Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
piątek, 26 listopada 2010

Tę serię bardzo polubił mój mały Mikołaj. Ostatnio czytaliśmy hurtem, to, co już stoi na półce i nowe o urodzinach Charliego. Akurat dobrze nam się przydarzyło, bo i u nas były urodziny, tyle, że młodszego brata. I u nas były kłótnie - kto rozpakowuje prezenty, kto zdmuchuje świeczki. W każdym razie każde z moich dzieci ma w sobie coś i z Loli i tego starszego, opanowanego brata (choć tutaj Charlie naprawdę miał dość i każde z moich dzieci doskonale go rozumiało, choć i doskonale rozumiało Lolę). Charlie przygotowuje się do swojego przyjęcia urodzinowego. I Lola przygotowuje się do przyjęcia urodzinowego brata. Tyle, że każde z nich ma swoją wizję tej uroczystości. Z jednej strony ma być potwornie potworzasto i strasznie, a z drugiej – różowo, lukrowo, czyli słodko. Czy to się da pogodzić? Zapewniam, że da, a zakończenie zaskakuje jak nic, choć mój Tomek, przedszkolny starszak, zarzekał się na wszystkie świętości, że on naprawdę nie cierpi różowego koloru. Choć przypuszczam, że jak nic wciągnąłby babeczkę z lukrem a’la Lola. Bardzo udana seria, ze świetnymi ilustracjami – kolażami. Zwariowana kreska, dużo kolorów, humor, i mądre przesłanie podane w bardzo mądry sposób. Super.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

Rudzielec to taka trochę staroświecka opowieść o pewnej wielopokoleniowej rodzinie, w której nagle pojawia się…rudy kot. A zanim do tego dochodzi, trwa dyskusja rodzinna, czy dziecko – siedmioletnia Joasia, kota mieć powinna. Kot zjawia się, mimo swojej woli i woli domowników, ot tak przypadkiem, podrzucony na kilka dni, wyratowany przed śmiercią i … zostaje już na zawsze. Kiedy zaczęłam czytać Tomkowi tę historię, pomyślałam, czy aby moje dziecko (ostatnio usłyszałam – dziewczyny są głupie!) będzie chciało słuchać tego i owego o małej niewieście lubującej się w sukienkach w groszki, kokardach, białych kołnierzykach (toż to Babcia Basia sprzed 50 lat – przemknęło mi przez myśl), bawiącą się lalką Filomeną z porcelanową główką (miałam taką w schedzie po sąsiadce) i szmacianą Balbisią. I ten dom, w którym rodzice wprawdzie pracują od świtu do nocy, ale wszystko jest tak dobrze zorganizowane: na stole zawsze stoi śniadanie, ciepły obiad i wspólna kolacja – bo babcia Weronka i dziadek Stasiu (jak u nas – ależ był entuzjazm) dbają o wszystko. W ogrodzie rosną róże, agrest, bzy (nie, iglaki – nie), śpiewają słowiki (do czasu), dziadek opowiada bajki, jest dużo ciepła rodzinnego, wzajemnego zrozumienia i miłości. I wiecie co….? Moje dziecko tak się zasłuchało, tak się zasłuchało, że w dwa dni przeczytaliśmy tę książkę. I ja też się zasłuchałam w swoje czytanie, bo książka taka trochę niedzisiejsza wywołała sentymenty, ciepłe wspomnienia, nostalgię za czymś, czego już nie ma. A niech tam – może nawet za tą porcelanową lalką, którą dziadek od sąsiadów dawał mnie, bawiącej się na  betonowych schodach, w kawałkach, bo tak też odnajdywał jej części w piwnicznych czeluściach. Najpierw jedna noga, tułów i głowa, która ozdobiona była fryzurką a’la Hanka Ordonówna z przedwojennych filmów. Potem ręka. Potem znów ręka i w końcu druga noga.  To książka o tym, co dobrego może w życiu spotkać człowieka, małe dziecko – przyjaźń ze zwierzątkiem, obcowanie z dziadkami, którzy przekazują w prosty sposób ważne prawdy życiowe. To, co mnie przeszkadzało, to trochę zbyt poukładany świat – bez miejsca na jakąkolwiek wirtuozerię, spontaniczność. Wszystko zbyt idealne – zupełnie jak ten biały kołnierzyk do sukienki w grochy. Patrząc na moich synów – już widzę, co wyprawialiby z tym kotem, ile byłoby śmiechu, żartów, turlania się po podłodze, dowcipów. Tego tu brak – a wydaje mi się, że moim dzieciom zupełnie to nie przeszkadzało. Od razu przejęli się losem kota i historia bardzo im się podobała.

Bardzo fajnie ogląda się wesołe ilustracje Marty Ostrowskiej.

