górkę), by jeszcze pojeździć na sankach. Było ciemno (jak na tej okładce). Co druga lampa się paliła, a my zjeżdżaliśmy jak wariaci. Ścisk był, harmider, śmiech, wrzaski. Fajnie było:) Właśnie takie klimaty znalazłam w tej książce:)

Wiek 4+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

czwartek, 27 listopada 2014

 

Skąd ja znam te oczy? – pomyślałam, gdy tylko książka do mnie dotarła. Też macie coś takiego, że dzwoni Wam, ale jeszcze nie wiecie w którym kościele? Tak więc rozpoczęłam poszukiwania na półkach w domowej biblioteczce  i … Jest. Opowiedział dzięcioł sowie Brzechwy. Tkwiło w mojej głowie - z TYMI konkretnymi ilustracjami. Nie żebym od razu pamiętała ilustratorkę. Oczy ją zdradziły:) Anna Gosławska – Lipińska (nazwała się mimo wszystko Hanką - od Hanki Ordonówny). Zaczęłam szukać więcej informacji, bo mnie zaciekawiła ta postać (ponoć) nieśmiałej dziewczyny, która w wieku 21 lat przyniosła swoje rysunki do Szpilek, która nie miała swojej pracowni – a gdy kończyła malować, sprzątała wszystko ze stołu w salonie. Oczy (ciągle te wielkie oczy) zrobiłam wielkie, gdy się okazało, że to żona Eryka Lipińskiego. Bo męża wszyscy znają. Zapomniana ilustratorka – tak ją określę. Właśnie powraca – z tomikiem wierszy Tuwima. W takiej samej szacie, w jakiej pojawiła się w 1951 roku. Jak pomyślę sobie, że moja mama miała akurat roczek i mogła czytać tę książkę (z biblioteki, bo u dziadków przy szóstce dzieci na książki nie było) – to mi się łzawo robi. Samych wierszy nie muszę zachwalać – 10 utworów, klasyka: Zosia Samosia, Warzywa, Ptasie plotki, List do wszystkich dzieci, W pewnej bardzo ważnej sprawie, O panu Tralalińskim, Spóźniony słowik, Rycerz Krzykalski, Okulary i Rzeczka. Dla ilustratorki warto sięgnąć również. ‘Ha-Ga’ – tak o sobie kazała pisać. Ilustracje w klimacie starego elementarza Falskiego – babciowo – dziadkowe, wywołujące wspomnienia i wzruszenia.  Inne od współczesnych – dopracowane do ostatniego szczegółu, przemyślane. Nie ma tu niczego przypadkowego. Wszystko uporządkowane, na swoim miejscu. Można doliczyć się groszkowych kulek w misce i kropek na czapeczce kaczki. Wydana na grubym papierze w kolorze sepii, duże litery. Z adnotacją na początku Ta książka jest własnością …. (w klimacie vintage)  – co zawsze lubię w książkach dla dzieci. Książka ma też szczytny cel – dochody z jej sprzedaży będą przeznaczone dla dzieci niepełnosprawnych i popularyzację utworów Tuwima.

Wiek 3+

Wydawnictwo Czytelnik

środa, 26 listopada 2014

Pamiętam taką oto scenę z dzieciństwa. Ja, mała, siedzę w babcinej kuchni. Na białej  drewnianej ławce, pod oknem z parapetem pełnym różowych pelargonii. Moja babcia Marianna wałkuje makaron. Na stole nakrytym kolorową ceratą tępym końcem noża kroi cienkie plastry ciasta na paseczki, a potem szatkuje je w drobniusieńką krajankę. Zawsze daje się namówić, aby upiec dla mnie kawałek ciasta na rozgrzanej do czerwoności płycie żeliwnego pieca. Dziwne - bo to pełnia lata. I mam tę scenę od lat w głowie, bo wtedy, przy tym makaronie, zapytałam babcię o wojnę. Rzadko to robiłam, bo ona sama nie lubiła jej wspominać. Miała ku temu swoje powody. Dla niej było ważne tu i teraz, a nie jakaś tam wojna, która była i na szczęście już się skończyła. Moje pytanie brzmiało: Czy w czasie wojny świeciło słońce? Bo  wydawało mi się, że świat wtedy był ciemny, mroczny, nieprzyjemny. Że wojna była też w przyrodzie. - Ależ! - babcia zamyśliła się nad tym makaronem - Jakie to były gorące lata. Jakie słońce mocne świeciło. Pogoda marzenie. Wszystko kwitło... tylko ta wojna niepotrzebna...

A mnie ta odpowiedź wydała się taka niedorzeczna, bo wojna dla mnie nie miała jednak koloru - na pewno nie żółtego słońca, zielonej trawy czy błękitnego nieba. Stąd Wróg wydał mi się taki ... prawdziwy i taki trochę ... mój. Bo spełnia moje dziecięce wyobrażenie o wojnie. Nijaki świat, w którym ludzie biją się, bez końca, czasami już potem nie wiedząc o co tak naprawdę:( Bardzo minimalistycznie wyrażony - za pomocą kilku kresek, stonowanych jednolitych barw. Na szczęście nie ciemnych. Jasnych, które mimo wszystko zawsze wywołują pozytywne emocje i jakby nie było - niosą nadzieję. 

