Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
piątek, 26 listopada 2010
Ale to są przecież moje urodziny - Lauren Child

Tę serię bardzo polubił mój mały Mikołaj. Ostatnio czytaliśmy hurtem, to, co już stoi na półce i nowe o urodzinach Charliego. Akurat dobrze nam się przydarzyło, bo i u nas były urodziny, tyle, że młodszego brata. I u nas były kłótnie - kto rozpakowuje prezenty, kto zdmuchuje świeczki. W każdym razie każde z moich dzieci ma w sobie coś i z Loli i tego starszego, opanowanego brata (choć tutaj Charlie naprawdę miał dość i każde z moich dzieci doskonale go rozumiało, choć i doskonale rozumiało Lolę). Charlie przygotowuje się do swojego przyjęcia urodzinowego. I Lola przygotowuje się do przyjęcia urodzinowego brata. Tyle, że każde z nich ma swoją wizję tej uroczystości. Z jednej strony ma być potwornie potworzasto i strasznie, a z drugiej – różowo, lukrowo, czyli słodko. Czy to się da pogodzić? Zapewniam, że da, a zakończenie zaskakuje jak nic, choć mój Tomek, przedszkolny starszak, zarzekał się na wszystkie świętości, że on naprawdę nie cierpi różowego koloru. Choć przypuszczam, że jak nic wciągnąłby babeczkę z lukrem a’la Lola. Bardzo udana seria, ze świetnymi ilustracjami – kolażami. Zwariowana kreska, dużo kolorów, humor, i mądre przesłanie podane w bardzo mądry sposób. Super.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

Rudzielec - Renata Opala/ il. Marta Ostrowska

Rudzielec to taka trochę staroświecka opowieść o pewnej wielopokoleniowej rodzinie, w której nagle pojawia się…rudy kot. A zanim do tego dochodzi, trwa dyskusja rodzinna, czy dziecko – siedmioletnia Joasia, kota mieć powinna. Kot zjawia się, mimo swojej woli i woli domowników, ot tak przypadkiem, podrzucony na kilka dni, wyratowany przed śmiercią i … zostaje już na zawsze. Kiedy zaczęłam czytać Tomkowi tę historię, pomyślałam, czy aby moje dziecko (ostatnio usłyszałam – dziewczyny są głupie!) będzie chciało słuchać tego i owego o małej niewieście lubującej się w sukienkach w groszki, kokardach, białych kołnierzykach (toż to Babcia Basia sprzed 50 lat – przemknęło mi przez myśl), bawiącą się lalką Filomeną z porcelanową główką (miałam taką w schedzie po sąsiadce) i szmacianą Balbisią. I ten dom, w którym rodzice wprawdzie pracują od świtu do nocy, ale wszystko jest tak dobrze zorganizowane: na stole zawsze stoi śniadanie, ciepły obiad i wspólna kolacja – bo babcia Weronka i dziadek Stasiu (jak u nas – ależ był entuzjazm) dbają o wszystko. W ogrodzie rosną róże, agrest, bzy (nie, iglaki – nie), śpiewają słowiki (do czasu), dziadek opowiada bajki, jest dużo ciepła rodzinnego, wzajemnego zrozumienia i miłości. I wiecie co….? Moje dziecko tak się zasłuchało, tak się zasłuchało, że w dwa dni przeczytaliśmy tę książkę. I ja też się zasłuchałam w swoje czytanie, bo książka taka trochę niedzisiejsza wywołała sentymenty, ciepłe wspomnienia, nostalgię za czymś, czego już nie ma. A niech tam – może nawet za tą porcelanową lalką, którą dziadek od sąsiadów dawał mnie, bawiącej się na  betonowych schodach, w kawałkach, bo tak też odnajdywał jej części w piwnicznych czeluściach. Najpierw jedna noga, tułów i głowa, która ozdobiona była fryzurką a’la Hanka Ordonówna z przedwojennych filmów. Potem ręka. Potem znów ręka i w końcu druga noga.  To książka o tym, co dobrego może w życiu spotkać człowieka, małe dziecko – przyjaźń ze zwierzątkiem, obcowanie z dziadkami, którzy przekazują w prosty sposób ważne prawdy życiowe. To, co mnie przeszkadzało, to trochę zbyt poukładany świat – bez miejsca na jakąkolwiek wirtuozerię, spontaniczność. Wszystko zbyt idealne – zupełnie jak ten biały kołnierzyk do sukienki w grochy. Patrząc na moich synów – już widzę, co wyprawialiby z tym kotem, ile byłoby śmiechu, żartów, turlania się po podłodze, dowcipów. Tego tu brak – a wydaje mi się, że moim dzieciom zupełnie to nie przeszkadzało. Od razu przejęli się losem kota i historia bardzo im się podobała.