Wiek 6+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 23 listopada 2010

Nasi zachodni sąsiedzi już jakiś czas temu (od 1971 roku z małymi przerwami) wymyślili zabawę w Słowo Miesiąca i Słowo Roku. Pada mnóstwo propozycji jak Niemcy długie i szerokie – słów już istniejących w pewnym określonym kontekście, albo neologizmów. Niektóre z nich są jak meteoryty – dziś są, jutro nie ma. Inne z kolei na stałe weszły do języka potocznego. Wokół tej zabawy w słowa jest duże zamieszanie medialne i przez jakiś czas dużo o nich się słyszy i mówi. Gdyby i u nas ktoś miał zamiar przeprowadzić taką zabawę (oj, a może już jest, tylko, że nic o niej nie wiem?), to moim kandydatem byłoby coś, co mnie urzekło, a co moje dzieci przyjęły z błogim, dziecięcym spokojem, jaki od czasu do czasu je ogarnia – czyli jako oczywistą oczywistość, bo coś przecież jest i nie ma się czemu dziwić. A mnie pokrzepidełko Ewy Kozyry - Pawlak po prostu zadziwiło i bardzo się spodobało. Jest takim moim Prywatnym Słowem Roku.

Już śpieszę wyjaśnić co to jest owo pokrzepidełko. To roślinka, której owoce to takie drobne kuleczki koloru czerwonego. Przypominają czerwone jagody, porzeczkę, tyle że rosną na drzewie w lesie Czupieńków. Wspominałam o tej roślince tutaj. W drugiej części, pokrzepidełko gra pierwsze skrzypce, bo to właśnie z jego powodu wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przyszedł okropny Smok Żarłok i połknął cały zbiór pokrzepidełka, nad którym Czupieńki trudziły się cały dzień. Oj, w tych małych istotach zagotowała się krew. Jest dziura – pułapka, są łzy, jest przebaczenie, jest w końcu przemiana – ze złego stwora w całkiem przyjemnego rogatego stwora już nie potwora. Czupieńki. Macie coś takiego, że lubicie kogoś od pierwszego wejrzenia? Z Czupieńkami tak właśnie jest. Coś jest w tych maluczkich stworzeniach o długich ryjkach ukrytych pod wielkimi kapeluszami, że chwytają za serce.


 

Dzieci polubiły książkę. A ja tak sobie myślę, że przydałaby nam się od czasu do czasu herbatka z pokrzepidełka. I miny byłyby weselsze, i sił więcej, a może i więcej recenzji na blogu…

Wiek 2+

Wydawnictwo Media Rodzina

Na tę książkę trafiłam dzięki blogom niemieckim. To opowieść o małym skrzacie Jaśku, który przez kolejnych dwanaście przedświątecznych dni zamierza obdarowywać Świętego Mikołaja dwunastoma prezentami (!!!). Okazuje się, że aby sprawić komuś radość – w tym przypadku aż dwanaście razy pod rząd, wcale nie potrzeba góry pieniędzy, Wystarczy dobry pomysł i odrobina chęci. Spokojnie, dzieci po tej lekturze nie będą miały nagle długiej listy życzeń. Wręcz przeciwnie – wyniosą ze spotkania z Jaśkiem naukę, że można cieszyć się z rzeczy małych i jakże oczywistych. Wszystko doprawione wielką dozą humoru, bowiem niektóre plany Jaśka, nie ma co ukrywać, nie do końca się udają. Jednak Święty i tak jest przeszczęśliwy, bo czyż to nie wspaniała rzecz, mieć świadomość tego, że ktoś przez dwanaście dni pamięta o tobie? Dla nas bomba – akurat na okres przedświątecznego oczekiwania. Na kilka kolejnych lat. Książka podoba się (prawie) sześciolatkowi i trzylatkowi.

To nasza pierwsza taka książka świąteczna – z … jajem (nie, nie wielkanocnym:)) Te, które posiadamy, są nastrojowe, nostalgiczne. Tutaj pod górą Korvatunturi aż się kotłuje. Skrzaty mają pełne ręce roboty. Skrzacia społeczność, oprócz tego, że przygotowuje zabawki dla dzieci, zachowuje się jak my, ludzie. Panie zajęte są robótkami i ozdobami świątecznymi, pieką pierniczki, dzieci chodzą do szkoły, od czasu do czasu co niektórzy zasypiają do pracy (ciekawe, dlaczego?) .

Książka, mimo, że niezbyt gruba, jest „trudna” do czytania. Trudna? ktoś zapyta. Dzieci odkrywają w niej tyle szczegółów, śmiesznych rzeczy, istot, sytuacji, że nie sposób jej czytać w skupieniu i ciszy. Ale to przecież jej wielka zaleta.

Zdjęcie znalazłam tutaj

 

Góra Korvatunturi leży na granicy fińsko - rosyjskiej. To słowo znaczy tyle co – „Góra – ucho” (483 m.n.p.m.) Na początku ubiegłego wieku powstała legenda, że u stóp Korvatunturi mieszka Święty Mikołaj. Po wojnie sowiecko – fińskiej (1939-1940) "Góra – ucho", słuchająca życzeń najmniejszych, stała się punktem granicznym, więc siedzibę Świętego przeniesiono do miasta Rovaniemi. Mimo to, ponad tysiące listów z całego świata przychodzi właśnie na adres tej starej siedziby. (według Wikipedii)

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

Książka „Brajan i ogniowe smoki” trafi do: Maru-tki, Abieli i Agnieszki-gil. Proszę przesłać swoje adresy na mojego maila – nata442@op.pl. Adresy przekażę wydawnictwu Skrzat, które ufundowało nagrody.

niedziela, 21 listopada 2010

Dobrze pamiętam to smutne zdarzenie sprzed lat. Mały siedmioletni chłopiec z Łodzi – Brajan Chlebowski, powiadomił straż o pożarze w jego domu, a następnie zmarł w skutek zaczadzenia. Nowe życie dał mu w swojej powieści Andrzej Żak. Życie, które trwa, bo autor zmienił bieg historii.  Książkowy Brajan zapadł w śpiączkę i trafił do Riss - krainy magicznej, gdzie są latające wilki, smoki, sekstyle (a nie zdradzę cóż to takiego), czarodzieje, i mnóstwo nowych znajomych. Brajan w tej krainie ma pewną misję do wykonania. Czy mu się uda? Za swoje dzielne serce otrzymał od Władcy Ognia nagrodę, mógł wrócić do domu. Nie należał przecież do tego świata.