Wróg ma tylko dwóch bohaterów, którzy dla siebie są wrogami. Reprezentują dwie strony konfliktu. Jednego żołnierza poznajemy bardzo dokładnie: jego przemyślenia, obawy i strach, marzenia, plany, prowiant, rozkład dnia, wspomnienia. Widzimy go w różnych sytuacjach, o różnych porach dnia. Jak strzela do wroga z innego okopu, jak wyciąga wodę ze studni, patrzy z nadzieją w niebo, moknie podczas deszczu, wspomina kolegę, który poległ. W końcu - wyobraża sobie wroga - tego z okopu z naprzeciwka - niosącego tylko śmierć kobietom i dzieciom, jako dziką bestię bez żadnych uczuć. Jakże wielkie jest zdziwienie tego żołnierza (walczącego po tej - ponoć) dobrej stronie), gdy podczas nocnej wyprawy  "odwiedza" on okop wroga. Uświadamia sobie, że wróg przypomina mu jego samego:  ma podobne marzenia o pokoju, ma podobne zdanie na temat tej bezsensownej wojny, posiada rodzinę, w końcu (co przeraża żołnierza najbardziej) posiada instrukcję, w której wróg - bestia ma - jego własną twarz. 

Książka dotyka tematyki obcej mojemu pokoleniu. Nasze dzieci znają też wojnę z telewizji. Więc temat abstrakcyjny - ale z wiadomych powodów wywołujący lęk - zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę to, co dzieje się w chwili obecnej na Ukrainie. Urzeka brak wielkich słów. Nikt patetycznie nie wypowiada się na temat wojny czy pokoju. W centrum uwagi jest człowiek, jednostka, która najbardziej cierpi podczas wojny. I ten człowiek nie jest tutaj super - hero, który zbija, strzela, cieszy się, że ktoś ginie, ponosi klęskę. Są za to marzenia zwykłego człowieka, refleksje. To nie automatyczny robot wykonujący tylko rozkazy. Zastanawia go sens wojennego wariactwa, jakiegoś wspólnego szaleństwa, zastanawia go w końcu człowiek, który stoi po drugie stronie. 

Bardzo wartościowa lektura, o antywojennym charakterze. Burzy mit wojny, podczas której dzieją się (ponoć) rzeczy wielkie. Ludzka strona konfliktu - gdzie są głód, zimno, samotność, choroba, tęsknota, złość, bezradność. Ukazane w przystępny, może nawet i niekiedy komiczny sposób. Skłania ku refleksji - i małych i dużych. Podsunęłabym ją ważniakom na górze (może podczas jakiegoś szczytu NATO;) - powinni przeczytać i wyciągnąć wnioski. 

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki - książka z rekomendacją Amnesty International



 


poniedziałek, 24 listopada 2014

Książka, którą pokochają mali chłopcy. Bo znacie jakiegoś malucha płci męskiej (a ponoć i nie tylko:), który w przyszłości nie chciałby zostać strażakiem? Ta książka ze względu na grube kartonowe strony nadaje się już dla najmłodszych adeptów pożarnictwa. Dzieci "odwiedzają" straż pożarną, razem z książkowymi przedszkolakami poznają tajniki remizy i zawodu strażaka. Są tu informacje o kondycji strażaków, ich zawodowych ćwiczeniach, pracy na co dzień: w różnych trudnych sytuacjach - nie tylko wtedy, gdy ogień zagraża życiu ludzkiemu. Podczas jednego pożaru cały czas śledzimy rozwój wypadków: od zgłoszenia telefonicznego, przez alarm w remizie, gaszenie pożaru i ratowanie ludzi aż po zakończenie całej akcji. Jakimi narzędziami posługują się strażacy, jak wygląda ich strój, z kim współpracują, gdzie można ich spotkać? Odpowiedzi na te i inne pytania dzieci znajda na pewno  w tej malej książce. To też doskonała okazja, by porozmawiać o bezpieczeństwie i zachowaniu się podczas wypadku.

Na każdej stronie kolorowe ilustracje z małą ilością tekstu. Do częstego przeglądania - tam i z powrotem. Razem 30 stron "strażackiej" lektury.