Bardzo fajnie ogląda się wesołe ilustracje Marty Ostrowskiej.

Wiek 6+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 23 listopada 2010
Czupieńki - Smok - Gerard Moncomble/ il. Paweł Pawlak

Nasi zachodni sąsiedzi już jakiś czas temu (od 1971 roku z małymi przerwami) wymyślili zabawę w Słowo Miesiąca i Słowo Roku. Pada mnóstwo propozycji jak Niemcy długie i szerokie – słów już istniejących w pewnym określonym kontekście, albo neologizmów. Niektóre z nich są jak meteoryty – dziś są, jutro nie ma. Inne z kolei na stałe weszły do języka potocznego. Wokół tej zabawy w słowa jest duże zamieszanie medialne i przez jakiś czas dużo o nich się słyszy i mówi. Gdyby i u nas ktoś miał zamiar przeprowadzić taką zabawę (oj, a może już jest, tylko, że nic o niej nie wiem?), to moim kandydatem byłoby coś, co mnie urzekło, a co moje dzieci przyjęły z błogim, dziecięcym spokojem, jaki od czasu do czasu je ogarnia – czyli jako oczywistą oczywistość, bo coś przecież jest i nie ma się czemu dziwić. A mnie pokrzepidełko Ewy Kozyry - Pawlak po prostu zadziwiło i bardzo się spodobało. Jest takim moim Prywatnym Słowem Roku.

Już śpieszę wyjaśnić co to jest owo pokrzepidełko. To roślinka, której owoce to takie drobne kuleczki koloru czerwonego. Przypominają czerwone jagody, porzeczkę, tyle że rosną na drzewie w lesie Czupieńków. Wspominałam o tej roślince tutaj. W drugiej części, pokrzepidełko gra pierwsze skrzypce, bo to właśnie z jego powodu wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przyszedł okropny Smok Żarłok i połknął cały zbiór pokrzepidełka, nad którym Czupieńki trudziły się cały dzień. Oj, w tych małych istotach zagotowała się krew. Jest dziura – pułapka, są łzy, jest przebaczenie, jest w końcu przemiana – ze złego stwora w całkiem przyjemnego rogatego stwora już nie potwora. Czupieńki. Macie coś takiego, że lubicie kogoś od pierwszego wejrzenia? Z Czupieńkami tak właśnie jest. Coś jest w tych maluczkich stworzeniach o długich ryjkach ukrytych pod wielkimi kapeluszami, że chwytają za serce.


 

Dzieci polubiły książkę. A ja tak sobie myślę, że przydałaby nam się od czasu do czasu herbatka z pokrzepidełka. I miny byłyby weselsze, i sił więcej, a może i więcej recenzji na blogu…

Wiek 2+

Wydawnictwo Media Rodzina

Dwanaście prezentów dla Świętego Mikołaja - Mauri Kunnas/ il. Tarja Kunnas

Na tę książkę trafiłam dzięki blogom niemieckim. To opowieść o małym skrzacie Jaśku, który przez kolejnych dwanaście przedświątecznych dni zamierza obdarowywać Świętego Mikołaja dwunastoma prezentami (!!!). Okazuje się, że aby sprawić komuś radość – w tym przypadku aż dwanaście razy pod rząd, wcale nie potrzeba góry pieniędzy, Wystarczy dobry pomysł i odrobina chęci. Spokojnie, dzieci po tej lekturze nie będą miały nagle długiej listy życzeń. Wręcz przeciwnie – wyniosą ze spotkania z Jaśkiem naukę, że można cieszyć się z rzeczy małych i jakże oczywistych. Wszystko doprawione wielką dozą humoru, bowiem niektóre plany Jaśka, nie ma co ukrywać, nie do końca się udają. Jednak Święty i tak jest przeszczęśliwy, bo czyż to nie wspaniała rzecz, mieć świadomość tego, że ktoś przez dwanaście dni pamięta o tobie? Dla nas bomba – akurat na okres przedświątecznego oczekiwania. Na kilka kolejnych lat. Książka podoba się (prawie) sześciolatkowi i trzylatkowi.

To nasza pierwsza taka książka świąteczna – z … jajem (nie, nie wielkanocnym:)) Te, które posiadamy, są nastrojowe, nostalgiczne. Tutaj pod górą Korvatunturi aż się kotłuje. Skrzaty mają pełne ręce roboty. Skrzacia społeczność, oprócz tego, że przygotowuje zabawki dla dzieci, zachowuje się jak my, ludzie. Panie zajęte są robótkami i ozdobami świątecznymi, pieką pierniczki, dzieci chodzą do szkoły, od czasu do czasu co niektórzy zasypiają do pracy (ciekawe, dlaczego?) .