-Oto twoja droga! Twój świat. Wracaj skąd przybyłeś! – głos Władcy Ognia docierał do niego z oddali, cichł coraz bardziej, aż w końcu zamienił się w szept: - Ruszaaaj!

Rzeczywistość wyglądała niestety inaczej – dzięki tej książce, mały chłopiec – bohater na długo pozostanie jeszcze wśród w nas. Jego misja poniekąd trwa nadal – bo historia o magicznej krainie zmusza wręcz do rozmowy za dziećmi na temat śpiączki, bohaterstwa dzieci, jak również zachowania się w czasie zagrożenia.

Z dystansem podchodzę do książek pisanych wyraźnie w jakimś celu. A ta książka nie została napisana ot tak sobie. Mimo to mamy tutaj udaną książkę o rzeczach ważnych, dobrze napisaną, z wartką akcją, wyrazistymi bohaterami. To, czego mi brakowało, to zdecydowanie ilustracji. Te są, ale maluczkie, właściwie miniatury przy tytule kolejnych rozdziałów. Szkoda. Przecież ilustrator Łukasz Ryłko, autor komiksów, świetnie nadaje się do takich właśnie projektów. Te wszystkie smoki, sekstyle, trolle mogłyby być choć trochę większe. Książkę można czytać już siedmiolatkom, a w tym wieku ilustracje dla dzieci nie są może najważniejsze, ale jednak ważne. Szczególnie w takich książkach, w których aż roi się od postaci obcych, nowych. Dzieci chcą zobaczyć wszystko z bliska, poznać szczegóły.

Historia Brajana i innych małych bohaterów opisana jest m.in. na stronie Strażak – Mali duzi bohaterowie.

 

Jeśli chcecie  z dziećmi poznać historię Brajana, proszę zostawić komentarz pod wpisem. Jutro wieczorem wylosuję 3 osoby, do których trafi egzemplarz tej  książki. Nagrody ufundowało wydawnictwo Skrzat, które prześle książki do wylosowanych osób.

Wiek 7+

Wydawnictwo Skrzat

Bardzo podobają mi się te ilustracje. Chciałam je pokazać, bo raczej nie są znane. I mimo, że dużą sympatią darzę Ilon Wikland, ilustracje polskie bardziej mi się podobają. Tomek optował za szwedzką wersją.

Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1973, Wydanie II, przełożyła Maria Olszańska

 

Ponoć ta opowieść powstała pod wpływem impulsu. Samotne małe dziecko siedzące na ławce o zmroku. To początek książki i zarazem zdarzenie prawdziwe. Wiele lat temu autorka zobaczyła właśnie takiego anonimowego chłopca koło skweru Tegnera, który mijała zawsze w drodze z domu do pracy i odwrotnie. Myśl o nim nie dawała jej spokoju. I tak powstał właśnie Mio, mój Mio. Może nie najbardziej znana książka Lindgren, ale zdecydowanie jedna z najlepszych. I choć w statystykach mojego syna królują nadal (jeszcze?) Dzieci, Emil i Ronja, to w moich - zdecydowanie na prowadzenie wysunął się Mio, mój Mio. Nie jest to książka dla najmniejszych dzieci. Były momenty, kiedy Tomek się bał i nie chciał, by mu czytać dalej. Tak naprawdę: chciał i nie chciał, bo ciekawość brała górę. Więc czytałam sama, a potem mu opowiadałam. I znów czytaliśmy dalej, aż do końca.

Dziewięcioletni Bo Wilhelm Olsson nie jest szczęśliwym dzieckiem. Wychowują go przybrani rodzice: ciocia Edla i wujek Sixten. Chłopiec sądzi, że oboje nie lubią go. Nie rozmawiają z nim, nie pozwalają mu się głośno śmiać, nie troszczą się o niego. Bosse ma przyjaciela, Benkę, a ten - cudownego ojca. I oto Bosse dowiaduje się, że jego prawdziwy ojciec jest… królem w Krainie Dalekiej. Po wielu latach rozłąki , spotykają się. Ojciec król buduje z chłopcem modele samolotów, ciągle rozmawiają, śmieją się. Mimo wielu obowiązków znajduje dla niego zawsze czas. Ojciec król nazywa swego syna Mio, mój Mio. Chłopiec znajduje w Krainie Dalekiej nowego przyjaciela o imieniu Jum Jum, dostaje od ojca króla cudownego wierzchowca białego Miramisa, słucha opowieści studni szepczącej. Jednak jest coś strasznego – Kraina Daleka sąsiaduje z mroczną krainą, w której rządzi siejący grozę Rycerz Kato. Kiedy ktoś wymawia jego imię, wszystko milknie, a Miramis zaczyna drżeć. Mio mój Mio  musi wykonać bardzo ważne zadanie, o którym było powiedziane już przed tysiącami lat: Chłopiec królewskiej krwi na białym koniu ze złotą grzywą i z jednym przyjacielem w orszaku.