Wiek 3+

Wydawnictwo Olesiejuk


Mikołaj (lat 7) gra ze mną w balona. Nagle łapie go i ni stąd ni zowąd pada pytanie:

-Mama, a czy są takie kobiety, dla których w życiu najważniejsza jest piękność?

niedziela, 23 listopada 2014

Wycieczki w czasie w książkach dziecięco - młodzieżowych od zawsze mają wzięcie. Przenoszenie w przyszłość lub do przeszłości niesie ze sobą wiele niespodzianek - niezrozumienie obyczajów i języka to początek niezłej katastrofy i nieporozumień. Różnego rodzaju "gadżety" z epoki, pozycja społeczna mieszkańców, dzień codzienny - to wszystko często dodaje smaczku całej historii. Inaczej jest, gdy bohaterowie planują taka "wycieczkę". Są przygotowani na historyczne "niedogodności". Inaczej - jak dzieje się to zupełnie wbrew woli bohaterów. Trochę wody w Wiśle upłynie, zanim spostrzegą się, że wylądowali w innych czasach, a ludziska wokół nich, to nie weseli przebierańcy.


Domino i Muki (naprawdę: Dominika i Dominik)- uczniowie szóstej klasy, to para przyjaciół, która przypadkiem znalazła się w okolicach Gniezna w epoce średniowiecza. Choć plany od samego początku były zupełnie inne. W Warszawie Wisła zalała tunel remontowanej Wisłostrady - ciekawskie dzieciaki postanawiają przechytrzyć ochronę budowy i zajrzeć do tunelu. Przy czym tunel ten stanie się dla nich również tunelem czasu, który przeniesie ich do innej epoki, gdzie kilka razy ich życiu będą groziły niebezpieczeństwa, gdzie spotkają postacie znane z podręczników historii - w tym Wojciecha, który w tej historii dopiero przygotowuje się do wyprawy do Prusów w celu ich nawrócenia.

Książka dla miłośników historii, przygody. Są momenty śmieszne - wynikające z niezrozumienia obyczajowości epoki. Jest też dużo momentów tragicznych - zwłaszcza koniec historii - kiedy dwójka przyjaciół staje się świadkami śmierci Biskupa Wojciecha. Na pewno można wiele się dowiedzieć z lektury na temat dnia codziennego w średniowiecznym grodzie, pożywienia, warunków mieszkalnych. Są wrogowie, szeptuchy, ołtarz, na którym składano ofiary, jest książę, mieszkańcy grodu i podgrodzia - jeszcze zagubieni w wierze - z jednej strony oddający cześć nowemu Bogu, z  drugiej - czujący respekt przed dawnymi pogańskimi bogami. Spodobał mi się sposób przedstawienie św. Wojciecha - człowieka z krwi i kości, z ludzkimi obawami i pełen niepewności - ale również człowieka twardego, odważnego, który gotów jest na śmierć w imię Chrystusa. Dla uczniów ciekawym elementem fabuły będzie przedstawienie roli kobiety w tamtym świecie. Bez prawa głosu - nawet w sprawach najważniejszych. Bez szans na obronę - w momencie oskarżenia o czary.


Mam nadzieję, że perypetie gnieźnieńskie to nie koniec przygód Domina i Mukiego - i Autorka ma pomysł na inną przygodę. Patrząc na naszą historię - jest mnóstwo wątków do zagospodarowania. Widzę w tych nienapisanych opowieściach (a może już są?) również miejsce dla dwóch "uboząt": sepleniącego skrzata Czesława i utopca, którzy wnieśli do tej historii i śmieszne elementy, i pełnili rolę aniołów stróżów, co by dwójce dzieciaków z XXI wieku krzywda się nie stała. Na co czekamy z niecierpliwością i zainteresowaniem.

Wiek 11+

Wydawnictwo W drodze


środa, 19 listopada 2014

Ależ oczywiście, że ma być - Jacóś. A dlaczego? - nie zamierzam tego zdradzać. Sami byliśmy ciekawi. Autor trzymał nas długo w niepewności. Nie liczcie więc na to, że rozwiązanie zagadki znajdziecie na trzeciej stronie, i nie piszcie do wydawnictwa, że wkradł się na okładkę błąd. Jacóś to Jacóś. Ale od początku.

Kasia marzy o psie. Jednak jej tato kategorycznie się temu sprzeciwia. W dzieciństwie został boleśnie pogryziony przez psa - i choć rany już dawno się na nodze zabliźniły, to straszne wspomnienia pozostały na zawsze. Kiedy pewnego dnia Kasia znajduje małego psiaka w śmietniku, bez chwili wahania decyduje się go wziąć do domu. Na nic jednak prośby i żale - pies zostaje oddany do schroniska. Dziewczynka nie poddaje się i zaczyna walkę o psa.

Udana książka o tym, jak to jest, kiedy nagle w życiu człowieka pojawia się pies. Na pewno to lektura dla dzieci, które tak jak Kasia marzą o tym, by mieć jakieś zwierzę. Do fabuły autor przemycił mnóstwo informacji na temat psów, ich zachowania, zwyczajów, pielęgnacji. Na końcu książki oddano głos, a właściwie pióro, cioci Basi (tak naprawdę Sybilli Berwid - Wójtowicz, która na psach zna się doskonale). Ciocia pisze list do Kasi, w którym instruuje dziewczynkę, jak powinien postępować początkujący właściciel psów: na temat jedzenia i picia, zakazanych pokarmów, zdrowia, towarzystwa itp.