Książka, mimo, że niezbyt gruba, jest „trudna” do czytania. Trudna? ktoś zapyta. Dzieci odkrywają w niej tyle szczegółów, śmiesznych rzeczy, istot, sytuacji, że nie sposób jej czytać w skupieniu i ciszy. Ale to przecież jej wielka zaleta.

Zdjęcie znalazłam tutaj

 

Góra Korvatunturi leży na granicy fińsko - rosyjskiej. To słowo znaczy tyle co – „Góra – ucho” (483 m.n.p.m.) Na początku ubiegłego wieku powstała legenda, że u stóp Korvatunturi mieszka Święty Mikołaj. Po wojnie sowiecko – fińskiej (1939-1940) "Góra – ucho", słuchająca życzeń najmniejszych, stała się punktem granicznym, więc siedzibę Świętego przeniesiono do miasta Rovaniemi. Mimo to, ponad tysiące listów z całego świata przychodzi właśnie na adres tej starej siedziby. (według Wikipedii)

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

Wyniki loterii książkowej

Książka „Brajan i ogniowe smoki” trafi do: Maru-tki, Abieli i Agnieszki-gil. Proszę przesłać swoje adresy na mojego maila – nata442@op.pl. Adresy przekażę wydawnictwu Skrzat, które ufundowało nagrody.

niedziela, 21 listopada 2010
Brajan i Ogniowe Smoki - Andrzej Żak/ il. Łukasz Ryłko

Dobrze pamiętam to smutne zdarzenie sprzed lat. Mały siedmioletni chłopiec z Łodzi – Brajan Chlebowski, powiadomił straż o pożarze w jego domu, a następnie zmarł w skutek zaczadzenia. Nowe życie dał mu w swojej powieści Andrzej Żak. Życie, które trwa, bo autor zmienił bieg historii.  Książkowy Brajan zapadł w śpiączkę i trafił do Riss - krainy magicznej, gdzie są latające wilki, smoki, sekstyle (a nie zdradzę cóż to takiego), czarodzieje, i mnóstwo nowych znajomych. Brajan w tej krainie ma pewną misję do wykonania. Czy mu się uda? Za swoje dzielne serce otrzymał od Władcy Ognia nagrodę, mógł wrócić do domu. Nie należał przecież do tego świata.

-Oto twoja droga! Twój świat. Wracaj skąd przybyłeś! – głos Władcy Ognia docierał do niego z oddali, cichł coraz bardziej, aż w końcu zamienił się w szept: - Ruszaaaj!

Rzeczywistość wyglądała niestety inaczej – dzięki tej książce, mały chłopiec – bohater na długo pozostanie jeszcze wśród w nas. Jego misja poniekąd trwa nadal – bo historia o magicznej krainie zmusza wręcz do rozmowy za dziećmi na temat śpiączki, bohaterstwa dzieci, jak również zachowania się w czasie zagrożenia.

Z dystansem podchodzę do książek pisanych wyraźnie w jakimś celu. A ta książka nie została napisana ot tak sobie. Mimo to mamy tutaj udaną książkę o rzeczach ważnych, dobrze napisaną, z wartką akcją, wyrazistymi bohaterami. To, czego mi brakowało, to zdecydowanie ilustracji. Te są, ale maluczkie, właściwie miniatury przy tytule kolejnych rozdziałów. Szkoda. Przecież ilustrator Łukasz Ryłko, autor komiksów, świetnie nadaje się do takich właśnie projektów. Te wszystkie smoki, sekstyle, trolle mogłyby być choć trochę większe. Książkę można czytać już siedmiolatkom, a w tym wieku ilustracje dla dzieci nie są może najważniejsze, ale jednak ważne. Szczególnie w takich książkach, w których aż roi się od postaci obcych, nowych. Dzieci chcą zobaczyć wszystko z bliska, poznać szczegóły.

Historia Brajana i innych małych bohaterów opisana jest m.in. na stronie Strażak – Mali duzi bohaterowie.

 

Jeśli chcecie  z dziećmi poznać historię Brajana, proszę zostawić komentarz pod wpisem. Jutro wieczorem wylosuję 3 osoby, do których trafi egzemplarz tej  książki. Nagrody ufundowało wydawnictwo Skrzat, które prześle książki do wylosowanych osób.