Jest to historia o przyjaźni, odwadze, tajemnicy. Pełna czarów. Świetnie nadaje się do głośnego czytania. Język tej opowieści jest niezwykle poetycki. Autorka opisuje tak sugestywnie stan ducha bohaterów, przyrodę. Snuje swoją opowieść jak baśń, którą kiedyś opowiadano sobie o zmroku przy cieple kominka. Piękna książka. Ponadczasowa. I na koniec jeszcze taka refleksja – cudnie by było, gdyby tak udało się nakłonić do przeczytania tej książki ojców królów naszych dzieci. Mogliby się  z niej dużo dowiedzieć i nauczyć …..


 

Oczywiście uwagę przykuwają ilustracje Ilon Wikland – ulubionej ilustratorki książek A. Lindgren. A ja tymczasem dokonałam małego odkrycia. W naszej bibliotece znaleźliśmy wydanie z 1973r. z równie pięknymi ilustracjami Marii Orłowskiej – Gabryś. Pokazuję je w kolejnym wpisie. Zapraszam.

Książka ta znajduje się na Złotej Liście Książek, które Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom poleca do głośnego czytania.

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

środa, 17 listopada 2010

Kiedy Czupieńki pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Tomkowe, Mikołajkowe i ... Mamowe. Bo Czupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem.

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

A ilustracje Pawała Pawlaka? I jak tu nie wzdychać. Choć nasz ulubiony rysunkowacz ostatnio sam się odbrązowił w wywiadzie z panią Moniką Obuchow. My tu sobie nieziemsko wzdychamy, a tymczaseml ojciec Czupieńków jest człowiekiem z krwi i kości, o czym można przekonać się tutaj. Polecam!


Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

Kiedy CzupieńkiCzupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem. pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Mamowe, Tomkowe i Mikołajkowe. Bo

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 16 listopada 2010

Dziecko mojej siostry chodzi do przedszkola w Leeds (Wielka Brytania). Siostra czasem opowiada mi jak to tam wszystko wygląda, a ja dostaję przysłowiowych wielkich ślepiów. Kiedy Basia pierwszy raz przyszła ze swoją Marysią do tego przybytku, chwyciła się za głowę. Żadnych szafek na butki, paputki, żadnych wieszaczków z samolocikami, cebulkami (tak a propos: moje dzieci bardzo lubią te znaczki). Każdy rzucał ciuchy swojej pociechy na stertę kurtek, polarów, czapek. Fajnie wygląda na końcu dnia, gdy zdesperowani rodzice szukają części garderoby swoich maluchów. Trochę trwało zanim siostra przywykła do nowych zwyczajów i najnormalniej w świecie je zaakceptowała. Marysia kocha swoje przedszkole i jest zachwycona. To nic, że czasami jest brudna i … mokra. Dzieci w kącie sali mają najprawdziwszą w świecie piaskownicę z najprawdziwszym w świecie piaskiem. Od czasu do czasu maluchy dostają też najprawdziwsze w świecie miednice z wodą i chlapią się do woli. Siostra czasem ma chęć zrobienia zdjęcia, bo ja jej nie wierzę, po prostu nie wierzę, ale nie wie jakby to zostało odebrane – każdy jest tam wyczulony na takie sprawy (i słusznie). Moją ciekawość zaspakaja przebogata wyobraźnia – widzę jak na dłoni tę piaskownicę, miski z wodą i górę ciuchów.  Inny obrazek – to Dania – dzieci wychodzą na dwór o każdej pogodzie. Tam nie ma złej pogody. W obowiązkowym wyposażeniu przedszkolaków są płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze. Wnętrza szkół i przedszkoli często nie są dopieszczone do końca. Czasem wyłażą cegły albo goły beton. A mnie bierze nie powiem co jak na dworze piękna jesienna pogoda, a dzieci mówią mi, że cały dzień siedziały w sali (25C), bo na dworze wieje wiatr.  Kurcze blade, co tu zrobić, by nie wiał wiatr...:(

sobota, 13 listopada 2010

Bardzo podoba mi się tradycja kalendarza adwentowego. Moim dzieciom również. Zawsze chciałam zrobić coś sama i niekoniecznie ze słodyczami. Pomysł znalazłam tutaj. W tym roku będzie to kalendarz dla całej rodziny. Na razie kieszonki są jeszcze puste, ale karteczki mam już zaplanowane – chcemy w ten piękny czas przygotowań wciągnąć wszystkich członków naszej rodziny. Zamiast słodyczy w kieszonkach będą karteczki z zadaniami do realizacji na dany dzień: np. pieczemy pierniki/ domek z piernika, robimy ozdoby na choinkę, sprzątamy zabawki, jedziemy na spacer do lasu, śpiewamy z dziećmi kolędy, zapalamy świecę adwentową, pieczemy ciasteczka, budujemy szopkę, robimy lampiony, czytamy książeczki o tematyce bożonarodzeniowej, dekorujemy papier do prezentów, piszemy list do Gwiazdora. Możliwości jest tak wiele. Może znajdzie się też jakiś drobiazg do przegryzienia albo do zabawy.