Książka obfituje w różne przygody - bo na pewno domyślacie się, że wcale nie tak łatwo przekonać tatę Kasi do Pieska (pisownia wielką literą również nieprzypadkowa). Jest śmiesznie, niekiedy wzruszająco. Nie pominięto trudnych tematów związanych z biologiczną sferą zwierząt.

Skutki czytania tej lektury mogą być dwojakie: uświadomienie sobie tego, jaka odpowiedzialność ciąży na właścicielach zwierząt może jednych zniechęcić do kupienia/ zabrania ze schroniska psa. Z drugiej jednak strony - osoby kochające te zwierzęta - po poznaniu losów Kasi i Pieska, z pewnością będą chciały również zrealizować swoje marzenia. Kasia uczy, że marzenia się spełniają.

Drodzy rodzice - na pewno pojawią się prośby: Chcę mieć psa. Więc z góry ostrzegam:)

Wiek 6+

Wydawnictwo Literatura

poniedziałek, 17 listopada 2014

Tytułowe tajemnicze postacie to maskotki - przyjaciele Alicji. Dziewięciolatka nosi je w niedużym kwadratowym koszyku. Oprócz nich są jeszcze inne isty, to znaczy - istoty - chciałam napisać. Jak choćby pstrokata Wełniczka. I Irati - lalka z suchych liści kukurydzy, ziarenek i filcu. I Zakładka z kawałków filcu naklejonych na tekturze. Alicja nie boi się pytać. Chce poznać świat. Zdaje sobie sprawę z tego, że może osiągnąć swój cel poprzez szukanie odpowiedzi. Choć jest świadoma tego, że ta pytanina nigdy się nie skończy, a mądry człowiek ciągle będzie miał jakieś pytanie w zanadrzu, co rusz znajduje nowy temat do dyskusji. Alicja pyta.... i tak zaczynają się ciekawe rozmowy między nią, autorką i maskotkami.


Książka stała już od jakiegoś czasu na mojej półce i ciągle było coś ważniejszego do napisania. Ale dziś, kiedy zaczęłam ją czytać - nie mogłam się oderwać. I trwałam przy niej tak długo, aż nie skończyłam. Mimo, że to lektura dla dzieci - powinni też przeczytać ją dorośli. Książka podpowiada, jak rozmawiać na trudne, ale ważne tematy.

Czasem łamiemy sobie głowę: jak wytłumaczyć małemu człowiekowi definicję społeczeństwa, kwestię uczciwości, pojęcie piękna i brzydoty w sztuce, reklamy, kultury, biedy i bogactwa, wspólnoty kulturowej, przywództwa. Nie są to tematy łatwe. Niekiedy, gdy już  podejmujemy się ich wyjaśnienia, sięgamy po gotowe definicje - pokrętne, trudne, jednostronne. Tutaj temat badany jest z wielu stron, zadawane są pytania poboczne, przy okazji poruszane jest jakieś inne istotne zagadnienie. Dialogi bohaterów - wciągają. Niekiedy jest jak w bajce - innym znów razem dyskusja przybiera formę filozoficznej dysputy. A wszystko dziecięco - ale (na szczęście) nie dziecinnie.


Doskonałym uzupełnieniem są awangardowe ilustracje Jana Bajtlika. Minimalistyczne, ale bardzo wymowne. Podobnie jak strony z literami - kojarzyły mi się osobiście z plakatami. Jest ich mnóstwo, w ciekawych kolorach. Każdy rozdział kończy się pytaniami skierowanymi do czytelnika. Dyskusja bohaterów książkowych może płynnie przenieść się na forum rodzinne. To też bardzo ciekawe doświadczenie.


Wiek 6+

Wydawnictwo Narodowe Centrum Kultury

niedziela, 16 listopada 2014

O tej książce mogę napisać tylko same dobre rzeczy. Zresztą autor - Andrzej G. Kruszewicz - dyrektor warszawskiego zoo, dał się już nie raz poznać jako propagator miłości do przyrody i to z talentem do opowiadania. (Nie, nie ma w jego książkach wielkich słów). Jego książki czyta się z przyjemnością. Na upartego - człowiek z wielką wyobraźnią, czuje się tak, jakby brał udział w przedsięwzięciach autora: w obserwacjach i wyprawach. Właściwie to nawet można by pokusić się o stwierdzenie - książka wystarczy. Jednak między wersami jest tyle pasji, miłości do tego, co nas otacza, że w człowieku budzi się swego rodzaju nutka zazdrości, która nakazuje wręcz sięgnąć po wygodne buty, wciągnąć na siebie odpowiednie odzienie i wybrać się do lasu, na pola, łąkę, by samemu doświadczyć spotkania oko w oko - z przyrodą - i to wcale nie przez wielkie P. Bo wcale nie chodzi o to, by od razu iść tropem wilka. Może wystarczy zadrzeć głowę wysoko i przyjrzeć się zwykłym wróblom, które w naszym dachu zbudowały sobie gniazdo. Tak a propos - z książki Kruszewicza dowiedzieliśmy się, że to gatunek, któremu grozi wyginięcie (!).