Wiek 7+

Wydawnictwo Skrzat

Mio, mój Mio - Astrid Lindgren/ il. Maria Orłowska - Gabryś

Bardzo podobają mi się te ilustracje. Chciałam je pokazać, bo raczej nie są znane. I mimo, że dużą sympatią darzę Ilon Wikland, ilustracje polskie bardziej mi się podobają. Tomek optował za szwedzką wersją.

Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1973, Wydanie II, przełożyła Maria Olszańska

 

Mio, mój Mio - Astrid Lindgren/ il. Ilon Wiklnad

Ponoć ta opowieść powstała pod wpływem impulsu. Samotne małe dziecko siedzące na ławce o zmroku. To początek książki i zarazem zdarzenie prawdziwe. Wiele lat temu autorka zobaczyła właśnie takiego anonimowego chłopca koło skweru Tegnera, który mijała zawsze w drodze z domu do pracy i odwrotnie. Myśl o nim nie dawała jej spokoju. I tak powstał właśnie Mio, mój Mio. Może nie najbardziej znana książka Lindgren, ale zdecydowanie jedna z najlepszych. I choć w statystykach mojego syna królują nadal (jeszcze?) Dzieci, Emil i Ronja, to w moich - zdecydowanie na prowadzenie wysunął się Mio, mój Mio. Nie jest to książka dla najmniejszych dzieci. Były momenty, kiedy Tomek się bał i nie chciał, by mu czytać dalej. Tak naprawdę: chciał i nie chciał, bo ciekawość brała górę. Więc czytałam sama, a potem mu opowiadałam. I znów czytaliśmy dalej, aż do końca.

Dziewięcioletni Bo Wilhelm Olsson nie jest szczęśliwym dzieckiem. Wychowują go przybrani rodzice: ciocia Edla i wujek Sixten. Chłopiec sądzi, że oboje nie lubią go. Nie rozmawiają z nim, nie pozwalają mu się głośno śmiać, nie troszczą się o niego. Bosse ma przyjaciela, Benkę, a ten - cudownego ojca. I oto Bosse dowiaduje się, że jego prawdziwy ojciec jest… królem w Krainie Dalekiej. Po wielu latach rozłąki , spotykają się. Ojciec król buduje z chłopcem modele samolotów, ciągle rozmawiają, śmieją się. Mimo wielu obowiązków znajduje dla niego zawsze czas. Ojciec król nazywa swego syna Mio, mój Mio. Chłopiec znajduje w Krainie Dalekiej nowego przyjaciela o imieniu Jum Jum, dostaje od ojca króla cudownego wierzchowca białego Miramisa, słucha opowieści studni szepczącej. Jednak jest coś strasznego – Kraina Daleka sąsiaduje z mroczną krainą, w której rządzi siejący grozę Rycerz Kato. Kiedy ktoś wymawia jego imię, wszystko milknie, a Miramis zaczyna drżeć. Mio mój Mio  musi wykonać bardzo ważne zadanie, o którym było powiedziane już przed tysiącami lat: Chłopiec królewskiej krwi na białym koniu ze złotą grzywą i z jednym przyjacielem w orszaku.

Jest to historia o przyjaźni, odwadze, tajemnicy. Pełna czarów. Świetnie nadaje się do głośnego czytania. Język tej opowieści jest niezwykle poetycki. Autorka opisuje tak sugestywnie stan ducha bohaterów, przyrodę. Snuje swoją opowieść jak baśń, którą kiedyś opowiadano sobie o zmroku przy cieple kominka. Piękna książka. Ponadczasowa. I na koniec jeszcze taka refleksja – cudnie by było, gdyby tak udało się nakłonić do przeczytania tej książki ojców królów naszych dzieci. Mogliby się  z niej dużo dowiedzieć i nauczyć …..


 

Oczywiście uwagę przykuwają ilustracje Ilon Wikland – ulubionej ilustratorki książek A. Lindgren. A ja tymczasem dokonałam małego odkrycia. W naszej bibliotece znaleźliśmy wydanie z 1973r. z równie pięknymi ilustracjami Marii Orłowskiej – Gabryś. Pokazuję je w kolejnym wpisie. Zapraszam.

Książka ta znajduje się na Złotej Liście Książek, które Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom poleca do głośnego czytania.

 

Wiek 6+

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 

środa, 17 listopada 2010
Czupieńki i gwiazdka - Gerard Moncomble/ Paweł Pawlak

Kiedy Czupieńki pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Tomkowe, Mikołajkowe i ... Mamowe. Bo Czupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem.

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

A ilustracje Pawała Pawlaka? I jak tu nie wzdychać. Choć nasz ulubiony rysunkowacz ostatnio sam się odbrązowił w wywiadzie z panią Moniką Obuchow. My tu sobie nieziemsko wzdychamy, a tymczaseml ojciec Czupieńków jest człowiekiem z krwi i kości, o czym można przekonać się tutaj. Polecam!


Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

Kiedy CzupieńkiCzupieńki wywołują same dobre i ciepłe uczucia, kojarzą się z miłym i bezpiecznym światem (choć druga część pokazuje, że tak do końca jednak nie jest – ale o tym wkrótce). Małe stworzenia mieszkają w lesie, w maciupkich domkach jakby przyklejonych do górskich szczytów i drzew, do których wspinają się po długaśnych drabinach. Grzeją się w cieple kominka i popijają herbatę z pokrzepidełka. Wyglądają uroczo – w wielkich kapeluszach z charakterystycznymi długimi ryjkami, bajecznie kolorowe wśród złamanej śnieżnej bieli. Mają dziwaczne i miłe dla ucha imiona: Wiepieniek, Chlapieniek, Sapieniek i Tycipieniek. Oto pewnego dnia obok ich domku spada gwiazda. Czupieńki z największą delikatnością kładą ją w ciepłym łóżku i zaczynają kurację. Jednak mimo najszczerszych chęci, gwiazdka blednie coraz bardziej. Nie wiem, czy mogę Wam zdradzić, co postawiło gwiazdkę na promienie (czyt: nogi)? Kto chce niech czyta dalej, kto chce, by zakończenie go zaskoczyło, powinien w tym miejscu zaniechać dalszej lektury. To wielka tajemnicza moc przytulania, co potwierdził mój mały Mikołaj. Moje dziecko wiele razy w ciągu dnia przychodzi do mnie i pyta się – Mama, przytulisz mnie? Kiedyś stwierdził, że od tego przytulania urósł z niego taki duży maluch. Tutaj ucieszył się, że gwiazdka dzięki przytuleniu Tycipieńka od razu wydobrzała, pojaśniała. A co to była za gwiazda. Dopiero na końcu okazuje się, że to Gwiazda Betlejemska, która ma wskazać drogę Trzem Mędrcom do Betlejem. pojawiły się w naszym domu, dało się słyszeć trzy westchnienia: Mamowe, Tomkowe i Mikołajkowe. Bo

Piękna opowieść o małych wielkich sercach, opowieść która ogrzewa w te coraz zimniejsze dni i sprawia, że czas oczekiwania na święta jest po prostu czarownym czasem.

Wiek 2+


Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 16 listopada 2010
Bo w przedszkolu fajnie jest...

Dziecko mojej siostry chodzi do przedszkola w Leeds (Wielka Brytania). Siostra czasem opowiada mi jak to tam wszystko wygląda, a ja dostaję przysłowiowych wielkich ślepiów. Kiedy Basia pierwszy raz przyszła ze swoją Marysią do tego przybytku, chwyciła się za głowę. Żadnych szafek na butki, paputki, żadnych wieszaczków z samolocikami, cebulkami (tak a propos: moje dzieci bardzo lubią te znaczki). Każdy rzucał ciuchy swojej pociechy na stertę kurtek, polarów, czapek. Fajnie wygląda na końcu dnia, gdy zdesperowani rodzice szukają części garderoby swoich maluchów. Trochę trwało zanim siostra przywykła do nowych zwyczajów i najnormalniej w świecie je zaakceptowała. Marysia kocha swoje przedszkole i jest zachwycona. To nic, że czasami jest brudna i … mokra. Dzieci w kącie sali mają najprawdziwszą w świecie piaskownicę z najprawdziwszym w świecie piaskiem. Od czasu do czasu maluchy dostają też najprawdziwsze w świecie miednice z wodą i chlapią się do woli. Siostra czasem ma chęć zrobienia zdjęcia, bo ja jej nie wierzę, po prostu nie wierzę, ale nie wie jakby to zostało odebrane – każdy jest tam wyczulony na takie sprawy (i słusznie). Moją ciekawość zaspakaja przebogata wyobraźnia – widzę jak na dłoni tę piaskownicę, miski z wodą i górę ciuchów.  Inny obrazek – to Dania – dzieci wychodzą na dwór o każdej pogodzie. Tam nie ma złej pogody. W obowiązkowym wyposażeniu przedszkolaków są płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze. Wnętrza szkół i przedszkoli często nie są dopieszczone do końca. Czasem wyłażą cegły albo goły beton. A mnie bierze nie powiem co jak na dworze piękna jesienna pogoda, a dzieci mówią mi, że cały dzień siedziały w sali (25C), bo na dworze wieje wiatr.  Kurcze blade, co tu zrobić, by nie wiał wiatr...:(

 
1 , 2