Z tyłu ukryta jest kieszonka na karteczki lub słodycze.

Niektóre domki, mimo wykrochmalenia i prasowania na najwyższej temperaturze, już trochę wymiętolone. Dzieci sprawdzają, czy karteczki już są.

Kalendarz jest pokaźnych rozmiarów. Domki zawiesiłam na starej ramie okiennej. Mikołajek mierzy ponad metr:)

środa, 10 listopada 2010

Wilczka Gerdy Wagener i Józefa Wilkonia nie da się nie lubić. Tytułowy bohater łamie wszelkie stereotypy. Łagodny, przyjazny, zupełnie niepodobny do innych wilczych dzieci. Bawi się z królikami w chowanego zamiast polować, nie łowi ryb, nie sieje strachu. I kiedy Mama Wilczyca załamuje łapy, kiedy Tata Wilk jest zły, Wilczek bardzo chce się zmienić. A im bardziej chce, tym bardziej to chcenie mu nie wychodzi. Cudna, opowiedziana prostym językiem historia o  miłości,  akceptacji siebie i innych. Ważne przesłanie dla rodziców, którzy często mają inne plany względem swego dziecka - życie jednak jest jakie jest. Wszystko pięknie zilustrowane przez Józefa Wilkonia.

Książka otrzymała Nagrodę Honorową Polskiej Sekcji IBBY "Książka Roku 2007".

Wiek 2+

Wydawnictwo Tatarak

poniedziałek, 08 listopada 2010

Czy wypada mi napisać, że na tę książkę czekałam przede wszystkim ja? Seria Poczytaj mi mamo – to kawał mojego dzieciństwa. Na pewno przez moje rączęta przewinęły się: Dziewczynka z tęczy, Kredki, Agnieszka opowiada bajkę, Mój piękny złoty koń, Malowany ul i Piracka przygoda. Oj, na wspomnienia mi się zebrało. Od króciutkiej historii o płaczącym kotku Joanny Papuzińskiej zaczęłam wprowadzać w ten świat mojego Tomka. Byliśmy w szpitalu i książka bardzo nam pomogła przeżyć kilkudniowy koszmar. Malutkie miniatury literackie, niektóre zaczytane na śmierć, są nadal w naszej bibliotece miejskiej mimo swojego wieku i mody na literacki kosmos – z czego bardzo się cieszymy. Zawsze coś zabieramy ze sobą, a panie przymykają oko na wypożyczane ilości. Teraz mój trzyletni Mikołaj martwi się losem kocia szukającego mamy – czytam, wciąż czytam tę historię od początku. Niekiedy nawet trzy, cztery razy pod rząd. Rano, wieczór. Maluch dopowiada tekst, wie co będzie, do kogo pies zaprowadzi kocie dziecko tym razem. Pewnie nie muszę dopowiadać, że ucieszyłam się, że Agnieszka i jej bajka znalazła się we wznowionej serii. I to obok dziewięciu innych tytułów, które przed laty ukazały się jako osobno wydane książeczki - zaledwie kilka stron, z niezapomnianym motywem na tylnej okładce. Na stronie Wikipedii znalazłam informacje, że Nasza Księgarnia wydawała te literackie miniatury od 1951 roku – dokładne dane: najpierw 24 strony, format 16cm. Potem 12 stron, format 21cm.


Kolczatek

Podoba mi się skakanie z jednej bajki do innej – to smakowanie zupełnie innego klimatu, innych ilustracji. Raz - obrazy jak ze snu Elżbiety Gaudasińskiej, to znów – z jajem,  Edwarda Lutczyna. Realistyczne, nastrojowe, z mnóstwem szczegółów Marii Orłowskiej – Gabryś. Charakterystyczne Zbigniewa Rychlickiego. Bajki nadają się do czytania już najmniejszym dzieciom (Agnieszka opowiada bajkę, Kolczatek, Niebieska dziewczynka) i starszym (Chcę mieć przyjaciela, Przygoda na balkonie). Maluchy na pewno wysiedzą, bo takie krótkie w sam raz. Starsze – poproszą o jeszcze – bo zdecydowanie za krótkie. Bajeczki dotykają ważnych tematów, mogą stać się okazją do rozmowy na temat przyjaźni, miłości, świata przyrody, marzeń albo mogą tylko po prostu bawić i przenosić do innego świata – jak to ma miejsce w opowiadaniach o Filemonie, gdzie babcia z dziadkiem siedzą przy lampie naftowej, a myszy harcują w cieple glinianego pieca.

Kultowa książeczka - Agnieszka opowiada bajkę.