Na okładce czytamy: Encyklopedia dla całej rodziny. I to się zgadza, bowiem książka zainteresuje czytelników w każdym wieku. Zwłaszcza tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z obserwacją ptaków. Całość została podzielona na kilka części. W ciekawym wstępie Wiedzieć więcej autor namawia do odkrywania świata wokół siebie. W przyrodzie nie ma stagnacji - ciągle jesteśmy świadkami zmian. Ale często zachodzą one bez naszego udziału - po prostu jesteśmy na pewne rzeczy ślepi. A wystarczyłoby szerzej otworzyć czy. Drugi rozdział przygotowuje do obserwacji. To dział poświęcony ornitologii - systematyka (w skrócie), przygotowanie się do prowadzenia obserwacji, planowanie wyprawy ornitologicznej, prowadzenie notatek, bezpieczeństwo, dokumentacja fotograficzna, najlepsze ptasie miejsca w Polsce, kolekcjonowanie piór, dokarmianie i pojenie i inne. Następnie autor opisuje wybrane ptaki występujące w Polsce, które podzielił na: ptaki śpiewające i ... wszystkie inne. Razem 120 gatunków. Rozkładówka zawiera najczęściej opisy dwóch ptaków, choć zdarzają się miejsca, w których na opis danego osobnika przeznaczono dwie wielkie strony. Znajdziecie tu mnóstwo konkretnych informacji na temat występowania, wagi ciała, rozpiętości skrzydeł, zachowania. Autor często sięga również po ciekawostki i ....ptasie plotki:) I choć w dzisiejszym świecie nie jest mile widziane wyciąganie rodzinnych sprawa (ach ci celebryci) - akurat w przypadku ptaków, dodaje to smaczku ptasim historiom. Jak choćby ta, że łabędzie, nurogęsi i gęgawy są niezwykle troskliwymi rodzicami. Albo że perkoz rdzawoszyi składa białe jaja, które potem ciemnieją - a dzieje się tak za sprawą barwników gnijących części roślin, które służą jako "kołderka" dla jaj, gdy rodzice muszą na chwilę opuścić gniazdo. Takich smaczków w książce jest bardzo dużo. Całość - bardzo kolorowa - a to za sprawą zdjęć doskonałej jakości. Ptaki "uchwycone" w ciekawych momentach - podczas zalotów, zdobywania pożywienia, chowania młodych, kąpieli. Na końcu znajdziecie Skorowidz, który na pewno pomoże odnaleźć danego osobnika. Autor przedstawił też listę gatunków, które zostały stwierdzone w Polsce.  Są to najaktualniejsze dane z 2014 roku. Ostatnia strona to budowa ptaka - części ciała i upierzenia oraz wzory na upierzeniu.


Całość wydana z wielka starannością - wagi słusznej i o dużym formacie 23 cm x 28 cm.

Polecam:)

Wiek 6+

Wydawnictwo Multico



sobota, 15 listopada 2014

Ta książka przypomniała mi takie oto scenki z życia mojego młodszego syna. Kiedy zaczął mówić, lubił przychodzić do mnie i pytać: Mamo, kogo dzisiaj kochasz? A ja mu odpowiadałam: Dziś kocham wszystkie pająki. Na to Mikołaj: No to ja jestem dzisiaj twoim pająkiem. I tak kochałam po kolei różne Stworzenia Boże: biedronki, węże, smoki, pieski, koty, pasikoniki i muchy. A moje dziecko stawało się po kolei biedronką, wężem, smokiem, pieskiem, kotem, pasikonikiem i muchą. Kiedy wspominam tamte chwile, od czasu do czasu wodzę się na takie oto pokuszenie, żeby z tych naszych "kochanych" historyjek popełnić książkę, ale musiałaby to być książka obrazkowa - a  w tej kwestii - talentu brak:)

Przypomniałam sobie o tym, kiedy zobaczyłam ilustrację i tekst: Dzieci są do kochania. Do czego zmierzam? Dołek do kopania to kwintesencja dzieciństwa, radosnych, niesfornych zabaw, postrzegania świata przez maluchy, które potrafią zachwycić się zwykłymi kamykami (kamyki są przecież do zbierania i układania w kupki),zegarkiem (zegarek jest do tykania), czy zapałką (zapałka jest do zdmuchiwania). Odkrywania nowych obszarów, do których my, dorośli, tak często dopisujemy ważną filozofię czy regułkę. Tutaj znajdziecie proste definicje dziecięce, ale nie dziecinne - zadziwiające, niekiedy śmieszne, ale płynące z małego serca, szczere, może niekiedy dziecięco naiwne - a przez to urocze. Słońce jest po to, żeby był piękny dzień. Albo: Schody są do siedzenia. Kiedy tę książkę czytał nam na głos mój starszy syn, pomyślałam sobie, że ta książka może też powstała z obserwacji jakichś scenek rodzinnych, dzieci w parku - przy zabawie, podczas leniuchowania. Z zapisków rodzinnych, ciekawych powiedzonek małych ludzi. Może to też pamiętnik pewnego dzieciństwa, o którym wiedzieli tylko autorzy. Jednym słowem - dziecięcy świat - jego uroki, niesforność, beztroska.

Lubię książki a'la lektury mojej mamy. Kiedy ta powstała - moja mama miała dwa lata. Maurice Sendak narysował dzieci "w akcji". Ich dzieciństwo trąci myszką, ale ma tak wiele uroku. Dzieci bawią się godzinami na dworze, mają szmaciane przytulanki, kamyki, zwierzaki, muszle, patyki, tytułowe dołki do zabawy. Nie ma tu drogich zabawek i gadżetów. I niech mi teraz ktoś powie, że bez komputera nie można żyć:))) Ach - i jeszcze coś: Świat jest po to, żeby było na czym stać;)

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry



piątek, 14 listopada 2014

 

Wakacje już za nami, ale my trochę w nich utknęliśmy - mimo listopada - a to za sprawą fajnej wakacyjnej opowieści. Sięgnęliśmy po nią po udanym tytule: "Marcel i skarb pradziadka" w ramach "Zagadkowej serii". Tym razem bohaterką jest Agata Halata, która razem z rodzicami wyjeżdża latem nad morze. Tutaj spotyka znienawidzonego kolegę z klasy Marcina. Na całe szczęście i on i jego siostra zaczynają się z Agatą dogadywać, co owocuje wspólnymi wypadami w teren. Podczas zwiedzania starego zamku dzieciaki znajdują starą butelkę z listem. Mają kierować się różnymi wskazówkami i mają spróbować rozwiązać tajemnicę. Krok po kroku są coraz bliżej celu. Przygoda goni przygodę, dzieciaki główkują, ładują się w tarapaty, wykorzystują swe różne umiejętności. Nie ma czasu na nudę, telewizor. Ot prawdziwe wakacje jak w starych książkach przygodowych, jakie pamiętam z dzieciństwa. 

Jest pewna rzecz, która mi się nie spodobała. Kwestia morza. Agata nigdy nie widziała morza. W dzisiejszych czasach wydaje się to nieprawdopodobne - biorąc pod uwagę media, gdzie widać gołym okiem, że nad naszym morzem nie ma choćby palm. Nawet moje dzieci w to nie uwierzyły. Brakuje mi w tej książce trochę dziecięcej wolności. Takiej jaka była w "Wakacjach z  duchami", "Księdze strachów" czy "Podróży za jeden uśmiech". Świat całej trójki bohaterów, mimo że bogaty w przygody, jest bardzo uporządkowany i kontrolowany przez rodzicieli. Nawet jeśli decydują się na jakiś krok, myślą o rodzicach, konsekwencjach, by zadzwonić, poinformować. Brakowało mi tu szaleństw, nocnych wypraw, jakiejś dzikości. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się dobrze - i że od dzieciarni opędzić się nie mogłam:) 

Wiek 8+

Wydawnictwo Skrzat

środa, 12 listopada 2014

 

To moje pierwsze spotkanie z Flawią. Gdy rozpytałam dookoła  –  to oczywiście wszyscy słyszeli, czytali. Tak, tak – to te świetne staroświeckie kryminały? – padało z różnych stron. Taaa- tylko dlaczego ja po nie wcześniej nie sięgnęłam?  Słyszałam, ale ciągle było coś ważniejszego. Tymczasem to nie tylko dobry kryminał, ale doskonała wyprawa w czasie, do powojennej angielskiej prowincji. Klimat znany z powieści Christie – z tą różnicą, że dla młodego czytelnika. Flawia de Luce jest rezolutną jedenastolatką  lubiąca zaglądać wszędzie tam, gdzie nie powinna. Żyje sobie razem z trochę nieprzystępnym i zagubionym ojcem i dwiema siostrami w rodzinnej posiadłości w Buckshaw. W domu się nie przelewa, komornik stoi u drzwi, na stół wjeżdżają tylko skromne potrawy, rodzinna budowla czasy świetności ma za sobą. W jednym z licznych pomieszczeń Flawia ma swoje laboratorium – tu testuje różne substancje chemiczne, trucizny. Tu przeprowadza analizy i badania, wyprzedzając o głowę działania miejscowej ślamazarnej policji. W tej części przy otwarciu grobu świętego Tankreda – patrona miejscowego kościoła, robotnicy odnajdują ciało zaginionego niedawno kościelnego organisty. Powoli powstaje lista podejrzanych. Flawia oczywiście ma swój pomysł na rozwiązanie tej zagadki.