 

W pierwszej części Poczytaj mi mamo znalazły się:

Daktyle – Danuta Wawiłow, il. Edward Lutczyn

Noc kota Filemona – Sławomir Grabowski i Marek Nejman, il. Julitta Karwowska – Wnuczak

Niebieska dziewczynka – Janina Porazińska, il. Zdzisław Witwicki

Kolczatek – Helena Bechlerowa, il. Danuta Przymanowska – Rudzińska

Wilczy apetyt - Sławomir Grabowski i Marek Nejman, il. Julitta Karwowska – Wnuczak

Chcę mieć przyjaciela – Danuta Wawiłow, il. Zbigniew Rychlicki

Cień pradziadka - Sławomir Grabowski i Marek Nejman, il. Julitta Karwowska – Wnuczak

Przygoda na balkonie – Helena Bechlerowa, il. Maria Orłowska – Gabryś

Agnieszka opowiada bajkę – Joanna Papuzińska, il. Anna Stylo – Ginter

Zaczarowana fontanna – Helena Bechlerowa, il. Elżbieta Gaudasińska

 

Jedynym mankamentem może być cena. Na aukcjach internetowych ceny tych książeczek również nie są tanie.

 

Myślę, że w tym jedynym przypadku zainteresują Was wymiary tej książki – 165mm x 210 mm. Liczba stron – 280. Każda bajeczka ma swoją stronę tytułową – jak za dawnych lat, każda kończy się tak:

Dziękuję Wydawnictwu za udostępnienie egzemplarza.

To nasza książka listopada!

Wiek - w zbiorku są trzy tytuły: Agnieszka opowiada bajkę, Kolczatek i Niebieska dziewczynka, które można czytać śmiało już dwulatkom. Pozostałe - dla troszkę starszych dzieci.

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

niedziela, 07 listopada 2010

Deutscher Jugendliteraturpreis jest prestiżową nagrodą literacką przyznawaną w Niemczech od 1956 roku. Szacowne Jury (Jury Krytyków i Jury Młodzieżowe) nagradza wybitne dzieła dla dzieci i młodzieży w kategoriach: książka obrazkowa, książka dla dzieci, książka dla młodzieży,  literatura faktu. Jury Młodzieżowe – przyznaje nagrodę w swojej kategorii W tym roku nagroda przypadła następującym tytułom:

Książka obrazkowa


Garmans Sommer – Stian Hole (tekst i ilustracje) (literatura norweska)

To ostatnie takie beztroskie lato. Wkrótce zaczyna się szkoła. Jednak czy Garman jest gotów do nowego etapu w swoim życiu? Gdy malec porównuje się na przykład z dziećmi sąsiadów, wszystko wypada na jego niekorzyść – nawet żaden najmniejszy ząb mu się nie rusza. Nie mówiąc już o literkach i liczbach. Książka, która zachęca do rozmowy z dziećmi o strachach dnia codziennego. (wiek 5+)

Książka dla dzieci


Meine Mutter hat in Amerika Buffalo Bill getroffen.

(Emile Bravo - ilustracje i Jean Reqnaud - tekst) (literatura francuska)

Komiks. Sześcioletni Jean i jego brat są wychowywani przez ojca. Ich mama rzekomo podróżuje. Tymczasem prawda jest taka, że mama … nie żyje. Dziewczynka z sąsiedztwa czyta malcowi kartki, które jego mama wysłała z różnych zakątków świata. Ponoć w Ameryce spotkała Buffalo Billa. Przychodzi jednak moment, kiedy to wszystko wydaje się chłopcu dziwne i podejrzane. Wzruszająca historia, zbiera bardzo dobre recenzje za miedzą. (wiek 8+)


Książka dla młodzieży

Such dir was aus, aber beeil dich!

Nadia Budde (tekst i ilustracje)

Autorka, rocznik 1967, wspomina swoje dzieciństwo, które spędziła we Wschodnich Niemczech. Ponoć zrobiła to brawurowo i z dużym poczuciem humoru. Spośród wszystkich nagrodzonych książek, najbardziej chciałabym zajrzeć właśnie do niej. (wiek 12+)


 

Literatura faktu

Mutige Menschen. Widerstand im Dritten Reich.

Christian Nürnberger

Autor przybliża sylwetki dwunastu postaci, które w czasach terroru NSDAP miały odwagę przeciwstawić się, miały odwagę powiedzieć NIE – wśród nich: Sophie Scholl, Irena Sendlerowa, Willy Brandt, Janusz Korczak. (wiek 13+)


Nagroda Jury Młodzieżowego

Igrzyska śmierci. Suzane Collins

(Znamy! Znamy! – wydane w Polsce przez Media Rodzina. Na dniach ma się ukazać trzecia część)


Nagroda specjalna – dla autorki Mirjam Pressler (ur.1940)

Kiedy w czerwcu byłam w Niemczech, w malutkiej księgarence w bawarskim Mindelheim całe okno wystawowe było poświęcone tej autorce. Już w domu pobuszowałam w Internecie i znalazłam dużo ciekawych tytułów M.P. W Polsce, o ile mi wiadomo, nie ukazało się nic. Prawdę powiedziawszy nie wiem jak Wy, ale ja jestem już zmęczona tym zalewem literatury amerykańskiej dla młodzieży. Ostatnio poległam przy serii Błękitnokrwiści. A tymczasem pewnie i Czesi, i Węgrzy, jak się okazuje i Niemcy wydają fajne książki. Pewnie Rosjanie też cosik mają, i Słowacy. Szkoda, że tak mało Europy u nas…

 