 Do tej pory ukazało się już pięć części serii Flawii de Luce. Nie mając możliwości wglądu do wcześniejszych części - nie dokonam porównania. Dużo rzeczy mi się w tej powieści podobało. Po pierwsze klimat. Autor potrafił stworzyć scenerię jak ze starych czarno – białych filmów powojennych. Dopuszczalny odcień sepii. Mnóstwo tu szczegółów – w wyposażeniu, krajobrazie – których fizycznie w czasach obecnych jak na lekarstwo. A jeśli są – to w rzeczywistości jakby w cieniu – tu zostały wyeksponowane na światło dzienne. Jak choćby organy, które odegrały tu niepoślednią rolę. Dalej: bohaterka – Flawia. Młody pyskol, który i w język potrafi się ugryźć. A jeśli – to wtedy, gdy ma w tym jakiś ukryty cel. Potrafi zażarcie walczyć o swoje. Odważna, niepokorna, z głową niesamowitych pomysłów. Nie zna słowa – nie i nie wolno. Po trzecie fabuła. Niby zabójstwo – to już gdzieś było. Jednak tu poprowadzona z niesłychaną swadą, wątkami pobocznymi – i to tak, że w pewnym momencie faktycznie trudno rozgryźć, kto faktycznie zabił.  Bardzo polecam tę książkę – będziecie się przy niej dobrze bawić.

Wiek 13+

Wydawnictwo Vesper

piątek, 07 listopada 2014

Wiem, wiem - na zimę przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Jesień rozpieszcza nas słońcem i przyjemnym ciepłem - któż by tam myślał o zimie:)) Ja też za nią nie tęsknię. Wystarczą mi długie (ciepłe:) jesienne wieczory - z dobrą grą (planszową;) albo książką. Ale dziś zauroczyła mnie zima - na ilustracji Marianny Sztymy. Zajrzałam na stronę Rymsa i znalazłam perełkę - ta ilustracja zatrzymała mnie, wyciszyła. Powiesiłam na widoku w kuchnio - salonie. Pochodzi z książki "Z powrotem, czyli fatalne skutki niewłaściwych lektur".

wtorek, 04 listopada 2014

Nie, absolutnie nic z tych rzeczy - żadnej drogi na skróty. O błędach piszę - których autorka nie toleruje, uparcie tępi. Łapie byka za rogi - tym razem wzięła na warsztat pułapki językowe, które każdemu mogą narobić sporego kłopotu. Dlatego tym chętniej przeczytałam - również dla siebie. Agnieszka Frączek omawia takie potykacze językowe jak: "szłem, doszłem, przyszłem" (na szczęście program podkreśla te formy - mam nadzieję, podobnie jak autorka - będzie tak po wsze czasy), czasownik pchać (pchła "pchła" czy "pchnęła"?), czasowniki zakończone na "-nąć" (o zzzzgrrrozzzooo), imiona Bruno, Iwo i Hugo, dalej bardzo często mylone: "w cudzysłowie" czy "w cudzysłowiu" (?:)), "kiślem" czy "kisielem", "lubiał" i "lubił".

Próbuje wyjaśnić przyczynę częstych pomyłek - bo jak się okazuje, wielu naszych rodaków ma problemy z błędami językowymi. Są one powszechne, rodzą wątpliwości. Niekiedy używane nagminnie stają się taką oczywistą oczywistością, że aż starach się bać - jak będzie wyglądał nasz język w przyszłości. W każdym razie - książka mówi nie niechlujstwu językowemu. Obok każdej historyjki językowej jest wiersz, który nawiązuje do tematu. Może zapadnie w pamięć jakiś rym i pomoże uniknąć pomyłki w towarzystwie:) Podaję dwa fragmenty:

Pan Lubomir spod Nielubi

przeogromnie sprzeczki lubił.

albo:

Szedłem właśnie na spacerek,

gdy ktoś dziobem: stuk!  mnie w beret...

Mało nie wyszedłem z siebie!

Któż to mi w berecie grzebie?!

Razem opisano tutaj 21 niebezpiecznych zjawisk językowych:) Całość bogato zilustrowana przez Agnieszkę Żelewską - też na wesoło, z przymrużeniem oka.

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

 

Pachnie farbą drukarską. To na pewno książka - właśnie przyszła od Zakamarków. Ale cierpliwie czekam na powrót dzieci, by same rozpakowały. Bo taką książkę otrzymaliśmy pierwszy raz. Choć ciekawość zżera. Twarda oprawa, dość gruba, dużego formatu, wagi słusznej. Macam przez papier. Człowiek chyba nigdy nie dorośnie. Mając te - .... dzieści lat też się cieszy z niespodzianki. Ładnie zapakowane i z papierowym ptaszkiem. Coś mi się wydaje, że w środku jest......:) 