Podsumowując – książki zapowiadają się ciekawie. Nie miałam ich w ręku i zrobiłam sobie tylko wirtualny spacerek po nagrodzonych tytułach. I mimo, że każdy z nich kusi, by go przeczytać, naszła mnie oto taka refleksja, że dominują jednak książki… obrazkowe, gdzie jest mało tekstu do czytania (kategorie: książka dla dzieci i młodzieży). Czyżby faktycznie to był znak naszych czasów? Na razie u naszych sąsiadów za Odrą, ale można ten trend i u nas się zjawi?

sobota, 06 listopada 2010

Każdy ma swoje dziwactwa. Mam koleżankę, która czyta książki tylko z dużymi literami. Inna z kolei czyta wyłącznie horrory i kryminały. Jeszcze inna wydane w danym roku, by być na bieżąco. Jeszcze inna – nowe, nie czytane przez nikogo. Nie muszę chyba dodawać, że nikomu ich nie pożycza.  Naszła mnie taka oto refleksja – w związku z moimi dość częstymi zakupami na aukcjach. Wydajemy dużo na makulaturę, ale jednocześnie jesteśmy stałymi bywalcami dwóch bibliotek - jednej w moim mieście, drugiej – o dziwo lepiej zaopatrzonej w nowości – w pewnej wsi.  A że bywamy i tu i tam często i gęsto – zawsze z dwójką naszych milusińskich w orszaku, panie przymykają oko na nasze torby pełne książek, mimo że w regulaminie mowa jest o pięciu (Ostatnio dzięki dzieciom uniknęłam zapłacenia kary za przetrzymanie książek – pani właśnie odwijała cukierka, gdy do biblioteki wkroczyłam z dziećmi. Tak się zapatrzyły na tego cukierka, ślinka zaczęła im cieknąć, słychać tylko było łakome gut – gut - gutanie. W każdym razie pani załatwiła nas w błyskawicznym tempie, a mnie się upiekło). Kolejna wyprawa do biblioteki to niezła zabawa, bo stos książek trzeba posegregować na kilka kupek, bo do tej całej gmatwaniny dochodzą jeszcze działy – dziecięcy i dla dorosłych. W każdym razie nie mam żadnych uprzedzeń do książek czytanych i używanych przez kogoś. Tylko raz obrzydzenie mnie ogarnęło, gdy zabrałam się do czytania Rebeki. Książka zalana była jakimś brunatnym płynem, pewnie kawą po turecku, bo tu i ówdzie kulały się wysuszone paprochy fusiaste, a z kilku stron puszczało do mnie oko przyklejone jajko. Innych traumatycznych przeżyć związanych z książką biblioteczną, w ogóle używaną,  nie mogę sobie przypomnieć. W każdym razie bez obaw korzystamy z biblioteki, buszujemy po aukcjach internetowych. Pokażę, co kupiłam ostatnio –Dwa lata wakacji. Za całe cztery złote + przesyłka. Z 1956 roku. Moja mama miała wówczas 6 lat:) Kiedy paczuszka z książką nadeszła, zrobiłam sobie kawę (rozpuszczalną) i (naprawdę bardzo uważałam, ale mam przy tym wprawę, bo książka i kawa to taki mój zły nawyk) nie mogłam się naoglądać. Pokażę kilka rycin Leona  Benetta, które zdobiły pierwsze wydanie (1888), a które są również w mojej nowej - starej książce. Jeśli nie macie nic przeciwko używanym książkom, buszujcie po aukcjach a znajdziecie:)


Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1956

Wiek 10+

środa, 03 listopada 2010

Uwaga! Uwaga! Rozpoczynają się Targi Książki w Krakowie:  4 – 7 listopada.

Więcej informacji tutaj.

wtorek, 02 listopada 2010

Z Hotzenplotza zrobiłam Hocka - Plocka, z przekory, bo niby taki złoczyńca, rabuś, najpierw porządnie przestraszył Kacprową babcię, tak że biedaczka zemdlała, a potem dzieci i tak pokrzyżowały jego niecne (zabawne) plany. Takie zbójnickie wygibasy na wesoło. Książkę kupiłam za wartość czekolady z orzechami na allegro. A jak długo na nią polowałam. Ho! Ho! W końcu ją mamy! Skoro lubicie Malutką Czarownicę, pewnie polubilibyście również Hotzenplotza, i Kacpra, i Józka. Nam zależało na wydaniu z legendarnymi ilustracjami Franza Josefa Trippa (1915-1978) (Znak da nam się wkrótce miło we znaki nowościami Michaela Ende właśnie z ilustracjami pana F.J.T.). Książka jest pomyślana jako teatr marionetek – Preussler napisał farsę, w której przebiegłość dzieci zawsze zwycięża przebiegłość zbójnika, a on sam zostaje wystawiony na pośmiewisko. Na razie tłumaczę Tomkowi na gorąco, bo nas tak wciągnęła ta historia. Jeśli jej nie ma po polsku – to ogromna szkoda!!! Sprawdzałam w Internecie i niegdzie nie mam informacji o polskim przekładzie. Specjalistką od Preusslera była Hanna Ożogowska. Robiła to wspaniale. Jeśli jest polski przekład, będę wdzięczna za informację:) Jeśli nie - mały fragment książki - Tomek go bardzo lubi. Bo oto zbójnik Hocek - Plocek połakomił się na młynek od kawy. Czy w dzisiejszym świecie to możliwe? Autorzy szukają emocjonujących, superatrakcyjnych tematów do książek - a tu taki zwykły młynek do kawy. Phi - wcale nie elektryczny - tylko starodawny, z korbką. Rabuś od wielu lat świeci tryumfy u sąsiadów za Odrą. I cieszę się, że wylądował w końcu na naszej półce. I te ilustracje - delicje - czekolada z bakaliami, której sobie odmówiliśmy - dla książki właśnie:)))


 

"Mężczyzna z siedmioma nożami"


 

Pewnego dnia babcia Kacpra siedziała na ławce przed swoim domkiem i w najlepsze mieliła kawę. Kacper i jego przyjaciel – Józek, podarowali jej na urodziny nowiuteńki młynek swojego wynalazku. Podczas kręcenia korbką, młynek ów wygrywał jej ulubioną piosenkę o maju.

Od kiedy babcia została posiadaczką nowego młynka, mielenie kawy sprawiało jej tak wielką przyjemność, że piła jej dwa razy więcej niż kiedyś. Również  i dziś zamierzała ponownie go użyć, gdy nagle w ogrodowych chaszczach coś zaszumiało, trzasnęło  i dał się słyszeć chropowaty głos:

-Młynek albo życie!

Babcia ze zdziwieniem spojrzała przez swoje binokle. Przed nią stał jakiś obcy jegomość z kudłatą czarną brodą i strasznym haczykowatym nosem. Na głowie nosił kapelusz z zatkniętym krzywym piórkiem, a w prawej ręce trzymał pistolet. Lewą ręką typ wskazał na babciny młynek do kawy:

-Młynek albo życie, powiedziałem.

Babcia jednak nie dała się tak łatwo zastraszyć.

-Ależ mój drogi panie!- zawołała oburzona- Jak się pan tu dostał i jakim prawem pan tak na mnie krzyczy? Kim pan właściwie jest?


Obcy mężczyzna  roześmiał się tylko rubasznie, aż podskoczyło piórko na jego kapeluszu.

-Pani pewnie nie czyta gazet, babciu. Proszę tylko dobrze pomyśleć.

Dopiero teraz babcia zauważyła, że za szeroki pas mężczyzny zatknięta była szabla i siedem noży. Wtedy pobladła i ze strachem w głosie zapytała:

- Czy to aby nie ten rabuś Hocek – Plocek?

- W rzeczy samej! – powiedział typ z siedmioma nożami.- Tylko żadnych scen, bo tego nie cierpię. I niech pani natychmiast odda mi młynek!

-Przecież to nie pański młynek!

- Trele - morele!- zawołał rabuś - Proszę z łaski swojej robić, co każę! Ale już! Liczę do trzech…

I uniósł pistolet.

-O nie! Tylko nie to! Proszę! – zawołała babcia. - Pan nie może wziąć mojego młynka. Dostałam go na urodziny. Podczas kręcenia korbką wygrywa moją ulubioną melodię.

- Właśnie dlatego– burknął rabuś Hocek - Plocek. - Też chcę mieć taki grający młynek. Dawać mi go i to już!

Wtedy babcia głęboko westchnęła i podała młynek rabusiowi. Bo i cóż miała biedna robić?

W gazetach codziennie można było przeczytać o tym, jakim złym człowiekiem był ten cały rabuś Hocek - Plocek. Wszyscy strasznie go się bali, nawet sam posterunkowy Dimpfelmoser. Co jak co, ale on przecież był z policji.

- No, trzeba było tak od razu.

Na twarzy Hocka – Plocka dał się zauważyć uśmiech pełen zadowolenia, gdy młynek znikał w czeluściach jego worka na łupy. Następnie zmrużywszy lewe oko, prawym przeszył babcię na wskroś i rzekł:

- A teraz niech pani tylko dobrze uważa! Zostanie pani tu na ławce, nie będzie się ruszać i po cichu będzie liczyć do dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu.

-A po co?- spytała babcia.

- A po to! – warknął Hocek – Plocek. - Gdy pani już policzy do dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu, dopiero wtedy, jeśli pani oczywiście zechce,  może wzywać pomocy. Ale ani o sekundę wcześniej. Inaczej pani pożałuje! Zrozumiano?

- Zrozumiano – wyszeptała babcia.

- Tylko niech pani nie próbuje oszukiwać!

Rabuś Hocek - Plocek pomachał ostatni raz na pożegnanie pistoletem przed babcinym nosem, a potem dał susa przez płot i tyle go widziała.

Kacprowa babka siedziała bledziutka jak kreda na ławce i drżała jak osika. I nie było już ani rabusia ani młynka do kawy.

Trochę to trwało, zanim doszła do siebie i mogła zacząć odliczanie.

Posłusznie doliczyła do dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu .

Jeden, dwa, trzy, cztery… Nie za szybko, nie za wolno. Ale w całym tym zdenerwowaniu myliła się tak często, że co najmniej z tuzin razy musiała zaczynać od nowa. Gdy w końcu doszła do dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu, wydała z siebie przeraźliwe : Pomocy! A potem padła zemdlona.


Wiek 5+