poniedziałek, 03 listopada 2014

Antonino polubiliśmy już dzięki pierwszej części, kiedy miał zaledwie kilka minut na uratowanie Niedźwiedzia. Zwierzak ów stał się nieodłącznym towarzyszem w życiu naszego bohatera. Antonino dwoi się i troi, aby Niedźwiedzia nakarmić i napoić. I choć dzieci odczytują tę książkę po swojemu - jako bardzo dynamiczną opowiastkę o przemiłym człowieku z południowym temperamentem, który gdzieś tam pędzi przed siebie, by za chwilę wrócić, mnie, podczas już samotnej wieczornej lektury (na szczęście o tej porze Niedźwiedź jest już zmęczony i marzy tylko o tym, by iść spać), zapaliła się lampka. Bo w Antonino odnajduję siebie. Tak, tak - właśnie w TYM Antonino, co to lata jak oparzony tam i z powrotem - jak z motorkiem. By zdążyć na czas, dopilnować, by napoić, nakarmić, pomóc, przygotować, uszykować, sprawdzić, przytulić, ukoić, powiedzieć dobre słowo, przynieść dobre sny. W pewnym momencie zamruczałam pod nosem niedźwiedzio - Noooo, Niedźwiedziu, rusz się. Zrób coś dla Antonino. Po takiej refleksji zostawiłam moje trzy niedźwiedzie bez żadnych wyrzutów i rozterek wewnętrznych w domu, wzięłam kijki i poszłam na dłuuuugi spacer. I nie myślałam o tym, by wydoić kozę, nałowić w morzu ryb, przynieść z lasu miód, albo w nocy wybrać się na grzybobranie:)))) Za to właśnie ci dziękuję, drogi Antonino.


Książka o przyjaźni, ale też wyrzeczeniach. Dajemy z siebie tak wiele drugim osobom, nie otrzymując niekiedy nic w zamian. A może jesteśmy właśnie po tej drugiej - niedźwiedziej stronie - czekamy, aż nam z nieba coś skapnie. O tym, że człowiek jednak musi czasem się zatrzymać, że: tam i z powrotem, tam i z powrotem wcale takie dobre dla niego nie jest. Trzeba znaleźć dla siebie czas, jakąś odskocznię, trzeba znaleźć jaskinię, w której można schować się przed światem. Choć na chwilę.


Książka zilustrowana naprawdę z południowym temperamentem. Widać tu ruch, zakręconego Antonino, słychać tupot jego małych nóg, pokonujących takie odległości dla przyjaciela. Z kartek bije mega - optymizm, bo dla Antonino nie ma rzeczy niemożliwych. Ale Antonino! - zwolnij od czasu do czasu - dla siebie. Tylko dla siebie:)


Wiek 4+

Wydawnictwo Tako

niedziela, 02 listopada 2014

Na świątecznym spotkaniu rodzinnym padło stwierdzenie - "To już 1 listopada. Za chwilę Adwent, święta i Nowy Rok. Jak ten czas leci" (i tu słychać było dziadkowe westchnienie).

Oj leci, leci. A kolejny rok bez Kuleczkowego kalendarza - nie może to być? Znam takich, którzy wyczekują go za każdym razem, kolekcjonują, wieszają na honorowym miejscu, by był dla wszystkich, zapisują w kwadracikach na dany dzień ważniejsze wydarzenia rodzinne - by nie zapomnieć:))) Podobnie jak kolejne przygody Pana Kuleczki i jego przyjaciół. To tak, jakby zaprosić gości do swojego domu: kaczkę Katastrofę, psa Pypcia, muchę Bzyk - Bzyk i Pana Kuleczkę, ma się rozumieć.


W kalendarzu na rok 2015 znajdziecie opowiadanie Deszczowy spacer i 12 rozkładanych planszy: u góry zawsze ilustracja pasująca do danego miesiąca z ciekawą sentencją, na dole kalendarz z zaznaczonymi najważniejszymi świętami. Każdy dzień to pusty kwadracik, w którym można coś narysować lub wpisać. Do wypełnienia przez całą rodzinę.


Już od dawna jestem zakochana w ciepłych ilustracjach Elżbiety Wasiuczyńskiej - "mamy" Pana Kuleczki i jego ferajny oraz tekstach Wojciecha Widłaka. Bije z nich taka pozytywna energia, optymizm. Jest w nich humor i filozofia, i refleksja. Cudna jest Kaczka Katastrofa vis a vis swojej skarbonki, z której można wyjąć tylko tyle, ile się do niej wrzuciło. Wzrusza Pan Kuleczka przekazujący miłość na odległość. Odlotowy - wspomniany wyżej starszy pan - szczególnie w maju - kiedy naprawdę łatwiej odlecieć. Filozoficznie nastraja lipcowa ilustracja, która zachęca do szukania wokół siebie miejsc, w których można by siedzieć i siedzieć bez końca. Mole książkowe znajdą tu dwie ilustracje o książkach właśnie. W komplecie 48 naklejek do zaznaczania tego, co szczególnie lubimy, co ważne.


Wiek - zdecydowanie dla każdego!

Wydawnictwo Media Rodzina